1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Dlaczego Facebook tak mocno uzależnia?

Dlaczego Facebook tak mocno uzależnia?

fot. iStock
fot. iStock
Facebook i inne media społecznościowe mogą mieć wpływ na twój rozwój. Zarówno pozytywny, jak i negatywny. Od czego to zależy? Od kilku kwestii. Po co tam wchodzisz? W jakich sytuacjach? Jak spędzasz tam czas i jak długo? Wreszcie: z czym, jakim uczuciem, zostajesz po wylogowaniu?

Facebook i inne media społecznościowe mogą mieć wpływ na twój rozwój. Zarówno pozytywny, jak i negatywny. Od czego to zależy? Od kilku kwestii. Po co tam wchodzisz? W jakich sytuacjach? Jak spędzasz tam czas i jak długo? Wreszcie: z czym, jakim uczuciem, zostajesz po wylogowaniu? 

O tym, że media społecznościowe mogą nas sprytnie podejść, uwieść, omamić, wyprowadzić w pole, wpuścić w maliny tudzież zwieść na manowce, wiemy nie od dziś. Tracimy czas. Energię. A co więcej – nerwy. Bo okazuje się, że ktoś, kogo uważaliśmy za przyjaciela, ma nieco dziwne poglądy, a nawet wartości (w każdym razie bardzo odstające od naszych). Bo porywa nas niepotrzebna polemika. Bo ktoś obraził się za jakiegoś brakującego lajka (może nawet ty?). Niektórzy po takich incydentach zarzekają się: nigdy więcej, po co mi to? Może nawet „wypisują się” z całej zabawy. A potem wracają – często popełniając te same błędy.

Co FOMO ma wspólnego z Facebookiem?

Kiedy zasiadłam do pisania tego tekstu, pojawiło się porównanie. Myśl, że Facebook przypomina pod pewnymi względami umysł. Świetne narzędzie – ileż tam gigabajtów, połączeń, ileż możliwości. Brać, przebierać, używać i cieszyć się! A tymczasem nierzadko cierpimy. Nie, nie przesadzam. Na pewno nieraz dałaś się wciągnąć umysłowi – w jego historie, konfabulacje, żale, spory, obrazy, ostrzeżenia, lęki, przewidywania, analizy, osądy i lamenty – i wiesz, dokąd to prowadzi. Czy nie podobną władzę daliśmy mediom społecznościowym? Pozwalamy, by nami manipulowały, narzucały swoją wizję świata, prowadziły w miejsca, które niekoniecznie były na naszej mapie marzeń... By systemowe emotikony modelowały nasz wyraz twarzy i nasze samopoczucie. Wchodzisz i wsiąkasz. Dowiedziałaś się czegoś o kimś (albo o świecie) i już masz powód do zmartwień. Bo to niesprawiedliwe, tak nie powinno być! Albo oglądasz czyjeś zdjęcia i uruchamia się jakaś tęsknota, pragnienie... I znów trafiasz do miejsca, które niewiele ma wspólnego z prawdziwym życiem. Do własnej głowy.

Kiedy amerykańska psycholożka Suzana E. Flores zaczęła odnotowywać kolejne przypadki pacjentów, którzy zgłaszali się z załamaniem nerwowym, związanym w jakimś stopniu z Facebookiem, postanowiła zgłębić temat. Trafiła na ludzi cierpiących na FOMO – fear of missing out, czyli lęk, że coś ich ominie (kiedy się wylogują). Takich, którzy wdali się z powodu mediów społecznościowych w poważne spory (robić czy nie selfie w chwili zawarcia ślubu?). Których tajemnice zostały ujawnione na czyjejś tablicy. Albo zaręczyny zerwane poprzez nieoczekiwaną zmianę statusu związku. Na tych nękanych w sieci przez byłych partnerów. Zwolnionych z pracy przez „zaprzyjaźnionych” szefów. Wreszcie na takich, co to po prostu przeżywają odrzucenie, kiedy ich post zostanie zignorowany (niedostatecznie zalajkowany). Albo wpadają we frustrację, kiedy zapominają zameldować się na siłowni...

Zakładamy, że to nie o tobie. Że nie dałaś się sfejsować. Nie zamierzamy cię straszyć. Facebook jest narzędziem – od ciebie zależy, jak go użyjesz. Czy pozwolisz, by twoje poczucie wartości było definiowane poprzez reakcje innych na twoje posty i zdjęcia (bądź ich brak). Jak chcesz budować swoją tożsamość, do jakiego stopnia dzielić sobą. I czego oczekiwać w zamian.

Czy Facebook pomaga wyrazić siebie...?

Przeglądając posty na Facebooku, często nie posiadam się ze zdumienia. Co na przykład powoduje ludźmi, którzy dzielą się swoim codziennym menu – fotografują posiłki czy opisują je (gdyby chociaż podawali przepis, miałoby to jakąś wartość praktyczną). Dlaczego ktoś chce, żeby zaglądać mu w talerz? Że je? Że je zdrowo? Oryginalnie? Ma talent kulinarny? Szuka zatrudnienia w branży? Chce się dostać do reality show na zadany temat? Inny przykład: kobieta pisze, jak to wszyscy pędzą, a ona przysiadła na ławce, choć chłodno, i się resetuje. Że jest taka wyjątkowa? Uduchowiona? Wrażliwa? Odporna na powszechne zabieganie? Chce nawrócić tych frenetycznych? A nie może po prostu zostać na tej ławce i cieszyć się chwilą, kontynuować reset z dłońmi w rękawiczkach? Zdumiewające jest to parcie na obwieszczanie światu swoich mikroruchów i głęboka blokada, kiedy trzeba stanąć twarzą w twarz i zakomunikować coś naprawdę ważnego. Może czasem, przed opublikowaniem kolejnego posta, warto zadać sobie pytanie: Dlaczego zamierzam to powiedzieć? Co stoi za tą potrzebą? Jak chcę siebie zaprezentować? Co chciałabym, żeby myśleli o mnie inni? A jak jest naprawdę? Co ja myślę na swój temat? I co z tym zamierzam zrobić?

