1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi.
To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba?
To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów?
Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej?
Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną?
Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich?
Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym?
Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego tak często mamy trudności z podjęciem decyzji?

Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. (fot. iStock)
Największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu jakiejś decyzji mają odczucie: mogliśmy podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja była wystarczająco dobra – mówi dr Marlena Kossakowska, psycholożka, autorka książek.

Zgadza się pani z diagnozą, że dzisiaj trudniej ludziom wybierać niż kiedyś?
Myślę, że rzeczywiście coś jest na rzeczy.

Dlaczego?
Generalnie w związku z dostępem do informacji. Jesteśmy zewsząd nimi zalewani, więc trudniej wybrać spośród tego zalewu opcję dla nas właściwą. A ponadto – to także, a może przede wszystkim, kwestia życiowych wartości. Bo nawet jeśli jesteśmy zalewani dużą liczbą informacji, a mamy swoją hierarchię wartości i wiemy, czym się w życiu kierować, to wtedy łatwiej nam takich wyborów dokonywać.

Czy łatwość dokonywania wyborów to wyuczalna umiejętność, czy wrodzona zdolność?
Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Ale ta łatwość z całą pewnością wiąże się z umiejętnością poznania siebie i swoich  potrzeb, która kształtuje się już w dzieciństwie. Jeżeli nasi rodzice wychowywali nas zgodnie z jakimś systemem wartości, nawet go nam narzucali, ale dostaliśmy konkretny, spójny, w miarę stabilny i usystematyzowany obraz świata, to ułatwi nam to późniejsze wybory. I albo powielimy system wartości rodziców, albo go zakwestionujemy, ale przynajmniej mamy jakiś punkt odniesienia. Najważniejsze jednak jest rozpoznanie własnych potrzeb.

Dlaczego to takie ważne?
Ponieważ dopiero kiedy poznamy, kim jesteśmy, i kiedy zaakceptujemy siebie takimi, jacy jesteśmy, to wówczas łatwiej nam nie tylko coś wybrać, lecz także odrzucić na pozór nęcące propozycje, które jednak są zupełnie nie dla nas.

No dobrze, wybieramy jakąś propozycję, ale szybko się rozczarowujemy. Co wtedy?
Nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że dokonaliśmy dobrego wyboru, ale przestrzegałabym przed „szybkim rozczarowaniem”. Jak już podejmiemy jakąś decyzję, to dobrze byłoby – jak to mówią terapeuci – rozsiąść się w tym miejscu, przyjrzeć, co ten wybór tak naprawdę oznacza. Podjęcie decyzji to jedno, a wytrwałość w poznawaniu, co ona oznacza, to drugie. Natychmiastowe dezerterowanie nie jest dobrym pomysłem. Dobrze jest dać sobie czas, wziąć odpowiedzialność za podjęte przez siebie kroki. Taka postawa to oznaka dojrzałości.

Badania mówią, że młodzi nie przywiązują się do pracy tak, jak ich rodzice, ciągle szukają tej wymarzonej.
Jeżeli po kilku latach czujemy pewien rodzaj wypalenia zawodowego, to nic w tym złego, że szukamy innej pracy. Ważne, aby podjąć świadomą decyzję o zmianie, ale też żeby wziąć za nią odpowiedzialność. Natomiast moim zdaniem największym problemem współczesnych młodych ludzi jest to, że po podjęciu decyzji mają odczucie, że mogliby podjąć inną, lepszą. A tak naprawdę chodzi o to, żeby ta decyzja, jak mówią psychoterapeuci, była wystarczająco dobra.

Wybory wiążą się często z rezygnacją z czegoś, nie jest łatwo się z tym pogodzić.
Konsekwencje niektórych wyborów nie są przyjemne, bo na przykład wymagają od nas poświęcania się (gdy zostajemy rodzicami) czy kierowania się nie tylko swoim dobrem, lecz także partnera (gdy wchodzimy w związek). Ale takie nieegocentryczne wybory tak naprawdę nadają smak naszemu życiu. I jeżeli są na wyjściu dobre, mogą takimi dalej pozostać, jeśli tylko będziemy nad nimi pracować. Ważne, żeby nie bać się podejmować kolejnych decyzji, czyli zatopić się w życiu, poczuć wszystkie jego przejawy, te fajne i te niefajne.

Słyszę od młodych: „Zanim coś wybiorę, chcę wszystkiego spróbować”.
Dobrze jest postawić sobie pytanie: „Co tak naprawdę jest sensem mojego życia?”. Jeżeli na pierwszym miejscu stawiam doświadczanie czegoś nowego, to podejmując się kolejnej pracy, wyjeżdżając w kolejną podróż, poznając nowych ludzi, żyję zgodnie ze swoimi potrzebami. I to jest okej. Niektórzy dopiero wtedy, gdy doświadczają tak zwanych trudności życiowych, kryzysów, rozpoznają swój system wartości. Prawdopodobnie ci wiecznie goniący za czymś młodzi ludzie, może mniej lub bardziej świadomie, szukają życiowej mądrości, chcą zobaczyć, jak się żyje w różnych wariantach, doświadczać różnych smaków życia. I nic w tym złego. W końcu trzeba jednak podjąć decyzję, może niosącą bardziej zrutynizowane, stabilne życie, ale dającą inne benefity, jak prokreacja, bliski związek. Bo wszyscy kiedyś odkrywamy, że jesteśmy jednak śmiertelni. Dobrze nie żałować czegoś, czego się nie zrobiło, ale też odważyć się to zrobić.

Wirtualny świat nie ułatwia wyborów.
Część ludzi żyje w iluzji, która przyszła do nas wraz ze światem digitalnym. Wtedy okazało się, że w tym samym czasie można zrobić kilka rzeczy naraz: być na Majorce, pracować na komputerze, podglądając, co dzieje się na świecie i co robi moja przyjaciółka. Młodzi ludzie myślą digitalnie. Gdybym mogła coś wnieść do wychowania, tobym apelowała, żeby najpierw nauczyć dzieci myśleć analogowo, nauczyć je być tu i teraz. Potrzebna jest mądra edukacja, bo nie wystarczy powiedzieć młodemu człowiekowi, że trzeba wyłączyć laptopy i komórki, żeby pożyć prawdziwym życiem. Zauważyłam, że część moich studentów jest smutna, oni ciągle są gdzie indziej. Mówię im: „Bądźcie tu i teraz, na zajęciach, zostawcie telefony, laptopy, zaraz jest przerwa, wtedy na nie zerkniecie”. Okazuje się, że to dla nich niesamowicie trudne.

