1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Sztuka przebaczania

Sztuka przebaczania

123rf.com
123rf.com
Przebaczenie w naszej kulturze, często wiąże się z zapomnieniem win, uwalnia oprawcę od ciężaru krzywd jakie nam wyrządził. Nierzadko staje się obowiązkiem moralnym, będącym wynikiem lojalności względem męża, żony, rodzica, dziecka. Często przebaczamy właśnie pod przymusem, czy to zewnętrznym, czy też wewnętrznym.

Przebaczanie nie przychodzi nam łatwo, rodzi się w bólu, nierzadko powoduje nasz opór. Czy zatem należy przebaczać?

Te i inne pytania przychodzą do naszej głowy w momencie, kiedy ból wewnętrzny i smutek na  skutek zadanych krzywd staje się dla nas znaczącym obciążeniem, zabiera radość życia, odtwarza na nowo pieśń przeszłości w dniu dzisiejszym.

Przebaczenie z greckiego „aphesis” oznacza uwalnianie, uniewinnienie, wypuszczenie, natomiast w języku hebrajskim przebaczenie rozumiano bardziej obrazowo, jako „otulić płaszczem”, zabezpieczyć, zbliżyć się.

Czy zawsze powinno się wybaczyć?

Odtwarzamy wdrukowane zdania: ”wybacz mężowi, dla świętego spokoju”, „no już wybaczcie sobie, żeby było lepiej”, „powinnaś wybaczyć swojej matce-przecież cię wychowała”.

Przebaczenie, żeby miało efekt uwolnienia, nie może być tylko tworem mentalnym, odegranym, by nadać bieg na chwilę zastygniętej sytuacji, relacji. Nie może zadziać się pod przymusem. Kiedy czujemy opór w sobie, wówczas zatrzymajmy się na chwilę, zauważmy, jak ten opór objawia się w naszej głowie, jakie słowa wkłada nam w usta, co powoduje w naszym ciele? Może napięcie obejmuje kark, przejawia się ściskiem w żołądku lub smutkiem odczuwanym w tzw. „dołku”, splocie słonecznym?

Efektem mechanicznego wybaczenia z obowiązku będzie jeszcze większe cierpienie. Przejmiemy na siebie obowiązek uniewinniania, tłumaczenia sobie, nierzadko też umniejszania krzywd, jakich doświadczyliśmy, czy bagatelizowania ich.

Uniewinnianie, często bez uznania wyrządzonej krzywdy przez naszego oprawcę, bez postanowienia poprawy i podjęcia działań zadośćuczynienia, jest gwałtem na nasze jestestwo. Zmusza nas do przemocy względem samego siebie, wymagając od nas wzięcia odpowiedzialności za bałagan , nieuporządkowanie wewnętrzne, niepohamowaną agresję oprawcy, bez otulenia nas samych płaszczem bezpieczeństwa, zrozumienia, szacunku, wynagrodzenia, ciepła i miłości. Nie wybaczajmy pod przymusem.

Od czego zacząć?

Jeśli doznaliśmy krzywd, które powracają do nas w postaci bólu psychicznego, duchowego, fizycznego najpierw powinniśmy otulić, ukochać, przyjąć w szeroko otwartymi ramionami samych siebie.

Nie skupiajmy się na obowiązku wybaczenia oprawcy, który często rani, bo sam został tak poraniony, że nie potrafi inaczej. Nie popełniajmy jego błędu. Zatrzymajmy sekwencję przemocy. Wszystko czego doświadczyliśmy na sobie, jeśli nie skonfrontujemy się z tym, nie dostrzeżemy, nie przytulimy, nie ukochamy sercem, przekażemy dalej. Warto zacząć postępować inaczej niż dotychczas.

Uznając krzywdę, jakiej doznaliśmy, nazywając ją oraz to co czujemy, bez oceny, czy przesadzamy, wyolbrzymiamy, tylko w pełnym zaufaniu do siebie wlewajmy do swojego serca miłość, jakiej zabrakło wtedy, gdy przyjmowaliśmy od oprawcy to, czym nas karmił. W efekcie dojdziemy to takiego wewnętrznego spokoju, otulenia i miłości, że nie będziemy przyjmowali niczego, co krzywdzi nasze dziecko wewnętrzne. Z miłości do siebie, z szacunku, ciepła i dobroci, nie będziemy przepuszczać do siebie tego, co nas krzywdzi. Z tego uczucia zrodzą się pozytywne i konstruktywne myśli, z myśli zrodzą się działania, z działań nawyki. W efekcie utkamy lepsze życie. Na przykład odważmy się powiedzieć oprawcy o tym, jak i kiedy czuliśmy się skrzywdzeni, może zakończymy jakąś toksyczną relację, w której doznajemy nieustannej przemocy. Jeśli coś nie zostanie wypowiedziane ustami, wyjdzie ciałem, ciało da nam znać o tym, że doznajemy czegoś co jest sprzeczne z miłością.

Nie wymuszajmy na sobie odczuwania czegoś innego, jak to co czujemy. Nie zmuszajmy siebie do wybaczania innym. Uznajmy nasze uczucia, nasz ból, smutek, cierpienie, pochylmy się nad nimi i otoczmy miłością, otulmy bezpiecznym płaszczem. Czując po tym wewnętrzne uwolnienie, ukojenie poczujemy, że zniknął żal i gorycz. Być może znajdzie się przestrzeń na pojednanie - zbliżenie do tej osoby, która zadała nam ból? Jednak bez uznania przez oprawcę swoich krzywd względem nas, bez podjęcia starań, szczerych starań z uznaniem prawa do naszych odczuć, takimi jakie są i były pojednanie z poziomu serca nie jest możliwe. Ale to zostawmy tym, którzy mają spore zaległości w zajmowaniu się swoim wewnętrznym dzieckiem. To nie nasz obowiązek, by ich do tego nakłaniać. Zajmijmy się sobą, swoim wewnętrznym dzieckiem, jego otuleniem, ukochaniem.

Na koniec proponuję tym, którzy przeżywają ból i cierpienie, po zadanych krzywdach następującą afirmację: Ukochuję swoje wewnętrzne dziecko, zauważam jego ból, cierpienie- otulam je swoim uznaniem krzywd, zrozumieniem, troską, szacunkiem i kojącą miłością. Doświadczam uwalniającej miłości.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Depresja maskowana – jak rozpoznać objawy? Rozmowa z Joanną Porembą, prezeską fundacji Melancholia

Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Przewlekłe bóle głowy lub karku, napady paniki, fobie i natręctwa, ale też zaburzenia snu czy pracy serca – pod wszystkimi tymi objawami może ukrywać się depresja. Joanna Poremba, współzałożycielka i prezeska fundacji Melancholia, wyjaśnia, jak rozpoznać ją u siebie i bliskich.

Na hasło „depresja” wielu z nas staje przed oczami obraz zmęczonego, zaniedbanego człowieka, który nie ma siły podnieść się z łóżka...
Bywa, że rzeczywiście tak to wygląda, jednak depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, często daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywołany przez ciebie obrazek może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz. Fakt, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie depresję, wynika z uwarunkowań kulturowych, w tym opisów filmowych i literackich – wystarczy, że wspomnimy „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia choroby! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno brak apetytu, jak i nadmierne łaknienie. Bywa, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania.

O maskach w ostatnim czasie mówimy głównie w kontekście koronawirusa, wcześniej zaś przy okazji rozmów o teatrze i karnawale. I w teatrze, i podczas karnawału, i nawet w czasie pandemii, podczas której staramy się przechytrzyć wirusa, maska kojarzy się z odgrywaniem jakiejś roli, z oszukiwaniem otoczenia. W depresji, jak sobie wyobrażam, występuje zwykle wtedy, kiedy siebie oszukujemy, nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnych prawd na temat otoczenia i siebie samych.
Nie nazwałabym tego oszukiwaniem, a raczej niebyciem przy sobie, pewnym brakiem uważności wobec sygnałów, które daje nam własny organizm. Nasza postawa jest bardzo często zupełnie nieuświadomiona: wywieramy na samych siebie różne rodzaje presji, nie akceptując się, a w konsekwencji nie darząc troską, czułością i uwagą. Bez kochania siebie nie da się kochać i akceptować świata. Niestety, jeśli tej uważności na siebie nie wyniesiemy z domu, jeśli rodzice nie nauczą nas korzystania z pewnych narzędzi, to w życiu dorosłym będzie nam o wiele trudniej. Na szczęście, kiedy zaczynamy ich w końcu szukać, z pomocą przychodzi psychoterapia.

Wracając do twojego pytania – wspomniany karnawał stanowił kiedyś coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa, okres, kiedy można było zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach. Maska w depresji również jest wentylem. Depresja to choroba duszy i umysłu, a nasz mózg – ciągle jeszcze nie do końca poznany – nie mogąc zmieścić w głowie wszystkich napięć, „upycha” je w ciele. To, z czym sobie nie radzimy, trudne emocje zaczynają pukać do nas pod postacią przypominającą rozmaite schorzenia. Według niektórych badaczy, którym trudno odmówić pewnej racji, jeśli poświęcamy naszemu ciału wystarczająco dużo uwagi i jesteśmy wyczuleni na płynące z niego sygnały, to być może zauważymy te symptomy wcześniej. To jedna z wielu korzyści bycia w kontakcie ze swoim ciałem.

