1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Starość nie radość. O wykluczeniu ze społeczeństwa osób starszych

Starość nie radość. O wykluczeniu ze społeczeństwa osób starszych

Starsi ludzie stracili swoją rolę społeczną, a nie znaleźli sobie nowej. Dlatego czują się niepotrzebni. (Fot. iStock)
Starsi ludzie stracili swoją rolę społeczną, a nie znaleźli sobie nowej. Dlatego czują się niepotrzebni. (Fot. iStock)
Czy w naszym społeczeństwie jest dziś miejsce na starość? Gdyby brać pod uwagę jedynie media, tego miejsca nie ma. To paradoks, zważywszy, że dzięki postępowi cywilizacyjnemu żyjemy coraz dłużej, starszych ludzi jest więc coraz więcej. Dlaczego wciąż czują się oni niepotrzebni? Jest szansa na zmianę? – zastanawiają się Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Brałam niedawno udział w debacie na temat starości. Czyżby stosunek mediów do ludzi starszych miał się zmienić? K.M.
: Cóż, starych ludzi przybywa i coraz trudniej ten fakt ignorować. Niechętnie jednak przyjmujemy go do wiadomości. Wypieramy starość jako zjawisko – w efekcie ludzie powyżej pewnego wieku zostają skazani na społeczny niebyt: nie istnieją w mediach, nie ma przeznaczonych dla nich gazet, usług, nikt ich nie zauważa na ulicy. Jedynie przemysł farmaceutyczny traktuje ich poważnie...

W.E
.: Ludzie starzy są chodzącym memento, że nas wszystkich czeka starość – jeśli dożyjemy. A ponieważ nie chcemy tego zaakceptować, wolimy żyć tak, jakby starości nie było, i udawać wiecznie młodych. Tak udało się nam wypchnąć starość i to, co z nią się kojarzy, czyli niedołężność, chorobę, poza krąg zainteresowań popkultury. Udajemy, że te rzeczy nas nie dotyczą. A kiedy zaczynają dotyczyć, sami dobrowolnie i pokornie przechodzimy na stronę cienia i znikamy ze społecznego życia na długo przedtem, zanim naprawdę odejdziemy.

K.M
.: Żyjemy w czasach odwrócenia hierarchii wartości – młodość, czyli początek życia, jest najbardziej pożądana, najbardziej wartościowa, uważana za pełnię życia. Sądzi się, że później następuje nieuchronna zniżka formy i stopniowe odchodzenie w cień. Nic dziwnego, że ludzie przedłużają młodość. To ma dobre i złe strony. Dobre, bo staramy się jak najdłużej zachować sprawność, być aktywni. Złe, bo robimy to z lęku. Strach przed śmiercią jest największym ludzkim strachem, a nasza kultura nie proponuje nic, co mogłoby nas oswoić z nieuchronnością śmierci.

Kiedyś oswoić starość i śmierć pomagały rytuały, które podkreślały cykliczność naszego życia i jego związek z przyrodą. Dziś ten naturalny związek zerwaliśmy... W.E
.: To, o czym mówicie, jest najważniejsze, ale dziś coraz poważniejszym praktycznym problemem związanym ze starością jest to, że starsi ludzie zaczynają być wykluczeni technologicznie. Nie radzą sobie z obsługą komputerów, komórek...

K.M
.: ...PIN-ami, kartami kredytowymi, nagraniem się na sekretarkę, SMS-ami, nie mówiąc o komunikacji internetowej...

W.E
.: Przez to codzienność nastręcza im coraz więcej problemów, czują, że się mijają ze światem, który poleciał gdzieś do przodu, a oni zostali w tyle.

K.M
.: Urządzenia są coraz bardziej skomplikowane i mogą budzić w starszych ludziach lęk. Po co te wszystkie funkcje, menu, guziki? Gdy bodźce nas przerastają, lęk zaczyna być większy od ciekawości. I przestajemy się starać, odstajemy coraz bardziej, w dodatku towarzyszy nam poczucie klęski i goryczy płynącej z bezradności. To się łatwo zamienia w agresję wobec owego niezrozumiałego świata i innych, którzy w nim funkcjonują normalnie. Dlatego tylu starszych ludzi jest agresywnych, szczególnie wobec młodych.

Kogo mamy dziś na myśli, mówiąc „starzy ludzie”? Kiedy zaczyna się starość? W.E.
: To się też szybko zmienia. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu stary był człowiek pięćdziesięcioletni. Teraz nawet siedemdziesięciolatkowie potrafią nie czuć się starzy. Dziś starość jest równoznaczna nie tyle z wiekiem, co z wykluczeniem z normalnego życia. W Polsce starzy ludzie są inaczej ubrani, inaczej mówią, inaczej się zachowują, są jak gdyby przeniesieni z innej bajki i wrzuceni w pędzącą rzekę współczesnych zdarzeń i maszyn.

K.M.
: Zawsze nowe pokolenie tworzyło nowy, inny świat.

W.E.
: Ale nie na taką skalę. Współczesne tempo zmian w połączeniu z niedawną, radykalną zmianą ustrojową stworzyło ogromną przepaść między pokoleniami. Jeszcze 20–30 lat temu była zachowana jakaś ciągłość przekazu. Wartości następujących po sobie pokoleń  były podobne. Dziś niemal z dnia na dzień zmieniają się moralność, technologia, sposoby komunikacji, sposób życia, charakter wspólnoty, funkcjonowanie rodziny. Współczesne kulturowe i materialne otoczenie jest prawie całkowicie różne od tego, w którym dorastali dzisiejsi seniorzy.

Starsi ludzie byli kiedyś strażnikami tradycji, wartości, mieli doświadczenie, wiedzę. A dziś? W.E
.: Stracili swoją rolę społeczną, a nie znaleźli sobie nowej. Dlatego czują się niepotrzebni.

K.M
.: Ludzie starsi są dziś w coraz lepszej kondycji fizycznej, ale niekoniecznie psychicznej. Bo ci, którzy czują się wykluczeni, natychmiast zaczynają czuć się gorzej. Spada ich motywacja do życia i do zmian. Przychodzi rezygnacja, powolne wycofywanie się – to jest właśnie starość. I tak czuć się będzie niedługo ponad połowa społeczeństwa!

W.E
.: Tym bardziej że ludzie starsi są przez polityków traktowani jak kłopotliwy balast, bo trzeba im wypłacać i rewaloryzować emerytury albo renty. To upokarzające dla ludzi, którzy całe życie uczciwie przepracowali.

To dodatkowy powód wykluczenia: czuć się obciążeniem dla państwa, dla młodych. W.E
.: Rosnąca liczba ludzi starszych i ich wykluczenie społeczne to szczególnie ważna sprawa w kontekście politycznym. Mieliśmy tego przedsmak przy poprzednich wyborach. Można się śmiać z moherowych beretów, ale będzie ich coraz więcej, jeśli żadna inna siła polityczna nie potraktuje starych ludzi poważnie. A wykluczonych łatwo uwieść tanią populistyczną retoryką. To się może źle skończyć, gdy populiści o dyktatorskich zapędach zawrócą w głowie takiej masie ludzi.

K.M.: Wystarczy, że się ich zauważy. W świecie, gdzie nikt ich nie zauważa, ktoś zwraca się do nich, mówiąc: „jesteście dla mnie ważni” – za kimś takim można iść na śmierć.

