1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mężczyzna, który nie pożegna przeszłości, nie zaangażuje się w nowy związek

Mężczyzna, który nie pożegna przeszłości, nie zaangażuje się w nowy związek

Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. (Fot. Getty Images)
Człowiek, który nie pożegnał przeszłości, czuje smutek i żal. Jest mu bardzo trudno zaangażować się w nowy związek – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Duch poprzedniej żony krąży wokół nas – śmieje się Aneta. – Na ścianie wiszą namalowane przez nią obrazy, w ramkach jej zdjęcia… Najwyraźniej mężczyzna nie domknął w sobie tamtej relacji.

Gdy Aneta zwraca mu na to uwagę, odpowiada zniecierpliwiony, że nie pozbywa się obrazów, bo to przecież dzieła sztuki. A zdjęcia? Wspomnienia, przeszłość, nic więcej. Jednak kobieta jest zaniepokojona. Słusznie przeczuwa, że dopóki mężczyzna nie pożegna przeszłości, będzie mu trudno w pełni zaangażować się w nowy związek.

Co on czuje? Smutek, żal, jakiś rodzaj zagubienia. Mężczyźni, niestety, najczęściej nie są świadomi, że stan wewnętrzny, w jakim się znajdują, może być wynikiem tego, że nie rozliczyli się z przeszłością, nie pożegnali tego, co było. Chociaż może im się wydawać, że dużo przeżyli, że teraz będą mądrzy. Mój klient zacytował Jerzego Kryszaka, który w ten sposób parodiował jednego z polityków: „Taki głupi, jak będę, to jeszcze nie byłem!”. Mężczyznom przydałby się taki krytycyzm wobec siebie.

Jak on może poznać, że nie domknął przeszłej miłosnej relacji? To są zaskakujące odkrycia. Niedawno pracowałem z mężczyzną, który przyszedł z problemem kontrolowania czasu. Prowadził firmę i zapominał o umówionych spotkaniach. Nawet gdy zapisywał je w kalendarzu, nie pamiętał, aby do niego zajrzeć, co narażało firmę na straty finansowe i utratę wizerunku. Gdy przyjrzeliśmy się temu bliżej, okazało się, że zapominanie zaczęło się, odkąd odeszła od niego żona. Problemy z kalendarzem były efektem ubocznym rozstania.

W jaki sposób? W dalszym ciągu intensywnie przeżywał żałobę po skończonym małżeństwie. Sprzedał mieszkanie, jednak zostawił mnóstwo pamiątek, zdjęcia z wakacji, prezenty, które dostali na ślubie i później od przyjaciół. I coraz częściej zapominał o umówionych spotkaniach. Zapytałem, w jaki sposób postrzega i przeżywa czas, a on natychmiast odpowiedział: "Jestem w pętli, kręcę się w kółko". Zapytałem, jak myśli, z czym to może być związane. "Z odejściem żony" – odpowiedział natychmiast. Kręcił się w kółko wokół starego, ponieważ bał się wejść w nowe. To przeniosło się na wszystkie sfery jego życia: tak bardzo bał się utraty, bólu, że kręcił się w kółko i niczego nie wybierał. Jego obecna partnerka skarżyła się, że nie jest prawdziwie zaangażowany w ich relację, że wkłada mało energii we wspólne działania, niechętnie cokolwiek planuje.

Ponieważ żyje w świecie, który już przeminął? Tak. Przypominał sobie wspaniałe chwile z byłą żoną, nie mógł pogodzić się z tym, że odeszła. Żałował wielu rzeczy, rozpamiętywał. "Przecież wszystko mogło potoczyć się inaczej". Trudno wówczas odczuwać radość, dawać swoją energię nowym przedsięwzięciom, pasjom. Gdy dochodzi do tego poczucie winy, jest jeszcze gorzej…

Mężczyźni są świadomi, że żyją w poczuciu winy? Zgłaszają się po pomoc, ponieważ przeżywają głęboki smutek, stany depresyjne. Z czasem ujawnia się poczucie winy. "Nie sprostałem"; "Nie byłem odpowiedzialny"; "Ona ma teraz nową rodzinę"; "Nie potrafiłem rozstać się z szacunkiem", "Po co ulegałem tak silnym emocjom, wszczynałem kłótnie, awantury"; "Nie chciałem, że to tak się zakończyło"; "Nie powiedziałem wszystkiego"; "Nie przeprosiłem"; "Nie podziękowałem". Jeszcze jeden element jest tu ważny. Wielu mężczyzn nie może wybaczyć sobie, że powielili los swoich rodziców, którzy się rozstali i narazili dzieci na cierpienie. "Tak chciałem tego uniknąć, obiecałem sobie, że moje dzieci będą miały inne życie". Nie mogą się z tym pogodzić. Nie mogą sobie darować. "Popełniłem te same błędy".

Poczucie winy niweczy nadzieje na przyszłość? Nie widać przyszłości. Zwracam wtedy uwagę, że samo rozpoznanie wzorca rodzinnego jest już powodem do satysfakcji. To jest odkrycie. Wiedzą już, w jaki sposób nie chcą żyć. Od tego momentu mają wybór. Mogą zdecydować, czego pragną. Mogą zacząć dokonywać innych wyborów niż do tej pory.

Co skłania mężczyznę do szukania pomocy? Najczęściej nowa kobieta. To ona naciska, żeby zajął się sobą. Mówi mu, co widzi, co ją niepokoi: "Jesteś zamknięty, nie angażujesz się". Albo: "Zbyt dużo uwagi poświęcasz byłej żonie".

Może jest po prostu zazdrosna? Ma powody do niepokoju. Nierzadko zdarza się, że była żona, mimo iż ułożyła sobie życie – ma partnera, dzieci z nim – bez litości wykorzystuje sytuację. "On ciągle czuje się winny, zobligowany, leci na każde jej zawołanie – relacjonują kobiety. – Ona nie liczy się z jego czasem, pracą, stanem zdrowia, dzwoni i żąda opieki, pomocy, ma oczekiwania, roszczenia". Mężczyzna uwija się, żeby sprostać; coś nadrabia, wyrównuje, rekompensuje. Te nowe kobiety bywają zniecierpliwione i nierzadko przypierają mężczyzn do muru: "Właściwie, w której relacji ty jesteś? Zdecyduj się! Może wróć do niej, skoro tak nie możecie bez siebie żyć!". On tłumaczy, wyjaśnia, że to szczególna okoliczność, że musi pojechać i pomóc. Kłopot w tym, że tych szczególnych sytuacji raczej przybywa, niż ubywa.

Spłaca dług z przeszłości; kiedyś zawiódł, teraz się stara. Może to dobrze? Chroniczne poczucie winy nigdy nie jest dobre, ponieważ obciąża i odcina od wewnętrznych zasobów. To jak wirus emocjonalny, który nie pozwala cieszyć się życiem. Gdy mężczyzna jest świadomy swojej odpowiedzialności za przeszłość, zamiast czuć się winny, dba teraz o nowy związek. Wszystko, czego nauczył się z poprzednich doświadczeń i przeżyć, owocuje w teraźniejszości i w przyszłości.

Czas i spokój leczą rany. Jeden mężczyzna mówił mi, że na kilka miesięcy odsunął się od aktywnego życia. Na pewno nie warto po rozstaniu rzucać się w wir nowych znajomości, romansów, bo to nie pomaga w żegnaniu przeszłości. Ale na przykład spokojne rozmowy na ten temat z życzliwymi ludźmi są jak najbardziej wskazane. Chodzi tutaj o proces uświadamiania sobie, jaki miałem wkład w to, co się stało, jakie wnioski chcę wyciągnąć, co pragnę zmienić, jak teraz żyć, na czym się oprzeć. To niezbędny etap zamykania przeszłości, dokonywania bilansu, sumowania zysków i strat. Dlatego jeśli mężczyzna wszedł już w nowy związek, dobrze, gdyby uczciwie postawił sprawę: "Na razie nie jestem gotowy w pełni się zaangażować". Wiele kobiet rozumie, że ten proces wymaga czasu, dlatego są gotowe poczekać.

