1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Intuicja - powinni uczyć jej w szkole

Intuicja - powinni uczyć jej w szkole

Często jesteśmy wspierani przez emocjonalne sygnały z naszego ciała. Nie powinniśmy ich lekceważyć. To właśnie jest intuicja. (Fot. iStock)
Często jesteśmy wspierani przez emocjonalne sygnały z naszego ciała. Nie powinniśmy ich lekceważyć. To właśnie jest intuicja. (Fot. iStock)
Nie można robić tego, co każą emocje. Trzeba je odczytać i z nimi podyskutować. Dopiero potem podjąć decyzję – radzi Antonio Damasio, profesor neuronauki, psychologii i filozofii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii.

Za pomocą drogiej aparatury do neurooobrazowania mózgu i pomiaru ciepłoty ciała udowodnił pan, że intuicja istnieje. Coś, co od tysiącleci uznawane było w religiach jako „wewnętrzny głos”, „trzecie oko”, zostało potwierdzone przez naukę. Czyli co? W dobie lotów kosmicznych mamy słuchać nieracjonalnych skurczów żołądka, które mówią nam czasami: „Uciekaj stąd”? Tak. Uważam, że mechanizm intuicji jest piękny i wyjątkowy.

I tani. Oczywiście. Zamiast zlecać kosztowne analizy jakiegoś przedsięwzięcia, można po prostu posłuchać, co mówi nam ten nasz szósty zmysł. Intuicja to skutek nieświadomego kumulowania doświadczeń całego życia. Podobnie jak komputer korzysta ona z naszych doświadczeń z przeszłości, analizuje je w nieświadomy sposób, poza racjonalnym myśleniem, znajduje reguły nimi rządzące. Kiedy mamy podjąć jakąś decyzję, pamięć dawnych doświadczeń zostaje automatycznie przywoływana. Zanim nasz racjonalny umysł zacznie zastanawiać się nad rozwiązaniem problemu, na pytanie „robić to czy nie robić” odpowiada ciało. Jeśli pamięć podobnych doświadczeń, jakie mamy za sobą, jest zła – doznajemy nieprzyjemnych odczuć, gdy zaś zapis w mózgu jest pozytywny – odczucia są przyjemne. Tę odpowiedź ciała nazwałem markerem somatycznym. On pomaga dostrzec pełny obraz sytuacji. W odróżnieniu od racjonalnego umysłu, który potrzebuje czasem wielu dni na powiedzenie „tak” albo „nie”, intuicja działa szybko, podpowiada nam: „Stop – tu musisz się zastanowić”.

Na przykład? Dostaje pani zlecenie, żeby zrobić ze mną wywiad, ale coś się pani nie podoba. Coś nie gra. Jakiś dyskomfort. Wtedy dobrze jest usiąść i przeanalizować za i przeciw. Może pani pomyśleć: „No dobra, ten Damasio jest znany, ale to, o czym mówi, jest skomplikowane, nie wiadomo, czy jakaś gazeta to kupi” albo „Zajmuje się skomplikowanymi zagadnieniami, ale to jest ciekawe – może da się na tym zarobić?”. Pani wybrała to drugie – zobaczymy, czy pani na mnie zarobi.

Intuicja przydaje się w pracy? Zdarza się, że ktoś podpisuje umowę o pracę, a ciało i trzewia mówią mu: „Uciekaj, to nie jest miejsce dla ciebie!”. W ten sposób nasze ciało próbuje nas ostrzec przed ukrytymi złymi zamiarami człowieka, z którym się spotykamy. Słuchajmy intuicji, nie lekceważmy jej, raczej przeanalizujmy, co tak naprawdę chce nam powiedzieć.

Gdzie w naszych mózgach umiejscowiona jest intuicja? Ktoś kiedyś zażartował, że dokładnie w takim miejscu, w które pukamy się w głowę, kiedy się nad czymś zastanawiamy... To nie jest jedno wydzielone miejsce. To hipokamp, ale także inne obszary naszego mózgu. Intuicja to wynik kooperacji obszarów pamięci mózgu z emocjami.

Dzwonek alarmowy mówiący, że coś jest nie tak, pochodzi z najstarszej części mózgu. Jest umiejscowiony w ciele migdałowatym nad rdzeniem kręgowym. Tam rodzą się przeczucia. Za pomocą obwodów nerwowych docierają potem do ośrodka wykonawczego mózgu znajdującego się w brzuszno-przyśrodkowej części kory przedczołowej mózgu. Tam właśnie zachodzi proces analizy i podejmowania decyzji. Przez połączone z ciałem migdałowatym drogi nerwowe, które prowadzą do organów wewnętrznych, odczuwamy reakcje somatyczne, np. „ból w trzewiach” wywołany zdenerwowaniem.

Czyli de facto podejmujemy decyzje, kierując się emocjami, a nie chłodną kalkulacją? Tak, to emocje pozwalają nam efektywnie podejmować życiowe decyzje. To, co na pierwszy rzut oka wygląda na działanie rozumu, to właśnie owe markery somatyczne, o których mówiłem. To one w sposób niekontrolowany dokonują za nas wstępnej selekcji informacji, zawężając pole możliwego działania. Sprawiają, że skrupulatne rozważanie każdej z opcji pod względem jej plusów i minusów nie jest konieczne do podjęcia dobrej decyzji. Pamiętajmy, że odczytywanie emocji, słuchanie ich jest nieodłącznym elementem dyskusji z samym sobą i podejmowania decyzji. Nie można robić tego, co każą emocje. Trzeba je odczytać i z nimi podyskutować. Dopiero potem podjąć decyzję.

Czy pomaga nam w tym ciało? Bardzo często jesteśmy wspierani przez emocjonalne sygnały z naszego ciała, których nie powinniśmy lekceważyć. To właśnie intuicja. Wszystko to, co nas zastanawia, powstrzymuje, i to zarówno przed złymi, jak i dobrymi rzeczami, to właśnie jest ten szósty zmysł. Moim zdaniem umiejętności odczytywania sygnałów z ciała powinno się uczyć w szkole. Podobnie jak refleksji i analizy tego, co się nam przydarza. Pamiętajmy, że de facto nigdy nie jesteśmy sami w podejmowaniu decyzji – partneruje nam zawsze intuicja. Od nas zależy, czy uznamy ten sygnał za pomocny, czy nie.

Dlaczego niektórzy mają dobry kontakt ze swoją intuicją, a inni słaby albo wręcz w ogóle go nie mają? Świetny kontakt ze swoją intuicją mają ci, którzy w ogóle mają dobre połączenie ze swoimi uczuciami. Myślę, że tak jak mamy różne twarze, wzrost i predyspozycje psychiczne, tak również mamy różną zdolność do odczytywania sygnałów z podświadomości. Wszystko wskazuje na to, że intuicja jest dziedziczna, że można ją przekazać w genach. Ale także w procesie wychowania: jeśli matka odczytuje sygnały płynące z podświadomości, z emocji, uważa je za cenne, wsłuchuje się w nie, to najprawdopodobniej jej dzieci będą działały w podobny sposób.

Pan uważa, że możemy się nauczyć kontrolować emocje? Tak. Ale nie zawsze jest to łatwe. Kiedy są zbyt mocne, po prostu nie jesteśmy w stanie nad nimi zapanować. Jednak możemy się nauczyć nimi zarządzać. Mówiąc „zarządzać”, mam na myśli, że wiemy, dlaczego właśnie takie emocje powstają, jakie uczucia ze sobą niosą i co konkretnie możemy z nimi zrobić. Wtedy oszczędzimy sobie cierpienia.

Dowiaduję się, że mój partner mnie zdradza. Jak mam skontrolować swoje emocje i oszczędzić sobie cierpienia? Wytoczyła pani najcięższe działa [śmiech]. Nie będę przekonywać, że nauka znalazła jakieś szczególne remedium na takie emocje, bo nie znalazła. W takim przypadku może tylko powiedzieć: „Tak, te silne emocje są uzasadnione, ale nie pozwól, żeby tobą zawładnęły”.

Jak? Może medytacja? Na pewno wyciszenie. Wielu naukowców na przestrzeni ostatnich 20 lat interesowało się, jak funkcjonują emocje, jaki mają wpływ na nasze ciała, fizjologię. Wiemy i możemy zobrazować, jak one działają na poszczególne części naszego ciała. A przede wszystkim na mózg, jego ciało migdałowate. To, czego jeszcze nie wiemy, to jaka jest chemia emocji.

Czy naukowców interesuje różnica między emocjami kobiety i mężczyzny, czy uznaliście, że są jednakowe? To ciekawe pytanie. Jako naukowcy uznajemy, że i kobiety, i mężczyźni mają dostęp do tego samego wachlarza emocji, nie ma tutaj żadnych różnic. Bardzo ciekawy jest fakt, w jaki sposób te emocje są pokazywane: kobiety i mężczyźni różnią się w okazywaniu złości, strachu. Poza tym naukowo udowodniono, że panowie – żeby rozwiązać konflikt – częściej uciekają się do agresji. Im silniejszy jest mężczyzna, tym częściej ucieka się do przemocy. To logiczne. Kobiety są bardziej skłonne do kooperacji niż mężczyźni. Oczywiście, to stereotyp, bo bywa także odwrotnie.

Czy neurobiologia może odpowiedzieć na pytanie, dlaczego kobiety są bardziej skłonne do wyrażania swoich emocji niż mężczyźni? Biologia i ewolucja to tłumaczą. Kobiety są matkami i już z tego powodu ich emocje muszą być bardziej czytelne. Dla dziecka, ale i dla otoczenia, przede wszystkim dla innych kobiet. Kobiety od samego początku ćwiczyły odczytywanie ekspresji innych, bo musiały budować relacje. Jeżeli opiekowały się dziećmi, były skazane na funkcjonowanie w grupie. Musiały nieźle sobie z tym radzić, bo gdy ojciec dzieci ginął w czasie polowania, od tego, czy zaakceptowała ją grupa, zależał jej byt. Dlatego kobiety są bardziej skłonne do ustępstw i kompromisów.