W naszej kulturze mamy raczej niską świadomość własnego ciała.
Niestety, masz rację. Nie uczy się jej w szkołach, a powinno. I nie mam tu na myśli sportu, bo aktywność fizyczna nie zawsze jest równoznaczna z kontaktem nawiązanym z ciałem. Znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen podkreślał często, że głowa nie działa bez ciała, i odwrotnie. U współczesnego człowieka Zachodu jednak ta komunikacja między nimi nie odbywa się tak, jak powinna.

Czy lekarz, jeśli ktoś zwraca się do niego z dolegliwością somatyczną, zawsze również powinien brać pod uwagę, że ta osoba może chorować na depresję?
Byłoby to tak zwane holistyczne podejście do pacjenta, które na razie nie jest u nas powszechne, choć na szczęście nie powiedziałabym, że się nie zdarza. Lekarz z całą pewnością powinien zastanowić się, czy nie ma do czynienia z maską depresji wtedy, kiedy pacjent zrobi wszystkie możliwe badania, wyniki są dobre, a jego ciało cierpi. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wyimaginowany ból czy dyskomfort – te dolegliwości, umiejscowione w konkretnym punkcie, naprawdę się odczuwa, i po pewnym czasie może rozwinąć się z nich coś poważniejszego. Tym, co ostatecznie potwierdza, że chodziło o maskę, jest skuteczność leczenia lekami antydepresyjnymi: dolegliwości ustępują po ich zażyciu, nie zaś po preparacie, który zwykle stosuje się na chorobę imitowaną tutaj przez depresję.

Pomówmy jeszcze o stereotypowym wyobrażeniu osoby chorującej na depresję. Wielu z nas wie już, że nie zawsze objawia się ona rozpaczą, apatią i zaniedbaniem higieny. Jednak termin „maski depresji” chyba nie wszyscy słyszeli. Ja, która choruję na depresję od ponad 20 lat, nigdy nie usłyszałam tego określenia od żadnego lekarza. Dodam, że zawsze byłam bardzo aktywna, rzadko kiedy smutna, a moim głównym problemem było dojmujące uczucie lęku.
Termin „maski depresji” nie jest nowy, natomiast rzeczywiście nie wszedł do literatury przedmiotu; trudno przewidzieć, czy się to zmieni. Nie dotarł także do szerszej świadomości. Symptomy, których doświadczałaś, można jednak określić takim właśnie mianem.

Maski depresji mają rozmaity charakter. Jednym z ich rodzajów są tzw. maski psychopatologiczne – zaburzenia lękowe (lęk przewlekły lub ataki paniki, jak u ciebie), fobie oraz natręctwa. Drugą typową kategorią są symptomy fizyczne, głównie bólowe. Do najczęstszych zalicza się bóle w klatce piersiowej, kłucie serca, wrażenie duszności i ucisku; bóle głowy (np. pulsowanie, uczucie ucisku na mózg, szum w uszach) połączone z uczuciem niepokoju; nerwobóle; drętwienie, pieczenie, palenie, cierpnięcie kończyn, przepływ ciepła lub uczucie zimna; świąd skóry; zespół niespokojnych nóg; dziwne odczucia w rozmaitych narządach, szczególnie w żołądku i wątrobie. Maską depresji mogą być też zaburzenia rytmu biologicznego: snu i czuwania (problemy z zasypianiem, płytki sen, zbyt wczesne budzenie się, nadmierna senność w ciągu dnia), łaknienia (utrata apetytu lub napady głodu), problemy z miesiączkowaniem, zaburzenia erekcji. Wspomniany już Lowen mianem maski depresji określał także alkoholizm. Jak widać wachlarz możliwości jest szeroki.

Ja na przykład długo cierpiałam na coś, co wydało się być reumatoidalnym zapaleniem stawów – to też jedna z masek depresji. Drugą były męczące mnie latami dokuczliwe bóle karku – z czasem tak silne, że nie mogłam ruszyć szyją, nie byłam też w stanie zapiąć pasów w samochodzie. Lekarze rozważali nawet operację. Zamiast tego zdecydowałam się na długą fizjoterapię, która pomogła mi rozluźnić i poczuć własne ciało. Kiedy do leczenia włączono antydepresanty, dolegliwości ustały. Warto dodać, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest połączenie leczenia farmakologicznego z psychoterapią.

U mnie maską był lęk, u ciebie bóle karku; wymieniłaś też wiele innych możliwości. Zastanawiam się, czy – skoro znamy ich tyle – depresja maskowana nie jest częstą formą depresji?
Spotkałam się kiedyś z szacunkami, wedle których depresja maskowana może występować nawet trzy razy częściej niż inne postaci zaburzeń depresyjnych. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi danymi; wiele przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, a i o „klasycznej” depresji, jak pokazuje praktyka, coraz trudniej jest mówić, bo każdy przypadek jest inny, a generalizowanie prowadzi donikąd.

W ramach działalności fundacji Melancholia publikujemy rozmowy ze znanymi osobami, które mają za sobą doświadczenie depresji – porównując te wywiady, bardzo łatwo zauważyć oczywiście pewne elementy wspólne, ale także ogromne różnice. Ktoś rzeczywiście nie wstaje tygodniami z łóżka, ktoś inny – jak na przykład reżyserka Joanna Kos-Krauze, która z wielką otwartością i szczerością opisała swoją historię – rzuca się w wir pracy, podróżuje po całym świecie, zamienia się w prawdziwego tytana. Jeden ucieka więc w sen i izolację, drugi – w pracę czy niebywałą aktywność. Ona także odcina nas od emocji – wsłuchać się w nie możemy tylko wtedy, kiedy wreszcie się zatrzymamy. Różna bywa też etiologia choroby, która może pojawić się na skutek traumatycznych doświadczeń, ale także wtedy, kiedy nie przechodzimy ewidentnego życiowego kryzysu – to odróżnia ją od zaburzeń adaptacyjnych. I znowu, w obu przypadkach może wystąpić wspomniane odcięcie emocji od ciała, co często skutkuje powstawaniem masek.

Przy okazji warto też dodać, że w Polsce rozmowa o liczbach dotyczących depresji jest w ogóle prawie niemożliwa, bo dane, które przedstawia NFZ, dotyczą tylko i wyłącznie sektora publicznego; prywatna działalność psychiatrów i psychoterapeutów nie jest w ogóle uwzględniana w oficjalnych statystykach, a to właśnie tam trafia około 60 proc. pacjentów. Nasza fundacja na przykład czerpie dane ze strony WHO.

Wiemy na pewno, że w Polsce alarmujące są statystyki dotyczące depresji wśród młodzieży. Jak wygląda kwestia masek w ich przypadku?
Podobnie jak u dorosłych, depresja maskowana u dzieci może być trudna do uchwycenia, a spektrum możliwych masek jest bardzo szerokie. Może polegać na opóźnieniu rozwoju psychicznego, intelektualnego oraz emocjonalnego. Z depresją maskowaną łączy się też często fobia szkolna, objawiająca się poprzez dążenie do izolacji. Powtarzające się bóle brzucha przed pójściem do szkoły na pewno powinny zwrócić uwagę rodziców, podobnie jak rozmaite zaburzenia zachowania (nieuzasadnione napady złości, przesadzone reakcje, obojętność, zachowania autodestrukcyjne), przewlekłe bóle głowy, arytmia serca, alergie.

Warto więc słuchać swojego organizmu oraz być czułym na sygnały wysyłane przez osoby najbliższe.
Rozmawiać – z sobą i bliskimi. Obserwować – bliskich i samego siebie. Jest takie ładne zdanie, które powiedział bodajże Oscar Wilde: „Daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę”. W pewnym sensie podobnie jest z naszym ciałem i duszą. Czasem nasze „ja” musi sięgnąć po maskę, żeby powiedzieć prawdę o tym, co je boli i gnębi.

  1. Psychologia

Wewnętrzny dialog – które części osobowości najczęściej wypieramy?

Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mogą cię przed czymś ostrzegać albo za coś ganić. Doradzać i bronić. Nie sposób ich nie słyszeć, sztuką jest mądrze słuchać. Dialog z wewnętrznymi głosami jest konieczny, by nie odcinać się od życiowej energii.

Twój problem polega na tym... Jesteś beznadziejna, zawsze musisz wynaleźć sobie jakiś problem! Jesteś egoistką. Może byś wreszcie przestała dawać, dawać, dawać! Nie powinnaś tego mówić. Powinnaś być bardziej spontaniczna. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, nic nie osiągniesz. Musisz zwolnić, rozluźnić się. Jesteś wybranką bogów. Jesteś z gruntu zepsuta... Ileż takich komentarzy słyszymy codziennie w swojej głowie? Czy to możliwe, że to my? Tyle pretensji, niezadowolenia, agresji! Tyle sprzeczności! Wszystko dlatego, że nie jesteśmy monolitem, jedną osobowością o ustalonym, spójnym systemie wartości. Jest „nas” więcej, dużo więcej... Schizofrenia? Bynajmniej.