W jaki sposób mężczyźni rozpoznają ten moment, gdy są już gotowi na nowy związek? Zaczynają spokojnie i serdecznie myśleć o byłych partnerkach. To dobry znak. Może się jednak zdarzyć tak, że mimo iż spędziliśmy sporo czasu na żegnaniu przeszłości, wracamy do trudnych emocji. Pamiętam mężczyznę, który poprosił o konsultację, ponieważ w nieoczekiwanym miejscu poczuł zapach ulubionych perfum żony i… popadł w rozpacz. Gdyby coś takiego się wydarzyło, warto sięgnąć po pomoc z zewnątrz. Inny mężczyzna mówił, że ciągle coś go trzyma. Pytam, czy przeczuwa, co to może być, a on nieoczekiwanie dla siebie mówi: "krawat!". Otóż ciągle nosił krawat, który kupiła mu była partnerka. Codziennie rano zawiązywał go pod szyją. Na nieświadomym poziomie czuł się przywiązany, spętany. "Przecież za każdym razem, gdy zawiązuję krawat, jestem jak na smyczy", przyznał. Lepiej więc uważać na zegarki, paski, szaliki od byłych!

Oddać, wyrzucić? Koniecznie! Spalić zdjęcia. Subiektywne odczucie jest wtedy takie, jakby zamykało się jakieś drzwi; coś bezpowrotnie odeszło, przeminęło. To nie znaczy, że trzeba palić wszystkie zdjęcia. Jedno, dwa można zostawić. Jednak ważne, żebyśmy, patrząc na nie, mieli neutralne skojarzenia. A więc zatrzymujemy zdjęcia z przyjęcia rodzinnego, z wyjazdu z grupą przyjaciół, bo wtedy uwaga jest przeniesiona na szerszy kontekst. Odradzałabym trzymanie zdjęć miłosnych: tylko my w objęciach na Lazurowym Wybrzeżu! Pamiątki po byłej partnerce wywołują wspomnienia, emocje, żal, ból, poczucie straty. Mężczyźni mówią: "Wszystko mi ją przypomina, tylko jej nie ma". Pozbywanie się rzeczy zdecydowanie ułatwia proces otwierania się na nowe życie.

Jakie miejsce zajmuje była partnerka w nowym życiu mężczyzny, gdy on już zamknął przeszłość? Nie idealizuje jej ani nie demonizuje. Pamięta, że kiedyś trzymał tę kobietę w ramionach, dlatego teraz może żywić dla niej ciepłe uczucia, dobrze jej życzyć. Jest świadomy tego, w jaki sposób związek, który się zakończył, wzbogacił jego życie. Robi wszystko, co w jego mocy, aby porozumieć się w kwestii podziału majątku u ewentualnej opieki nad dziećmi. Gdy naprawdę cieszy się z tego, że kobieta odnalazła szczęście z innym, jest wolny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Obojętność w związku – sygnał, że relacja musi się zmienić albo zakończyć

Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Fot. iStock)
Z obojętności można wydostać się w jeden sposób - pracując nad związkiem. (Fot. iStock)
Ze związkiem jest jak z kwiatami. Można je zostawić same, żeby podlewał je deszcz albo sąsiadka. A można samemu o nie zadbać - nie tylko odpowiednio podlewać, ale i ziemię im zmieniać, i doniczki. Od nas zależy jak o niego dbamy. Jeśli dobrze, obojętność się nie pojawi. W przeciwnym wypadku się jednak pojawia: obojętność męża wobec żony, żony wobec męża, obojętność emocjonalna i fizyczna… Czy da się ją zwalczyć?

O obojętności w związku można przeczytać same niepokojące rzeczy – że oznacza ona pustkę, że jest zapowiedzią rychłego rozstania. Skąd między ludźmi, którzy byli sobie bliscy, bierze się obojętność?
W psychologii zorientowanej na proces o tym, co się dzieje w związku, mówi się w kategorii jasnych i ciemnych snów. Jasne sny ma każdy człowiek - są to wyobrażenia na temat idealnego partnera czy partnerki, nasze najgłębsze duchowe pragnienia i tęsknoty z tym związane. Jest to dość niespójny kawałek, bo mieszczą się tu i przekonania na temat związku, które wynosimy z domu, i wyobrażenia medialne - od spraw głębokich po bardzo płytkie. Z jasnymi snami jest kłopot, bo są one w dużej mierze nieświadome.

A ciemne sny?
To suma naszych rozczarowań relacyjnych. Reakcji, które zachodzą, kiedy tęsknoty jasnych snów nie zostają zaspokojone. Żeby lepiej sobie to wyobrazić, punkt jasnych snów połączmy linią z punktem snów ciemnych - jakby "łukiem tęczy". W momencie kiedy poznajemy partnera, zaczynamy iść w stronę jasnych snów. Myślimy sobie wówczas - to jest dokładnie ten mężczyzna, o nim marzyłam, on spełni moje najskrytsze pragnienia, będziemy żyć szczęśliwie. Śnimy o tym, aż wreszcie dochodzimy do jakiegoś punktu na linii i widzimy, że nasz wymarzony mężczyzna nie jest na przykład tak czuły, rozumiejący czy mądry. Zwykle zatrzymujemy się w jakimś miejscu na tej linii, bo nikt nie jest w stanie w pełni odpowiedzieć na nasze oczekiwania. Kończy się czas zakochania, fascynacji i wtedy dostajemy komendę „w tył zwrot” i zaczynamy podążać w kierunku ciemnych snów. Pojawiają się takie myśli jak: wszyscy mężczyźni to dranie, lepiej już żyć samej, mam go dosyć, trzeba się z nim rozstać, bo jest beznadziejny.

Gdy podążamy w kierunku ciemnych snów, widzimy partnera w gorszym świetle niż jest on w rzeczywistości?
Tak. W fazie jasnych snów widzimy go przez różowe okulary, w ciemnych snach - przez czarne. Ale gdy zbliżamy się do ciemnych snów, dochodzimy do wniosku że ten nasz partner nie jest znowu aż taki zły i znowu zaczynamy śnić swoje jasne sny. Kursujemy po takim jakby łuku. Kłopot polega na tym, że jak się już chodzi wiele razy tą drogą, odcinek między jasnym a ciemnym snem skraca się. Wahnięcia stają się częstsze. Raz myślę sobie - jest fajnie, a zaraz potem - jest fatalnie. Jest to pewnego rodzaju pułapka, ponieważ w tym miejscu nie jesteśmy w stanie ani zawalczyć o swoje marzenia oraz tęsknoty, ani nie możemy się rozstać. Zazwyczaj dzieje się tak, że nie możemy dojść do punktu końcowego ciemnych snów, bo hamują nas okoliczności: dzieci, mieszkanie, lęk przed samotnością. A na walkę o marzenia nie mamy siły, energii. Im mniejszy jest odstęp między jasnymi i ciemnymi snami, człowiek popada w pewien rodzaj rezygnacji - jest to właśnie obojętność.

Czym jest obojętność?
Są dwa rodzaje obojętności - napięta i bezwładna, którą można określić jako stan łagodnej, chronicznej depresji. Wcześniej pojawia się obojętność napięta. Myślimy sobie wówczas, że już trochę nie chce się nam być w naszym związku, ale biegun ściągający nas w sferę jasnych snów jest jeszcze mocny. Wtedy mogę zwrócić uwagę na inną kobietę lub mężczyznę. To mi może wyciąć kawałek zainteresowania partnerką czy partnerem, ale jest jeszcze ukryta energia, która będzie dążyła do utrzymania związku. W tej fazie są jeszcze momenty, kiedy wydaje nam się że wszystko dobrze się układa - wyjedziemy gdzieś razem w fajne miejsce, pójdziemy na kolację do restauracji. Ale zaraz potem znów czujemy, że ona lub on już mnie nie obchodzi.

Czy w fazie obojętności napiętej chcemy ukarać partnera za to, że nie spełnił naszych oczekiwań i tęsknot?
Tak - ukarać, sprowokować, zamanifestować. Gdzieś jest jeszcze w nas nadzieja, że możemy poruszyć tę drugą stronę, że jesteśmy w stanie sprawić, że ona mimo wszystko okaże zdolna do wypełnienia tych wszystkich pięknych rzeczy, które sobie założyliśmy na początku związku. Pod spodem obojętności jest nadzieja, że partner czy partnerka okaże się jednak tą wymarzoną osobą.

