1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Storytelling - słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne

Storytelling - słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. (Fot. iStock)
Storytelling jest dziś ważnym trendem w edukacji i elementem marketingu, wykorzystywanym do budowania świadomości marki. Przede wszystkim jednak to doskonały sposób na powrót do korzeni, dobra metoda na stres, a nawet alternatywa dla psychoterapii. O tym, że słowa mają moc, z arteterapeutką Charlie Kesem rozmawia Julia Wollner.

Izrael jest przez wielu uważany za główne centrum storytellingu. W miejscowości Giwatajim pod Tel Awiwem każdej jesieni odbywa się głośny International Storytelling Festival, zaliczany do największych tego typu imprez na świecie; rozkwitają stacje radiowe, na antenie których przez całą dobę emitowane są tylko prawdziwe historie słuchaczy, a na małe i duże przyjęcia zaprasza się zawodowych opowiadaczy, którzy nie tylko dostarczą gościom rozrywki, ale też zainspirują i skłonią do refleksji. Izraelskie rodziny wynajmują pisarzy, którzy za opłatą spisują opowieści i wspomnienia najstarszych członków, a młodsze pokolenia tłumnie zapisują się na kursy zwane „retell your story”, mające – poprzez grupową pracę nad opowiadaniem swojej historii – pomóc spojrzeć na własną biografię z nowej perspektywy, docenić swoje mocne strony, a przeżyte trudności przekuć we wzbogacające doświadczenia. O moc prawdziwych historii pytam pochodzącą z Londynu, a mieszkającą w Tel Awiwie Charlie Kesem.

Etymologicznie rzecz biorąc, „storytelling” to po prostu opowiadanie historii. Kryje się w nim chyba jednak jakiś sekret, skoro przyciąga tak wielu ludzi, a niektórzy, jak ty, postanawiają zająć się nim zawodowo.
Zawsze uwielbiałam teatr, studiowałam arteterapię i szukałam sposobu na to, by połączyć działania kreatywne z pomaganiem ludziom. Nauka w szkole storytellingu oraz udział w licznych londyńskich wydarzeniach z nim związanych pokazały mi, że dzielenie się historią ma w sobie wielką moc, często pomaga w transformacji. Ważnym doświadczeniem było też dla mnie załamanie, które przeszłam – w takich momentach storytelling nierzadko daje podobne rezultaty jak sesja terapeutyczna, choć działa oczywiście na innej zasadzie. Sztuka opowiadania historii, jeszcze do niedawna trochę zapomniana, rozkwita na nowo, a powód wydaje mi się bardzo prosty: ludzie tego potrzebują.

Ale przecież rozmaite historie bombardują nas ze wszystkich stron. Słyszymy je w pracy, od znajomych, w mediach, w reklamach, czytamy je na Facebooku… Gdziekolwiek odwrócimy głowę, ktoś próbuje nam coś opowiedzieć, przekazać jakieś informacje o sobie…
Ja, mówiąc o storytellingu, nie mam na myśli marketingu ani mediów społecznościowych – odnoszę się do umiejętności słuchania i nawiązywania relacji. To ona jest tu kluczem. Za dowód niech posłużą nam badania, w których okazało się, że odtwarzanie nagrania, na którym ktoś opowiada swoją historię, nie daje tego samego rezultatu – właśnie dlatego, że w storytellingu najważniejsza jest bezpośrednia relacja, jaka tworzy się między dwoma osobami: słuchaczem i opowiadającym.

Wszyscy jesteśmy w pewnym stopniu samotni i potrzebujemy zbliżyć się do innych. Jak mawiała jedna z moich nauczycielek, opowiadanie historii pozwala znaleźć plemiennych towarzyszy. To bardzo prawdziwe stwierdzenie: gdy podzielisz się swoją historią, ludzie chcą o niej z tobą rozmawiać, zadają pytania. To, co ci się przydarzyło, zostaje w pewnym sensie powitane, przyjęte, zaakceptowane, a ty nie jesteś z tym już sam. Być może jeszcze ważniejszy jest proces słuchania, bo podczas niego dokonuje się w nas jakiś rodzaj wewnętrznego poruszenia, które może prowadzić do zmiany.

Jako artystka i jako człowiek szukam możliwości nawiązania nici prawdziwego, szczerego porozumienia – takiego, które pozwala odkryć się przed drugim człowiekiem, pokazać, kim naprawdę jesteśmy. Ta nić bardzo pięknie przędzie się w storytellingu: zarówno w historiach prawdziwych, jak w tradycyjnych opowiadaniach takich jak podania i baśnie, które także są bardzo istotne w mojej pracy.

Ty, Angielka mieszkająca w Izraelu, podkreśliłaś, że mówiąc o storytellingu, nie odnosisz się do działań marketingowych, zaś ja, wpisawszy to hasło w polską wyszukiwarkę internetową, znajduję głównie rezultaty związane z brandingiem. Czy myślisz, że różne nacje są w różnym stopniu skłonne do dzielenia się swoimi przeżyciami i doświadczeniami?
Nie, nie sądzę, aby tak było. Kiedy uczyłam się w International School of Storytelling w Forest Row, na zajęcia uczęszczałam z ludźmi z całego świata, z różnych grup wiekowych. Każdy z nich postanowił poświęcić trzy miesiące życia, aby przyjechać do tego zakątka Anglii i ukończyć kurs. Musi być ku temu jakiś powód. Moim zdaniem jest nim fakt, że każdy z nas, bez względu na kulturę i pochodzenie, potrzebuje spotkania z drugim człowiekiem. Oczywiście, powodów izraelskiej popularności storytellingu można szukać w tradycji żydowskiej, w jej związku z cyklicznością natury, z bliskowschodnim ukochaniem wspólnoty. Analogicznie zrobić można z kulturą celtycką i faktem, jak bardzo storytelling pokochali Anglicy. Tak naprawdę jednak to, co leży u podstaw storytellingu, obecne jest w każdej kulturze i właściwe wszystkim ludziom bez wyjątku. Zanim powstała telewizja i Internet, w każdym zakątku globu siadaliśmy przy ogniu, aby rozmawiać i słuchać mędrców, którzy dzielili się swoją wiedzą. Dziś po prostu na nowo odkrywamy radość tego rytuału.

Nie widzisz różnic związanych z pochodzeniem, a jak jest z wiekiem? Czy młode pokolenie, które nie pamięta czasów sprzed telewizji i Internetu, ma do storytellingu inne podejście?
Odpowiedź znowu jest przecząca, bo, jak cały czas podkreślam, łączy nas wszystkich ta sama ludzka potrzeba. Ludzie starsi też bywają uzależnieni od technologii i im także bywa ciężko skoncentrować się i słuchać. Ten problem jest dziś niezależny od wieku.

A przecież w storytellingu podstawą jest właśnie słuchanie…
Jeden z moich nauczycieli mówił wręcz, że Bóg nie bez powodu dał nam jedną buzię, ale dwoje uszu!

Wieczory zwane True Stories Nights, które organizujesz, obejmują występy siedmiu osób – w tym zawodowców i ludzi zupełnie niezwiązanych ze storytellingiem – którzy przez siedem minut dzielą się swoją historią z publicznością. Za każdym razem inny jest temat przewodni spotkania, który służy za punkt wyjścia dla wszystkich opowieści.
Tak, i niezwykłe jest, że robią to z własnej, nieprzymuszonej woli. Nigdy nie musiałam nikogo namawiać do występu; informuję tylko o takiej możliwości. Jeśli poczują, że nadszedł dla nich właściwy moment, mogą przyjąć moje zaproszenie. Niektórych zresztą nawet nie zapraszałam – znaleźli mnie sami, z przekonaniem, że mają coś istotnego do wyjawienia światu. Wierzę, że każdy ma historię do opowiedzenia. Prostą lub zawiłą, smutną lub zabawną. Historie są w każdej komórce naszego ciała, w każdym wspomnieniu, w każdym kroku, który czynimy, w każdym mrugnięciu okiem.

Bez problemu wyobrażam sobie opowiedzenie jakiejś zabawnej anegdoty w siedem minut, ale nie jestem przekonana, czy w tak krótkim czasie można zrelacjonować załamanie nerwowe albo jakieś inne trudne lub przełomowe doświadczenie.
Zdziwiłabyś się, jak wiele powiedzieć można nawet w dwie minuty! Określenie ram czasowych opowieści jest ważne nie tylko ze względu na publiczność, szczególnie, jeśli jest to początek ich doświadczeń ze storytellingiem. Stanowi także bardzo ważne ćwiczenie dla opowiadającego. Ograniczenie czasowe, które sobie narzuca, pozwala skupić się na tym, co w historii było i jest najważniejsze; na tym, co chce się z niej pamiętać; na tym wreszcie, co dzięki nam mają z niej zapamiętać – i nauczyć się! – nasi słuchacze. Jest to przy tym bardzo twórczy proces, bo nad historią pracuje się jak nad dziełem sztuki, modelując ją i nadając jej formę.

Nie obawiasz się czasem, że praca z ludzkimi emocjami może być niebezpieczna? Nie jesteś przecież psychologiem ani psychiatrą, a podejrzewam, że ludzie niejednokrotnie przychodzą do ciebie z historiami pełnymi dramatów, bólu i łez.
Na pewno jest to dla mnie wyzwanie, jak również coś, co wymaga wielkiej wrażliwości i uważności. Bez wątpienia pomaga mi wiedza wyniesiona ze studiów arteterapeutycznych oraz doświadczenie pracy z grupami w ciągu wielu lat.