Zadaniem rodziców, nauczycieli jest uczenie dzieci i młodzieży kierowania się tym, co w duszy gra, a nie tym, co podpowiada świat zewnętrzny?
Tak. Dlatego pokazuję studentom to, co mówi psychologia pozytywna – że dobrostan jest wartością ocenianą subiektywnie, co oznacza, że nie istnieje uniwersalne dobro dla wszystkich. To ty oceniasz, co jest dla ciebie dobre. Moja demokracja polega na tym, że wybieram te opcje, a nie inne. Bardzo ważne, żeby wybierać to, nad czym mamy kontrolę, a odpuścić to, na co nie mamy wpływu. Mieszkałam przez jakiś czas w Ameryce, tam ludzie łatwiej adaptują się do różnych warunków. My natomiast ciągle chcemy zmieniać coś, co na danym etapie jest niezmienialne, podchodzimy do życia – przepraszam, ale to cytat – ze „słowiańskim wkurwem”, czyli z wysokim poziomem negatywnych emocji, gdzie dominuje gniew, wrogość, agresja, złość.

Wybierajmy to, co służy nam, ale dzielmy się tym z innymi?
Zdecydowanie! To jedna z najważniejszych idei psychologii pozytywnej, czyli pełnego szczęścia, dobrostanu, o czym pisał Martin Seligman. Kiedy wiemy, kim jesteśmy, akceptujemy siebie, to jesteśmy autentyczni i mamy większe szanse na trafne życiowe wybory. A kiedy trafnie wybieramy, stajemy się radośni i chcemy dzielić się tą radością z innymi. Czyli najpierw kierujmy reflektor na siebie, a dopiero potem na świat, nigdy odwrotnie.

Marlena Kossakowska: doktor psychologii, członkini zarządu International Positive Psychology Association (IPPA). Doświadczenie: sopocki wydział Uniwersytetu SWPS; w latach 2013–2014 odbywała staż naukowy u dr. Martina Seligmana w Positive Psychology Center na University of Pennsylvania.

  1. Styl Życia

Odchudzanie zastąpiłam akceptacją siebie - 12 rad Karoliny Szaciłło

Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia

Spójrz w lustro. Co widzisz? Czy podoba ci się ten obraz? Czujesz niechęć i niesmak? Kto wie, być może nawet twój widok cię odrzuca. 

Jak pisze bliski mi mędrzec w "Świętowaniu ciszy": "Akceptacja czegoś, czego nie lubisz, może okazać się trudna. Z pewnością jednak da się zaakceptować odrobinkę tego - maleńki atom. Przekonasz się, że w chwili, kiedy zaakceptujesz jeden atom, zajdzie zmiana. (...) Choć rzeka jest bezmierna, wystarczy jeden łyk, aby ugasić pragnienie. Choć na ziemi jest obfitość pożywienia, wystarczy mały kęs, aby zaspokoić głód. Potrzebujesz zaledwie odrobinki. Przyjmij w życiu odrobineczkę wszystkiego - to właśnie przyniesie ci spełnienie". Tobie też polecam ten zabieg. Zaakceptuj choćby niewielki "atom siebie".

Myśl i mów dobrze o sobie, również o swoim ciele. Spoglądaj w lustro i za każdym razem odnajduj w sobie coś pięknego...
'Większość ścisłych diet w rzeczywistości jest nieskuteczna, ponieważ są one wynikiem postawy nienawiści do siebie, obrzydzenia do tłuszczu lub niechęci wobec siebie i swoich słabości, przez które tłuszcz odłożył się w naszym ciele. Postawa taka wywołuje pragnienie zagłodzenia ciała po to, aby ukarać umysł. Ciało będzie się czuło wygłodzone podczas każdej drastycznej diety, a ponieważ nie lubi takie być, samoistnie będzie się starało uruchomić tkanki, które potrzebują najwięcej energii, spowalniając w nich procesy metaboliczne, co przyczyni się do wolniejszego spalania tłuszczów - tłumaczy Robert Svoboda w "Prakriti - odkryj swoją pierwotną naturę".

W pokonywaniu tej niechęci do siebie pomagało mi m.in. wspomniane spoglądanie z miłością i akceptacją w lustro. Była to jedna z wielu technik, dzięki którym odnalazłam moją drogę do równowagi. W efekcie (ubocznym) schudłam ponad 25 kg. Poniżej cały zestaw zasad, którymi się kierowałam. Już w tym miejscu zaznaczę, że poniższego zestawienia nie powinieneś traktować jeden do jednego. Przede wszystkim wsłuchaj się w siebie. Skorzystaj z tych punktów, które poczujesz całą sobą!

Ustawiłam swój nowy cel. Utratę wagi zastąpiłam akceptacja siebie. Przestałam walczyć ze sobą i swoimi kilogramami!
1. Wyrzuciłam swoje tzw. ubrania motywacyjne, czyli za małe jeansy, które miały mnie mobilizować do schudnięcia. Tak naprawdę działały odwrotnie. Z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem wpadałam w coraz większe poczucie winy, że nie udaje mi się wrócić do mojej upragnionej sylwetki.

2. Do codziennej, porannej rutyny włączyłam masaż ciała najlepiej ciepłym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (zima i jesień), kokosowym (lato) lub ich mieszanką (wiosna). W trakcie masażu szczególną uwagę zwracałam na to, aby spoglądać i odnosić się do swojego ciała z akceptacją oraz miłością. Masaż olejem trwa około 10-15 minut. Po masażu możesz przepłukać ciało wodą. Olej doskonale nawilża, ale również oczyszcza oraz rozgrzewa (sezamowy) ciało. Z powodzeniem zastępuje balsam.

3. Zmieniłam optykę patrzenia na moje menu. Wyszłam z przestrzeni muszę się zdrowo odżywiać. Zaczęłam robić i jeść tylko te rzeczy, na które mam ochotę.

4. Biorę odpowiedzialność za własne samopoczucie i ciało. Przez lata z łatwością wpadałam w kolejne gotowe diety obiecujące szybką i bezbolesną utratę wagi. Dlaczego? Bo w momencie porażki mogłam łatwo przerzucić odpowiedzialność.

5. Zaczęłam układać mój jadłospis, kierując się smakiem. Smak jest prezentem od natury. Naszym wewnętrznym kompasem, który w pierwotnej postaci wskazuje to, co nam służy. Jeśli spożywane jedzenie, nawet najzdrowsze, nam nie smakuje, nie jesteśmy w stanie dobrze go strawić. Co za tym idzie - nie wchłaniamy składników odżywczych.

