1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ćwiczenie z zen coachingu

Ćwiczenie z zen coachingu

fot.123rf
fot.123rf
Powtarzaj ćwiczenie tak długo, aż zauważysz zmianę, która daje ci spokój.

Kiedy ogarnia cię złość:

  1. ZATRZYMAJ SIĘ. Weź głęboki oddech, który pomoże ci wyhamować.
  2. ZAUWAŻ, CO SIĘ DZIEJE W TOBIE TERAZ. Zobacz, jakie pojawiają się myśli i jak twoje ciało na nie reaguje. Nazwij to, co jest, bez oceniania, analizowania i angażowania się w to.
  3. PRZYZWÓL NA TO. Pozwól poczuć sobie wszystkie odczucia, jakie się pojawiają w twoim ciele. Zapytaj siebie: „Czy mogę sobie na to pozwolić?”. Jeśli słyszysz wewnętrzne „nie”, spytaj: „Czy mogę pozwolić sobie na opór wobec tych odczuć?”. Zobacz, co się wydarzy, gdy pozwolisz sobie na odczuwanie tego, co jest. Nawet jeśli jest to opór. Przyzwolenie nie oznacza, że masz podjąć działanie.
  4. W PEŁNI DOŚWIADCZ. Niczego nie zmieniaj, bądź w pełni z tym, co czujesz.
  5. WŁĄCZ PRZESTRZEŃ. Jesteś przestrzenią, w której zamyka się twoje doświadczenie. Dlatego, aby je uwolnić, włącz to, co cię otacza, by poszerzyć to pole. Wsłuchaj się w dźwięki, dotknij jakiegoś przedmiotu, zauważ go.
Marta Obrycka: certyfikowany Zen Coach oraz dyplomowany Coach Profesjonalny. Prowadzi warsztaty i indywidualne sesje coachingowe

Specjalnie dla Czytelników – Rabat 50 proc. na hasło „SENS” na sesję Zen Coachingu z Martą Obrycką.

Więcej informacji na

.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Złość w związku - jak radzić sobie z trudnymi emocjami?

Gdy dopada nas rozdrażnienie, warto rozpoznać, o co tak naprawdę chodzi i – zamiast wybuchać – wyrazić prawdziwą przyczynę niepokoju. (Fot. Getty Images)
Gdy dopada nas rozdrażnienie, warto rozpoznać, o co tak naprawdę chodzi i – zamiast wybuchać – wyrazić prawdziwą przyczynę niepokoju. (Fot. Getty Images)
Pod wybuchami furii często kryją się niezaspokojone potrzeby. Kiedy dopada nas rozdrażnienie, warto rozpoznać, o co tak naprawdę chodzi i – zamiast wybuchać – wyrazić prawdziwą przyczynę niepokoju. Ta rada psychoterapeutki Katarzyny Kucewicz przyda się zwłaszcza osobom, które mimo że kochają, to ciągle się kłócą.

Złość to jedna z emocji, z którą trudno nam sobie poradzić. W rezultacie nieraz kończy się tym, że wyładowujemy ją na partnerze. Co zrobić, by niepohamowana złość nie niszczyła naszej relacji?
Musimy przede wszystkim pragnąć wewnętrznej przemiany, chcieć przestać się złościć. Potrzebne jest przekonanie, że opanowanie złości się nam przyda, że „opłaci się” bardziej niż awantury. Złość nie jest zazwyczaj problemem wynikającym z relacji, tylko problemem tego, kto się złości w sposób zagrażający tej relacji. Opanowanie złości wymaga m.in. cofnięcia się do momentu, kiedy złość poczuliśmy – po to, aby rozpoznać, co tak naprawdę nas zdenerwowało. I jaka niezaspokojona potrzeba skrywała się pod naszym wybuchem.

Jak to, jaka potrzeba? Żeby się nie spóźniał! Po co mu taki drogi zegarek, skoro nigdy nie jest na czas? Co tu może być ukryte pod spodem?
Przyczyną zdenerwowania jest zazwyczaj nie tyle to, że on się spóźnia, tylko nasza interpretacja tego faktu. Spóźnia się, więc myślę, że dla niego miliony spraw są ważniejsze ode mnie. Czuję się nieważna, odrzucona, niekochana i lekceważona. Ogarnia mnie więc smutek  albo gniew. Mogę też pomyśleć, że on jest nieogarnięty życiowo, taki typ olewacza. I frustruję się myślą, że takiego człowieka wybrałam, chociaż mama mnie ostrzegała. Muszę odważyć się i zadać sobie pytanie: „Czego mi w tej sytuacji brakuje?”, aby odkryć, jaką moją głęboką potrzebę to jego spóźnianie się narusza. Jakie myśli, przekonania i wspomnienia uruchamiają się, gdy na niego czekam. Weźmy inny przykład: przyjeżdżamy do Zakopanego, rozpakowujemy walizki, a on znika na godzinę. Jestem wściekła. Czy dlatego, że chciałabym, żeby rozpakowywał ze mną walizki? Nie! Ale jesteśmy w nowym miejscu i chcę się czuć bezpieczna, a więc potrzebuję, żeby mój partner ze mną był.

Muszę odkryć, czego mi brakuje, żeby przestać rzucać talerzami?
Na początku to wymaga wysiłku, dlatego moi pacjenci się irytują: „Wściekam się, to jak mam zrobić stop-klatkę i zacząć się zastanawiać, czego potrzebuję?!”. Właśnie! Po jakimś czasie rozumienie potrzeb stanie się automatyczne, ale musimy się tego nauczyć, wyćwiczyć to. Na przykład kiedy podczas naszej rozmowy zrobiło się pani zimno, to od razu pani zareagowała, zamykając okno. Nie zaczęła się pani na mnie złościć.

Zimno, ciepło – to proste. Ale skąd mam wiedzieć, co mnie złości, jeśli nie jest to to, co myślę?
Złość często ukrywa lęk, a więc głód potrzeby bezpieczeństwa. Kobieta krzyczy na męża: „Gdzie ty byłeś tyle czasu?!”, bo się cały wieczór bała, że coś mu się stało. Ale nie pokazuje lęku, tylko złość, i w ich komunikacji robi się bałagan, bo wtedy partner odpowiada na złość, a nie na lęk. Krzyczy: „Odczep się!”. A gdyby ona powiedziała: „Martwiłam się o ciebie”, to może by usłyszała: „Nic się nie stało, następnym razem zadzwonię”.

A co z awanturami, które wybuchają, bo zrobiło się coś inaczej niż partner by chciał?
Jeśli ktoś sztywno się trzyma swoich nawyków, potrzebuje wiedzieć na cztery kroki do przodu, co się wydarzy, bo to mu daje poczucie bezpieczeństwa i kontroli – to każde spontaniczne zachowanie będzie budzić jego lęk. A z tego wynika, że to poczucie bezpieczeństwa jest dla niego najważniejsze i często trudne do osiągnięcia. Dlatego dobrze jest wiedzieć, jakie są nasze potrzeby. Zachęcam pacjentów, żeby wypisywali je i o nich pamiętali.

