1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Znajomość siebie + stanowienie o sobie + bycie sobą = AUTENTYCZNOŚĆ

Znajomość siebie + stanowienie o sobie + bycie sobą = AUTENTYCZNOŚĆ

Otoczenie wymaga od nas ustępstw, dopasowania i podporządkowania się oczekiwaniom społeczności, w której żyjemy, choć przecież rodzimy się po to, aby być autonomiczni i w sposób indywidualny przeżyć swoje życie.

jest lekturą dla każdego z nas. Bo nie ma chyba na świecie człowieka, który by każdą chwilę swojego życia realizował w pełnej zgodzie z sobą. Otoczenie wymaga  od nas ustępstw, dopasowania i podporządkowania się oczekiwaniom społeczności, w której żyjemy, choć przecież rodzimy się po to, aby być autonomiczni i w sposób indywidualny przeżyć swoje życie.

Oczywiście idziemy na takie kompromisy, ale drogo za nie płacimy – w skrajnych przypadkach rezygnacją z siebie – swoich marzeń, ambicji, stylu życia – stajemy się niespełnieni, sfrustrowani i  wściekli na siebie i innych i w efekcie nieznośni.

Autor – terapeuta i wierny uczeń wybitnego psychologa Carla Rogersa – odnosi się do jego definicji autentyczności  jako bycia autorem własnego życia zbalansowanego pomiędzy zaspokajaniem własnych potrzeb a uwzględnianiem potrzeb innych ludzi. Powołuje się na badania nad autentycznością, które wykazały, że ludzie realizujący w sposób autorski własne życie są szczęśliwsi i zdrowsi, dlatego warto o siebie powalczyć, poznając swoje uczucia, opory, mechanizmy obronne oraz decydując się na podjęcia zmiany w sobie w zgodzie ze swoimi predyspozycjami i wartościami. Wymaga to odwagi, czasem konfrontacji.

Podana w książce formuła autentyczności brzmi: znajomość siebie + stanowienie o sobie + bycie sobą = autentyczność. Aby osiągnąć ten stan, należy wybrać sposób na życie, który najbardziej odpowiada naszym zdolnościom. Pogląd ten nawiązuje do Arystotelesowskiego dążenia do eudajmonii – szczęścia, które wynika z poczucia sensu i spełnienia w życiu.

Ludzie żyjący według tej formuły akceptują siebie, innych i przyrodę, są spontaniczni, życzliwi, budują relacje na głębszych więziach, są stwórczy, znają swoje słabe i mocne strony, potrafią podejmować decyzje rozwojowe, które często wymagają wyjścia poza strefę komfortu. Nagrodą jest „dobre życie”, ale żeby je mieć, musimy zrezygnować z pozorów, powinności, spełniania cudzych oczekiwań i zadowalania innych, a w zamian za to uruchamiać nasze atuty, realizować pasje,  otwierać na doświadczenia i uczyć się z nich.

Na wybór autentycznego życia silnie wpływa poczucie własnej wartości, które ma źródło w bezwarunkowej akceptacji i pozytywnych więziach z ludźmi. Jeśli tego nie zaznaliśmy, naszym pierwszym zadaniem jest to zbudować. Dlatego na początku  części praktycznej poradnika autor proponuje nam skalę, na której możemy ocenić stopień naszej autentyczności, aby następnie przejść do 30 ćwiczeń, które pomogą nam wejść na drogę ku autentycznemu życiu.

Ćwiczenia te w większości mają  charakter autoanalizy – skłaniają nas do refleksji, skąd przychodzimy, czyli poznania naszej przeszłości, np. historii naszego imienia, symboliki nazwiska, charakterystyki rodziców, powrotu do zachowań z dzieciństwa…

Naszym zadaniem jest  zastanowienie się, w jakich sytuacjach i relacjach  jesteśmy najbardziej naturalni, a kiedy najmniej, kiedy otwieramy się na doświadczania, a kiedy blokujemy, jak uczymy się na doświadczeniach i jak pokonujemy trudności.

Jednym słowem – książka, będąc praktycznym poradnikiem, daje nam narzędzia, jak osiągnąć poczucie większego szczęścia i spełnienia w życiu poprzez  realizowanie siebie.

Pokazuje też, jak pozostawać w dobrych, głębokich relacjach z ludźmi nie rezygnując z siebie i pozwalając innym na to samo.

Końcowa część poradnika przenosi nas w świat zawodowy i porusza temat  toksycznej pracy i sposobów na uzdrawianie jej oraz autentycznego przywództwa.

Lektura „Autentyczności” robi duże wrażenie, nie tylko z powodu „rachunku sumienia”  - nazwania grzechów popełnionych wobec siebie samego, ale również dlatego, że wyzwala energię rozwojową i daje impuls do życia, za którym każdy z nas w sposób bardziej lub mniej śmiały tęskni. Decyzja na takie życie jest bardzo naturalna i prosta, ale jakże wiele wyzwań stawia przed nami jej realizacja…

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak powinna wyglądać tzw. wyrażona zgoda na seks?

Zdrowa aktywność seksualna w parze to taka, w której obie strony naprawdę godzą się na to, jak ona wygląda. I nie ma tu miejsca na domniemania i swobodną interpretację. (Fot. iStock)
Zdrowa aktywność seksualna w parze to taka, w której obie strony naprawdę godzą się na to, jak ona wygląda. I nie ma tu miejsca na domniemania i swobodną interpretację. (Fot. iStock)
Zdrowa aktywność seksualna w parze to taka, w której obie strony naprawdę godzą się  na to, jak ona wygląda. I nie ma tu miejsca na domniemania i swobodną interpretację. Na czym polega wyrażona zgoda i dlaczego mowa ciała nie musi oznaczać świadomego „tak” – wyjaśnia seksuolog Dominik Haak.

Dwa lata temu Szwecja wprowadziła prawo, według którego seks może odbywać się wyłącznie po wyrażeniu obopólnej, wyraźnej zgody. Dlaczego to takie ważne?
Model szwedzki jest po prostu zgodny z tym, jak we współczesnej seksuologii pojmujemy zdrową aktywność seksualną. Rozgrywa się ona tylko i wyłącznie pomiędzy osobami, które świadomie zgadzają się na dany rodzaj aktywności. Jeżeli więc którakolwiek z osób biorących udział w seksie nie ma na niego ochoty albo nie może z różnych względów wyrazić na niego zgody, nie da się powiedzieć, że ta aktywność jest normatywna w sensie seksualnym.

W świecie zachodnim mamy prawie obsesję na punkcie konieczności przegadania wszystkiego, techniki wschodnie, choćby tantra, stawiają bardziej na „rozmowę ciał”. Czy naprawdę mowa ciała nie wystarczy?
Sama mowa ciała o niczym nie świadczy. Choćby dlatego, że pobudzenie przez dotyk powoduje u człowieka podniecenie. Erekcja penisa albo nawilżenie pochwy są wtedy reakcją biologiczną, niezależną od tego, czy naprawdę mamy ochotę na seks. Dlatego świadoma zgoda, czyli po angielsku consent, to kwestia priorytetowa, jeśli seks ma być przyjemnością dla obu stron.