Jedną z umiejętności, którą staram się przekazać uczestnikom moich warsztatów, jest opowiadanie historii w sposób, który pozwala im nad nią zapanować. Nawet wówczas, gdy opowiadamy historię bardzo bolesną, nie musimy po raz kolejny przeżywać traumy. Pomocna jest świadomość, że znamy dokładnie zarówno początek tej historii, jak i zakończenie; mamy do dyspozycji wspomniane siedem minut, w ramach których możemy się wzruszać czy złościć, jednocześnie zdając sobie sprawę, że ograniczają nas pewne ramy. Dzięki temu możemy poczuć się panami naszej historii. Skupienie się na wyborze odpowiednich środków wyrazu także pomaga przenieść punkt ciężkości – z emocjonalnego zaangażowania w historię na jej aspekt artystyczny. Myślę też, że każdy opowiadający zawsze doskonale wie, czy jest gotowy do podzielenia się swoją historią. Trzeba tylko wsłuchać się w siebie i odnaleźć swój głos. Oczywiście istotne jest, by organizator spotkania, a więc w tym przypadku ja, klarownie wytyczył granice.

Taka jest właśnie twoja rola?
Zapraszając ludzi do udziału w moich wieczorach, zawsze dokładnie tłumaczę, jaką mają formę. Najpierw spotykamy się jeden na jeden, wysłuchuję ich historii w cztery oczy i podpowiadam, jak się nią podzielić z publicznością. Ostateczna decyzja leży po stronie opowiadającego. Daję jasno do zrozumienia, że nie jestem terapeutą, choć oczywiście, w razie konieczności staram się pomóc, jak tylko mogę. Jedna z moich koleżanek w Anglii, która organizuje podobne spotkania, rozdawała na zakończenie ulotki z numerami specjalistów mogących zaoferować pomoc. To jeden z przykładów drobnych gestów, które czasem robią wielką różnicę. Warto jednak podkreślić, że storytelling pozwala zetknąć się z historiami bardzo różnorodnymi, nie tylko smutnymi. Dotykamy całego wachlarza emocji. Bez względu na to, czy są one pozytywne, czy nie, zawsze, bez wyjątku, dziękuję opowiadającemu za podzielenie się historią. Nie jest to pusty frazes. Bardzo zależy mi na tym, żeby ludzie czuli się docenieni.

Czy masz jakieś sugestie dla polskich czytelników mających mniejszy dostęp do wydarzeń związanych ze storytellingiem, a pragnących przyjrzeć się bliżej temu procesowi?
Po prostu spotkajcie się w większym lub mniejszym gronie, usiądźcie i zacznijcie rozmawiać, utworzywszy krąg. Za jakiś czas powtórzcie to znów! Zwróćcie uwagę na to, jakie historie was poruszają, jaki przekaz jest dla was istotny, jaki rodzaj komunikacji sprawia wam najwięcej satysfakcji.

Storytelling daje radość, uzdrawia, bawi, pozytywnie wpływa na poczucie własnej wartości i na pewność siebie. Pozwala uczyć się od ludzi różnych od nas, ale jeszcze bardziej – pokazuje nam, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy tacy sami.

Kilka faktów i badań na temat storytellingu

Według badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Harvarda opowieści wykraczające poza suchą relację faktów powodują większe zaangażowanie słuchacza, ponieważ oddziałują na obie półkule mózgowe – lewą aktywujemy już poprzez samo omówienie wydarzeń, prawą dopiero poprzez wzbudzenie emocji. Dobrze opowiedziana historia zostaje przez odbiorcę lepiej zapamiętana. Ma to niebagatelne znaczenie w procesie nauczania – zarówno najmłodszych, którym opowiadamy bajki, by przekazać im podstawowe prawdy o życiu, jak i całkiem dorosłych – tzw. metoda narracyjna doskonale sprawdza się np. w nauce języków obcych. Z podobnych względów storytelling jest także doskonałym narzędziem marketingowym – specjaliści w tej dziedzinie doskonale wiedzą, że rozpoznawalność marki oraz prawdopodobieństwo utożsamienia się z nią przez klienta zależy właśnie od ciekawej historii, która za nią stoi.

W niektórych krajach, jak Wielka Brytania, USA oraz Izrael prężnie działają stacjonarne szkoły opowiadania historii; można znaleźć kursy o różnych stopniach intensywności i zaawansowania, zaś spotkania, podczas których słucha się nawzajem swoich opowieści, należą do najbardziej lubianych form spędzania czasu. Pozwalają pośmiać się i wzruszyć, porozmawiać i pomilczeć. W naszej obrazkowej cywilizacji stanowią prawdziwy powrót do kultury słowa – głównego narzędzia komunikacji, właściwego tylko i wyłącznie człowiekowi.

Badania naukowe potwierdzają, że słuchanie i opowiadanie historii ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie psychiczne, nie tylko w przypadku kojących baśni i romantycznych legend, ale także, jeśli nie przede wszystkim, w wypadku relacjonowania prawdziwych zdarzeń z naszego życia. Jak mawia jeden z czołowych specjalistów w dziedzinie, dr Gary Irwin-Kenyon, dzieje się tak dlatego, że każdy z nas jest jednocześnie narratorem, redaktorem, bohaterem i czytelnikiem swojej opowieści, a przy tym tylko jednym z autorów – na naszą opowieść wpływa przecież każde spotkanie, rozmowa, wymiana doświadczeń z innymi ludźmi, którzy tym samym współtworzą naszą historię. Dzięki interakcji z nimi poprawiamy zdolności komunikacyjne, a nasza kreatywność wzrasta. Wymiana historii pozwala nam budować tożsamość, stymuluje ciekawość i zapał do życia, poprawia pamięć, uspokaja. Pozwala doceniać to, co w życiu istotne i dobre, budząc tym samym wdzięczność oraz poczucie celu. Słuchając opowieści innych, przeżywamy zarówno ich bolączki, jak i radości, a więc poszerzamy wachlarz swoich życiowych doświadczeń, dzieląc się zaś swoją historią, rozliczamy się z przeszłością, wybieramy sposób myślenia o niej i robimy miejsce na nowe przeżycia. Czerpiemy z tego, co już było, otwierając się na to, co dopiero nadejdzie. Wybierając odpowiednie środki wyrazu, wpływamy na to, co już jest za nami, aby bardziej świadomie przeżyć przyszłość.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Psychoterapia – od czego zacząć? Kiedy warto skorzystać z pomocy?

Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Psychoterapia jest sposobem na zmniejszenie cierpienia. Pomaga nam wyjść z błędnych schematów i rozpoznać, co robimy nie tak. (fot. iStock)
Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu terapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Lęki, frustracja, smutek, brak wiary w siebie, niezadowolenie z życia – takie stany mogą ciągnąć się latami. Coraz gorsze samopoczucie przekłada się na związki i relacje, powoduje, że człowiek męczy się sam ze sobą. Często jednak decyzja o podjęciu psychoterapii jest wciąż odkładana, co może doprowadzić do chorób psychosomatycznych czy depresji. Powody odwlekania są różne. Wiele osób po prostu nie wie jak zacząć i czego spodziewać się po psychoterapii. O tym, jak przebiega proces terapeutyczny i jakie przynosi korzyści rozmawiamy z Katarzyną Szostak – psycholożką i psychoterapeutką z Centrum Psychoterapii Help.

Jakie uczucia, emocje są ewidentnym wskazaniem do psychoterapii? Kiedy powinna zapalić się „czerwona lampka”? Po pomoc psychologiczną warto się zgłosić, gdy odczuwamy jakiś rodzaj subiektywnego cierpienia, gdy emocje, myśli czy zachowania utrudniają nam codzienne funkcjonowanie, obniżają jakość życia, a dotychczasowe metody radzenia sobie z trudnościami nie przynoszą ulgi lub wręcz nasilają problemy.

Niestety, wciąż o wizycie u psychologa czy psychoterapeuty myślimy w kategoriach „nie mam wyjścia, muszę iść”. Przecież do innych specjalistów zapisujemy się z reguły, gdy coś nas niepokoi, jest inne niż dotychczas, jakoś zmienione, a nie, gdy są już ewidentne wskazania.

Z czym ludzie najczęściej zgłaszają się do gabinetu psychoterapeuty? Najczęściej zgłaszają się z trudnościami w relacjach z innymi, w relacji z samym sobą. Miewają trudności w nawiązywaniu, pogłębianiu czy utrzymywaniu bliskich, satysfakcjonujących relacji, czują się nierozumiani, nieakceptowani, niedoceniani, źle traktowani i to prowadzi do jakichś konsekwencji: kłótni, złości, smutku, wycofywania się z relacji.

Miewają trudność z wywieraniem nadmiarowej presji na siebie i/lub innych, z akceptacją jakichś aspektów siebie i/lub innych. Niektórym bardzo trudno pogodzić się ze stratą. Zgłaszają się z brakiem umiejętności konstruktywnego radzenia sobie z emocjami, z napięciem (np. w sytuacji kryzysu). Są i tacy, którzy próbując radzić sobie z cierpieniem, korzystają z niekonstruktywnych metod, takich jak uzależnienia, czy przygodny, ryzykowny seks.