Daj im głos

Idea głosów wewnętrznych jest niemal tak stara jak wiedza psychologiczna. Różni badacze i autorzy posługują się własną terminologią. Colin Sisson, autor książki „Wewnętrzne przebudzenie”, mówi na przykład o „ministrach”, którzy przejmują odpowiedzialność za określone obszary życia. Inni – jak Hal i Sidra Stone’owie, autorzy metody Dialogu z Głosem – używają określenia „podosobowości”. Każda z nich ma inny temperament, inny sposób działania, inne zadanie do wykonania... Nasza psychika składa się z wielu takich podosobowości (lub, inaczej, wzorców energii). Kiedy zaczynamy identyfikować się z którąś z nich, przejmuje ona nad nami władzę.

Jak to się dzieje? Kiedy? W bardzo naturalny sposób. I bardzo wcześnie. Od najmłodszych lat jesteśmy nagradzani za jedne zachowania, a za inne karani. Wyciągamy z tego wnioski, wzmacniając niektóre cechy („ja”), inne zaś osłabiając albo wręcz tępiąc. Być może wyrzucamy za burtę naszego Żartownisia, bo rodzicom nie podoba się, gdy płatamy figle – wolą, żebyśmy zachowywali się poważnie. Albo tłumimy Wojowniczkę, bo „dziewczynkom nie wypada krzyczeć i tupać nogą”.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniej rozwijających się aspektów osobowości jest „ja”, które nas strzeże, nieustannie wypatrując zagrożeń i ustalając najlepszy sposób obrony przed nimi. Jest wcieleniem rozmaitych nakazów rodzicielskich (i społecznych), pilnuje, byśmy przestrzegali reguł, które zapewnią nam aprobatę innych. To „ja” Stone’owie nazywają Obrońcą-Kontrolerem. Twierdzą wręcz, że większość ludzi, używając słowa „ja”, mówi tak naprawdę o swoim Obrońcy-Kontrolerze!

W otoczeniu asysty

Warto się zapoznać także z resztą świty. W przeciwnym razie – mówią autorzy „Obejmując nasze »ja«” – będziemy musieli się pogodzić z rolą obserwatora, „zepchniętego na tylne siedzenie lub, co gorsza, schowanego w bagażniku, podczas gdy różne podosobowości prowadzą samochód naszej psychiki”.

Jak łatwo się domyślić, jedno z naczelnych miejsc zajmuje Wewnętrzny Krytyk, który nieustannie nas beszta i „przywołuje do porządku”. Chętnie współpracuje z Popychaczem (czy, jak kto woli, Poganiaczem). To ta podosobowość, według której działamy za wolno, robimy nie dość wystarczająco, wciąż jesteśmy „do tyłu”. Do tej frakcji należy też Perfekcjonista, lubiący znaleźć przysłowiową dziurę w całym. Wiecznie niezadowolony, bo przecież ideały rozmijają się czasem z rzeczywistością, gdyż trudno robić wszystko na 100 procent...

Kluczem do osiągnięcia spokoju jest – jak zwykle – równowaga. Stone’owie przypominają o takich podosobowościach jak Hipis czy Plażowicz, Kloszard, Leniuch czy Rozkapryszona Gwiazda... Mniejsza o nazwy, wiadomo, o co chodzi – głosy te podpowiedzą nam, jak się zrelaksować i uwolnić od przymusu zdobywania kolejnych odznak i bicia rekordów w przodownictwie pracy. Zamiast identyfikować się z jednym ze spolaryzowanych aspektów osobowości (w tym wypadku „cała naprzód” albo „wrzuć na luz”), warto poznać je oba, a potem świadomie dokonać wyboru, któremu w danym momencie chcemy oddać stery.

Skarby schowane w cieniu

Kiedy pracuje się z podosobowościami podczas sesji Dialogu z Głosem, stają się one bardzo realne. Przyjmują określoną postawę, mimikę, barwę głosu. Nierzadko mają też imię, no i oczywiście własne poglądy, uczucia, aspiracje... Pomysły na to, co dla nas dobre, a co nie, jakich wyborów winniśmy dokonywać. Nic dziwnego, że często dochodzi między nimi do konfliktu interesów. Odczuwamy to jako wewnętrzne rozdarcie, nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy. Im większa stawka, tym większy konflikt i trudniejszy wybór.

Przyjmuje się, że – przy całej swojej różnorodności, złośliwościach i kaprysach – podosobowości są neutralne. Żaden wzorzec energii nie jest z natury dobry czy zły. Rzecz w tym, że niektóre są nam bliższe, oswojone (tzw. podosobowości podstawowe), inne wprawiają w zakłopotanie, niepokoją, jeszcze inne budzą odrazę... Te ostatnie wyłączamy z życia – Hal i Sidra Stone’owie nazywają je „wydziedziczonymi”. Odrzucamy to, co nam się nie podoba, czego nie lubimy, nie znosimy... Mechanizm ten opisują szczegółowo różne szkoły psychologiczne. Według Arnolda Mindella, twórcy metody Pracy z Procesem, każdy z nas tworzy sferę „ja”, z którą się utożsamia i „nie ja”, do której spycha wszystkie odrzucone aspekty osobowości. Według Junga to, co wyparte, staje się częścią naszego cienia... Tu ukrywa się to, co nas mierzi, ale też to, co wydaje się niedoścignionym wzorem i czego nie potrafimy dostrzec w nas samych... Wydziedziczone podosobowości pozbawiają nas energii (to tak, jakby jedna ręka cały czas była zajęta przytrzymywaniem drzwi). Budzą silne emocje. Kiedy widzimy u innych podosobowości, które odrzuciliśmy, pragniemy pozbyć się ich jak najszybciej. Złościmy się, krytykujemy, okazujemy dezaprobatę... Rzecz w tym, że energii nie da się zniszczyć, więc wydziedziczone instynkty zaczynają działać nieświadomie, aż stają się złowrogie.

Pukanie do świadomości

Uważasz, że nie wolno być stanowczym, upominać się o swoje? Że to nieelegancko? Nie zdziw się, jeśli pewnego dnia stracisz zupełnie panowanie nad sobą i wyrzucisz z siebie stek obelg, zupełnie nie przejmując się, że naprzeciwko ciebie stoi szef. Wydziedziczone energie mogą przyjąć formę zaburzeń emocjonalnych czy chorób psychosomatycznych. Mogą też nawiedzać w snach: ktoś próbuje się do nas dodzwonić, wdziera się do naszego domu, jesteśmy ścigani przez oprawców albo dzikie zwierzęta... Pewnej kobiecie na przykład wciąż śniły się dzikie koty, które ją atakowały. Okazało się, że – wychowywana na „przyzwoitą kobietę” – całkowicie zanegowała swoją zmysłową naturę. A ta zaczęła upominać się o swoje, napierać...

Wydziedziczone podosobowości dają też o sobie znać w relacjach. Przyciągamy ludzi, którzy pozwalają nam skonfrontować się z odrzuconymi cechami. I zaczyna się: ataki, oskarżenia, potępienie tego, czego nie akceptujemy w sobie. Niekoniecznie mowa tu o rzeczach ciężkiego kalibru! Weźmy podejście do kwestii porządku. Jeśli pozwolisz przejawić się swojemu Bałaganiarzowi (a któż go w sobie nie ma!), być może zachowanie męża, który znów zostawił skarpetki na podłodze, przestanie cię wreszcie doprowadzać do furii. Zrozumiesz, że to takie... ludzkie. Nie chodzi przecież o to, żeby identyfikować się z wypartą podosobowością, oddawać jej władzę, tylko żeby czasem dopuścić ją do głosu. Wtedy okazuje się na przykład, że szalejący lew ze snu staje się potulnym kociakiem, liżącym nas po twarzy.

Chce chronić, ale się zapędza

Chyba najczęściej wydziedziczaną podosobowością (a przy tym jedną z najcenniejszych, najbliższych naszej najgłębszej istoty) jest Wewnętrzne Dziecko. Zwłaszcza to bezbronne, opuszczone... Nie chcemy być słabi, bezbronni, porzuceni. A chyba każdy z nas kiedyś tego doświadczył... Co można usłyszeć (według Stone’ów) od Wewnętrznego Dziecka, kiedy uda się z nim skontaktować?

Boję się. Chowam się w szafie i mam nadzieję, że ktoś zacznie mnie szukać, ale nikt nie przychodzi, nikt nigdy nie przychodzi. A ja tak bardzo chcę, żeby ktoś przyszedł i poszukał mnie, poświęcił mi trochę uwagi. Nikomu mnie nie brakuje. Chcę, żeby ludzie zauważyli, że znikłam, i żeby to miało dla nich znaczenie.

Jak twierdzą Hal i Sidra Stone’owie, większość podstawowych podosobowości rozwinęła się po to, by chronić Wewnętrzne Dziecko. Taka jest też rola Wewnętrznego Krytyka: on niejako uprzedza cios – wskazuje nam na różne braki i niedociągnięcia, po to, żebyśmy mogli się „poprawić” i uniknąć krytyki zewnętrznej... Chce dobrze, ale często się zapędza – zamiast nas chronić, tak uporczywie tropi wszelkie niedoskonałości, że zaczyna nas zadręczać...