Nie każdy będzie umiał to zrobić…
Polecam książkę Marshalla Rosenberga „Porozumienie bez przemocy”, w której wymienione są 82 potrzeby. Trudno nazywać potrzeby, jeśli się nie uczyło tego już w dzieciństwie. A jeśli się tego nie umie, to nie umie się powiedzieć, czego nam potrzeba, nie umie się wyrażać tego, co nas rani i o co mamy do partnera pretensję. A to prowadzi do eskalacji konfliktu. Wściekamy się, a to zniekształca nasze myślenie.

Myślę: „On chce mnie upokorzyć”, kiedy widzę, że wciąż siedzi na Facebooku, zamiast zdać sobie sprawę, że brak mi bliskości?
Właśnie! Bywa też, że stosujemy złość jak tarczę, boimy się zbliżyć do partnera, powiedzieć mu prawdę o sobie − że jesteśmy smutni, że się boimy czy wstydzimy. Obawiamy się wyśmiania, odrzucenia albo zlekceważenia! Złość i pretensje są łatwiejsze do pokazania. Mają w sobie siłę. Niektóre pacjentki, kiedy muszą powiedzieć komuś coś przykrego, to się złoszczą, bo wtedy przychodzi im to łatwiej.

Co zrobić, jeśli stosujemy złość jako tarczę?
Zadać sobie pytanie: „Dlaczego jest mi tak trudno się otworzyć na moje prawdziwe uczucia? Czy się ich wstydzę? Boję odrzucenia?”. Może warto zastanowić się: „Czy czuję się pewnie w tym związku? Dlaczego boję się okazać słabość?”. Mężczyźni często jako chłopcy słyszeli, jak ojciec czy dziadek mówił, że mężczyzna musi być twardy i nie dać babie wleźć sobie na głowę! Niby taki żart, ale w umyśle małego chłopca mógł się zapisać jako prawda objawiona. No i kiedy ten chłopiec jest już dorosły, pacyfikuje kobietę, gdy ta ma inne zdanie, bo czuje, że to zagraża jego męskości.

W wydanej ostatnio książce „Złość w związku” przeczytałam , że każdy może nauczyć się w porę hamować swoją wściekłość.
Każdy z nas wie, kiedy jest na granicy wybuchu i kolejne słowo doprowadzi do eksplozji. Zatem nie wypowiadajmy go. Zatrzymajmy się, powiedzmy: „Potrzebuję przerwy”. I idźmy na przykład do łazienki umyć ręce w zimnej wodzie. Wystarczy kilkanaście sekund, żeby się trochę ostudzić.

Opanować złość może nam też pomóc oddychanie przeponowe, skupienie uwagi na oddechu, a nie na myślach. Potrzebne jest także wyciszanie negatywnych myśli dotyczących osoby, z którą mamy konflikt, nie nakręcanie się: „Co za kretyn, niszczy wszystko, co dla mnie ważne!”. Autorzy wspomnianej książki proponują też relaksacyjne ruchy gałek ocznych (EMDR) – patrzymy od lewej do prawej i z powrotem, aż emocje opadną.

W książce pojawia się również propozycja nauki empatii jako metody pracy nad złością w związku. Można to zrobić za pomocą kwestionariusza potrzeb i zamiany ról.
Te techniki pomagają wejść w buty drugiej osoby. „Zamknij oczy i opowiedz o sytuacji, która doprowadziła twojego męża do ataku wściekłości, ale tak, jakbyś była nim”. Moje pacjentki najpierw nie wiedzą, jak to zrobić, ale próbują: „Zmęczony po pracy wchodzę do mieszkania, patrzę, a tam bałagan, a żona cały dzień była w domu. Do jedzenia też nic nie ma…”. Ten rodzaj psychodramy pomaga doświadczyć tego, że świat widziany z innej perspektywy wygląda inaczej. Podczas ćwiczenia ludzie przeżywają czasem ważne wglądy, czyli zaczynają więcej rozumieć. Terapeutyczne techniki dobrze działają, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi do pracy i chętni do zmiany. Jeśli więc ktoś przeczyta tę książkę i nic mu to nie da, to warto, by się zastanowił, czy jest gotowy na przyjęcie tego, że coś robi źle. Czy jest gotowy na zmianę siebie?

Kobiety, ja także, często wierzą, że praca nad sobą ma dotyczyć tylko partnera!
Tam, gdzie złość zagnieździła się w relacji, ważna jest motywacja do zmiany u obojga. Awanturnik musi nauczyć się wyrażać złość w sposób nieagresywny, a jego partnerka przyjmować ją, czyli słuchać o tym, że coś się temu drugiemu nie podoba, i asertywnie stawiać mu granice. Ale kiedy jedno nauczy się asertywnie mówić o złości, to drugie nie zawsze to umie przyjąć...

No to jak przyjąć wyrażoną właściwie złość partnera?
Kiedy mówi: „Jestem na ciebie wściekły”, nie odpowiadać: „Ty jesteś wściekły?! Ja to dopiero jestem wściekła!”. Nie licytujmy się, kto ma gorzej i nie dewaluujmy czyjejś złości. Odpowiedzmy: „Widzę, że jesteś na mnie zły. Przyjmuję to, jest mi z tym smutno, ale takie są twoje emocje. Zastanówmy się razem, co możemy z nimi zrobić”. Ważne w komunikacji o złości w parze jest pokazanie tej emocji jako wspólnego problemu do rozwiązania i nienasiąkanie nią. Pamiętajmy też, by odróżniać, co jest nasze, a co partnera.

Nie chodzi więc o wyzbycie się złości?
Często spotykam się z tym, że ludzie uważają złość za niepotrzebne uczucie. Ale każdy jej doświadcza, kiedy ktoś przekracza jego granice, krzywdzi, pozbawia czegoś istotnego. To ważna emocja i wyzbycie się jej upośledzi nas emocjonalnie.

Złość to sygnał, że dzieje się nam coś złego?
Tak, tymczasem kobiety uczy się, że „piękności szkodzi”. Zabawne powiedzonko, ale przekonuje, że mamy tę emocję stłumić. A to bardzo szkodliwe. Złość mamy opanować, a nie stłumić. Opanowanie polega na powstrzymaniu się od zachowań, które są agresywne, a nie od przeżywania emocji. Nie rzucajmy talerzami, ale też nie przysłaniajmy wściekłości uśmiechem albo nie wmawiajmy sobie, że nie jesteśmy wściekli. To szkodliwe. I może prowadzić do depresji, czyli złości ukierunkowanej do wewnątrz.