Niektórzy czują się gorsi od innych, niewarci miłości, brakuje im chęci do życia. Miewają też objawy utrudniające codzienne funkcjonowanie: ataki paniki, natrętne myśli, fobie, tiki, trudności ze snem, różnego rodzaju bóle, drętwienia czy dolegliwości układu pokarmowego.

Co tak naprawdę psychoterapia ma nam dać? Czego możemy oczekiwać? Wiele osób ma mylne wyobrażenia na ten temat. Poza możliwością „wygadania się” w bezpiecznych, nieoceniających warunkach, kiedy to przez 50 minut cała uwaga skierowana jest na klienta, co – warto podkreślić – już jest ważnym czynnikiem leczącym, psychoterapia daje możliwość zwiększenia świadomości swojego funkcjonowania (lepszego poznania siebie). Terapia daje również szansę do szukania nowych, przynoszących więcej korzyści metod radzenia sobie, podejmowania bardziej świadomych i wynikających z wyboru decyzji, a co za tym idzie zmniejszenia odczuwanego cierpienia.

Często pacjenci myślą, że psychoterapeuta powie im jak żyć, poda gotowe rozwiązanie, „uleczy”. Czy zdają sobie sprawę, że sami muszą wykonać dużo pracy? Rzeczywiście, część klientów spodziewa się wizyty, która będzie przypominała tę u lekarza - ja powiem co mi jest, a psychoterapeuta powie mi, co mam z tym zrobić, aby było mi lepiej i po kilku spotkaniach trudność zostanie rozwiązana. Nie mają wyobrażenia, że to jest droga, której przejście często zajmuje kilka, kilkanaście miesięcy. I nie ma co się dziwić, nie mają obowiązku wiedzieć, na czym psychoterapia polega. To dość naturalne, że przychodzą w cierpieniu i z oczekiwaniem, że ono zniknie. To jest zadanie dla psychoterapeuty, aby edukować, urealnić oczekiwania, starać się zrozumieć trudności tej osoby i wspólnie z nią ustalić terapeutyczne cele do pracy.

Klienci przychodzą z objawami i nadzieją, że zadzieje się coś, co sprawi, że te objawy znikną. Często dysponujemy różnymi poznawczo-behawioralnym narzędziami, pozwalającymi zmniejszyć trochę ich dotkliwość. Niemniej to tylko wierzchołek góry lodowej i stosunkowo powierzchowna praca. Dlatego w toku rozmów staramy się ustalić mechanizmy trudności oraz ich źródła - jak one się ukształtowały. Mając takie szersze rozumienie możemy danej osobie zaproponować pracę nad przyczyną jej trudności. Jeśli klient będzie nią zainteresowany, wspólnie ruszamy w podróż, jaką jest psychoterapia. Za jej plan i wskazywanie drogi w kierunku celu odpowiedzialny jest terapeuta. Za wykonanie pracy nad zmianą - klient.

Na czym polega ta praca, którą człowiek wykonuje podczas trwania psychoterapii? Jest to zależne od tego, z czym się zgłasza i jakie są przyczyny trudności. Ogólnie rzecz ujmując: na zaopiekowaniu się krzywdami z przeszłości, przepracowaniu śladów minionych doświadczeń.

Bardzo ważnym elementem pracy terapeutycznej jest zwiększenie świadomości natury swoich problemów, a także wysiłek działania wbrew swoim dotychczasowym mechanizmom.

Coraz więcej osób ma teraz dolegliwości psychosomatyczne. Czy dzięki terapii widać poprawę stanu zdrowia? Objawy w ciele, o ile wykluczono podłoże medyczne, mogą być efektem trudności psychologicznych. Somatyzacja to nieświadome generowanie objawów fizycznych. Wyraża cierpienie psychologiczne, które z różnych powodów trudno wyrazić w bardziej jawny sposób. To taki mechanizm obronny, polegający na nieświadomym przekierowaniu wypartych uczuć w objawy fizyczne (forma symbolicznej komunikacji).

Wracając do mojej metafory góry lodowej, jest to objaw widoczny nad powierzchnią wody. Praca psychoterapeutyczna polega na odkryciu, co jest pod jej powierzchnią i przepracowaniu przyczyn, które powodują taki efekt. W wyniku psychoterapii jest możliwe poradzenie sobie z dolegliwościami psychosomatycznymi.

Załóżmy, że osoba podjęła już decyzję o rozpoczęciu psychoterapii. Od czego powinna zacząć? Znaleźć psychoterapeutę, czy może nurt, w którym chce pracować? Myślę, że każdy z tych pomysłów jest dobry. Każdy z nas, w zależności od sposobu swojego funkcjonowania, swoich potrzeb, preferencji, dotychczasowych doświadczeń - wybierze dla siebie inną metodę selekcji. I to jest ok.

Warto na pewno zwrócić uwagę, aby psychoterapeuta, do którego się zapisujemy miał odpowiednie wykształcenie. Psychoterapeuta nie musi być psychologiem, ważne jednak, aby ukończył lub był w trakcie pełnego, 4-letniego szkolenia psychoterapeutycznego w szkole spełniającej standardy PRP lub EAP, akredytowanej przez PTP czy PTTPB. Ważne również, aby psychoterapeuta poddawał swoją pracę stałej superwizji, uczestniczył w kursach, szkoleniach i konferencjach branżowych.

Jakie nurty mamy do wyboru w psychoterapii i co je wyróżnia? Nurt psychoanalityczny wywodzi się z teorii Freuda i polega na odkrywaniu nieświadomych mechanizmów funkcjonowania i przenoszeniu ich do świadomości. Terapeuta pracuje głównie na przeniesieniu, czyli przekierowywanych na niego emocjach związanych z innymi osobami oraz przeciwprzeniesieniu, czyli emocjach, jakie pacjent w nim wywołuje. Jest to psychoterapia długoterminowa, często odbywa się w rytmie dwóch sesji w tygodniu. Psychoterapeuta mówi niewiele, nie jest dyrektywny.

Nurt psychodynamiczny również polega na poznaniu mechanizmów własnych zachowań i ich wpływu na codzienność, szczególny nacisk kładzie się na relację terapeutyczną. Pojawia się tu nieco więcej dialogu z pacjentem, psychoterapeuta pełni rolę korektywnego obiektu.

Psychoterapia Gestalt zakłada, że źródłem trudności są niezaspokojone w dzieciństwie potrzeby. Skupia się na budowaniu świadomości siebie oraz tego, co zaburza klientowi kontakt ze światem, będąc tym samym źródłem jego cierpienia. Jak każde podejście humanistyczne, akcentuje podmiotowość klienta i stawia go na równi z terapeutą.

W nurcie systemowym trudności klienta rozumiane są jako objaw konfliktów i problemów występujących w systemie rodzinnym (w rozumieniu: rodzina pochodzenia, związek, małżeństwo, własna rodzina). Psychoterapeuta strata się zrozumieć sposób funkcjonowania całego systemu i funkcję, jaką pełnią w nim objawy. W psychoterapii uczestniczy jedna osoba, para lub cała rodzina.

Nurt poznawczo-behawioralny (CBT), najbardziej dyrektywny i ustrukturalizowany - korzysta z wystandaryzowanych protokołów, które służą do modyfikacji myślenia i zachowania. Skupia się na teraźniejszości, identyfikacji wzorców, zależności pomiędzy myślami, emocjami i zachowaniami oraz na rozwiązaniu problemu. Nurt ten przechodzi ostatnio sporo zamian, tzw. trzecia fala uzupełnia ten sposób myślenia o doświadczenia z innych nurtów, m.in. humanistycznych. W ten sposób powstała m.in. terapia schematów (TS), terapia akceptacji i zaangażowania (ACT), terapia dialektyczno-behawioralna (DBT) czy terapia skoncentrowana na współczuciu (CFT).

Nurt integracyjny wykorzystuje techniki i metody wszystkich nurtów, dobiera się je do potrzeb klienta.

Czy nie jest tak, że na poszczególne problemy zaleca się konkretny nurt? Jak długo trwa psychoterapia w poszczególnych nurtach? Nie każdy psychoterapeuta pracuje ze wszystkimi trudnościami. Część problemów wymaga od terapeuty dodatkowego przeszkolenia, jak np. terapia uzależnień czy terapia par. Jeśli mamy jakąś hipotezę na temat tego, co nam dolega lub mamy diagnozę od psychiatry, na pewno warto zapytać psychoterapeutę czy pracuje z taką trudnością. Jeżeli jednak nie potrafimy tego samodzielnie określić, to pierwszych kilka spotkań terapeutycznych jest właśnie po to, aby w tym pomóc. To jest czas, w którym zarówno klient ma szansę zobaczyć czy ten psychoterapeuta, jego osobowość i sposób pracy są dla niego ok, czy czuje się przy nim dobrze, jak i psychoterapeuta ma okazję rozeznać się nieco w tym, jak wygląda ta góra lodowa pod powierzchnią wody i czy ma on odpowiednie kompetencje do tego, aby pomagać i prowadzić taką psychoterapię. Jeśli nie, na pewno podpowie, gdzie warto udać się po dalszą pomoc - czy to do innego specjalisty, czy to do innego psychoterapeuty, który będzie umiał skuteczniej pomagać.