Jak więc sprawić, by pytanie o zgodę i jej wyrażanie nie odzierało całej tej sytuacji z romantyzmu i pożądania?
Przychodzą mi do głowy stare, czarno-białe filmy, w których dżentelmen pyta damę, czy może ją pocałować, na co ona odpowiada, że tak, ale w policzek. Współczesnym odbiorcom wydaje się to romantyczne i urocze – dlaczego więc nie przenieść tego na inne sytuacje? To nic wstydliwego pytać drugą osobę, czy mogę cię wziąć za rękę, czy mogę cię chwycić pod ramię i odprowadzić do domu.

A co w takim razie z pytaniami o seks?
W seksie należy zapytać się o wszystko! Uważam, że bardzo dobrym wzorcem może być ten wypracowany przez osoby, które uprawiają seks BDSM, czyli związany z dominacją, uległością i zadawaniem oraz przyjmowaniem bólu. Dzięki temu, że decydują się na wprowadzenie do swojego życia seksualnego odrobiny przemocy, mają świetnie wypracowany mechanizm świadomej zgody. Umawiają się na przykład na tzw. czerwone alarmy. Jeżeli jakaś aktywność przestaje odpowiadać jednej ze stron, staje się za mocna, wypowiada ona wcześniej ustalone słowo i seks jest przerywany. Myślę, że warto przejąć od nich tę zasadę.

Model wyrażonej zgody jest niestety wykpiwany przez wielu mężczyzn… Jak to zmienić?
Przede wszystkim powinniśmy zacząć od zmiany kultury seksualnej w naszym kraju. Dominuje w niej patriarchalne podejście, w którym to mężczyzna jest zdobywcą, zaś kobieta mu ulega. Często wręcz używa się określenia „ona mu się oddała”, zupełnie jakby seks był próbą sił uległości i dominacji. Jest to również związane z kulturą gwałtu, w której często obwinia się ofiarę o to, że została zgwałcona. Potrafię więc zrozumieć, że w takich okolicznościach u wielu osób, głównie mężczyzn, może pojawić się bunt wobec haseł świadomej lub entuzjastycznej zgody.

Jak więc uświadamiać panów, że model władczego mężczyzny i uległej kobiety to anachronizm, który działa też na ich szkodę, bo redukuje ich umysłowość i potrzeby do instynktów biologicznych?
Najważniejsze jest to, że ich partnerka będzie czuła, że jest szanowana i uważana przez mężczyznę za pełnoprawną uczestniczkę seksu. Że to dwie osoby uprawiają seks, a nie mężczyzna używa kobiety, by się zaspokoić. Myślę, że dla coraz większej grupy kobiet to jest bardzo ważne. Proszę zwrócić uwagę, jak się teraz zmienia świat popkultury. Jak wiele jest piosenek, w których to kobiety śpiewają czy rapują o tym, że mają potrzeby seksualne. Od razu przychodzi mi do głowy piosenka „WAP” wykonywana przez Cardi B.

Wzbudziła wielkie oburzenie, bo amerykańska artystka rapuje w niej o tym, co chciałaby robić z mężczyznami. Tymczasem gdy mężczyźni rapują o tym, co chcieliby robić z kobietami, nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Nie da się jednak ukryć, że obecnie kobiety odzyskują swoją seksualność, że mają na seks ochotę. To oznacza nic innego jak to, że są one równoprawnymi uczestniczkami życia seksualnego.

Jakie korzyści przynosi taka zgoda dla mężczyzn?
Może choćby otworzyć na to, by rozmawiać w związku o wzajemnych potrzebach. Wielu mężczyznom wydaje się, że są świetnymi kochankami, a ich partnerki mają orgazmy, mimo że prawda jest zupełnie inna. Gdy dowiedzą się, czego potrzebują ich partnerki, będzie to również korzyść dla nich. Dzięki temu ich relacja stanie się bardziej autentyczna i satysfakcjonująca. Poza tym większość z nas zapomina, że mężczyźni też mogą nie mieć ochoty na seks. Wprowadzając zasadę świadomej zgody do związku, sprawiamy, że staje się on bezpieczny i bezprzemocowy dla obydwu osób.

Jak w takim razie osoba mniej świadoma swoich potrzeb może odczytywać sygnały, że ma ochotę na seks lub nie?
Tak jak powiedziałem – nawet jeśli czujemy podniecenie, nie oznacza to, że mamy ochotę tu i teraz uprawiać seks z daną osobą. Bardzo ważne jest więc, by zadać sobie parę pytań. Czy mnie to kręci, czy nie będzie bolało, czy wiem coś o statusie serologicznym drugiej osoby (chodzi o choroby zakaźne – przyp. red.), a jeśli nie, to czy mam przy sobie prezerwatywę, czy nie zajdę w ciążę? Istotne są również pytania dotyczące gotowości na seks. Co się stanie, jeżeli dojdzie do seksu, a ja zaangażuję się emocjonalnie? Albo jeśli to ta druga osoba się zaangażuje? Czy jestem w stanie ponieść wszystkie konsekwencje związane z tym, że dojdzie do seksu? Taką listę pytań możemy przygotować sobie zawczasu. Warto pamiętać, że choć żyjemy w czasach, które mocno przewartościowują się światopoglądowo, nie oznacza to, że nie ma wśród nas osób konserwatywnych. Te osoby również mają prawo, by zdecydować, że coś jest niezgodne z ich systemem moralnym. I oczywiście próby perswazji w łóżku ze strony partnera nie powinny mieć w takiej sytuacji absolutnie miejsca.

Co powinna zawierać odmowa, by druga osoba nie poczuła się odrzucona?
Poczucie odrzucenia może wynikać z tego, że bardzo wiele osób lokuje poczucie własnej wartości w seksie. I kiedy spotyka się z odmową, zaczyna tak naprawdę słyszeć: „jestem gruba”, „jestem brzydki”, „jestem nieatrakcyjna”, „mam za małego penisa”, „nie mam muskulatury”. Tymczasem to w ogóle nie musi być z tym związane. Warto pamiętać, że kiedy odmawiamy, nie mamy obowiązku podawać powodu. Nie musimy się usprawiedliwiać ani tłumaczyć. Myślę jednak, że jeśli jesteśmy w związku, to bardzo ważne, by zwracać się do drugiej osoby czule. „Kochanie, czy masz dziś ochotę?”. „Wiesz co, dziś nie mam, może spróbujemy innym razem?”. W tym momencie jakiekolwiek próby perswazji, manipulacji, nagradzania są nie na miejscu. Materia jest delikatna, więc zachęcam, by w sposób bardzo delikatny pytać, a potem się zgadzać lub odmawiać.

Jak więc sobie radzić z odmową, by nie była frustrująca?
Dojrzałość polega na tym, żeby wziąć odpowiedzialność za pragnienia, które nie zostaną zrealizowane. Po prostu przyjąć odmowę. Jeśli jednak jesteśmy w związku, można za jakiś czas powiedzieć „Słuchaj, kiedy ostatnio odmówiłaś mi seksu, poczułem się urażony, jakbyś mnie nie chciała”. Na co partnerka z dużym prawdopodobieństwem odpowie: „To nie o to chodzi, że ciebie nie chciałam, tylko akurat nie miałam wtedy ochoty”. Właśnie dlatego warto rozmawiać.