 
Uciekając przed starością, trzymamy się pozorów młodości, nie potrafimy sobie poradzić z przemijaniem. Na siłę naciągamy się, operujemy, liftingujemy... Człowiek jest w stanie wiele poświęcić, wycierpieć i zapłacić za to, by się nie czuć lub choć nie wyglądać staro. K.M
.: Tymczasem chodzi nie o to, lecz o konieczność poważnych zmian. Starszych ludzi jest coraz więcej, trzeba zacząć za nimi optować. Życzyć sobie ich obecności w prasie, telewizji, przywracać im autorytet, należyty status społeczny. Sami starsi ludzie też powinni się o to starać, jednak w tej kwestii panuje hipokryzja. Nie chcą być wykluczani ze względu na wiek, wygląd, ale jak się zdarzy osoba, która nie poddaje się tej swojej starości, tylko aktywnie żyje, do czegoś aspiruje, to jeszcze przypną jej łatkę, że taka stara, a się pcha. I nie zagłosują na nią w żadnym razie, wręcz przeciwnie. Potrafią zrobić wiele, by taką osobę zdołować. Żeby nie kłuła w oczy tym, że starość nie jest żadnym wytłumaczeniem bierności. Że zamiast utyskiwać, moglibyśmy coś zrobić, realnie wpłynąć na sytuację własną, a może nawet na sytuację innych.

Coraz więcej starszych ludzi nie poddaje się starości, robią rzeczy zarezerwowane dotąd dla młodych: uprawiają ekstremalne sporty, przeżywają drugą młodość... K.M
.: Takie osoby reprezentują jedną z dwu postaw życiowych, które dość trudno rozróżnić, bo manifestują się podobnie. Jedna to bycie ciekawym świata i przeżywanie go tak, jak się na to ma ochotę, niezależnie od wieku. To postawa jak najbardziej godna propagowania, jest w tym dojrzałość i pogodzenie się z losem, radość z dnia codziennego. Druga to cieszenie się życiem „na siłę”, na pokaz niejako, żeby zagłuszyć w sobie ów lęk przed zbliżającym się końcem. A to z kolei postawa bardzo niedojrzała. Starsza pani w czapce pilotce może więc być w głębi duszy osobą spełnioną albo osobą nieszczęśliwą.

W.E
.: Ważna jest wewnętrzna prawda, a nie życie na pokaz. A dzisiejszy świat jest niestety powierzchowny...

Widziałam reklamę, która świadczy o tym, że na Zachodzie stosunek do ludzi starszych zaczyna się zmieniać. Mężczyzna pod wpływem tego, że spróbował pewnego napoju, ucieka z domu starców, by pożyć i spróbować tego, czego jeszcze nie próbował. Przesłanie piękne, bo każdy dzień można smakować na nowo. Ale dalej przekaz staje się ekstremalny: ów pan zamienia się nagle w demona seksu – ma np. w łóżku dwie partnerki naraz... K.M
.: Nadal chodzi o to, by starości zaprzeczyć. Zaprzeczyć temu, że ma ona na nas wpływ, że nas zmienia. Że człowiek starszy jednak się różni od młodego i że ta różnica nie musi wyjść na jego niekorzyść. Rynek zauważył istnienie osób starszych, ale namawia je do takiego właśnie ekstremalnego zaprzeczania sobie. A przecież cieszyć się życiem na starość można, nie tylko udając młodego, sypiając, z kim popadnie, czy rzucając się z mostu na bungee... Uważam za Jungiem, że życie jest po to, żeby z satysfakcją przeżyć starość, żeby do niej dojrzeć. Po to mamy pierwszą połowę życia, żeby nazbierać tego, co w drugiej połowie będzie owocowało, co się będzie oddawało innym. Tego żadna technologia cyfrowa nie zmienia.

Jakie to owoce? K.M
.: Spokój wewnętrzny. Zrozumienie siebie i innych, mądrość. Stary człowiek staje się mistrzem. Nie musi się z nikim porównywać, nie musi nic nikomu udowadniać, ma dystans do siebie, świata i spraw, widzi innych takimi, jakimi są, i takich akceptuje. Wie, co jest ważne. Może wiele dać.

Taki człowiek nie będzie się czuł wykluczony? K.M.
: Nie będzie, nawet jeśli nie nadąża za technologicznym światem. Człowiek może się przecież chcieć sam z niego oddalić i żyć w swojej enklawie. Ludzie teraz są dłużej dziadkami, są potrzebni choćby wnukom lub innym dzieciom, mogą im dać bezwarunkową miłość, jakiej rodzice często nie dają... Niejedno dziecko uratowało się emocjonalnie dzięki dziadkowi lub babci. Jest to właśnie rodzaj oddawania następnym pokoleniom tego, co się ma. To wartość ogromna w dzisiejszych czasach, bardzo niedoceniana.

W.E
.: To wyidealizowana wizja. Wiele wskazuje na to, że sprawy biegną w innym kierunku. Nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dziadkowie są w większości albo nadaktywni, albo depresyjni – w obu wypadkach mało dostępni dla wnuków. Sam się zaliczam do tych nadaktywnych. Całe szczęście, że od czasu do czasu coś piszę. Może przynajmniej w tej formie coś przekażę.

Czytałam, że pewna rodzina w Trójmieście postanowiła adoptować dziadków. K.M.
: Jeśli się ich nie ma – cudny pomysł. W tym samym domu może mieszkać ktoś starszy, samotny, kto może stać się przyjacielem nie tylko dla dzieci – ugotować obiad, gdzieś razem pójść, tyle dać i dostać trochę poczucia, że jest potrzebny... To też podpowiedź – róbmy to, a nie dotknie nas samotność. Wyjdźmy komuś naprzeciw, nie czekajmy, aż nas znajdą.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy zamieszkanie z dorosłym dzieckiem to zawsze najlepsze wyjście dla seniora?

Ludzie są najszczęśliwsi w domach, z bliskimi. I dopóki senior sam daje radę w domu, to powinien tam być. Kiedy jednak staje się niesamodzielny, trzeba szukać pomocy. (Fot. iStock)
Ludzie są najszczęśliwsi w domach, z bliskimi. I dopóki senior sam daje radę w domu, to powinien tam być. Kiedy jednak staje się niesamodzielny, trzeba szukać pomocy. (Fot. iStock)
Z wiekiem trudniej dbać o siebie i samodzielnie prowadzić dom. Ale czy przeprowadzka do dorosłych dzieci zawsze jest najlepszym pomysłem? O dylematach związanych z troską o starzejących się rodziców mówi Beata Drzazga, właścicielka i prezes największej medycznej firmy opieki długoterminowej w Polsce.

Wiele pracujących osób zadaje sobie już teraz pytanie, jak zadbać o rodziców, kiedy oni nie będą już w stanie sami się o siebie zatroszczyć. Ja zadam inne, może odrobinę głupie: czy w domu możemy dobrze zadbać o starszą osobę?
To wcale nie jest głupie pytanie. Opieka nad starszymi osobami bywa naprawdę trudna. Na przykład moja mama zwykle była sama w domu aż do wieczora, kiedy więc w zeszłym roku złamała biodro, trafiła na pięć miesięcy do ośrodka, który prowadzę. W lutym tego roku złamała drugie biodro i znów tu trafiła. Nie wiem, jak inaczej bym sobie poradziła z zapewnieniem jej dobrej opieki. A tak jest teraz u mnie w ośrodku i czuje się jak królewna. Chciałabym, żeby wróciła do domu, zrobiłam nawet remont jej pokoju. Ale nie wiem, jak to będzie, jeśli wróci, bo na razie chodzi z balkonikiem. A jeśli się przewróci i nikogo z nas przy niej nie będzie? Jak sobie sama poradzi z zaniesieniem obiadu z kuchni do pokoju? I czy będzie prawidłowo przyjmować leki?