Nurty psychoterapeutyczne różnią się między sobą sposobem myślenia, konceptualizowania trudności i wykorzystywanymi technikami pracy. Badania pokazują, że efektywność psychoterapii w mniejszym stopniu zależy od nurtu pracy, a w większym od relacji terapeutycznej.

Czas trwania psychoterapii uzależniony jest od wielu czynników, obecnie chyba wszystkie nurty proponują pracę zarówno krótkoterminową, czyli ok. 12-20 spotkań, jak i długoterminową, czyli ok. roku, dwóch, a nawet trzech lat.

Po czym poznajemy, że trafiliśmy na właściwego psychoterapeutę? Po tym, jak czujemy się w relacji z nim - czy w miarę bezpiecznie, swobodnie i komfortowo, czy mamy poczucie, że możemy powiedzieć o wszystkim, kiedy będziemy na to gotowi. Rozmawiając o ciężkich dla nas doświadczeniach trudno, aby było nam miło i przyjemnie, ale ważne jest, aby czuć się wysłuchanym, rozumianym, akceptowanym, szanowanym. Dobrze mieć poczucie, że psychoterapeuta jest na mnie uważny, skupiony na mnie, stara się mnie rozumieć, jest moim sojusznikiem i działamy we wspólnej sprawie.

A jeśli mamy wątpliwości – to przez jak długi okres dawać tej relacji szansę? Czasem już po jednym spotkaniu, jak po pierwszej randce, wiemy, że nic z tego nie będzie. Wtedy nie warto kontynuować. Taka pierwsza faza psychoterapii - faza konsultacji - z reguły trwa od trzech do pięciu spotkań. Jest to czas na wstępne rozpoznanie trudności klienta i postawienie celów do dalszej pracy terapeutycznej. Czas, w którym omawiamy: nad czym klient chciałby pracować, co jest możliwe do pracy, na co możemy się umówić, a na co nie i czy klient widzi w tym sens. Jeśli tak, podejmuje decyzję o podjęciu psychoterapii.

Co w sytuacji, gdy osoba ma już depresję lub zaburzenia psychiczne i bierze leki psychotropowe? Czy wówczas o psychoterapii decyduje psychiatra? Decyzja o podjęciu psychoterapii zawsze należy do klienta. Nawet jeśli psychiatra, neurolog czy internista sugeruje lub wręcz kieruje na terapię, to klient podejmuje ostateczną decyzję. Spotkania konsultacyjne z psychoterapeutą są czasem wstępnego rozpoznania trudnościach i często pomagają klientowi zobaczyć,czy widzi w takiej pracy jakiś sens dla siebie, czy dostrzega, w czym ona mogłyby mu pomóc.

Najlepsze efekty w leczeniu depresji i wielu innych zaburzeń osiąga się łącząc leczenie farmakologiczne, czyli wizyty u psychiatry, z psychoterapią, czyli regularnymi, cotygodniowymi lub częstszymi spotkaniami z psychoterapeutą.

Czy dla osób będących pod opieką psychiatry polecane są jakieś szczególne rodzaje psychoterapii? Nawet w szpitalach psychiatrycznych pracują psychoterapeuci wszystkich nurtów.

Wiele osób, szczególnie w czasie pandemii, sięga po leki uspokajające i antydepresyjne? Czy ma to wpływ na przebieg psychoterapii? Leki wpływają na funkcjonowanie człowieka, taka jest ich funkcja. Zawsze należy brać je pod opieką lekarza psychiatry i zgodnie z jego zaleceniami. W takim przypadku z reguły ułatwiają przebieg procesu psychoterapeutycznego, choć nie zawsze są niezbędne do tego, aby poradzić sobie z trudnościami. Niejednokrotnie psychoterapia jest wystarczająca. Niejednokrotnie też leki są wręcz niezbędne, aby móc pracować terapeutycznie albo też, w przypadku cięższych zaburzeń czy chorób psychicznych, psychoterapia jest jedynie działaniem wspomagającym leczenie psychiatryczne.

Leki przyjmowane niezgodnie z zaleceniami albo też leki na receptę przyjmowane bez odpowiedniego nadzoru lekarza mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać proces terapeutyczny. Jeśli przyjmowanie leków ma charakter nałogowy, niezbędna jest pomoc terapeuty uzależnień.

Jak pandemia wpłynęła na jakość psychoterapii? Mam na myśli psychoterapię online. Znam terapeutów, którzy zrezygnowali z tej formy prowadzenia psychoterapii. Zresztą sami pacjenci nie chcieli jej dłużej kontynuować… Spotkania online mają swoje ograniczenia, ale badania pokazują, że psychoterapia online jest równie skuteczna jak ta prowadzona tradycyjnie, w gabinecie. Nic nie zastąpi kontaktu bezpośredniego, niemniej dla wielu klientów to jest jedyna możliwa forma korzystania z pomocy, nie tylko w dobie pandemii. Całe szczęście, że technologia dalej nam takie możliwości.

Warto przy tym zadbać, aby spotkania online możliwie najbardziej przypominały spotkania w gabinecie - odbywały się w formie rozmowy z kamerą i aby obie strony mogły się wzajemnie widzieć i prowadzić rozmowę w komfortowych warunkach – umożliwiających skupienie, zapewniających dyskrecję, swobodę wypowiedzi, bez udziału osób trzecich, za zamkniętymi drzwiami, bez konieczności trzymania telefonu w ręce, przy zminimalizowanej liczbie rozpraszaczy.

Trudno mi sobie wyobrazić psychoterapię w postaci rozmowy telefonicznej bez kamery, wymiany maili czy czatu. Choć są to czasem skuteczne narzędzia do przeprowadzenia interwencji kryzysowej.

Kiedy wiadomo, że psychoterapia dobiega końca? Psychoterapia zakończona sukcesem to taka terapia, w której udało się osiągnąć założone cele - te postawione na początku psychoterapii, jak i te, które pojawiły się w trakcie jej trwania (o ile się pojawiły). Z reguły klient czuje większy spokój, mniej cierpienia, ma mniej ważnych spraw do omówienia, ma poczucie, że umie sobie radzić z nimi samodzielnie. Chwali się swoimi sukcesami, z zadowoleniem opowiada o nowych sposobach reagowania.

Wtedy wspólnie przyglądamy się, jakie mieliśmy cele, co się udało osiągnąć i w jakim stopniu. Zastanawiamy się, czy jest coś jeszcze, czego klient by potrzebował, w czym psychoterapeuta może mu służyć. Jeśli tak - stawiamy sobie cele do dalszej pracy, jeśli nie - kończymy na tym etapie nasze spotkania.

Niektórzy pacjenci mają wątpliwości, czy powinni pójść na psychoterapię do mężczyzny, czy do kobiety. Naprawdę jest jakakolwiek różnica? W jakich sytuacjach płeć rzeczywiście ma znaczenie? Częściej to wynika z indywidualnych preferencji klienta, przy kim czuje się swobodniej, bezpieczniej, lepiej. Zdarzają się przypadki, w których płeć psychoterapeuty może coś klientowi ułatwiać bądź utrudniać. Może tak się zdarzyć, że psychoterapeuta zasugeruje pracę z osobą innej płci, nie jest to jednak częste.

Psychoterapie grupowe to temat na osobną rozmowę. Zapytam więc tylko: w jakich przypadkach są one bardziej wskazane niż psychoterapie indywidualne? Myślę, że mniej to jest związane z konkretną trudnością czy zaburzeniem, a bardziej z indywidualnym sposobem funkcjonowania jednostki i tym, co jej najbardziej posłuży.

Psychoterapia grupowa bywa bardzo pomocna dla osób doświadczających trudności w relacjach międzyludzkich i społecznych, którym trudno jest inicjować czy budować satysfakcjonujące relacje. Daje wiele okazji do eksperymentowania. Niemniej bywa też, że właśnie z tego powodu jest zbyt dużym wyzwaniem.

Psychoterapia grupowa sprawdza się ponadto w terapii uzależnień, zaburzeń osobowości, zaburzeń odżywiania czy depresji.

Katarzyna Szostak: psycholożka i psychoterapeutka z Centrum Psychoterapii HELP. Tytuł magistra psychologii uzyskała na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, gdzie ukończyła również Podyplomowe Studium Pomocy Psychologicznej w Dziedzinie Seksuologii. Absolwentka Profesjonalnej Szkoły Psychoterapii Instytutu Psychologii Zdrowia. Bierze udział w licznych kursach i szkoleniach, obecnie kształci się w Studium Pomocy Psychologicznej dla Par IPZ oraz robi Kurs Terapii Schematu w Centrum CBT. Swoją pracę poddaje regularnej superwizji.