A czy zgoda może być nieprawdziwa?
Oczywiście. Żeby seks był zdrowy i normalny, osoby biorące w nim udział muszą nie tylko wyrazić na niego świadomą zgodę, ale też mieć równe szanse, by zrozumieć, co się dzieje i jakie będzie to miało konsekwencje. Na tej zasadzie gdy niektórzy sprawcy przestępstw seksualnych na nieletnich mówią, że dziecko prowokowało, wysyłało sygnały, wiemy, że to nie jest możliwe. Dziecko nie ma bowiem umiejętności, by zrozumieć, co się będzie z nim działo. Podobnie osoba upojona alkoholem czy pod wpływem środków psychoaktywnych ma zmieniony stan świadomości, więc nie jest w stanie przemyśleć, co się wydarzy i jakie będą tego konsekwencje. Analogicznie jest w sytuacji nierówności, na przykład gdy mamy do czynienia z profesorem akademickim i studentką. Gdy profesor zaczyna dotykać studentkę i proponować jej aktywność seksualną w zamian za oceny, to wiadomo, że jej jest trudniej zdecydować o tym kontakcie. W relacjach, które opierają się na pozycji władzy i uległości, osoba, która jest niżej, ma mniejszą szansę, by wyrazić świadomą zgodę. Podobnie w przypadku zależności finansowej. Trudniej jest odmawiać, kiedy wiemy, że od tego może zależeć nasze przetrwanie.

A co w takim razie, gdy jedna ze stron nie ma specjalnej ochoty na seks, ale bierze w nim udział, bo nie czuje, że to jest dla niej jakieś przekraczanie granic, a robi to dla tej drugiej osoby?
Taka sytuacja rzeczywiście zdarza się bardzo często. Tymczasem jest to kwestia szacunku do samego siebie oraz integralności naszego ciała z umysłem. Bardzo ważne jest, aby przeżywać siebie w sposób autentyczny i żeby dbać o swoje granice. Jeśli zgadzamy się na seks, mimo że nie mamy na niego ochoty, to nasze granice są przesuwane bardzo daleko. Więcej, oznacza to, że mogą dziać się z nami rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty. Że jesteśmy osobami zależnymi, które potrzeby innych stawiają wyżej niż swoje. Dlatego myślę, że seks powinien się odbywać wyłącznie wtedy, kiedy obydwie osoby mają na niego ochotę.

Pewna influencerka opowiedziała na Instagramie, jak po ciąży zdarzało jej się przerwać seks z mężem, bo traciła ochotę w samym środku akcji. Spotkała się z wielkim oburzeniem ze strony swoich obserwatorek, które mówiły „jak to, już mogłaś dać mu dokończyć!”. Kto pańskim zdaniem miał rację?
Influencerka. Jej postawa jest pełna szacunku do samej siebie. Pamiętajmy, że seks można przerwać w każdym momencie, zaś druga osoba powinna się do tego dostosować.

A czy zgoda musi być wypowiadana za każdym razem? Czy jednorazowo udzielona nie wystarczy? Nie. Jeśli partnerka raz wyraziła zgodę na seks analny, nie oznacza to, że potem za każdym razem będzie to chciała robić. Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak oczywista. Łatwo jest mi wyobrazić sobie parę, która w przypływie miłosnego uniesienia zapomni o tym, żeby się o wszystko zapytać. Pamiętajmy, że mamy prawo w każdym momencie odmówić, niezależnie od tego, czy jesteśmy parą z pięćdziesięcioletnim stażem w związku czy to nasza pierwsza randka.

Bez niedomówień

Jak pytać o zgodę:

  • Czy masz ochotę na seks?
  • Podoba ci się to, co robię?
  • Mam kontynuować?
  • Czy masz ochotę spróbować seksu analnego?

Jak odmawiać:

  • Nie chcę tego robić, czuję, że będę się z tym źle czuł/czuła.
  • Kocham cię, ale nie czuję się dziś na siłach.
  • Bardzo mi się podobasz, ale mam taką zasadę, że nie uprawiam seksu na pierwszej randce.

Jak potwierdzać:

  • Tak, tylko daj mi chwilę.
  • Spróbuję i zobaczymy, czy mi się spodoba.
  • Jestem gotowa. Ale się nie spieszmy, będę mówiła, na co mam ochotę albo czy chcę czegoś innego.
Dominik Haak
, psycholog, seksuolog. Członek Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, pracuje w nurcie psychodynamicznym. W pracy klinicznej i naukowej skupia się na mniejszościach seksualnych.

  1. Psychologia

Nie żałować ani chwili

Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Co powiemy dzieciom, gdy zapytają: „Po co i jak mamy żyć, skoro umrzemy?”. Jeśli zajrzymy w swoje serce, być może odpowiedź pojawi się natychmiast; być może powiemy o niezliczonych radościach życia, o pięknie przyrody, o szczęściu obdarzania innych przyjaźnią i miłością, o kochaniu czegoś najgłębiej i o pozostawieniu świata w lepszym stanie niż dotychczas.

„Kiedy poznałem, co to słabość, perspektywa śmierci, cierpienia, strachu, otworzyły mi się oczy na nieskończone bogactwo życia i miłości. Wszystkie moje poprzednie priorytety legły w gruzach. Co zaskakujące – poczułem się znacznie szczęśliwszy niż przedtem”.

To są słowa lekarza Davida Servana-Schreibera po tym, jak zdiagnozowano u niego raka mózgu (z książki „Można żegnać się wiele razy”). Stan, w którym się znalazł, nazywa wprost cudownym. Chciałby, aby każdy z nas mógł doświadczyć czegoś podobnego, oczywiście, bez konieczności operacji mózgu.

Jego życie zmieniło się nie do poznania. Przede wszystkim odkrył swoją misję: uczyć ludzi, jak żyć w zgodzie z naturą, czyli dobrze się odżywiać, dbać o ciało, aktywność fizyczną, wewnętrzną harmonię i spokój, kochać, być wdzięcznym. Napisał o tym książkę „Antyrak”, którą przeczytały miliony ludzi. Miał się czym dzielić: jego choroba cofnęła się. Przez kolejne lata jeździł po świecie z wykładami niosącymi nadzieję: możemy stymulować naturalne mechanizmy obronne organizmu, w każdym z nas istnieje źródło siły; możemy być zdrowi. Co stymuluje naturalne mechanizmy obronne? Więzi – rzecz najwyższej wagi – twierdzi David Servan-Schreiber. Chodzi o fundamentalną zasadę, że życie jest wyrazem relacji w ramach społeczeństwa, a nie zbiorem celów, do których dążą różni ludzie.

Tak naprawdę jest jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza.

W pewnym momencie poczuł ogromne zmęczenie. Przyjaciele mówili: „Uważaj na siebie…”. Stosował wszystko, co zalecał w książce „Antyrak”, z wyjątkiem jednego: pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku. Ignorował podstawowe potrzeby, takie jak sen, regularny rytm dnia i regularnie jadane posiłki. Podróże, zmiany stref czasowych i klimatycznych, zbyt wiele stresu wyczerpało zasoby sił, guz odnowił się. „Jednym z najważniejszych sposobów ochrony przed chorobą jest zachowanie wewnętrznej równowagi, spokoju. Nie udało mi się to. Nie umiałem pozostać blisko natury i naturalnych rytmów” – napisał w książce „Można żegnać się wiele razy”.

