1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Radość - gdzie jej szukać? Zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger

Radość - gdzie jej szukać? Zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger

Bezinteresowna, nieuzasadniona radość istnienia jest dotknięciem prawdy. (Fot. iStock)
Bezinteresowna, nieuzasadniona radość istnienia jest dotknięciem prawdy. (Fot. iStock)
Jest wszędzie: w zieleni trawy, błękicie nieba, w doskonałości człowieka. Cały świat jest dziełem radości. Rabindranath Tagore, indyjski uczony i mędrzec, twierdzi, że to radość jest ostatnim wezwaniem człowieka. Dar życia to dar radości – dodaje psycholog ciała Alexander Lowen. Stan naturalny, który możemy odzyskać, gdy... Właśnie, co nam w radości przeszkadza, a co pomaga? – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Alexander Lowen w książce „Radość” pisze, że tytułową radość daje nam wolność od poczucia winy. Czy naprawdę stan radości zależy od nas? Ja od rana czuję się tak, jakbym wygrała milion. Nie mam pojęcia, dlaczego. Może sfiksowałam i to jest dowód na radość bez powodu?
Obawiasz się, że to nie radość, ale tzw. głupawka albo wręcz mania? Naprawdę łatwo je odróżnić od tej prawdziwej głębokiej radości, o jakiej mówili Rabindranath Tagore czy Alexander Lowen. A nie chodzi im o stan nazywany radością, w który może nas wprawić złapanie ostatniego nocnego autobusu. Nie o takiej radości też chcę mówić, ale o tej głębszej, o radości istnienia. Towarzyszą jej zawsze jeszcze inne ważne uczucia, takie jak: spokój, spełnienie, lekkość, jasność, ciepło, otwartość, zanikanie poczucia czasu, nieustraszoność, miłość. A więc chcę mówić o radości, która to wszystko zawiera. Zgadzasz się?

No pewnie! Radość ze złapania autobusu jakoś ogarniam. A tę drugą, bogatą w te wszystkie piękne uczucia, niekoniecznie.
Badaczem takich radosnych stanów ludzkiego umysłu był amerykański psycholog Abraham Maslow. Najpierw zauważył, że wprawdzie każdy człowiek w jakiś sposób czuje, że jest i że żyje, lecz jakość odczuwania tego istnienia – choć fundamentalna – u większości ludzi jest słaba i na ogół obarczona smutkiem i lękiem. Postanowił więc znaleźć i przebadać tych, którzy doświadczają swego bycia w pełni i radośnie, i to tak dalece, że powoduje to zasadniczą, pozytywną przemianę w ich życiu i relacjach z  innymi. Przepytał także ich najbliższych, krewnych i przyjaciół. Gdy przekonał się, że rzeczywiście udziałem tych ludzi jest niezwykłe i radosne przeżycie, nazwał je doświadczeniem szczytowym (peak experience), czyli stanem szczęścia, radości, spokoju i spełnienia.

A więc radość dla Maslowa to z jednej strony stan naturalny, a z drugiej – dowód mądrości. Podobnie o radości piszą Rabindranath Tagore i Alexander Lowen. Taka gloryfikacja kłóci się z uznawaniem cierpienia za najistotniejsze doświadczenie transformujące?
To prawda, że jest takie masochistyczne odchylenie w chrześcijaństwie.  Lecz jednocześnie wiele przeżyć mistycznych opisywanych przez praktykujących z determinacją i wiarą – również w tradycji chrześcijańskiej – jest bliskie temu, co opisał Abraham Maslow. A także temu, co w określeniu przepływ (flow) zawarł inny amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi. Ten przy okazji stwierdził, że ludzie najczęściej doświadczają stanu flow w pracy. Nie na urlopie, nie na łonie przyrody ani w świątyni podczas modlitwy czy medytacji, lecz – o zgrozo – w pracy! Czyż to nie wygląda na upadek religijności czy nawet świętokradztwo? Tylko na pierwszy rzut oka. Jak się chwilę zastanowić, nie ma w tym nic dziwnego. Praca stała się dla nas skrajnie wymagającą i angażującą formą spędzania czasu, wyzwaniem wymuszającym maksymalną koncentrację. A koncentracja dokonuje cudów. Sprawia, że jesteśmy nie tylko superskuteczni i kreatywni, lecz zarazem doświadczamy wolności i radości. To zgadza się w pełni z mało znaną mistyczną zasadą Pascala, którą zacytuję z pamięci: jeśli bez reszty zaangażujesz się w poznanie choćby najmniejszego skrawka rzeczywistości – odnajdziesz tam Boga. Przypuszczam, że Pascal raczej nie miał na myśli imponującego, brodatego starca o mądrym wejrzeniu, lecz tajemnicze i radosne doświadczenie pełni istnienia. Dodajmy, że z badań Csíkszentmihályiego wynika także, że flow jest doświadczeniem danym większości ludzi, lecz pozostaje ono z reguły niezauważone i niedocenione.

Praca jako źródło doświadczenia radosnego i mistycznego? Zasuwam bez pamięci, ale jednocześnie kocham cały świat i w uniesieniu widzę świętych, jeśli nie samego Boga.
Dlaczego nie? W doświadczeniach mistycznych często pojawiają się symbole świętości, zazwyczaj te pochodzące z ikonografii wyznawanej religii. Ale mistyczne wglądy związane z wyobrażeniami – choćby najświętszymi – nie należą do najbardziej cenionych. Do najwyższej kategorii należy odczucie bezgranicznego, wzruszającego, radosnego i spokojnego zachwytu tym, czego doświadczamy tu i teraz, np. kwiatem, wodospadem, szklanką wody czy wina, kęsem chleba, smakiem herbaty, oczami, w które patrzymy, ciałem kochanej osoby, tańcem, dźwiękiem dzwonu, koncertem lub śpiewem słowika. Zaznaczmy, że ten mistyczny zachwyt uznaje się za jeszcze bardziej wartościowy – bliższy prawdy – jeśli dotyczy niekoniecznie tego, co stereotypowo i powszechnie uznawane za piękne i święte. Czyli gdy wyzwala go np. widok ropuchy, robala. Tak właśnie doświadczają świat dzieci. Bez ocen, nastawień i upodobań. Jak to się mówi w zen: z pustym umysłem. Cechą wyróżniającą takiego stanu jest całkowite zjednoczenie się – komunia – z tym, co jest naszym udziałem tu i teraz. Maslowowski typ B (being, czyli bycie), a także opisany przez Csíkszentmihályiego stan flow, zdarzają się często podczas ekstremalnego wysiłku. To w takim stanie umysłu sportowcy osiągają wyniki przekraczające granice ludzkich możliwości. W całkowitej koncentracji na tym, co tu i teraz, gdy żadna inna, nawykowa czy kompulsywna myśl ich nie rozprasza. Instynktownie i uparcie poszukujemy tego nagradzającego stanu. Dlatego tak chętnie np. jeździmy na nartach. Wymagający, zatłoczony stok zmusza do koncentracji. Więc being, flow czy mistyczny wgląd – wbrew przekonaniom ignorantów – nie są egzaltowanym odlotem, lecz przeciwnie – przylotem, doświadczeniem tego, co jest i jak jest naprawdę, a więc urealnieniem.