Wolałaby pani jednak, żeby mama była w domu?
Ludzie najszczęśliwsi są w domach z bliskimi. To jasne. I dopóki senior sam daje radę w domu, to powinien tam być. Kiedy jednak staje się niesamodzielny czy też stwarza zagrożenie dla siebie lub innych, trzeba szukać pomocy. Zresztą teraz moja mama sama odwleka powrót do domu. Mówi: „jeszcze tydzień, jeszcze dwa”. Wciąż jest zajęta: albo idzie na ćwiczenia, albo ogląda seriale, albo z kimś rozmawia. Z drugiej strony tęskni za nami, za naszymi dziećmi, kotami, psami… A my za nią.

W jednym z wywiadów przeczytałam, że zakładając ten ośrodek, myślała pani o tym, co byłoby w nim potrzebne, gdyby miała tu przebywać właśnie pani mama?
Stąd właśnie wziął się pomysł klubokawiarni – żeby pensjonariusze mieli gdzie się spotkać, by nie czuli, że mają tylko pokój z łóżkiem. W ośrodku jest nawet kilka świetlic, żeby nie musieli chodzić stale w to samo miejsce. Mamy też sale do dancingu, a moja mama jak wielu seniorów lubi tańczyć. Starsi ludzie zawsze martwią się też o to, skąd wziąć lekarza. Więc u nas lekarze są jak sąsiedzi! Za ścianą i to wszystkich specjalności. Jest też codziennie rehabilitacja, jest terapia zajęciowa, bo seniorzy potrzebują aktywności. Zachęcamy więc ich, żeby nie leżeli całymi dniami, jeśli nie ma takiej konieczności, i nie chodzili w piżamach. No i u nas seniorzy ćwiczą, malują, szydełkują. Śmieją się!

Czyli pobyt w ośrodku może dać seniorom coś, czego nie dostaną w domu?
Kiedy rozpoczynałam działalność, prowadziłam tylko opiekę domową i wtedy sama odwiedzałam pacjentów w domach. Widziałam seniorów leżących, którzy mieli smutne oczy i wokół siebie szaroburo, bo nie mogli już posprzątać czy ugotować. Nie mieli z kim porozmawiać, kogo się poradzić. Nasze pielęgniarki dbały o nich, ale tylko przez dwie–trzy godziny dziennie, a potem znów zostawali sami, ewentualnie pod opieką sąsiadów lub rodziny. Ale przecież dziś wszyscy pracują i nikt nie może być ze starszymi rodzicami 24 godziny na dobę, zajmować się nimi i wymyślać aktywizujących ich zajęć. A to ma dla nich ogromne znaczenie, bo pierwszy starzeje się mózg. Dlatego u nas przez cały dzień są czymś zajęci. Mają też towarzystwo rówieśników, a więc mniej czasu na zastanawianie się, co ich boli.

Pomysł stworzenia ośrodka opiekuńczego wziął się właśnie z  doświadczeń z opieki domowej, z zaobserwowania tego, czego seniorom tam brakuje. I to takiego ośrodka, do którego sama nie będę się wstydziła przyjść, gdzie będzie ładnie, ciepło i bez przykrego zapachu. A u nas ładnie pachnie! Częściej myjemy korytarze, mamy też kaczki i baseny jednorazowe oraz maseratory, które utylizują je po użyciu. Często również kąpiemy naszych seniorów, a jest to możliwe dzięki ułatwieniu, jakim jest wózko-wanna. Kiedy przez 11 lat pracowałam jako pielęgniarka, nieraz miałam za zadanie wykąpać pacjenta, który ważył więcej niż ja. Moje plecy potwornie cierpiały, a chory był wystraszony, kiedy trafiał do wysokiej wanny! U nas dzięki wielu ułatwieniem kąpiele są łatwiejsze dla personelu i przyjemniejsze dla pacjenta.

Jak namówić rodziców na wizytę w takim ośrodku?
Senior nie musi myśleć o takim miejscu jako o zakładzie opiekuńczym, tylko o domu czasowego pobytu. Mamy tu łóżka na oddziale dziennej rehabilitacji. I od tego warto zacząć, namówić mamę czy tatę na kilkudniowy pobyt w ośrodku, żeby sami mogli zobaczyć, jak tu jest. Wrócą później do domu, a po kilku miesiącach znów będą mogli przyjechać na kolejną turę zajęć. Dzięki temu będą wiedzieć, jak jest naprawdę, a nie tylko mieć w głowie przerażające wyobrażenie domu starców. Kolejnym krokiem może być na przykład zaproponowanie rodzicom, po takich dwóch krótkich pobytach, spędzenia tam wakacji. Zwłaszcza jeśli sami wtedy wyjeżdżamy a chcemy, by mieli w tym czasie jak najlepszą opiekę. My będziemy spokojni, ale oni też, bo przecież znają  już to miejsce.

Seniorzy sami powinni podjąć tę decyzję, ale dopiero kiedy poznają ośrodek?
Właśnie, a wtedy bywa i tak jak w przypadku mamy pewnego mężczyzny, która kiedy po dwóch miesiącach rehabilitacji u nas trafiła do domu, to tylko wypiła kawę i chciała wracać do BetaMedu. Powiedziała, że tam jest ładniej, ma lepsze warunki. No i są tam jej przyjaciele!

Często tak właśnie bywa i to nam, dzieciom trudniej się z tym pogodzić.
Przychodzą do mnie rodziny, które mają z tego powodu wyrzuty sumienia. „Kocham moją mamę, ale nie jestem w stanie się nią zajmować. Ona potrzebuje opieki przez cały dzień” – mówią na przykład. Odpowiadam im wtedy: „Pani się mamy nie pozbywa, tylko chce o nią zadbać. Proszę sobie wyobrazić, że przenosi pani mamę do drugiego pokoju, że jest tuż obok i każdego dnia można do niej przyjść, odwiedzić ją. Obiecuję, że będziemy dbać o pani mamę, będziemy ją przytulać, dopieszczać. Osobiście będę do niej chodzić, jak do pozostałych pacjentów”. Pierwszy krok to zrozumieć, że nic złego się nie dzieje. Zaniepokojonym dzieciom seniorów mówię: „Idźcie na oddział, zobaczcie, jak tam jest. Zapytajcie innych pacjentów, jak się tu czują”. Z doświadczenia wiem, że po jakimś czasie rodziny są nam wdzięczne za opiekę.

A sami pensjonariusze? Na pewno początki bywają dla nich trudne?
Przywołam jeden przykład. Kiedy trafił do nas pan Darek, miał depresję i nie chciał jeść. Siedział bez ruchu, osowiały. Niedługo potem wracałam z Miami i na lotnisku przypomniałam sobie, że ma taki smutny, szary zegarek na rękę. Kupiłam mu więc nowy i dałam w prezencie. – Dla mnie? – zapytał zdziwiony. A kiedy założył zegarek na rękę, powiedziałam, że w zamian chciałabym, by zaczął jeść. – Dla pani to zrobię! – zapewnił. Dziś to bardzo radosny człowiek.