Antonio Damasion profesor neuronauki, psychologii i filozofii na Uniwersytecie Południowej Kalifornii, pracownik Instytutu Badań Biologicznych im. Jonasa Salka, członek wielu prestiżowych gremiów naukowych. Napisał kilka bestsellerowych książek, w Polsce ukazały się: „Błąd Kartezjusza”, „W poszukiwaniu Spinozy”, „Tajemnica świadomości”, „Jak umysł zyskał jaźń”. Jego publikacja pt. „Błąd Kartezjusza: emocje, rozum i ludzki mózg” była nominowana do nagród „Los Angeles Timesa” i została przetłumaczona na ponad 30 języków. Jego „Tajemnica świadomości” została uznana za jedną z najlepszych książek 2001 roku przez ranking „New York Timesa”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak pozbyć się blokad z naszego ciała? Rozmowa z terapeutką Marią Rozwadowską

W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie, nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. (Fot. iStock)
Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w naszym ciele odpuszczają – mówi terapeutka Maria Rozwadowska.

Alexander Lowen, twórca bioenergetyki, w książce „Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć” pisze, że pacjenci często wychodzą od niego radośni, ale nie trwa to długo, bo ten stan osiągnęli dzięki niemu, nie dzięki sobie. Jego zdaniem jako dorosłym jest nam trudniej odczuwać radość, niż wtedy, kiedy byliśmy dziećmi. Dlaczego tak się dzieje? Nawet dzisiaj rano miałam sytuację, która jest idealną ilustracją tych słów. W trakcie porannej śpiewanej modlitwy nasza 6-letnia córka zaczęła tańczyć, robić dziwne miny, śmiać się i wariować. A jak najczęściej reaguje rodzic w podobnej sytuacji, gdy chce opanować dziecko albo spieszy się do kolejnych zadań? Zwykle mówi: przestań się wygłupiać! Dziecko zapamiętuje to raz i drugi, po czym przestaje wyrażać siebie w naturalny sposób, z ciała. Bo w naszej kulturze naturalne, pierwotne, cielesne odruchy są ograniczane.

Gdy dorastamy, ogranicza nas także ego. Ego to jest nasz umysł i wewnętrzny kontroler odruchów ciała. Wyróżniamy jeszcze superego, czyli ten społeczno-kulturowy wymiar świata, w którym żyjemy. Tata, mama, nauczyciel, dla niektórych także ksiądz, to osoby mające największy wpływ na nasze zachowanie. Od najwcześniejszych lat dzieciństwa kształtują w nas przekonanie na temat tego, co wypada, a co nie. To symbole świata zewnętrznego, który często kastruje naszą pierwotną radość. Oczywiście, pewne ograniczenia są potrzebne do tego, żebyśmy mogli odnaleźć się w społeczeństwie. Jednak w wielu rodzinach przekonanie, że dzieci mają być grzeczne, ciche i nie przeszkadzać, potrafi bardzo skutecznie przykryć, niczym czarną płachtą, ich umiejętność wyrażania siebie. Sztuką jest dostrzeganie w pracy ze sobą i swoją świadomością tego, co w moim myśleniu czy zachowaniu nie jest moje, a płynie z zewnątrz. A co jest naturalne i dobre dla mnie.

Dlaczego rodzicom trudno jest wytrzymać to „wygłupianie się” dziecka? Prawdopodobnie gdy byliśmy dziećmi, kogoś drażniło takie zachowanie. Podświadomie myślimy więc: „jeśli ja nie mogłam, ty też nie możesz”. Oczywiście nie jest tak, że chcemy zrobić krzywdę swojemu dziecku, to działa w nas automatycznie, nie zdajemy sobie z tego nawet sprawy. Straciliśmy kontakt z własną spontaniczną radością, jesteśmy zmęczeni i chcemy mieć po prostu święty spokój. W ten sposób bronimy swoich granic. To, co możemy zrobić, to popracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem, czyli ukochać siebie, dać sobie czas, uwagę i spokój, których potrzebujemy. Nad tym właśnie pracuję z kobietami na warsztatach „Świadoma mama”, by mieć więcej cierpliwości i otwartości na wolność i wyrażanie emocji swojego dziecka.

A jaki związek ma ta przyblokowana radość z naszym ciałem? Jeśli dziecko krzyczy ze złości albo radośnie wygina się we wszystkie strony, a świat mówi mu „przestań”, to z lęku lub pod presją uspokaja się i wewnętrznie zamraża. Energia życia przestaje płynąć przez jego ręce, nogi, ciało. Pytanie: jaka emocja zostaje wtedy zamrożona? Złość, smutek, tęsknota? Wszystkie emocje, których nie mogliśmy swobodnie wyrazić w dzieciństwie, wpływają na nas najmocniej i jeśli to „przyblokowanie” trwa latami, jako dorośli zaczynamy żyć w twardej zbroi. Nasze ciało sztywnieje.

Czy praca z ciałem może pomóc w większym odczuwaniu radości? W pracy z ciałem kluczowe są oddech i ruch. Kiedy człowiek zaczyna oddychać głęboko i intensywnie – na przykład, jak radzi Lowen, poprzez wydobywanie z siebie długiego i głośnego dźwięku, który prowadzi nas do głębszego oddechu – to nagle ciało się rozluźnia. Zaczynamy zauważać płynące z niego sygnały i to, że mamy ochotę na konkretny ruch. Ta ochota nie przychodzi z głowy, ona obudziła się w ciele. Jeśli uda się za tym pójść, możemy odczuwać, jak ciało drga czy trzęsie się, bo chce wyrazić jakąś wcześniej zamrożoną emocję. Komunikuje nam, że jest gotowe, by się z nią spotkać, bo ma już dość życia w pancerzu.

Lowen twierdzi, że zarówno płacz, jak i śmiech idą z brzucha. Człowiek, który jest w stanie oddychać głęboko i potrafi tak samo głęboko płakać, czuje się dobrze sam ze sobą. To prawda. Energia może wtedy swobodnie przepływać, a my czujemy się zdrowi, radośni i pełni sił. Dla mnie radość jest efektem ubocznym tego, że wszystkie zamrożone blokady w ciele odpuszczają. To wolność wyrażania siebie. Ciało zaczyna się poruszać, energia przepływa z jednej nogi do drugiej i czujesz przyjemne mrowienie. Ja najczęściej osiągam ten stan w tańcu Pięciu Rytmów.

Czym jest taniec Pięciu Rytmów? Jest rodzajem tańca intuicyjnego, w którym muzyka pomaga nam puścić nasze ego i zrzucić skorupę. Czuję wtedy niemalże orgazmiczną radość, do której dochodzę po dwóch – trzech godzinach wirowania bez odpoczynku. Następuje moment, kiedy wyłączam umysł i nie myślę już o niczym. Czuję flow i całkowite odpuszczenie ciała.

Jakie jeszcze ćwiczenia mogą pomóc nam uwolnić radość z ciała? Lowen pisze o tym, że warto okładać pięściami swoje łóżko. Albo krzyczeć w aucie: „nienawidzę cię, mogłabym cię zabić!”. Podstawą ćwiczeń bioenergetycznych jest również kopanie. Nigdy nie sugeruję pacjentom konkretnego ruchu. Raczej podążam za nimi. Chcę, by sposób ich wyrażania siebie był swobodny i bardziej zgodny z ich naturą. Czyli zaczynamy od oddechu, podobnie jak Lowen, ale później skupiamy się na ciele i intuicyjnie sprawdzamy, dokąd nas ten oddech prowadzi. Ciało ma mądrość i samo powie: „teraz oddychaj i zobaczymy, co będzie dalej”. Czasem może zaprowadzić do stłumionej agresji w barkach i rękach oraz wywołać chęć uderzenia w coś, ale wtedy jestem pewna, że to nie ja kieruję tą energią, tylko idzie ona z ciała pacjenta.

Czy można wykonywać te ćwiczenia samemu, czy jednak warto, żeby ktoś przyjął naszą wyrażoną emocję? Ważne, żeby terapeuta był wtedy obok nas. Nawet bardzo emocjonalne doświadczenie nie daje nam bowiem umiejętności eksplorowania swojego ciała i energii w samotności. Jeżeli będziemy próbowali zrobić to w pojedynkę, umysł będzie nas od tego odrywał, trudno nam będzie się skupić. Druga osoba wspiera w tym procesie, pilnuje, żeby nie zapominać o głębokim oddechu, no i towarzyszy w trudniejszych momentach. Ludzie mają w sobie mnóstwo mechanizmów obronnych, które utrudniają ten proces, na zasadzie: „dobra, dalej to już nie wejdę” – one blokują nas przed ponownym poczuciem trudnych emocji.

Lowen uważał, że sztywność, inaczej przewlekłe napięcia mięśniowe, ma na celu tłumienie bolesnych uczuć. Kiedy podczas terapii bioenergetycznej uwalnia się owe napięcie, można oczekiwać, że do świadomości pacjenta przedostaną się trudne wspomnienia. I od umiejętności ich zaakceptowania i tolerowania zależy to, czy pacjent będzie umiał doznawać też uczuć przyjemnych. Nie lubię stwierdzenia: „zaakceptować to, co trudne” i myślę, że niewielu z nas lubi. A już na pewno nie cierpi tego nasze ego. Myślę, że wystarczy spotkanie z tym, co trudne, wyparte; sam fakt, że dostrzegamy daną emocję czy problem. Już to jest uzdrawiające. W ten sposób rozumiem proces akceptacji, wspólny dla każdego rodzaju terapii: Lowenowskiej, psychoanalitycznej czy ustawień Hellingera. Dostrzeganie zamrożonej emocji.

Czy koniecznie trzeba wracać do traum z dzieciństwa? Może wystarczy poczuć je w ciele? To wszystko zależy od tego, czego potrzebuje dana osoba – czy chce wiedzieć dokładnie, o co chodzi, czy wystarczy jej, że poczuje to, co zamrożone w ciele. Osoby związane z psychoanalizą stwierdzą, że trzeba jednak uświadomić sobie problemy z przeszłości. Natomiast ci, którzy zajmują się pracą z ciałem i oddechem, nie wchodzą tak głęboko. Ważna jest emocja, którą poczułam i nazwałam, pracuję z nią i uwalniam ją z ciała. Zresztą często jest tak, że gdy jesteśmy skupieni na procesie oddychania i wykonywania jakiegoś ruchu, nagle wizja z przeszłości pojawia się sama. I nie trzeba o to nawet pytać, jak robili to Jung czy Freud.