Każdy z nas ma potrzebę wyrażania siebie. Ale też podglądania innych. Facebook zaspokaja obie. I – siłą rzeczy – prowadzi nas w stronę porównań. A więc też do frustracji. Porównujemy się i wychodzimy na gorszych. Bo jeszcze nie byliśmy na Sri Lance, nie dorobiliśmy się domu na Ibizie, mamy parę zmarszczek więcej niż koleżanka z klasy i nigdy nie jedliśmy tego dziwnego dania na „p” (a może to było „s”?). Zapominamy, że – tak jak my sięgamy po retusz – mogą się też do niego odwołać inni. Że po zjedzeniu najlepszego posiłku zostają brudne talerze, w ciepłych krajach też padają deszcze, a najlepszy makijaż czasem się rozmaże.

Nie ulega wątpliwości: za sprawą mediów społecznościowych nasze życie jest łatwiejsze i przyjemniejsze. Internetowe relacje dostarczają nam rozrywki i cennych informacji. Jest tu miejsce na żarty, wymianę różnych dóbr i rad. Możesz oderwać się od presji i obciążeń. Poczuć się częścią czegoś większego. A nawet zostać „wysłuchaną”. Dostać zrozumienie, akceptację i wsparcie. Kopa do działania. Również – co nie jest bez znaczenia – pomóc innym. Mija 50 lat od chwili, kiedy amerykański psycholog społeczny, Stanley Milgram, przeprowadził słynny eksperyment, po którym ogłosił, że od każdej osoby na świecie dzieli nas zaledwie sześć kroków (jeśli uruchomisz swoje kontakty, to poprzez znajomych znajomych dotrzesz do każdego!). Dziś wystarczy czasem jeden krok. Wchodzisz na czyjąś stronę na FB i – kto wie – może ci odpowie? Masz dostęp do całego świata: pytasz, ogłaszasz, sondujesz. Możesz skrzykiwać się z innymi w słusznej sprawie, przyłączać do różnych akcji. Promować i propagować. Zapraszać i wypraszać sobie. Dla introwertyków to prawdziwy poligon doświadczalny – mogą tu rozwijać umiejętność bezpiecznego nawiązywania relacji.

Czasem Facebook pomaga mi zrozumieć, co w trawie piszczy. Może nie tylko ja mam nagły spadek nastroju? Może rozgrywa się coś na szerszym planie? Na przykład jakiś tranzyt astrologiczny. Zwykle znajdzie się ktoś, kto trzyma rękę na pulsie... Przyznaję, że o wielu metodach rozwoju czy wydarzeniach, opisanych na łamach SENSu, dowiedziałam się z Facebooka. Choćby o warsztatach „Karmienie swoich demonów” z lamą Tsultrim Allione (ta technika na długo zagościła w moim życiu). Wiele artykułów, filmów, książek, polecanych przez znajomych, okazało się cenną inspiracją. Czerpię z opowieści, doświadczeń, wdzięczna jestem za niektóre ostrzeżenia. I od czasu do czasu zadaję sobie pytanie: Dlaczego tak zareagowałam? Na co dałam się złapać? A robiąc krok wstecz: Co było wyzwalaczem, który odpalił impuls, by znów tam zajrzeć? Nuda? Poczucie izolacji? Wspomniane wyżej FOMO? Pod tym względem Facebook jest jak bardzo czuły emocjonograf.

Czego mogą nauczyć nas media społecznościowe?

Przez jakiś czas spotykałam się regularnie z przyjaciółką zaangażowaną w samorozwój. Opowiadałyśmy sobie o tym, co nas spotkało i co nam to robi, rozmontowywałyśmy wzorce, jakie się za tym kryły. Taka dwuosobowa grupa wsparcia. Pamiętam, że jednym z tematów takiej „sesji” było bycie widoczną. Moja przyjaciółka założyła właśnie konto na Facebooku i mierzyła się z lękami dotyczącymi ochrony prywatności. Był tam strach przed oceną i przed utratą kontroli. Przed tym, że być może trzeba będzie coś oprotestować, powiedzieć stanowcze „nie”. Potem doszły kolejne wątki: Co zrobić, kiedy ktoś z fejsbukowych znajomych ujawnia agresję albo jakąś fobię? Jak radzić sobie z gniewem, który się wtedy pojawia? Z nietolerancją na nietolerancję?

Media społecznościowe to świetne ćwiczenie na asertywność. Na testowanie tego, jak blisko chcesz być z innymi. Co powiesz im, kiedy – według twoich kryteriów – się zapędzą? A może będziesz przymykać oko, a potem nagle usuniesz z grona znajomych bez słowa wyjaśnienia? Czy nie tak właśnie postępujesz „w życiu”?

Możesz też zapobiegać. Działać, gdy pojawiają się niepokojące sygnały. Dbać o swoją prywatność. Zmienić ustawienia (swoją drogą: kiedy ostatnio do nich zaglądałaś?). Pogrupować znajomych. Decydować o tym, kto ile zobaczy. Zrezygnować z subskrypcji niektórych stron. Wyszukać takie, które zawierają wartościowe, inspirujące treści. Takie, które pomogą ci poszerzyć wiedzę na interesujące tematy, dodadzą energii, wywołają uśmiech. Co powiesz na podnoszące na duchu cytaty? Ich czytanie zajmie chwilę, a korzyść może być duża.