Dla związku to też szkodliwe tłumić wściekłość?
Tłumienie złości powoduje, że nasz partner odczuwa ją za nas. Jeśli więc kobieta odcina się od tego uczucia, to jej partner będzie większym złośnikiem niż byłby, gdyby ona radziła sobie z tym, co czuje. Dlatego osoba tłumiąca te emocje musi uwierzyć, że złość sama w sobie nie jest zła. Zły jest tylko sposób jej wyrażania. Kiedy złość zamienia się w agresję, to jest to groźne dla związku. Wtedy eksponujemy ją za pomocą atakowania, obrażania, krytykowania, a to narusza bliskość. Ale też zły jest sposób oparty na biernej agresji – a więc wycofanie się z relacji, ignorowanie, obojętność. To bardzo raniące i uniemożliwiające rozwiązanie problemu. Kiedy nie ma dyskusji, między partnerami zaczyna się robić przepaść, dochodzi do rozpadu bliskości i więzi.

Jak więc dobrze wyrażać złość?
Warto powiedzieć, co się stało, jakie to w nas wzbudziło uczucie, jakie potrzeby naruszyło i o co w związku z tym prosimy partnera. Mogłoby to brzmieć na przykład tak: „Kiedy spóźniasz się, czuję się odrzucona, nieważna. Przypomina mi się moja matka, która zawsze się spóźniała, dlatego jest to dla mnie trudne”. Albo: „Kiedy mnie zostawiłeś z tymi walizkami w hotelu, poczułam lęk. Moi rodzice zostawiali mnie samą, a ja z lęku chowałam się w szafie. No i ta przerażona dziewczynka czasem we mnie odżywa”. Tylko aby tak wyrażać złość, potrzebujemy świadomości siebie i wewnętrznego spokoju. Ale też zaufania do partnera.

A kiedy powiedzieć „stop” awanturnikowi?
Kiedy dojdzie do przemocy – psychicznej, ekonomicznej, fizycznej czy seksualnej. Wtedy nie warto zastanawiać się, jakie potrzeby partnera są ukryte pod złością, tylko postawić sprawę jasno i wycofać się z relacji. Wiem, że to trudne, ale każdy rodzaj przemocy kończy dywagacje o złości. Wtedy perspektywa MY przestaje mieć znaczenie − liczy się tylko JA i moje bezpieczeństwo.

Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka zaburzeń seksualnych. Twórczyni Ośrodka Psychoterapii i Coachingu INNER GARDEN. Autorka poradnika dla par „Pięknie Odmienni”.

  1. Psychologia

Jak zapanować nad emocjami wobec dziecka?

Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Niełatwo jest panować nad złością, szczególnie gdy jesteśmy przemęczeni i mamy nadmiar obowiązków. Jednak te wybuchy emocji na długo pozostają w pamięci, szczególnie u dziecka. (fot. iStock)
Metod na zapanowanie nad swoimi negatywnymi i nadmiernymi emocjami w stosunku do dziecka jest wiele, ale ani jednej idealnie pasującej do każdej mamy.

Jak zwykle w wychowaniu nie dostaniesz gotowej recepty. Sprawdź doświadczalnie, co na ciebie działa najlepiej i tę metodę systematycznie praktykuj.

Zdobądź się na refleksję

Gdy złość ci minie, pomyśl, kiedy ostatnio byłaś taka zła. W jakich okolicznościach to było? Najczęściej w negatywnych emocjach mamy jest powielony schemat: dziecko cię złości przy stole, przed snem, na zakupach, rano przed wyjściem. Określ, kiedy ono cię szczególnie irytuje, a będziesz wiedziała, że to w sytuacji jest coś, co cię męczy. Może nie zabieraj go na zakupy? Może poproś kogoś o pomoc albo sceduj ten obowiązek, który cię najbardziej drażni, na kogoś innego. Unikaj sytuacji, które zawsze prowadzą do awantury.

Zastanów się, czy dana sytuacja cię nie przerasta

Negatywne emocje wymusza zawsze sytuacja, która nas przerasta. W wychowaniu dziecka jest to najczęściej wykonywanie zbyt wielu rzeczy jednocześnie. Szykujesz się do pracy, wstawiasz zupę, sprawdzasz, czy dziecko dobrze się ubrało, sprzątasz klatkę chomika, zbierasz rzeczy dziecka na basen, prasujesz, piszesz zaległy raport, odpowiadasz na pytania w rodzaju: „Skąd się biorą małe krety”. Nic dziwnego, że odczuwasz silne emocje. Mówi się, że kobiety mają zdolność wykonywania wielu czynności jednocześnie. To prawda, ale niekiedy płaci się za to rozstrojem nerwowym. Nie warto. Jedna czynność na raz. Nie rozmawiaj przez telefon, gdy zakładasz dziecku buty w przedszkolu, i nie wieszaj prania, jednocześnie czytając mu bajkę. Każde dziecko wydaje się zachowywać skandalicznie, gdy mamy oprócz niego jeszcze cztery-pięć czynności na głowie.

Ustal sobie wytyczne

Jeśli jesteś osobowością, która potrzebuje kontroli zewnętrznej (nic w tym złego, to tylko jedna z cech osobowości) – rozgłoś, że ciebie nie da się wyprowadzić z równowagi. Taki sztandar niesiony nad swoim życiem pomoże ci zapanować na utratą kontroli nad emocjami. Wytyczysz sobie jasny, konkretny cel: Mnie nikt nie zdenerwuje. To da się zrobić.

Pomyśl: co zapamięta moje dziecko?

Inna metoda to myślenie, że dziecko tę właśnie chwilę twojej utraty kontroli zapamięta najlepiej z całego dzieciństwa. Wypracuj w sobie nawyk myślenia: „Czy chcę, żeby dziecko taką mnie zapamiętało?”. Dlatego nie w momentach złości, ale „na spokojnie” (na przykład codziennie rano przy myciu zębów, gdy nie zajmujesz się niczym innym) powtórz sobie, że ono będzie dokładnie pamiętać twoje wybuchy wściekłości.

Zadbaj o poczucie humoru w waszej relacji

Gdy masz z dzieckiem dobry kontakt – wasza relacja jest mocna, oparta na poczuciu humoru, wspólnych zabawach i różnorodnych formach spędzania wspólnie czasu – jest ci trudnej na nie krzyknąć. Śmiej się, oglądaj z dzieckiem komedie, wygłupiaj się w kuchni, graj w piłkę. Warto. Dzieci najlepiej współpracują, starają się, kontrolują swoje zachowanie nie dla tych, których się boją, ale dla tych, za którymi przepadają. A roześmianej wesołej mamy nie da się nie lubić.

Pamiętaj, że emocje powinny być adekwatne do sytuacji

Gdy tracisz panowanie nad sobą i urządzasz awanturę, kiedy dziecko przeszło w zabłoconych butach przez wysprzątane mieszkanie, pomyśl, skąd weźmiesz adekwatne emocje, gdy cię uderzy, obrazi, świadomie przekroczy normy zachowania?

Czy nigdy nie powinnaś okazywać negatywnych emocji?