  1. Zdrowie

Kontrowersyjna ayahuasca

Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ayahuasca - skład i działanie

  • Ayahuasca to mieszanina liści krzewu Psychotria viridis oraz łodyg liany Banisteriopsis caapi. Poprzez gotowanie uzyskuje się z nich halucynogenny napój, stosowany przez szamanów i członków grup religijnych w Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Ze względu na zawartość dimetylotryptaminy (substancja, którą naturalnie wytwarza szyszynka) jest zakazany w wielu krajach, także w Polsce, jako środek odurzający o najwyższym stopniu ryzyka uzależnienia. Lekarze ostrzegają, że może mieć silny potencjał aktywujący dla osób predysponowanych do zaburzeń dwubiegunowych, schizofrenii, stresu pourazowego, zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, depresji i zaburzeń przetwarzania sensorycznego.
  • Neurolodzy z Uniwersytetu São Paulo opublikowali wyniki badań, z których wynika, że 2–3 godziny po zażyciu ayahuaski wśród osób cierpiących na umiarkowaną lub ciężką postać depresji można zaobserwować efekty, na jakie trzeba czekać tygodniami po zażyciu standardowych antydepresantów. Brian Anderson, psychiatra z Uniwersytetu Kalifornijskiego, uważa, że pozytywne skutki przeciwdepresyjnego działania ayahuaski mogą utrzymywać się nawet przez wiele tygodni. Obecna w ayahuasce harmalina w małych dawkach uważana jest za antydepresant, ale im więcej jej spożyjemy, tym bardziej psychodeliczne wizje pojawią się w naszej głowie.

Powrót do źródła miłości

Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe) Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)

Jak ayahuasca pojawiła się w pani życiu? Gosia Trojanowska: Przypadek. Choć tych podobno nie ma. Ponad 10 lat temu gdzieś w Internecie przeczytałam o leczeniu ayahuaską osób uzależnionych od alkoholu i zaczęłam się tym interesować, ponieważ ten problem występował w mojej rodzinie. Uzależniony był mój ojciec, a także były mąż, a kiedy syn wchodził w dorosłość, przestraszyłam się, że i on może wpaść w alkoholizm. Na pierwszą ceremonię pojechaliśmy razem, choć syn, który miał wówczas 20 lat, początkowo był temu przeciwny, ponieważ ayahuasca kojarzyła mu się z narkotykami. Dziś już wiemy, że pomaga wyjść z nałogu także narkomanom. To, co przeżyliśmy w czasie pierwszej ceremonii, odmieniło nasze życie.

W jaki sposób? Dowiedzieliśmy się dużo o sobie. W Ameryce Południowej ayahuasca jest używana przez szamanów i uzdrowicieli zwanych ayahuasqueros jako sposób na poszerzanie świadomości. Doświadczenie po jej wypiciu trudno opisać, gdyż wszyscy przeżywamy to indywidualnie i za każdym razem jest ono inne. DMT obecne w napoju naturalnie występuje w naszym mózgu jako związek chemiczny produkowany przez szyszynkę podczas snu, sprawia, że po wypiciu naparu zwanego boską medycyną zaczynamy funkcjonować jak w czasie snu, ale jesteśmy przebudzeni i w pełni świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Częstotliwość fal mózgowych przechodzi z poziomu beta (aktywny) do poziomu alfa (zrelaksowany) lub theta, gdzie pojawiają się mistyczne doświadczenia duchowe. Przeżywamy proces rozpadu ego i wznoszenia świadomości, co daje możliwość dotarcia do informacji zawartych w podświadomości i świecie duchowym. Pojawiają się różne wizje, nierealne obrazy, czasami piękne, ale także przerażające, fizycznie odczuwamy przepływ energii i wibrację, dochodzą do nas dziwne, jakby kosmiczne dźwięki. Brzmi to bardzo magicznie, ale ayahuaską zainteresowali się już naukowcy i lekarze, którzy udowodnili jej pozytywny wpływ także w leczeniu depresji i stresu pourazowego.

Przeprowadzając takie ceremonie, ma pani styczność z wieloma osobami, czy może to pani potwierdzić? Badania naukowe dotyczące stricte medycznego wpływu ayahuaski na nasze zdrowie są ciągle prowadzone i można powiedzieć, że to dopiero początek odkryć. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ayahuasca zmienia ludziom życie na lepsze. Powszechnym efektem jest głębsze zrozumienie naszej egzystencji na Ziemi i osobowości. Jakbyśmy docierali do niezbadanych poziomów swojej psyche, do nieświadomości. Odsłaniają się przed nami niesamowite pokłady miłości, duchowości i boskości, których w naszym bardzo racjonalnym życiu każdy potrzebuje, aby osiągnąć prawdziwe szczęście. W dotychczasowych badaniach wykazano dobroczynny wpływ ayahuaski na ośrodki w mózgu odpowiedzialne za uczenie się i zapamiętywanie. Potwierdzono zwiększoną aktywność neuronów oraz wymianę informacji między obszarami mózgu, które normalnie nie komunikują się ze sobą. Oznacza to, że umysł nie porusza się już utartymi ścieżkami, ale tworzy nowe połączenia.

W kulturze zachodniej ayahuasca traktowana jest jako niezwykła substancja chemiczna, którą można wykorzystać w medycynie i w leczeniu różnych chorób oraz uzależnień. W kulturze amazońskiej jest duchem wszystkich duchów, który pomaga ludziom w odnalezieniu ich duchowej ścieżki i  pojednaniu ze wszechświatem.

A czym jest dla pani? W czasie swoich ceremonii chcę połączyć oba podejścia i pomagać ludziom. Dać im jak najwięcej miłości, akceptując to, kim są, aby mogli stać się lepsi i szczęśliwsi. Choć na wiele pozytywnych efektów związanych z wypiciem ayahuaski nie ma konkretnych dowodów, gdyż po prostu trudno je zmierzyć, potwierdzają je uczestnicy ceremonii. Przez dłuższy czas odczuwają większy optymizm, czują się spokojniejsi, połączeni ze światem, który je otacza, i ludźmi. Zrozumiawszy swoje błędy lub pomyłki albo samych siebie, zaczynają bardziej się szanować, okazują więcej miłości bliskim, zwierzętom, często zostają wegetarianami, zaczynają troszczyć się o Matkę Ziemię. Odnajdują też sens życia, który wcześniej w rozpędzonym, nierzadko bardzo destrukcyjnym i pełnym złych emocji życiu, gdzieś się im rozmył. Wracają do źródła miłości, które jest cały czas w nas samych.

Czy brak przygotowania terapeutycznego – wcześniej pracowała pani jako pięlegniarka – jednak nie przeszkadza w przeprowadzaniu ludzi przez te obszary? Szamani też nie kończą studiów psychologicznych lub specjalizacji z psychiatrii, a naukowcy tak naprawdę ciągle nie rozumieją, w jaki sposób działa mózg. Ludzie nazywają mnie szamanką, bo jak oni staram się postrzegać świat i ludzi w duchowy sposób. Widzieć życie i miłość, która jest energią tkwiącą we wszystkim: w ciele, w kamieniach, drzewach, zwierzętach, całej naturze, ale także w niebie i kosmosie. Takie postrzeganie przekracza możliwości zrozumienia przez człowieka na obecnym etapie naszego rozwoju, a także opisania w sposób naukowy. Podstawą do prowadzenia przeze mnie ceremonii jest moje ponadczteroletnie już ich doświadczanie, wcześniej przez wiele lat brałam w nich udział jako uczestniczka. Ostatnio byłam też w Peru, aby u źródła dowiedzieć się, w jaki sposób tradycyjnie się je przeprowadza, oraz spotkać z prawdziwymi szamanami.

To przede wszystkim praca z samym sobą. Nikt za nas jej nie wykona. Ayahuasca może jedynie wskazać kierunek. Ze swojej strony staram się stworzyć każdemu uczestnikowi jak największy komfort i poczucie bezpieczeństwa w procesie, który może być naprawdę trudny.

Z jakimi trudnymi przypadkami spotkała się pani? Ayahuasca jest naturalną medycyną i świętym napojem, więc nie powinna być używana dla rozrywki. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, która myślała, że będzie miała dobrą zabawę, ale wyszły z niej wszystkie demony, które wcześniej próbowała ukryć.

Jako dość trudny, ale jednocześnie bardzo dla mnie satysfakcjonujący przypadek, wspominam ceremonię z udziałem 30-letniego mężczyzny, który poruszał się na wózku inwalidzkim, gdyż jako nastolatek złamał sobie kręgosłup przy skoku na główkę. Był bardzo agresywny i wulgarny, cała frustracja związana z tym traumatycznym przeżyciem wyświetliła się przed nim jak film. W czasie ceremonii współpracuje ze mną kilka osób, których zadaniem jest wspierać uczestników w przechodzonym procesie. Czujnie wspieraliśmy tego mężczyznę, aby mógł przejść swój proces, nie przeszkadzając pozostałym osobom.

Pamiętam też kobietę, która w młodości była zmuszana do stosunków kazirodczych z bratem, i chyba szukała zapomnienia, więc ostatecznie odesłałam ją na terapię do odpowiedniego specjalisty. Zawsze interweniuję, kiedy czuję, że dla kogoś przychodzenie na ceremonie jest próbą ucieczki od problemu, a nie jego rozwiązania.