W wywiadzie dla regionalnej telewizji powiedziała pani, że najważniejsze w tej pracy są empatia i miłość. Ale co z biznesem?
To miejsce stworzyłam z miłości do seniorów. A nasza praca to praca z ludźmi. I to z takimi, którzy potrzebują przytulenia. Chcą usłyszeć: „Proszę się nie martwić, zatroszczymy się o panią, pana. Jesteście w dobrych rękach”. I u nas to usłyszą, bo ludzie, którzy tu pracują, podchodzą do seniorów tak samo jak ja. Wybrałam cudownych lekarzy, pielęgniarki, rehabilitantów i opiekunów.

Nie ma żadnego uzasadnienia biznesowego w tym, żeby każdy oddział był w innym kolorze ani żeby na drzwiach był motylki czy kwiatuszki zamiast cyfr. Ale jak mam nie zadbać o piękno tego miejsca, skoro niektórzy pacjenci są tak chorzy, że to, co widzą i kogo widzą koło łóżka, jest ich jedyną radością?

COVID-19 jest najgroźniejszy właśnie dla seniorów. Jak pani sobie z tym radzi w ośrodku?
Od marca do września udawało się nam radzić sobie z sytuacja, tak że nie było zachorowań. Podjęliśmy największe możliwe środki ostrożności: preparaty do dezynfekcji, maski, rękawiczki oraz fartuchy i przyłbice – dla wszystkich. No ale od października uniknięcie zarażenia nie było już możliwe. Kilka osób przeszło u nas szczęśliwie tę infekcję, a dwie zmarły. Kiedy pojawiło się pierwsze podejrzenie koronawirusa, oddział został odizolowany, sanepid poinformowany. Kiedy jednak przyjechało pogotowie, to uznaliśmy, że lepiej, żeby chorzy zostali u nas, bo mają tu doskonałe warunki. Dumna jestem z personelu, który kiedy było trzeba, przez 14 dni pozostawał w szpitalu, rozumiejąc powagę sytuacji.

A jak seniorzy znoszą separację od bliskich, bo zapewne nie ma w ośrodku odwiedzin?
Jak już mówiłam, u nas dostają tyle miłości i empatii, a także towarzystwo rówieśników, mają też wiele zajęć, więc nie jest to tak duży problem. Mogą kontaktować się telefonicznie z rodzinami i niedługo będą mogli wychodzić na zewnątrz. Mam też nadzieję, że nabrali trochę odporności.

Seniorzy nie wszystkich dziś już wzruszają, wielu ludzi nie chce się z nimi stykać: są nieładni, zdziecinniali i czasem brzydko pachną.
Wielu ludziom wydaje się, że każda starsza osoba ma demencję, że jest zdziecinniała, a to nieprawda. Dużo rozmawiam z seniorami i wiem, że często są bystrzy, mają piękne umysły. Można się od nich nauczyć pokory i dobra, które płynie z tego, że oni już z nikim i niczym nie walczą. To tacy sami ludzie jak my, a muszą pogodzić się z utratą sprawności, a nawet samodzielności i lękiem przed śmiercią. Każda ludzka istota chce być samodzielna, chce żyć i czuć się do końca życia kochana.

Beata Drzazga, właścicielka i prezes BetaMed S.A., największej firmy medycznej w Polsce świadczącej usługi lekarskie i pielęgniarskie w domu pacjenta, która niesie pomoc ok. 5 tys. pacjentów i zatrudnia ok. 3 tys. osób. 

  1. Zdrowie

Co wpływa na nasze starzenie? Jakie czynniki przyspieszają ten proces?

Medycyna anti-ageing ma za zadanie spowolnić starzenie organizmu we wszystkich aspektach, takich jak wygląd, poczucie siły, zdrowia, zadowolenia z życia. (fot. iStock)
Medycyna anti-ageing ma za zadanie spowolnić starzenie organizmu we wszystkich aspektach, takich jak wygląd, poczucie siły, zdrowia, zadowolenia z życia. (fot. iStock)
W obecnych czasach medycyna przedłuża życie, ale nasze oczekiwania rosną i chcemy w miarę upływu lat zachować młodość. Ku takim potrzebom wychodzi naprzeciw medycyna estetyczna, czy chirurgia plastyczna. Ale czy zastanawialiście się, jak zatrzymać czas i zdrowie wewnątrz naszego ciała? Tu z pomocą przychodzi anti-ageing, czyli medycyna przeciwstarzeniowa.

Starzenie – na czym polega?

W skrócie mówiąc - na stresie oksydacyjnym. Co to takiego? Nasze komórki oddychając tlenem, pobierając pokarm i wodę wytwarzają tzw. wolne rodniki tlenowe, które są ubocznymi produktami metabolizmu. Te wolne rodniki tlenowe nas uszkadzają. Zauważmy, że abyśmy dobrze czuli się w swoim ciele, bardzo ważnym aspektem są zdrowe komórki naszego ciała, a im więcej rodników tlenowych, tym gorzej dla naszego materiału genetycznego i dla naszych komórek. Wolne rodniki tlenowe powodują m.in. uszkodzenie naszego DNA (w tym telomerów - fragmentów chromosomów, zlokalizowanych na ich końcach, które zabezpieczają je przed uszkodzeniem podczas kopiowania.)

Warto zaznaczyć, że jednym z czynników, które wpływają na przyspieszone starzenie jest otyłość. Polska jest obecnie jednym z krajów europejskich, gdzie występuje największa otyłość wśród dzieci.

Dodam też, że nasze organizmy mają różne zdolności do usuwania rodników tlenowych.

Przyczyna wolnych rodników

Tworzenie wolnych rodników powodują: stres, pośpiech, chroniczne napięcie nerwowe, palenie papierosów, spaliny samochodowe, brak aktywności fizycznej, szybkie jedzenie, wysoko przetworzone produkty żywnościowe itd., czyli obecny styl życia. Dodam, że mięso czerwone też jest niekorzystne dla naszego zdrowia i nasila nie tylko produkcję wolnych rodników, ale także stan zapalny w organizmie. Doskonale widać to u pacjentek chorujących na endometriozę, które po spożyciu wołowiny mogą mieć nasilenie dolegliwości bólowych i rozwój ognisk zapalnych endometriozy (endometrioza to choroba polegająca na występowaniu błony śluzowej macicy poza nią, co powoduje różne dolegliwości, w tym bólowe). Zatem zweryfikujmy naszą dietę pod tym kątem.

Genetyka i antyoksydanty

Na pewno dużą rolę w wytwarzaniu wolnych rodników tlenowych odgrywa czynnik genetyczny. Myślę, że znacie osoby i ich rodziny, które długo wyglądają młodo, są sprawne i wolno się starzeją. Jednak geny genami, ale procesy usuwania wolnych rodników tlenowych można wspomóc! Z pomocą przychodzą nam antyoksydanty.

Antyoksydanty to produkty występujące w żywności, które niwelują stres oksydacyjny i powstawanie wolnych rodników tlenowych. Należą do nich: aronia, jagody, fasole, żurawina, buraki, porzeczki, maliny, truskawki, kakao, orzechy, ziarna, wino czerwone niefiltrowane. Dodatkowo w naszej diecie warto sięgnąć po zioła. Te o największej mocy określane mogą być akronimem TOR (który wymyśliłam, aby pacjenci łatwiej zapamiętali), czyli T-tymianek, O-oregano, R-rozmaryn. Doskonałym źródłem tych zbawiennych substancji jest również kurkuma, a także cynamon i goździki – przyprawy, które można dodać do kompotu, czy słodkiej potrawy. Zachęcam do używania przypraw oraz spożywania owoców, szczególnie tych ciemnych z drobnymi pestkami.