Jak nie wpaść w pułapkę uzależnienia?

Mam wrażenie, że przy korzystaniu z Facebooka kluczowe są trzy rzeczy. Po pierwsze: zadbać o bezpieczeństwo, prywatność. Po drugie: o limit czasu. Wreszcie: o nasz wizerunek i związane z nim poczucie wartości. Na szczęście w każdej z tych spraw wciąż masz wiele do powiedzenia. To ty wybierasz, co pojawia się na twoim profilu i w śledzonych aktualizacjach. Jeśli któryś ze znajomych przynudza, uprawia propagandę czy „spamuje”, możesz po prostu (zmiana ustawień!) przestać go obserwować. Jeśli obraża, jest agresywny – może pora go pożegnać?

Jest jeszcze kwestia wyobraźni i zdrowego rozsądku. Czy na pewno chcesz być w bliskim kontakcie „fejsowym” z szefem i kolegami z pracy? Czy na pewno warto informować wszystkich, że zaczęłaś nową relację (do tego podając personalia wybranka)? Czy rzeczywiście musisz meldować się w jakimś miejscu, podczas gdy twoje mieszkanie pozostaje bez opieki? Wreszcie: czy swoimi działaniami w sieci nie działasz na czyjąś szkodę? Chronisz własność autorską? Pytasz znajomych, którzy są na wspólnych zdjęciach, co sądzą na temat ich upublicznienia? Niektórzy uważają, że to przesadna ostrożność. Że mają prawo szafować czyimś wizerunkiem, wykorzystywać go do promocji – klubu, warsztatów... Nie! Są na to stosowne regulacje. Dbaj o prawa swoje i cudze. Pomocne jest zablokowanie innym możliwości tagowania, a w pewnych sytuacjach stanowczość.

Co do czasu, możesz wyrobić w sobie nawyk wylogowywania się po każdej wizycie na portalu. Usunąć stosowne zakładki z paska menu, żeby ograniczyć dostęp. Zrezygnować z powiadomień w komórce. Wyłączać komputer i telefon przed pójściem spać (a najlepiej godzinę wcześniej). Odstawiać urządzenia mobilne na czas spotkań, posiłków, kąpieli. Ćwiczyć obecność, chłonąć życie wszystkimi zmysłami. Dawać osobie, z którą spędzasz czas, niepodzielną uwagę (i oczekiwać tego samego). Doktor Flores sugeruje też, żebyś – jeśli skomplementowałaś kogoś na Facebooku – postarała się powiedzieć komuś coś miłego poza siecią. Tego samego dnia. Ważne, żeby zachować zdrowe proporcje między tymi równoległymi światami.

I jeszcze trochę o poczuciu wartości. Jeśli pieczołowicie retuszujesz swoje zdjęcia czy próbujesz podrasować szczegóły z życia, wciąż szukasz w Internecie poklasku albo pocieszenia, a na najmniejszą krytykę reagujesz obrazą i lękiem – pora na chwilę refleksji. Prawdopodobnie znasz pojęcie zewnątrz sterowności – czy na pewno chcesz, żeby inni pociągali za twoje sznurki? Nawet, gdyby to miały być zachwyty, podziwy i tzw. podbijanie bębenka? Przecież sama wiesz, na co cię stać i jak wykorzystujesz ten potencjał. Sama też możesz siebie pochwalić. Swoją drogą: zwróć uwagę, jak piszesz o sobie w postach. Czy nie jest to prześmiewcze, lekceważące, umniejszające. Czy nie wzmacniasz w sobie tożsamości ofiary albo nieudacznika. Być może nawet w chwilach sukcesu zamiast „zrobiłam to!” dominuje u ciebie niepewne „udało mi się”. OK, masz w ten sposób szansę wyjść na szczęściarę. Ale czy naprawdę o to ci chodzi

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Asertywność to dużo więcej niż mówienie „nie”

Asertywność to coś więcej niż mówienie „nie”, gdy czegoś nie akceptujesz, to także mówienie „tak”, kiedy masz na coś ochotę, oraz wiedza o tym, jak te dwie rzeczy odróżnić. (Fot. iStock)
Asertywność to coś więcej niż mówienie „nie”, gdy czegoś nie akceptujesz, to także mówienie „tak”, kiedy masz na coś ochotę, oraz wiedza o tym, jak te dwie rzeczy odróżnić. (Fot. iStock)
Znów zrobiłaś coś z poczucia winy, lęku albo dla świętego spokoju? Nie obwiniaj się! Masz dość? To ważny sygnał. Odzywa się w tobie siła. Do zmiany!

Znasz to uczucie, kiedy starasz się ze wszystkich sił, ale okazuje się, że to za mało? Tak jakbyś usiłowała się przykryć zbyt krótkim kocem – i tak jakaś część ciała zawsze spod niego wystaje. Każdy czegoś od ciebie chce, a ty niczym mistrzyni pięcioboju usiłujesz wykazać się w każdej z narzuconych dyscyplin: odwożeniu dzieci do szkoły, braniu zastępstwa za koleżankę w pracy, gotowaniu dwudaniowego obiadu dla całej rodziny, ratowaniu małżeństwa swojej siostry czy – czemu nie – kupowaniu prezentu dla nielubianej teściowej. I choć czujesz, że to cię przerasta, męczy, a nawet irytuje, godzisz się na kolejne ustępstwa w imię… no właśnie, czego? Szczytnej idei niesienia pomocy? Miłości? A może dla świętego spokoju? Z obawy, że w przeciwnym razie ktoś się obrazi? Zwykle i tak ktoś się obraża. Zamiast: „dziękuję”, mówi, że on zrobiłby to inaczej, narzeka, że nie tak, za późno, za drogo… Wtedy płaczesz. Albo się wściekasz, często na siebie. Obiecujesz sobie, że nigdy więcej, że teraz będziesz mądrzejsza. Do kolejnego razu, kiedy znów dasz się „wkręcić”, znowu się zawahasz: „No dobrze, może jak będę miała chwilę” albo nie powiesz nic i zgodzisz się na coś, na co wcale nie miałaś ochoty.