6. Obserwuję emocje towarzyszące jedzeniu. Staram się nie siadać do posiłku zła, smutna lub pod wpływem stresu. Emocje również wpływają na nasze trawienie. Przed posiłkiem (np. w pracy) dobrze jest przejść się na krótki spacer, zmienić otoczenie i wyczyścić głowę z myśli.

7. Jem, kiedy rzeczywiście jestem głodna. Nie najadam się na wszelki wypadek. Udało mi się zaobserwować, kiedy głód wynika z rzeczywistej potrzeby organizmu, a kiedy jest tzw. głodem emocjonalnym.

8. Nie chodzę głodna. Nie oszukuję też mojego organizmu wodą, herbatą, czy np. kilogramami spożywanych owoców w zastępstwie głównego posiłku. Ajurweda podkreśla, że głód wywołuje lęki. Te ostatnie, jak już wspominałam, zaburzają trawienie i wchłanianie składników odżywczych.

9. Przestałam odżywiać się intelektualnie. To jeden z 7 sposobów odżywiania, który wyróżnia makrobiotyka. Ten typ odżywiania opiera się wyłącznie na sugestiach innych osób, na tym, co przeczytamy, również na przynależności do określonej grupy (np. osób będących na diecie surowej).

10. Odżywiam się w sposób, który makrobiotyka nazywa wolnym. Słucham się siebie i swojej intuicji. Wybieram to, co rzeczywiście mi służy i czego do zachowania zdrowia potrzebuje moje ciało, dusza oraz umysł.

11. Liczę wartości odżywcze, a nie kalorie. Nadwaga często wiąże się z niedoborami składników odżywczych. W takiej sytuacji organizm domaga się dodatkowej porcji jedzenia. Liczy na to, że w ten sposób uzupełni niedobory. Im więcej wartości odżywczych przyswoisz, tym mniejszy głów będziesz odczuwać.

12. Ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia może być pomocne (ale niekonieczne) w trakcie odchudzania. I tak śniadanie staram się jeść między 7 a 9. Obiad w godzinach popołudniowych (od 12 do 14). Pamiętaj, że jest to najważniejszy posiłek dnia. Kolację w wersji idealnej zjadam przed zachodem słońca. Możemy jednak ogólnie przyjąć, że optymalnie należy ją spożyć między godziną 17 a 19 i najpóźniej 3 godziny przed snem. W kwestii godzin jedzenia poszczególnych posiłków słuchaj się jednak przede wszystkim siebie i własnego zegara biologicznego.

Więcej w książce:

  1. Psychologia

Nie skazujmy dzieci na rywalizację. Uczmy je współpracy

Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Jak wykazali amerykańscy badacze, rywalizacja zabija motywację wewnętrzną: uczę się, rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innych. (fot. iStock)
Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka.

Dlaczego wychowywanie dzieci na „czempionów”, życie ich sukcesami jest tak niebezpieczne? Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, tylko kiedy wygrywa. Również rodzice, nawet jeśli mają najlepsze intencje, niepostrzeżenie wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości jedynie wtedy, gdy osiągnie sukces – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska-Juszczak. Współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, więc rodzice wychowują dzieci do rywalizacji. Argumentują: chcemy, aby umiały sobie radzić. Czy to dobra strategia?
Oczywiście, że ważne jest, aby dzieci umiały sobie w życiu radzić. Jednak co to znaczy umieć sobie radzić? Czy oznacza to umiejętność walki z przeciwnościami losu, znoszenia porażek? Czy jednak wygrywanie? A może oznacza to konkretne umiejętności? Od zdefiniowania przez nas pojęcia „radzenia sobie” zależą nasze pomysły na wychowanie…

Często radzenie sobie bywa utożsamiane z osiąganiem sukcesów, rzadziej – z dobrymi relacjami z ludźmi. Dlaczego nie doceniamy relacji?
Dla wielu rodziców sukcesy dzieci, najlepiej spektakularne, są ich sukcesami. A czy spektakularne będzie pochwalenie się: „moja córka jest lubiana w przedszkolu”? Ponieważ myśląc o sobie, koncentrujemy się na skuteczności, to na dzieci również patrzymy z tej perspektywy – żeby miały osiągnięcia, które można zmierzyć, zważyć. Natomiast kwestie związane z cechami wspólnotowymi są niewymierne, dlatego schodzą na drugi plan.

Rodzice często podsycają ducha współzawodnictwa. Czy słusznie? Czy rzeczywiście rywalizacja jest sukcesotwórcza?
Rywalizacja, jak wykazali amerykańscy badacze Deci i Ryan, zabija motywację wewnętrzną: uczę się i rozwijam nie dlatego, że to jest fascynujące, tylko dlatego, żeby być lepszym od innej osoby, grupy. Nie jesteśmy jednak w stanie funkcjonować bez porównań. Nawet nie musimy pokazywać dziecku, że na przykład Kasia jest lepsza, ono samo doskonale to widzi. Ale ono może to porównanie odebrać inaczej – że jest gorsze od innych. Myśli wtedy: nie spełniam oczekiwań rodziców, Kasia bardziej by je spełniła. I to jest niebezpieczne. Badacze już w początkach lat 80. wykazali, że skłaniani do rywalizacji uczniowie i studenci mieli gorsze wskaźniki zdrowia psychicznego.

Ale z drugiej strony nie można oszukiwać dziecka, że jest w czymś świetne, skoro nie jest.
Dziecko porównuje się z innymi i na tym też polega budowanie jego tożsamości. Ale wzmacnianie przez nas różnic nie jest potrzebne. Nam się wydaje, że to motywuje, a może być wręcz odwrotnie – może zniechęcić do działania. Trzeba pamiętać, że dzieci są bardzo różne. I może się okazać, że porównując córkę z innymi dziećmi osiągającymi sukcesy na jakimś polu, przeoczyliśmy to pole, na którym ona by się sprawdziła. Nie zauważamy tego, ponieważ koncentrujemy się bardziej na innych dzieciach niż na własnym. Porównujmy osiągnięcia dziecka z jego własnymi wynikami sprzed rozpoczęcia trenowania: kiedyś nie umiałaś skręcać na rowerze, a dziś już to potrafisz.