Co ponadto wpływa na lepsze usuwanie wolnych rodników tlenowych? - Zwykle są to rzeczy, na które nie mamy ani ochoty, ani czasu, jak aktywność fizyczna, czy post przerywany (robienie dłuższych przerw w niespożywaniu pokarmów).

Na koniec jeszcze odniosę się do wina. Mimo, że jest ono źródłem antyoksydantów, jest to także alkohol i należy kontrolować jego spożycie, aby się nie uzależnić.

dr n. med. Luiza Napiórkowska specjalizuje się m.in. w medycynie anti-ageing (fot. archiwum prywatne) dr n. med. Luiza Napiórkowska specjalizuje się m.in. w medycynie anti-ageing (fot. archiwum prywatne)

Dr n. med. Luiza Napiórkowska: specjalista endokrynologii i diabetologii, lekarz chorób wewnętrznych. Ma 20-letnie doświadczenie kliniczne, zdobywane m.in. w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Brazylii oraz w Polsce – w Klinice Endokrynologii i Diabetologii CSK MSWiA w Warszawie. Od 2019r. jest autorką bloga medycznego „Okiem Doktor Luizy”, poprzez który realizuje swój cel szerzenia profilaktyki zdrowotnej. Regularnie publikuje także w mediach społecznościowych, gdzie towarzyszy jej aktywna społeczność (prawie 70 tys. osób).

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Moda i uroda

Moda 50+. Jak wyglądać stylowo po 50 roku życia?

Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline;
Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Od lewej: Helena Norowicz w sesji dla „Zwierciadła” 6/2019; Joan Didion w reklamie dla Céline; Lidia Popiel, Eppram (Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Dziś ikoną stylu możesz zostać w wieku 50 lat, a gwiazdą Instagrama – 60, pierwszą głośną książkę napisać w wieku 70 lat, a tatuaż zrobić sobie po osiemdziesiątce. Rozumieją to moda i popkultura, które przestają pokazywać i sprzedawać nam jedynie wycinek społeczeństwa.

Piękna, spełniona kobieta o siwych, delikatnie opadających na ramiona włosach w dużych okularach muchach i czarnym półgolfie. Joan Didion w kampanii z 2015 roku domu mody Céline nie jest jedynym przykładem tego, że od kilku lat moda wysoka nie opiera się już wyłącznie na nastolatkach. Zdjęcia 80-letniej wówczas ikony amerykańskiej i światowej literatury, autorki takich książek jak „Rok magicznego myślenia” czy „The White Album” momentalnie opanowały magazyny drukowane i Internet. Rok później polska marka Bohoboco zaprosiła do kampanii równolatkę Didion, aktorkę i modelkę Helenę Norowicz.

Po paru miesiącach gwiazdą kampanii bielizny Calvina Kleina i wybiegu Bottegi Venety została 73-letnia Lauren Hutton, a reklamy hiszpańskiej firmy Mango – 63-letnia profesor Uniwersytetu Nowego Jorku Lyn Slater, której profil na Instagramie @iconaccidental śledzi obecnie 750 tysięcy obserwujących.

I ten trend się utrzymuje! Kampanie, okładki i sesje zdjęciowe światowych magazynów otworzyły się szeroko na starsze modelki, aktorki czy wokalistki. Joni Mitchell wystąpiła w kampanii Saint Laurent, Iris Apfel – u Kate Spade (obydwie reklamy z 2015 roku), a Stevie Nicks, muza Alessandra Michelego z Gucci, podczas pokazu jego kolekcji cruise 2020. Z kolei w Polsce bohaterką najnowszej kampanii Big Star została 60-letnia Katarzyna Przewłocka, która potwierdza, że kojarzony z modą młodzieżową dżinsowy total look wygląda świetnie na osobach w każdym wieku. A w kampanii najnowszej kolekcji Eppram, marki założonej przez Julię Kuczyńską (Maffashion) i Lanę Nguyen, jedną z modelek została 61-letnia Lidia Popiel. I nie są to odosobnione przypadki.

Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe) Lyn Slater, Mango; Joni Mitchell w kampanii Saint Laurent; Barbara Stanisławska w swojej pierwszej sesji mody, „Zwierciadło” 3/2020. (Fot. materiały prasowe)

Hit za hitem

Także branża filmowa, do niedawna tak uparta w stawianiu na nowe i młodociane twarze, zaczyna rozumieć, że wiek jest jedynie liczbą. „25 lat? To już nie jest młodość w tym biznesie” – usłyszała podczas przesłuchania w późnych latach 50. w Hollywood Joan Collins. Dzisiaj coraz częściej czytamy, że pięćdziesiątka, sześćdziesiątka, a także osiemdziesiątka jest nową dwudziestką. „Dużo więcej uwagi poświęca się głębszym, poważniejszym tematom i starszym bohaterom” – mówi Lily Tomlin, gwiazda hitu Netflixa „Grace & Frankie”, w którym gra u boku Jane Fondy. Aktorka nie spodziewała się, że serial odniesie taki sukces. Obecnie (z przerwami spowodowanymi światową pandemią) nagrywany jest jego siódmy sezon.

Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu 'Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix) Lily Tomlin i Jane Fonda w serialu "Grace & Frankie. (Fot. materiały prasowe Netflix)

Dzięki takim platformom, jak Netflix, HBO Go czy Amazon Prime, produkuje się coraz więcej wieloodcinkowych programów o różnorodnych tematach, z czego korzystają aktorzy w każdym wieku. Choćby 71-letnia Jessica Lange, która wciąż jest na szczycie kariery. Od 2010 roku dostała trzy nagrody Emmy i wciąż otrzymuje role w najbardziej wyczekiwanych serialach, jak „American Horror Story”, „Konflikt: Bette i Joan” czy „Wybory Paytona Hobarta”. Podobne sukcesy odnoszą: Helen Mirren, Jane Fonda, Susan Sarandon, Jennifer Aniston czy Julianne Moore. Na rozdaniu nagród Emmy w 2017 roku aż 14 z 19 aktorek nominowanych za główne role miało powyżej 40 lat (więcej niż połowa z nich ponad 50), w tym gronie znalazły się Reese Witherspoon i Nicole Kidman za „Wielkie kłamstewka” – jeden z największych serialowych hitów ostatnich lat.

71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe) 71-letnia Jessica Lange wciąż jest na szczycie kariery (Fot. materiały prasowe)

Prawda i naturalność

Można powiedzieć, że popkultura dorosła do tego, by poświęcać uwagę dojrzałym kobietom. Zrozumiała, że pokazywanie jedynie wycinka społeczeństwa wcale nie jest dobrą strategią. Zmarszczki na wielkim ekranie czy okładkach magazynów stały się nie tylko akceptowalne, ale i pożądane. Przeszkadzają nam za to sztucznie wygładzone twarze. Chcemy prawdy i naturalności. „Następnym krokiem byłoby w ogóle o tym nie mówić. Nie sądzę, żeby mężczyźni o tym rozmawiali. Starzenie się jest po prostu normalne! […] To żałosne, kiedy słyszę, że jakiś 55-letni aktor nie zagra u boku 42-letniej kobiety, ponieważ jest dla niego za stara. Ludzie już tego nie kupują” – mówi amerykańska aktorka Patricia Arquette, nawiązując do tego, że przez lata siwiejący mężczyźni z bruzdami na skórze uznawani byli za seksownych, a kobiety w podobnym wieku nie miały szans na dobre role.