Lepiej niech zdechnie, niż ma żyć w tak ciamajdowaty sposób! Szczerze mówiąc, gardzę nią i nie obchodzi mnie, czy ją zabiję. Zasługuje na śmierć, ta franca!

Rezultat? Czujemy się pozbawieni godności, zagubieni, niepewni siebie, a co więcej, zaczynamy wyzwalać u otaczających nas osób postawę Sędziego. Czyli staje się to, przed czym Wewnętrzny Krytyk chciał nas uchronić – dopada nas surowa ocena innych. Na szczęście podosobowości można oswoić. I niekoniecznie potrzebne są do tego sesje Dialogu z Głosem. Na pewno cenne mogą się okazać ćwiczenia zamieszczone w książkach „Wewnętrzny Krytyk” i „Powrót do swego wewnętrznego domu”. Czasem wystarczy obserwacja siebie, otwartość i odrobina dystansu.

Czego chce dana podosobowość?

Wbrew pozorom, nie jest tak trudno rozpoznać, jaki wzorzec energii dochodzi w danym momencie do głosu. Czy jest to Przymilaczek? Porównywacz? Samolub? Dobra Matka? Winna Córka? Grzeczna Dziewczynka? Nazwy oczywiście są umowne, możesz je nadawać sama. Najważniejsze to zrozumieć potrzeby i niepokoje, jakie ukrywają się pod wypowiadanymi treściami. Czego chce dana podosobowość? Do jakiego aspektu życia się odnosi? Przed czym cię strzeże? Rzecznikiem jakiej jest sprawy? Nawet jeśli przemawia przez ciebie ze złością czy ironią, spójrz na nią życzliwie, bez oceny. Zdystansuj się. Spytaj: „co mogę dla ciebie zrobić?”.

Zwykle najlepiej jest zacząć od odnalezienia Wewnętrznego Dziecka, nawiązania z nim kontaktu (przydatne jest zdjęcie z dzieciństwa), zadbania o jego potrzeby. Louise Hay, autorka książki „Możesz uzdrowić swoje życie”, radzi, by powiedzieć swojemu Dziecku wszystko, co zawsze pragnęłaś usłyszeć od rodziców. Tanha Luvaas („Jestem tutaj. Rozmowa z moim wewnętrznym dzieckiem”) poleca dialog na piśmie (ręką dominującą zapisujemy pytania, a drugą odpowiedzi). Dużym wsparciem dla Wewnętrznego Dziecka jest sprawianie sobie przyjemności, ciekawość, spontaniczność, traktowanie życia z przymrużeniem oka.

A co z Krytykiem? Hal i Sidra Stone’owie uprzedzają: nie zadowolisz go! Mówią o nim „Radio Crazy” – jest jak radiostacja nadająca na okrągło wiadomości o tym, co w tobie „niewłaściwe”. Rzecz w tym, że większość z nas – przyzwyczajona do niekończących się tyrad tego wybrednego głosu – całkowicie się z nim utożsamiła. Pewnie nie przyszło ci do głowy, że to radio można po prostu wyłączyć albo zmienić stację? Owszem. Ale najpierw wsłuchaj się w ten głos – choćby przez jeden dzień. Uświadom sobie, że nie są to twoje osądy – prawdopodobnie te najczęściej powtarzane uwagi Krytyka wygłaszało kiedyś któreś z twoich rodziców. Albo nauczyciele, koledzy... Czy chcesz nadal słuchać tych przestarzałych audycji? A może nie potrzebujesz nawet ustalać ich pochodzenia? Może wystarczy uświadomić sobie: „teraz właśnie przemawia mój Krytyk, który troszczy się o mnie”. A potem zdystansować się do jego „rewelacji”. Taka umiejętność łagodnego odseparowania się od krytycznych komunikatów zaowocuje wzrostem koncentracji, kreatywności i poczucia wartości. Oswojony Krytyk ma szansę stać się bardzo cennym doradcą, racjonalnym i spostrzegawczym – zapewniają Stone’owie.

Ważne, żeby objąć wszystkie „ja”

Rozpoznawanie podosobowości to niezwykle cenny proces, który – zgodnie z koncepcją Stone’ów – służy rozwijaniu świadomego ego. Ma ono objąć wszystkie „ja”, uznając je, ale nie identyfikując się z żadnym. Taka postawa – kiedy jesteśmy całością, świadomą swego bogactwa i różnorodności, wolną od konfliktów – daje ogromne możliwości wyboru. Nie jesteśmy niewolnikami naszych wewnętrznych głosów. To nie musi być walka, to współpraca. Szukanie porozumienia, złotego środka. Sztuka dyplomacji. Dystansu, odpuszczenia... Wyrzucasz sobie, że nie zrobiłaś czegoś na 100 procent? Cóż, spirytus ma 95 procent, a wiadomo, co potrafi. Twój Krytyk znalazł kolejny defekt w twojej urodzie? No dobrze, może nie wyglądasz jak miss Wenezueli, ale przecież oczy i usta masz niczego sobie...

Najważniejsze to nie zaprzeczać sobie, nie udawać, że czegoś nie ma. Stone’owie opowiadają historię pewnej klientki, gorliwej wyznawczyni kościoła episkopalnego, której przyśnił się potężny wąż, próbujący wciągnąć ją do morza. Po nierównej walce z potworem śniąca usłyszała w sobie głos: „Uspokój się i wiedz, że jestem Bogiem. Przyjmij mnie, bo jestem częścią uniwersalnej energii, która nie została przyjęta”. Kobieta zrozumiała, że – oddana życiu religijnemu – zanegowała swoją cielesność, emocje, instynkty... Autorzy „Obejmując nasze »ja«” przypominają, że w starożytnej Grecji naturalną rzeczą było oddawanie czci wszystkim bogom. Istniało ryzyko, że nieuhonorowane bóstwo będzie okazywać swój gniew, zniszczy tego, kto je zignorował. Tak samo z głosami wewnętrznymi – potrzebują akceptacji, szacunku. Chodzi o to, żeby nie negować swoich zasobów, nie wyrzucać – jak w niektórych metodach – tego, co odczuwamy jako niewygodne. Żeby objąć całe nasze „ja”.

  1. Psychologia

Zranione wewnętrzne dziecko - jak sobie pomóc?

Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i
Czasem rany z dzieciństwa są tak bolesne, że trudno je wyleczyć bez pomocy terapeuty. Jednak zapomniane i "zamiecione pod dywan" manifestują się w naszej codzienności (fot. iStock)
„Gdzie twoja godność, córko? Kim jest kobieta bez dziecka?” – pytała moja matka. Czułam, że ją zawiodłam – opowiada 42-letnia Sylwia, malarka.

Byłam szczęśliwą dziewczyną. W wieku 27 lat wyszłam za mąż. Zamieszkaliśmy w domu z pięknym ogrodem, cieszyliśmy się sobą, życiem i naturą. Dużo podróżowaliśmy, poszukując inspiracji – mąż do architektonicznych projektów, ja do swoich obrazów. Rozstawiałam sztalugi, gdzie to tylko było możliwe, i malowałam. Tak beztrosko płynęliśmy przez pierwsze lata małżeństwa.

Kiedy skończyłam trzydzieści lat, zaczęliśmy się starać o dziecko. Choć regularnie miesiączkowałam i nigdy nie stosowałam antykoncepcji, nie mogłam zajść w ciążę. Oboje poddaliśmy się szczegółowym badaniom, ale nie wykryto żadnej przyczyny – z medycznego punktu widzenia nic nie stało na przeszkodzie, byśmy mieli dziecko. Nie pomogła też terapia hormonalna. Zaczęłam próbować różnych form psychoterapeutycznych, uczęszczałam do laboratorium psychoedukacji, jeździłam na warsztaty rozwoju. A mój zegar biologiczny nieubłaganie wskazywał lat 36, 37, 38...

Ostatni dzwonek!

Rodziła się we mnie gotowość do wejścia w terapię indywidualną. Czułam potrzebę spotkań z terapeutą, który zajmie się wyłącznie mną i problemem mojej bezpłodności. Chciałam zobaczyć swój cień, nazwać wszelkie mroki w sobie, choć zdawałam sobie sprawę, że to może być droga długa i bardzo trudna.

Trafiłam na wspaniałą terapeutkę. Pomogła mojej przyjaciółce, słyszałam o niej dużo dobrego. Zastanawiałam się, czy to jest osoba, którą potrafiłabym prywatnie polubić? Nie cenić, bo nie chodziło mi tylko o profesjonalizm, ale właśnie polubić. To było dla mnie ważne, wiedziałam, że inaczej szybko wezmę nogi za pas.

Ale polubiłam tę kobietę już podczas pierwszej sesji: serdeczna, otwarta, z poczuciem humoru... nie jakaś guru, tylko taka z krwi i kości. Matka trójki dzieci.

Terapia trwała dwa lata i była bardzo intensywna: jedna lub dwie sesje w tygodniu, każda po prawie dwie godziny. Nie miałam pojęcia, jaką metodą mnie prowadzi, ale to nie było dla mnie istotne. Dziś wiem, że korzystała z bardzo wielu różnych metod terapeutycznych, m.in. technik NLP, metody ericsonowskiej i behawioralno-poznawczej. Ta ostatnia okazała się dla mnie kluczowa.