Córka chce tańczyć, bo koleżanka tańczy, ale córce brakuje talentu. Wyperswadować jej to zajęcie?
Nie można tego zabronić, ale można pomóc jej znaleźć jakiś inny obszar, w którym jest dobra. Ciągłe porównania z koleżanką, w których wypada gorzej, nie wpłyną dobrze na jej samoocenę. Jak pokazują badania, jeżeli w ważnej dla nas dziedzinie ktoś bliski osiąga sukcesy większe niż my, to albo pomniejszamy znaczenie dziedziny, która do tej pory wydawała się dla nas istotna, albo oddalamy się od tej osoby, aby ochronić samoocenę. Wielce prawdopodobne, że przyjaźń dziewczynek bardzo by na tym ucierpiała. Powinniśmy porozmawiać z córką na ten temat. I nawet jeśli w pierwszej chwili się zbuntuje, powie, że nie jesteśmy dla niej autorytetem, to ważna jest sama rozmowa, wysłuchanie, co ona myśli, wyrażenie naszego zdania, z którym gdzieś w głębi duszy jednak dzieci się liczą. W tym konkretnym przypadku możemy także zaproponować, żeby córka opowiadała o sukcesach koleżanki, cieszyła się razem z nią, choć to oczywiście trudne, ale możliwe.

Jednak trudniejsza dla dziecka jest chyba sytuacja odwrotna – kiedy to rodzice stymulują je do czegoś, co jest poza jego zasięgiem.
Badania pokazują, że małe dzieci bardzo łatwo stosują się do naszych instrukcji. Gdy skłaniamy je do rywalizowania, niezwykle szybko przejmują taki sposób funkcjonowania. A rywalizacja zabija wewnętrzną motywację nawet u dzieci czteroletnich. Dopiero dzieci po 12. roku życia potrafią same rozsądzić, czy chcą wchodzić w rywalizację. Natomiast maluchy, stymulowane przez nas do rywalizacji, będą rywalizować. Wynika to z ogromnej potrzeby akceptacji. Dziecko zaczyna wyobrażać sobie, że zasługuje na miłość, kiedy wygrywa. Pewnie rodzice tak nie myślą, sądzą tylko, że jeżeli będą dziecko zachęcać do ćwiczeń, pilnować, to ono będzie im potem wdzięczne. Natomiast sami nie wiedzą, kiedy wpadają w pułapkę okazywania dziecku miłości tylko wtedy, gdy osiągnie sukces.

Podsyca to szkoła, która stawia na rywalizację. O tak. Pamiętam zakończenie roku w przedszkolu mojej córki Zosi. Część dzieci dostała nagrody za rysunki, które zwyciężyły w konkursie. Zosia nie była wśród nich. Muszę powiedzieć, że doświadczyłam dwóch rodzajów uczuć. Po pierwsze, pojawiła się emocja, którą szybko chciałam wymazać z pamięci: Szkoda, że moja Zosia nie dostała nagrody. Bo to było miłe dla rodziców usłyszeć nazwisko swojego dziecka wyczytane na uroczystości. Drugie uczucie to rodzaj współczucia, gdy spojrzałam na córkę, której było z tego powodu przykro. Pytała: „a gdzie wisi mój rysunek, dlaczego nie dostałam nagrody?”. A jej rysunek nigdzie nie wisiał. Odpowiadałam wymijająco, bo widziałam, że to dla niej bardzo ważne. To dobre przedszkole, ale nawet w nim, pewnie nieświadomie, pojawiła się rywalizacja.

 
Można przecież powiesić rysunki wszystkich dzieci.
Rzeczywiście w końcu znaleziono sposób, by pokazywać również te nienagrodzone rysunki. Ale za podsycanie rywalizacji odpowiedzialni są w dużym stopniu rodzice, którzy wychowują swoje dzieci na „czempionów”. Oddają je do dobrych szkół jak do korporacji o 8 rano, a odbierają o 18. Wożą na języki, konie, aikido, aby pokazać, że ich dziecko jest najlepsze. Wydają dużo pieniędzy, ale poza tym nie mają żadnych zasług. Bo samo płacenie za zajęcia dzieci jest w gruncie rzeczy łatwe. Taka sytuacja jest podwójnie niebezpieczna, bo po pierwsze, rodzice tracą wpływ na dziecko (przejmuje je szkoła korporacja), i po drugie, zaczynają niepostrzeżenie traktować swoje dziecko przedmiotowo, jako dostarczyciela sukcesów podnoszących ich osobisty prestiż. Ducha rywalizacji podsycamy też, wypytując, jaką ocenę dostał kolega. Nawet jak tego nie skomentujemy, to nasze pytanie jest dla dziecka sygnałem, że przywiązujemy wagę do porównań, do rywalizacji.

Tymczasem tak naprawdę w pracy, poza nielicznymi wyjątkami, istotna jest współpraca. A my do tego nie przygotowujemy.
Niestety, system szkolny stawia na indywidualne osiągnięcia, a więc także na rywalizację. Profesor Czapiński trafnie zauważył, że jeśli Polacy nie zaczną współpracować, to w pewnym momencie nasz kraj przestanie się rozwijać, ponieważ indywidualne osiągnięcia już zdobyliśmy, natomiast sukcesy sportowe w grach zespołowych, budowanie dróg, mostów, kręcenie filmów wymagają pracy zespołowej, a my nie jesteśmy tego nauczeni. Współpracy bowiem trzeba się nauczyć, ona nie jest uwarunkowana genetycznie.

Pewna nauczycielka argumentowała, że zajęcia w grupie się nie sprawdzają, bo i tak pracuje tylko jedna osoba.
Uczenie zespołowe wymaga bardzo dużo pracy ze strony nauczyciela. Kilkanaście lat temu Eliot Aronson zrobił badania, które pokazują, jak współpraca może fantastycznie działać, gdy zastosuje się „system układankowy”. Polega to na tym, że każda osoba uczy się jakiejś części materiału, a potem przekazuje zdobytą wiedzę kolegom. Jeśli kolega nie pozna części, której uczą się pozostali, nie zrozumie całości. Mnie ta metoda sprawdza się od kilku lat w prawie wszystkich grupach, z którymi realizuję seminarium z psychologii społecznej.

A jak uczyć dzieci współpracy w rodzinie?
Bracia i siostry mogą na przykład wspólnie zajmować się dbaniem o porządek. Moi rodzice fantastycznie to wykorzystali. Mam brata i siostrę i każdy z nas był za coś odpowiedzialny. To powodowało, że wzajemnie się pilnowaliśmy, ale gdy czasami ktoś z nas nie mógł czegoś zrobić, umawialiśmy się, że zrobimy to za niego. Po prostu sami się dogadywaliśmy. Bo współpraca polega na tym, że jesteśmy odpowiedzialni za różne rzeczy, ale wspólnie korzystamy z owoców pracy wszystkich. Jesteśmy systemem i musimy dziecku pokazać, że jako rodzina współpracujemy, że do tego systemu każdy coś dokłada, że każdy ma w nim swoją ważną rolę do odegrania i że ten system nie będzie działał, jeżeli zawiedzie choćby jedno ogniwo. Bo to nie chodzi o to, że robimy wszystko razem, ale że każdy zrobi to, co do niego należy. I że taki podział pracy ma wymierne korzyści.