Podobnie zmienia się podejście do różnicy wieku. Mężczyzna z o połowę młodszą partnerką? Żaden problem! Wystarczyłoby odwrócić sytuację, by brwi odbiorców uniosły się znacząco do góry, sugerując oburzenie i zdziwienie. Dzisiaj kibicujemy Heidi Klum (47), która w zeszłym roku wzięła ślub z Tomem Kaulitzem (31), Madonnie (62), która spotyka się z 20-letnimi mężczyznami, czy ikonie francuskiego stylu Brigitte Macron (67), żonie o 25 lat młodszego prezydenta Francji Emmanuela Macrona.

Wreszcie żyjemy w świecie, w którym przyjmowana do królewskiej rodziny księżniczka nie musi być nastoletnim niewiniątkiem, ale doświadczoną życiowo 37-latką (Meghan Markle), 72-latka może spełnić marzenia o zostaniu pisarką (Katherine Ashenburg, autorka książki „Sofie & Cecilia”), a bycie ikoną stylu nie wymaga odpowiedniej metryki.

Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe) Carmen Dell’Orefice na okładce najnowszego meksykańskiego „Harper’s Bazaar” 10/2020; Katarzyna Przewłocka w kampanii dla Big Star; Irena Wielocha @kobieta.zawsze.mloda była naszą bohaterką w sesji beauty 10/2020. (Fot. materiały prasowe)

Styl nie zna wieku

„Mam 53 lata i po prostu chcę wyglądać zdrowo, stylowo i nowocześnie, a nie młodziej. I chcę mieć znaczenie, nawet z moimi zmarszczkami. Jesteśmy ważnymi wzorami do naśladowania dla młodych dziewczyn. […] Wreszcie niektóre marki zaczynają ze mną rozmawiać, ale zajęło im dużo czasu, zanim zrozumiały naszą siłę” – mówiła w 2017 roku redaktorka mody Alyson Walsh, autorka bloga That’s Not My Age (ang. to nie mój wiek).

W samej Wielkiej Brytanii osoby powyżej 65. roku życia wydają na ubrania 6,7 miliarda funtów rocznie. To zadziwiające, że do niedawna w ogóle nie były przez marki odzieżowe brane pod uwagę pod kątem reprezentacji w reklamach i przekazie wizualnym. Dopiero pięć lat temu Rebecca Valentine założyła agencję Grey Model Agency dla starszych modeli i modelek, reprezentującą obecnie setki nazwisk, coraz częściej wykorzystywanych w prestiżowych kampaniach międzynarodowych brandów. I dotyczy to wszystkich kolekcji.

Wspomniana Helena Norowicz wystąpiła ostatnio w kampanii sukni ślubnych polskiej marki Laurelle, a 89-letnia modelka Carmen Dell’Orefice, która pozuje od 15. roku życia, nie zamierza przejść na emeryturę. Chodzi po wybiegach, pozuje na okładkach. Jej najnowsza to ta z października 2020 roku dla meksykańskiego „Harper’s Bazaar”. Podobnie jej koleżanka po fachu, 55-letnia Yasmin Le Bon, która jedynie w 2020 roku wystąpiła w kampanii reklamowej Alberty Ferretti i Fendi oraz chodziła po wybiegach Tommy’ego Hilfigera, Jeana-Paula Gaultiera, Fendi czy Preen by Thornton Bregazzi.

Syndrom (nie)widzialnej kobiety

Moda bez wieku stała się już ruchem, który podkreśla, że data urodzenia nie wiąże się z nakazem noszenia pewnych ubrań i koniecznością rezygnacji z innych. Poza tym dzięki rozwijającej się medycynie, świadomości odpowiedniego odżywiania i powszechnej kulturze sportu jesteśmy coraz zdrowsi i dłużej żyjemy. Mamy też dużo więcej możliwości. Pod hashtagami #50fitandfabulous i #fitfab50 kryje się na Instagramie łącznie ponad sześć milionów publikacji, co świadczy o tym, że na przekór syndromowi niewidzialnej kobiety – zgodnie z którym kobiety po 40. roku życia zaczynają się wycofywać z życia publicznego – chcemy być widziane; i jesteśmy, bez względu na wiek. Potwierdza to też największa gwiazda stylu ulicznego ostatnich sezonów – Celine Dion. Piosenkarka, tuż przed pięćdziesiątką, coraz odważniej zaczęła eksperymentować ze swoim sposobem ubierania się, a jej każdą stylizację publikowano na stronach i w mediach społecznościowych najbardziej prestiżowych magazynów mody pod stworzonym przez „Vogue’a” hashtagiem #celinetakes­couture. Dion została prawdziwą it girl. Raper Drake już zapowiedział, że zamierza zrobić sobie tatuaż z jej wizerunkiem. A skoro jesteśmy przy tatuażach, aktorka Judi Dench zrobiła sobie pierwszy w wieku 81 lat. Na jej nadgarstku widnieje teraz napis: carpe diem.

Podczas gdy dla poprzednich pokoleń menopauza równoznaczna była z zamknięciem w domowym zaciszu z parą wygodnych kapci pod ręką, dzisiaj kobiety w każdym wieku, podobnie jak Dench, chwytają dzień.

73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE) 73-letnia Lauren Hutton, Bottega Veneta, lato 2017; 55-letnia Yasmin Le Bon, pokaz Fendi, lato 2020; Debbie Harry, Coach, zima 2020. (Fot. IMAXTREE)

Nie anti, ale slow lub smart

To nie koniec rewolucji. Amerykański magazyn „Allure” już dwa lata temu ogłosił, że nie będzie na swoich łamach używał określenia „anti-aging”, które znamy z reklam kremów przeciwzmarszczkowych, a które w swoim rdzeniu obok słowa „starzenie” zawiera człon „anty-”, sugerujący, że upływ czasu jest czymś negatywnym. Jak mówi redaktor naczelna magazynu Michelle Lee, czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie, termin ten wzmacnia przesłanie, że starzenie się jest stanem, z którym trzeba walczyć. Począwszy od lat 80. XX wieku, miał przekonywać do zakupu nowych kremów starsze klientki, niektórzy twierdzą jednak, że przybrało to formę zastraszenia. Nie będziesz atrakcyjna, póki nie będziesz stosować produktów anti-aging, które mają służyć wymazaniu wieku. Kolejnym absurdem było reklamowanie ich przez 20-letnie modelki; znów jakby nie wypadało pokazywać na ekranach kobiet, do których produkt jest autentycznie skierowany.

Taki absurd nie może mieć już miejsca w dzisiejszym świecie, w którym kobiety w każdym wieku podbijają wybiegi, kino i popkulturę, a sektor produktów dla dojrzałych kobiet nadal się rozwija. Wycenia się, że do 2021 roku wart będzie blisko 270 miliardów dolarów. Nie chcemy już walczyć ze starzeniem, a jedynie mądrze je spowalniać (stąd coraz popularniejsze określniki „slow” i „smart”).

Jeszcze parę lat temu jakiś hollywoodzki producent mógł powiedzieć, że kariera w tej branży kończy się po 25. roku życia i większość widzów, a nawet aktorek, przyznałaby mu rację. Współczesne kobiety i ikony stylu udowadniają, że dziś życie zaczyna się niekiedy dopiero po pięćdziesiątce.