A może tak jak ja, masz problem z tym, żeby w restauracji zwrócić danie, które ci nie smakuje, albo – jak moja znajoma – nie umiesz odmówić mamie niedzielnego obiadu, mimo że masz już inne plany? Boisz się poprosić szefa o podwyżkę? Nie umiesz zwrócić uwagi niegrzecznej urzędniczce? Ludzie wchodzą ci na głowę, a ty nie potrafisz powiedzieć: „stop”.

Każdy ma swoją piętę achillesową, czuły punkt, który – odpowiednio „naciśnięty” przez innych – oddaje im nad nami władzę. Przyczyna, która uruchamia cały ten mechanizm, jest jedna – brak asertywności.

To wszystko te uczucia

Agnieszka Wróbel, pedagog i psychoterapeutka, w książce „Asertywność na co dzień” przyznaje, że większość z nas WIE, ale NIE CZUJE, że ma prawo do odmowy, do własnego zdania, do obrony swoich granic, do sięgania po to, czego chcemy. Jednym zdaniem, trudno nam połączyć wiedzę teoretyczną z przeżywaniem emocjonalnym. Kiedy brak nam asertywności, miotamy się pomiędzy uległością a agresją. Dusimy w sobie złość i własne potrzeby albo przekraczamy granice – swoje i innych. A przecież znaczenie słów „chcę”, „potrzebuję”, „nie” – jest jasne już dla trzylatka. Jak to się dzieje, że wyrasta na 30-latka, który nie potrafi odróżnić własnych potrzeb od oczekiwań innych?

Jak twierdzą psychologowie, wszystko zależy od tego, czy rozmaite lęki, które odczuwamy od najwcześniejszego dzieciństwa, zostają ukojone, czy nasze potrzeby – nie tylko fizjologiczne, ale też psychiczne i emocjonalne, zostają zaspokojone. Jeśli w którymś z tych punktów rodzice czy otoczenie zawodzą – musimy radzić sobie sami. Wtedy mamy dwa wyjścia: dostosować się do wymagań innych albo wymóc na nich spełnienie naszych potrzeb. Wzorce zachowań, które okazują się najskuteczniejsze, przenosimy do dorosłego życia. Instynktownie wyczuwamy, co powinniśmy zrobić, by zostały zaspokojone nasze najważniejsze potrzeby: bezpieczeństwa, akceptacji, przynależności, uznania, miłości. Najczęściej wiąże się to z tłumieniem własnych emocji, zwłaszcza tych uważanych za trudne, jak złość, smutek, strach, żal, rozgoryczenie, wstyd.

To, co zostaje zasiane w dzieciństwie, przynosi plon w dorosłym życiu. Także role, jakie pełnimy w rodzinnym domu, albo przekonania, które z niego wynosimy. Jeśli byłaś najstarszą siostrą, która opiekuje się pozostałym rodzeństwem, a do tego prymuską w szkole – mogłaś nieświadomie wcielić się w rolę Rodzinnego Bohatera. Nie umiesz bronić swoich granic, bo od małego byłaś nauczona, że tobie nie wolno mieć chwil słabości. Bierzesz na siebie kolejne zobowiązania, usilnie wierząc, że jesteś w stanie mieć wszystko pod kontrolą.

Są jeszcze rodzinne skrypty, czyli nieświadome przekazy, wdrukowywane nam przez rodziców i otoczenie. To one decydują o tym, czy w życiu gramy rolę przegranych czy wygranych. Jeśli od małego słyszysz: „Widocznie na to zasłużyłaś”, nie będziesz miała odwagi, by wystawić walizki za drzwi partnerowi, który nie okazuje ci szacunku. Albo ten pokutujący w naszym życiu slogan, by siedzieć w kącie, aż cię znajdą – czy nie blokuje przed sięganiem po to, czego chcemy?

Źle rozumiana uprzejmość

„Nie potrzebujesz tego” – to słowa, które pisarka Regina Brett nosiła w sobie długo. Wychowała się jako jedno z jedenaściorga dzieci w skromnie żyjącej rodzinie w Ohio. Niezbyt dobrze wspomina swoją edukację w szkole u zakonnic. Studia skończyła dopiero jako 30-latka, w wieku 21 lat została samotną matką. Jak wspomina, ilekroć jako dziewczynka mówiła rodzicom, że chciałaby coś dostać, ojciec kwitował to właśnie w ten sposób: „Nie potrzebujesz tego”. Po jakimś czasie przestała prosić. Gdy los się do niej uśmiechnął i tuż przed czterdziestką spotkała mężczyznę swoich marzeń, zachorowała na raka. Walczyła z chorobą przez rok. Nie dość, że pokonała nowotwór, to jeszcze na szpitalnym łóżku spisała swoje doświadczenia i zamieniła je w cykl 50 lekcji. Zanim ukazały się drukiem, ludzie przesyłali je sobie e-mailami, umieszczali na blogach i przyklejali do drzwi lodówek. Regina stała się bohaterką wielu kobiet, mimo że nadal miewa problemy z tym, by mówić o swoich potrzebach i prosić o coś innych.