Jedna wielka ściema

Weszłam do gabinetu, usiadłam i powiedziałam, że przyszłam z problemem braku dziecka. Bardzo chciałabym je mieć i nie wiem, dlaczego nie mogę zajść w ciążę. Zbliżam się do 40., słyszę ostatni dzwonek...

Pierwsze zdanie terapeutki brzmiało: „Nie będziemy, Sylwio, pracować nad dzieckiem. Będziemy pracować nad tym, żebyś – bez względu na to, czy będziesz je miała, czy nie – była szczęśliwa. Czy to ci odpowiada?”. Poczułam ogromną ulgę. Boże, czy to znaczy, że wcale nie muszę mieć dziecka, by poczuć się szczęśliwa?

To był bardzo dobry trop. Terapeutka chciała się najpierw przekonać, czy moja rozpacz jest na pewno związana z tym, że nie mam dziecka. Badała, dlaczego tak strasznie chcę je mieć. Jaka energia za tym stoi. Bo mnie nie rozpierała zazdrość, że inne kobiety mają potomstwo, a ja nie. Nie ściskało w gardle na widok czyjegoś maleństwa, kompletnie nie...

Terapeutka pytała o sprawy bieżące, ale powoli wydobywała ze mnie to, co działo się w moim życiu wcześniej, sięgała coraz dalej w przeszłość. Dużo pracowałyśmy w wizualizacji. Wprowadzała mnie w stan relaksu, rozluźnienia, bym mogła łatwiej przywołać sytuacje, które działy się w przeszłości. Prosiła: „Wyobraź sobie, że w twoim sercu jest pokój, a w nim ty jako mała dziewczynka. Wchodzisz do tego pokoju i kontaktujesz się z nią. W jakim jest nastroju?”.

Moja wewnętrzna dziewczynka siedziała zawsze w ciemności, smutna, zalękniona... Wtedy obejmowałam świadomością to zrozpaczone, opuszczone dziecko, które nosiłam w sobie. Wzbudzało we mnie współczucie i zrozumienie, więc przygarniałam je do siebie – tę zaniedbaną część mnie.

Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf) Rozmowy z wewnętrzną dziewczynką mogą być sposobem na lepsze poznanie siebie. (fot.123rf)

 

Terapeutka badała, w jakich sytuacjach czułam się mocna, wolna, otwarta, zdolna się kimś zaopiekować, kreatywna, spełniona – bo taki aspekt też przecież we mnie był. Za pomocą technik NLP kontaktowałam się ze swoim potencjałem, a odwołując się do wspomnień, wzmacniałam go – jak gdyby kotwiczyłam  życiowe zasoby, zdolności i umiejętności. Chodziło o wydobycie, a następnie połączenie dwu części mnie – tej zaniedbanej i tej silnej – po to, by wzajemnie mogły się sobą zaopiekować. Dlaczego? Bo okazało się, że tak naprawdę to ja płaczę nie nad brakiem własnego potomka, ale nad sobą – kondycją swojego wewnętrznego dziecka. Moja rozpacz wynikała z potrzeby zatroszczenia się o siebie. Reszta to była jedna wielka ściema. Wcześniej wydawało mi się, że mam potężny potencjał: troski, czułości, uwagi, którym jako matka pragnę obdarować dziecko. A już po kilku sesjach wiedziałam, że ja tych uczuć nie mam dla samej siebie. Przez dwa lata terapii uczyłam się przede wszystkim opiekować swoją wewnętrzną dziewczynką.

Zawiodłaś mnie

Było we mnie dziecko – zranione, upokorzone, które przeszło w dzieciństwie przez prawdziwe piekło: ojciec alkoholik, przemoc fizyczna w domu, rozwód rodziców. A kluczowa w terapii okazała się relacja z matką.

Kiedy byłam dziewczynką, matka zajmowała się głównie mężem alkoholikiem, a ja czułam się samotna, opuszczona, wystraszona – nie wiedziałam, co się naprawdę dzieje. Dlaczego wciąż są w domu awantury, słychać krzyki matki, ojciec bije i ją, i mnie. Siedziałam skulona w ciemnym pokoju, przerażona. Na sesjach powracałam do sytuacji, które wbiły się w moją pamięć jako tragiczne. Terapeutka inscenizowała rodzaj psychodram, podczas których wydobywałam z pamięci najważniejsze osoby w swoim życiu. To były dla mnie bardzo trudne chwile, łzy lały się strumieniami. Ale mówiła, że muszę te traumy przepracować, by się od nich uwolnić.

Moje relacje z matką nie poprawiły się, kiedy wyszłam za mąż. Zaczęła napierać na mnie i powtarzać: „Kobieta musi mieć dziecko, bez niego nie jest kobietą”. Była bardzo religijna, więc wymyślała cuda, co muszę zrobić: „Powinnaś iść na kolanach do Częstochowy i prosić Matkę Boską o dziecko. Albo przez pół roku przyjmować codziennie komunię świętą. To był swoisty mobbing. Mówiła: „Nie jesteś taka, jakbym chciała! Zawiodłaś mnie, haniebnie! Nie mogę pochwalić się wnukami, nie mam rodziny i jestem nieszczęśliwa”. Kiedy pytałam: „Mamo, dlaczego ty mi tak mówisz, przecież to mnie bardzo boli!? Nie mów tak”, odpowiadała: „Mogę ci powiedzieć wszystko, bo jestem twoją matką!”. A już kompletnie mnie ścięło, kiedy usłyszałam, że wybaczy mojemu ojcu całe zło, jeśli zajdę w ciążę.

Mój stan umysłu był taki: „Haniebnie zawiodłaś własną matkę, najbliższą osobę, tę która cię stworzyła. Przez ciebie nie może w pełni cieszyć się życiem”. To była motywacja do posiadania dziecka, dźwigałam ciężki bagaż.

To nie był mój dramat

Alice Miller – francuska psychoterapeutka, autorka książek o psychologii dziecięcej – pisze, że dziecko, które doznało w dzieciństwie przemocy, jest w gorszej sytuacji niż więzień obozu koncentracyjnego. Bo więzień miał towarzyszy, a dziecko, które doświadcza przemocy od obojga rodziców, jest kompletnie samo. Ja podczas terapii dogrzebałam się, dokopałam do tego swojego obozu koncentracyjnego, wyciągnęłam z niego tę zrozpaczoną, zranioną dziewczynkę i... mocno ją ukochałam.

Dopóki tego nie zrobiłam, nie mogłam stać się dojrzałą kobietą. Dopiero teraz patrzę na stan świadomości swojej matki jako na stan odrębny: ona taka jest, tak ją ukształtowała religia, kultura... Szanuję to, rozumiem i... potrafię współczuć, bo wiem, że ona nadal cierpi, patrząc na córkę, która nie ma dziecka, i nadal uważa mnie za kobietę ułomną. Patrzę na nią jak na osobę cierpiącą i... kocham ją. Ale ja jestem Sylwia, dojrzała kobieta, mam swoje życie i to, jakie ono będzie, zależy wyłącznie ode mnie. Dlatego zadałam sobie pytanie: „Czy ja chcę mieć dziecko na pewno dla samej siebie? Terapia uświadomiła mi, że to, iż go nie mam, nie jest moim dramatem, lecz mojej matki.

Zeszyty pełne myśli i uczuć

Kiedy ktoś w dzieciństwie przebył tak trudną drogę, to jego wyzwolenie się ze wszystkich traum wymaga czasu, uwagi i miłości. Dlatego poza sesjami zapisywałam swoje myśli, emocje i potrzeby w formie rozmów ze swoim  wewnętrznym dzieckiem. Robię to do dziś, już jako dojrzała kobieta, która potrafi się o nie zatroszczyć. To bardzo ważne narzędzie terapeutyczne. Mam grube zeszyty takich rozmów.

Kiedy moja wewnętrzna dziewczynka wpada w gorszy nastrój, gdy czuje się opuszczona, samotna, pocieszam ją: „Dziewczynko, wiem, znowu jesteś zrozpaczona, znowu coś niedobrego się stało, ale poradzimy z tym sobie, jestem przy tobie, przytulam cię, już nie jesteś sama, będzie dobrze”. Pytam: „co by ci pomogło?”. Czasami idziemy sobie do lasku brzozowego, bo ona bardzo lubi drzewa, ptaki – przyroda ją uspokaja, wycisza. Oczywiście, zdarza się, że mówię: „No jak ja mogę teraz pójść do lasu i leżeć pod brzozą, kiedy mam tyle pracy”. Wtedy dziewczynka: „Poleżymy sobie tylko pół godziny i wykonasz potem tę pracę szybciej i lepiej”. Ma rację. Kiedy damy sobie czas, żeby negatywne uczucia przepłynęły, wszystko idzie dużo sprawniej. Czasem trzeba zatrzymać i wsłuchać w swoje uczucia, emocje, potrzeby, których – jak podkreślała terapeutka – nie słyszą dzieci traktowane w dzieciństwie przemocowo.