  1. Styl Życia

Osobno, ale razem. Cohousing - dom wielopokoleniowy w praktyce

(Fot. Owsch)
(Fot. Owsch)
Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Samotność zwiększa śmiertelność tak samo jak palenie czy otyłość. Na szczęście jest na nią lekarstwo. Nazywa się cohousing. Rozwiązanie to testują w praktyce pewne brytyjskie starsze panie. Same zaprojektowały dom, w którym chcą spędzić (aktywnie!) ostatnie lata życia, ciesząc się niezależnością tak długo, jak to możliwe.

Heidi mieszka pod 15. Ma krótkie siwe włosy, miłą aparycję pani po siedemdziesiątce, ale w jej oczach czai się łobuzerski błysk. – Dom spokojnej starości – to brzmiało w moich uszach naprawdę okropnie. Wiedziałam jednak, że będąc sama, nie poradzę sobie tak dobrze, jak bym chciała, a nie mam zamiaru być obciążeniem dla moich dzieci. Postanowiłam więc, że poszukam innego rozwiązania, innego sposobu – opowiada. Jest jedną z 25 kobiet, które mieszkają w Older Woman’s Co-Housing (OWCH). To minikompleks mieszkaniowy usytuowany w High Barnet w Londynie, zaprojektowany, zarządzany i zamieszkiwany przez grupę starszych pań. Średnia wieku: 73 lata. Każda z nich ma swoje niezależne i w pełni funkcjonalne, choć niewielkie mieszkanie (część posiada je na własność, inne są wynajmowane). Do dyspozycji mają także przestrzenie wspólne – dodatkową dużą kuchnię, salę spotkań, pokoje gościnne dla odwiedzających, duży ogród. Raz w tygodniu panie przygotowują wspólnie kolację dla bliskich i przyjaciół, na co dzień razem malują, zajmują się ogrodem, ćwiczą jogę. Dbają o siebie, pomagają w zakupach, a gdy któraś zachoruje, przynoszą zupę i zabawiają rozmową.

– Kiedy się starzejesz, na ogół przestajesz czuć się bezpiecznie, ale tutaj jest inaczej – tłumaczy Heidi i przyznaje, że podoba jej się życie we wspólnocie z kobietami, które myślą podobnie jak ona. – Czuję się niezależna. Mogę spędzić dzień, nie robiąc nic ponadto, że powiem „cześć” sąsiadce. Innego dnia zrobię lunch dla kilku osób. I każda z tych opcji jest OK. Znalazłam sposób, by czuć się samodzielną i silną tak długo, jak to możliwe – tłumaczy.

Coś od siebie

OWCH to znakomity przykład cohousingu (czyli współmieszkania) – mieszkaniowego konceptu, który może być rozwiązaniem wielu problemów starzejącego się i coraz bardziej zatomizowanego społeczeństwa. To inicjatywa oddolna. Zaczyna się od zawiązania pewnej wspólnoty – może to być grupa przyjaciół, grono osób o podobnych zainteresowaniach, filozofii życiowej, stylu życia albo na przykład w podobnym wieku. Grupa ta razem buduje dla siebie miejsce do życia (może to być blok, kompleks mieszkań czy osiedle domków) dostosowane do ich potrzeb. W przeciwieństwie do komuny tutaj każdy z mieszkańców ma swoją własną, niezależną przestrzeń mieszkaniową, ale równocześnie powstają też obszary wspólne – ogród, świetlica czy otwarta kuchnia, z których mogą i powinni korzystać wszyscy. – W cohousingu mieszkać może każdy, ale nie każdy będzie chciał – śmieje się Agnieszka Labus, naukowczyni i architektka, która zawodowo zajmuje się alternatywnymi i innowacyjnymi sposobami zamieszkania dla starzejącego się społeczeństwa. – To koncept, który wymaga wejścia w interakcję, dawania czegoś od siebie, zaangażowania. To właśnie dzielenie się z innymi mieszkańcami wiedzą, umiejętnościami czy pracą wnosi nową jakość – tłumaczy. Idea nie jest nowa. Za pierwszy cohousing uważa się powstałe w Danii na przełomie lat 60. i 70. Sættedammen. Wspólnotowe osiedle kilkudziesięciu domków, których mieszkańcy dzielą wspólną przestrzeń i kolektywnie animują życie społeczności. Cohousingi powstają na całym świecie. Idea ta szczególnie popularna jest w krajach skandynawskich i Holandii, gdzie funkcjonuje ponad 300 tego typu społeczności, ale z równym powodzeniem powstają one na przykład w Stanach Zjednoczonych. Większość tego typu miejsc jest wielogeneracyjna – w jednej przestrzeni mieszkają osoby starsze, rodziny z dziećmi czy single. Są jednak i takie, jak chociażby OWCH, które zamieszkiwane są wyłącznie przez seniorów. – Cohousing może przybierać różne kształty. Dla mnie jako architektki bardzo ważny jest w tym zjawisku proces partycypacyjny. Przyszli mieszkańcy aktywnie uczestniczą w całym procesie planowania i projektowania swojej przestrzeni – są zaangażowani w wybór i kupowanie działki, pracę z architektem (który bardzo często jest jednym z członków społeczności) czy doglądanie postępów w budowie, a także dobieranie wyposażenia wnętrz. To proces, który łączy, pozwala się lepiej poznać, wyjaśnić ewentualne niejasności i stworzyć fundamenty zgodnej egzystencji – tłumaczy. Podczas stażu na Uniwersytecie w Westminster Agnieszka Labus towarzyszyła między innymi grupie OWCH na etapie ostatnich ustaleń przed przystąpieniem do realizowania inwestycji. – Panie uzgadniały każdą, nawet najmniejszą decyzję, taką jak chociażby to, czy zmywarka powinna być w każdym mieszkaniu, czy może lepiej będzie zdecydować się na jedną w przestrzeni wspólnej – śmieje się Labus.

Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH) Wspólnota OWSCH to projekt rewolucyjny, bo tylko dla kobiet. Zdecydowało o tym razem jej 26 członkiń w wieku od 50 do 87 lat. (Fot. OWSCH)