Z „urealnieniem” kojarzy mi się taki żart psychoterapeutyczny. Pacjent mówi: „Przed psychoterapią odczuwałem neurotyczne lęki, a po – grozę istnienia”. Jeśli to jest „urealnienie”, to co ma wspólnego z radością?
Urealnić się to w pełni doświadczać tego, co jest, a to bywa trudne, bo przecież nieodzownym wątkiem życia w naszym dualnym świecie jest przemijanie, cierpienie i śmierć. To ważny etap w dążeniu do radości bardzo silnie motywuje do szukania rozwiązania. I znajdujemy je w rzeczywistości kwantowej i mistycznej, skoro jak się dowiadujemy, nie ma tam śmierci i nie ma życia – jako dwóch przeciwstawnych, wykluczających się bytów czy procesów. „Życie powstaje z życia i do życia powraca”. Jak tego doświadczyć i to pojąć?! Jeśli przeczuwamy, że doświadczenie nie-dualności jest doświadczeniem rzeczywistości prawdziwej, doświadczeniem wolności, radości i niepokalania – to znajdziemy drogę i nic nas na niej nie powstrzyma.

Trudno uwierzyć, że jeżdżąc na nartach, dotykam prawdy i radości, czyli zasady istnienia...
Do tej rzeczywistości prowadzą dwie drogi. Ta najczęściej uczęszczana to poszukiwanie przeżyć ekstremalnych. Zwykle  prowadzi ona do radości wyjątkowej, ale raczej chwilowej, a tym samym niezdolnej do przełamania bariery dualności. Jej dodatkową wadą jest to, że by jej doświadczać, wciąż trzeba zwiększać dawkę adrenaliny, co bywa niebezpieczne.

Druga droga to prawdziwa droga mistrzów. Wiedzie dokładnie w przeciwną stronę. Uczy odnajdywania nadzwyczajnego, zachwycającego i świętego w tym, co codzienne i zwyczajne, subtelne i niezauważalne. Wymaga uporczywego treningu wyciszania i koncentrowania umysłu oraz treningu obecnego praktykowanego od wieków we wszystkich ważnych tradycjach religijnych, w postaci kontemplacji, medytacji, modlitwy, mantry czy koanu (jednoczenia się z jakimś zasadniczym pytaniem).

Wszystkie one budzą uśpioną zdolność do jednoczenia się z tym, co tu i teraz jest naszym udziałem, czyli torują drogę do rzeczywistości nie-dualnej.

Czy możemy nie-dualność świata odczuć bez duchowej praktyki?
Możemy, właśnie w stanie wielkiego szczęścia. Na przykład w trakcie najczęściej przeżywanego przez ludzi prototypu doświadczenia nie-dualności, czyli w kontakcie seksualnym. Przecież w momencie głębokiego, pełnego orgazmu przestajemy istnieć jako odrębny byt. Szczęśliwi, choć przerażeni, spadamy w niepodzielną przestrzeń, gdzie nie istnieje ani ja, ani ona/on, ani nawet doświadczający podmiot. Całkowicie zatracamy się w istnieniu. Nieudolnie – ryzykując egzaltację – nazywamy ten stan radością, wolnością i miłością. I tu znowu Pascal się kłania. Bo seks zaprasza, a przynajmniej powinien zapraszać, do pełnej koncentracji i zaangażowania.

Czy ćwicząc drogę mistrzów, mogę zjednoczyć się z tym wazonikiem ze stokrotkami, stać się z nim jedną falą kwantową?
Gdy dualnie – czyli z „normalnej”, egocentrycznej perspektywy – patrzysz na te kwiatki w wazonie, to myślisz albo mówisz: „Ja widzę kwiatki w wazonie”. I zobacz, ile tworzysz bytów. Aż trzy: ja, patrzenie i kwiatki w wazonie. Krótko mówiąc, roztrajasz się. Ale gdy popatrzysz na te same kwiatki i spróbujesz wprowadzić się w stan nie-dualny, myśląc: „Patrząca i to, co widziane… to nie-dwa”, czujesz w całym ciele egzystencjalny dreszcz albo…

Czuję lekkość!
No właśnie! To jeden z atrybutów nie-dualnej radości. Proszę więc, nie nazywaj tego „odlotem”. Nie wolno dewaluować przeczucia prawdy. Z punktu widzenia tego, jak się rzeczy mają, to jest „przylot”. Lądujesz w krainie wolnej od lęku, chciwości, nienawiści i rywalizacji. Czyż nie to właśnie nazywamy krainą miłości? Jest okazja, by zauważyć, że na „odlocie” jesteśmy przez większość życia. Prawdziwa radość jest więc na co dzień w naszym zasięgu. Problem w tym, że siła nawykowego, dualnego myślenia jest wielka. Radość, śmiech, dystans są na to doskonałym antidotum. Bezinteresowna, nieuzasadniona radość istnienia jest dotknięciem prawdy. Smutek, nienawiść, pragnienie zemsty, zazdrość, chciwość, poczucie winy i inne negatywne stany umysłu sprawiają, że prawda znika za ciężką, odwieczną zasłoną dualności.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jedyną drogą do spełnienia w seksie i w życiu jest uzdrowienie dawnych traum

Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Gdyby dało się prześwietlić sferę erotyki, gdzie tyle rzeczy jest w ukryciu i mroku, ujrzelibyśmy jasno wszystkie nasze problemy psychiczne, urazy, lęki... Jedyną drogą do spełnienia w seksie, ale też w życiu, jest uzdrowienie własnych dawnych dziecięcych traum – przekonuje terapeutka Olga Haller.

Właściwie dopiero niedawno uświadomiłem sobie, jak bezbronne są dzieci wobec dorosłych.
Dzieciństwo to przede wszystkim bezbronność, a więc zależność od dorosłych. Od nich uczymy się, jak traktować siebie, swoje ciało, płeć. Uczymy się bliskości i intymności w związkach od urodzenia! Dom rodzinny powinien być azylem, w którym dziecko dowiaduje się, jak chronić siebie i jak odważać się na samodzielność. Gdy w świecie spotyka je krzywda, przychodzi do rodziców po pomoc, a ich wsparcie pomaga mu uleczyć zranienie. To idealny obraz. Niestety zbyt często dziecko zostaje samo ze swoim przeżyciem. I coraz więcej wiemy o tym, że dzieci najczęściej są krzywdzone wewnątrz rodziny (uwiedzenie emocjonalne lub fizyczne przez matkę lub ojca; seksualne molestowanie – przez rodziców, dziadków, wujków, starsze rodzeństwo) lub w jej najbliższym otoczeniu. Narażone są szczególnie te dzieci, których rodzice nie potrafią uleczyć własnych zranień emocjonalnych. Bezradność i delikatność dziecka boleśnie im o nich przypominają. Jego zależność daje zaś toksyczne poczucie władzy – bezradni rodzice, sami zagubieni w rolach dorosłego życia, używają dziecka, by zagłuszyć swój ból.

Co za nędzna pociecha, że ci, którzy krzywdzą dzieci, na pewno zostali jakoś pokaleczeni w dzieciństwie.
Dlatego tak ważne jest świadome uleczenie dawnych dziecięcych zranień. Dzieciństwo to czas rozwiązywania naprawdę trudnych dylematów w drodze do dorosłej niezależności. Miłość rodziców jest niezbędna – dzieci potrzebują ich kochać i być przez nich kochane. By na tę miłość zasłużyć, wielu z nas wyrzeka się siebie, zaprzecza własnym uczuciom i potrzebom; a żeby móc rodziców kochać, idealizujemy ich obraz, przypisując winę sobie. Ten proces zakłóca rozwój, pogłębia zależność, a dziecko, choć coraz starsze, nie umie się obronić lub prosić o pomoc w sytuacji zagrożenia lub nadużycia.