Postęp w analizie bioenergetycznej Lowena wynikał ze zmiany pozycji pacjenta w trakcie terapii z leżącej lub siedzącej, jak u Freuda, na stojącą. Taka pozycja pozwala ocenić, w jaki sposób ktoś jest ugruntowany – fizycznie i psychologicznie w relacji z ciałem. Ja wykorzystuje terapię oddechem biodynamicznym, tak że pacjent nie tylko stoi, ale też nieustannie się rusza i oddycha w ruchu. Jeśli się nie boisz i jesteś świadoma tego, że nic złego ci się nie stanie, bo masz u boku doświadczonego terapeutę – oddychasz mocniej i głębiej, a ciało zaczyna pozbywać się wszelkich blokad. Można wymiotować, pluć, intensywnie kasłać, trząść, uderzać o coś, krzyczeć.

To wszystko jest terapią bioenergetyczną? Tak. Cały czas jesteśmy pod wpływem jakiejś energii, tylko nikt nas tego nie uczy, dlatego trudno jest nam to zrozumieć. Medycyna chińska i tybetańska mówią o siedmiu czakrach, czyli kanałach energetycznych w ciele. Zajmuje się nimi akupunktura, polegająca na nakłuwaniu i pobudzaniu miejsc supełków energii, żeby je rozplątać.

Jakie części ciała i emocje mamy przyblokowane najczęściej? Pracuję z kobietami, które zwykle zgłaszają się z problemem zamrożenia w okolicy miednicy lub z miednicą mocno cofniętą, tak, że pojawia się lordoza. A za cofniętą miednicą stoi zwykle jakaś historia nadużyć seksualnych. Kobiety przychodzą też z zimnymi stopami, jak również z pochylonymi plecami czy garbami, które pokazują, że coś ciężkiego na tych ramionach niesiemy lub przed czymś się zasłaniamy. Za każdą zmienioną sylwetką stoi jakaś bolesna historia.

Przygarbiona sylwetka może oznaczać też brak ruchu albo to, że ktoś długo i często pracuje w tej pozycji na komputerze... Ale czemu ktoś zaczął siedzieć w ten sposób? Bo w przygarbionej pozycji było mu wygodnie i bezpiecznie. Za chowaniem klatki piersiowej mogą stać różne sytuacje, jak próba ukrycia się przed krzykiem rodziców. To rodzaj ochrony swojego ciała, jak ślimak wchodzimy do skorupki. To, co widzę u pacjentów najczęściej, to sztywność ciała. Ludzie chodzą jak roboty. Bo ktoś musiał być grzeczny, cichy, posłuszny, i taki już został. Przestał wyrażać to, co chciał – smutek, złość, radość, lęk. No i zesztywniał. A życie w zbroi oznacza, że zakładamy potencjalny atak lub zagrożenie dla naszego życia. Jest to psychiczny i fizyczny stan gotowości do walki o przetrwanie. Ilość energii, którą pochłania ten stan, nie pozwala nam cieszyć się życiem.

Jakie ćwiczenia fizyczne na uwolnienie energii z ciała stosujesz najczęściej? Co pomaga ci odczuwać radość? Podoba mi się to, że Lowen kładł swoich pacjentów wygiętych mocno do tyłu na krześle bioenergetycznym. W ten sposób otwiera się klatkę piersiową i łatwiej jest wejść w głębszy oddech. Codziennie stosuję też oklepywanie ciała: pukasz delikatnie palcami w różne miejsca na ciele, zwane meridianami: ręce, nogi z przodu, z tyłu, nadnercza, nerki – co powoduje, że mówisz: „rusz się” do swoich miejsc energetycznych. Inspiruję się też metodą ćwiczeń tai-chi, dzięki którym energia w ciele zaczyna się budzić i płynąć.

Jednak najbardziej lubię pracować z tańcem intuicyjnym. Muzyka świetnie oddaje emocje, a tupanie przy bębnach i pierwotnej, rytmicznej muzyce kontaktuje nas z męską energią agresji. Nawet jeśli w trakcie takiego tańca nasza głowa mówi nam: „nie rozumiem, co tu się dzieje”, to jest to niezwykle życiodajna energia. Kończysz taki seans i masz energię do życia.

A co to znaczy poddać się swojemu ciału? Jak to zrobić? Poddawanie się to podążanie za ciałem, słuchanie go, bo ciało codziennie coś ci mówi. Tylko najpierw musisz wyjść ze swojego ego, z kontroli umysłu, choćby poprzez taniec. Ważna jest też świadomość ciała. Kiedy jej nie mamy, przestajemy rozumieć, że jesteśmy zmęczeni albo że ktoś nam przed chwilą zrobił przykrość, tylko bierzemy kieliszek wina, tabletkę albo kawę. Zagłuszamy nasze ciało, aż pojawia się ból lub schorzenie.

Jak sprawdzić, czy jesteśmy w kontakcie z naszym ciałem? Zdarza się, że kiedy proszę kogoś, aby się zrelaksował, często w ogóle nie wie, o co mi chodzi. Nie widzi różnicy w ciele między relaksem a napięciem. Ma permanentny stan kontroli ciała. Wtedy zalecam masaż i odczucie tego, co to znaczy relaks. Dopiero później można próbować pracy ze świadomym oddechem i ruchem.

Jak już skontaktujemy się z tym, co trudne, i dojdziemy do radości, to co nam to da? Ja na przykład przestałam czuć większość dolegliwości: bóle głowy, pleców, karku, nawet bóle menstruacyjne. Dzięki temu pojawia się u mnie nadwyżka energii, która zamienia się w siłę życiową i kreację.

Maria Rozwadowska, doktor psychologii społecznej na Uniwersytecie SWPS, certyfikowana terapeutka ustawień systemowych, terapeutka Reiki oraz Theta Healing (poziom podstawowy). Pracuje takimi metodami jak koherencja serca, tai chi czy taniec intuicyjny. Prywatnie mama trójki dzieci.

Ćwiczenie SKŁON

Poprawia przepływ energii w nogach, a dodatkowo wzmacnia poczucie bezpieczeństwa. Jest to dość znana pozycja stanowiąca część chińskiego systemu tai chi. W oryginalnej wersji stoi się ze stopami szeroko rozstawionymi, kolana są ugięte, a ciało delikatnie wygięte w łuk do tyłu. Aby utrzymać się w takiej pozycji, należy umieścić pięści w dolnej części pleców. Ułatwia to głębsze oddychanie. Lowen, prowadzony intuicją, odwrócił tę pozycję, pochylając ciało do przodu, tak aby palce dotykały podłogi. Stopy powinny być lekko rozstawione i skierowane do wewnątrz. W tej pozycji można poczuć bliskość ziemi, a opierając ciężar ciała na stopach i powoli prostując kolana – doświadczyć wibracji w nogach.

Więcej w książce: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. 

Polecamy książkę: 'Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć', Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca. Polecamy książkę: "Radość. Naucz się wyzwalać energię stłumionych uczuć", Alexander Lowen, wyd. Czarna Owca.

  1. Psychologia

Jak odnaleźć swoją wewnętrzną Czułą Przewodniczkę? Rozmowa z terapeutką Natalią de Barbaro

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Składamy się z różnych kawałków i rozmaitych wewnętrznych postaci. Niektóre skrywamy, inne chętnie prezentujemy światu. Ale kim tak naprawdę jesteśmy? Natalia de Barbaro, psycholożka, mówi, że jeśli wciąż zadajemy sobie to pytanie, to znaczy, że potrzebujemy przewodniczki. Czułej Przewodniczki. 

Kim jest Czuła Przewodniczka, o której piszesz w swojej najnowszej książce? Na wiele sposobów mogłabym odpowiedzieć na to pytanie. Na przykład, że jest metaforą naszej wewnętrznej mądrości. Tym z nas, które lubią myśleć i czuć w kategoriach wewnętrznych postaci, powiedziałabym, że jest jej bardzo blisko do postaci, którą Clarissa Pinkola Estés, autorka „Biegnącej z wilkami”, nazwała „Kobietą, Która Wie”. Czyli wewnętrzną strukturą, która jest mądrzejsza, życzliwsza i bardziej czuła niż nasze odruchy wobec siebie.

A tym, które nie znają książki Estés, powiedziałabyś, że Czułej Przewodniczce jest blisko do intuicji? Do Wewnętrznego Dorosłego, znanego z Analizy Transakcyjnej? Z określeń, które już znamy, jest jej rzeczywiście najbliżej do intuicji. Na pewno to też struktura bardziej dojrzała, ale tak naprawdę to jest pytanie do każdej kobiety lub też każdego mężczyzny, którzy mają gotowość zamknąć oczy i sprawdzić, jaką postać przyjmują w nich ich Czułe Przewodniczki czy Czuli Przewodnicy. Moja Czuła Przewodniczka nie jest taka sama jak twoja. Mam aspirację, by ta książka była końcem nitki, którą można złapać i po niej dojść do kłębka. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli będziemy pytać o zewnętrzne wskazówki, jak ją w sobie odkryć, zamkniemy sobie drogę do wewnętrznego poznania.

Podtytuł książki: „Kobieca droga do siebie” sugeruje, że często tę drogę do siebie tracimy. Dlaczego? Dziecko, które się rodzi, jest w całkowitym kontakcie ze sobą, potem jednak, dorastając i dopasowując się do pewnych wzorców czy ról, rozpoczyna drogę do świata, ale od siebie. Nie wiem, czy zaryzykować hipotezę, że dzieje się tak bardziej w przypadku kobiet niż mężczyzn, ale mam przeczucie, że tak. Czuła Przewodniczka jest kimś, kto w momencie, kiedy jesteśmy już bardzo daleko od siebie, staje na naszej drodze i – jeśli ją dostrzeżemy – mówi: „Mogę cię poprowadzić z powrotem”. I nie jest to droga, która wiedzie do przodu, raczej w głąb.

Czuła Przewodniczka jest tylko jedną z wewnętrznych postaci, o których piszesz. Opisujesz też trzy siostry: Potulną, Królową Śniegu i Męczennicę. To one nas tak trzymają we władzy, że zapominamy o sobie? Przede wszystkim zachowujemy się różnie zależnie od okoliczności. Wyobraźmy sobie, że na zebraniu dyrektor unosi krytycznie brew, a ja wtedy, nawet często nieświadomie, kulę się pod jego wzrokiem. I teraz tak: mogę to zauważyć albo nie, a kiedy już to zauważę, mogę mieć na to nazwę czy metaforę albo nie. Ja tę postać nazywam Potulną. Wiem i widzę, że jest pewnym mechanizmem, który się we mnie pojawia w reakcji na czyjeś konkretne zachowanie, a skoro to wiem i widzę, mogę świadomie podjąć decyzję, czy tak się chcę zachować. Bo jeśli kulę się kilka razy dziennie, to wzmacniam w sobie Potulną, a nie swój mocny głos, zdaję się na pewną strategię, której się nauczyłam, więc nie żyję swoim życiem. Przestrzeń wolności, co świetnie opisywał Stephen Covey,  zawsze leży między bodźcem a reakcją.