Co dziecko zachęca do takiej wymiany?
Pochwały, a nie porównywanie, że inni robią to lepiej. Mój kolega z katedry dr Konrad Maj odkrył, że do wymiany wiedzy, doświadczeń, do większej współpracy zachęca tzw. nagroda kooperacyjna przyznawana całemu zespołowi. Wyobrażam sobie, że w rodzinie z dwójką dzieci można powiedzieć: „słuchajcie, jak uda nam się w sobotę rano posprzątać dom, to po południu idziemy na lody”. Wszyscy wtedy skorzystamy w takim samym stopniu, a nie że Krzyś dostanie samochód, a Basia lalkę. Natomiast w rywalizacji zawsze ktoś wygrywa, a ktoś inny przegrywa. Są oczywiście dziedziny takie, jak sport, w które wpisana jest rywalizacja. Ale w nauce, pracy, życiu zdecydowanie bardziej sprawdza się współpraca.

Dorota Wiśniewska-Juszczak: psycholog społeczny, adiunkt w Katedrze Psychologii Społecznej i Osobowości SWPS. W pracy naukowej koncentruje się na zagadnieniach związanych z władzą i przywództwem.

  1. Zwierciadło poleca

Łączy nas pamięć. Akcja Żonkile na rocznicę powstania w getcie warszawskim

Dziewiątą odsłonę akcji Żonkile wspierają: Kayah (na zdjęciu), Magdalena Boczarska, Katarzyna Zielińska, Bartosz Bielenia oraz Mariusz Szczygieł. (Fot. materiały prasowe)
Dziewiątą odsłonę akcji Żonkile wspierają: Kayah (na zdjęciu), Magdalena Boczarska, Katarzyna Zielińska, Bartosz Bielenia oraz Mariusz Szczygieł. (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Społeczno-edukacyjna akcja Żonkile organizowana 19 kwietnia przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN powraca. Wydarzenie upamiętniające 78. rocznicę wybuchu powstania w getcie warszawskim wspierają Magdalena Boczarska, Katarzyna Zielińska, Kayah, Bartosz Bielenia oraz Mariusz Szczygieł.

W 1940 roku Niemcy ogrodzili murem część centrum Warszawy i stłoczyli tam prawie pół miliona Żydów ze stolicy i okolic. Uwięzieni w getcie umierali wskutek głodu, chorób, niewolniczej pracy i ginęli w egzekucjach. Latem 1942 roku została zorganizowana wielka akcja likwidacyjna. Niemcy wywieźli z getta do ośrodka zagłady w Treblince prawie 300 tysięcy Żydów. Wśród tych, którzy pozostali, narodziła się idea zbrojnego oporu.

19 kwietnia 1943 roku 2 tysiące Niemców wkroczyło do getta, by je ostatecznie zlikwidować. Przeciwstawiło się im kilkuset młodych ludzi z konspiracyjnych Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB) i Żydowskiego Związku Wojskowego. Powstanki i powstańcy, pod dowództwem Mordechaja Anielewicza, byli wycieńczeni i słabo uzbrojeni. Wielu wiedziało, że nie mają szans, ale woleli zginąć w walce, by ocalić swoją godność. Przez cztery tygodnie Niemcy równali getto z ziemią, paląc dom po domu. Schwytanych bojowców i mieszkańców zabijali lub wywozili do obozów. 8 maja Anielewicz i kilkudziesięciu powstańców zostali otoczeni i popełnili samobójstwo. Nielicznym Żydom udało się wydostać kanałami z płonącego getta. 16 maja Niemcy na znak zwycięstwa wysadzili Wielką Synagogę przy ul. Tłomackie. Getto warszawskie przestało istnieć.

Jednym z ocalałych z getta był Marek Edelman, ostatni dowódca ŻOB. 19 kwietnia, w rocznicę powstania, składał bukiet żółtych kwiatów pod Pomnikiem Bohaterów Getta na Muranowie. Żonkil stał się symbolem szacunku i pamięci o powstaniu. Organizowana przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN akcja ma na celu rozpowszechnianie tego symbolu oraz szerzenie wiedzy na temat samego powstania.

Jak w ubiegłym roku, większość aktywności wokół akcji Żonkile przenosi się do Internetu. Będzie można dołączyć do niej z każdego miejsca na świecie, przypinając wirtualny żonkil lub przygotować swój własny. W przestrzeni miejskiej akcja też będzie widoczna, między innymi dzięki wizerunkom ambasadorek i ambasadorów, którzy w tym roku do niej dołączyli. Warto dodać, że do upamiętnienia powstania w getcie warszawskim mogą również dołączyć szkoły biblioteki i instytucje z całej Polski. Dla nich Muzeum POLIN przygotowało specjalne materiały.

Ambasadorzy w sieci i na plakatach

W tym roku do grona ambasadorów akcji Żonkile dołączyli: Magdalena Boczarska, Katarzyna Zielińska, Kayah, Bartosz Bielenia oraz Mariusz Szczygieł.

O powstaniu w getcie warszawskim dowiedziałem się z książki Hanny Krall „Zdążyć przed Panem Bogiem”. (…) Dowiedziałem się z tej książki, że w pewnych sytuacjach ważna jest godność, godność człowieka. Nawet w sytuacjach ostatecznych, a może przede wszystkim w sytuacjach ostatecznych. Powstańcy wiedzieli przecież, że nie uda im się przeżyć, nie uda im się zwyciężyć, ale chcieli wybrać inny sposób umierania – nie z rąk oprawców, a umieranie w walce (…). Dlatego warto i trzeba o tym pamiętać – mówi Mariusz Szczygieł.

Mariusz Szczygieł (Fot. materiały prasowe) Mariusz Szczygieł (Fot. materiały prasowe)

Dla Magdaleny Boczarskiej rocznica ma szczególne znaczenie: – Pamięć o powstaniu w getcie warszawskim jest dla mnie bardzo ważna ze względów osobistych. Chcę pamiętać o bohaterach i o pomordowanych, i chcę tę pamięć przekazać mojemu synowi. Niestety na ulicach wciąż obserwujemy liczne przejawy nacjonalizmu i rasizmu. Myślę, że powinniśmy pamiętać, do czego doprowadziły 78 lat temu.