W naszej kulturze, gdy ofiarą jest może już nie dziecko, lecz dorastająca dziewczyna, uważa się, że sama się o to prosiła.
O tak, zwiększa to lęk przed wołaniem o pomoc. A stereotyp na temat chłopców i mężczyzn? Im się to nie powinno w ogóle zdarzyć! Dziecko jako ofiara seksualnych nadużyć najczęściej zostaje samo i choć czuje, że stało się coś złego, nic nie mówi. Powoduje nim właśnie poczucie winy, ale także lojalność wobec sprawcy, jeśli to ktoś bliski.

Ufność wobec dorosłych jest podstawą bytu, więc dziecko musi ją utrzymać. Zależne i potrzebujące jest wtedy uwikłane w obezwładniający związek, tym bardziej toksyczny, im dłużej trwa. Dziecko nie ufa sobie, nie wie, czy to, co czuje, jest właściwe. Zwykle daje jakieś sygnały, że coś się dzieje: zmienia się jego zachowanie, usposobienie, tematyka zabaw, rysunki, zainteresowania, lecz często przekonuje się, że rodzice nie chcą tego usłyszeć i odczytać. Zostaje wstyd, poczucie winy i bezradność.

Wstyd chyba zawsze łączy się z obarczaniem siebie winą. To jedno z najbardziej dotkliwych i toksycznych uczuć. Iluż ludzi zabiło siebie lub innych ze wstydu!
To ciężar, który musimy wlec przez życie. Ile potrzeba energii psychicznej, żeby z tym żyć! Żeby to ukrywać, przed sobą i innymi. To ogromny psychiczny koszt – zapomnieć, znieczulić się, zabić dziecięcą wrażliwość, odciąć się od traumatycznego zdarzenia. Taka trauma z dzieciństwa może być skrywana przez wiele lat.

Podczas pracy z kobietami przekonałam się, że często bagatelizują one swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, naturalne jest, że chcą uniknąć bólu, wolą się nie konfrontować z przeszłością. Szukają przyczyn w bieżącym życiu. Próbują jakoś się dostosować. Znajdują stereotypy, które wyjaśniają ich problemy. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku albo kiedy ono dorośnie, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo znajdą kochanka… Liczą na partnera – obwiniają go, wymagają lub czekają, aż on coś zrobi, żeby było lepiej.

A on zwykle głupi i bezradny.
Nie, nie głupi! Bezradny, owszem. To nie w jego mocy jest wybawienie kobiety. To ona musi się odważyć. Znaleźć sprzymierzeńca. Najpierw ujawnić, by „dostać potwierdzenie” doznanej krzywdy, a potem wyrazić zadawnione uczucia, ból... To zawsze przynosi ulgę i daje szanse na zmianę w aktualnych relacjach. Skutki nieleczonych urazów zatruwają nasze życie. Nasze wysiłki unikania cierpienia, aczkolwiek zrozumiałe z dziecięcej perspektywy, w dorosłym życiu tracą swój przystosowawczy sens.

Czyli wstydliwe i bolesne zdarzenia z przeszłości są jak szczury w studni, rozkładają się i nas zatruwają, także erotykę, która jest wrażliwa na toksyny. Ale to czyszczenie studni po latach bardzo boli. Nie przypadkiem coś ukrywamy – robimy to, by nie bolało...
Zawsze boli, ale to się opłaca. Trzeba zrozumieć, że dziecko, które było molestowane, ukryło swoje doświadczenie, gdyż nie mogło z tym nic innego zrobić. Nie jest winne zaniechania. Wtedy to była jedyna metoda, by przetrwać. Teraz, gdy jesteśmy już dorośli, czas, by się z tym zmierzyć. Możemy znaleźć wsparcie, którego wtedy zabrakło. Zdobyć wiedzę, która pozwoli nam zrozumieć, co się stało. Skutki nadużyć seksualnych z dzieciństwa mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Lękowość, skłonność do depresji, zachowania autodestrukcyjne, toksyczne związki, alkohol, narkotyki to przejawy dawnych, zapomnianych krzywd. Ale też niezadowalający seks – brak orgazmu, bolesność lub całkowita niemożność współżycia. I częste zmiany partnerów, seks bez zahamowań albo odwrotnie – wycofanie z aktywności seksualnej. Może też się zdarzyć nagły wybuch nerwicy lękowej, kiedy jakieś wydarzenie w życiu uaktywnia wyparte lub stłumione treści. Bywa, że gwałtownie reaguje ciało – ból lub skurcz mięśni uniemożliwia współżycie mimo świadomego przyzwolenia. To są ważne sygnały. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie.

Kobiety często bagatelizują swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, jego przyczyn szukają w bieżącym życiu. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo kiedy znajdą kochanka… Liczą na partnera, czekają, aż on coś zrobi. Ale to nie w jego mocy jest wybawienie kobiety.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Przypomina mi się sprawa molestowania kobiet przez prezydenta Olsztyna – szokujące, że broniły go właśnie kobiety. To są te „najemnice patriarchatu” – przerażająco ich dużo...
Uwierzyłyśmy kiedyś, że jesteśmy mniej ważne, że mamy być uległe, czuć wstyd, niewiarę i winę. W sytuacjach społecznych mechanizm jest ten sam jak na planie indywidualnym między sprawcą a ofiarą. Kobiety, ofiary patriarchatu, bronią mężczyzny, pana i władcy tego porządku. Są w stanie poświęcić jedną ze swoich, żeby zachować jego względy i potwierdzić sens swojego wielowiekowego wyrzeczenia, ofiary. „Patriarchalna kobieta” jest w jakimś stopniu w każdej z nas i nie pozwala na stworzenie wspólnoty dla poparcia i obrony krzywdzonej siostry. Nie bójmy się rozpoznawać jej w sobie, jeśli chcemy ten porządek zmieniać.

  1. Psychologia

Bez wolności nie ma bliskości

Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości. (Fot. iStock)
Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak jesteśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej pierwotnej potrzebie. O tym, gdzie leżą granice wolności w relacji, mówi psychoterapeutka Iza Falkowska-Tyliszczak.