– Opowiem wam, jaka jestem żałosna. Kiedy sąsiad z tyłu kopie mój fotel w samolocie, nie jestem w stanie go poprosić, żeby przestał – zwierza się w jednym ze swoich felietonów. – Kiedy siedzący za mną w kinie ludzie gadają, nie potrafię kazać im się zamknąć. Zamiast tego wstaję i zmieniam miejsce. Wolę być głodna, niż poprosić stewardesę o wegetariański posiłek.

Dlaczego jest takim tchórzem? Ze wstydu – nie chce pokazać innym, że czegoś nie wie albo czegoś potrzebuje. Z dumy i lęku – przed usłyszeniem „nie”. Wreszcie z poczucia winy – bo nie chce sprawiać nikomu kłopotu. – Nasza uprzejmość nas paraliżuje – mówi Regina. Jesteśmy miłe, więc nie domagamy się swojego, nie wyznaczamy innym granic, zadowalamy się tym, co dostajemy. I zaciskamy zęby, żeby nie wybuchnąć.

– Kiedy poczułam się najgorzej? Wtedy gdy moja sześcioletnia wówczas córka zabrała do sklepu garść monet na cukierki. Stałam w kolejce do kasy, a Gabrielle ułożyła swój stosik drobnych na taśmie. Kiedy przesunęłyśmy się bliżej, zobaczyłam, jak jakaś dziewczynka wyciąga rękę i zagarnia monety mojej córki. Patrzyłam jej prosto w oczy. Nie miałam w sobie dość siły, by ją powstrzymać. Właśnie ukradła pieniądze mojej córki, a ja nie umiałam nawet zapytać, co wyprawia, ani zażądać ich zwrotu – opowiada.

Wzorem asertywności jest dla Reginy jej mąż. Jego zdaniem strach jest uzasadniony tylko wtedy, gdy człowiek musi wyskoczyć z samolotu albo nurkować w pobliżu rekinów. W innych wypadkach – nie. Po wielu latach Regina zaryzykowała: poprosiła szefa o podwyżkę. Nie miała odwagi, żeby zrobić to osobiście, spisała więc w e-mailu wszystkie powody, dla których – jej zdaniem – na nią zasługuje. Uznała, że jeśli nie prosi o coś ze strachu przed czyjąś odmową, to tak naprawdę sama jej sobie udziela. Szef zgodził się z jej argumentami, co więcej, podniósł jej pensję o taką kwotę, o jakiej myślała.

Kop do zmiany

Z lęku, wstydu, poczucia winy, grzeczności, głodu miłości – rzeczy, które robimy z któregokolwiek z tych powodów, nie dadzą nam spełnienia. Jedynie chwilowy spokój i przelotne poczucie akceptacji, ale potem lęk czy poczucie krzywdy wrócą ze wzmożoną siłą.

Punkt zwrotny, moment, w którym przelewa się czara goryczy, to tak naprawdę piękna chwila. Iskrą zapalną może być czyjaś opinia – kiedy słyszysz, jak koleżanka z pracy mówi drugiej: „Daj to Ani, ona zawsze ma czas”, wyrzut bliskiej osoby – gdy po spotkaniu z dyrektorem szkoły syn pyta: „Dlaczego nie stanęłaś w mojej obronie?!”, czy po prostu nagła refleksja: „Dość”, gdy pół godziny czekasz w restauracji na przyjaciół. W efekcie znajdujesz siłę i determinację, by powiedzieć: „stop”. Mówisz mamie: „Dziś nie będę mogła”, wychodzisz ze spotkania, które cię nudzi, ekspedientce, która cię lekceważy, rzucasz: „Chciałabym porozmawiać z pani przełożonym”. Brawo! Przed tobą szansa na to, by żyć życiem, jakiego zawsze chciałaś. Może ktoś się obrazi, wykluczy cię z grupy, zostaniesz nazwana „egoistką”… Może rzeczywiście coś stracisz, ale też coś dostaniesz. Poczucie własnej wartości oraz umiejętność wyrażania uczuć i potrzeb. Wiedzę o sobie – o tym, co jest dla ciebie absolutnie nie do przyjęcia, a co cieszy i daje satysfakcję.

Bo asertywność to coś więcej niż mówienie „nie”, gdy czegoś nie akceptujesz, to także mówienie „tak”, kiedy masz na coś ochotę, oraz wiedza o tym, jak te dwie rzeczy odróżnić. Wtedy staniesz się ważna najpierw dla siebie, a dopiero potem dla innych.

  1. Zdrowie

Jem to, co chcę. O asertywności przy stole

Przy świątecznym stole słyszysz: „Spróbuj, jakie to pyszne! Po co ta zdrowa dieta, przecież wyglądasz dobrze!”. Ulegasz, a po powrocie do domu obwiniasz... siebie. (Fot. iStock)
Przy świątecznym stole słyszysz: „Spróbuj, jakie to pyszne! Po co ta zdrowa dieta, przecież wyglądasz dobrze!”. Ulegasz, a po powrocie do domu obwiniasz... siebie. (Fot. iStock)
„Od dzisiaj nie jem słodyczy i pustych węglowodanów!”. Jasne, skąd my to znamy…? Wystarczy, że pójdziemy na rodzinny obiad, żeby zaczęło się pod przysłowiową górkę.

Zasiadasz z bliskimi, zwykle pełna pozytywnego nastawienia, przy wspólnym biesiadnym stole, by z miejsca usłyszeć: „Jak to, tego nie zjesz? Spróbuj tylko jakie to pyszne! Ale po co w ogóle ta zdrowa dieta, przecież wyglądasz dobrze! Cały dzień dla Ciebie gotowałam, specjalnie dla Ciebie!”. Udręczona wpędzającym w poczucie winy nagabywaniem, w końcu ulegasz namowom: koleżanki, babci, mamy, partnera, to bez znaczenia. Ważne, że zjadasz – i to nie jeden, lecz parę kawałków. A po powrocie do domu czujesz, że znowu nie stanęłaś na wysokości zadania! Obwiniasz więc siebie, bo ktoś Cię namówił, bo jesteś zła i nic dobrego Ci się w życiu nie może przydarzyć itd. Czy takie sytuacje są Ci bliskie?