David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons) David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons)

Zmarł, mając niewiele ponad 50 lat. Przed śmiercią bracia zadali mu pytanie: „Gdyby powiedziano ci, że kontynuując taki tryb życia, doprowadzisz do nawrotu choroby, czy żyłbyś inaczej?”. Odpowiedział z całą szczerością: „Nie. Wolę takie życie, które wiodłem, nawet jeśli doprowadziło mnie na skraj przepaści. Kiedy wracam do minionych lat, czy mogę zapomnieć, jak bardzo lubiłem swoją pracę, ile satysfakcji mi dostarczała?”. David robi bilans: poznał, co to miłość, ma żonę, dzieci i wyjątkowych przyjaciół, zostawił po sobie ślad. Pisze: „Gdybym żył do osiemdziesiątki, nie zrealizowawszy żadnego z moich marzeń ani aspiracji, to dopiero byłaby udręka”. Ten niezwykły lekarz mówi: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. W jego historii skupiają się wszystkie pozytywne przesłania i odkrycia na temat tego, co może chronić nas przed trwogą, rozpaczą czy lękiem wobec przemijania.

W pełni

Te prawdy są w nas. Gdy zaglądamy w głąb siebie i słuchamy cichego, jednak pełnego żaru głosu serca, sens i znaczenie naszego życia wyłaniają się z całą jaskrawością. Amerykański psychoterapeuta Irvin D. Yalom napisał niezwykłą książkę na ten temat. Nazywa się „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” i jest zapisem relacji z praktyki pomocy psychoterapeutycznej, której udziela ludziom mierzącym się z podstawowym pytaniem: Skoro muszę umrzeć, jaki sens ma moje życie? Odpowiedź na to pytanie wydaje się absolutnie kluczowa. Albert Einstein jest autorem wielu inspirujących myśli. Jedną z nich jest ta: „Człowiek, który uważa swe życie za pozbawione sensu, jest nie tylko zwyczajnie nieszczęśliwy, ale i niezdolny do życia”. Doktor David Servan-Schreiber pisze, że mamy w sobie podstawowy zestaw pytań: Co zrobiłam i robię dobrego, właściwego i pożytecznego? Czy ustaliłam właściwe priorytety? Czy życie, które tworzę, ma wartość? Czy warto je kontynuować w takiej formie jak dotychczas?

Podczas rozmów z doktorem Yalomem ludzie dokonują następujących odkryć: To, co ważne, co ma sens, jest tworzeniem życia pełnego zaangażowania, bliskich relacji, znaczenia i samorealizacji. Rezygnowaniem z robienia czegoś, czego tak naprawdę nie chcemy robić. Gotowością do podejmowania ryzyka, aby wybierać to, co czujemy, że jest naszym przeznaczeniem, powołaniem czy misją. Gotowością przekraczania siebie poprzez obejmowanie świadomością całego spektrum życia, którego jesteśmy częścią; widzenie i rozumienie połączeń, relacji, wpływów, przekształceń i transformacji. Budzenia się do wyższej świadomości, do spokoju i radości. Z tych rozmów wynika, jak pisze Yalom, że istnieje ścisły związek pomiędzy lękiem przed śmiercią a poczuciem nieprzeżytego życia. Żyj pełnią życia – to podstawowe wskazanie. Jak poznać, czy żyjemy pełnią? „Niczego nie żałuję” – napisał doktor David Servan-Schreiber. Czy możemy tak powiedzieć? Jeśli nie możemy, pójdźmy dalej: Z jakich powodów nie przeżywam swojego życia dobrze? Czego w nim żałuję? Czego w nim brakuje? Co mogę zrobić już dziś, aby za rok czy za pięć lat, patrząc wstecz, nie wpadać w podobną konsternację z powodu nowych żalów? Jest tu jednak ważna kwestia: nie zajdzie żadna pozytywna zmiana, dopóki przywiązujemy się do myśli, że mamy żyć dobrze z powodu, który jest poza nami. Dopóki przerzucamy odpowiedzialność na innych, nie wyjdziemy z impasu. Zmiana zaczyna się od myśli: „Ja i tylko ja odpowiadam za kluczowe aspekty mojej życiowej sytuacji i tylko ja dysponuję mocą, która może je zmienić”.

Jak kręgi po wodzie

Okazuje się, że głęboko w nas tkwi pragnienie, by pozostawić po sobie ślad. Każdy z nas tworzy, często bez świadomej intencji czy wiedzy, kręgi wpływu, które mogą oddziaływać na innych latami, a nawet przechodzić z pokolenia na pokolenie. Kojąco może działać świadomość, że będziemy istnieć poprzez nasze „dzieła”: dzieci, książki, które napisaliśmy, instytucje, działalność społeczną. Że pozostawimy po sobie część doświadczenia, cechy, które miały wpływ na innych; wpływ, który rozszedł się jak kręgi po wodzie. Pragnienie, by dać innym coś wartościowego, pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, to potężna podbudowa dla sensu życia pomimo przemijania.

„Kiedy tracimy kogoś bliskiego, kochaną osobę, coś z tego, co nam przekazała, nadal żyje w nas i nas inspiruje, pisze David Servan-Schreiber. Nasi zmarli żyją w naszych sercach. Ta forma »nieśmiertelności« daje mi najwięcej pocieszenia”. Zwierza się, że lubi myśleć, iż za każdym razem, kiedy jego ukochani poczują pieszczotę wiatru na twarzy, wtedy pomyślą, że wraca, by ich ucałować.

  1. Psychologia

Samotność - ucieczka od czegoś i do czegoś. Czy życie samotnika jest naprawdę dobre?

Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem. (Fot. Getty Images)
Ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać wewnątrz niej odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być cierpieniem – mówi psychoterapeuta, profesor Bogdan de Barbaro.   

Mówi się, że samotność to choroba naszych czasów. Jest aż tak źle?
O rzetelne uogólnienie można byłoby się pokusić wtedy, gdyby się żyło w różnych czasach. W tym sensie nadaję się do rozmowy na ten temat, bo żyłem w różnych epokach, doświadczyłem moderny i postmoderny. Może to powierzchowna diagnoza, ale za tak zwanej komuny więzy międzyludzkie były silniejsze, ludzie odwiedzali się bez zapowiedzi, pomagali sobie. Teraz są mniej otwarci, a więzi międzyludzkie słabną. Taką cezurą zmiany wydaje się rok 1989. W tym okresie zbiegły się różne rewolucje: polityczna, społeczna, technologiczna, obyczajowa. Zachłysnęliśmy się wtedy wolnością, technologiami…

…i skupiliśmy na walce o różne dobra, zaniedbując relacje.
Patrząc na współczesność z perspektywy socjologicznej czy kulturowej, można powiedzieć, że niewątpliwie żyjemy w czasach konsumpcjonizmu, hedonizmu. Wartość szybko egzekwowanej przyjemności jest znacznie większa niż niegdyś. Możliwe, że w czasach ponowoczesnych trudniej jest odróżnić wolność od swawoli, że zatarła się różnica między tymi pojęciami. Tymczasem prawdziwa wolność jest sprzężona z odpowiedzialnością, a swawola, choć przecież rdzeń słowotwórczy w tych pojęciach jest podobny, to wolność bez odpowiedzialności. Do tego dochodzi wzmacnianie podziałów na MY i ONI. Ten podział istniał od dawna, ale w komunizmie więcej ludzi konsolidowało się wokół MY, tego głębszego, ufundowanego na wartościach.

Samotność to cierpienie spowodowane poczuciem, że nie jestem w żadnym MY?
Można tak powiedzieć. Przy czym krąg MY może mieć różny promień: może być diadą, na przykład dwojgiem partnerów, może być rodziną, a nawet, jak to przywołał w amerykańskim Kongresie Lech Wałęsa, narodem.