Dla mnie w metaforze Czułej Przewodniczki jest istotny ten pierwszy człon: ona jest czuła. To nie jest GPS, to nie jest algorytm, który beznamiętnie szuka najkrótszej trasy. Czuła Przewodniczka pomaga nam przekształcić Potulną, Męczennicę i Królową Śniegu.

Jest coś, co łączy te trzy wewnętrzne postaci, te trzy strategie? Wszystkie powstały w paradygmacie braku i są oparte na strachu. Potulna się kuli, bo chce uniknąć czyjegoś gniewu czy dezaprobaty. Królowa Śniegu boi się, że jeśli nie będzie zasuwać w zawodach, których wynik jest jej duchowo obojętny, to zniknie z powierzchni tego świata, a Męczennica czuje, że jeśli nie piecze o północy muffinków do szkoły dla dzieci, to nie spełnia jakiegoś przepisu na kobiecość; że jeśli się nie będzie poświęcać dla innych, to nie dostanie miłości.

Z lęku żyjemy życiem, które nie jest zgodne z nami. Dla mnie zawsze bardzo bolesne jest, kiedy słyszę kobiety, które mają do siebie pretensje o to, że są nieszczęśliwe, choć mają zaznaczone wszystkie punkty ze swojej checklisty. Mówią: „Mam fajnego męża, świetne dzieci, pracę, dom, więc jak to jest, że budzę się rano i coś we mnie wyje?”. A przecież obiecywano im, że jeśli spełnią cudzy przepis, to będzie dobrze.

Droga powrotna to jest naprawdę żmudna praca, a nie jakaś magia polegająca na tym, że kupię sobie poduszkę z napisem „Love yourself” i będę miała robotę zrobioną. Ta praca polega między innymi na tym, żeby codziennie odwoływać się do wewnętrznej struktury, która jest czuła, mądra i przyjazna.

Swojej książki nie kończysz jednak w tym miejscu... Wierzę, że pod czułym spojrzeniem Przewodniczki mogą dokonać się pewne przekształcenia. Potulna może zmienić się w Dziką Dziewczynkę, idącą za swoimi potrzebami, pragnieniami i za radością. Królowa Śniegu – w Dorosłą, spokojną i pewną swoich zasobów kobietę. A z Męczennicy, która czuje, że musi się poświęcać, powstaje Serdeczna, która daje wtedy, kiedy ma (a przede wszystkim daje uczucie i wchodzi w bliskie relacje), a kiedy nie ma, to idzie odpoczywać.

To jest właśnie najciekawsze: te postaci nie są z gruntu złe, kiedyś nas ratowały, zresztą nadal to w pewnym stopniu robią, tylko ich myślenie jest przestarzałe. My nie mamy z nimi walczyć czy się ich pozbywać, ale je przekształcać. Taka jest idea. Operuję metaforą, to nie jest tak, że jakby mnie rozpruli, to znaleźliby siedem kobiet – czyli trzy przed przekształceniem, trzy po i Przewodniczkę – ale wierzę, że mamy w sobie różne głosy i postaci, mamy też wybór, za którymi z nich pójdziemy, które wzmacnimy, a które będziemy się starały zmieniać.

Niektórzy powiedzą, że taką pracę łatwiej jest wykonać, kiedy twoje dzieciństwo było jasne i pogodne. Wiele kobiet ma jednak doświadczenie dzieciństwa diametralnie różnego. W dobrym dzieciństwie też się zdarza ból, a w złym – też się zdarza dobro i ciepło. To nie tak, że wszystko jest czarno-białe. Ja mam 50 lat, więc poznałam już, co to lęk, smutek czy ból, chociaż rzeczywiście mam świetnych rodziców i jestem w kochającym się małżeństwie. Można jednak powiedzieć, że im trudniej ktoś miał – a znam wiele kobiet, które miały o wiele trudniej niż ja – tym większa potrzeba pewnej sprawiedliwości dziejowej, czyli tego, by w tę drogę powrotną ruszyć. Jednym z najokrutniejszych mechanizmów, jakie działają na świecie, jest dla mnie to, co Freud nazywał przymusem powtarzania. Czyli: miałeś ciężko, to dalej też będziesz miał ciężko, bo już to znasz.

Na warsztatach dla kobiet, które prowadzę, widzę cudowne osoby, które są pełne miłości i ciepła do własnych dzieci, choć same tego nie zaznały w dzieciństwie. Mówią: „Widzę, że moja babcia traktowała moją mamę tak, jak moja mama traktowała mnie, a teraz ja mam córkę i nie chcę się na to godzić, nie chcę tego powtarzać”. W tym jest ogromna odwaga, świadomość i mądrość. One chcą przerwać coś, co  nazywam berkiem pokoleniowym.

Przez wiele lat pracowałaś, i nadal czasem pracujesz, z managementem, firmami, światem biznesu, w pewnym momencie jednak poczułaś, że chcesz robić warsztaty tylko dla kobiet. Sądzisz, że to one bardziej tego potrzebowały czy ty? Twoje pytanie pochodzi z energii, która mnie częściowo męczyła. Białe-czarne, albo-albo. Jungiści nazywają ją „energią męską”, choć nie jest to energia „mężczyzn”. Moja dobra koleżanka, Maja Kuczmińska z „Tygodnika Powszechnego”, kiedyś powiedziała, że potrzebujemy pajęczyny, nie drabiny. A ten świat jest światem drabiny. W naszym kręgu kulturowym dominuje energia męska, energia działania, inicjowania, rywalizacji, a my wszyscy, nie tylko kobiety, potrzebujemy też energii kobiecej, czyli energii więzi, dialogu, uważności, powolności; energii, która nie mówi „albo-albo”, ale „i to, i to”. I taka jest też moja odpowiedź na twoje pytanie: zarówno ja, jak i one, myślę, tego potrzebowałyśmy.

Wiele kobiet pisze i mówi, że twoja książka trafiła w idealny moment w ich życiu. W mój też. Piszą i mówią o trzech rzeczach: że płakały się i śmiały na przemian, że to jest książka o nich i że trafiła w idealny moment w ich życiu. I że kupią ją swoim przyjaciółkom, co chyba najbardziej mnie wzrusza. Bo jest świadectwo tego, jaka więź jest między kobietami.

Zaczęłam ci zazdrościć snów. Moje nie są takie ciekawe. Są raczej ścinkami z dnia codziennego. Piszę tylko o najfajniejszych, też mam dużo takich o mieleniu codzienności. Że nie mogę gdzieś dojechać albo że prowadzę moje warsztaty dla kobiet, na które przychodzą sami faceci, i nie wiem, co z tym zrobić. Ten drugi sen często się powtarza. Może to przesłanie na temat tego, co czeka mnie w przyszłości?

Z tej zazdrości miałam ostatnio jeden sen. Śniło mi się, że wpadam do rwącej rzeki, która mnie niesie coraz dalej. Jestem przerażona, nie mam się czego złapać i czuję, że nadchodzi wielka fala. Mówię sobie: „no nic, trzeba się temu poddać”. I się poddaję. Fala mija, a ja delikatnie opadam na suchy brzeg. To, co zrobiłaś w tym śnie, jest bardzo zen. I przypomina mi pewne ćwiczenie, które lubię robić w samolocie, kiedy ląduje i zaczyna gwałtownie hamować. Pierwszym odruchem ciała jest się wtedy spiąć, a ja właśnie staram się kompletnie rozluźnić, jak kot, który spada z trzeciego piętra. To jest bardzo ciekawe ćwiczenie dla ciała: że możesz wybrać rozluźnienie. Coś takiego właśnie zrobiłaś w swoim śnie. To jest dokładnie to, o czym mówi Pema Chödrön, mniszka buddyjska: „Relax in the middle of the storm”, czyli: odpręż się w samym środku burzy. To najmądrzejsze, co można zrobić. Staram się to, z różnym skutkiem, ćwiczyć.

Opowiedz o warsztatach „Własny pokój”. Jak rozumiem nazwa wzięła się od apelu Virginii Woolf? Zgadza się. „Własny pokój” to przestrzeń spotkania kobiet, które chcą stanąć przed pytaniem: Kim ja jestem? Czym ja jestem? Ale kim, czym jestem poza rolami, które odgrywam. Pracujemy metodą kolażu, bo kobiety są na ogół wielowymiarowe, nie da się tego oddać jednym rysunkiem. Kleimy się ze skrawków, a potem kminimy nawzajem swoje autoportrety, żeby odsierocić te kawałki siebie, na które nie miałyśmy zgody, bo Potulna, Królowa Śniegu czy Męczennica mówiły w nas: „Nie pokazuj tego”. Idziemy więc w stronę przeciwną niż wstyd.

Sama też lubię robić kolaże. Raz na kilka miesięcy czuję potrzebę, żeby wykleić siebie – to mój rytuał i sposób na to, by cały czas być w kontakcie ze sobą. Zaznaczam, to nie jest mapa marzeń, bo ona zakłada, że nie jesteś w tu i teraz.

Podejrzewam też, że dobór zdjęć do takiego kolażu – w odróżnieniu od mapy marzeń –  nie bierze się z głowy, a z serca. Sklejasz coś, co ciebie porusza. Dokładnie tak. Przyjedź na moje warsztaty!

Z chęcią. Nasza rubryka nosi nazwę Mentorki. Jakie są twoje? To nie jest moje ulubione słowo, bo to znów kawałek pochodzący z hierarchicznego świata – jest ktoś, kto wie, i ktoś, kto nie wie i dopiero ma się dowiedzieć. Wolę świat kręgu, w którym siedzimy razem, równi, równe.

Czyli… siostry? Tak, wolę słowo „siostry” albo chociaż „nauczycielki”. Było dużo ważnych kobiet w moim życiu. Moja mama – bardzo czuję, że jestem z niej. Moje babcie, Marysia i Bajaszka, moje wspaniałe ciotki, Maria i Magdalena. Moje przyjaciółki. Ale też nauczycielki duchowe – Pema Chödrön, Byron Katie, Clarissa Pinkola Estés, Marion Woodman, Brené Brown, Elizabeth Lesser. Muzyczki – Joni Mitchell, Kate Bush, Tori Amos. Pisarki i poetki – Tokarczuk, Strout, Adichie, Carson, Rich. Setki innych. Mam wdzięczność wobec każdej z nich.