Gdy czujesz złość, wściekłość, rozczarowanie, nie kłam sama przed sobą, że tego nie czujesz. Zawsze o tym mów: „Martwi mnie to, czuję się niedoceniana, boli mnie, jest mi przykro”. Wypowiedz się, sformułuj jasny komunikat. Pamiętaj jednak, że reakcja zdrowej psychicznie osoby jest adekwatna do sytuacji. Masz prawo krzyczeć i rwać włosy z głowy, ale w sytuacjach ostatecznej straty czy cierpienia, a nie, gdy dziecko umaże ci garsonkę dżemem.

  1. Psychologia

Komunikacja w związku. Jak komunikować się z serca do serca?

Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Jeśli nauczymy się być w kontakcie ze sobą, wówczas możemy połączyć się z duszą drugiej osoby. Słyszymy, co mówi i co czuje, ale widzimy wszytko głębiej. (Fot. iStock)
Harmonijne relacje ze sobą i światem – tak w skrócie można określić filozofię Zen Coachingu, która uczy żyć i reagować świadomie, zamiast na włączonym autopilocie. - Komunikacja heart to heart to najgłębszy sposób komunikacji.  Dzięki niej w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę - mówi Kåre Landfald, twórca Zen Coachingu. 

Na czym polega komunikacja z serca do serca?
Możemy porozumiewać się z drugą osobą na trzech poziomach. Po pierwsze, z poziomu umysłu, by wymienić się informacjami, zapytać o opinię, podzielić się pomysłami. Po drugie, z poziomu emocji, gdy mówimy o tym, jak się czujemy, co nas cieszy, boli, uszczęśliwia czy frustruje. Wreszcie można komunikować się z poziomu bycia tu i teraz, z poziomu obecności. Dla mnie komunikacja heart to heart to właśnie ten ostatni poziom. Najgłębszy. To nasza świadoma obecność w teraźniejszości. Taka komunikacja oznacza, że porozumiewamy się z poziomu swojego prawdziwego, autentycznego „ja”, a w drugiej osobie widzimy więcej niż tylko umysł i emocje. Widzimy jej duszę.

Czego potrzebujemy, by takie porozumienie nastąpiło?
Musimy być w kontakcie ze sobą. Potem dopiero możemy połączyć się z tą drugą osobą.

A jeśli ta druga osoba nie jest połączona ze sobą?
Jeśli jestem w kontakcie ze sobą, wówczas mogę połączyć się z duszą tej drugiej osoby. Słyszę, co mówi i co czuje, ale widzę więcej, głębiej. To trochę jak z ciastem. Mamy górę, spód i środek – najsmaczniejszą część. I ja widzę tę najsmaczniejszą część. Kiedy jestem ze sobą w kontakcie i odbieram innych na głębszym poziomie, ludzie na to odpowiadają, czują to.

Jak to wpływa na jakość komunikacji?
Komunikacja ma różne cele. Jeśli potrzebuję praktycznej informacji, na przykład jestem na dworcu kolejowym i zapytam cię o pociąg do Poznania, to mi odpowiesz. Ale gdy zapytam, co jest dla ciebie najważniejszą rzeczą w życiu albo czego brakuje ci w twoim związku – wejdziemy już na inny poziom. Głębszy, bardziej osobisty. Jeśli ludzie się spotykają, to warto zapytać o cel spotkania. Czy chcę poznać twoją opinię czy duszę?

Czy może chcę zbudować relację?
Mnie interesuje ludzka satysfakcja, spełnienie. Prawdziwa przyjaźń to taka, która odbywa się na poziomie serca, duszy. Mamy przyjaciół, których lubimy, ale dopiero gdy wpadamy w tarapaty – problemy finansowe, chorobę, rozwód – możemy przekonać się, kto o nas dba, martwi się, pomaga nam czy odwiedza nas w potrzebie. Kto jest „powierzchownym” przyjacielem, a kto prawdziwym. I jakiego rodzaju przyjaźni chcemy.

Ale konflikt może pojawić się nawet w najbliższej relacji.
Zwłaszcza w tej najbliższej! Między prawdziwymi przyjaciółmi także zdarzają się kłótnie. Często największe, najsilniejsze konflikty wybuchają z osobami, na których nam najbardziej zależy. Dlaczego? Bo najbardziej w te relacje inwestujemy. Chcemy być rozumiani, kochani, akceptowani. Konflikt wydarza się zwykle, gdy te potrzeby nie są według nas zaspokajane.

Zwłaszcza w związku.
Jest teoria pięciu języków miłości, czyli sposobów, w jakie okazujemy sobie miłość. Dla części osób wyrazem uczuć jest spędzanie ze sobą czasu, wartościowego czasu, dla innych to prezenty, dla jeszcze innych czyny, dotyk albo czułe słowa. U każdego z nas jeden z tych języków jest wiodący. Warto wiedzieć nie tylko, jaki język jest typowy dla mnie, ale też, jaki język miłości ma ważna dla nas osoba. Jeśli takim językiem u ciebie jest dotyk, a ukochana osoba cię nie dotyka, to nie czujesz się kochana. Moim językiem jest wartościowy czas. Jeśli więc nie masz czasu dla mnie, to nie czuję się przez ciebie kochany. I mamy konflikt. Bo wprawdzie kochasz mnie, ale nie okazujesz tego w sposób, w jaki oczekuję, nie mówisz językiem, jaki rozumiem.

Czyli konflikt bierze się z tego niezrozumienia?
Tak, choć nie ono jest zapalnikiem. My po prostu nie komunikujemy swoich potrzeb. A w takich sytuacjach zawsze warto być szczerym, bez osądzania. Samo nieporozumienie to nie konflikt. Wcześniej jest ocena i obwinianie. Na przykład jestem z kimś, dla kogo językiem miłości są prezenty, ale dla mnie nie są one aż tak ważne. Druga strona zaczyna mnie oceniać i winić, mówiąc: „Nie dajesz mi prezentów, jesteś zły, nie kochasz mnie!”. A mogłaby powiedzieć to inaczej. Na przykład: „Wiesz, jesteśmy razem już rok i nigdy nie otrzymałam od ciebie żadnego prezentu. Jest mi smutno. Nie czuję się kochana. Dlaczego nie dajesz mi prezentów?”.

To brzmi jak rozmowa według reguł NVC, czyli Porozumienia bez Przemocy.
Dokładnie tak. Kiedy mówimy o swoich uczuciach, bez oceniania drugiej osoby, porozumiewamy się z poziomu wrażliwości. A to wytrąca oręż z rąk drugiej stronie. Nie sposób zaprzeczyć czy nie zgodzić się z czyimiś uczuciami. Dlatego zawsze trzeba wybrać współodczuwanie zamiast oceniania. Czasem może w tym pomóc rozmowa z przyjacielem albo z coachem. Być może pozwoli zrozumieć, dlaczego w ogóle oceniamy i winimy innych. Konflikt zdarza się wtedy, gdy masz w sobie emocje, do których nie chcesz się przyznać. Dlatego próbujesz zmienić tę drugą osobę.