A co się z nami dzieje w fazie obojętności, którą nazwałeś stanem łagodnej, chronicznej depresji?
Już nie mamy nadziei, że coś dobrego może wydarzyć się w związku. Nie czujemy żadnej mocy sprawczej. Wydaje nam się, że nic się nie zmieni, ale też nie jesteśmy w stanie z tego związku zrezygnować. Co więcej - nie wierzymy że znajdziemy sobie innego partnera, że kiedykolwiek ułożymy sobie życie. Tutaj zaczyna się depresja. W tym miejscu znajdują się te wszystkie poglądy, które mają uprawomocnić przekonania, że życie nie ma sensu, że nie ma miłości na świecie. Jak się głębiej porozmawia z ludźmi w tym stanie, to mówią oni o swoich fantazjach na temat śmierci partnera lub własnej. To się jawi jako jedyne rozwiązanie, uwolnienie z tej sytuacji, bo sami nie mogą nic z nią zrobić. W długoterminowych związkach łączą się z tym stanem różnego kryzysy, na przykład kryzys wieku średniego.

Stan obojętności napiętej może przejść w obojętność bezwolną, tak?
Tak, jeśli się z nią nic nie robi.

A jeśli już jest, jak się z tej obojętności wydostać?
Można w jeden sposób - pracując nad związkiem. Dbając o niego, można sprawić że krzywa opadania temperatury uczuć będzie mniejsza. W naszej kulturze związek zaczyna się jak gdyby od wrzenia, od 100 stopni, potem temperatura spada. Jeżeli spowodujemy, że opadnie łagodnie i zatrzyma się w miejscu, które nas satysfakcjonuje, prawdopodobnie przeżyjemy razem wiele szczęśliwych lat w dobrym zdrowiu na poziomie jasnych snów.

Brzmi trochę jak bajka.
Wszyscy jesteśmy we władaniu takiego przekonania, że od życia nie można specjalnie wiele oczekiwać. Nie ma cudów - miesiąc miodowy się skończył, można liczyć że co najwyżej będzie jakoś w miarę sensownie. Jeżeli byśmy zmienili nasze podejście i byli przekonani, że można oczekiwać od związku, który trwa lata, gorącej temperatury, dużo by to zmieniło. Zostawmy jednak maksymalne rejestry, pomyślmy jak zadbać żeby amplituda naszych uczuć nie opadała za szybko, żeby w związek nie wkradła się obojętność?

Jak to zrobić?
Z tym jest różnie. Są ludzie, którzy potrzebują dbać o swój związek, rozbudowując sferę domową, bo to jest to, na czym im zależy. A są takie pary, dla których pielęgnowanie będzie polegało na tym, żeby jeździć po świecie, wieść życie towarzyskie, angażować się w działalność społeczną, kulturalną, artystyczną. Każdy związek ma swoją unikalną formułę, w psychologii procesu nazywamy to mitem relacyjnym. Zadbanie o związek jest możliwe i można sprawić, żeby nie wpaść w pułapkę obojętności. To jest profilaktyka.

Zwykle zaniedbujemy wszelką profilaktykę.
Tak. I budzimy się w fazie obojętności. W tym miejscu należy uświadomić sobie, że mamy kryzys relacyjny. Nie ma co się łudzić, że sam przejdzie. Obojętność jest jednym z pewnych symptomów kryzysu. Jeśli potraktujemy kryzys jako wyzwanie i informację, że ze związkiem coś trzeba zrobić, zaczynamy szukać rozwiązań.

Jakich?
Kryzys to jest szczególne i trudne miejsce zarówno w życiu relacyjnym, jak i w życiu człowieka. Jest sygnałem na to, że system w którym jesteśmy, doszedł do kresu możliwości w danej formule. Konieczna jest jego transformacja. Coś musi się zmienić. Może za bardzo poświęcamy się pracy, domowi albo dzieciom?

Równowaga została zachwiana?
Tak. Ten system stał się sztywny, nie reaguje elastycznie. Bo zmieniły się potrzeby między nami, a my cały czas działamy tak jak kiedyś.

O czyje potrzeby chodzi - o własne czy partnera?
Różnie. Załóżmy, że jestem człowiekiem wychowanym w dość konserwatywnym duchu - jestem dość spokojny, grzeczny, układny, odpowiedzialny, solidny. Mam w sobie stronę bardziej szaloną, ale ona nigdy nie była wspierana ani przez moich rodziców, ani świat dookoła mnie. Wyrosłem na poprawnego faceta, chodzę do pracy, mam dzieci i do tego wszystkiego mam żonę, która wspiera ten mój styl funkcjonowania. Załóżmy, że w pewnym czasie zaczynam czuć presję upływającego czasu i myślę sobie, że może warto byłoby sięgnąć po inny kawałek życia i zaczyna mi się marzyć podróż dookoła świata. Zmieniły się moje potrzeby. A moja żona może wcale nie chcieć wspierać tych moich nowych dążeń. Ona może działać tak, jakby była z człowiekiem, z którym brała ślub, podczas gdy ja już jestem innym facetem.

Żeby była szansa na zmianę związku, to żona powinna podążyć za zmianą, która dokonała się w mężu?
Jesteśmy w momencie kryzysu, który jest sygnałem, że związek musi się transformować albo zakończyć. To jest ten moment dojścia do granic możliwości modelu, który zbudowaliśmy. Jeśli związek zdolny jest do zmiany, to warto nad nią pracować. Wtedy relacja ma szansę jeszcze przetrwać.

Szansa powodzenia jest wówczas, jeśli obie strony chcą zmiany?
Tak, inaczej nic z tego nie będzie. Jeżeli jedna strona naciska na zmianę, to druga albo też jej dokonuje, albo zdecydowanie się temu przeciwstawia. Jeśli mamy do czynienia z drugim wariantem albo musimy się rozstać, albo wpadamy w łagodną depresję. Albo żona powie: „Świetnie, ruszamy na wyprawę dookoła świata.” albo „Zgłupiałeś!”. Albo się rozstaniemy, albo obsuniemy się w depresję i będziemy się obwiniać. Ja za to, że ona mnie nie wspiera w moich nowych potrzebach, ona mnie za to, że jej się wydawało że ja jestem inny, niż jestem.

Czasami jest tak, że sami potrzebujemy tej zmiany, ale wymagamy jej od partnera.
Wszyscy ludzie są w tym miejscu tacy sami. Chcemy, żeby zmiana została przeprowadzona nie przez nas, tylko przez naszych partnerów. Chcielibyśmy, żeby oni zrobili tę robotę za nas. Zanim uświadomię sobie, że chcę się wybrać na koniec świata, będę zarzucał żonie że jest nudna.

I zwykle jest tak, że zaczynamy od żali, pretensji, czasem od dawna niewypowiedzianych?
Tak, jeżeli wytykamy coś partnerowi, sprawa dotyczy tego że potrzebuję zadbać o siebie w tej sferze. To ja potrzebuję zmiany, a druga strona pójdzie za tym, albo nie.

Zdarza się tak, że nie zawsze związek, który znalazł się w fazie obojętności, można uratować.
Istotą sprawy nie jest to, żeby związek ratować. Ostatnio przeczytałem mądre zdanie w książce dla lekarzy: „Lecz chorobę, ale umierającemu duchowi daj spokojnie odejść”. Trzeba zobaczyć co z tym naszym duchem.

Jak?
W momencie, kiedy jesteśmy rzucani od jasnych snów do ciemnych, zwykle do tego potrzebny jest ktoś z zewnątrz.

Jako terapeuta pewnie to widzisz?
Zwykle widzę sygnały, że duch związku umiera. Gdy podczas pracy terapeutycznej kieruję klienta to w stronę jasnych snów, to w stronę ciemnych, obserwuję dokąd bardziej zmierza. Wtedy, w zależności od tendencji, która jest silniejsza, można albo mocniej zawalczyć o swoje marzenia, albo uścisnąć sobie dłonie i powiedzieć „cześć”. Jest jeszcze druga możliwość wyjścia z tej pułapki. Można uruchomić takie miejsce, które nazywamy brakiem snu. Chodzi o to, żebym był w stanie spojrzeć na partnera ani przez różowe, ani przez czarne - tylko bez okularów. Wtedy mam szansę zobaczyć kim ona lub on naprawdę jest. Że nie jest ani aniołem, ani diabłem, tylko człowiekiem o takich i takich cechach. Wówczas łatwiej można podjąć decyzję, czy chcę nadal z kimś takim żyć, czy nie.