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

  1. Psychologia

Art coaching - uruchom swoje twórcze ja

Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy twórcami. Art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji i najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. (Fot. iStock)
Jeśli dopuścisz do głosu twórcze „ja”, ono nada kształt pragnieniom i lękom, a twoje życie nabierze własnego, niepowtarzalnego rysu. Tego uczy art coaching. Z Maciejem Bennewiczem rozmawia Katarzyna Kozakiewicz.

Czym jest art coaching? Art coaching zaprasza człowieka do takiego świata, którego on już często nie pamięta. Daje mu plastelinę, farby, klej i proponuje coś z tego zrobić. Dzięki temu zostają pobudzone te pokłady w mózgu, które są odpowiedzialne za kreatywność, twórczość. Dorosły człowiek budzi swoje Wewnętrzne Dziecko i zaprasza je do zabawy, do wałęsania się po innych przestrzeniach niż te, w których jest na co dzień. Powoduje to naturalne zespolenie się z własnymi zasobami i otoczeniem. To najprostsza droga do wyjścia poza schemat, do tego, aby zobaczyć rzeczy z innej perspektywy, w innym świetle. Coach poprzez techniki artystyczne zaprasza klienta do zrobienia czegoś inaczej.

I do zabawy. To naukowo stwierdzone, że potrzeba 10 tysięcy godzin aktywnego ćwiczenia, żeby uzyskać w czymś mistrzostwo. Jednak naukowcy odkryli też, że jeśli uczymy się lub ćwiczymy, dobrze się przy tym bawiąc, to mistrzostwo pojawia się znacznie szybciej. Czyli stan zabawy, wolności sprzyja szybkiemu uczeniu się. Badacze, tacy jak António Damásio, Vera F. Birkenbihl czy Temple Grandin, dowiedli, że człowiek w momencie zabawy jest najbardziej kreatywny. Doszli do wniosku, że ludzie mają zakodowaną w sobie sekwencję szukania, potrzebę doświadczania nowych rzeczy, tzw. chęć podważania zamkniętego wieczka. Możemy funkcjonować zgodnie z tą sekwencją, co prowadzi do radości i spełnienia. Albo możemy funkcjonować w sekwencji mniejszego lub większego lęku. Lęk zawsze prowadzi do automatyzmu, znieruchomienia, agresji albo ucieczki. Jeśli człowiek pozostaje w takim stanie, to ma ograniczony dostęp do ciekawych pomysłów, nie może w pełni się rozwijać. Większość działań wykonuje schematycznie. Ludzie, którzy na co dzień funkcjonują na zasadzie „jest możliwe tylko jedno właściwe rozwiązanie”, nie mają dostępu do swojej kreatywności. Przeciwieństwem schematu jest dobra zabawa, możliwość przekraczania granic. Im częściej działamy bez lęku, potrafimy się bawić, tym bardziej jesteśmy ciekawi świata.

Co zrobić, żeby mieć mniej lęków i większą otwartość na zabawę? Przypomnieć sobie, w jaki sposób wyglądał świat, gdy byliśmy dziećmi. Jeśli pamięć nas zawodzi, można poobserwować dzieciaki w naszym otoczeniu – swoje, sąsiadów, w domu, na podwórku. Jak funkcjonują, jak widzą rzeczy, jak ich doświadczają. Dzieci lubią się wałęsać, są w nieustającym ruchu. Stan dziecięcego wałęsania jest stanem naturalnym. Dzieci oczywiście też mają lęki, ale najczęściej ciekawość bierze nad nimi górę. Potrafią przekraczać granice swojego lęku, aby doświadczyć czegoś nowego. Czasami bywa to niebezpieczne, ponieważ nie znają jeszcze żadnych granic. I tu pojawia się dobrze zrozumiana rola rodzicielska – pokaż, opowiedz, naucz, ale nie kontroluj. Rodzice mogliby uczyć się od swoich dzieci tego, o czym sami zapomnieli.

Część ludzi mniej lub bardziej świadomie zaczyna odczuwać, że wyskoczenie z codziennego schematu jest ważne. Być może dlatego my, Polacy, tak bardzo pokochaliśmy podróże. Naszych rodaków można spotkać w najdalszych zakątkach świata. Wielu polskich podróżników to prawdziwi globtroterzy, nie wyjeżdżają gdzieś tylko po to, by leżeć nad basenem, ale raczej po to, żeby poznać, doświadczyć czegoś innego, nowego. Podróż jest często wyjściem ze strefy komfortu, czyli bezpiecznego, znanego obszaru. W wyniku robienia nowych rzeczy tworzą się nowe połączenia w mózgu, co pomaga odkrywać siebie.

Na kursach art coachingu uczestnicy korzystają z wielu środków ekspresji artystycznej – rysowania, malowania, pisania, lepienia… W jaki sposób zmienia to czyjeś postrzeganie? Pobudza twórczą część jego umysłu. Z dużym uproszczeniem możemy powiedzieć, że w mózgu mamy dwie struktury – umysł analityczny, czyli umysł inżyniera, oraz umysł twórczy. Z badań wiemy, że ten twórca jest nieśmiały i niemy, bardziej operuje obrazem, skojarzeniem. Nowa kora mózgowa i płat czołowy, który wykształcił się ewolucyjnie najpóźniej – dały człowiekowi mowę, czyli środek do precyzowania myśli. Dzięki mowie uruchomiły się też funkcje analityczne, zaczęliśmy się określać, nazywać, ale jednocześnie nasze mechanizmy twórcze zostały wyciszone przez racjonalizm. To oznacza, że w momencie, kiedy podejmujemy decyzję, mamy potrzebę, aby ją sobie uzasadnić logicznymi argumentami. Wygadany intelektualista w nas jest w stanie wszystko przegadać, uargumentować. To smutne, ale w dzisiejszych czasach język nie służy temu, żebyśmy się lepiej rozumieli, tylko żebyśmy się lepiej okłamywali.

Kiedy wykonujemy twórcze aktywności – rzeźbimy w glinie, malujemy, tworzymy, wykorzystujemy ekspresję ciała czy słuch – dopuszczamy do głosu kreatywną część, zapraszamy naszego niemego twórcę, aby znalazł własny język. Znajdujemy właściwy kanał ujścia ekspresji dla Wewnętrznego Dziecka, uczymy się komunikacji z tą zapomnianą, stłamszoną, a jakże istotną częścią siebie. Ma nam ona do powiedzenia ważne rzeczy – jak poprawić życie, od czego zacząć, co robić dalej. Im rzadziej dopuszczamy do głosu kreatywną część, tym bardziej jesteśmy schematyczni, a im bardziej jesteśmy w schemacie, tym częściej jesteśmy nieszczęśliwi. W świadomości człowieka odbywają się nieustające dialogi pomiędzy naturalnym talentem a tym, co mu kazano robić. Im więcej dookoła nakazów, zakazów, schematów, norm – tym więcej tracimy energii na spieranie się ze sobą. Często czego innego byśmy chcieli, a co innego podpowiada nam tzw. zdrowy rozsądek. Wtedy rodzi się frustracja.

Nieszczęśliwi ludzie to ci, którzy stracili kontakt z twórczą częścią siebie? Jest taka piękna historia, która znakomicie to obrazuje. Byli sobie dwaj chłopcy, którzy mieszkali w tym samym bloku, tej samej klatce i bardzo się przyjaźnili. Obydwaj grali w piłkę nożną. Jeden z chłopców, powiedzmy Krzyś, był uzdolnionym zawodnikiem, grał lepiej niż jego kolega, powiedzmy Marianek. Krzyś był synem wdowy, jego ojciec był kolejarzem. Mama nieustannie mu powtarzała, że piłkarz to żaden zawód, że może się pobawić z chłopakami, ale życie to nie zabawa i musi zostać kolejarzem. Jego ojciec i dziadek byli kolejarzami, więc on też kolejarzem zostanie. Tymczasem rodzice Marianka pozwolili mu na realizację swoich pragnień i Marianek został jednym z najlepszych piłkarzy w Polsce. Krzyś został kolejarzem i oglądał swojego kolegę w telewizji, pogrążony we frustracji i niespełnieniu. Jak wielu spośród nas jest takimi kolejarzami? Bo mama, dziadek, środowisko czegoś chcieli, oczekiwali…

I nie chodzi tu tylko o artystyczne spełnianie się? Też, ale głównie o wyrażanie siebie, swoich pragnień i potrzeb. Jest mnóstwo pism o dekoracji wnętrz. Kiedy ludzie patrzą na te propozycje z perspektywy inżyniera – czują chęć dorównania innym, zaimponowania, chęć zbudowania prestiżu społecznego – to na tej podstawie dokonują wyboru, jaki chcą mieć dom. Wystarczyłoby, żeby uruchomili w sobie twórcę, a znaleźliby swój własny styl i nie potrzebowaliby prestiżowego magazynu, który narzuca, co i jak powinno wyglądać. Nie potrafią tego zrobić, dlatego tak łatwo ulegają modzie.

Co z tymi, którzy uważają, że nie mają takich zdolności? Co z księgową, która jest księgową nie dlatego, że ojciec kazał, ale dlatego, że liczby są jej wielką pasją? Nie zna się na kolorach, nie wie, które barwy ze sobą współgrają i które elementy wystroju do siebie pasują. Nie istnieją ludzie, którzy nie mają twórczych zdolności. Oczywiście, mogą mieć większe uzdolnienia w liczeniu czy pisaniu niż malowaniu, jednak mając kontakt ze swoim niemym twórcą, będą w stanie jasno określić, czego potrzebują, co im się naprawdę podoba, co do nich pasuje – i nie musi to być wcale zgodne z obowiązującym obecnie kanonem.

Wszyscy jesteśmy twórcami. Operując różnymi technikami – plastyką, ruchem, muzyką, pisaniem – art coaching daje ludziom możliwość sprawdzenia, co jest im najbliższe, jaka metoda daje ujście ich ekspresji, jaka najdokładniej ich wyraża. Poprzez akt twórczy następuje także samouzdrowienie. Większość artystów – w mniej czy bardziej świadomy sposób – uzdrawia się poprzez swoją sztukę, terapeutyzuje. W jaki sposób to się dzieje? Otóż wewnętrzny twórca nadaje kształt – często nieuświadomionym – pragnieniom, lękom czy nawet traumom. Spora część lęków prześladuje nas, ponieważ jest nieuświadomiona, nienazwana. Jeśli nadamy im kształt, to będziemy umieli je rozpoznać. A skoro będziemy wiedzieli, czym są, będziemy potrafili sobie z nimi poradzić.