Jakie to uczucia?
Na przykład jesteś z kimś, kto dużo pracuje, jest ciągle zajęty. Nie widujecie się zbyt często, co martwi cię i złości. Zaczynasz oceniać i obwiniać za to tę drugą osobę. Jakiego uczucia unikasz?

Samotności?
Właśnie, czujesz się samotna, a ponieważ nie chcesz się tak czuć, obwiniasz swojego partnera, że o ciebie nie dba i nigdy nie ma go w domu. Oceniasz drugą osobę, zamiast powiedzieć jej wprost, że czujesz się samotna.

Dlaczego nie mówimy sobie takich rzeczy wprost?
Bo nie chcemy brać odpowiedzialności za swoje uczucia. Najpierw wybieramy kogoś z jakiegoś powodu, a potem z tego samego powodu narzekamy na tę osobę. Tak rodzi się konflikt. Emocje, do których nie chcemy się przyznać, biorą się zwykle z nierozwiązanych sporów z naszymi rodzicami. Na przykład nie dostałem w dzieciństwie od rodziców czegoś, czego nie mogli mi dać – miłości, opieki, uwagi, troski, zrozumienia. Od dziecka więc noszę w sobie schowany głęboko ból, i od dziecka chcę ten ból uleczyć. W wieku 30 lat zakochuję się i oczekuję, że ta druga osoba da mi to, czego nie dali rodzice. Kiedy mi tego nie daje, niepokoi mnie to i złości, bo budzą się we mnie intensywne uczucia tamtego zranionego kilkulatka. Ale zamiast wrócić do tych uczuć, odsłonić je, tłumię je i przekierowuję winę i złość z rodziców na tę drugą osobę. A przecież ta druga osoba nie zastąpi mi rodziców. To niby oczywiste, lecz większość ludzi nie jest tego świadoma.

Jak pomóc tej drugiej osobie to zrozumieć?
Możemy brać odpowiedzialność tylko za siebie.

Czy tobie też zdarza się wejść w konflikt?
Czasem. Ale nie myślę o nim jak o czymś złym, tylko jako o możliwości, potencjale do rozwoju. Mój nauczyciel powiedział mi raz, że jeśli nie ma konfliktów w intymnym związku, to nie jest to intymny związek. Jeśli jesteś z kimś blisko, to musi dochodzić między wami do nieporozumień i spięć, ale one są okazją, by się czegoś od siebie nauczyć, poznać lepiej tę drugą osobę, ale także siebie. Czasem ludzie nie potrzebują treningu z rozwiązywania konfliktu, tylko tego, żeby ten konflikt prawdziwie przeżyć, zamiast zamiatać go pod dywan, a potem wybuchnąć po dziesięciu latach i wszystko zniszczyć. Wszystko jest dobrze, dopóki szukamy porozumienia, dopóki próbujemy rozmawiać. Kiedy przestajemy, już nic nie można zrobić.

Kåre Landfald
twórca Zen Coachingu i jego główny nauczyciel. Zapoczątkował rozwój Społeczności Zen Coachów. Od 1997 r. Kåre pracuje jako konsultant, coach, mediator w konfliktach, menedżer i nauczyciel rozwoju osobistego oraz zarządzania zmianą w organizacjach. Pracował dla ONZ, norweskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz jako konsultant w wielu organizacjach.

  1. Psychologia

Złość - w jaki sposób ją zdrowo wyrażać?

Jak zdrowo wyrażać złość? Główne sposoby są dwa - wyładowanie i komunikacja. Tylko od ciebie zależy który z nich wybierzesz. (Fot. iStock)
Jak zdrowo wyrażać złość? Główne sposoby są dwa - wyładowanie i komunikacja. Tylko od ciebie zależy który z nich wybierzesz. (Fot. iStock)
Uczucie złości jest rodzajem alarmu. Ale ten alarm – choćby ze względu na wysoki poziom adrenaliny i ciśnienia – nie może trwać zbyt długo, bo nam szkodzi. Nie chcemy tłumić złości. Ale nie chcemy też, by wylewała się z nas jak lawa. Chcemy zdrowo ją wyrażać. Czyli jak?

Zasadniczo sposoby są dwa: wyładowanie i komunikacja. Gdy poziom odczuwanej złości jest bardzo wysoki, lepiej nie ubierać uczuć w słowa... Na tym etapie wskazane jest wycofać się z sytuacji, zadbać o siebie. Odprężyć się – do czasu, kiedy będziesz już w stanie jasno myśleć. William Gray DeFoore podkreśla, że nie chodzi tu o zamknięcie się w sobie i udawanie, że wszystko jest dobrze, ale o fizyczne wyjście – z pokoju, z mieszkania... Kiedy? Kiedy widzisz, że sprawy zaszły za daleko: ma miejsce jakieś nadużycie, wpadłeś w schemat wymiany ciosów, obwiniania, język przestał się ciebie słuchać. Kiedy czujesz, że myślenie jest zmącone, że „zalewa cię krew”, że zaraz eksplodujesz...

W razie wątpliwości posłuchaj ciała. Napnij i rozluźnij kilka mięśni. Sprawdź oddech. I niezależnie od tego, jak go oceniasz, weź dziesięć głębokich wdechów (najlepiej skupiając się na liczeniu). Potter-Efron podkreśla, jak cenne jest w strategicznym momencie skierowanie uwagi na oczy. Zamiast wytrzeszczać je, przeszywać innych wzrokiem, groźnie spoglądać z ukosa, pozwól odpocząć mięśniom wokół oczu. Możesz na przykład opuścić na chwilę powieki. A potem spojrzeć z łagodnością.

Wyraź swoje uczucia

W czasie, kiedy ekspresja zewnętrzna jest niewskazana, dobrze jest wykonać wysiłek fizyczny, żeby uwolnić nadmiar energii. Świetnie sprawdzają się nie tylko ćwiczenia fizyczne, ale też zwykłe, domowe porządki porządki. Może zechcesz wyczyścić lustra, umyć okna? A nuż wizja ci się rozjaśni, spojrzysz na wszystko inaczej? Potem przyjdzie czas na komunikację. Konfrontację. Ważne, by przystąpić do niej bez oczekiwań, bo to pierwszy krok do rozczarowań. Pewnie, chcesz być wysłuchany, zrozumiany, przeproszony. Chciałbyś, żeby wynagrodzono ci nieprzyjemność... Nie zaszkodzi jednak przesunąć nieco środek ciężkości. Uznać, że nie chodzi o to, żeby przekonać kogoś, a tym bardziej zmienić. Chodzi po prostu o wyrażenie twoich uczuć. Bo są ważne. Bo ty jesteś ważny.