Jak możemy pomóc sobie w decyzji o rozstaniu?
Rozstanie nie jest niczym strasznym. Jest takim samym zjawiskiem jak każde inne. Chodzi o to w jaki sposób się rozstajemy. Dobrze byłoby zobaczyć, co w naszym związku było wartościowe, czego się nauczyliśmy, podziękować sobie. Zrobić podsumowanie.

Tomasz Teodorczyk: współzałożyciel Akademii POP, dyplomowany psychoterapeuta i nauczyciel pracy z procesem Research Society for Process Oriented Psychology w Zurichu, posiada Licencję Psychoterapeutyczną i Trenerską Polskiego Towarzystwa Psychologii Zorientowanej na Proces. Pracą z procesem zajmuje się od 1988 r. Prowadzi psychoterapię indywidualną, warsztaty oraz szkolenia i superwizje.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o ciekawości – karty emocji Katarzyny Miller

Ciekawość to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. (Fot. iStock)
Ciekawość to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. (Fot. iStock)
Lato w niektórych z nas budzi chęć do eksplorowania nowych terytoriów, także w przenośni. Czasem prowadzi nas to do nieba, a czasem… do piekła. O ciekawości, która pozwala przekraczać nam własne i cudze granice – opowiadają na kolejnej karcie emocji Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk.

Ciekawość…

…to zarówno uczucie, stan, cecha jak i postawa życiowa. Charakteryzuje ją dążenie do poznawania nowych rzeczy, eksplorowania, przekraczania granic i zadawania pytań. To także głód wiedzy, pociąg do nieznanego, pęd do zgłębiania tajemnic. Zaciekawienie świadczy o otwartej postawie człowieka wobec życia. Kiedy mówimy, że coś wzbudza naszą ciekawość, znaczy to zwykle, że nas interesuje, pociąga, intryguje. Jest nowe, inne, ale też w jakiś sposób zagadkowe i wymagające od nas wysiłku. Zdrowa ciekawość często łączy się z takimi wartościami, jak otwartość, odwaga, dociekliwość czy wnikliwość. Przesadna i powierzchowna to brawura, lekkomyślność, a bardzo często i wścibstwo. Zaspokajanie ciekawości jest bardzo istotne dla naszego zdrowia psychicznego oraz rozwoju jako jednostek i gatunku. Trzeba być jednak bardzo uważnym na cudze granice.

Po co nam to uczucie?

Dzięki ciekawości uczymy się, rozwijamy, zdobywamy wiedzę, poszerzamy horyzonty, ale też oswajamy nieznane, wychodzimy ze strefy komfortu i podnosimy nasze poczucie własnej wartości. Ciekawość uczy nas tolerancji i życzliwości wobec innych. W tym procesie niezbędna jest jednak umiejętność zatrzymania się co jakiś czas na chwilę, skupienia i ułożenia w głowie i sercu tego, co do tej pory poznaliśmy.

Zadania

  • Zastanów się, co wzbudza twoją ciekawość. Jakie dziedziny sztuki lub nauki? A może elementy życia codziennego? Zwykle interesujesz się czymś na chwilę i zaraz przerzucasz na coś nowego? A może lubisz zgłębiać jeden temat – zarówno teoretycznie, jak i praktycznie?
  • A teraz pomyśl chwilę nad tym, jak duża jest twoja otwartość na nieznane? Czy często wychodzisz poza swoją strefę komfortu i próbujesz nowych rzeczy? A może wolisz to, co lubisz i znasz? Czy nie zamyka cię to na nowe spojrzenia na pewne sprawy?
  • Co jest granicą dla twojej ciekawości, której nie chcesz przekraczać? Czyjaś prywatność? Bezpośrednie zagrożenie? A może normy kulturowe lub społeczne?

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło (do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl).

  1. Psychologia

Daj sobie szansę na bliskość

Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Aby poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. (Fot. iStock)
Coraz częściej brakuje nam zaufania do więzi łączącej nas z innymi ludźmi, nie potrafimy troszczyć się o relacje z bliskimi. Uciekamy w marzenia o związku idealnym, który bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność. Tymczasem budowanie bliskości wymaga wysiłku i zaangażowania, mówią Katarzyna Miller i Wojciech Eichelberger.

Wszędzie słychać, że przeżywamy kryzys bliskości. Co dzisiaj stoi za tym wyświechtanym sformułowaniem?
W.E.
: Bulwersującą prognozę tego, co będzie się działo w relacjach międzyludzkich, stawia w książce „Razem, lecz osobno” [Prószyński i S-ka 2007] francuski socjolog i antropolog Serge Chaumier. Według niego już wkrótce przestrzeń międzyludzkich związków zupełnie zdominują relacje powierzchowne i krótkotrwałe.

Dlaczego?
W.E
.: Serge Chaumier uważa, że znakiem naszych czasów są relacje z innymi charakterystyczne dla tzw. osobowości borderline z silnym odchyleniem narcystycznym. Mam nadzieję, że te prognozy się nie potwierdzą, jednak trzeba przyznać, że w gabinetach psychoterapeutów gwałtownie wzrasta liczba klientów o tym typie osobowości.

Czyli jakich?
W.E.
: Chodzi tu o osoby o typowo narcystycznej potrzebie zdobycia uznania, a jednocześnie słabych granicach wewnętrznych. Często nie potrafią one odróżnić własnych potrzeb, przekonań i uczuć od potrzeb, myśli i uczuć innych ludzi, nie szanują przestrzeni i autonomii innych. W bezpośrednich relacjach z ludźmi brakuje im wyczucia fizycznego i psychicznego dystansu. Np. z bliskimi nie rozmawiają, a nowo poznanej osobie opowiadają o najintymniejszych sprawach. Ludzie z osobowością typu borderline nie mają zaufania do więzi łączącej ich z innymi. Nie potrafią się troszczyć o swoje związki.

K.M.: Co z oczu, to z serca, a co przed oczami, to moje. Nie umieją sobie niczego odmówić, są niestali, ulegają zachciankom.

W.E.: Takim osobom brakuje wiary, wytrwałości i odporności na kryzysy. W nieskończoność domagają się dowodów, że są ważni. Są jak beczka bez dna. Poza tym mają zwykle trudności z wyczuwaniem konwencji, z dotrzymywaniem umów. Potrafią w nieskończoność powtarzać te same błędy, obwiniając za nie otoczenie. Z jednej strony chcą związku symbiotycznego, bo mają wrażenie, że druga osoba jest jakby częścią ich samych, a z drugiej – z błahych powodów doprowadzają do rozstań, by uniknąć nieuchronnego, w ich przekonaniu, bólu porzucenia.

Dlaczego takich osób ma być coraz więcej?
W.E.
: Psychika ludzka dostosowuje się w ten sposób do wymogów naszych czasów, w których w obszarze wartości rządzi sukces materialny, atrakcyjność i popularność. To sprawia, że związki z ludźmi są traktowane instrumentalnie, przestają być wartością samą w sobie, służą robieniu wrażenia i osiąganiu konsumpcyjnego sukcesu.

K.M.: Dziś liczy się pozór, fasada, a nie prawdziwe emocje, głębia.

W.E.: Tak ukształtowani ludzie to idealni pracownicy i konsumenci. Nie tworzą stałych związków, są więc dyspozycyjni, a dla sukcesu poświęcą wszystko. Ponieważ uzależniają się od autorytetów, od nagród i pochwał, łatwo nimi manipulować i kierować. Przy tym są to z reguły ludzie ambitni, inteligentni i zdolni, potrafiący studiować kilka fakultetów naraz.

K.M.: Dziś inwestujemy w inteligencję. Dla rodziców ważne są dobre stopnie, a nie relacje dziecka w szkole. Lepsze wykształcenie ma gwarantować pieniądze, za które można kupić domy, auta, czyli symbole sukcesu, oraz techniczne zabawki pozwalające na utrzymywanie masy pozornych kontaktów i związków.