Mogłoby się wydawać, że dobra relacja poszerza nasze horyzonty, a nie je zawęża – zyskujemy, a nie tracimy. Tymczasem utarło się na przykład, że wieczór panieński czy kawalerski, które poprzedzają wejście w związek, są ostatnim oddechem wolności.
Wchodząc w związek, robimy miejsce w naszej codzienności dla drugiego człowieka, udostępniamy fragment swojej przestrzeni. Wydaje mi się, że słowo „udostępniamy” jest tu bardziej właściwe niż słowo „oddajemy”. „Udostępnić” znaczy dobrowolnie umożliwić komuś podejście blisko do siebie. Dlaczego więc utarło się, że wejście w relację to wyrzeczenie się wolności? Mam wrażenie, że bardzo wybiórczo myślimy o wolności, że interpretacja tego pojęcia jest okrojona. Generalnie emocjonalny rozwój człowieka możemy podzielić na trzy zasadnicze fazy. Pierwsza to zależność, kiedy po prostu w pełni zależymy od naszych opiekunów, druga faza to przeciwzależność, kiedy „wyodrębniamy siebie” – do tego konieczny jest bunt, aż w końcu „dopływamy” do wolności, czyli trzeciej fazy. Ta dojrzała wolność oznacza możliwość wyboru, decydowania o sobie. Dość często tę trzecią fazę mylimy z drugą – uważamy, że wolność to bunt, to wyrwanie się z jakiegoś uwięzienia, to powiedzenie „nie”, a najlepiej wykrzyczenie tego „nie”. Tymczasem właściwie pojmowana wolność dokładnie w tym samym stopniu dotyczy sprzeciwu co aprobaty. Wolność to przecież także możliwość powiedzenia „tak”. Więc równie dobrze można powiedzieć, że wieczór panieński czy kawalerski, a potem sam ślub to pochwała, świętowanie wolności. I ta wolność w związku jest bardzo potrzebna.

Czemu ona służy?
Bez wolności nie jest możliwe zbudowanie prawdziwej, zdrowej bliskości.

Na pierwszy rzut ucha mogłoby się wydawać, że jest odwrotnie…
Przytoczę fragment pewnego wiersza Wisławy Szymborskiej pt. „Jestem za blisko, żeby mu się śnić”. Brzmi tak:

„Jestem za blisko, żeby mu się śnić. Nie fruwam nad nim, nie uciekam mu/pod korzeniami drzew. Jestem za blisko. [...] Za blisko, żebym mogła wejść jak gość,/przed którym rozsuwają się ściany./[...] Ja jestem za blisko, żeby mu z nieba spaść”.

Chodzi o to, że bliskość prawdziwie rozumiana wiąże się z zachowaniem części wolności. Inaczej nie mamy do czynienia z bliskością, tylko z symbiozą, która tak naprawdę w dorosłym życiu, z wyjątkiem krótkich chwil intymności seksualnej, jest powrotem do dziecięcego sposobu przeżywania, a to nie służy ani żadnemu z partnerów, ani samej relacji. Dystans jest potrzebny, a nawet konieczny. Konieczny jest jakiś rodzaj zaskoczenia. To, co ludzie często uważają za ogromną zaletę, zdobycz, mówią z dumą: „Znam go/ją na wylot”, jest w gruncie rzeczy kłodą dla związku, bo to już jest za blisko, by… mu się śnić. Każdy z partnerów musi mieć swoją przestrzeń, swoją wolność właśnie, swój świat. Powiedziałyśmy na samym początku, że wchodząc w relację, jakiś fragment swojej przestrzeni udostępniamy drugiemu człowiekowi, to bardzo ważne, ale równie ważne wydaje mi się dbanie o to, by mieć taki fragment, którego mu nie udostępnimy.

Jednak ta wolność musi mieć jakieś ramy, granice. Można je ustalić? A może wręcz należy je ustalić?
Jeśli pytasz o spisanie tych granic w punktach, myślę, że to ma sens jedynie w sytuacjach kryzysowych, to znaczy wtedy, kiedy już jedna ze stron wyraźnie zasygnalizowała, że poczucie wolności tej drugiej strony przekracza jej próg, że w jakiś sposób została zraniona. Jednak takie wytyczanie granic a priori wydaje mi się niemożliwe, sztuczne, bez sensu. Życie zawsze nas zaskoczy. Tu raczej konieczne jest rozeznanie na bieżąco, przy każdej kolejnej „okazji”, tu konieczna jest możliwość dialogu. Wyobrażam sobie na przykład sytuację, kiedy partner ma od dzieciństwa przyjaciółkę. Głupim byłoby oczekiwanie czy wymaganie, że teraz, gdy ma żonę, z tej przyjaźni zupełnie zrezygnuje. Ale istotne jest, w jaki sposób będzie tę przyjaźń teraz „realizował”. Czy na przykład będzie nadal, tak jak kiedyś, gdy był singlem, zwierzał jej się z intymnych spraw, czy będzie wciąż spędzał z nią tyle samo czasu co wcześniej, czy będzie chciał spotykać się zawsze z nią sam, bez obecności swojej żony itd. Wyobrażam sobie związek, są takie, w którym każde z partnerów ma swoje grono znajomych i spotykają się z nimi w pojedynkę. Ale… nikt nie czuje się nieważny czy mniej ważny od przyjaciółki, kumpla. I może to poczucie jest jedną z takich granic wolności w relacji.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska) Wolność jest dla człowieka jak powietrze. Ale jednocześnie musimy wyznaczać jej jakieś ramy. (Ilustracja: Malwina Kuna-Mieczkowska)

Mówimy często, że nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.
No właśnie, a ja dodałabym jeszcze, że nasza wolność w związku kończy się tam, gdzie zaczyna się dobrostan partnera. Tę granicę wyznaczać może zatem właśnie poczucie ważności. Jeśli żona zaczyna czuć się drugoplanowa, nieważna czy mniej ważna od znajomej, koleżanki z pracy albo przyjaciółki, to może oznaczać, że przekroczona jest granica wolności. Tu może mieć znaczenie także jakiś rodzaj symetrii, to znaczy, czy to tylko jedna ze stron „żyje swoim życiem”, a druga w tym czasie zawsze czeka w domu, czy obie strony „rozchodzą się” raz na jakiś czas, by potem do siebie wrócić. Myślę, że granicą wolności jest też poczucie lojalności w relacji. Czyli jeśli moja partnerka czuje, że nie byłem wobec niej lojalny, bo właśnie na przykład zwierzyłem się z jakichś ważnych rozterek przyjaciółce, a nie jej, to może być to także przekroczeniem granicy wolności w tej relacji. Jednak to są trudne sytuacje, bo to poczucie przekroczenia granicy wolności bywa subiektywne.

Ale rozumiem, że poczucie bycia zranioną jest jednak takim wyznacznikiem.
Przy założeniu, że to dojrzała relacja, a raczej że to dwoje względnie dojrzałych osób ją tworzy, wtedy zdecydowanie tak.

Są wyznaczniki przekroczenia tych granic wolności „wewnętrzne”, tak jak wspomniane poczucie nieważności czy zranienia. A czy są – i jeśli tak, to jakie – wyznaczniki „zewnętrzne”?
Myślę, że są takie kategorie „zewnętrzne” niejako ponad ustaleniami konkretnej pary. I taką kategorią wydaje się na przykład nasza tożsamość kulturowa. To znaczy, niezależnie od naszego stosunku do religii, wyrastamy z korzenia tradycji judeochrześcijańskiej, w związku z tym siedem z dziesięciu przykazań to jest coś, co stanowi granice wolności, także w relacjach osobistych. Kolejna kategoria to prawo. Oczywiście, zdrada w związku nie jest karana, ale jest ona argumentem, który może przesądzić podczas rozwodu o zawyrokowaniu winy jednej ze stron. Czyli, pośrednio, te granice wolności odnoszące się do relacji osobistych warunkuje także prawo.

A jaki wpływ na nasze granice wolności czy w ogóle interpretację pojęcia „wolność” ma nasz dom rodzinny, to, w czym wyrastaliśmy?
Z pewnością istnieje jakiś rodzaj przekazu generacyjnego, istotnie „nosimy” w sobie różne wzory.