Sąsiad najlepszy z możliwych

Droga, która prowadziła Heidi i resztę lokatorek OWCH do momentu podjęcia decyzji w kwestii zmywarki, była wyboista. I bardzo długa. Historia zaczęła się w 1998 roku, kiedy to dwie wówczas sześćdziesięcioparolatki, Madeleine Levius i Shirley Meredeen, usłyszały po raz pierwszy o idei cohousingu podczas warsztatów prowadzonych przez Marię Brenton z University of Wales. Po wykładzie poszły do pubu i postanowiły, że wybudują dla siebie dom. Na pierwsze spotkanie w domu Meredeen przyszło osiem kobiet. Nie miały żadnego przygotowania, doświadczenia, kontaktów. Ale były zawzięte i przekonane, że cohousing to rewelacyjne rozwiązanie. Miejsce dające tyle wsparcia i tyle swobody, ile im potrzeba. Liczyły, że uda im się zrealizować ten projekt w ciągu pięciu lat. Od pomysłu do realizacji minęło jednak niemal 20. Przez ten czas projekt przechodził wzloty i upadki, pojawiały się różne propozycje lokalizacji, trwała walka o dofinansowanie i włączenie miasta w realizację projektu, kolejne potencjalne mieszkanki dołączały do grupy i z niej odchodziły. Levius umarła w 2005 roku. Z pierwotnej ekipy założycielskiej tylko Meredeen doczekała dnia, kiedy 26 kobiet w wieku od 50 do 87 lat wprowadziło się do nowiutkich mieszkań w londyńskim Barnet. – Grupa kobiet, które się znają, dzielą wspólne wartości, robią wspólnie różne rzeczy i dbają o siebie nawzajem. Czy można wymarzyć sobie lepszych sąsiadów? – zastanawia się Maria Brenton. Ta sama, której wykład ponad 20 lat temu zainspirował Madeleine i Shirley do działania. Od tamtego czasu towarzyszyła ekipie OWCH we wszystkich posunięciach. Chociaż sama nigdy nie stała się częścią wspólnoty, jest wielką orędowniczką idei senioralnego cohousingu. – To sposób na uczynienie życia starszych osób zdrowszym, szczęśliwszym, bardziej aktywnym i, co ważne, niewymagającym zewnętrznej bądź instytucjonalnej opieki. To inicjatywa, która wzmacnia kobiety, dając im poczucie sprawczości, oddaje im decyzyjność we wszystkich sprawach dotyczących wspólnej przestrzeni i wspólnego życia – tłumaczyła w jednym z wywiadów. Dla wielu kobiet przeprowadzka do High Barnet była jak początek nowego rozdziału w życiu. – Może to i późny początek, ale to jeden z najlepszych momentów mojego życia. W czasach rosnącej społecznej izolacji, samotności to wspaniałe być częścią takiej grupy – śmieje się 74-letnia Janet Wood, członkini OWCH. To projekt rewolucyjny na skalę światową głównie dlatego, że wymyślony został jako miejsce przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Są wśród nich: lekarka, pielęgniarka, nauczycielka, projektantka, aktorka. Część z nich jest rozwiedziona, niektóre są wdowami, inne od zawsze były singielkami. Decyzja o tym, że mężczyźni nie mogą zostać członkami wspólnoty, była kolektywna. – To nie jest tak, że nienawidzimy mężczyzn. Chodzi o to, że to kobiety zazwyczaj pozostają osamotnione na starość i to one potrzebują wzajemnego wparcia – tłumaczy Shirley Meredeen.

Niezależność zaprojektowana

Dane i statystyki z ostatnich lat nie pozostawiają złudzeń. W Wielkiej Brytanii połowa osób po 75. roku życia mieszka sama. Powstało tu nawet ministerstwo ds. samotności. Dla większości z nich telewizja jest jedynym kontaktem ze światem. W Szwecji, w samym Sztokholmie, samotnie mieszka aż 58 proc. populacji. W Polsce wcale nie jest lepiej. Z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że co czwarte gospodarstwo domowe jest prowadzone przez jedną osobę. Według szacunków do roku 2035 odsetek takich gospodarstw ma wynieść 30 proc. Naukowcy nie mają wątpliwości, że samotność ma na nas wyniszczający wpływ. Julianne Holt-Lunstad, psycholożka z Uniwersytetu Brighama Younga, posiłkując się wynikami 70 badań naukowych, dowodzi, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym stopniu co otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Nicole Valtorta z Uniwersytetu Newcastle ustaliła z kolei, że prawdopodobieństwo ataku serca u osób osamotnionych rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem – o 32 proc. – Starzejące się społeczeństwo to duże wyzwanie dla administracji i architektów – przyznaje Agnieszka Labus i dodaje, że na całym świecie odchodzi się od koncepcji domów starców, stawiając na zapewnienie możliwie wygodnej starości w miejscu zamieszkania. – Mieszkania i miejską przestrzeń trzeba planować tak, by dawały niezależność jak najdłużej. To poprawia samopoczucie i daje energię do działania. Nie obciąża też budżetu opieki społecznej, a więc wydatków państwa. Co­housing to wbrew pozorom rozwiązanie oszczędne – mieszkańcy dzielą się kosztami, mają na przykład jeden czy dwa samochody do dyspozycji, zrzucają się na obecną na stałe opiekunkę czy serwis sprzątający. W przypadku cohousingu senioralnego ważne jest, by przestrzeń była dostosowana do potrzeb osób starszych, ale nie przypominała instytucjonalnych ośrodków pomocy. Elementy „pomocowe” trzeba wprowadzać z wyczuciem. W OWCH wszystkie kontakty i gniazdka są w zasięgu ręki osoby poruszającej się na wózku, na korytarzach montowane są poręcze, mieszkania zaplanowane są tak, by można było je dowolnie dzielić – w sytuacji, gdyby któraś z kobiet musiała zamieszkać z opiekunem.

– Ważne było to, by mieszkania, w których osoby starsze spędzają więcej czasu, były jasne, z dobrym dostępem światła dziennego (przeciwdziała ono depresji pojawiającej się często w starszym wieku), by na przykład sala wspólna spełniała standardy akustyczne dostosowane dla osób gorzej słyszących – opowiada Agnieszka Labus. Dodaje też, że istotne jest też to, by mieszkania usytuować nie na przedmieściach, ale blisko miejskiej infrastruktury: przystanków komunikacji miejskiej, szpitala, przychodni, sklepów, parków czy kina. Lokalizacja jest także ważna ze względu na bycie częścią społeczności lokalnej. Takie założenia jak cohousing zwykle są otwarte w wybrane dni dla ludzi z zewnątrz, ich mieszkańcy wychodzą z inicjatywą organizacji różnych wydarzeń integracyjnych.

Powrót do przyszłości

W Polsce pojawiają się pierwsze, pilotażowe inicjatywy nawiązujące do idei cohousingu. Na razie nie dotyczą tylko seniorek i seniorów. W Łodzi powstał Dom Wielopokoleniowy w zaadaptowanej XIX-wiecznej wilii, we Wrocławiu powstało osiedle Nowe Żerniki, w Warszawie przy ulicy Stalowej 29 trwają prace przed otwarciem kamienicy wielopokoleniowej. – Na razie tego typu rzeczy dzieją się u nas punktowo, nie systemowo. Bardziej wykorzystują one elementy co­housingu, niż realizują tę koncepcję w czystej postaci, ale i tak warto je doceniać – zauważa Labus. Jej zdaniem pojawienie się oddolnego cohousingu senioralnego w Polsce to kwestia 10–20 lat. Dzielenie, wspólna pralnia czy świetlica starszemu pokoleniu wciąż nie kojarzy się najlepiej, przypomina raczej czasy komunizmu niż wymarzoną opcję na starość. – Młodszym pokoleniom, dla których grupa przyjaciół często staje się rodziną z wyboru, takie wspólnotowe myślenie jest bliższe. Kiedy więc zaczną się zastanawiać, jak spędzić starość, pomysł cohousingu może trafić na podatny grunt – uważa Labus. Jej zdaniem jednak, aby takie koncepty można było wprowadzać w życie, konieczne będą zmiany systemowe. – Wciąż brakuje myślenia o konieczności wprowadzania podobnych rozwiązań. Oczywiście, jeśli ktoś jest zdeterminowany, to sobie jakoś poradzi, ale żeby było to rozwiązanie stosowane częściej, muszą zostać wprowadzone mechanizmy prawne, finansowe, które będą takie działania wspierać i ułatwiać.

Cytaty z wypowiedzi mieszkanek OWCH pochodzą z filmu „Senior House. How to do it”.