Może być też MY facebookowym.  
MY facebookowe jest zapośredniczone przez technologię. Widziałem fotografię przedstawiającą grupę nastolatków w muzeum na tle obrazu Rembrandta. Przyszli oglądać dzieła mistrzów, a siedzą i esemesują, każdy zapatrzony w swoją komórkę. Wydawałoby się, że przeżywają MY podwójnie: w grupie, w której przyszli do muzeum, i z osobami, z którymi esemesują. Ale to MY może być wtedy spłaszczone, powierzchowne. Bo trudno jest zastąpić bezpośredni, żywy kontakt, jaki na przykład mam teraz z panią, kiedy rozmawiamy, patrzymy na siebie, wypowiedziana przez panią myśl dociera do mnie, rodzi jakąś moją myśl, którą się z panią dzielę. Natomiast kultura obrazkowa rozcieńcza to Buberowskie JA – TY. Ale nie chciałbym narzekać na dzisiejsze czasy. Nie chcę też, żeby powstało wrażenie, że MY ma wyprzeć JA. Chociaż MY, czyli ja-w-relacji, trzyma się mocno. Konstrukcjoniści społeczni, na przykład Kenneth Gergen, wyrazili kiedyś takie przekonanie: nawet jeżeli zaginie JA, to zostanie JA relacyjne. Teza, że JA istnieje tylko w relacji, wydaje mi się ciekawa. To oznacza, że tylu mnie, w ilu relacjach jestem, bo jestem kimś innym, kiedy rozmawiam z panią, kim innym, gdy za chwilę będę rozmawiał z synem itd.

A  JA wewnętrzne?
Też nie jest jedno. Może być we mnie mój surowy ojciec, moja czuła matka, rywalizujący ze mną brat, oczekujący ode mnie heroizmu dziadek. We mnie są ich „głosy”. I tak jak palce gitarzysty mogą potrącić tę czy inną strunę, tak sytuacja, rozmowa z kimś mogą uruchomić ten, a nie inny głos. Czym innym jest zatem samotność w znaczeniu emocjonalnym, uczuciowym, a czym innym w znaczeniu społecznym. Można być społecznie niesamotnym, mieć dużą rodzinę, mnóstwo znajomych, a być wewnętrznie samotnym. I można być singlem, a nie być samotnym i być w dobrym kontakcie z samym sobą. Samotność jest więc pojęciem wieloznacznym, słów zaczynających się od rdzenia „samo-” w Słowniku języka polskiego jest chyba ze dwie strony. Czyli to ważne pojęcie.

Jednym ludziom łatwiej współtworzyć MY, innym trudniej. Gdzie tkwi przyczyna?
To, jacy jesteśmy, zależy między innymi od tego, co się z nami działo w dzieciństwie, czy mieliśmy bezpieczne więzi. Jeżeli czułem się kochany, to w dorosłości jestem nie tylko gotów do bliskości, ale także umiem wchodzić w związki. Jeżeli natomiast moje pierwsze doświadczenia z rodzicami były, jak to określają badacze więzi, pozabezpieczne, na przykład chaotyczne czy lękowe, to w moim dorosłym życiu mogę mieć trudność w relacjach, choć pewnie też tęsknotę za niesamotnością. Upraszczając – to, jak bardzo czuję się samotny w dorosłości, zależy od tego, jak bardzo byłem samotny w dzieciństwie, a to, jak bardzo byłem samotny jako dziecko, zależy między innymi od stylu wychowania, którego częścią jest bliskość. Bezpieczna lub nie.

Co jeśli rodzice nie dali nam tej bliskości? 
Przestrzegałbym przed ich obwinianiem. Rodzi się pytanie: Czy opis trudnego dzieciństwa, wyrządzonych krzywd zostawię na poziomie opisu, czy będę go używał po to, żeby wejść w rolę skrzywdzonego? Jeżeli wejdę w rolę skrzywdzonego, na przykład przez surowego ojca albo zimną matkę, to wtedy będzie mnie krzywdzić ten opis, a nie matka czy ojciec. Niekiedy w psychoterapii pracujemy nad tym, że owszem, doznałeś krzywdy w dzieciństwie, ale teraz już tamtej krzywdy sprzed lat z tobą nie ma, tylko jest znaczenie, jakie temu nadajesz. Możesz się w tej krzywdzie rozgościć i schować. Ale to nic ci nie daje, tylko zabiera sprawczość. Może odbierać także gotowość do ryzyka wejścia w związek. Bo bywa, że rozpamiętujący krzywdy człowiek kieruje się przekonaniem, często nieuświadomionym, że skoro matka mnie skrzywdziła, to ty, kobieto, też mnie skrzywdzisz, no więc nie zaryzykuję związku. Natomiast jeśli oddzielę to, co było, od tego, co jest teraz, to mam szansę zobaczyć, że, owszem, matka nie dała mi czułości, że boję się kobiet, ale też że zależy mi na bliskości, więc zaryzykuję, zrobię krok ku. Oczywiście, to bardziej złożone, bo niewykluczone, że taki mężczyzna będzie szukał kobiety, która mu przypomina chłodną matkę. W każdym razie bardzo ważne jest, aby odróżniać przeszłość od teraźniejszości. W przeciwnym razie zachowujemy się jak ktoś, kto nie zdjął kamizelki kuloodpornej, którą założył na wojnie, gdy świszczały kule, mimo że już dawno nastał pokój.

Wielu młodych ludzi żyjących na maksa twierdzi, że samotność to ich wybór. 
Życie w pośpiechu, intensywne może być satysfakcjonujące, jeśli ktoś lubi ekscytację, wyścig. Nie można takiemu komuś powiedzieć: „Nie rób tego”. Ale można go przestrzec przed niebezpieczeństwem spłycenia życia, przed zmniejszeniem szansy na głęboki związek. Wierzę, że głęboki związek ma wartość niezwykłą. Może single tak bardzo miłują wolność jako fundamentalną wartość, bo według nich perspektywa więzi jest perspektywą więzienia. Więź i więzienie mają wspólny rdzeń. Jako mąż, a jeszcze bardziej jako ojciec, mam mniej wolności, niż miałem jako narzeczony. Ludzie się na to nie godzą i pewnie dlatego w Europie około 30 procent małżeństw się rozwodzi, a we Francji czy w Kalifornii – nawet ponad połowa.

Samotność z wyboru to nie pójście na łatwiznę? 
Zamieniłbym „pójście na łatwiznę” na „lęk przed głęboką więzią”.

Skąd ten lęk?
Między innymi stąd, że w dzieciństwie nie zaznaliśmy bezpieczeństwa, a jak już o tym wspomniałem – wtedy rodzi się wzorzec więzi. Jeżeli byłem bity przez rodziców, to nie wchodzę w bliski związek, bo boję się, że będę bity.

Taka samotność nie wydaje się do końca wyborem.
Raczej, jakby powiedzieli psycholodzy, racjonalizacją. To znaczy – mówię, że to mój wybór, ale pod spodem jest lęk przed bliskością. Inna przyczyna obawy przed wchodzeniem w bliski związek może być związana z tym, że dzisiaj w zasięgu ręki jest przyjemność bezpośrednia i krótkotrwała. Tymczasem długotrwały związek wymaga trudu. A po co mam się trudzić, skoro mogę korzystać z przyjemności?