Nie dziw się swoim dotychczasowym porażkom, bo powiedzieć „nie” jest możliwe dopiero wtedy, gdy nauczysz się wsłuchiwać w siebie i swój organizm.
Z reguły wiemy, które potrawy i w jakiej ilości nam służą, po czym czujemy się pełni energii, a po czym leniwi i ospali. Bez problemu potrafimy również  określić jakie potrawy sprawiają nam przyjemność. Zdrowe jedzenie to po prostu takie,  po którym nie wzdyma się brzuch, a stolec ma odpowiednią konsystencję. Twoje własne ciało jest tak inteligentne, że wie wszystko. To czy działasz w zgodzie ze sobą, czy też przeciwko sobie jest zawsze Twoją suwerenną decyzją. Zapamiętaj to, bo wiedza ta stanowić będzie dla Ciebie podstawę do podejmowania kolejnych  decyzji związanych z jedzeniem i tzw. zdrowym odżywianiem.

 „Jestem tym, co jem”

Wiedza o sobie jest podstawą wszystkich zmian, które wprowadzamy w procesie zdrowego odżywiania. Inaczej: jeśli chcę jeść to, co lubię, a wiem, że to mi szkodzi, to pozostaje mi podjęcie decyzji  i wzięcie na siebie całej odpowiedzialności z nią związanej. Idąc dalej, jeśli zacznę rozwijać swoją samokontrolę dotyczącą jedzenia oraz będę pełna entuzjazmu i pasji, by zdrowo się odżywiać,  to jestem na dobrej drodze, by wziąć odpowiedzialność za to, co jem.

Trudne? Niekoniecznie. Miałam w diet coachingu kobietę ze sporą nadwagą, dla której jednym z celów było przestać jeść słodycze (miała trudność w odmawianiu sobie tej jedynej, małej przyjemności). Dodam, że była to osoba bardzo zdecydowana na wprowadzenie radykalnych zmian, która przeszła już kilka porad dietetycznych, stosowała wiele różnych diet, i która cierpiała na efekt jo-jo. Solidnie pracowała nad tym, by być i żyć w zgodzie z sobą - spotykała się z diet coachem przez pięć miesięcy.

Obserwowała m.in. kiedy może odpowiedzieć „nie” a kiedy według niej i z jakich powodów jest to niemożliwe. To nie koleżanka ją namówiła, to nie rodzina nalegała, to nie babcia prosiła, lecz ona postanawiała, że będzie lub nie będzie jadła kolejnego ciastka. Swoje postanowienie oparła o wiedzę dotyczącą wpływu cukru na organizm, którą jej przekazałam oraz na wynikach działań związanym z obserwacją siebie.

Obecnie to ona wybiera, postanawia i decyduje - nie tylko o swoim jadłospisie, ale o całym swoim życiu. Trzyma je w swoich rękach i jak sama mówi czuje się z tym wspaniale. Dlatego zapraszam Cię do obserwowania reakcji swojego ciała na jedzenie, do ćwiczenia uważności oraz do pamiętania o zbawiennym wpływie aktywności fizycznej. Uważne obserwowanie siebie i swoich nowych nawyków pozwoli Ci stawić czoło wewnętrznym demonom związanym z jedzeniem.

  1. Seks

Jak powinna wyglądać tzw. wyrażona zgoda na seks?

Zdrowa aktywność seksualna w parze to taka, w której obie strony naprawdę godzą się na to, jak ona wygląda. I nie ma tu miejsca na domniemania i swobodną interpretację. (Fot. iStock)
Zdrowa aktywność seksualna w parze to taka, w której obie strony naprawdę godzą się na to, jak ona wygląda. I nie ma tu miejsca na domniemania i swobodną interpretację. (Fot. iStock)
Zdrowa aktywność seksualna w parze to taka, w której obie strony naprawdę godzą się  na to, jak ona wygląda. I nie ma tu miejsca na domniemania i swobodną interpretację. Na czym polega wyrażona zgoda i dlaczego mowa ciała nie musi oznaczać świadomego „tak” – wyjaśnia seksuolog Dominik Haak.

Dwa lata temu Szwecja wprowadziła prawo, według którego seks może odbywać się wyłącznie po wyrażeniu obopólnej, wyraźnej zgody. Dlaczego to takie ważne?
Model szwedzki jest po prostu zgodny z tym, jak we współczesnej seksuologii pojmujemy zdrową aktywność seksualną. Rozgrywa się ona tylko i wyłącznie pomiędzy osobami, które świadomie zgadzają się na dany rodzaj aktywności. Jeżeli więc którakolwiek z osób biorących udział w seksie nie ma na niego ochoty albo nie może z różnych względów wyrazić na niego zgody, nie da się powiedzieć, że ta aktywność jest normatywna w sensie seksualnym.

W świecie zachodnim mamy prawie obsesję na punkcie konieczności przegadania wszystkiego, techniki wschodnie, choćby tantra, stawiają bardziej na „rozmowę ciał”. Czy naprawdę mowa ciała nie wystarczy?
Sama mowa ciała o niczym nie świadczy. Choćby dlatego, że pobudzenie przez dotyk powoduje u człowieka podniecenie. Erekcja penisa albo nawilżenie pochwy są wtedy reakcją biologiczną, niezależną od tego, czy naprawdę mamy ochotę na seks. Dlatego świadoma zgoda, czyli po angielsku consent, to kwestia priorytetowa, jeśli seks ma być przyjemnością dla obu stron.