Modna rozrywka, która może mieć przykre skutki

Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum) Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum)

Ayahuasca to modny i celebrycki narkotyk. Dzisiaj jest trendy pojechać do Ameryki Południowej i przeżyć seans z użyciem ayahuaski. Pływanie kajakiem na Mazurach jest już nudne, kiedyś może i jechało się pomedytować w Bieszczadach, teraz jedzie się medytować z kamerą do robienia selfie na Malediwy. Tak zwany rozwój jest dziś formą kreacji. Ale to, że ktoś robi sobie selfie podczas medytowania, to jeszcze nic, najgorzej jeśli ktoś eksperymentuje z substancjami, które są właściwe dla określonego kręgu kulturowego. Indianie, którzy od pokoleń korzystają z różnych naturalnych środków psychoaktywnych do kontaktu z Bogiem lub mityczną pamięcią plemienia, są przygotowani na ich działanie i do niego przyzwyczajeni. Natomiast jeśli mieszkaniec Europy chce używać tych substancji głównie do uciech, to taka intencja zostaje bardzo boleśnie ukarana.

Każde pokolenie ma jakąś miejską legendę. Millennialsi mają ayahuaskę, 10 lat wcześniej była ibogaina, a jeszcze wcześniej mieliśmy całą masę innych narkotyków, których nazw już nie chcę tu przytaczać, a które miały nas poprowadzić na skróty do celu. Sam pamiętam, nie jako badacz, ale raczej uczestnik różnych ekscesów, że do końca lat 80. do leczenia schizofrenii stosowano LSD, silny narkotyk halucynogenny. Odstąpiono jednak od tego, bo okazało się, że jeżeli diagnoza była źle przeprowadzona i podawano LSD osobom, które miały epizody psychotyczne, ale nie były zaklasyfikowane jako schizofrenicy, to ten narkotyk wywoływał u nich schizofrenię.

Dzisiejszą modę na ayahuaskę i wiarę w to, że ona coś może poprawić czy wyleczyć, zaliczam do legend typu „ziemia jest płaska” czy „szczepionki trują nasze dzieci”. Robi się duże pieniądze na wmawianiu ludziom, że ayahuasca jest lekiem na wszystkie problemy tego świata. To kompletna bzdura! Na czym opieram tę mocną tezę? Na obserwowaniu twarzy i sposobów artykułowania myśli moich pacjentów, którzy się załapali na różnego rodzaju seanse w krajach Ameryki Południowej. W zeszłym roku miałem trzy takie osoby. Byli to bardzo poważni ludzie, menedżerowie. Nie małolactwo, które trafiło na jakąś grupę w Internecie i postanowiło: „a co tam, spróbuję, będzie fajnie”. Wszyscy pracowali ze mną wcześniej ze swoimi problemami: jedna osoba nad problemem z alkoholem, druga nad życiem osobistym, a trzecia nad podniesieniem sprawności działania. Ich wspólnym mianownikiem było to, że za namową przyjaciół zdecydowali się przeżyć seans z ayahuaską, który miał otworzyć ich umysł na odmienne stany świadomości. Miał być taką właśnie drogą na skróty do otchłani niezgłębionej siły człowieczej, poprzez zażycie jakiegoś psychodelicznego narkotyku. Wszyscy troje trafili do psychiatrów, bo ja nie byłem już w stanie dalej z nimi pracować.

Planeta Ziemia obfituje w całą masę różnego rodzaju substancji psychoaktywnych, które niekoniecznie muszą uzależniać, żeby różnych naiwnych przemielić i wypluć z powrotem, niestety, z poważnymi defektami, głównie psychicznymi.

Psychodeliki są motorem zmian, pytanie: jakich?

Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe) Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe)

Substancje psychodeliczne zawsze były traktowane jako te, które ukazują duszę. Najpierw takie praktyki były czysto szamańskie i związane z duchowością, potem hipisowskie, czyli związane z wolnością (nie tylko seksualną, ale i wolnością w myśleniu), a teraz psychodelikami interesują się naukowcy i chcą je wykorzystywać do badania możliwości ludzkiego mózgu, leczenia uzależnień, depresji czy raka.

Podobno szamani w trakcie ceremonii z użyciem tzw. świętych roślin, w tym ayahuaski, potrafili dokonywać zmian na poziomie DNA. Są koncepcje, które mówią, że gdyby nie rewolucja psychodeliczna lat 70., nie byłoby w ogóle komputerów i Doliny Krzemowej. Steve Jobs przyznał, że zażycie LSD było jednym z najważniejszych doświadczeń w jego życiu, które pozwoliło mu założyć Apple. Stało też za odkryciem komputerowej myszki, która powstała w laboratoriach w Stanford w czasie eksperymentu z halucynogenami. Według najnowszych badań wystarczy jedna dawka LSD, aby doszło do trwających 6 miesięcy zmian w mózgu. Narkotyki i halucynogeny są więc motorem rozwoju sztuki, cywilizacji oraz ludzkiego mózgu. Jakiś czas temu w jednym z artykułów zadałem pytanie, co się stanie, kiedy ta transformująca siła będzie powszechnie dostępna? Które fragmenty naszego mózgu się rozwiną, a które ulegną atrofii?

Prawdopodobnie w ciągu dekady zostaną zalegalizowane narkotyki halucynogenne, co już obowiązuje w Holandii (legalne halucynogenne trufle), Czechach (legalny ayahuascowy kościół Daime) czy USA (legalny Native American Church, gdzie zamiast świętej hostii przyjmuje się w czasie mszy psychoaktywnego peyotla). W 2021 roku dojdzie do legalizacji MDMA, czyli ecstasy, w Stanach Zjednoczonych wchodzi w trzeci etap badań, będzie też uznawane w Europie. Już dziś wykorzystuje się je w terapiach rodzinnych, w leczeniu stresu pourazowego czy alkoholizmu. Z kolei ibogaina jest środkiem wykorzystywanym przy wyciąganiu ludzi z uzależnienia od alkoholu czy heroiny.

Renesans przeżywają dziś nie tylko środki chemiczne, ale  i bardziej naturalne, tradycyjne substancje, jak grzyby halucynogenne, peyotl czy właśnie ayahuasca. Hitem jest tzw. microdosing, czyli używanie w mikrodawkach grzybów halucynogennych czy LSD do zwiększania możliwości ludzkiego umysłu.

Moje zdanie na temat psychodelików, w tym ayahuaski? Oczywiście, że istnieje ryzyko, że zmiany w mózgu pod jej wpływem będą niekorzystne, podobnie jak dzieje się w wypadku zbyt częstego spożywania alkoholu, zbyt częstego grania w gry komputerowe, brania udziału w reality shows czy nadmiaru seksu. Dzięki narkotykom możemy bowiem osiągnąć dwa rodzaje stanów. Pierwszy: odmienne stany świadomości, które osiągamy też wtedy, gdy tracimy nad sobą kontrolę i się wkurzamy albo idziemy w zakupoholizm w centrum handlowym. Drugi to szamański stan świadomości, który jest związany ze świadomym używaniem środków zmieniających świadomość, czyli gdy w pełni kontrolujesz to, co się dzieje.

Powiedzmy, że mam problem do rozwiązania – idę z nim do szamana lub sam potrafię osiągnąć szamański stan świadomości. Wtedy ten środek służy mi do pracy. Jeśli jednak biorę go po to, by się urąbać na imprezie, to jest poważne zagrożenie, że nieźle pomiesza mi się w głowie.

  1. Styl Życia

Odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Rozmowa z nauczycielką jogi Yin Julitą Skórską

Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Julita Skórska, nauczycielka medytacji, jogi typu Vinyasa Flow oraz Yin&Yang, m.in. w warszawskiej Kulturze Fizycznej, Instagram: @julita.skorska. (Fot. Kuba Bączkowski, materiały prasowe)
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem – mówi nauczycielka jogi Yin Julita Skórska.

Yin i yang to w powszechnej świadomości energia żeńska i męska. Choć są inne, to każda z nich uzupełnia i równoważy drugą. Czy powinniśmy je utożsamiać z kobietą i mężczyzną? Czy chodzi tu raczej o pierwiastek męski i żeński, obecne w każdym z nas – Jungowskiego animusa i animę?
Koncepcja yin i yang pochodzi z filozofii chińskiej. Jung dla zachodniego odbiorcy stworzył koncepcję animy i animusa. Obie mówią o tym samym: o przeciwstawnych siłach, które nie są jednak w walce czy kontrze do siebie, tylko się uzupełniają, a jedna bez drugiej nie może istnieć. Tak jak cień, który, by istnieć, potrzebuje słońca, tak jak zimno, które do tego, byśmy je odczuli, potrzebuje ciepła. Energia yin kojarzy nam się z energią kobiecą, a yang – z męską, i słusznie, ale tu nie chodzi tylko o podział na płcie, lecz także o cechy przyrody czy charakteru, które się z tymi energiami łączą.

Yin to odpuszczanie, poddawanie się, bierność – podczas zajęć z jogi yin głównie leżymy w określonej pozycji i przyglądamy się temu, co się w nas dzieje. Yang to z kolei działanie, wychodzenie, przejmowanie inicjatywy – w czasie jogi yang mobilizujemy i rozgrzewamy mięśnie. Yin to noc, księżyc, woda, introwersja, ale też smutek, chłód. Yang to dzień, słońce, ziemia, radość i ciepło. W życiu chodzi o to, by te dwie energie równoważyć i do obu mieć dostęp. Wiedzieć, kiedy powinniśmy działać, a kiedy odpoczywać lub zrezygnować z walki. I pamiętać, że bez działania nie docenimy odpuszczenia, a bez bierności – nie docenimy działania. I tak samo jest w jodze Yin&Yang. Przełączamy się w niej z rozluźnienia w działanie, i z powrotem. Czyli doceniamy pracę mięśniową, w której stoimy i się rozgrzewamy, jak i pracę odpuszczającą, w której leżymy i nie zastanawiamy się, czy mamy coś poprawić albo zmienić.