Jestem matką

Z miesiąca na miesiąc stawałam się coraz mocniejsza, spokojniejsza, szczęśliwsza. Uświadomiłam sobie, że bycie matką to potencjał – energia troski, miłości, opieki, oddania, czułości, który we mnie jest. Tę matczyną energię mogę wnosić w życie innych ludzi – swoich bliskich, przyjaciół, znajomych. I ich dzieci – świat potrzebuje dobrych, mądrych ciotek. Mogę też być matką dla własnych pomysłów, projektów, twórczości, obrazów, które kocham malować. Dla swoich domowych zwierzaków. A przede wszystkim dla siebie i mojej wewnętrznej dziewczynki. Kiedy troszczysz się o coś, jesteś matką.

Dziś nie ma we mnie odrobiny żalu o to, że nie posiadam własnego dziecka. Akceptuję to, co mi się przydarza. Przyjmuję i cenię dary, jakie otrzymuję od życia. Jestem dojrzałą, spełnioną i szczęśliwą kobietą. To efekt indywidualnej terapii i pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Od jutra będzie inaczej. Dlaczego nie umiemy dotrzymywać postanowień?

Chcemy schudnąć, zmienić pracę, być bardziej asertywni. Od tego roku, tego miesiąca, tej godziny. Tylko dlaczego wiecznie nam się to nie udaje? (Fot. iStock)
Chcemy schudnąć, zmienić pracę, być bardziej asertywni. Od tego roku, tego miesiąca, tej godziny. Tylko dlaczego wiecznie nam się to nie udaje? (Fot. iStock)
Chcę schudnąć, zmienić pracę, być bardziej asertywna… Od tego roku, tego miesiąca, tej godziny. Tylko dlaczego wiecznie mi się to nie udaje?

Marta ma apetyt na życie. Śmieje się perliście i otwarcie, dużo mówi. Ma urocze dołeczki w policzkach i blond loki. Ciągle się śpieszy. Szybko mówi, szybko też je. Dwa razy w roku wyjeżdża do Włoch, głównie z powodu makaronów. Z rozmarzeniem opowiada o tortellini ze szpinakiem i ricottą.

Jest kobietą przed czterdziestką i ma kilkanaście kilogramów nadwagi. Je jeden posiłek dziennie – trwający od rana do wieczora. Ciągle coś przekąsza, podjada, smakuje. Je całą sobą. Oczywiście wtedy, kiedy się nie odchudza. Gdy przystępuje do akcji zrzucania zbędnych kilogramów, z dużą dawką humoru opowiada znajomym i przyjaciołom o kolejnych dietach cud, które testuje, o zestawach ćwiczeń, którymi się torturuje, i medytacjach oddechowych, które śmiertelnie ją nudzą. Rozpoczyna to wszystko z każdym Nowym Rokiem, wiosną, jesienią i od niektórych poniedziałków. Bo Marta jest świetna w robieniu postanowień. Ekscytuje się, wręcz unosi się ze szczęścia, gdy czyta poradniki, serfuje po Internecie, śledząc fora, przeszukuje sklepy ze zdrową żywnością. Szykuje się na nowe.

„Mam energię do zmiany”

– Za każdym razem naprawdę wierzę, że mi się uda – mówi Marta. – Zmiana, której chcę, wydaje się naprawdę możliwa do wprowadzenia w życie.

Opowiada, że wyobraża sobie siebie szczupłą, najchętniej w dżinsach. Widzi się na zakupach, na których wybiera obcisłe bluzeczki w rozmiarze 38. Uśmiecha się do tych wizji, piekąc w foliowym rękawie mały kawałek schabu na obiad. Aż następuje moment, w którym robi się zbyt ciężko.

– Boję się tego charakterystycznego ścisku żołądka, mdlącego uczucia głodu – mówi Marta. I zaczyna dojadać, najpierw po dzieciach. Przecież nie wolno wyrzucać jedzenia. Impreza u przyjaciółki? Czemu nie! Idzie, bawi się i nie odmawia sobie dodatkowej porcji risotta czy ciasta. Czy po takiej przyjemności można wrócić do szpinaku, jedynie lekko posolonego, niedoprawionego śmietaną?

– To dla mnie zbyt okrutne i niesprawiedliwe. Bo co ja mam z tego życia? – tłumaczy Marta. Zaczyna kulinarne szaleństwo. Zaprasza gości na wykwintne kolacje, wraca do niedzielnego pieczenia ciasteczek, wydaje okrągłe sumy w delikatesach. Znowu podjada i przekąsza od rana do nocy.

– Czuję, że żyję, że jestem wolna – wyznaje. – Przekonuję siebie, że zasługuję na przyjemności. Że jeśli ja nie będę dla siebie dobra, to kto będzie? Z czasem jednak moje świetne samopoczucie się pogarsza. Dopadają mnie potworne wyrzuty sumienia. Krytykuję siebie za słabość, brak silnej woli, nazywam się tłustym potworem.

„Jestem beznadziejna”

Właściwie chodzi nie tylko o odchudzanie. Marta chętnie zmieniłaby też pracę. Od lat siedzi w tej samej firmie, w administracji. Fakt, dobrze zarabia, ale marzą się jej podróże, praca z ludźmi, a nie papierami. Co jakiś czas postanawia więc doszlifować angielski.

– Nie wiem dlaczego, ale nie mogę w tym wytrwać. Na kursie pojawia się opór przed wypowiadaniem się na forum, a indywidualne konwersacje zawsze w końcu mnie nudzą – opowiada. Stwierdza więc, że jest już za stara na naukę, rzuca lekcje i, podobnie jak po przerwaniu diety, czuje się wolna. Do czasu aż zacznie nazywać się leniwym potworem, bez talentu i ambicji.

– Wstydzę się, że jestem taka beznadziejna – mówi Marta. – Wpadam w czarną dziurę. Dopada mnie smutek, rozdrażnienie, złość. Ludzie mówią, że się nagle zmieniłam, bo najczęściej jestem rozgadana i uśmiechnięta.

Marta jest lubiana. Wysłucha, doradzi, pocieszy. Choć sama nie uważa, że dołeczki w jej policzkach są urocze ani że ma wyjątkowe poczucie humoru – inni sobie to cenią. Jej samopoczucie pogarsza się, gdy gwar ludzki wokół niej milknie. Czuje się otyła, niekochana, nieszczęśliwa.

 

„Męża też bym zmieniła”

Wojtek nie jest czuły jak kiedyś. On nawet nie jest nią zainteresowany. Ma swoje sprawy, czasu dla żony zostaje niewiele. Marta czasem postanawia z nim szczerze porozmawiać. Umie nawet zrobić awanturę. To jednak nie daje efektu, nie przywraca zaangażowania Wojtka sprzed lat. Są chwile, gdy Marta myśli, że to, jak się czuje w małżeństwie, ma jakiś związek z tym, że w dzieciństwie jej ojciec odszedł do innej kobiety.

– Czasem chce mi się wyć z bólu i samotności – mówi Marta. – Mąż jest tak odległy, obcy, a ja nie mam odwagi się do niego zbliżyć. Powiedzieć, co czuję, wyznać, czym mnie rani. Ale chyba pogodziłam się już z tym. Jest jak jest. Nie mam szans, by zacząć życie od nowa.

Komentarz psychologa

Dyskusja Dziecka z Rodzicem

Według analizy transakcyjnej, stworzonej przez amerykańskiego psychiatrę Erica Berne’a, w każdym z nas mieszkają trzy subpostacie: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Sterują naszymi schematami zachowania i odczuwania.

Dziecko pod wpływem impulsu, wiedzione piękną wizją końca, podejmuje się szalonych zadań, których nie potrafi zrealizować. Dla niego liczy się tylko tu i teraz, czyli doraźna przyjemność. I pewnie gdyby nie Rodzic, nasze postanowienia noworoczne i wszelkie inne byłby zarzucane w chwili pierwszego dyskomfortu, wynikającego z ograniczeń. Wspaniały cel na zawsze pozostałby odległy. Rodzic przypomina nam o nim. Stoi za plecami i surowo ocenia wszystkie wpadki, każde ciastko zjedzone na diecie, każdy przerwany kurs angielskiego, każde niezrealizowane zadanie. I wtedy Dziecko czuje się jeszcze gorzej. Nie dość, że coś mu się nie udało, staje się podmiotem bezwzględnej krytyki.

Bo Rodzic jest tyranem, który nie uwzględnia okoliczności łagodzących. Nie ma litości dla potknięć Dziecka. On pragnie wychować człowieka ze stali, bo tylko taki, jego zdaniem, poradzi sobie w świecie. Kontakt między Dzieckiem a Rodzicem może odzwierciedlać najgorszy model relacji z dzieciństwa. Ponieważ jednak mechanizm ten odtwarza się na poziomie nieświadomym, nie jest łatwy do zauważenia.

Dlaczego Marta nie umie dotrzymywać postanowień?

Kiedy Marta planuje odchudzanie, widząc siebie szczupłą i atrakcyjną, przemawia przez nią Dziecko, które potrafi marzyć. To Ono wyobraża sobie, że kupuje obcisłe ubrania, podpowiada, że męża najlepiej zmienić, skoro jest taki nieczuły.

Rodzica w bohaterce poznajemy natomiast po klasycznych dobrych radach, które pojawiają się w jej relacji. „Nie wolno wyrzucać jedzenia”, „nie wypada odmawiać” – to typowe hasła Rodzica, suma ogólnych społecznych prawd i przekonań, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Najczęściej zbędnych, bo ograniczających. Rodzic Marty odzywa się również krytycznym, wręcz bezwzględnym głosem, kiedy Marta nazywa się tłustym, leniwym potworem, gani za brak ambicji, urody. W efekcie nie potrafi zawalczyć o szczęśliwy związek, satysfakcjonującą pracę czy szczupłą sylwetkę.