Socjolog José Ortega y Gasset powiedział, że miłość to samotność we dwoje.
Można rozumieć to zdanie na dwa sposoby. Pierwszy – że czasem dwie osoby tworzą diadę, do której nikogo nie wpuszczają, jest MY i reszta świata. A drugi – że ludzie mogą być razem, spać razem i czuć się samotni. W każdej parze niezbędna jest równowaga między razem a osobno. Są ludzie, którzy wolą to „razem”, i jeżeli trafią na partnera, który lubi „osobno”, to toczą grę polegającą na tym, że jedno goni, bo chce bardziej razem, a drugie ucieka, bo chce bardziej osobno. No i obydwoje mają poczucie krzywdy, jedno, bo czuje się osaczane, a drugie, bo czuje się opuszczane. W wersji optymalnej dobrze byłoby uzgodnić, ile ma być tego razem, ile osobno, czyli mówiąc górnolotnie: ile miłości, a ile wolności.

Ludzie tego nie uzgadniają.
Myślę o behawioralnym uzgodnieniu. To znaczy, że jedno ustąpiło drugiemu albo polubiło to, co lubi drugie. Albo znaleźli jakieś wyjście pośrednie, obustronnie satysfakcjonujące. Ale to rzeczywiście duży problem, z mojej praktyki wynika, że wątek „gonię – uciekam” jest obecny w ponad połowie par, które są w terapii. W tych związkach nie ma zgody co do proporcji między razem a osobno. Bo jak jest za blisko, to jest za duszno, jak jest za daleko, to jest zbyt samotnie. To uciekanie i gonienie ma często postać wahadła: ten, kto goni, doprowadza do tego, że uciekający jeszcze bardziej ucieka. Wtedy goniący się obraża, no to uciekający wraca, potem znów ucieka. Jeżeli ludzie nie włączą refleksji na temat ich relacji, ten taniec może trwać latami.

 Jak się dogadać?
Najwięcej szans ma dogadanie się jest na początku, kiedy związek ufundowany jest na energii pragnienia, czy to erotycznego, czy uczuciowego. Kłopot pojawia się często wraz z przyjściem na świat dziecka. Oto najczęstszy schemat: Kobieta, która pragnie bliskości z mężczyzną, a tego nie dostaje, zagarnia dziecko. Mąż czuje się opuszczony, więc chowa się na przykład w komputer albo w pracę zawodową, no to ona jeszcze bardziej idzie w związek z dzieckiem. A mąż jeszcze bardziej się wycofuje, jest zły na żonę, która śpi teraz z dzieckiem, i na dziecko, co mu zabrało żonę. Pojawia się sprzężenie zwrotne, które może tę negatywną wersję rozwijać.

Kobiety chyba częściej czują się samotne.
Nie znam na ten temat statystyk ani badań, spodziewałbym się, że więcej jest samotnych mężczyzn. Przewagą kobiet jest to, że mają kontakt z uczuciami i dysponują większą empatią. Niektórzy wiążą to z oksytocyną, której kobieta ma więcej niż mężczyzna. Ale mężczyźnie trudniej o bliskość, czułość nie tylko z powodów hormonalnych, ale także kulturowych, bo gdyby okazał uczucia, a zwłaszcza swoją delikatność, to uważany byłby za mięczaka. Chodziło pani o to, że kobiety mogą czuć się częściej samotne w tym sensie, że nie dostają tego, czego chcą?

Tak, ale myślę, że i kobiety, i mężczyźni chcą teraz mieć wszystko natychmiast.
Taka w nas, dorosłych, dziecinność. Bo jedną z cech ludzi niedojrzałych jest właśnie to, że chcą natychmiastowego zaspokojenia potrzeb. Natomiast osoba dojrzała potrafi odroczyć to spełnienie.

Może więc dzisiaj ludzie nie są tak samotni, tylko tak niedojrzali?
Możliwe, że jedno pociąga za sobą drugie, że człowiek niedojrzały będzie sobie radził z samotnością poprzez rozrywkę albo bliskość powierzchowną, albo poprzez ucieczkę w świat wirtualno-narkotykowy.

Parafrazując Fromma, można powiedzieć, że samotność bywa ucieczką OD czegoś albo DO czegoś. Można uciec OD związku, a można uciec DO idei, pracy, pasji.
Rzeczywiście. Jeśli osoba, która realizuje się DO, na przykład w pasji, ma partnera, który to rozumie, ich związek może dobrze funkcjonować. Ale czasem ludzie nie chcą zrozumieć partnera, wolą go wymienić na nowego. Kiedy jakieś urządzenie nie działa tak, jak byśmy chcieli, to albo staramy się je naprawić, albo je wyrzucamy i kupujemy nowe. A żeby całość znów zadziałała, czasem wystarczy wymienić małą część. Warto rozróżniać elementy wymienialne od niewymienialnych. Związek może być niewymienialny, tylko trzeba nad nim pracować.

Ale przed samotnością do końca się nie uchronimy. 
To prawda. Samotni jesteśmy w obliczu śmierci, cierpienia, pytań ostatecznych. Niekiedy ma znaczenie to, że ktoś bliski trzyma za rękę. Ale ten ktoś nie przeżyje za nas choroby, śmierci. Są sytuacje graniczne, w których decyzja musi być podjęta przez nas samych. Gdy ktoś mnie pyta o radę, czy powinien zrobić tak, czy inaczej, mówię: „Odpowiedź musisz znaleźć w samotności, nikt nie może wziąć odpowiedzialności za twoją decyzję”. Do odpowiedzialnej wolności potrzeba samotności, ludzie dojrzali godzą się na pewną dozę samotności po to, żeby dokonywać odpowiedzialnych rozstrzygnięć. Bez tego się nie da. Samotność może być egzystencjalnym ciężarem, ale nie musi być destrukcyjnym cierpieniem.

Sposobem na samotność może być po prostu wyjście do ludzi?
To niełatwe. Między tęsknotą za kontaktami a kontaktem jest poważna przeszkoda w postaci blokady emocjonalnej, na przykład takiej, że boję się ludzi, nie ufam im, obawiam się wyśmiania, bo na przykład nie cenię siebie. Czasami zachęcamy człowieka, żeby zrobił coś, co mu pozwoli zrealizować potrzebę, ale zapominamy, że między frustracją z niezrealizowanej potrzeby a zrealizowaną potrzebą są różne emocjonalne trudności, na przykład lęk przed ludźmi.

Wtedy trzeba zacząć od pracy nad sobą?
Tak, od zorientowania się, skąd ten lęk pochodzi. Możliwe, że powstał w dzieciństwie i dzisiaj nie jest już adekwatny do kontekstu.

Bogdan de Barbaro profesor, psychiatra, psychoterapeuta, superwizor psychoterapii i terapii rodzin. 

  1. Psychologia

Praktyka obecności, czyli jak żyć chwilą

Integrująca Obecność opiera się na założeniu, że gdy wchodzisz w kontakt ze sobą poprzez myśli, emocje oraz ciało, przestajesz żyć iluzją i doświadczasz tego, co jest. (Fot. Getty Images)
Integrująca Obecność opiera się na założeniu, że gdy wchodzisz w kontakt ze sobą poprzez myśli, emocje oraz ciało, przestajesz żyć iluzją i doświadczasz tego, co jest. (Fot. Getty Images)
Kiedy jesteś świadoma swoich uczuć, myśli i zachowań, twoje życie staje się pełniejsze i prostsze. Odczuwasz harmonię, odblokowujesz naturalny oddech i budzisz swoją kreatywność. Jak przebudzić się do życia chwilą?