Ale po co iść na jogę, na której leżysz i nic nie robisz?
Nie wszystko musi nam się kojarzyć z wysiłkiem, odpuszczanie też jest pracą nad sobą i swoim ciałem. Tak w życiu, jak i w jodze osiągamy to poprzez pracę bardziej tkankową, powięziową. Nie używamy mięśni, więc ich nie blokujemy, nie są rozgrzane, a my możemy wejść głębiej – na poziom tkanek łącznych. Wtedy dochodzi do masowania organów wewnętrznych, do oczyszczenia na poziomie fizycznym, ale też mentalnym i emocjonalnym. Często obserwuję to na zajęciach – coś ustępuje i nagle pojawiają się łzy albo nowe rozwiązania problemów – właśnie dlatego, że podeszliśmy do nich w inny sposób. Zwykle myślimy, że coś zdziałamy, gdy będziemy przeć do przodu – tymczasem często coś może udać się właśnie dlatego, że nic nie zrobimy.

A czy my też jesteśmy bardziej yin abo yang?
Każdy z nas ma w sobie obie energie, ale jedna z nich jest bardziej charakterystyczna. Astrologia dzieli nawet znaki zodiaku na te bardziej yin i yang. Yin to: Byk, Rak, Panna, Skorpion, Koziorożec i Ryby. Yang: Baran, Bliźnięta, Lew, Waga, Strzelec i Wodnik. Ale też nie namawiam do określania się wyłącznie przez znak zodiaku. Lepiej poobserwować siebie – w życiu, ale i na macie. Jeśli mamy więcej energii do działania, takiej skierowanej na zewnątrz – to prawdopodobnie przeważa u nas energia męska. Jeśli jesteśmy skierowani raczej do wewnątrz, refleksyjni  – bliżej nam do energii żeńskiej. I to niekoniecznie musi się pokrywać z naszą płcią. Jeśli jesteśmy bardziej yin, przyda nam się od czasu do czasu trochę więcej energii yang – i odwrotnie.

A jeżeli pozycje odpuszczające, bardziej bierne, nas uwierają czy denerwują?
To znaczy, że mamy je częściej wykonywać, pod warunkiem że nie pojawia się ból. Trzy główne zasady praktyki Yin to: wejdź do pozycji do momentu, w którym ciało zaczyna stawiać opór; pozostań w bezruchu; wytrzymaj przez jakiś czas i obserwuj (zwykle 3–5 minut w zależności od pozycji). Na przykład ja jestem zdecydowanie yang, choć mój znak zodiaku wskazywałby na yin. Na początku miałam problemy z pozycjami yin, nie potrafiłam w nich wytrzymać bez ruchu ani odpuścić gonitwy myśli. Za każdym razem, gdy odpuszczałam, pojawiała się chęć, by jednak coś zmienić, poprawić. Mam tak też w życiu. Lubię działać, rozwiązywać problemy w sposób aktywny, próbować nowych rzeczy. Ale przecież nie można w kółko czegoś zmieniać. Dlatego joga Yin bardzo mi służy i już się z nią polubiłam. Jestem pewna, że dla wielu osób może to być bardzo ciekawe doświadczenie. W jodze Yin nie ma czegoś takiego jak doskonała pozycja, nie ma dociskania i poprawiania.

Energia yang mobilizuje ciało, ale może też tworzyć w nim blokady. Skoro mamy działać, to spinamy się, by przygotować się do tego działania.
Właśnie, a yin pomaga zobaczyć, co jest pod tym spięciem. Jakie emocje się pojawiają: irytacja, złość, a może smutek, tęsknota czy bezradność?

Nie lubimy bezradności.
Ale jeśli będziemy ciągle spięci, to nigdy się do niej nie dogrzebiemy. Oczywiście nie ma sensu zanurzać się w bezradności na długo. Kiedy rozpoznamy, skąd się bierze, będziemy mogli się jej pozbyć poprzez rozluźnienie w pozycji. I to jest właśnie działanie w niedziałaniu. To, która energia w nas dominuje, możemy nawet sprawdzić, przyglądając się swojemu ciału. Nasza prawa strona jest męska, a lewa – żeńska. Jeśli w jakiejś pozycji czujemy, że jedna ze stron jest słabsza, jest to dla nas wskazówką, że właśnie ta strona, ta energia wymaga przyjrzenia się jej.

Nie masz wrażenia, że do niedawna nasz świat był bardziej yang – goniący do przodu, aktywny, ciągle coś stwarzający? Pandemia zmusiła nas do wejścia w bycie yin: czekanie, odpuszczanie, wchodzenie w głąb siebie.
Może tak naprawdę pandemia jest początkiem ery yin, ery odpuszczania? No bo co możemy zrobić? Jesteśmy zamknięci w domach, oddzieleni od bliskich, czasem też bez pracy. Nasze plany stały się nieaktualne. Im większa irytacja się pojawia, tym bardziej trzeba sobie pozwolić na odpuszczenie.

Yin to też pierwiastek kobiecy – coraz częściej słyszymy, że wchodzimy w erę kobiet.
To zdecydowanie jest era żeńskiej energii. Kobiety przewodzą, ale to nie zawsze oznacza, że działają, czasem chodzi o przewagę kobiecego myślenia, wrażliwości czy też właśnie kobiecej energii. Yin to intuicja, yang to rozum. Wielu z nas odkrywa teraz większy dostęp do tej bardziej intuicyjnej, duchowej części siebie. Nam, kobietom, może się wydawać, że nie musimy zagłębiać się w energię kobiecą. Ale może właśnie jest ona przez nas zaniedbana, zdominowana przez nadmiar energii męskiej. Może zapominamy o odpoczynku, może nie słuchamy swojego wewnętrznego głosu?

A może nie widzimy w poddaniu się czy bierności siły?
To jest zupełnie inna siła, poddanie nie musi oznaczać przegranej. To raczej świadomość tego, kiedy trzeba się wycofać, by nie tracić energii na rzeczy niezależne od nas. A kiedy nie trwonimy energii, mamy jej więcej. Oczywiście nadmiar yin też nie jest wskazany. Kiedy zamykamy się w sobie, nie słuchamy i nie dostrzegamy innych – nie realizujemy się w pełni i nie jesteśmy w harmonii ze sobą i światem.

Nie mogę nie spytać o ważny element twoich zajęć, a mianowicie zapachy i dźwięki...
Jestem bardzo wrażliwa na zapachy, wprowadzam je na zajęcia w postaci olejków eterycznych, kadzideł, świec zapachowych. Z olejków najczęściej stosuję lawendę, eukaliptus i goździki, z kadzideł – głównie te o zapachu drzewa sandałowego. Z kolei dźwięk to już osobna historia. Jako dziecko śpiewałam w chórze i tańczyłam. Odkryłam tę pasję na nowo podczas jogi. Zajęciom, które prowadzę, zawsze towarzyszy odpowiednio dobrana muzyka, dodatkowo używam mis tybetańskich oraz dzwoneczków Koshi w tonacji odpowiadającej żywiołowi powietrza. Jego właściwości to rozwijanie kreatywności i koncentracji, rozbudzanie abstrakcyjnego myślenia. Te dzwoneczki zostały mi podarowane i dobrane do mojej osobowości, dlatego ze mną rezonują. Ale tonacje dzwoneczków przypisane są również do pozostałych żywiołów: wody –emocje, intuicja, harmonia, czułość i opiekuńczość, ziemi – stabilizacja, siła i wytrwałość, oraz ognia – miłość, energia życiowa i odwaga. Dźwięki dzwoneczków relaksują, ale mogą też poruszać różne emocje. Z kolei wibracja mis tybetańskich wchodzi głęboko w ciało, masuje, uwalnia od stresu, usuwa blokady energetyczne, wzmacnia układ odpornościowy oraz hormonalny. Każdy reaguje i przeżywa ich brzmienie inaczej – i to jest piękne. Oczywiście można prowadzić zajęcia jogi Yin bez tych dodatków. Traktuję je jako mój prezent dla uczestników.

  1. Psychologia

Dobre nawyki: nie oceniam

Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. (Fot. iStock)
Skąd takie postanowienie? Ocenianie wprawdzie oszczędza czas i daje ujście frustracji, ale czy naprawdę ułatwia życie?

Niedawno trafiła do mojego gabinetu Iza, młoda kobieta w ósmym miesiącu ciąży. Lęki i wątpliwości, typowe dla przyszłych mam, zakłócające jej błogosławiony stan, skłoniły ją do poszukania pomocy.

– Jestem złą matką – powiedziała, surowo się oceniając. –  Nie mam nawet czasu, żeby wypełnić dokumenty do płacenia wyższego ZUS-u, co zapewni mi spokój finansowy po porodzie. Nie dbam o siebie tak jak inne kobiety w ciąży.