Myślę na przykład o mężczyźnie, który wychował się w domu, w którym zupełnie normalne, naturalne było, że ojciec spędzał wieczory z kumplami, a matka odgórnie „przydzielona” była do opieki nad dziećmi. Dla niego taki schemat mieści się w granicach wolności mężczyzny.
Może być tak, że się w tych granicach mieści i on będzie robił dokładnie to samo, sądząc, że ma do tego pełne prawo, ale może być też tak, że jeśli patrzył na cierpienie matki, nie powieli tego schematu i jej cierpienie uzna właśnie za wyznacznik przekroczenia granicy wolności. Pytanie tylko, czy ta matka pokaże, że cierpi, albo wręcz w ogóle będzie sama wiedziała, że cierpi. Bo czasem jest tak, że ktoś nasze granice dalece przekracza, ale my, z różnych powodów, nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie dopuszczamy tego do siebie. Przytoczę tu film „Zawieście czerwone latarnie”. Obserwujemy harem pewnego chińskiego możnowładcy. Norma kulturowa dopuszcza, że mężczyzna może mieć wiele żon, czyli mamy tu naszą „zewnętrzną” granicę wolności formalnie nieprzekroczoną. Kobiety teoretycznie pogodzone są z sytuacją, bo ta jest „normalna”. Tymczasem ten film jest opisem potwornej walki, rywalizacji między kobietami, u której źródła leży straszliwe cierpienie większości z nich z powodu tego, że jest ich więcej niż jedna. Choć nie zdają sobie sprawy z tego, dlaczego walczą… Czyli tu istnieje kolejna trudność, kultura mówi ci, że nie powinnaś cierpieć, a ty czujesz coś innego i szukasz dla tego ujścia. Chodzi mi o to, że te granice nie zawsze są uchwytne. Nie zawsze czujesz, że twój mąż przekracza twoje granice wolności, czasem zaczyna cię po prostu na przykład coraz częściej boleć głowa. Nie wiesz, co ci jest, chcesz zrobić tomografię, a tam nic nie znajdziesz, bo chodzi o to, że czujesz się mniej ważna od koleżanki męża, z którą on od miesiąca prawie codziennie zjada lunch i rozmawia o czymś więcej niż pogoda.

Wolność jest dla człowieka jak powietrze, musi ją mieć, by żyć, tak zostaliśmy skonstruowani. Ale jednocześnie jesteśmy też tak skonstruowani, że musimy wyznaczać jakieś ramy tej naszej pierwotnej potrzebie.

  1. Styl Życia

Medytacja na wyczerpanie psychiczne

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. (Fot. iStock)
Trudno o jakiekolwiek pozytywne nastawienie, gdy czujemy się wyczerpani psychicznie, zawodzi nas pamięć, przerasta rozwiązywanie problemów. To symptomy zmęczonego mózgu. Jak wysłać głowę na urlop – mówi Iwona Kozak, nauczycielka jogi kundalini i terapeutka reiki.

Im większy stres i im dłużej trwa, tym trudniej przychodzi nam prawdziwa relaksacja i głęboki odpoczynek. Wpadamy w błędne koło: brak odpoczynku zwiększa stres, a coraz większy stres utrudnia odpoczynek. Jak się z niego wyrwać?

Medytując i ćwicząc jogę – tak od tysięcy lat utrzymują jogini, a od niedawna również naukowcy. Przeprowadzone na uniwersytecie w Bostonie badania potwierdziły, że regularna praktyka jogi przyczynia się do zwiększenia ilości kwasu gamma-aminomasłowego (GABA) w mózgu (co – upraszczając – pozwala nam dobrze spać, zrelaksować się oraz zwiększa sprawność umysłową). Z kolei uczeni z uniwersytetów Harvarda, Yale i z Instytutu Technologii w Massachusetts wykazali, że mózgi osób, które regularnie medytują, są… większe.

Joga kundalini oferuje wiele medytacji, które pomagają odświeżyć umysł. Używamy w nich precyzyjnych ruchów, oddechu, koncentracji po to, aby wpłynąć na podwzgórze mózgu, które z kolei bezpośrednio oddziałuje na system nerwowy, wzmacniając go, i na układ dokrewny, regulując wytwarzanie hormonów. Choć medytacje te mogą się wydać na początku skomplikowane, nie wymagają od nas żadnego doświadczenia, a ich pozytywne efekty odczuwamy już po kilku dniach. Wystarczy kilkanaście minut dziennie, odrobina koncentracji i chęci, by poprawić jakość swojego życia.

Ćwiczenie na umysłowe wyczerpanie

Na umysłowe wyczerpanie proponuję medytację złożoną z czterech etapów. W czasie każdego z nich siedzimy w wygodnej pozycji z wyprostowanym kręgosłupem. Oczy są zamknięte i skupione na punkcie między brwiami. Oddychamy przez nos.

Ramiona zginamy w łokciach, dłonie wysuwamy do przodu. Wnętrze prawej dłoni kierujemy do dołu, lewej – do góry. Każdy wdech składa się z ośmiu krótkich wdechów, każdy wydech – z ośmiu krótkich wydechów. Wykonujemy ruch rękoma wyprostowanymi od łokcia do dłoni, tak jakbyśmy na przemian odbijali piłkę prawą i lewą ręką. Gdy podnosimy prawą dłoń, lewą opuszczamy. Dłonie podnoszą się na wysokość ok. 20 cm. Każdy taki ruch jest skoordynowany z krótkim wdechem lub wydechem. Utrzymujemy szybkie, rytmiczne tempo (czas trwania: 3 min).

Wykonujemy taki sam ruch rękoma, ale wnętrze prawej dłoni jest skierowane do góry, a lewej – do dołu (czas trwania: 3 min). Powtarzamy pierwszy etap (czas trwania: 3 min). Opuszczamy ramiona, kładziemy dłonie na kolanach. Oddychamy spokojnie i głęboko. Oczy są zamknięte (czas trwania: 5 min).

  1. Styl Życia

Ucieczka od lęku i niepewności. Dokąd prowadzi nas ego? – wyjaśnia buddyjska mniszka Pema Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Albert Einstein mówił, że „Człowiek jest częścią całości, którą nazywamy wszechświatem. Ograniczony przez przestrzeń i czas, doświadcza siebie samego. Jego myśli i uczucia są oddzielone od całej reszty – swego rodzaju optycznego złudzenia świadomości. To złudzenie jest dla nas jak więzienie, które ogranicza nas do własnych upodobań oraz przychylności dla nielicznych nam bliskich. Naszym celem musi być wyzwolenie się z tego więzienia poprzez rozszerzenie horyzontów naszego rozumienia i współczucia, aż obejmie wszystkie żywe istoty i całą naturę w jej urodzie”.

Jak zauważył Albert Einstein, tragedia traktowania siebie w taki sposób, jakbyśmy byli oddzieleni od innych, polega na tym, że to złudzenie staje się więzieniem. Jeszcze smutniejsze jest to, że perspektywa wolności wytrąca nas z równowagi. Kiedy znikają bariery, a mury zaczynają pękać, nie wiemy, co robić. Potrzebujemy więcej informacji o tym, co się z nami dzieje. Musimy wiedzieć, że dorastaniu towarzyszą strach i dygot, a odpuszczenie wymaga odwagi. Znalezienie odwagi do tego, by udać się w miejsca, które nas przerażają, nie może nastąpić bez współczującego wglądu w  działanie ego. Zadajemy więc sobie pytanie: „Co mam robić, kiedy czuję, że nie mogę poradzić sobie z tym, co się dzieje? Skąd czerpię siłę i w czym pokładam zaufanie?”.