A jakieś proste ćwiczenie dla czytelników? Można spróbować określić swój cel za pomocą wiersza albo rysunku. Najlepiej zacząć od małych form ekspresji, które dają nam radość. Użyć innego języka niż język werbalny w kontakcie ze sobą, np. w sytuacji ustalania celów. Taki rysunek czy wierszyk może być wstępem do spełnienia marzeń, bowiem nasz inżynier, czyli mózg racjonalny, dostanie jakiś zarys, konkret tego, czego pragniemy, i będzie mógł zrobić resztę, czyli doprowadzić nas do celu.

Maciej Bennewicz, menedżer, trener, coach, socjolog po UW, dyrektor programowy Norman Benett Academy, organizacji kształcącej zawodowych trenerów i coachów; autor licznych poradników na temat coachingu.

  1. Zdrowie

Joga hormonalna dla zdrowia i żywotności

Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy. (Fot. iStock)
Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy. (Fot. iStock)
Joga odmładza i powoduje wzrost poziomu estrogenów – uważa brazylijska terapeutka Dinah Rodrigues. Wybrany przez nią system ćwiczeń pozwala kobietom, które nawet wiele lat temu przeszły okres menopauzy, odzyskać żywotność i zdrowie.

„Szczupła sylwetka, spokojne oblicze, słuchanie głosu serca, zdrowie, panowanie nad dobrami materialnymi i wewnętrzny ogień” – takie wspaniałości obiecuje osobom trenującym jogę Pradipika, jeden z najsłynniejszych hinduskich tekstów o hathajodze, najstarszej znanej formie ćwiczeń fizycznych.

Jogę można praktykować z różnych powodów. Dla uspokojenia i wyciszenia, dla kondycji fizycznej, schudnięcia i wspaniałej sylwetki, dla odzyskania zdrowia i równowagi psychicznej czy wreszcie dla rozwoju osobistego i duchowego. Patańdżali, twórca „Jogasutry”, napisał w II w. p.n.e., że joga pozwala powściągnąć zjawiska świadomości i utrzymywać się w swojej właściwej naturze. To najgłębszy – duchowy – sens ćwiczeń.

Gdy rozpoczynamy praktykę jogi, pierwszym odczuciem, jakiego doznajemy, jest odzyskiwanie sprężystości ciała i pełnego zakresu ruchów. Ale joga to nie tylko gimnastyka. Precyzyjne ruchy pozwalają doświadczyć, że psychika i ciało są jednością. Harmonizując mięśnie i oddech, zawsze mniej lub bardziej wpływamy na samopoczucie. Wykonujemy bowiem dwa rodzaje ćwiczeń: fizyczne, czyli asany, i techniki oddechowe – pranajamy. Asany są spokojnymi ćwiczeniami rozciągającymi doskonalonymi przez joginów od tysięcy lat. Pranajamy to specjalny sposób oddychania, który wzmacnia energię życiową, a wycisza stres i silne emocje. Wiele z istniejących w jodze dwustu asan naśladuje jakąś roślinę, zwierzę, zjawisko przyrody albo hinduskie bóstwo. Przyjmując pozycję vrksa, czyli drzewa, można poczuć się bardzo stabilnie, praktykując hamsa (łabędzia), nabywamy płynności ruchów, a simba, czyli lew, i viraphadrasana – heros pomagają odnaleźć w sobie siłę do walki z kłopotami. W ten sposób pozycje jogi przypominają ćwiczącemu, że jest częścią natury, i pozwalają korzystać z jej mocy.

Tradycyjne systemy, które wyrosły z hatha-jogi, takie jak np. joga Iyengara czy Sivananda, odwołują się do prastarych technik uprawiania asan, ćwiczeń oddechowych i wewnętrznej pracy nad energią witalną. W jodze według Iyengara kładzie się nacisk na fizyczną stronę ćwiczeń, a w Sivanandzie obowiązuje zasada większej delikatności wobec siebie oraz respektowania swoich fizycznych ograniczeń.

Asany zdrowia i młodości

Bez względu na to, jaką odmianę jogi praktykujemy, regularne wykonywanie asan rzeźbi figurę, nadaje jej smukłość. Ćwiczenia powodują wydłużanie mięśni (w odróżnieniu od ćwiczeń na siłowni, które je skracają), dzięki czemu sylwetka staje się bardziej proporcjonalna, a ruchy harmonijne. Poprawia się przemiana materii, krążenie krwi, trawienie, wydzielanie neuroprzekaźników odpowiedzialnych za dobry nastrój, dotlenienie całego organizmu i wygląd skóry. Dzięki odstresowującemu charakterowi jogi rozluźniają się napięte barki, a rysy twarzy wygładzają się i łagodnieją. Twarz pozbawiona napięcia staje się młodsza.

Terapeutka jogi hormonalnej Dinah Rodrigues, która praktykuje od 50 lat, obiecuje jeszcze więcej. Wypróbowała terapię jogą na sobie. „Dzięki leczeniu z zastosowaniem jogi hormonalnej można osiągnąć podniesienie się poziomu hormonów w ciele o około 254 proc. w ciągu czterech miesięcy”, pisze Dinah Rodrigues w swojej książce „Joga hormonalna”.

Asany wybrane przez nią z tradycyjnej jogi powodują podniesienie obniżającego się w okresie premenopauzy poziomu estrogenów, a nawet wznowienie produkcji tych hormonów w okresie klimakterium. Ten rodzaj jogi przeznaczony jest także dla tych kobiet, które cierpią na różne zaburzenia hormonalne: nieregularne, zbyt obfite czy bolesne miesiączki, zespół napięcia przedmiesiączkowego czy policystycznych jajników. Pomaga również w leczeniu niepłodności. Każda z asan działa na narządy wewnętrzne uczestniczące w cyklu miesięcznym kobiety.

Kobiece pranajamy

– Joga hormonalna jest rozszerzoną hatha-jogą, jednak bardziej dynamiczną i skupioną na pracy nad energią. Koryguje to, co nie funkcjonuje właściwie. Praktykując ten styl jogi, można w dużym stopniu przeciwdziałać objawom obniżonego poziomu hormonów: większość dolegliwości znika, inne zostają zminimalizowane, a dobre samopoczucie powraca – mówi Irena Kertyczak, terapeutka jogi hormonalnej z Warszawy.

Kurs jogi hormonalnej zaczyna się od... wypełnienia ankiety. Określenie, na jakie dolegliwości cierpimy, pozwala dobrać dla nas specjalny zestaw ćwiczeń. Potem rozpoczyna się długi okres nauki i opanowywania kolejnych technik oddechowych. Dwie podstawowe to bhastrika i ujjayi (czytaj udżai). W bhastrice brzuch odgrywa rolę miecha. Trzeba nauczyć się dynamicznie wciągać brzuch (mówi się o przyciąganiu pępka do kręgosłupa), co powoduje intensywny masaż wnętrza podbrzusza, okolic jajników i nadnerczy. Doskonałe opanowanie bhastriki jest bardzo ważne, gdyż towarzyszy ona 70 proc. ćwiczeń. Ten właśnie masaż ma kluczowe znaczenie dla wznowienia przez tkanki jajników i nadnerczy produkcji estrogenów. Można to uzasadnić medycznie: bhastrika wzmaga krążenie krwi w tych organach, powodując lepsze ich odżywienie i dotlenienie, a odmłodzone tkanki mogą wznowić swoją pracę. Pierwsze efekty uzyskuje się po czterech miesiącach ćwiczeń, a poziom hormonów można sprawdzić, wykonując badania krwi.

Kolejną ważną techniką oddechową jest ujjayi. Polega na oddychaniu ze ściśniętą głośnią (gardłem) – słyszalnym dowodem opanowania tej sztuki jest wydobywający się w czasie wdechu i wydechu świst. Ujjayi „masuje” tarczycę i przytarczyce – gruczoły dokrewne odpowiedzialne m.in. za przemianę materii w organizmie, są one również powiązane z cyklem miesięcznym (niedoczynność lub nadczynność tarczycy powoduje zaburzenia lub zanik miesiączkowania). Jednak opanowanie tych technik to dopiero początek, gdyż ćwiczące osoby muszą jeszcze nauczyć się band – świadomego kurczenia określonych grup wewnętrznych mięśni. Najważniejsza jest udijana banda – polega na „podciąganiu” narządów podbrzusza do góry. W praktyce trzeba „podciągnąć” klatkę piersiową do góry, co automatycznie powoduje naciąganie narządów położonych w obrębie podbrzusza. Choć techniki wydają się teoretycznie niewykonalne, są absolutnie do opanowania. Cały cykl typowy dla jogi hormonalnej, który przerabia się na każdych zajęciach, obejmuje 15 ćwiczeń.

Ćwicz w domu!

Proponujemy pięć specjalnie wybranych asan, które można wykonywać samodzielnie w domu bez pomocy nauczyciela. Najlepiej robić je raz dziennie rano przez 30 minut. Potrzebne będą: karimata, mata lub koc do leżenia oraz mała poduszeczka.
 

Mahasana (skręty w bok)

Uklęknij, zwiń dłonie w pięści (kciuki skieruj do środka) i połóż z tyłu głowy, wnętrzem dłoni do wewnątrz. Weź głęboki wdech, wstrzymaj oddech, pochyl tułów w prawo, prawy łokieć ku podłodze, a biodro w lewo (jakbyś chciała usiąść). Następnie zrób ten sam ruch w lewo: tułów w lewo, a biodro w prawo. Następnie wychyl się do tyłu i do przodu w kierunku podłogi. Powtarzaj ten cykl tak długo, jak długo możesz pozostawać na bezdechu. Mahasana pobudza nadnercza do pracy.

Muzułmańska pozycja modlitewna

Usiądź na piętach, oprzyj tułów na udach i wyciągnij ręce przed siebie. Teraz oprzyj czoło na podłodze, wyprostuj lewą nogę, przyciśnij prawą piętę udem. Prawe kolano umieść między piersiami. Wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na prawym jajniku. Muzułmańska pozycja modlitewna uaktywnia jajniki.