W.E.: Osobowość typu borderline staje się powszechna również dlatego, że społeczeństwo cechuje dziś niesłychana mobilność. Wartością jest zdolność do asymilowania się, przemieszczania się tam, gdzie jest praca, często na ogromne odległości, do innych krajów i kultur. Dzieci od małego przeżywają liczne rozstania, wiele trudnych emocjonalnie sytuacji, są także ofiarami i świadkami bolesnych rozstań w środowisku dorosłych. Skuteczną obroną przeciwko takiej sytuacji jest nawyk nieangażowania się i ograniczania do powierzchownych relacji.

Bo będzie mniej bolało?
W.E
.: W ogóle nie będzie bolało. Tymczasem ciągle tęsknimy za związkiem idealnym, który sam z siebie, bez żadnego wysiłku z naszej strony zachowa świeżość i atrakcyjność, przetrwa. Prawdziwa miłosna relacja przenosi się w sferę mitu, staje się romantyczną iluzją. Jej efemerydą, a zarazem substytutem jest stan zakochania.

K.M.: Dopóki działa chemia, dopóty żyjemy jak w niebie. Gdy się kończy, zmieniamy partnera jak pracę, która przestała zaspokajać nasze aspiracje. A chemia wytrzymuje góra dwa lata. Potem przez idealny obraz zaczyna przebijać się rzeczywistość. Rozpadają się związki, gdy ludzie budzą się z owego romantycznego snu, czasem już po kilku miesiącach, kiedy tylko pojawią się pierwsze trudności.

Czy tak nie było zawsze?
K.M
.: Różnica jest taka, że dziś ludzie nie mają ochoty, by nad związkiem pracować. Najprostszym wyjściem okazuje się rozstanie. Było fajnie, ale przestało, znaczy, że to nie był ten albo ta, więc kończymy znajomość. Nawet bez większych kosztów. U podstaw leży owa iluzja, przekonanie, że gdzieś jednak istnieje wymarzony ten jedyny, z którym namiętność nie wygaśnie, z którym będziemy się rozumieć bez słów... Więc szukamy dalej.

Albo się rozczarujemy i przestaniemy szukać w ogóle. Ale tęsknota zostaje.
K.M
.: Można ją nieco przyklepać, zagadać. I tu przychodzi z pomocą technologia: coraz więcej jest wirtualnych związków, których emocjonalna intensywność potrafi dorównywać związkom z realnym partnerem, mimo że się tego człowieka nigdy na oczy nie widziało.

Pokazuje to m.in. książka „Samotność w sieci” Janusza Wiśniewskiego i zrealizowany na jej podstawie film Witolda Adamka.
W.E
.: Internetowe związki bywają urzeczywistnieniem miłosnej iluzji, odgrywaniem marzeń: partner może być ideałem i my sami możemy być ideałami, jakimi przecież nie jesteśmy. Więcej nawet, możemy być kimś zupełnie innym niż w rzeczywistości. To niebezpieczna, uzależniająca gra. Uzależniająca właśnie dlatego, że rządzi się zupełnie innymi regułami. W prawdziwym życiu trudno jest osiągnąć podobną intymność, przełamać emocjonalne bariery. Łatwiej jest, siedząc przed ekranem komputera, wypisywać piorunująco szczere wyznania, niż coś powiedzieć prosto w oczy siedzącej naprzeciwko osobie. Łatwiej jest nawiązać wirtualny kontakt, a przede wszystkim łatwiej go zerwać bez większych konsekwencji.

Ale dla osoby wirtualnie porzuconej konsekwencje bywają podobne jak w realnym związku.
K.M
.: Taka strata bywa nawet trudniejsza do przeżycia niż rozstanie z kimś realnym. Trzeba się pogodzić z tym, że nigdy się nie dowiemy, dlaczego tak się stało, można przy tym wpaść w obsesję, że się wszędzie tej osoby szuka, a nikt realny nie dorasta do ideału.

W.E.: W rzeczywistym związku mamy przed sobą trzy możliwe drogi: mozolne budowanie, rozstanie albo utrzymywanie iluzji dobrego związku – gdy po fazie romantycznej następuje tak zwana symbioza, kiedy to partnerzy są tak bardzo razem, że praktycznie tracą własną autonomię.

K.M.: To zakłada rezygnację z siebie, podporządkowanie. Warto wytłumaczyć, co to jest symbioza, bo dwoje ludzi, którzy trzymają się cały czas za rączki i patrzą sobie w oczy, to obrazek bliski romantycznemu ideałowi, za którym nasza kultura podąża. A nie ma nic wspólnego z prawdziwą, głęboką relacją. Ludzie pozornie są blisko, dbają o to, żeby się nic nie zepsuło. Jednak prawie nie komunikują się na głębszym poziomie, tylko trwają, wypierając rzeczy, które obnażałyby płytkość i nieprawdziwość tego bycia razem. Odcinają to, co ich różni, wszędzie chodzą razem, robią wszystko razem, zawsze do domu po pracy, prawie się nie kłócą...

W.E.: To niepisany pakt o nieagresji: unikamy konfrontacji. Lubimy to samo, wierzymy w to samo, mamy tę samą ideologię, tych samych znajomych, te same potrzeby. Nie ma żadnej własnej, prywatnej przestrzeni, która tych ludzi od siebie odróżnia i czyni partnerami w związku.

K.M.: Taki związek nie jest związkiem, bo do związku trzeba dwojga całych ludzi. A nie dwóch połówek, choć takim mitem się karmimy.

W.E.: Oczywiście, nie mówimy tutaj o jedności duchowej. Tego rodzaju jedność nie wymaga nawet bycia na co dzień razem, to miłość, w której partnerzy czują się wolni. Odkrycie jedności duchowej to zwykle rezultat długoletniej pracy dwóch autonomicznych, niezależnych osób. Nie ma ona nic wspólnego z symbiozą – to jedność w różnorodności.

K.M.: W symbiozie jest nudno, panuje stagnacja, marazm. Pozostaje ucieczka w jakąś aktywność, także w nałogi, np. alkoholizm, również ten ukryty, albo pracoholizm.



Jest z tego inne wyjście?
W.E
.: Zależy, co dla nas ważne. Na podstawie obserwacji tego, co dzieje się dziś w społeczeństwach zachodnich, Chaumier sugeruje, że ludzie, próbując zachować związek, a jednocześnie uciec od nudy, cierpienia i trudów budowania głębokiej relacji, coraz częściej zapraszają do niego kogoś trzeciego.

Zdrada ma pomóc utrzymać związek?
W.E
.: Chaumier dowodzi, że ktoś trzeci albo i czwarty, bo bywają związki, w których każdy z partnerów jest jednocześnie w drugim związku, wnosi świeżą energię do wypalonej relacji i pomaga zwalczyć znienawidzoną nudę. To kontrowersyjna teza, ale statystyki mówiące o wielkiej liczbie dodatkowych, „ratunkowych” związków, niepowodujących wcale rozpadu relacji pierwotnej, zdają się to potwierdzać.

K.M.: Mamy stałego, nudnego partnera, zabezpieczone tyły, ustabilizowane jako tako życie i od czasu do czasu fundujemy sobie drobny lifting uczuciowo seksualny! Pozornie idealna sytuacja. Jednak takie podejście prowadzi do tego, że związki przypominać będą pozbawione emocji sojusze: on się nie będzie wtrącał w moje życie, a ja w jego. Tyle że to nie ma nic wspólnego z bliskością czy miłością.

W.E.: To są właśnie związki narcystyczne, w których druga osoba jest dopełnieniem wizerunku pierwszej i na odwrót. Ten, kto nie spełnia ostrych kryteriów bycia cool, dobrego wyglądu i sukcesu – wypada z gry.

K.M.: Mężczyznom coraz częściej podobają się zajęte tylko własną urodą laski. A ile kobiet chciałoby mieć takiego faceta, co prze do sukcesu? Mnóstwo. Nie zdają sobie sprawy, że on poza wyglądem i statusem finansowym nie jest w stanie nic zaproponować. Owszem, jest zadbany, bo jego ciało ma być obiektem podziwu. Jako produkt doskonały jest zwykle dobrze ubrany, ma pieniądze, gadżety. Ale do wspólnego życia się nie nadaje. Nie mówiąc o seksie...