Magdalena Boczarska (Fot. materiały prasowe) Magdalena Boczarska (Fot. materiały prasowe)

Akcja w pandemicznej rzeczywistości: żonkilomaty i mural

Edycja akcji Żonkile 2021 jest inna, bowiem muzeum nie prowadziło naboru nowych wolontariuszy, ale 19 kwietnia skorzysta z pomocy tych, z którymi współpracuje na co dzień. To oni w poniedziałek, będą rozdawać żonkile przy stacjach metra: Politechnika, Centrum, Świętokrzyska, Ratusz Arsenał oraz dworcach Centralnym i Wileńskim.

Nowością będą również żonkilomaty: papierowe żonkile będzie można pobrać z rocznicowych słupów w wybranych miejscach w stolicy przy głównych węzłach komunikacyjnych (m.in. przy Rondzie Waszyngtona, przy ul. Marszałkowskiej, róg Hożej, przy Al. Solidarności, róg Żelaznej, przy pl. Wilsona, przy ul. Puławskiej, róg Różanej). Każdy będzie oznaczony plakatami z wizerunkiem ambasadorów akcji.

Przy metrze centrum o powstaniu w getcie przypomni też mural z wizerunkiem dziewięciu żydowskich kobiet, które walczyły w powstaniu w getcie oraz wspierały powstańców poza murami getta, zdobywając broń i prowadząc akcję dywersyjne. Mural zaprojektowali Anna Koźbiel-Walas oraz Adam Walas przy współpracy wolontariuszek i wolontariuszy Muzeum POLIN.

Przypnij wirtualny żonkil lub noś swój własny

Muzeum POLIN przygotowuje się do rocznicy powstania w getcie warszawskim w taki sposób, by do akcji Żonkile można było dołączyć z dowolnego miejsca, również bez wychodzenia z domu. Wystarczy ze strony muzeum pobrać szablon, wydrukować go i złożyć. Zdjęcie z gotowym żonkilem warto umieścić w mediach społecznościowych i opatrzeć hasztagami: #ŁączyNasPamięć oraz #AkcjaŻonkile. Można też dodać nakładkę na zdjęcie profilowe na Facebooku lub udostępnić (albo wydrukować i powiesić w dowolnym miejscu) specjalną rocznicową grafikę.

Szkoły, biblioteki i instytucje z żonkilami

19 kwietnia to również szansa dla bibliotek, instytucji oraz uczniów ze szkół z całej Polski, by lepiej poznać historię powstania w getcie warszawskim. Pomogą w tym specjalnie przygotowane materiały edukacyjne. Każdą grupę wiekową czekają premiery filmowe i literackie:
  • Dla najmłodszych uczniów Muzeum POLIN proponuje rocznicowa opowiadania, w których autorki Zofia Stanecka oraz Justyna Bednarek poruszają takie tematy jak empatia, sprawiedliwość i strata.
  • Dla uczniów klas 4-6 szkół podstawowych powstał film „Będę pisać” (reżyseria i produkcja Hi-Story). Losy dwójki żydowskich nastolatków przed wojną i w trakcie wojny poznaje współczesna dziewczyna z Muranowa.
  • Dla uczniów klas 7-8 szkół podstawowych oraz szkół ponadpodstawowych powstał film „Muranów - Dzielnica Północna” w reżyserii Łukasza Kamila Kamińskiego. Film opowiada historię Muranowa, dawnej dzielnicy żydowskiej w Warszawie i jej mieszkańców.

Motyw przewodni akcji Żonkile 2021

W tym roku akcja Żonkile po raz pierwszy ma motyw przewodni – kobiety i ich rola w zrywie sprzed kilkudziesięciu lat. Muzeum POLIN przypomina zatem o rocznicy wybuchu powstania w getcie warszawskim, lecz także podkreśla rolę, jaką odegrały w nim kobiety. Żydówki w czasie powstania kolportowały nielegalną prasę, zajmowały się rannymi, były łączniczkami oraz walczyły z bronią w ręku, zarówno w samym getcie, jak i poza jego murami.

Kim były kobiety aktywne w powstańczej walce w getcie warszawskim? Jak zmieniały się podczas walki? Co stało się z tymi, które przeżyły wojnę? Jaki był stosunek mężczyzn bojowców do walczących koleżanek? I wreszcie: czym różnią się wspomnienia walczących kobiet od wspomnień walczących mężczyzn?

  • 18 kwietnia, o godz. 18.00 na Facebooku Muzeum POLIN odbędzie się dyskusja o kobietach walczących w kwietniowym zrywie 1943 roku. Rozmawiać będą: Sylwia Chutnik, dr Karolina Szymaniak oraz Zuzanna Hertzberg.
  • O motywach walki kobiet w powstaniu w getcie warszawskim sporo będzie też w poniedziałek o 15.00 na filmowym oprowadzaniu edukatorki i przewodniczki Muzeum POLIN Katarzyny Jankowskiej pt. "W sukience i mundurze". Widzowie poznają historie pięciu kobiet walczących w samym powstaniu w getcie warszawskim, jak i poza murami dzielnicy zamkniętej. Premiera na Facebooku Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.
  • O 18.00 "Stawiam pomnik tym, którzy zginęli", czyli rozmowa Mikołaja Grynberga z ocalałą z getta warszawskiego Krystyną Budnicką.
  • O 20.30 zaś koncert online Pawła Szamburskiego, i J.H. Sokołowskiej pt. "Córki, matki, robotnice" zadedykowany kobietom. Premiera na Facebooku Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.
Więcej o rocznicy powstania w getcie warszawskim, akcji Żonkile i powstaniu w getcie na stronie: polin.pl.

  1. Psychologia

Jak dokonywać właściwych wyborów w życiu?

Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Tyle mamy dróg... Którą wybrać, żeby nie żałować? (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Wiele możliwości, szans, propozycji, nowych otwarć. I to kusi, i to nęci, a na coś trzeba się zdecydować. Chcemy mieć jedno, nie tracąc drugiego. Czy tak się da?  

Marta, lat 35, z wykształcenia romanistka, z zawodu właścicielka firmy PR. Singielka, ale – jak mówi o sobie – tymczasowa, bo ma w planach małżeństwo i dzieci. Kiedy? Tego nie jest w stanie przewidzieć. Bo gdy już wydaje się jej, że znalazła tego właściwego mężczyznę, zaraz nachodzą ją wątpliwości: czy ktoś, kto myśli tylko o wieczornym piwku i wyjazdach na mecze Legii, może być dobrym mężem? No chyba nie. A czy facet – inny – który nie splamił się ugotowaniem wody na herbatę, może być dobrym ojcem? Skądże! Ostatni rokował najlepiej – wstawał rano po bułki, nawet nieźle gotował, ale co z tego, jak cały dom trzeba było potem odgruzowywać. Odpadli w przedbiegach wszyscy trzej. Chwilowo dała sobie spokój z facetami. Może przecież zdecydować się na dziecko bez stałego związku. W końcu nie jest taka stara.