Budda nauczał, że elastyczność i otwartość dają siłę, a  ucieczka od bezzasadności osłabia nas i  przynosi ból. Ale czy rozumiemy, że kluczem jest konfrontacja z nią? Otwartość nie bierze się z opierania się naszym lękom, ale z ich dokładnego poznania. (…)

Poznajemy strategie i przekonania, których używamy do wznoszenia murów. Zadajemy sobie pytania: jakie są historie, które sobie opowiadam?, co mnie odpycha i co mnie pociąga? Zaczynamy interesować się tym, co się dzieje. Nie oceniamy tego, co widzimy, po pro[1]stu patrzymy na tyle obiektywnie, na ile to możliwe. Możemy obserwować siebie z poczuciem humoru, unikając nadmiernej powagi, moralizowania i  zdenerwowania w  związku z  tą obserwacją. Rok po roku szkolimy się w  pozostawaniu otwartym na wszystko,  co się pojawia. Powoli, bardzo powoli pęknięcia w ścianach zdają się rozszerzać i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki bodhiczitta zaczyna swobodnie płynąć.

Wsparciem w procesie odblokowywania bodhiczitty jest nauka trzech władców materializmu. Są to trzy sposoby, które wykorzystujemy do ochrony przed zmiennym, niedającym się zdefiniować światem, trzy strategie, których używamy, aby zapewnić sobie iluzję bezpieczeństwa. Nauka ta stanowi zachętę do tego, żeby zapoznać się ze strategiami ego, żeby wyraźnie zobaczyć, że sposoby, w których szukamy pocieszenia i ulgi, tylko wzmacniają nasze obawy.

Pierwszy z trzech władców materializmu nazywany jest władcą formy. Reprezentuje sposób, w jaki chcemy być postrzegani przez świat zewnętrzny, żeby mieć solidne oparcie. Możemy zacząć zwracać uwagę na nasze metody ucieczki. Co mam robić, gdy jestem niespokojny i  przygnębiony, znudzony lub samotny? Czy „terapia zakupowa” to mój sposób na radzenie sobie? Czy też sięgam po alkohol lub jedzenie? Czy pocieszam się narkotykami lub seksem? Czy szukam przygód? Czy wolę zanurzyć się w piękno natury lub wspaniałe przeżycia, których dostarcza naprawdę dobra książka? Czy wypełniam czas, rozmawiając przez telefon, surfując po sieci lub godzinami oglądając telewizję?

Niektóre z tych metod są niebezpieczne, inne zabawne, jeszcze inne całkiem nieszkodliwe. Tak naprawdę możemy nadużywać dowolnej substancji lub czynności, aby uciec od niepewności. Kiedy uzależniamy się od władcy formy, przyczyniamy się do eskalacji cierpienia. Nie jesteśmy w stanie odczuwać trwałego zadowolenia bez względu na to, jak bardzo się staramy. Natomiast właśnie te uczucia, od których staramy się uciec, stają się silniejsze.

Ból spowodowany przez władcę formy może wyjaśnić historia myszy, która daje złapać się w pułapkę, ponieważ nie może powstrzymać się od zjedzenia sera. Dalajlama dokonuje interesującego zwrotu akcji na bazie tego porównania. Opowiada, że w dzieciństwie próbował w Tybecie łapać myszy nie dlatego, że chciał je zabić, ale dlatego że chciał je przechytrzyć. Mówi, że myszy w Tybecie muszą być mądrzejsze od myszy z innych krajów, bo nigdy nie udało mu się ich złapać. Efekt był taki, że myszy stały się dla niego wzorem oświeconego postępowania. Uważał, że w przeciwieństwie do większości z nas myszy zorientowały się, że najlepszą rzeczą, jaką mogą dla siebie zrobić, jest rezygnacja z krótkotrwałej przyjemności zjedzenia sera na rzecz długotrwałej przyjemności  życia. Zachęca nas do pójścia za ich przykładem.

Bez względu na to, w jaką pułapkę wpadniemy, naszą typową reakcją jest brak zainteresowania tym, co się dzieje. Nie analizujemy w sposób naturalny strategii ego. Większość z nas po prostu bezmyślnie sięga po coś znanego, kojarzącego się z ulgą, a następnie zastanawia się, dlaczego nadal jest niezadowolona. Nowatorskie podejście praktyki bodhiczitty polega na tym, że skupiamy uwagę na tym, co robimy. Nie osądzając, szkolimy się w  przyjmowaniu tego, co się dzieje, z życzliwością. W  końcu możemy postanowić, że rezygnujemy ze starych sposobów krzywdzenia siebie.

Drugi z trzech władców materializmu jest władcą mowy. Ten władca reprezentuje sposób, w jaki wykorzystujemy wszelkiego rodzaju przekonania, żeby dać sobie złudzenie pewności co do natury rzeczywistości. Każdy z  izmów  – polityczny, ekologiczny, filozoficzny czy duchowy – może być przez to niewłaściwie wykorzystany. Polityczna poprawność jest dobrym przykładem tego, jak działa władca mowy. Kiedy wierzymy w poprawność naszego poglądu, patrzymy na skłonności innych ludzi w ograniczony, pełen uprzedzeń sposób.

Na przykład jak reaguję, gdy kwestionowane są moje opinie na temat rządu? Co robię, gdy inni nie zgadzają się z moimi poglądami na temat homoseksualizmu, praw kobiet lub środowiska? Co się dzieje, gdy kwestionuje się moje poglądy na temat palenia i picia? Co robię, gdy nikt nie podziela moich przekonań religijnych?

Osoby, które zaczynają przygodę z buddyzmem, zazwyczaj mają entuzjastyczne nastawienie do medytacji czy nauk buddyjskich. Czujemy się częścią nowej grupy, cieszymy się, że mamy nową perspektywę. Ale czy wtedy oceniamy ludzi, którzy widzą świat inaczej? Czy zamykamy nasze umysły na innych, ponieważ nie wierzą w karmę?

Problem nie tkwi w samych przekonaniach, ale polega na tym, jak ich używamy, aby poczuć się pewnie i przekonać innych, że się mylą, albo jak je wykorzystujemy do tego, aby uniknąć poczucia niepokoju związanego z brakiem wiedzy o tym, co się dzieje. Przypomina mi to człowieka, którego znałam w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, a którego pasją było protestowanie przeciwko niesprawiedliwości. W chwili zażegnania konfliktu człowiek ten pogrążał się w swego rodzaju mroku. Kiedy pojawiał się nowy powód do demonstrowania oburzenia, znowu wpadał w ekscytację. (…)

Nawet uzasadnione przekonanie, że mamy rację, może sprawić, że wpadniemy w sidła władcy mowy. Jeśli jednak zauważymy, że zaczynamy pałać świętym oburzeniem, to pewny znak, że posunęliśmy się za daleko i że nasza zdolność do dokonywania zmian słabnie. Przekonania i ideały stanowią prostą drogę do stawiania murów.