Nie znaczy to, oczywiście, że nie wolno ci sformułować oczekiwań. Mów: „chcę”, „wolę”, „proszę”, ale nie przywiązuj się do rezultatów. Zwłaszcza że – jak zauważa autor „Życia bez złości” – 99 procent tego, o co prosimy, to pragnienia. Nie umrzesz, jeśli któreś z nich nie zostanie zaspokojone! Ważne też, by nie użalać się nad sobą, nie osądzać, nie obwiniać. Najlepiej posłużyć się tzw. „komunikatem JA”. Zalecana w takich sytuacjach formuła wygląda mniej więcej tak: „Kiedy... (robisz, zachowujesz się – tu podaj czyste fakty), czuję... W związku z tym chciałbym, żebyś...”.

Uważność - sposób na złość

I jeszcze uważność – niezawodne narzędzie w zarządzaniu złością (i innymi emocjami). Autorzy książki „O złości inaczej” – Georg H. Eifert, Matthew McKay i John P. Forsyth – przypominają, że nie jesteś swoją złością i w związku z tym możesz po prostu obserwować gniewne myśli. Wyobraź sobie, że jesteś domem, który daje schronienie ludziom – wraz z całym ich dobytkiem, z doświadczeniami... Dom nie przejmuje się tym, kto w nim mieszka, jak ludzie ustawiają tu swoje meble ani co myślą lub czują. Dom tylko daje przestrzeń, w którym całe to życie może się toczyć.

Eifert, McKay i Forsyth sugerują, by nie brać własnej złości zbyt poważnie. Bo to nic innego jak chwila, pojedyncza fala na morzu egzystencji. Możesz obserwować ją bezpiecznie, z brzegu. Pozwól, by przyszła i odeszła. Chyba że zechcesz ją nieco „rozmontować”. Sprawdzić, jakie lęki za nią stoją. Co boisz się stracić? Świadomość daje dystans.

  • Tak, możesz zachować spokój w obliczu własnej złości.
  • To po prostu energia, której doświadczasz. I którą możesz z pożytkiem wykorzystać. Na pewno słyszałaś opowieści o matkach, które w obliczu zagrożenia potrafią podnieść własnymi rękoma samochód, żeby uratować dziecko... Taką siłę daje złość.
  • Ty też ją masz! Pamiętaj, że złość sama w sobie jest uczuciem danym nam przez Boga. Informuje nas o tym, że coś jest nie tak. Zmusza do działania– podkreśla Ron Potter-Efron. Nigdy nie zrozumiesz wiadomości, jeśli nie wysłuchasz posłańca.

  1. Psychologia

Potęga emocji: jak poradzić sobie z ich nadmiarem?

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk... (Fot. iStock)
Są często silniejsze niż rozum. Nawet wysoki poziom inteligencji może okazać się bezużyteczny, gdy dochodzą do głosu. Dają o sobie znać nie tylko w sytuacjach ekstremalnych, ale także w tych codziennych. Co bardziej zdrowe – ujawniać emocje czy je tłumić?

Marta, lat 18, wraca ze szkoły i już od drzwi słyszy krzyk matki: „Dlaczego tak późno, co ty sobie wyobrażasz, nie odbierasz telefonu, a ja odchodzę od zmysłów”. Marta nie pozostaje jej dłużna: „Przecież wiesz, że mam korki z matmy, a telefon wyłączam, kiedy chcę, to moja sprawa”. Matka: „Od dzisiaj masz szlaban na wyjścia”. Marta: „Jestem dorosła, mogę robić, co chcę”. Lecą wyzwiska, trzaskają drzwi, kończy się rozmowa. I tak codziennie. Tego dnia matka chce jednak zakomunikować córce coś ważnego. Krzyczy więc jeszcze głośniej: „Uspokój się, posłuchaj mnie”. Nic z tego. Marta, przyzwyczajona do stałego scenariusza rozmów, nie daje się przekrzyczeć. Więc matka, niewiele myśląc, chwyta za coś, co akurat ma pod ręką, czyli cukiernicę, i ciska nią przed siebie. Dźwięk tłuczonego szkła, konsternacja. „Zwariowałaś?” – pyta oniemiała córka. „Wysłuchaj mnie wreszcie” – mówi równie przerażona matka.

Emocje zawsze czemuś służą

Na ogół zaczyna się od mówienia podniesionym głosem. Potem już to nie skutkuje, więc pojawia się krzyk. Ale po jakimś czasie i on nie robi na nikim wrażenia. Krzyczymy zatem jeszcze bardziej. W rodzinach komunikujących się w ten sposób, żeby zyskać czyjąś uwagę, trzeba złościć się coraz bardziej i bardziej. Aż w końcu sięga się po cukiernicę, nóż, broń. Bo niekontrolowane emocje mogą eskalować do nieprzewidywalnych rozmiarów. Ale z drugiej strony – gdy są zanadto kontrolowane, też może skończyć się podobnie.

Psycholog Aleksandra Fila-Jankowska z sopockiego wydziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej: – Kontrola emocji jest kluczowa, jeśli chodzi o nasze funkcjonowanie w rodzinie, społeczeństwie. Ale ważne jest też to, żeby nie była za sztywna. Bo jeżeli mocno się kontrolujemy, jeżeli nie pozwalamy emocjom wybrzmieć, one i tak dojdą kiedyś do głosu, na ogół ze zwiększoną siłą. Dlatego nie proponuję kontrolowania emocji za wszelką cenę, tylko przyjrzenie się temu, co je wywołuje. I jak powtarzalne są te sytuacje. Pobieżne oszacowanie przyczyny może być jednak mylące. Na przykład żona ledwie napomyka przy śniadaniu, że zepsuł się kran w łazience, a mąż odpowiada tonem człowieka atakowanego: „Co ty mi wyjeżdżasz od samego rana z jakimś kranem, wiecznie tylko masz pretensje, że czegoś nie zrobiłem”. Czy żona ma sądzić, że jej niewinna informacja o zepsutym kranie spowodowała tak mocną, w dodatku nieadekwatną do sytuacji reakcję? Nic podobnego. Prawdziwa przyczyna leży głębiej, a słowa żony jedynie ją przywołały. Czasem wystarczy jedno zdanie, jeden gest, żeby uruchomić pamięć podobnych doświadczeń (w psychologii zwaną pamięcią emocjonalną zbliżonych treściowo epizodów). Ów mąż zareagował złością na słowa żony, bo jako dziecko był obwiniany przez ojca alkoholika za całe zło tego świata. Odniósł się nie do tego, co powiedziała żona, tylko do zapisów pamięciowych podobnych, choć bardziej raniących sytuacji, kiedy ojciec karał go za coś, czego nie zrobił. Emocje same w sobie nie stanowią problemu dla ludzi. Tak naprawdę każda emocja jest zdrowa, bo powstaje jako reakcja na określoną sytuację i czemuś ważnemu służy. Emocje nie dzielą się na dobre i złe. Określenie „pozytywne i negatywne” odnosi się do kierunku zachowania, który one wywołują: dążenia bądź unikania.