Marta wymownie bębni długimi, wypielęgnowanymi paznokciami, każdy w innym kolorze. Ale to nie hybryda, wyjaśnia. Hybrydowy lakier szkodzi paznokciom. Ona stosuje tylko to, co zdrowe. Umalowana, włosy w modnym nieładzie, szara luźna sukienka. Nie wygląda na swoje lata? Ale to nie dzieje się samo. Dba o siebie. Codzienna gimnastyka, dwa razy w tygodniu siłownia, raz w miesiącu wizyta w gabinecie medycyny estetycznej. Gdyby zdecydowała się na dziecko, musiałaby z tego wszystkiego zrezygnować. Wie, co mówi. Kilka dni temu wpadła do niej przyjaciółka z półrocznym synkiem Kajetanem. Do niedawna najbardziej zadbana kobieta, jaką Marta zna, zawsze odpicowana, wypachniona, z najmodniejszą torebką na ramieniu. A teraz? Tłuste włosy, połamane paznokcie, zero makijażu, poplamiona bluza. Osobny temat to jej synek. Dopóki spał, był najsłodszym bobasem pod słońcem. Ale gdy tylko otworzył oczy, a otworzył po półgodzinie, zaczął się wydzierać wniebogłosy. Cycek uspokoił go tylko na chwilę. Potem noszenie na rękach, żeby mu się odbiło. Przewijanie, bo kupka. Zmiana kaftanika, bo mu się ulało. Przyjaciółka cała w mleku, fuj. Kiedy po dwóch godzinach zasnął, Asia przyznała, że czasem ma ochotę go udusić. Marta zobaczyła zresztą na własne oczy, jak przyjaciółka potrząsa nim z całej siły, z wściekłością. Asia powiedziała jej, że nigdy nie czuła się tak samotna i bezradna. Jej chłopak zarabia na całą trójkę, ciągle w rozjazdach. Na rodziców też nie może liczyć, ma chorą mamę, tata znalazł sobie młodszą. Czuje się ubezwłasnowolniona.

I to ma być ta pełnia szczęścia? Marta ma wątpliwości. Ale z drugiej strony wie, że coraz więcej kobiet w jej wieku ma problemy z zajściem w ciążę. Dlatego się miota. Między decyzją na tak – bo mama powtarza, że zanim umrze, chciałaby poznać wnuka, bo znajoma ginekolożka zachęca, że im wcześniej, tym większe szanse, bo ściska ją w dołku na widok matek z dziećmi – a decyzją na nie, do której skłania ją przykład Asi i zaryczanego Kajetana. A przede wszystkim cisza jej wymuskanego apartamentu, czas na kino, wakacje, siłownię i niehybrydowe paznokcie, które trzeba malować co kilka dni.

Marcie śniło się ostatnio, że rodziła w męczarniach. Obudziła się zlana potem. Więc poczeka. Ma czas, jeszcze parę lat. Jej siostra cioteczna urodziła pierwsze dziecko w wieku 42 lat. Można? Można.

Karolina, lat 49, potrójna magister: psychologii i prawa na UW oraz grafiki na ASP, doktor filozofii na Oksfordzie. Wzięta graficzka w znanej firmie reklamowej. Rozwódka. Podjeżdża pod kawiarnię na Powiślu na oldskulowym białym rowerze z koszykiem przy kierownicy. Cała w czerni: dresy, converse’y, bejsbolówka, torba listonoszka, tylko słuchawki w uszach białe. Każdy szczegół najwyższej jakości. Ale bez ostentacji. Żadnych widocznych metek i logo. Daje ręką znać, że kończy rozmowę. Płynny angielski przerywany perlistym śmiechem przykuwa uwagę całej kawiarni. Przeprasza, musiała odebrać, bo amerykański wydawca zaraz ma lunch, a to sprawa niecierpiąca zwłoki. Od znajomej z Oksfordu, która teraz pracuje dla tej firmy, dostała propozycję pracy. Ale bez nazwisk i szczegółów, żeby nie zapeszyć. Może powiedzieć tylko tyle, że to pierwszoligowy tygodnik. Propozycja dotyczy czegoś zupełnie nowego, czego jeszcze nie robiła, czyli pisania o Europie Wschodniej. Kusi bardzo.

To mogłaby być scena z filmu o pięknej Polce bez kompleksów. Która jeszcze za komuny kończy trzy prestiżowe kierunki, potem wyjeżdża na studia doktoranckie do samego Leszka Kołakowskiego. Która broni pracę z najwyższą notą i dostaje propozycję zostania na Oksfordzie. Ale wraca do Polski, bo od początku lat 90., w nowym ustroju, otworzył się worek z możliwościami. Ona wybiera ważne stanowisko w spółce skarbu państwa, gdzie zarabia wielkie pieniądze. Kupuje mieszkanie, samochód, inwestuje w nieruchomości.

Film o niej? Wybucha śmiechem. Jej życie tylko z boku wygląda tak atrakcyjnie. W rzeczywistości to krew, pot i łzy. Nieustanne zwątpienie w sens tego, co robi. Ciągłe pytania zadawane sobie samej: „Może moje miejsce jest gdzie indziej?”. Tak, ma wielki problem z wyborami. A właściwie z wytrwaniem w tych wyborach. I to od dziecka. Wszystkiego głodna, ciekawa, wszystkiego chciała spróbować. A może powód jej niezdecydowania jest bardziej prozaiczny? Po prostu nigdy nie miała jednej pasji, która  pochłaniałaby ją bez reszty. Wyborów nie ułatwiał fakt, że w szkole wszystko przychodziło jej łatwo. Dlatego poszła na najbardziej oblegany wtedy kierunek – na psychologię, a potem na drugi w tym rankingu – na prawo. Grafika? Taki kaprys. Test, czy sprawdzi się w artystycznej dziedzinie, bo rysowanie zawsze sprawiało jej wielką radość. Zanim pojechała do Oksfordu, przeszła jej przez głowę myśl, że może zrobi aplikację sędziowską. Ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Musiałaby osiąść na jakiś czas w jednym miejscu, zajmować się jednym i tym samym. Wiedziała już, że to ją zupełnie nie kręci.

Studia w Oksfordzie okazały się wspaniałym, twórczym rozdziałem w jej życiu. Poznała tęgie umysły z całego świata, napisała pracę doktorską, zakorzeniła w praktyce swój angielski. Same plusy. Ale kiedy znajomy ponaglał, żeby wracała, bo w Polsce czeka mnóstwo pracy, nie zawahała się ani chwili. Mimo że wyjazd oznaczał rezygnację z rozpoczętej właśnie pracy naukowej na Oksfordzie. I rozłąkę z niedawno poślubionym kolegą z uczelni Tonym, Anglikiem. Związek nie przetrwał tej próby, rok później wzięli rozwód.