Jak więc sprawić, by pytanie o zgodę i jej wyrażanie nie odzierało całej tej sytuacji z romantyzmu i pożądania?
Przychodzą mi do głowy stare, czarno-białe filmy, w których dżentelmen pyta damę, czy może ją pocałować, na co ona odpowiada, że tak, ale w policzek. Współczesnym odbiorcom wydaje się to romantyczne i urocze – dlaczego więc nie przenieść tego na inne sytuacje? To nic wstydliwego pytać drugą osobę, czy mogę cię wziąć za rękę, czy mogę cię chwycić pod ramię i odprowadzić do domu.

A co w takim razie z pytaniami o seks?
W seksie należy zapytać się o wszystko! Uważam, że bardzo dobrym wzorcem może być ten wypracowany przez osoby, które uprawiają seks BDSM, czyli związany z dominacją, uległością i zadawaniem oraz przyjmowaniem bólu. Dzięki temu, że decydują się na wprowadzenie do swojego życia seksualnego odrobiny przemocy, mają świetnie wypracowany mechanizm świadomej zgody. Umawiają się na przykład na tzw. czerwone alarmy. Jeżeli jakaś aktywność przestaje odpowiadać jednej ze stron, staje się za mocna, wypowiada ona wcześniej ustalone słowo i seks jest przerywany. Myślę, że warto przejąć od nich tę zasadę.

Model wyrażonej zgody jest niestety wykpiwany przez wielu mężczyzn… Jak to zmienić?
Przede wszystkim powinniśmy zacząć od zmiany kultury seksualnej w naszym kraju. Dominuje w niej patriarchalne podejście, w którym to mężczyzna jest zdobywcą, zaś kobieta mu ulega. Często wręcz używa się określenia „ona mu się oddała”, zupełnie jakby seks był próbą sił uległości i dominacji. Jest to również związane z kulturą gwałtu, w której często obwinia się ofiarę o to, że została zgwałcona. Potrafię więc zrozumieć, że w takich okolicznościach u wielu osób, głównie mężczyzn, może pojawić się bunt wobec haseł świadomej lub entuzjastycznej zgody.

Jak więc uświadamiać panów, że model władczego mężczyzny i uległej kobiety to anachronizm, który działa też na ich szkodę, bo redukuje ich umysłowość i potrzeby do instynktów biologicznych?
Najważniejsze jest to, że ich partnerka będzie czuła, że jest szanowana i uważana przez mężczyznę za pełnoprawną uczestniczkę seksu. Że to dwie osoby uprawiają seks, a nie mężczyzna używa kobiety, by się zaspokoić. Myślę, że dla coraz większej grupy kobiet to jest bardzo ważne. Proszę zwrócić uwagę, jak się teraz zmienia świat popkultury. Jak wiele jest piosenek, w których to kobiety śpiewają czy rapują o tym, że mają potrzeby seksualne. Od razu przychodzi mi do głowy piosenka „WAP” wykonywana przez Cardi B.

Wzbudziła wielkie oburzenie, bo amerykańska artystka rapuje w niej o tym, co chciałaby robić z mężczyznami. Tymczasem gdy mężczyźni rapują o tym, co chcieliby robić z kobietami, nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Nie da się jednak ukryć, że obecnie kobiety odzyskują swoją seksualność, że mają na seks ochotę. To oznacza nic innego jak to, że są one równoprawnymi uczestniczkami życia seksualnego.

Jakie korzyści przynosi taka zgoda dla mężczyzn?
Może choćby otworzyć na to, by rozmawiać w związku o wzajemnych potrzebach. Wielu mężczyznom wydaje się, że są świetnymi kochankami, a ich partnerki mają orgazmy, mimo że prawda jest zupełnie inna. Gdy dowiedzą się, czego potrzebują ich partnerki, będzie to również korzyść dla nich. Dzięki temu ich relacja stanie się bardziej autentyczna i satysfakcjonująca. Poza tym większość z nas zapomina, że mężczyźni też mogą nie mieć ochoty na seks. Wprowadzając zasadę świadomej zgody do związku, sprawiamy, że staje się on bezpieczny i bezprzemocowy dla obydwu osób.

Jak w takim razie osoba mniej świadoma swoich potrzeb może odczytywać sygnały, że ma ochotę na seks lub nie?
Tak jak powiedziałem – nawet jeśli czujemy podniecenie, nie oznacza to, że mamy ochotę tu i teraz uprawiać seks z daną osobą. Bardzo ważne jest więc, by zadać sobie parę pytań. Czy mnie to kręci, czy nie będzie bolało, czy wiem coś o statusie serologicznym drugiej osoby (chodzi o choroby zakaźne – przyp. red.), a jeśli nie, to czy mam przy sobie prezerwatywę, czy nie zajdę w ciążę? Istotne są również pytania dotyczące gotowości na seks. Co się stanie, jeżeli dojdzie do seksu, a ja zaangażuję się emocjonalnie? Albo jeśli to ta druga osoba się zaangażuje? Czy jestem w stanie ponieść wszystkie konsekwencje związane z tym, że dojdzie do seksu? Taką listę pytań możemy przygotować sobie zawczasu. Warto pamiętać, że choć żyjemy w czasach, które mocno przewartościowują się światopoglądowo, nie oznacza to, że nie ma wśród nas osób konserwatywnych. Te osoby również mają prawo, by zdecydować, że coś jest niezgodne z ich systemem moralnym. I oczywiście próby perswazji w łóżku ze strony partnera nie powinny mieć w takiej sytuacji absolutnie miejsca.