Trzeci władca – władca umysłu – stosuje strategię najbardziej wyrafinowaną i podstępną ze wszystkich władców. Wchodzi do gry, gdy staramy się uniknąć niepewności poprzez ucieczkę w odmienne stany świadomości. Istnieje na to wiele sposobów. Możemy wykorzystywać do tego narkotyki, sport, zakochiwanie się albo praktyki duchowe. Te szczególne stany uzależniają. Tak dobrze jest uwolnić się od naszych prozaicznych doświadczeń. Chcemy więcej. Na przykład osoby rozpoczynające praktykę medytacyjną często oczekują, że dzięki treningowi będą mogły wyjść poza ból zwykłego życia. Jest co najmniej rozczarowujące, gdy słyszą, że powinny sięgać w głąb rzeczy, jednocześnie pozostając otwartymi na nudę i na rozkosz.

Czasami, nie wiadomo dlaczego, ludzie mają niesamowite doświadczenia. Niedawno pewna prawniczka opowiedziała mi, że kiedy stała na rogu ulicy i czekała na zmianę świateł, stało się coś niezwykłego. Nagle jej ciało zaczęło się rozszerzać aż do momentu, gdy stało się tak ogromne jak cały wszechświat. Instynktownie poczuła, że ona i kosmos stanowią jedno. Nie miała wątpliwości, że to prawda. Wiedziała, że nie jest oddzielona od wszystkiego innego, jak wcześniej przypuszczała.

Nie trzeba dodawać, że to doświadczenie wstrząsnęło jej przekonaniami i sprawiło, że zadała sobie pytanie, co robimy z naszym życiem, spędzając tyle czasu na próbach ochrony naszego iluzorycznego terytorium. Zrozumiała, że ta niefortunna postawa prowadzi do wojen i przemocy, których jest coraz więcej na całym świecie. Problem pojawił się, kiedy postanowiła trzymać się swoich doświadczeń, gdy chciała je odzyskać. Zwykłe postrzeganie nie było już satysfakcjonujące: sprawiło, że odczuwała niepokój i brak kontaktu. Czuła, że jeśli nie będzie mogła pozostać w tym odmiennym stanie, wkrótce po prostu umrze.

W latach sześćdziesiątych znałam ludzi, którzy codziennie brali LSD, wierząc, że pozwoli im to utrzymać stan uniesienia. Tymczasem to wypalało ich mózgi. Nadal znam mężczyzn i kobiety, którzy są uzależnieni od zakochiwania się. Tak jak Don Juan nie mogą znieść, kiedy początkowy blask zaczyna gasnąć. Cały czas szukają kogoś nowego.

Nawet jeśli doświadczenia szczytowe, na granicy mistycyzmu, pokazują nam prawdę i potwierdzają sens wykonywanych praktyk, to w zasadzie nie są one niczym wielkim. Jeśli nie potrafimy zintegrować ich ze wzlotami i upadkami naszego życia, jeśli będziemy się ich kurczowo trzymać, będą nam przeszkadzać. Możemy uważać, że te doświadczenia są ważne, ale potem musimy pójść dalej i nauczyć się dogadywać z sąsiadami.

Wtedy nawet najbardziej niezwykłe spostrzeżenia mogą mieć wpływ na nasze życie. Jak powiedział dwunastowieczny tybetański jogin Milarepa, gdy usłyszał o szczytowych doświadczeniach swojego ucznia Gampopa: „Nie są one ani dobre, ani złe. Medytuj dalej”. Problemem nie są same stany, tylko ich uzależniające właściwości. Nieuniknione jest, że jeśli coś idzie w górę, kiedyś musi zejść w dół, a jeśli schronimy się we władcy umysłu, jesteśmy skazani na rozczarowanie.

Każdy z nas ma różne nawykowe taktyki uciekania przed życiem takim, jakie jest. Krótko mówiąc, takie jest przesłanie trzech władców materii. Ta prosta nauka to, jak się wydaje, biografia każdego z nas. Kiedy używamy tych strategii, tracimy zdolność do radowania się czułością i zdumieniem, do których mamy dostęp nawet w najbardziej prozaicznych sytuacjach. (…)

Fragmenty pochodzą z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Psychologia

Fikcyjny męski świat - jakiego szczęścia szukają mężczyźni?

Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam żyje. (fot. iStock)
Jeśli marzenia przesłaniają radość z realnego życia, to jest sytuacja alarmująca. Toniemy w fikcji. Oddajemy władzę nad sobą. Tego my, mężczyźni, nie lubimy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

On mówi, że najbardziej marzy o podróży dookoła świata albo o spędzeniu roku w Aśramie, albo o żeglowaniu po morzach i oceanach. Ona słucha i nie może w to uwierzyć…
Coraz więcej takich par przychodzi po pomoc. Marzyli o wspólnym życiu, często coś już razem zbudowali, mają dzieci, mieszkanie na kredyt, pracują, starają się, a tu nagle mężczyzna tęskni za rajem gdzieś indziej, nie wiadomo gdzie, w każdym razie nie tutaj, nie w tych warunkach. To jest gra w „gdyby nie wy”; gdyby nie te czasy, rodzina, praca, obowiązki, gdyby nie ten kraj, klimat, okoliczności, moje życie byłoby cudowne!

Gdyby nie ta kobieta…
Tak, wszystko jest nieodpowiednie – krajem rządzą idioci, szef i współpracownicy to banda przygłupów. Klimat niesprzyjający. A rodzina? Ci mężczyźni często mówią: „Tylko obowiązek mnie trzyma. Ale tak w ogóle to przegrałem życie”. Albo: „Gdybym wiedział, że to tak będzie wyglądało, trzy razy bym się zastanowił, zanim założyłbym rodzinę”. Mówią to w obecności swoich kobiet, partnerek. Fatalnie! Jak te kobiety mogą się czuć? „Szczęście dla niego jest gdzieś poza mną, poza naszą rodziną”. To rodzi ogromny smutek, cierpienie.

Kobiety biorą odpowiedzialność na siebie: „A więc nie jestem dla niego wystarczająco dobra, ze mną nie może być szczęśliwy”. Czy mężczyźni o tym wiedzą?
Tak, często zapewniają: „To nie ma z tobą nic wspólnego”. W gabinecie psychoterapeuty kobiety płaczą, nie wierzą w te zapewnienia.

Przed czym on ucieka?
Powiedzieć, że przed prawdziwym życiem, to byłoby zbyt trywialne. Ucieka przed szczęściem, które ma w sobie, ale jeszcze tego nie odkrył. Tworzy w swojej głowie idealną wirtualną rzeczywistość i tam, w tej fikcji, żyje. O takich właśnie zagrożeniach związanych z ucieczką w świat fikcji traktuje amerykański serial „Czarne lustro”. W pierwszym odcinku nowej serii programista tworzy zaawansowaną grę komputerową. W tej wirtualnej rzeczywistości gra główną rolę. Bardzo szybko staje się ofiarą własnej gry, ponieważ nie może z niej wyjść. Film jest dobrą metaforą, jak łatwo utknąć w wewnętrznej grze umysłu, ponieważ wydaje się taka realistyczna, prawdziwa. Ci mężczyźni, którzy tworzą fikcyjne, idealne światy, mają tendencję do zamykania się w nich, a w końcu pogrążania.