Integrująca Obecność to koncepcja, która opiera się na bardzo prostym założeniu. Gdy wchodzisz w kontakt ze sobą poprzez trzy ośrodki – myśli, emocje oraz ciało – i gdy dzięki temu jesteś świadomie obecna z tym, co dzieje się w danej chwili, przestajesz żyć iluzją i doświadczasz tego, co jest.

Czym jest iluzja?

Tym, co tworzy nasze ego. Iluzją jest na przykład to, że praca, autorytet, prestiż, wygląd, standard życia, otoczenie, a nawet czyjaś miłość – sprawią, że staniemy się kimś lepszym. Iluzją jest pewność, że gdy zarobimy więcej pieniędzy, przyjdzie do nas również szczęście. Założenie, że jeśli ktoś nas podziwia, stajemy się godni podziwu, a jeśli nas lekceważy, stajemy się pozbawieni znaczenia. Wiara w to, że zewnętrzne warunki zapewnią nam emocjonalne bezpieczeństwo, na dodatek raz na zawsze. Przekonanie, że musimy się starać, by nas kochano, ceniono. I tak dalej, i tak dalej… Jeśli nawet wydaje się nam to banalne i mało odkrywcze, większość z nas myśli i żyje według takich zasad.

Nasze iluzje, a zarazem silne przywiązania to także nieustanne porównywanie, które zastępuje prawdziwe doświadczanie i przeżywanie, wynikające z niego ocenianie, opór przed uznaniem rzeczy takimi, jakie są, analizowanie, które ma nam dać złudzenie bycia przygotowanym na wszystko, oraz utożsamianie się z teoriami, poglądami i wierzeniami, dzięki którym nadajemy życiu sens.

Dlatego na początek praktyki obecności spróbuj choćby przez jeden dzień obyć się bez nich. Albo przyjemniej bez jednego… na przykład oceniania.

W drodze do siebie

Nasze życie pełne jest teorii, koncepcji, trendów, które mają nam pomóc w rozwoju. Bo przecież prędzej czy później większość z nas zaczyna zadawać sobie pytania: Kim naprawdę jestem? Jaki jest sens mojego życia? Co jest ważne? Niektórzy wyjeżdżają w poszukiwaniu inspiracji i oświecenia, inni zaliczają kolejne warsztaty, lektury… – Znam ludzi, jeżdżących do dalekich krajów w poszukiwaniu żyjącego mistrza, który pokazałby im prawdę – opowiada w swojej książce „Wewnętrzne przebudzenie” Colin P. Sisson, psycholog i metafizyk, twórca Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. – Wracali pełni natchnienia i podniesieni na duchu. Znam i takich, którzy nie pojechali, lecz zostali w domu, pełniąc zwykłe obowiązki rodzinne, zmieniając pieluszki niemowlakom, spędzając osiem godzin dziennie w biurze czy w warsztacie pracy, rozwiązując konflikty rodzinne, a zarazem świadomie obserwując rozgrywający się dramat życia. Ich intuicyjne zrozumienie może być niekiedy głębsze od tych, którzy odbywali podróże.

– Ja sam należę do tych, którzy wyjeżdżali – wyznaje. – W 1986 roku spędziłem w odosobnieniu 40 dni w świątyni buddyjskiej, dążąc do odnalezienia siebie. Było to przedsięwzięcie trudne, bardzo podnoszące na duchu i rzeczywiście pomocne. Ale było niczym w porównaniu do poważnego kryzysu rodzinnego, któremu musiałem stawić czoła po powrocie do domu. Takie odosobnienia są wspaniałym doświadczeniem, lecz mogą także stać się ucieczką od problemów codziennego życia, z którymi musimy sobie radzić, żeby się rozwijać duchowo. Jedna minuta samoobserwacji podczas burzliwych przejść emocjonalnych jest więcej warta od dziesięciu godzin czytania książek o samodoskonaleniu.

Czym jest samoobserwacja?

To codzienna praktyka osób, które – idąc za wskazówkami Colina P. Sissona – odkryły, że tak jak nie można znaleźć pestek jabłka poza jabłkiem, nie da się też odnaleźć siebie poza sobą. Oto przykładowe ćwiczenie (najlepiej robić je z nogami rozstawionymi na szerokość bioder i rękami opuszczonymi wzdłuż ciała):

Zamknij oczy i weź pięć głębokich świadomych oddechów. Niech wdech będzie energiczny, a wydech zrelaksowany. Nie rób przerw pomiędzy wdechem i wydechem, i odwrotnie. Teraz przez około 10–15 sekund bądź obecna z każdą myślą, która się pojawia. Zauważ ją, a jeśli poczujesz, że odpływasz wraz z sekwencjami swoich myśli, także to zauważ i wróć do bycia obecną. Jeśli stwierdzisz, że o niczym nie myślisz, to znaczy, że… myślisz właśnie o tym.

Weź ponownie głęboki oddech. A teraz zauważ emocję, którą czujesz, lub nastrój, w którym teraz jesteś. Przez 10–15 sekund bądź świadomie obecna z tym, co czujesz. Jeżeli niczego nie czujesz, bądź obecna z tym „nic”. Znowu weź głęboki oddech, po czym bądź świadomie obecna ze swoim ciałem. Rozpoczynając od palców u stóp, powoli przeskanuj całe ciało, aż po czubek głowy, przez 10–15 sekund.

Samoobserwację warto robić 2–3 razy w ciągu dnia. Zajmuje najwyżej dwie minuty, czyli w sumie zyskujesz sześć minut bycia obecną ze sobą. Na początek to bardzo dużo.

Być w kryzysie

Kiedy zaczynamy być obecni, potrafimy to zauważyć i wziąć odpowiedzialność za to, co się z nami dzieje. Przestajemy uciekać przed tym, co i tak nas kiedyś dogoni. Bo przecież mniejsze i większe frustracje to sygnały: „Zatrzymaj się, pomyśl, posłuchaj ciała”. Gdy je ignorujemy, przybierają na sile, by kiedyś stać się większym dołkiem lub depresją.

Ważne jest, żeby zrozumieć, że aby przyjemności były przyjemnościami, powinny być preferencją, a nie uzależnieniem. Jeśli robię coś miłego, bo tak decyduję – to jest to świadoma obecność. Jeśli dążę do przyjemności, bo czuję przymus – staje się to zwykłym uzależnieniem. Podobnie jest z miłością. Gdy ja ją wybieram – kocham. Gdy rozpaczliwie jej potrzebuję – staję się ofiarą. Czy to na pewno miłość? Czy może uzależnienie od akceptacji?

Co warto zrobić, gdy jesteś w kryzysie? Nie uciekaj przed złym nastrojem. Nie kupuj nowej szminki, lodów, czerwonego wina… Kryzys jest integralnym elementem rozwoju, szansą na wzięcie odpowiedzialności i tworzenie nowej siebie. Mówiąc „kryzys”, mam na myśli mniejsze lub większe wydarzenia w naszym życiu, które mają w sobie potencjał zmiany. To może być nawet pozorny drobiazg – bezsenna noc, podczas której przyszedł lęk o przyszłość, świadomość upływu czasu, jakiegoś braku... Zajmij się troskliwie swoim kryzysem – daj mu przestrzeń. Możesz to zrobić przez następujące ćwiczenie:

Ułóż się wygodnie na plecach z rękami wzdłuż ciała. Zamknij oczy i weź 10 głębokich świadomych oddechów. Niech wdech będzie energiczny, a wydech zrelaksowany. Nie rób przerw pomiędzy wdechem i wydechem, i odwrotnie. Następnie spytaj siebie: „Co czuję?”. Kiedy jesteś w trudnej sytuacji lub nie możesz zasnąć, zwykle jest to niepokój, frustracja, obawa, a nawet lęk.