Słuchałam jej uważnie, patrzyłam na jej niespokojne ciało: siedziała pochylona, jakby chciała ukryć brzuch, na nogach miała buty na wysokich obcasach, poprosiła o kawę, „bo jeszcze tyle ma dzisiaj do zrobienia”. Kobieta w ciąży powinna być spokojna, skoncentrowana na sobie i dziecku – oceniałam ją, na szczęście tylko w myślach. Muszę pomóc jej się wyciszyć, nauczyć nawiązywania kontaktu z dzieckiem – mój film „w głowie” rozkręcał się na dobre. W końcu ja – jako terapeuta – wiedziałam lepiej, czego potrzebuje przyszła mama. Iza, jakby czytając w moich myślach, kontynuowała swoją opowieść.

– A poza tym dziecko jest ułożone pośladkowo, a ja chcę rodzić naturalnie. Lekarz dał mu dwa tygodnie, żeby odwróciło się główką w dół.

No tak – pomyślałam – wiadomo, że poród pośladkowy jest trudniejszy i dla matki, i dla dziecka. Lekarz, ja, cały świat wiedzieliśmy lepiej, jak powinno być ułożone dziecko w brzuchu matki. A potem zrobiło mi się tak jakoś smutno.

Gra w życie

Dzisiejszy świat jest zawiły, skomplikowany i na dodatek pędzi w zawrotnym tempie. Zupełnie jak wirtualna gra, w której liczy się czas – bezlitośnie migające cyferki zegara umieszczonego w rogu monitora oceniają nasz spryt, szybkość myślenia i sprawność motoryczną (ilość skutecznych kliknięć). Dlatego wymyślono (i w grze, i w życiu) zestaw reguł, których opanowanie obiecuje nam mistrzostwo: patrz jak robią to inni, opanuj zasady i oceń swoje szanse, bo jak nie, to wypadniesz z gry.

Niedawno miałam okazję trzymać na rękach ośmiotygodniowe niemowlę. Maleńka dziewczynka z niesamowitym skupieniem obserwowała moją twarz. Kiedy uśmiechnęłam się – jej buźkę również rozjaśnił uśmiech. Gdy coś do niej powiedziałam – złożyła usteczka w dzióbek, jakby próbowała mi odpowiedzieć. Twarz jest dla niemowlęcia pierwszym, najważniejszym nauczycielem życia. Obserwując, na początku bez zrozumienia, emocje odzwierciedlające się na ludzkiej twarzy, jako niemowlęta zaczynamy istnieć w świecie. Dzięki komunikatom odczytywanym z mimiki twarzy matki, tonu jej głosu, uczymy się, co jest dobre, pożądane, co gwarantuje miłość i akceptację. Potem dochodzi porównywanie z innymi dziećmi.

Dorośli, oceniając nasze zachowanie, a także wygląd, wzrost, tuszę itp., przydzielają nam odpowiednie miejsce w ludzkim szeregu. Jesteś inteligentna, bo nauczyłaś się korzystać z nocnika szybciej niż dziecko sąsiadki. Jesteś odważna, bo nie płakałaś pierwszego dnia w przedszkolu, tak jak inne dzieci. Grzeczna, bo budzisz się w nocy rzadziej niż twój starszy brat itp. Porównywanie to pierwszy etap procesu oceniania – sprawdzanie, jak wypadasz na tle innych. Ten mechanizm będzie towarzyszył ci przez całe życie.

W poszukiwaniu winowajcy

„Przyszłam do pani, bo dwie moje najlepsze przyjaciółki też chodzą na terapię” – to częsty komunikat, który słyszę na pierwszej sesji. „Poleciła mi panią moja szefowa, a ona się zna na ludziach” – takie zdania również nie są rzadkością. „Ciekawe, czy pani sobie poradzi z moim problemem, jest pani moją trzecią terapeutką” – tego typu oceny nie wróżą dobrze terapii, bo przecież to nie ja mam sobie poradzić z kłopotem pacjentki.

Patrzę, obserwuję, uważnie słucham i… także oceniam: motywację pacjentki do terapii, jej główny problem, sposoby radzenia sobie w życiu do tej pory itp. Psychologiczna diagnoza to także ocena – dopasowanie pacjentki do „normy”. Czy na pewno jest niezbędna? Czy stwierdzenie, że człowiek, który siedzi przede mną, ma osobowość histeryczną, naprawdę pomoże (mnie czy jemu)? A obserwacja jego ciała: gestów, mimiki, napięcia – czy ułatwi mi skontaktowanie się z jego duszą?

– Na czym polega twój kłopot? – pytam i… otwieram puszkę Pandory, z której wylewa się morze ocen: „moi rodzice byli nadopiekuńczy”, „mój partner to prawdziwy narcyz”, „mój szef to despota”… Mijają kolejne sesje, stopniowo poznaję bliższe i dalsze otoczenie pacjenta. Wiem, jakich miał rodziców, dlaczego jego siostra jako nastolatka uciekła z domu itd. Tylko o nim samym, tym prawdziwym, wiem niewiele. Zdarza się, że stawiam pacjentkę przed dużym lustrem i proszę: „Popatrz na siebie tak, jakbyś widziała się po raz pierwszy. Kogo widzisz?”.

„Jestem za gruba”, „wyglądam zbyt poważnie jak na swój wiek” – coraz dalej brniemy w ocenianie. Kiedy przychodzi do mnie para, mój gabinet zamienia się w salę rozpraw. Zamiast się ze sobą komunikować, partnerzy na wyścigi wyliczają przewinienia drugiej strony, licząc, że wskażę winowajcę, wymierzę mu karę, każę się zmienić i tym samym uratuję związek.

Dlaczego tak bardzo lubimy oceniać innych?

Odsłoń lustro

Życie wśród ludzi, a jednocześnie pozostanie sobą, ze swoimi potrzebami, pragnieniami, marzeniami – to najtrudniejsze wyzwanie dla każdego z nas. Pod warunkiem że przyznajemy sobie prawo do bycia prawdziwymi. Ocenianie innych to pragnienie zasłonięcia lustra, z lęku, że ujrzysz w nim swoją prawdziwą twarz. W innych ludziach drażni cię to, czego nie akceptujesz w samej sobie, albo odwrotnie – to, czego ci brakuje. Jeśli np. oceniasz, że ktoś jest skąpy, być może to ty masz problem z dzieleniem się, albo przeciwnie – twoja hojność cię wypala.

Ocenianie, którego celem jest lepsze poznanie samej siebie, jest w porządku. Jednak najczęściej służy ono samousprawiedliwianiu. Kiedy uda mi się zauważyć ów mechanizm, staram się wykorzystywać go w terapii. Jeśli np. mówisz mi: „Mój partner jest tyranem” – pytam: ,,A co by było, gdyby on przestał cię kontrolować”. Albo gdy powiesz: „Przez jego picie musiałam rzucić pracę, zerwać relację z przyjaciółmi”, dam ci zadanie: „Wyobraź sobie, że on przestaje pić. Co wtedy robisz ze swoim życiem?”. Może okazać się, że rola ofiary, osoby kontrolowanej, to jedyna, jaką znasz. On przestaje pić, a ty nadal stoisz w miejscu, niczego nie robisz ze swoim życiem. Ocenianie pozwala odwrócić uwagę od nas samych – świata, ale także własną. Bywa doskonałym usprawiedliwieniem kłopotów, porażek, kompleksów i urazów. Dowartościowuje – kiedy stawia nas wyżej od innych. Daje zielone światło dla narzekania. Obniża trudne do wytrzymania napięcie. Nakłania innych do użalania się nad nami i pomagania. Jednak dopóki oceniasz, nie masz szans na spotkanie z samą sobą, żyjesz w iluzorycznej bajce. Narażasz się na to, że będziesz jak bohater książki napisanej przez pisarzynę bez polotu.

Dzień bez oceniania

Zafunduj sobie choć dzień bez punktowania innych i zobacz, jakie przyniesie to efekty.

1. Rano, tuż po obudzeniu wypowiedz na głos mantrę: "Wszystko, co mnie dziś spotka, będzie dla mnie dobre” i naprawdę w to uwierz. 2. Zamiast oceniać, skup się na faktach. Na przykład zamiast kręcić nosem: Ale brzydka pogoda, na pewno będę miała migrenę”, powiedz: ,,Pada śnieg. Na termometrze –10 stopni”. 3. Przyjmuj ze spokojem wszystko, co cię spotyka ze strony innych ludzi, i w myślach im za to podziękuj. 4. Kiedy obudzi się w tobie mechanizm oceniania, skoncentruj się na doznaniach w ciele: jak się ma twoja lewa stopa? 5. Patrz na bliskich i dalszych znajomych tak, jakbyś ich widziała po raz pierwszy, uważnie i z miłością. 6. W rozmowie z ludźmi unikaj stwierdzeń: „bo ty nigdy…”, „bo ty zawsze…”. 7. Poobserwuj przyrodę: świeci słońce, wieje wiatr, nadchodzi zmierzch – natura ma w nosie naszą ocenę. Ty też po prostu rób swoje. 8. Unikaj natrętnych myśli w stylu: „nie zadzwonił, choć obiecał”, „jest niesłowny albo mu na mnie nie zależy” – stop, nie wiesz, dlaczego nie zadzwonił.

  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś?
Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą?
Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić?
Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje?
Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne?
Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy?
To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje.
Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia...
...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się?
Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane?
Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności?
Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.