Mianem „pozytywne” określa się emocje, które pojawiają się w momencie, gdy człowiek zbliża się do czegoś, co ocenia jako ważne. Należą do nich: radość, szczęście, miłość oraz wszystkie pochodne tych uczuć. Natomiast emocja negatywna rodzi się w momencie, kiedy stykamy się z czymś zagrażającym, niebezpiecznym, nieprzyjemnym. Cały nasz system psychofizyczny wchodzi wtedy w stan gotowości do obrony. No i co robimy? Uciekamy, wycofujemy się, co jest najzupełniej zdrowe. Bezpiecznie jest się oddalić, gdy na przykład atakuje nas dzikie zwierzę czy rozjuszony człowiek. Jedyna „negatywna” emocja, która prowokuje do dążenia, a nie unikania, to złość, tu reakcja polega bowiem na obronie naszych granic czy wartości przed kimś (czymś), kto (co) w naszej ocenie zagraża tym wartościom. W złości z reguły nie uciekamy, tylko dążymy do konfrontacji.

Jak wyjaśnia Fila-Jankowska, nietypową emocją zaliczaną do negatywnych jest też smutek. Stanom smutku towarzyszy najczęściej wycofanie z danej sytuacji, choć nie pojawia się tu intensywna reakcja unikania. Smutek służy najczęściej temu, żeby człowiek się z czymś pożegnał, coś przestrukturyzował, coś uporządkował. Emocje negatywne doświadczane są jako nieprzyjemne, ale ich funkcją jest zmiana niekomfortowego dla nas stanu na komfortowy, czyli przyjemny.

– Wszystkie emocje są potrzebne, funkcjonalne, mają istotny cel – mówi psycholożka. – Nasz problem z emocjami polega jedynie na tym, że nie umiemy prawidłowo ich wyrazić, bezpiecznie ich doświadczyć, w pełni wykorzystać ich potencjału. To znaczy, że albo wyrażamy je nadmiernie, albo je tłumimy.

Emocje przygotowują do akcji

W powszechnym mniemaniu nadmierna emocjonalność to nic dobrego. Natomiast panowanie nad tym, co czujemy, traktowane jest jak cnota, świadczy bowiem o opanowaniu, racjonalności, zdrowym rozsądku, a nawet mądrości. W tym duchu wielu rodziców wychowuje swoje dzieci, podobnie do ujawniania emocji uczniów podchodzi szkoła. Tymczasem trzymane na uwięzi, wypierane, skrywane nie znikają, ale wprost przeciwnie – tylko czekają na to, żeby eksplodować.

– Niemal każdej emocji (z wyjątkiem smutku) towarzyszy silne pobudzenie fizjologiczne, wynikające z zaangażowania centralnego i obwodowego układu nerwowego – wyjaśnia Aleksandra Fila-Jankowska. – Pojawia się ono, bo zadaniem emocji jest przygotowanie nas do akcji, którą owo pobudzenie ma wspierać. Jeżeli więc pobudzenia nie zużytkujemy, to mamy kłopot, bo organizm posiada napęd do akcji, a my ją blokujemy. Ludzie nauczeni, że emocji się nie okazuje, przeżywają spore cierpienie z powodu chociażby tego zahamowanego pobudzenia. Mogą zapanować nad tym, co czują po raz trzeci bądź dziesiąty, ale nie może to się udawać w nieskończoność, ponieważ panowanie nad emocjami wymaga nieustającej kontroli, a ta kontrola musi być odpowiednio silna i opiera się z reguły na jakiejś innej emocji, na przykład strachu. To, że nie mówimy wykorzystującemu nas szefowi, co o nim myślimy, może być powodowane lękiem przed utratą pracy, co nie znaczy, że nie rośnie wtedy w nas złość na przełożonego. Rośnie, czasem tym bardziej, im bardziej ją tłumimy. Ta złość pewnie kiedyś się ujawni, na przykład na imprezie alkoholowej, gdy stracimy kontrolę nad sobą albo kiedy zdenerwujemy się z innego powodu niż relacja z szefem.

Gdy ktoś nas rani, mówmy mu o tym wprost: „Boli mnie to, w jaki sposób się do mnie zwracasz”. Zawsze lepiej ujawniać swoje emocje w takiej formie, niż czekać, aż nabiorą siły i przybiorą groźną, wypaczoną formę. A nabierają siły właśnie dlatego, że wielokrotnie tłumiliśmy towarzyszące im pobudzenie, co utrwaliło się w pamięci na przykład pod postacią schematu „jestem źle traktowany”.

– Tak „przerośnięta” emocja nie jest już funkcjonalna, to znaczy niczemu zdrowemu już nie służy – twierdzi psycholożka. – A to dlatego, że nie została odpowiednio wcześnie wyrażona, doświadczona bez zakłóceń.

Niemal codziennie słyszymy o skutkach takich wypaczonych emocji: strzelanina na uniwersytecie w Teksasie, na norweskiej wyspie Utøya, na stacji benzynowej w Warszawie, w domu pod Łodzią. Sprawcy to na ogół mężczyźni, o których sąsiedzi mówią: spokojny, cichy, małomówny, uprzejmy. Kompletnie niepasujący do wizerunku zabójcy czy domowego agresora. Bo agresja często bywa „przeniesiona”. To znaczy – agresor odreagowuje złość „nabytą” w pracy na rodzinie albo odwrotnie – w pracy wyładowuje tę tłumioną w domu. Co charakterystyczne – zawsze odbija sobie na kimś słabszym. Ale to nie jest tak, że zawsze robi to świadomie. Najczęściej zupełnie nie zdaje sobie sprawy z przyczyny swojej złości, ale jak się okazuje – do czasu.

– Osoba uczona, że emocji się nie pokazuje, zużywa na to całą masę własnych zasobów, nie bez kozery mówi się, że kontrola emocji jest zasobochłonna – zauważa psycholożka. – Kiedy jednak kontrola słabnie, a taki moment wcześniej czy później nastąpi, chociażby z powodu osłabienia organizmu, choroby czy z nadmiaru pracy albo stresu, człowiek nie wytrzymuje i wybucha. Ból, który był przyczyną złości, wymknął się spod kontroli i eksplodował. A wszystko dlatego, że nie został zdiagnozowany i uleczony.

Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf) Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim (fot.123rf)

Emocje sygnalizują też, że mamy problem

Gdzie leży granica wyrażania emocji? Według Aleksandry Fili-Jankowskiej barierą nieprzekraczalną jest naruszenie fizyczności. Człowiek, który nie jest w stanie powstrzymać się przed podniesieniem ręki na drugiego człowieka, powinien zgłosić się na terapię. Ale bardzo ważna jest także postawa „ofiary”. Bo często osoba poniżana, bita nie sprzeciwia się agresji, co zostaje odczytane przez agresora jako zachęta do jeszcze większej brutalności (jego zachowanie utrwala nagroda w postaci osiągniętego celu). Dlatego druga strona też powinna okazywać swoje emocje, demonstrować, że krzywdzi ją zachowanie oprawcy, szukać pomocy u innych. Często jednak ofiary to osoby nauczone, że emocje należy powstrzymywać, że nie wypada okazywać tego, co się czuje. W ten sposób też napędzają błędne koło przemocy.