Nie pozwoli sobie na bliskość i luz?
K.M
.: Będzie myślał tylko o tym, czy dobrze wypadł. Normalny człowiek jednego dnia powie: Dziś mi się nie chce kochać, a innego: Bardzo mi się chce. Albo dziś się nie golę czy nie maluję (w wersji dla pań). Na odpuszczenie sobie pozwolić sobie może tylko ktoś ze zdrowym dystansem do samego siebie, nigdy ten, komu zależy wyłącznie na ocenie innych. Narcyz jest przy tym niedostępny emocjonalnie, co dzisiejsze dziewczyny, które wychowują się praktycznie bez ojców, przyciąga jak magnes. Od kogoś takiego dziewczyna nie dostanie czułości, uwagi, a starać się o to może i całe życie. Za to on będzie wymagał, jak ojciec, żeby była nienaganna, wytknie jej każde niedociągnięcie.

Jest dziś szansa na bliskość?
K.M
.: By poczuć bliskość, trzeba opuścić gardę, zrezygnować na użytek drugiej osoby z pięknego wizerunku. A ludzie boją się tego coraz bardziej. By przestać się bać, trzeba zajrzeć w siebie. Jako młódka szłam kiedyś na randkę i ze zdziwieniem poczułam, że się boję: coś mną telepało w środku, jakby w brzuchu latały mi motyle. Wczułam się w siebie i dotarło do mnie, że to jest przyjemne uczucie, nie strach, tylko rodzaj oczekiwania, podniecenie. To było ważne odkrycie. Boimy się nowych rzeczy, bo nam rodzice nie mówią: kochaj te drgania w brzuchu, zauważaj to, co czujesz, bo to jest twoje życie, najfajniejsze momenty. Odbieraj sygnały, obserwuj siebie. Wtedy nauczysz się kontaktować ze sobą, a co za tym idzie, z innymi, i się nie bać. Tylko tak można poczuć bliskość, otworzyć się przed tym, kogo wybierzemy.

  1. Psychologia

Czego boją się mężczyźni?

- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
- „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia - mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko. (Fot. iStock)
Mężczyźni boją się jak ognia słowa „porażka”. – Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony... – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Świat, w którym żyjemy, przesycony jest lękiem. Media i Internet 24 godziny na dobę donoszą nam o globalnych zagrożeniach. Czy mężczyźni obawiają się tych zagrożeń? W jaki sposób lęki wpływają na ich kondycję psychiczną?
Męskie lęki skoncentrowane są częściej wokół przetrwania własnego i rodziny niż wokół globalnych wyzwań.

Podobno mężczyźnie można odebrać wszystko poza pracą. Bez pracy łamie się i zanika.
Gdy traci relację z kobietą, przeżywa smutek, żal, złość, ale nie spotkałem się z tym, aby czuł lęk. Co innego, gdy chodzi o pracę. Utrata zatrudnienia uruchamia lawinę lęków o przetrwanie rodziny. To godzi w poczucie tożsamości i wartości: „A więc nie sprawdziłem się, teraz będzie już coraz gorzej”. „Porażka” – tego słowa mężczyźni boją się jak ognia. Porażka jest etykietką, którą przylepia się temu, co się wydarza.

A więc męski lęk to głównie lęk przed porażką?
Tak. Nie mam pracy, sukcesu, więc mnie nie ma, jakbym został przekreślony. To też lęk przed depresją. Jednak doświadczają go również mężczyźni, którzy mają pracę. Wystarczy, że rozejrzą się dookoła: kolega został zwolniony, innego zredukowali z całym działem, bo w firmie wprowadzono restrukturyzację, jeszcze inny musiał odejść, bo przyszedł nowy szef i zatrudnił swoich ludzi. „Czy zachodnia firma, w której pracuję, nie wycofa się z polskiego rynku?”; „Czy nie nastąpi załamanie koniunktury?”. Rodzi się lęk o przyszłość: „Co będzie, jeśli stracę pracę i nie znajdę innej?”. To są lęki mężczyzn stosunkowo młodych: 35-, 40-letnich, ponieważ oni wiedzą, że korporacje poszukują na ogół pracowników do trzydziestki. Uruchamia się lęk związany z upływem lat, starzeniem się, utratą atrakcyjności. I mężczyzna nieświadomie zaczyna stosować strategię pesymisty.

Czyli rozważa najgorsze opcje rozwoju sytuacji?
Pyta siebie: „Co będzie, jeśli…? Jeśli stracę pracę? Jeśli zachoruję? Jeśli dzieci przestaną chodzić do prywatnej szkoły? Jeśli nie będę mógł spłacać kredytu? A jeśli moja partnerka straci pracę?”. To fatalna strategia, ponieważ sprawia, że nieświadomie zaczynamy szukać odpowiedzi, a więc wyobrażamy sobie najgorsze scenariusze wydarzeń. Tworzymy wirtualną rzeczywistość. Wyświetlamy w głowie horrory. To oczywiste, że ktoś, kto ogląda horrory, boi się i reaguje lękowo. To, czy mężczyzna będzie odczuwał lęk, zależy od sposobu, w jaki myśli, ponieważ lęk jest naturalną konsekwencją myśli i wyobrażeń. Napina ciało. Niektórzy są w tym dosyć uporczywi, ponieważ nie zdają sobie sprawy, że tworzą fikcję. Upierają się, że przecież myślą i mówią o realiach, że tak wygląda rzeczywistość. A tak wygląda jedynie rzeczywistość w ich głowie. Przywołują przypadki kolegów, którzy marnie skończyli, i hipnotyzują się ich historiami.

Porozmawiajmy więc o strategii optymisty.
Wystarczy być realistą. Realista pyta: „Co mogę, co mógłbym zrobić, aby w najlepszy sposób zabezpieczyć siebie i rodzinę, nawet gdy wydarzy się coś nieoczekiwanego?”. Tego typu pytania odnoszą się do spraw, które leżą w zasięgu naszego wpływu i możliwości. „Co mógłbym zrobić, gdybym tu nie pracował?”. Jeżeli nie zadajemy sobie takich pytań, łatwo zapominamy o swoim doświadczeniu i kompetencjach. Na przykład starsi mężczyźni mogą stawać się mentorami, coachami dla młodych pracowników. Mogą być konsultantami, doradcami, szkoleniowcami.

Jak uruchomić wiarę w swój twórczy potencjał?
Mózg przez całe życie zachowuje neuroplastyczność, to znaczy ciągle tworzy nowe połączenia neurologiczne. Jednak musimy go pobudzać poprzez wyobraźnię, przywoływanie pomysłów, rozwiązań, które nie mieszczą się w schematach. Najbardziej twórcze pytanie, które możemy sobie zadać, to: „Co zrobiłbym, gdybym przestał liczyć się z czymkolwiek i pozwolił sobie na najbardziej szalone rozwiązanie?”. To jest wysadzenie siebie ze starych kolein myślenia i działania.

Wtedy te wszystkie głosy lękowe – nie poradzisz sobie, to już koniec, jesteś nikim, młodzi mają ciężko, a co dopiero ty – uciszają się?
Te głosy to nasz wewnętrzny dialog. Głos wewnętrznego krytyka, który przekreśla, odrzuca, ocenia, na różne sposoby pomniejsza nasze możliwości, może być bardzo demotywujący. Może sparaliżować działanie. To jest najgorsze, co może się wydarzyć. Jednak to my sami jesteśmy autorami wszystkich wewnętrznych dialogów. Możemy je więc zmienić. Zmienić strukturę, nie tylko treść. Nie wystarczy zamienić dialogów negatywnych na pozytywne: „Są firmy, które zatrudniają starszych, rynek jest wielki itd.”. To nie znaczy, że takie afirmacje nie mają sensu, jednak łatwo napotykają nieświadomy opór, ponieważ mogą wydawać się nielogiczne i sprzeczne z tym, co widzimy w świecie. Pytania, które zmieniają strukturę myślenia, to właśnie te odwołujące się do twórczego działania: „Co mogę zrobić? Od czego mogę zacząć?”.

A jeśli odpowiedź brzmi: „Nie wiem”?
Na razie nie wiem. Możemy pytać dalej: „Co mogę zrobić, żeby się dowiedzieć? Z jakich źródeł wsparcia, informacji mogę skorzystać? Jakich umiejętności mogę użyć? Gdzie szukać pomysłów? Do kogo mogę się zwrócić? Jakie środowisko mogłoby być dla mnie pomocne? Czego do tej pory nie próbowałem, a mógłbym?”. Takie pytania otwierają, zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak wiele zależy od nas. A to przestraja na zupełnie inny styl myślenia i natychmiast poprawia stan wewnętrzny. Jest także zaporą dla lęku. Jeśli nawet lęk się pojawia, jest dużo bardziej oswojony i kontrolowany.