Vilomasana (obojczyk)

Pozostań w pozycji leżącej. Zegnij kolana, stopy umieść w odległości 20–30 cm jedna od drugiej. Złap dłońmi za kostki. Podnoś i opuszczaj biodra, wykonując kręgosłupem ruch falisty: wdychając powietrze, podnoś biodra, zwracaj jednocześnie uwagę, by talia pozostawała na podłodze. Następnie podnieś talię i potem tułów. Zrób wydech i opuść tułów, talię, a na końcu biodra. Wykonaj siedem podniesie  i siedem opuszczeń. Po czym zatrzymaj się w pozycji podniesionej, podpierając rękami biodra. Z podniesionymi biodrami wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na tarczycy. Opuść plecy na podłogę. Vilomasana uelastycznia kręgosłup, zmniejsza stres i odpręża, uaktywnia tarczycę i przysadkę.

Viparita (świeca)

Nie zdajemy sobie sprawy, jak pozytywny wpływ na wygląd i samopoczucie ma przebywanie w niezwykłej dla nas pozycji, czyli nogami do góry i głową w dół. Leżąc na plecach, podnieś nogi i biodra do góry. Podeprzyj dłońmi talię i biodra. Zegnij lewą nogę i połóż lewą stopę na prawym kolanie. Lewe kolano powinno znajdować się po lewej stronie twarzy. Pozostając w tej pozycji, wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na tarczycy i przysadce mózgowej. Powtórz ćwiczenie, zginając prawą nogę. Viparita ułatwia krążenie utlenionej krwi, przynosi ulgę przy duszności, palpitacji serca, astmie, chorobach gardła, bólach głowy, zaparciach, dolegliwościach układu moczowego, hemoroidach, przepuklinie, nadciśnieniu, niedokrwistości. Uspokaja układ nerwowy – przeciwdziała drażliwości, załamaniu nerwowemu, bezsenności, stymuluje tarczycę i przysadkę.

Uproszczona supta vajrasana (diamentowy sen)

W siadzie skrzyżuj nogi i połóż się na plecach. Stopy trzymaj oparte na podłodze. Pod kość ogonową połóż poduszeczkę. Podnieś ręce za głowę i spleć razem. Przestrzeń brzucha, w której znajdują się jajniki, musi być napięta i znajdować się wyżej niż reszta ciała. Wyciągnij się dobrze i wykonaj siedem szybkich i intensywnych oddechów (wciągaj pępek podczas wydechu). Koncentruj uwagę na obu jajnikach jednocześnie. Supta vajrasana uelastycznia stawy miednicy, rozszerza klatkę piersiową i pobudza jajniki do pracy.

Więcej w książce: „Joga hormonalna” Dinah Rodrigues

  1. Psychologia

Podróż do środka siebie - jak i kiedy najlepiej w nią wyruszyć?

W podróż do środka siebie warto wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin lub wtedy, gdy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. (Fot. iStock)
W podróż do środka siebie warto wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin lub wtedy, gdy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. (Fot. iStock)
Warto w nią wyruszyć w nowym roku, w okolicy okrągłych urodzin, a zwłaszcza wtedy, kiedy czujesz zwątpienie, niespełnienie i pustkę. Terapeutka Psychologii Procesu Agnieszka Kramm wyjaśnia, jak wielką rolę w takiej podróży mogą odegrać sny, postaci z mitów, bajek czy popkultury.

 

Sytuacja, jaka obecnie jest na świecie, ale też przekroczenie pewnego wieku, początek roku czy kryzys w życiu osobistym – sprawiają, że zadajemy sobie pytanie: „Czy na pewno tak powinno wyglądać moje życie?!”. Chcemy coś zmienić, ale nie bardzo wiemy, co... To jest bardzo częste zjawisko. Gdybym miała podać powody, dlaczego ludzie idą na terapię lub zaczynają zagłębiać się w siebie, to byłby to jeden z najważniejszych. Czyli człowiek dochodzi do takiego momentu, w którym okazuje się, że pewne role i zadania, ale też pewne pomysły na życie przestają działać. Pojawia się rodzaj pustki, braku, niespełnienia. Ponieważ przeważnie pracuję z kobietami, skupię się na tym, jak ta kwestia wygląda w ich przypadku, bo jest trochę odmienna niż u mężczyzn.

Na czym polega ta różnica? Kobiety często zdają sobie sprawę z tego, że model, w jakim do tej pory funkcjonowały, jest typowo męski, żeby nie powiedzieć: patriarchalny. Czyli związany z działaniem i zdobywaniem, robieniem kariery zawodowej. A taki paradygmat, po pierwsze, nie oddaje pełni kobiecej natury, a po drugie, wiąże się z nieustającym eksploatowaniem samej siebie. Inna sprawa to fakt, że kobiety częściej niż mężczyźni dochodzą do wniosku, że wiele wzorców zostało im narzuconych, i dotyczą one zarówno tego, jak mają wyglądać, jak i czego powinny pragnąć.

Bardzo często słyszę to od kobiet. Że realizują plan na życie, który nie do końca jest ich. Mówią: „No dobrze, jestem matką, żoną, mam mieszkanie, psa i całkiem fajną karierę, a w ogóle nie czuję satysfakcji”. Przy czym: „nie czuję satysfakcji” to jest ten bardzo lekki poziom rozczarowania, dużo gorzej, kiedy pojawia się poczucie wypalenia albo gdy budzisz się rano i kompletnie nic nie czujesz. To są momenty wręcz depresyjne. I często dotyczy to kobiet, którym inne kobiety wszystkiego zazdroszczą.

Przychodzą do pani i słyszą: „Szłaś złą drogą?”. Nie, nie chodzi o to, że wszystko było złe. Ale że najwyższa pora coś zmienić, pojawia się potrzeba znalezienia głębszego  sensu  życia. To oczywiście nie oznacza, że ta nowa droga z sensem będzie tylko miła i przyjemna, że od teraz będzie wieczna zabawa.

Ja bardzo lubię swoją pracę. Kiedy zamykamy numer, często czuję się wyczerpana i przemęczona, ale gdy jest już na rynku, przychodzi też satysfakcja, duma. Mój energetyczny bak znów zostaje zapełniony. Problem pojawia się chyba wtedy, kiedy bak jest ciągle pusty. Czy to znak, że ktoś za dużo pracuje, czy że jednak nie robi czegoś, co go „napełnia”? Najlepiej byłoby sprawdzić obie te hipotezy, ale dużo częstsza jest taka: „To, co robię, mnie napełnia, ale robię tego za dużo, nie ma przeciwwagi, drugiej strony”. A ta druga strona, zwłaszcza u kobiet, musi się pojawić. Wypalenie, depresja są często właśnie wołaniem tej drugiej strony.

Czym jest ta druga strona? Co nas woła? W największym skrócie – dusza. Przeciwwaga dla działania, osiągania, zdobywania i wiecznej aktywności. Aby się z nią spotkać, potrzebujemy wejść w głąb siebie. Jest mnóstwo bajek i mitów na ten temat, a mity i baśnie pokazują pewne archetypy, czyli nieuświadomione, głębokie pragnienia i tendencje. Jednym z takich mitów jest mit o Demeter i Persefonie. Opowiada o tym, że życie jest cyklem. Tego się nas wcale nie uczy, w związku z tym nie dajemy sobie przyzwolenia na to, by też nie działać. A niedziałanie jest nam bardzo potrzebne. Po pierwsze, po to, by odpocząć. Po drugie, by zajrzeć w głąb siebie i spotkać się z tym, co tam się znajduje. Bo jest czas na to, że Demeter i Persefona, matka i córka, się spotykają i wszystko rozkwita. Jest wiosna, lato, słońce i czas plonów. Potem jednak Persefona musi zejść do podziemia, a na zewnątrz świat zamiera – jest jesień, zima, liście opadają, nic nie kwitnie. My też musimy czasem zejść do podziemia. To naturalne. I są na to potrzebne czas i przestrzeń. Nie da się tego robić jednocześnie, czyli pracować 24 godziny na dobę i mieć czas na bogate życie psychiczne i duchowe. A ono również domaga się naszej uwagi. Ono też woła, czasem tak głośno, że manifestuje się poprzez chorobę psychosomatyczną czy depresję.

Już usłyszałyśmy ten głos, co możemy teraz zrobić? Przede wszystkim trzeba się zatrzymać. Polecam bardzo książkę „Podróż bohaterki” Maureen Murdock. Autorka, uznana jungistka, pisze, że kiedy już się wyruszy w podróż do środka siebie, to trzeba wiedzieć, że nie będzie tu żadnych map i wytycznych. Można się wspierać różnymi narzędziami, po to są m.in. kręgi kobiet, terapia, medytacja czy kontakt z przyrodą, ale cel jest jeden: spotkać siebie. A to odbywa się głównie poprzez obserwację, nie poprzez działanie. Co obserwuję? To, jakie emocje się we mnie pojawiają i co mi się śni.

Sny są ważne w takiej podróży? Ogromnie ważne. Psychika, dusza mówią do nas właśnie snami.

Ale robią to nie zawsze w języku, który rozumiemy... Można się go nauczyć. To język symboli, metafor i energii, ale nie takich jak w sennikach. Każdy sam jest dla siebie słownikiem symboli i metafor.

Sama wiem, jak zinterpretować swój sen? Bo wiem, co dla mnie znaczą różne elementy tego snu.

Powiedzmy, że śni mi się podróż i ciągle się w tym śnie przemieszczam, w dodatku spotykam różnych ludzi – zarówno tych realnych, z mojego życia, jak i postaci z filmów czy książek, które oglądam lub czytam. Pewne elementy snów są dla nas wszystkich wspólne, archetypiczne. Podróż to taki właśnie archetyp. Oznacza zmianę, czasem nawet zmianę tożsamości, albo jej potrzebę. Sny, wbrew temu, co myślimy, nie pokazują, co się stanie, ale co jest nam potrzebne, ukazują tendencje naszego rozwoju. Czyli warto zadać sobie pytania: w jakim aspekcie mojego życia muszę w tę podróż wyruszyć? Gdzie jest zbyt wielka stagnacja, gdzie jestem zbyt „zatrzymana”? W następnej kolejności warto popatrzeć na osoby, które spotykam w tej podróży ze snu. Z czym one mi się kojarzą? Jaką jakość wnoszą, jaką mają energię, kim one są dla mnie? Gdybym miała opisać je zupełnie obcej osobie, to co jest w nich takiego specyficznego i indywidualnego? Warto to ustalić, bo to znaczy, że ten kawałek jest mi potrzebny w podróży. Może muszę go bardziej rozwinąć albo jest dla mnie najbardziej trudny. Ale na pewno mieści się w nim coś ważnego. I to jest właśnie ten indywidualny odbiór.