Tworzenie rzeczywistości w wolnej Polsce to dopiero było coś! Karolinie świecą się oczy, załamuje się jej głos. Dlaczego więc odeszła do reklamy? Bo dopadły ją podziały, konflikty, czyli polityka w najczystszej postaci. A w agencji miała wyluzowanych współpracowników indywidualistów, nienormowany czas pracy i poczucie wpływu, bo reklamy jej autorstwa oglądała cała Polska. Miała czas na pracę w organizacjach feministycznych, ekologicznych, w tym na rzecz zdrowego odżywiania dzieci. To między innymi ona wywalczyła to, że zniknęły drożdżówki i batony ze sklepików szkolnych. Wracają? Trudno. Ona wyjeżdża. Świat to globalna wioska, za oceanem też można wiele zdziałać dla Polski.

Kiedy wysyłam jej do przeczytania tekst o niej (szczegóły zmienione), dopisuje postscriptum: „A może nie mam problemów z wyborami, tylko przed czymś uciekam?”.

Ewa, lat 32, mama trzech córek: 12-letniej Ani, 8-letniej Oli i 4-letniej Mai, niepracująca. Wstaje codziennie o piątej. Razem z mężem, który jedzie na szóstą otworzyć osiedlowy sklep (wzięli we franczyzę). Wstaje nie po to, żeby zrobić mu śniadanie (mąż o tej porze nie jada), tylko żeby zanim wstaną córki, spokojnie sprawdzić, co na Facebooku. Dziś na przykład Kaśka zamieszcza selfie w objęciach nowego chłopaka. A najlepsza przyjaciółka Wiktoria pokazuje się na parkiecie nocnego klubu z całkiem fajnym kolesiem. Ewa ogląda koleżanki z zazdrością: „One to mają życie, nie to co ja, mnie omija wszystko, co najlepsze”. Tak myśli, kiedy otwiera laptopa rano, zanim wstaną córki, i wieczorem, kiedy już śpią.

To prawda, ma dzieci. Wspaniałe królewny, kocha je nad życie. Rozczulają ją do łez. Na ostatnie urodziny Ola wręczyła jej rysunek własnego autorstwa przedstawiający całą rodzinę na plaży. I kto był na nim największy? Mama, oczywiście. Ania urządziła z kolei z siostrami teatrzyk, w którym odegrała mamę z marzeń – starannie umalowaną pożyczonymi od koleżanki mamy kosmetykami, w jej butach na obcasach. Swoją drogą to wymowne, że Ania chciałaby, żeby mama wyglądała właśnie tak. Najmłodsza córeczka Maja codziennie bez okazji obejmuje ją pulchnymi rączkami i wyznaje: „Kocham cię, mamusiu”. To są chwile, dla których warto żyć. Ale tylko chwile. Reszta życia to monotonna rutyna: gotowanie, sprzątanie, pranie, zakupy. Odrabianie lekcji ze starszymi. Po raz enty czytanie tych samych bajek. Kąpanie młodszej, zapędzanie do mycia starszych. Spacery tymi samymi alejkami. Godzenie córek, gdy się kłócą i biją. Szpital w domu raz na dwa miesiące, bo gdy jedna zachoruje, zaraz rozkładają się wszystkie.

Ewa (wysoka, korpulentna, o oryginalnej południowej urodzie) opowiada o sobie beznamiętnym tonem. Czuje się stara, sterana, umęczona. Nic nie osiągnęła. Od dziecka marzyła, żeby być nauczycielką. Ale zakwitły kasztany, ciąża, matura, ślub. Znają się z Robertem pół swojego życia, byli klasową parą. Przeszli razem trudne próby: pojawienie się dziecka w młodym wieku, a potem, co cztery lata, kolejne dzieci, nie do końca planowane. Walkę o to, żeby się utrzymać, żeby kupić mieszkanie, urządzić je. Czy to wszystko scementowało ich związek? Raczej cementują go dzieci. Ale Ewa dostrzega, że coraz mniej w ich relacji radości, spontaniczności. Coraz więcej natomiast zmęczenia, irytacji, wzajemnych pretensji.

Ewa mówi: – Lata lecą, a ja nic nie mam naprawdę swojego. Omijają mnie niesamowite przeżycia, uciekają sprzed nosa różne możliwości. Obserwuję to wszystko, co mogłabym mieć, przeżyć, czego mogłabym zasmakować, przez ekran tabletu. Dobre i to. Walczą we mnie dwie Ewy: matka, która chce stworzyć dzieciom prawdziwy, pachnący szarlotką dom, i Ewa, którą odgrywa Ania – malująca usta, zakładająca szpilki i ruszająca na podbój świata. Coś mam i to coś (dzieci) jest wartością trudną do przecenienia. Ale czegoś innego, bardzo ważnego (wykształcenia, niezależności), nie mam i już mieć nie będę. Męczy mnie nie to, że może kiedyś źle wybrałam, ale to, że się z tego powodu zadręczam. Bo to oznaczałoby: żałuję, że jestem matką. A przecież nie żałuję. Żałuję tylko, że nic mi się poza tym nie udało. Ale proszę powiedzieć, czy jak się człowiek decyduje na trójkę dzieci w młodym wieku, a nie ma znikąd pomocy, to może osiągnąć sukces zawodowy? Byłabym w pełni szczęśliwa, gdybym miała i jedno, i drugie.

Pytania do zadania sobie (zanim wybierzesz):

  1. Jakie wartości i cele są dla mnie ważne?
  2. Co konkretnie chciałabym zmienić?
  3. Jak ta decyzja wpłynie na moje życie?
  4. Jakie mam możliwości wyboru?
  5. Czy znam konsekwencje każdego z nich (za i przeciw)?
  6. Która z decyzji (i jej konsekwencji) jest dla mnie wystarczająco dobra?
  7. Jak ją wcielić w życie?
  8. Co zrobić, żeby w niej wytrwać?

Co pomaga podjąć dobrą decyzję:

  • Stan jasności umysłu.
  • Odprężenie na poziomie fizycznym.
  • Koncentracja, skupienie, bycie tu i teraz.
  • Spojrzenie na problem z szerszej perspektywy.
  • Pozytywne emocje.
  • Minimalny poziom wątpliwości.
Rezygnacja z decyzji to też decyzja. (na podstawie książki Ludy Kopeikiny „Same słuszne decyzje”, Rebis, Poznań 2011)