Gdy staniesz się świadoma swojego nastroju, poszukaj miejsca w ciele, w którym jest on najbardziej odczuwalny. Zazwyczaj jest to klatka piersiowa, żołądek, gardło… Gdy staniesz się świadoma napięcia w ciele, zacznij oddychać, kierując swoją świadomą obecność do tego miejsca. Chodzi o to, byś poczuła je samą sobą, a nie jedynie „poprzez głowę”. Ważne, abyś oddychając, naprawdę była obecna jedynie z emocją i miejscem w ciele. Jeśli bowiem będziesz obserwatorem motywowanym ciekawością lub zaczniesz oczekiwać rezultatu, jakim jest poprawa samopoczucia, ono nie nastąpi. Dlaczego? Ponieważ obecność jest byciem z tym, co jest, a nie oczekiwaniem na to, co ma przyjść.

Praktykowanie Integrującej Obecności nie jest pracą nad sobą, nie jest wyznaczaniem sobie zadań i dążeniem do doskonałości. To wszystko oddala nas, a nie przybliża do bycia obecnym. Bycie obecnym to po prostu przebudzenie. Wystarczy, że zauważysz, że śnisz…

  1. Psychologia

Zgoda na to, czego nie można zmienić

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zamiast mówić: „To nie mogło przydarzyć się właśnie mnie”, powiedzmy sobie: „Zrobię wszystko, żeby sobie z tym poradzić”. Buddyjscy mistrzowie tłumaczą, że w życiu chodzi o to, żeby patrzeć mu w twarz. Spojrzeć na rzeczywistość szczerze i z odwagą. 

Dr David Richo, amerykański psychoterapeuta, nauczyciel i pisarz, w przejrzysty sposób osadza na nieco bardziej racjonalnym gruncie nauki Wschodu. W swoich pracach łączy poglądy szwajcarskiego psychiatry i psychologa Carla Gustava Junga, psychologii transpersonalnej i duchowości. Wschodni duchowi nauczyciele mówią o nieprzywiązywaniu się, radzą uwolnić się od pragnień, oczekiwań, by zobaczyć rzeczy takie, jakie w istocie są. To może nas straszyć, wydawać się niemożliwe do zrealizowania. Kusi jednak, żeby zagadnieniu się przyjrzeć. Richo twierdzi, że realia rzeczywistości są następujące:

  • wszystko zmienia się i kiedyś kończy,
  • życie nie zawsze jest uczciwe,
  • rozwój przypłacamy cierpieniem,
  • nie wszystko idzie zawsze zgodnie z planem,
  • ludzie nie zawsze są lojalni i kochający.
Jeśli zaakceptujemy te warunki egzystencji, niemal automatycznie uznamy naszą wrażliwość i bezsilność wobec nich. David Richo idzie dalej w swych rozważaniach - jeśli przyjmiemy rzeczywistość taką, jaka jest, będziemy gotowi na miłość, na spełnienie. Bo kiedy zdajemy sobie sprawę, że ona, niezależnie od tego jaka może być okrutna, nie jest karą, lecz elementem składającym się na głębię życia, przestajemy czuć się przez nią nieprzyjemnie dotknięci. Nie mamy już pomysłu, żeby mówić: „To nie mogło przydarzyć się właśnie mnie”, raczej reagujemy w ten sposób: „Zrobię wszystko, żeby sobie z tym poradzić”. Jeżeli wyzbędziemy się roszczeń wobec rzeczywistości, zyskamy ogromną siłę, żeby w brawurowy sposób sobie właśnie z nią poradzić. Gdy wreszcie stawimy czoła temu, co jest, poczujemy pogodę ducha i zmieniać będziemy to, co da się zmienić i zaakceptujemy to, na co wpływu nie mamy. Tak postępując, zyskamy szacunek dla własnej osoby. Nasze osobiste granice zostaną ustalone i utrzymane, nikt nas nie wykorzysta, my też nie będziemy pragnąć władzy nad nikim. Zniknie strach przed niedostatkiem i bezsilnością. Miłość i wolność rozkwitną w naszym wnętrzu.

Jung a za nim Richo sugerują, żebyśmy powiedzieli bezwarunkowe „tak” realiom naszej egzystencji, bez obwiniania ludzi, losu, Boga. Wówczas prawdy psychologiczne staną się udziałem naszego życia. Na przykład takie:

  • Wszystko zmienia się i przemija - lecz może też się odnowić. Ta wiedza pozwoli nam wejść nam w archetyp wskrzeszenia.
  • Cierpienie jest nieodłącznym elementem rozwoju - lecz wciąż odnajdujemy sposoby na to, by wydobyć dobro ze zła. To otwiera archetyp zbawienia.
  • Rzeczy nie zawsze układają się zgodnie z planem - lecz możemy odnaleźć spokój ducha, by pogodzić się z tym, co jest, i podziękować za to, co było. To otwiera archetyp synchroniczności i boskiego planu, które czyni nasze przeznaczenie większym, niż możemy sobie wyobrazić.
  • Życie nie zawsze jest uczciwe - lecz to my możemy być uczciwi, a nawet hojni. To daje nam poczucie sprawiedliwości i wzmacnia nasze zaangażowanie w wzmacnianie jej, nie rezygnując z trzymania się archetypu karmy.
  • Ludzie nie zawsze są hojni i kochający - lecz nie musimy kierować się w związku z tym odwetem, lecz miłością, nigdy nie rezygnując z innych ludzi. To otwiera archetyp bezwarunkowej miłości.
Pełne akceptacji trwanie pośrodku realiów życia przeprowadzi nas przez każdy kryzys ze spokojem i pogodą ducha. Takie trwanie to właśnie uważność. Powiedzenie „tak” śmiertelnym warunkom życia, to zgoda na jego nieśmiertelne, archetypiczne możliwości. Oznacza to identyfikację z umysłem buddy pośrodku trudności i zamieszania. Jak możemy powiedzieć „tak”? Świadomie okazując życiu pięć elementów miłości: uważność, akceptację, uznanie, czułość, pozwolenie na wolność.
  • Obdarzamy uwagą zmiany i zakończenia, nieudane plany, nieuczciwość, cierpienie, okazjonalną nielojalność.
  • Akceptujemy wszystko jako część mieszanki naszego życia.
  • Uznajemy to wszystko za coś, co służy naszemu rozwojowi.
  • Patrzymy z czułością na wszystko to, co było i co jest.
  • Pozwalamy, aby wydarzenia i ludzie mogli być sobą.
W ten sposób budujemy wiarę w siebie, bo połączenie miłości z uważnością pokazuje nam, że możemy poradzić sobie z rzeczywistością bez odwracania od niej uwagi i bez upiększania jej. Ma to też wpływ na bliskość z innymi ludźmi, bo umiemy traktować ich tak, jak rzeczywistość – uczciwie. Uczymy się też kochać chwilę. Nie boimy się, nie ulegamy przywiązaniom, nie kontrolujemy, nie mamy roszczeń.