– Uważam, że warto komunikować drugiej stronie nawet najmniejszy dyskomfort we wzajemnych relacjach – mówi psycholożka. – Tymczasem ludzie wstydzą się często do niego przyznać albo – co gorsza – boją, że ujawnienie uczuć spowoduje eskalację agresji. Jeżeli ktoś się tego boi, to znaczy, że dzieje się coś niepokojącego nie tylko w tej relacji, ale ogólnie w jego funkcjonowaniu, prawdopodobnie ta osoba ma za sobą doświadczenia traumy, nadużyć i również wymaga pomocy terapeutycznej. Bo owszem, sytuacja może być trudna, ale ucieczka w bierność jej nie rozwiąże. Nasze reakcje są silnie zależne od naszych poprzednich doświadczeń. Dlatego warto budować nowe doświadczenia, by odebrać moc poprzednim.

Psychologowie podkreślają, że nadmiarowe emocje zawsze powinny być sygnałem do uświadomienia sobie, że mamy jakiś problem. Dlaczego na przykład ciągle się złoszczę? Ron Potter Efron w książce „Życie ze złością” podpowiada możliwe tropy: bo może chcesz pokazać władzę, że ty tu rządzisz, ty jesteś od kontrolowania innych. Albo chcesz zrzucić z siebie odpowiedzialność za jakąś sytuację. A może unikasz w ten sposób okazywania uczuć, może nie umiesz w ogóle inaczej się komunikować? Lista przyczyn jest o wiele dłuższa.

Czy agresorzy nie mogą, czy nie chcą panować nad emocjami? Aleksandra Fila-Jankowska: – Wielu młodych ludzi, w tym tak zwani kibole, wyraźnie nie chce. Nauczyli się bowiem, że agresja buduje ich w oczach kolegów, no a przede wszystkim jest skuteczna, ponieważ wielokrotnie przekonali się, że dzięki niej osiągnęli to, czego chcieli. Agresywnie zachowujące się grupy stanowią problem na całym świecie. Czy te osoby rzeczywiście nie potrafią opanować „porwania emocjonalnego”? Ależ potrafią (o ile nie mówimy o przypadkach klinicznych)! Często skutecznym sposobem jest lęk przed dostatecznie dotkliwą karą. Nie znaczy to, że namawiam do kar! Przypomina mi się jednak opis amoku w jednej z książek profesora Reykowskiego: akceptowany kulturowo amok, który ogarniał czasem mieszkańców jednej z wysp na Pacyfiku, wydawał się nie do powstrzymania, a dotknięci jego wpływem ludzie potrafili spalić nawet własne domostwo. Przypadki amoku ustały jednak, gdy władze wyspy wprowadziły surowe kary pieniężne za uleganie mu. Hamulcem okazał się strach. Często bowiem, żeby zatrzymać rozpędzone emocje, potrzebna jest emocja jeszcze silniejsza. Ale to nie jest żaden sposób na radzenie sobie w trudnych sytuacjach. Tak jak nie rozwiązują problemu inne emocje, hamujące te niepożądane, czyli wstyd i poczucie winy. Najlepiej dotrzeć do przyczyn powtarzających się „porwań emocjonalnych”. Tu jednak nie obędzie się bez woli osoby im ulegającej.

Emocje pomagają poznać siebie i pogodzić się ze sobą

Psychologowie podkreślają, że emocje są w dużej mierze procesem automatycznym, złożoną reakcją, która zachodzi także na poziomie fizjologicznym. Żeby sobie z nimi radzić, trzeba umieć je czytać, a ściślej – umieć czytać to, co one mówią o naszym doświadczeniu. Ale to nie takie proste. Wymaga bowiem samoświadomości, która polega na obserwowaniu siebie, odkryciu, co doprowadza nas do określonych stanów, szukaniu ich przyczyn. Może powodem są nasze przekonania o świecie? (Na przykład, że świat jest ogólnie zagrażający, bądź pewne sytuacje wciąż sprzysięgają się przeciw nam?) A może przyczyną są jakieś przykre wspomnienia z dzieciństwa i to one warunkują nasze obecne zachowania?

Od wieków pokutowało przekonanie, że emocja jako taka jest bardziej prymitywna, zwierzęca, mniej godna uwagi, a nawet szkodliwa, bo wiedzie człowieka na manowce, powinna zatem podlegać rozumowi. Amerykański psycholog Daniel Goleman, od lat zajmujący się inteligencją emocjonalną, udowadnia jednak coś kompletnie innego – że emocje bywają naszym większym sprzymierzeńcem niż rozum, a ludzie wykorzystujący je w konstruktywny sposób osiągają większe sukcesy i lepiej radzą sobie w relacjach z innymi. Twierdzi on, że nasza emocjonalność to potężna, ale niedoceniana siła. Jeżeli dobrze ją wykorzystamy – przyniesie nam wiele korzyści.

– Nie bójmy się zatem okazywania emocji – apeluje psycholog Aleksandra Fila-Jankowska. – Okazywane emocje stanowią dla innych ważny sygnał tego, co naprawdę czujemy. Gdy pozbawiamy ich tej wiedzy, mogą reagować nieadekwatnie. Już chyba lepiej pozwolić sobie na upust emocji, podnieść głos, nawet pokłócić się, niż udawać, że nic się nie dzieje. Oczywiście, wchodząc w tak silną konfrontację emocjonalną, warto wziąć odpowiedzialność za przywrócenie harmonii. Po kłótni można powiedzieć: „Wczoraj ostro wymieniliśmy zdania i bardzo dobrze, bo dzięki temu dowiedzieliśmy się czegoś o sobie, ale dzisiaj wyciągam do ciebie rękę na zgodę”. Okazuje się, że, o dziwo, po takiej eskalacji emocji dużo łatwiej jest przywrócić prawidłową relację, niż kiedy coś tłumimy, odgrywamy, udajemy. Udając, dajemy podwójne komunikaty: ludzie uśmiechają się do siebie, ale całym ciałem sygnalizują: „Nie znoszę cię”. To sprawia duży dyskomfort także odbiorcy. Osób wysyłających takie niespójne sygnały nie lubi się, trudno z nimi wytrzymać. Dlatego jestem za tym, żeby pokazywać emocje, oczywiście, w sposób nieraniący drugiej osoby. Najlepiej byłoby najpierw uleczyć swoje rany, choć to trudny program maksimum. Może jednak warto pokusić się o jego realizację? Ile bowiem uleczymy zranień z przeszłości, tyle więcej zdrowia emocjonalnego zafundujemy sobie na przyszłość.