Na scenę wkracza Dorosły

Gdybyśmy mieli w sobie tylko Dziecko i Rodzica, pewnie nigdy nie wyszlibyśmy poza fazę ścierania się sprzecznych głosów. Szczęśliwie jest jeszcze Dorosły. To część nas, która jest mądra, doświadczona, zna możliwości i ograniczenia swojego „właściciela”.

Dorosły przygotowuje plan działania, który jest ambitny, ale realny do wykonania. Stara się dookreślić cel. Dorosły jest elementem wnoszącym świadomość. Może ocenić zapał Dziecka, a jednocześnie utemperować nieco oczekiwania Rodzica. I zamiast postanowień, że za pół roku będę szczupła, pojawia się obietnica, że do końca roku zgubię 7 kilogramów.

Dorosły jest na tyle rozsądny, że stosuje metodę małych kroków, czyli opracowuje cele pośrednie, za których realizację zawsze się nagradza. Nagroda to istotny aspekt pracy z celami. Przy osiągnięciu każdego etapu (np. strata pierwszego kilograma czy wytrwanie na zajęciach z angielskiego przez trzy miesiące) obdarowuje się. To może być drobiazg, ale taki, który ucieszy Dziecko. Bo to ono jest odpowiedzialne za aktywność, ruch, siłę działania. Dorosły jest bardziej wyrozumiały niż Rodzic. Kiedy zdarzy się wpadka, podchodzi do tego spokojnie. Nie uogólnia, nie krytykuje, nie załamuje się, tylko przechodzi nad tym do porządku dziennego i idzie dalej. Jest także na tyle zapobiegliwy, że potrafi stworzyć plan awaryjny. Czyli potrafi wymyślić sposób postępowania na wypadek kłótni z mężem, problemów w pracy, gorszego samopoczucia, kiedy to odkładamy na bok wszystkie postanowienia i sięgamy po czekoladę lub w inny sposób zapadamy się w siebie.

 
Wbrew pozorom Dziecko z Rodzicem stanowią dobraną parę. Rodzic poucza, a Dziecko wysłuchuje. W tym trójkącie outsiderem jest Dorosły, który odważa się na polemikę zarówno z Rodzicem, jak i z Dzieckiem. Widzi słomianą schematyczność pierwszego i słomiany zapał drugiego. Wygląda na to, że najlepiej byłoby się pozbyć obojga i zostawić tylko Dorosłego. Ale byłoby to błędem.

Każda z trzech postaci jest nam bowiem w jakiś sposób potrzebna. Jeśli ją wykorzystać we właściwym celu, zaprząc do pracy – sukces murowany. Dorosły, choć jest taki mądry, przewidujący i świadomy, sam nie da rady ruszyć bryły z posad.

Wskazówka dla Marty

Żeby Marta mogła zacząć dietę, lekcje angielskiego, rozmowy z mężem... – potrzebuje zgodnej współpracy trzech subpostaci. Plan jest taki: Od Dziecka niech weźmie wizję i odwagę. Rodzic będzie odpowiadał za konsekwencję, a Dorosły zadba, by Rodzic z Dzieckiem mogli razem działać, zamiast się na siebie obrażać.

Ale żeby ten scenariusz mógł być realizowany, Dorosły musi być aktywny. I tu jest sedno problemu, bo zapadł w letarg. Stało się to najprawdopodobniej jeszcze w dzieciństwie. W momencie, kiedy ojciec Marty odszedł do innej kobiety. Pozbawiona wsparcia w tak trudnym momencie Marta zatrzymała się na etapie Dziecka. Zabrakło wyjaśnień, przedstawienia argumentów obu stron, zrozumienia. Zabrakło w jej otoczeniu prawdziwego Dorosłego. I tak często jest, że dzieci są wychowywane przez inne Dzieci.

Osoba z syndromem Dziecka postrzega świat monochromatycznie. Ludzie są źli albo dobrzy, głupi albo mądrzy. Nie ma cieni, szarości, normalności. Dlatego też w przypadku Marty, jedno odstępstwo od diety przesądzało o tym, że rzucała w kąt całe odchudzanie. Podobnie było z innymi projektami. Tak zachowuje się Dziecko i ma do tego prawo. Chyba, że ma więcej niż trzydzieści lat. Wtedy warto się zastanowić, czy to Dziecko nie przejęło nad nami kontroli.

Według analizy transakcyjnej, stworzonej przez psychiatrę Erica Berne’a, w każdym z nas mieszkają trzy subpostacie: Rodzic, Dziecko i Dorosły. Sterują naszymi zachowaniami. Historia Marty jest bardziej skomplikowana, dlatego trzeba czegoś więcej niż tylko ustawienia odpowiednich proporcji pomiędzy jej wewnętrznymi bohaterami. Dość wcześnie zostawała pozbawiona poczucia bezpieczeństwa, jakie daje bliskość z rodzicami. Zamiast pierwszogatunkowej miłości otrzymała produkt miłościopodobny – jedzenie. Prosty i jakże uroczy sposób, żeby wyrazić uczucie. Jeśli jednak jedzenie jest jedynym sposobem okazywania miłości – obdarowany zostaje zamieniony w ofiarę. Żeby zająć się tymi problemami, przydałby się ktoś do pomocy. Może terapeuta?

Jak jednak sprawić, żeby Marta odważyła się dać sobie jeszcze jedną szansę? Pierwszym krokiem ku temu będzie wniesienie świadomości – zrozumienie, co się z nią dzieje, co nią powoduje i dlaczego podejmuje takie decyzje. Wiedza na temat mechanizmów, które rządzą jej wyborami, może pomóc uratować wewnętrzne Dziecko – kiedyś porzucone. I to nie raz, bo najpierw przez ojca, a teraz przez męża. Wtedy jednocześnie bezwzględny Rodzic przestanie obrzucać obraźliwymi epitetami, a Dorosły wydorośleje.

Żeby dać sobie wsparcie w odnajdywaniu drogi do własnej tożsamości, może skorzystać ze wsparcia zewnętrznego: warsztatów, psychoterapii, coachingu, kręgów kobiet, ale też mądrych czasopism, książek oraz ludzi.

  1. Psychologia

Zadbaj o najważniejsze sprawy w życiu - ćwiczenia

Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Miłość, zdrowie, świadomość - jak zadbać o najważniejsze aspekty? (fot. iStock)
Wprowadzać zmiany to jedno, drugie – przyjmować te, które przychodzą bez, a czasem nawet wbrew naszej woli. Niezależnie od tego, co cię spotka w nowym roku, już teraz zadbaj o sześć ważnych aspektów życia.

Zdrowie

Oto technika twórczej wizualizacji, która będzie wspierała twoje zdrowie poprzez pozytywny obraz siebie, a szczególnie twojej kondycji psychofizycznej. Ćwiczenie wykonujesz w stanie relaksu, kiedy twoja podświadomość jest chłonna jak gąbka. Możesz wówczas wprowadzać pozytywne obrazy siebie, programując w ten sposób tę część swojej psychiki. Dzieje się tak, dlatego że mózg nie odróżnia obrazów wyobrażonych od tych, jakie widzisz w rzeczywistości. Jeśli kreujesz obraz siebie w pełni zdrowia, będzie dostrajała się do tego wewnętrznego obrazu. Pozytywna wizualizacja wzmocni również układ odpornościowy. Gotowa?

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Zrób kilka długich wdechów nosem i wydechów ustami. Skieruj uwagę do ramion i poczuj ich przyjemny ciężar. To wszystko pozwoli ci się bardziej zrelaksować. Teraz wyobraź sobie ulubione miejsce w przyrodzie. Uaktywnij wszystkie zmysły, aby poczuć tę przestrzeń pełną kolorów i świeżego powietrza. W tym miejscu zobacz siebie w pełni zdrowia i sił witalnych. Uśmiechniętą, radosną i szczęśliwą. Widzisz swoje ciało w dobrej kondycji, a skórę i oczy lśniące blaskiem zdrowia. W myślach możesz powtarzać: „To właśnie ja, w pełni zdrowia i sił witalnych. Dziękuję za moje zdrowie”. Możesz do tej gotowej formuły dodać także coś od siebie, pamiętając o używaniu czasu teraźniejszego oraz samych pozytywnych słów. W ten sposób wprowadzasz nowy obraz do podświadomości. Powtarzaj ćwiczenie codziennie, zwłaszcza jeśli obecnie doświadczasz słabości albo choroby.