Sny są cudowną materią do pracy nad sobą, już Zygmunt Freud mówił o nich „królewska droga do nieświadomości”. Można je zapisywać w postaci słów, można robić mapy snów, można je rysować... Co więcej, kiedy wyruszamy w taką wewnętrzną podróż, miewamy zwykle więcej snów i są one bardziej wyraziste i znaczące niż zwykle. I mówią to nawet ci, którzy nigdy nie śnią.

Co jeszcze obserwujemy, oprócz snów? Emocje oraz ciało. Co się w nim dzieje? Co ono czuje? Czego potrzebuje? Jak reaguje na różne sytuacje, emocje i bodźce? W ten sposób wchodzimy też w bliższy kontakt z naszym Wewnętrznym Dzieckiem, czyli tą częścią nas, która cała jest zbudowana z potrzeb. Kiedy nakarmimy, uspokoimy i uszczęśliwimy to nasze Dziecko, odnajdziemy właściwą drogę do siebie.

Często będą to rzeczy, które z punktu widzenia świata uzgodnionej rzeczywistości, czyli świata działania i osiągania, nie będą szczególnie atrakcyjne. Dziecko rzadko chce zostać dyrektorem, zwykle chce dostać psa albo iść na spacer, więcej czasu spędzać z przyjaciółmi albo chce leżeć i robić nic! To często jest właśnie pierwszy etap takiej podróży: pozwolenie sobie na leżenie i nicnierobienie.

Żyjemy w bardzo silnym paradygmacie produktywności, boimy się, że jeśli się zatrzymamy, to się rozpadniemy. Ale my właśnie mamy się rozpaść. I tak to się wkrótce stanie, lepiej więc z tym współdziałać, niż być w kontrze, bo wtedy się rozpada z jeszcze większym hukiem. Ludzie mówią: „czuję, że jeśli się położę, to już nie wstanę”. To nieprawda, tak się nigdy nie dzieje, ale może przez tydzień rzeczywiście tylko poleżymy.

Czyli: śnimy, leżymy, obserwujemy siebie i swoje potrzeby. A jeśli mamy ochotę na jakiś serial czy książkę, może te, które już widziałyśmy czy czytałyśmy setki razy? Czego mamy w nich szukać? Jak odnaleźć w nich tę brakującą cząstkę siebie, to „coś”? No właśnie tego nie da się opisać na zasadzie: „jest różowe i pachnie wanilią”. Gdy to się znajdzie, to się po prostu wie. Nazywam to poczuciem mocy osobistej, w której jest miejsce na siłę, ale również na słabość.

Kolejny etap stanowi zbudowanie pomostu pomiędzy tym, co jest we mnie, a światem, czyli zrobienie na to, co odnalazłam, miejsca w swoim życiu. I zawodowym, i osobistym. Ale też bądźmy świadome, że to czasem zadanie na parę miesięcy. Albo i lat – i to jest w porządku.

Wielu kobietom pomaga zrobienie listy pod tytułem „Kim jestem?”. Co się tam najpierw pojawi? Najpierw pojawiają się role, które odgrywamy w życiu. Czyli: jestem żoną, matką, prawniczką... Dopiero potem robi się miejsce na dużo głębsze poczucie, kim jestem Ja, właśnie Ja. To chyba dobra pora, żeby wspomnieć o micie osobistym...

Czym jest mit osobisty? Carl Gustav Jung jako pierwszy powiedział, że jest coś takiego jak osobista historia, która dzieje się przez całe twoje życie, takie trochę „po co tu jestem?”, i ma to wiele wspólnego z głębokim poczuciem sensu. Mit osobisty to podstawowy wzorzec, motyw, ale też twoje wyzwania i zadania. To coś więcej niż codzienne obowiązki, to siła, która nami kieruje, historia, jaka chce się wypełnić. Nie chodzi o to, że nasze życie jest przez coś zdeterminowane, niezależne od naszej woli, tylko że właśnie ma głębszy sens. Indianie wierzą, że każda dusza przychodzi na ten świat po coś, tylko kiedy już się rodzi, to zapomina po co. I jej życiowym zadaniem jest to sobie właśnie przypomnieć.

Co może być naszym mitem osobistym? Zwykle odnajdujemy go, cofając się do pierwszego snu z dzieciństwa albo analizując powtarzające się sny. Sam fakt, że one się powtarzają, znaczy, że zawierają ważny wzorzec, coś do odkrycia. Na przykład jedna z kobiet, z którą pracowałam nad odnalezieniem jej mitu osobistego, była bardzo zadaniowa, skupiona na różnych celach i wysoko produktywna. Miała też powtarzający się sen, śniony już w dorosłości, że tańczy: z kimś, czyli w parze, albo sama. Rzeczą do nauczenia czy zrozumienia, tym, co było jej potrzebne, czyli jej lekarstwem na różne bolączki – bo tym też jest mit – było to, by nauczyła się bardziej tańczyć w swoim życiu. Czyli chodziło o lekkość, przyjemność i radość. Metafora tańca była tym, co w sposób bardziej świadomy potrzebowała wnieść do swojego życia.

Jej mit mówił: „życie jest tańcem”. Zgadza się. Inna historia z mojego gabinetu dotyczyła pierwszego snu z dzieciństwa. Dziewczynę goniły wilki, czego oczywiście bardzo się bała, ale w snach często to, czego się boimy, jest tym, co najbardziej nam potrzebne. Chodziło więc, by połączyła się z energią wilków, częściej używała kłów i pazurów. Na co dzień była bardzo miłą i grzeczną osobą, trzymającą się zasad, a potrzebowała zaufać swoim instynktom.

A można też doszukać się swojego mitu w ulubionych bajkach, książkach lub filmach? Powiedziała pani o wilkach, mnie przyszły na myśl wampiry. Wiele osób, w tym ja, uwielbia filmy i książki o nich. Ja też. Seriale o wampirach to moje guilty pleasure. Kocham wampiry!

Co takiego w sobie mają, że tak je kochamy? Wampiry to bardzo ciekawy, kulturowy symbol. Reprezentują bardzo wypartą, dziką część nas. Z jednej strony są ludźmi, z drugiej – zwierzętami.  Mają w sobie ogromną siłę, jakąś pierwotność. Krew, którą piją, ja rozumiem jako coś żywego. Nie żywią się byle czym, a esencją życia.

Są też bardzo egoistyczne, pozwalają, by ich pragnienia były ważniejsze niż innych. Zdecydowanie tak. I uwielbiają rządzić innymi. Powiedziałabym tak: jeśli ktoś bardzo lubi czytać o wampirach lub często mu się śnią, wskazówką dla niego jest „stań się wampirem w swoim życiu”. Czyli stawiaj swoje pragnienia na pierwszym miejscu i ustal, co jest tą „krwią”, bez której nie przeżyjesz. Żyw się nią.

Dla wielu kobiet ważną postacią jest czarownica. Od kilku lat obserwuję odradzanie się kultu współczesnych wiedźm. Mnie kojarzy się to z powrotem do natury, z uznaniem, że jesteśmy połączeni ze wszystkim, co żyje. Ale wiedźma to dla mnie też mądrość, moc, wiedza. Ogromnie się cieszę, że powraca kult czarownicy. Między innymi dlatego, że mamy bardzo mało postaci bogiń w naszej kulturze. Mamy Matkę Boską i Ewę. Jedna jest związana z ogromnym poświęceniem, a druga – z ogromnym poczuciem winy. A jeśli nie ma czegoś w baśniach, mitach czy opowieściach, to nie ma reprezentacji tego w kulturze. Wtedy dużo trudniej jest to poczuć w sobie, dać sobie na to przyzwolenie. Czarownica to wyparty element boginicznej, ale i realnej kobiecości. To część związana ze starością, mądrością i ogromną mocą. Związana z cyklami natury, z roślinami, zwierzętami. Jest dzika, złośliwa, często brzydka – ma brodawki, siwe, potargane włosy, pazury i garb. Ale ona pozwala sobie na bycie brzydką, na niezabieganie o aprobatę otoczenia. Bo ma wielkie poczucie mocy; stąd strach, jaki czarownice wzbudzały w wiekach średnich.

Na jednym z protestów widziałam transparent: „Jesteśmy wnuczkami czarownic, których nie udało się wam spalić”. Aż mnie dreszcz przeszedł, taki był mocny. I pomyślałam sobie, że czarownice towarzyszą naszemu dzieciństwu, a potem znikają. Dziś wiele kobiet określa się „współczesnymi czarownicami” i nie są to żadne metafory czy żarty. To kobiety, które nie pozwalają, by je kontrolować. Są mądre, pewne siebie, wolne i pełne radości życia. Ich siła jest połączona z naturalnym cyklem: wiedzą, kiedy trzeba coś pożegnać i pozwolić mu odejść, a kiedy coś przywitać czy nawet przywołać. Wiedzą, kiedy trzeba wejść do lasu i odciąć się od ludzi, a kiedy do nich wrócić i im pomóc. I my tej mądrości bardzo potrzebujemy. Cieszę się, że ta energia się dziś budzi. Kobiety, które do mnie przychodzą, bardzo często śnią o czarownicach, które je gonią. Ale widać to też w popkulturze: ile filmów jest teraz o czarownicach i o superbohaterkach! A popkultura zawsze odzwierciedla potrzeby społeczne i ważne trendy. Może więc w tej podróży tak naprawdę potrzebujemy odkryć naszą wewnętrzną czarownicę, superbohaterkę, nosicielkę naszej mocy?

Agnieszka Kramm, psycholożka, psychoterapeutka, superwizorka. Prowadzi projekty i kręgi kobiet, autorka podcastu "krammzemocjami".

Ćwiczenie na początek drogi

Weź kartkę papieru i napisz, bez cenzury i bez dłuższego zastanowienia, co jest na ten moment dla ciebie ważne, co jest superważne i co lubisz, co ci sprawia przyjemność. Możesz użyć kolorów, rysunków, wzorów. Następnie zadaj sobie pytania: kiedy najbardziej czuję się sobą? W jakim momencie? Potem to przeanalizuj i pomyśl, jak na to wszystko, co napisałaś, możesz zrobić więcej przestrzeni w swoim życiu. I wpisz to sobie do kalendarza.