W jaki sposób?
Mężczyznę tak pochłania jego własna wirtualna rzeczywistość, że nie widzi dziecka, które przychodzi i chce na przykład wyciągnąć tatę na spacer. Mówi do dziecka: „Idź z mamą”. Albo synek pokazuje rysunek, ale ojciec jest psychicznie nieobecny, nie odwzajemnia potrzeby kontaktu dziecka, docenienia, miłości.

Słyszę, że coraz więcej młodych mężczyzn marzy o długim odosobnieniu, najlepiej w klasztorze w górach. To także forma ucieczki?
Po powrocie może się okazać, że czujemy się zagubieni, oderwani od realiów. Dlatego wielu współczesnych mistrzów zaleca raczej kilkudniowe odosobnienia i codzienną praktykę jako dużo bardziej użyteczne sposoby wzmacniania motywacji do życia. Dosyć powszechną formą ucieczki jest też funkcjonowanie od urlopu do urlopu albo od weekendu do weekendu.

Pół roku intensywnej pracy w napięciu i stresie po to, aby wyjechać na dwa tygodnie do raju?
A potem okazuje się, że raj wcale nie jest rajem – bo brak, który mamy w sobie, rzutujemy na wszystko wokół; wszystko wydaje się nie takie. Szczęście jest za horyzontem, a horyzont, gdy idziemy w jego kierunku, stale się oddala. Przez pięć dni się mordujemy, w weekend imprezujemy, potem leczymy kaca, a szczęścia i ulgi dalej nie ma.

Nie sposób odpocząć?
Wyjazdy wakacyjne na deskę czy na narty przestają być zdrową formą dbania o siebie, ładowania akumulatorów. Stają się celem samym w sobie, pogonią za czymś, co nieosiągalne. Nam, mężczyznom, brakuje odpowiedniej filozofii życia, wspierającego podejścia do tego, co się wydarza. Filozofia stoików i taoistów byłaby tu bardzo użyteczna. Taoiści mówili, że mędrzec poznaje świat, nie ruszając się z miejsca. Mędrzec to nie starzec z siwą brodą, ale ten, kto odkrył, zrozumiał bezpośrednią ścieżkę do wewnętrznej wolności i szczęścia – ten ktoś może mieć 30 lat. Umie cieszyć się życiem tak mocno jak się da. Uświadomienie sobie, że nie mamy innego życia oprócz tego, które mamy, może być bardzo otrzeźwiające. Skoro tak, bierzemy, co jest!

Szczęście jest stanem wewnętrznym, który zależy od nas. Jak miałoby to wyglądać w praktyce?
Szczęście to sposób percepcji. Wielu mężczyzn zgłasza na przykład wielkie zmęczenie kłótniami polityków, podziałami w rodzinach. Najlepsze, co możemy zrobić, to widzieć, co się dzieje – tak, kłócą się, plotą głupoty – a jednocześnie pytać siebie, czego uczę się z tych obserwacji, jak mogę się do nich odnieść, na co mam wpływ, co zależy ode mnie. Łatwo zauważyć, czego nie chcemy. Czego więc chcemy? Stoicy zwracali uwagę, abyśmy koncentrowali się na tym, co zależy od nas, i podejmowali kroki kształtujące życie w zgodzie z naszymi wartościami. Wyjściowe założenie, że nie mogę żyć tak, jak chcę, ponieważ przeszkadzają mi w tym rodzina, rząd, kraj, ustrój, warunki, jest – już na starcie – pozbawianiem siebie możliwości rozwoju, sprawczości i spełnienia. Oddajemy władzę nad sobą czemuś poza nami. Nieprzyjemne uczucie. Wzmacnia izolację, stany depresyjne, poczucie przegranej, frustrację. Jednak otwarcie na radość wcale nie jest proste. Wywraca świat do góry nogami, a kto to lubi.

W jakim sensie?
Gdy pielęgnujemy przekonanie, że tu jest syf, a gdzieś jest raj (tylko nas tam nie ma), świat wydaje się uporządkowany; wiadomo, czego się trzymać, są ustalone, niepodważalne punkty odniesienia. Teoretycznie wiemy już, że możemy otworzyć się na przeżywanie i doświadczanie radości. Nie możemy jednak tego zrobić, ponieważ jesteśmy uzależnieni od swojego nieszczęścia. Nie w sensie mentalnym – intencjonalnie przecież każdy chce być szczęśliwy. Trudno zmienić wewnętrzny stan, ponieważ utrwalił się w naszych ciałach, w neurologii, w nawykach. Jeśli zaczynamy i kończymy dzień tak samo – z tymi samymi myślami, powtarzanymi przez lata opiniami o świecie, o życiu – wtedy wytwarzamy w sobie identyczne jak dotąd stany psychiczne i emocjonalne. Te stany z kolei sprawiają, że działamy ciągle tak samo, toniemy w nawykowych zachowaniach.

Co może być skutecznym sposobem zmiany?
Tworzenie nowych, zdrowych nawyków. Choćbyśmy sobie w kółko powtarzali: „Niechby się wreszcie coś zmieniło”, nic się nie zmienia, ponieważ ciągle produkujemy tę samą chemię w mózgu i w ciele, która podtrzymuje znany nam stan. Czasem zdarza się coś wstrząsającego, nierzadko dramatycznego, co wybija z rytmu życia i wymusza zmianę. Nie warto jednak na to czekać.

W jaki sposób mężczyzna może zacząć tworzyć nowe, zdrowe nawyki?
Od zrobienia czegoś inaczej – poeksperymentowania, choćby na początku z ciekawości i dla zabawy. Na przykład zamiast porannej kawy pijemy herbatę albo sok owocowy. Zamiast przeglądania codziennej prasy idziemy na spacer, słuchamy muzyki. Dostarczamy sobie pozytywnych bodźców. Na naszą neurobiologię wspaniale działa na przykład kontakt z pięknem, ze sztuką. Wiele dzieł sztuki, obrazów, na które być może nie byłoby nas stać, możemy obejrzeć w Internecie. Chodzenie nago po mieszkaniu i wykonywanie zwykłych czynności, takich jak gotowanie czy sprzątanie, może generować zmianę w neurobiologii, ponieważ przełamuje rutynę. Po prostu od czasu do czasu zróbmy coś innego niż do tej pory. Jeśli lubimy samotność, zaprośmy do siebie znajomych. Jeśli dużo imprezujemy, pobądźmy w samotności. Przełamując stereotypowe zachowania, przebudowujemy sieci neurologiczne w mózgu. My, mężczyźni, lubimy spektakularne zmiany. Tymczasem wielką różnicę czynią małe, codzienne wybory, zmiana nawyków, wspierające interpretacje tego, co się dzieje. Jest jeszcze jeden aspekt naszego tematu: mężczyznom trudno docenić to, czym w istocie gardzą.

„Mam się cieszyć tym przegranym życiem?”.
To, oczywiście, trudne do przyjęcia. Dlatego dobrze zacząć od obserwowania uczucia pogardy – do kraju, warunków, obowiązków. Gdy zaczynamy przyglądać się, czym pogarda jest, z czego wynika, do czego prowadzi, czym owocuje, być może uznamy, że nie chcemy już tego doświadczać. Że to od nas zależy, jak przeżywamy życie. Że w naszej mocy jest odzyskać władzę nad sobą, ten męski raj.