Jak długo może trwać oswajanie lęku?
Mężczyźni są bardzo konkretni, więc pytania realisty do nich przemawiają; realista zajmuje się konkretami, czynnościami operacyjnymi, działaniem, organizowaniem. Skupia uwagę na tym, jakich środków użyć, jak wykorzystać możliwości. To mężczyznom pasuje. Czasem wystarczy jedna, dwie, góra trzy sesje z coachem, aby uruchomić w sobie realistę. Mężczyźni mówili mi, że nigdy nie myśleli w taki sposób, że potrzebowali impulsu, uświadomienia, jak skutecznie stosowali strategię pesymisty, a tym samym kreowali lęk. Gdy przestawili myślenie, szybko wchodzili w nowy tryb, zaczynali sprawdzać nowe możliwości.

Miałem klienta, który został zwolniony z pracy w korporacji. Był pogrążony w lęku o przetrwanie rodziny do czasu, gdy zaczął pytać siebie o możliwości konkretnych rozwiązań. „Przypomniał” sobie, że przecież jego ojciec ma bardzo dobrze prosperujące przedsiębiorstwo i chętnie zatrudni syna. Był ogromnie zdziwiony, że wcześniej na to nie wpadł!

Lęk uruchamia się bardzo szybko i często zupełnie niespodziewanie…
To jest nawykowy lęk przed zagrożeniem. Jeden z moich klientów został wybrany przez pracodawcę do sesji coachingowych. Ten 60-letni mężczyzna cały czas pytał siebie, czy coś z nim nie tak, skoro firma go wytypowała. Był niemal sparaliżowany lękiem, który sam tworzył poprzez własne fantazje, wyobrażanie sobie najgorszego. Okazało się, że pracodawca zafundował mu sesje, ponieważ miał wobec niego plany awansu i rozwoju. To pokazuje, jak łatwo uruchamia się lęk przed zagrożeniem, które nie istnieje.

Ten lęk mężczyźni dojmująco odczuwają w ciele. Może na początek mogliby się po prostu odprężyć?
Jednak to myśli spinają ciało. Mechanizmy neurobiologiczne powstawania lęku są już dobrze rozpoznane przez naukowców. Większość z nas, niestety, nie zdaje sobie z nich sprawy. Myśli i obrazy, które tworzymy w głowie, nasze nastawienie, oczekiwanie w stosunku do przyszłości – wszystko to działa na neurobiologię. Wydzielają się hormony, neuropeptydy, które rozprowadzają informacje po całym ciele. Komórki ciała poprzez receptory odczytują informacje. I mówimy: „Gdy tylko o tym pomyślę, aż mnie ściska w żołądku”; „Serce mi pęka”; „Coś mi zalega na wątrobie”. Te metafory precyzyjnie opisują konkretne reakcje w ciele. Gdy pytamy siebie, co najlepszego mogę dla siebie zrobić, ciało reaguje rozluźnieniem.

Wydaje się jednak, że całkowicie od lęku nie uciekniemy, bo to nasze pierwotne wyposażenie.
Dzięki lękowi przetrwaliśmy jako gatunek. Neurobiolodzy zwracają uwagę, że współcześnie cierpimy na nadmiar lęku nawykowego, który jest spuścizną po przodkach żyjących w jaskiniach. Tam zagrożenia czyhały co krok. Dzisiaj nie grozi nam rozszarpanie przez tygrysa szablozębnego. Warunki, w których żyjemy, można uznać za luksusowe pod każdym względem. A jednak nawykowy lęk o przetrwanie uruchamia się z byle powodu.

Możemy go oswajać, zmniejszać albo działać mimo lęku?
Neurobiolodzy sugerują, że najwyższy czas dostosować możliwości naszego systemu nerwowego do tych luksusowych warunków, które mamy. Możemy – jak sugerują – trenować mózg, tworzyć nowe połączenia między komórkami nerwowymi, wyrabiać nowe nawyki poprzez uruchamianie konstruktywnego, twórczego myślenia, podejmowanie nowych wyzwań, naukę nowych umiejętności. Ale przede wszystkim poprzez koncentrowanie się na tym, co dobre, budujące, wspaniałe, inspirujące. Gdy konsekwentnie praktykujemy docenianie nawet drobnych pozytywnych zdarzeń, miłych spotkań, chwil radości, wtedy stopniowo mózg przestawia się na inny tryb postrzegania i zaczyna automatycznie wybierać z otaczającej rzeczywistości właś­nie to, co ma charakter pozytywny. Ta praktyka jest bardzo ważna właśnie dlatego, że ewolucyjnie mózg rozwinął się tak, aby wychwytywać to, co zagrażające. Szkoda mu czasu na zatrzymywanie się przy sprawach pozytywnych, ponieważ nie mają znaczenia z punktu widzenia przetrwania. Na szczęście mamy wybór. Neuroplastyczność mózgu to potężny sprzymierzeniec w eliminowaniu nawykowego lęku. Dobrze to wiedzieć.

  1. Seks

Jak udawać orgazm? „Nie udawać” – mówi seksuolożka Małgorzata Zaryczna

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla seksuolożka Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. (Fot. iStock)
Temat dosyć drażliwy, a pytanie iście szekspirowskie: Czy dla satysfakcji partnera można udawać własną? Wyjaśnia seksuolożka Małgorzata Zaryczna

Marike ma 32 lata i mieszka w Hanowerze. Jest logopedką, ma fajnego faceta, którego kocha z wzajemnością. Tylko w sypialni coś „nie gra”, bo Marike zdecydowała się napisać o tym na internetowym forum: „Jest nam razem wspaniale. Uwielbiam sypiać z moim partnerem. Nie mogę się skarżyć, robi wszystko tak, jak trzeba. Nie wiem więc dlaczego, ale nie mogę przeżyć z nim orgazmu. Jak tylko ogarnia mnie to miłe, gorące uczucie, próbuję je uchwycić, podążyć za nim – a ono wtedy znika. Nie chcę wyjść na zimną jędzę, więc udaję. Ups, powiedziałam to wreszcie – od trzech lat udaję wszystkie orgazmy…”.

Kobiet takich jak Marike jest więcej. Choćby Jula, tym razem z polskiego forum: „Ja też udaję orgazmy. Całe to gadanie na ten temat więcej psuje, niż poprawia. Mój facet nie rozumie, jak można nie mieć orgazmu i robi, co może, żeby mnie do niego doprowadzić. Tyle tylko, że ja to koncentrowanie się na moim szczytowaniu odbieram jako totalnie zniechęcające. Seks bez szczytowania też daje mnóstwo frajdy. Wcale nie tęsknię za orgazmem. Ale ponieważ mój facet tak strasznie na niego czeka, udaję – i oboje jesteśmy zadowoleni”.

Z miłości i dla świętego spokoju

Kiedyś kobiecy orgazm był zjawiskiem egzotycznym: nie bardzo wypadało przeżywać go „przyzwoitej” kobiecie. Orgazm nie był czymś, czego się wymagało od żony lub jej zapewniało – przeciwnie, kobiety szczytujące uważane były za rozwiązłe. Dziś tę reglamentację rozkoszy zastąpiło całkowite przeciwieństwo: kobiecy orgazm to obowiązek. On musi go jej dać, ona musi go przeżyć. Orgazm nie tylko „wieńczy dzieło”, ale w ogóle nadaje mu sens. Jeśli nie nadejdzie, to znaczy, że ktoś nawalił: kochanek, kochanka albo oboje. Trudno się więc dziwić, że pary czują się w obowiązku zrobić wszystko, by ten magiczny szczyt za każdym razem osiągnąć. Tyle tylko, że wspaniały, porywający i niezwykły seks to rzecz raczej odświętna. Na co dzień najczęściej trafia się nam seks po prostu – zwykły i przyjemny. I tak powinno być. Problem pojawia się, gdy zamiast zaakceptować ten stan rzeczy i cieszyć się bliskością, dąży się do ideału. W konsekwencji, jeśli ziemia się nie trzęsie podczas każdego tête-à-tête, udawanie orgazmu staje się koniecznością.