Miłość

W nowym roku kochaj przede wszystkim siebie, a wtedy otworzysz się na miłość do innych. Oto, co może ci w tym pomóc:
  • Otwórz serce na swoje Wewnętrzne Dziecko i zacznij wsłuchiwać się w jego potrzeby. Przejmij opiekę nad tym młodszym i wrażliwszym aspektem siebie. Wewnętrzna Dziewczynka potrzebuje twoich pozytywnych słów, miłości i ciepła. Wyobraź sobie teraz jej obecność i porozmawiaj z nią. Możesz jej powiedzieć, że ją kochasz, że się nią opiekujesz i nigdy nie opuścisz. Powiedz jej o sobie (dorosłej), cokolwiek teraz przyjdzie ci do głowy. Rozmawiaj z nią regularnie, wyobrażając sobie, że na końcu rozmowy przytulasz ją do serca i razem oddychacie.
  • Praktykuj współczucie, ponieważ pomaga otworzyć serce. Aby to zrobić, wyobraź sobie osobę, która obecnie może doświadczać stresów czy cierpienia. Spróbuj wzbudzić w sobie współczucie, które manifestuje się jako uczucie ciepła w środku klatki piersiowej i w okolicy serca.
  • Jeśli nie jesteś obecnie w związku, ale chciałabyś być, bądź świadoma, czy wybaczyłaś poprzednim partnerom. Czy nadal żywisz urazę do któregoś z nich? Może już czas wysłać pozytywną intencję tej osobie?
  • Sprawdź, jakie masz przekonania na temat związków. Jeśli negatywne, nie dziw się, że nie przyciągnęłaś nadal odpowiedniego partnera. Wypisz na kartce wszystkie negatywne przekonania i zmień je na pozytywne. Sprawdzaj reakcje związane z nowymi przekonaniami. Jak mogłoby się zmienić twoje życie, gdybyś naprawdę uwierzyła w nowe afirmacje?
  • Czy często się smucisz na myśl o swojej samotności? Smutek nie przyciągnie do ciebie nowej osoby. Twoje radosne serce będzie magnesem dla drugiego serca gotowego na miłość. Dlatego zadbaj o to, aby codziennie robić coś, co sprawi ci uciechę. W takim pogodnym stanie pomyśl o nowym partnerze i nowym związku, jaki z nim stworzysz. Jak chciałabyś się w nim czuć? Stwórz pozytywną wizję tej relacji (np. wyobrażając sobie siebie z kochającą osobą w czułym objęciu) i przywołuj ją zawsze, gdy będziesz w radosnym stanie ducha.

Finanse

Pieniądze to środek wymiany, ale nie tylko. Pomyśl o nich jak o przejawach obfitości wszechświata. Jeśli zaprzyjaźnisz się z pieniędzmi, będziesz je szanować i być wdzięczna za każdą posiadaną ilość, zaczniesz przyciągać ich więcej. Oto kilka sposobów na to, jak otworzyć się na obfitość:
  • Zastanów się, co na temat pieniędzy mówili twoi rodzice, kiedy byłaś dzieckiem. Pamiętasz jakieś historie związane z pieniędzmi, powtarzane podczas rodzinnych spotkań? Jaka była materialna sytuacja twoich rodziców?
  • Zapisz na kartce wszystkie negatywne przekonania na temat pieniędzy, które wyniosłaś z rodzinnego domu, np. „pieniądze szczęścia nie dają”, „pieniądze są brudne”. Następnie napisz ich pozytywne odpowiedniki, nazywane również afirmacjami. Przeczytaj na głos wszystkie nowe przekonania i sprawdź, co czujesz, kiedy je czytasz. Zapisz swoje spostrzeżenia. Codziennie czytaj afirmacje i sprawdzaj swoje mentalne, cielesne i emocjonalne reakcje. Pozwól sobie uwierzyć, że zasługujesz na obfitość finansową, tak jak zasługujesz na radość i miłość.
  • Zauważ, co myślisz i mówisz oraz jak się czujesz, kiedy wydajesz pieniądze, kiedy płacisz rachunki oraz kiedy pieniędzy ci brakuje. Bądź świadoma, co wysyłasz w eter, kiedy obcujesz z pieniędzmi. Czy wzmacniasz pozytywne przekonania czy negatywne, które będą raczej odpychać pieniądze od ciebie?
  • Staraj się myśleć o pieniądzach pozytywnie. Wzbudź w sobie uczucie wdzięczności, kiedy otrzymujesz wypłatę, ale również, kiedy pieniądze wydajesz. Pomyśl: „Wydaję, ponieważ mam ich dużo, mogę się dzielić moją obfitością, ponieważ mam jej wystarczająco dużo”. Innymi słowy, zamiast denerwować się, płacąc rachunki, pomyśl, że to tylko przejaw twojej obfitości finansowej. Brzmi jak zaklinanie rzeczywistości? Albo jak ciekawy eksperyment, który może sprawić, że pieniądze zaczną się pojawiać w twoim życiu częściej.

Usiądź wygodnie i zamknij oczy. Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem oceanu. Jest piękny, letni dzień. Oddychasz świeżym powietrzem i doświadczasz piękna otoczenia. Teraz zobacz, jak z nieba spadają banknoty o wysokich nominałach. Wszystkie lecą w twoim kierunku, zupełnie jakbyś była przyciągającym je magnesem. A teraz obserwuj swoje reakcje na to niewiarygodne zjawisko. Umysł logiczny będzie je pewnie wyśmiewał, ale pozwól sobie uruchomić prawą, czyli kreatywną półkulę. Jak się czujesz, kiedy obfitość pieniędzy spływa właśnie na ciebie? Czy pozwolisz sobie na ich przyjęcie? Czy cieszysz się, że je widzisz? A może czujesz, że to pomyłka i pieniądze powinien dostać ktoś inny? Oddychaj głębiej i obserwuj wszystkie reakcje. Sprawdź, czy poprzez oddech możesz otworzyć się na przyjęcie obfitości, jaka do ciebie płynie w tej wizualizacji do swojego ciała. Napełniaj ciało obfitością i powtarzaj to ćwiczenie raz w tygodniu, sprawdzając swoje reakcje.

Kreatywność

Nie uczyłaś się nigdy malować? Nic nie szkodzi. Zapraszam cię do malowania intuicyjnego. Oto, czego potrzebujesz: płótno malarskie dowolnej wielkości, zestaw farb akrylowych, kilka pędzelków różnej wielkości, paletę (możesz skorzystać z pudełka po jajkach). Zanim zaczniesz malować, wybierz muzykę, jaka ci odpowiada i będzie towarzyszyła procesowi malowania. Możesz też tworzyć w ciszy. Stań lub usiądź naprzeciwko płótna i zamknij oczy. Skup uwagę na oddechu, bądź świadoma każdego wdechu i wydechu. Teraz skieruj uwagę do swojego serca. Zapytaj go, co chciałoby wyrazić poprzez twoje malowanie? Po chwili weź pędzel i wybierz intuicyjnie pierwszy kolor. Nałóż go powoli na płótno, w dowolnym miejscu. Kolejne kroki wykonuj nadal intuicyjnie z otwartością i ciekawością na to, co stworzysz. Nikt tego nie będzie oceniał, ty również tego nie rób. Twój obraz nie podlega żadnemu osądowi. Jest wyrazem twojego obecnego stanu, a może niesie również jakąś informację? Po zakończeniu pomedytuj przez moment ze swoim dziełem. Zobacz, co obraz chce ci powiedzieć.

Świadomość

Codziennie przez chwilę oddychaj świadomie. Jak to zrobić w łatwy sposób? Gdziekolwiek jesteś, po prostu zaobserwuj swój oddech. Możesz przenieść uwagę do nozdrzy i poczuć powietrze, które do nich wpływa oraz z nich wypływa. Zwróć uwagę na długość wdechu i wydechu; czy robisz nieświadomie pauzę między obiema fazami oddechu, czy oddech jest płytki, czy głęboki, szybki czy powolny?

Jeśli zależy ci na uspokojeniu biegu myśli i zrelaksowaniu się, zacznij oddychać wolniej i głębiej. Wdech nosem, wydech ustami. Poczuj, jak z każdym wydechem twoje ciało się rozluźnia. Mięśnie nie muszą być w stanie gotowości, mogą się odprężyć, rytm serca może być wolniejszy, a ciśnienie krwi może spaść. To wszystko dzieje się, jeśli wchodzisz dzięki świadomemu oddechowi w stan relaksu.

Wdzięczność

Kup piękny zeszyt i codziennie wpisuj do niego, za co jesteś wdzięczna. Skupiaj się zarówno na rzeczach z dnia codziennego, jak i tych uniwersalnych. Kiedy piszesz, staraj się poczuć tę wdzięczność w sercu. Ono odpowie ci harmonijnym, czyli koherentnym rytmem, który usprawni twoje procesy myślowe, kreatywność oraz wzmocni układ odpornościowy. Wdzięczność przyciąga do nas więcej tego, za co jesteśmy wdzięczne. Wdzięczność pomaga nam poczuć spokój, ponieważ szybko obniża poziom hormonów stresu we krwi.

Rano, kiedy się obudzisz, spróbuj powiedzieć do siebie:

  • jestem wdzięczna za to, że żyję,
  • jestem wdzięczna za ten dzień, który się właśnie zaczyna,
  • jestem wdzięczna za moich bliskich,
  • jestem wdzięczna za miejsce, w jakim żyję,
  • jestem wdzięczna za to, że mam co jeść,
  • jestem wdzięczna za dobre rzeczy, których dzisiaj doświadczę.
Dagmara Gmitrzak: trenerka rozwoju osobistego, socjolog, terapeutka technik holistycznych, autorka książek.