– Symulowanie rozkoszy – nawet jeśli kierowane „dobrem związku” – ma zwykle na celu dwie rzeczy: chęć zadowolenia własnego ego lub ego partnera – tłumaczy Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Wychodząc z sypialni, chcemy mieć poczucie, że sprawdziłyśmy się w roli kochanki, a w oczach partnera znaleźć na to potwierdzenie.

Tych kilka wystudiowanych jęków nie wydaje się też zbyt wysoką ceną za dobre samopoczucie naszego partnera. On to dopiero czuje ciężar odpowiedzialności! Mężczyzna, którego partnerka nie wije się z rozkoszy, nie może nazywać się dobrym kochankiem. Dlatego kobiety często udają… z miłości. Nie chcą, żeby za ich brak dostrojenia na orgazm ukochany zapłacił obniżeniem samopoczucia i seksualnej samooceny. Ale równie często odgrywają scenkę rozkosznych konwulsji z wygody. Dla świętego spokoju. Żeby mężczyzna, który od pół godziny wychodzi z siebie, by je zadowolić, zajął się w końcu czymś innym – przytulił, pocałował.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego kobiety udają: wielu mężczyzn podnieca fakt, że kobieta szczytuje. Sami wtedy szybciej osiągają spełnienie. Są też tacy, którzy dopiero po orgazmie partnerki przestają wstrzymywać własny. Dlatego, jeśli kochanka chce subtelnie zakończyć erotyczne spotkanie, symuluje orgazm – i można się zwyczajnie poprzytulać.

Nie chcę, ale to robię

Problematyczne jest tylko samo słowo „udawanie”. Udawanie, czyli oszustwo, kłamstwo, nieprawda. Buduje mur pomiędzy kochankami. Coś, co powinno łączyć, dzieli. Wielki różowy słoń stoi w sypialni i obydwoje udają, że go nie widzą… Partner, bo według niego wszystko jest w porządku. Partnerka, bo woli mieć święty spokój albo dlatego, że uważa, że wprawdzie mają problemy, ale chwilowe. Co jeśli jednak będą się powtarzać?

Wyrzuty sumienia mogą powodować, że zacznie unikać seksu albo, sfrustrowana, w końcu zacznie traktować seks na zasadzie „nie chcę, ale co robić, trzeba”.

– Udawanie orgazmu to nie tylko dewaluacja własnych potrzeb, ale również potrzeb partnera – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Poza tym pojawia się duże niebezpieczeństwo tego, że kochanka od lat udająca orgazmy sama siebie zapędzi w kozi róg. Bo gdy nagle stwierdzi, że jednak chce spróbować cieszyć się seksualnością, trudno jej będzie zrobić to u boku partnera od dłuższego czasu przyzwyczajonego do rytuału, który… nie działa.

Seksuolożka zaleca więc nie udawać, ale dopuszcza od tej zasady dwa odstępstwa. Pierwsze: gdy partnera tak podnieca orgazm ukochanej, że sam szybciej „dochodzi”, a ona – widząc jego podniecenie – też szczytuje. Wtedy udawanie służy przyjemności obojga, jest funkcjonalne. Drugie: kiedy partnerzy są razem od niedawna i czują się jeszcze onieśmieleni i podenerwowani, bo zależy im na znajomości. Wtedy symulowanie może zdjąć z obojga trochę presji. – Jednak wyłącznie pod warunkiem, że mają silne postanowienie, że to tylko na chwilę, a jak tylko napięcie zmaleje i poczują się swobodniej, będą szukać takiej stymulacji, by naprawdę szczytować – zaznacza.

Męska pewność siebie

Na wspomnianym niemieckim forum zwierzenia Marike wywołały ożywioną dyskusję. Przeważały męskie głosy. Faceci po prostu nie mogli się nadziwić, że: a) ktoś może w ogóle mieć problem z dojściem do orgazmu, b) kobiety robią takie głupstwa, c) jak to jest możliwe, by partnerzy nie domyślali się oszustwa.

Mężczyźni uważali, że każdy jako tako seksualnie wyedukowany i doświadczony facet natychmiast się zorientuje, że trafił na łóżkową aktorkę. Tylko jeden nieśmiało zauważył, że może jednak nie – bo przecież każda kobieta inaczej orgazm przeżywa – ba! nawet jedna kobieta potrafi mieć różne orgazmy – więc chyba jednak nie tak łatwo się w tym wszystkim połapać. Inni jednak szybciutko go zakrzyczeli.

– Tymczasem to ten ostatni miał rację – mówi Małgorzata Zaryczna. – Mężczyzna nie jest w stanie poznać, czy kobieta udaje, czy nie. Oczywiście, jeśli para jest długo razem, partnerzy doskonale się znają, a kobieta ma zawsze podobny schemat przeżywania rozkoszy – jej partner może zauważyć pewne odstępstwa od normy. Ale to wcale nie musi znaczyć, że odegrała orgazmiczną komedię – mogła mieć po prostu orgazm mniej lub bardziej intensywny niż zazwyczaj.

Do podręcznikowych oznak orgazmu należą: skurcze mięśni pochwy i zwiększona lubrykacja, erekcja i stwardnienie sutków, czasem lekkie konwulsje całego ciała, przyspieszony puls i oddech, zdarza się rumień na twarzy czy na piersiach. I, niestety, wszystkie można symulować – bo nawet skurcze mięśni nie stanowią problemu dla kobiety z dobrze wyćwiczonym mięśniem Kegla. Poza tym nie każda kobieta takie skurcze ma, a niekiedy są niewyczuwalne dla mężczyzny.

Małgorzata Zaryczna przestrzega jednak przed tropieniem oznak orgazmu i doszukiwaniem się dowodów na jego prawdziwość lub fałsz. Wtedy, zamiast się skoncentrować na przyjemności, kochanek będzie się skupiał na śledztwie, podsycając swoją niepewność i ewentualne kompleksy. – Mężczyźni często nie chcą wierzyć partnerkom, że choć nie miały orgazmu, to są z seksu zadowolone – mówi seksuolożka. – Samo podniecenie, wywołane zbliżeniem, jest często dla kobiety satysfakcjonujące. Panowie, uwierzcie w to, a wasze partnerki nie będą chciały udawać!

Wyznań czas

A co, jeśli recydywistkę w udawaniu najdzie ochota na orgazmiczny coming out? Lepiej nie wyznawać partnerowi: „od 10 lat udawałam rozkosz”. To go zaboli, podkopie wiarę w siebie, pozbawi poczucia bezpieczeństwa i nadszarpnie zaufanie, a także obrabuje z radości z seksu, którą – jak sądził – miał z partnerką przez te lata. W końcu to tak samo, jakby powiedzieć: „od 10 lat żyjemy w kłamstwie”. Co można zatem zrobić? Jak najszybciej zmienić sposób, w jaki uprawia się seks.

– Kobieta może powiedzieć, że – dajmy na to – odkryła nowy rodzaj pieszczot, który sprawia jej przyjemność, i zaproponować partnerowi, by wprowadził go do repertuaru. Polecam też kupić poradnik seksualny, przynieść go z zapowiedzią: „może byśmy spróbowali czegoś nowego, chciałabym sprawdzić, czy mogę osiągać orgazm w inny sposób albo silniej” – radzi Małgorzata Zaryczna.

Czasem wystarczą niewielkie innowacje – na przykład zmiana pozycji. Bo kiedy kobieta jest skoncentrowana na tym, jak kierować ciałem, żeby było „dobrze”, trudno jej się tak poddać przeżyciom, by naprawdę „odlecieć”.

Wielu mężczyzn wie, że sama penetracja to za mało, by kobieta przeżyła rozkosz. Wiedzą też, że jedną z najskuteczniejszych technik jest stymulacja oralna. Ale mylnie zakładają, że dobrze sprawdzi się pozycja „sześć na dziewięć”, kiedy obydwoje dostarczają sobie oralnie rozkoszy. Otóż wiele kobiet nie jest w stanie skupić się wtedy na własnej przyjemności, dbając o przyjemność partnera. A wystarczy spróbować inaczej: najpierw partner pieści partnerkę, potem zamieniają się miejscami. Próbujmy, eksperymentujmy. Bawmy się w „może będzie jeszcze fajniej”, a po jakimś czasie rzeczywiście tak się stanie.