Co powinna zawierać odmowa, by druga osoba nie poczuła się odrzucona?
Poczucie odrzucenia może wynikać z tego, że bardzo wiele osób lokuje poczucie własnej wartości w seksie. I kiedy spotyka się z odmową, zaczyna tak naprawdę słyszeć: „jestem gruba”, „jestem brzydki”, „jestem nieatrakcyjna”, „mam za małego penisa”, „nie mam muskulatury”. Tymczasem to w ogóle nie musi być z tym związane. Warto pamiętać, że kiedy odmawiamy, nie mamy obowiązku podawać powodu. Nie musimy się usprawiedliwiać ani tłumaczyć. Myślę jednak, że jeśli jesteśmy w związku, to bardzo ważne, by zwracać się do drugiej osoby czule. „Kochanie, czy masz dziś ochotę?”. „Wiesz co, dziś nie mam, może spróbujemy innym razem?”. W tym momencie jakiekolwiek próby perswazji, manipulacji, nagradzania są nie na miejscu. Materia jest delikatna, więc zachęcam, by w sposób bardzo delikatny pytać, a potem się zgadzać lub odmawiać.

Jak więc sobie radzić z odmową, by nie była frustrująca?
Dojrzałość polega na tym, żeby wziąć odpowiedzialność za pragnienia, które nie zostaną zrealizowane. Po prostu przyjąć odmowę. Jeśli jednak jesteśmy w związku, można za jakiś czas powiedzieć „Słuchaj, kiedy ostatnio odmówiłaś mi seksu, poczułem się urażony, jakbyś mnie nie chciała”. Na co partnerka z dużym prawdopodobieństwem odpowie: „To nie o to chodzi, że ciebie nie chciałam, tylko akurat nie miałam wtedy ochoty”. Właśnie dlatego warto rozmawiać.

A czy zgoda może być nieprawdziwa?
Oczywiście. Żeby seks był zdrowy i normalny, osoby biorące w nim udział muszą nie tylko wyrazić na niego świadomą zgodę, ale też mieć równe szanse, by zrozumieć, co się dzieje i jakie będzie to miało konsekwencje. Na tej zasadzie gdy niektórzy sprawcy przestępstw seksualnych na nieletnich mówią, że dziecko prowokowało, wysyłało sygnały, wiemy, że to nie jest możliwe. Dziecko nie ma bowiem umiejętności, by zrozumieć, co się będzie z nim działo. Podobnie osoba upojona alkoholem czy pod wpływem środków psychoaktywnych ma zmieniony stan świadomości, więc nie jest w stanie przemyśleć, co się wydarzy i jakie będą tego konsekwencje. Analogicznie jest w sytuacji nierówności, na przykład gdy mamy do czynienia z profesorem akademickim i studentką. Gdy profesor zaczyna dotykać studentkę i proponować jej aktywność seksualną w zamian za oceny, to wiadomo, że jej jest trudniej zdecydować o tym kontakcie. W relacjach, które opierają się na pozycji władzy i uległości, osoba, która jest niżej, ma mniejszą szansę, by wyrazić świadomą zgodę. Podobnie w przypadku zależności finansowej. Trudniej jest odmawiać, kiedy wiemy, że od tego może zależeć nasze przetrwanie.

A co w takim razie, gdy jedna ze stron nie ma specjalnej ochoty na seks, ale bierze w nim udział, bo nie czuje, że to jest dla niej jakieś przekraczanie granic, a robi to dla tej drugiej osoby?
Taka sytuacja rzeczywiście zdarza się bardzo często. Tymczasem jest to kwestia szacunku do samego siebie oraz integralności naszego ciała z umysłem. Bardzo ważne jest, aby przeżywać siebie w sposób autentyczny i żeby dbać o swoje granice. Jeśli zgadzamy się na seks, mimo że nie mamy na niego ochoty, to nasze granice są przesuwane bardzo daleko. Więcej, oznacza to, że mogą dziać się z nami rzeczy, na które wcale nie mamy ochoty. Że jesteśmy osobami zależnymi, które potrzeby innych stawiają wyżej niż swoje. Dlatego myślę, że seks powinien się odbywać wyłącznie wtedy, kiedy obydwie osoby mają na niego ochotę.

Pewna influencerka opowiedziała na Instagramie, jak po ciąży zdarzało jej się przerwać seks z mężem, bo traciła ochotę w samym środku akcji. Spotkała się z wielkim oburzeniem ze strony swoich obserwatorek, które mówiły „jak to, już mogłaś dać mu dokończyć!”. Kto pańskim zdaniem miał rację?
Influencerka. Jej postawa jest pełna szacunku do samej siebie. Pamiętajmy, że seks można przerwać w każdym momencie, zaś druga osoba powinna się do tego dostosować.

A czy zgoda musi być wypowiadana za każdym razem? Czy jednorazowo udzielona nie wystarczy? Nie. Jeśli partnerka raz wyraziła zgodę na seks analny, nie oznacza to, że potem za każdym razem będzie to chciała robić. Odpowiedź na to pytanie nie jest jednak oczywista. Łatwo jest mi wyobrazić sobie parę, która w przypływie miłosnego uniesienia zapomni o tym, żeby się o wszystko zapytać. Pamiętajmy, że mamy prawo w każdym momencie odmówić, niezależnie od tego, czy jesteśmy parą z pięćdziesięcioletnim stażem w związku czy to nasza pierwsza randka.

Bez niedomówień

Jak pytać o zgodę:

  • Czy masz ochotę na seks?
  • Podoba ci się to, co robię?
  • Mam kontynuować?
  • Czy masz ochotę spróbować seksu analnego?

Jak odmawiać:

  • Nie chcę tego robić, czuję, że będę się z tym źle czuł/czuła.
  • Kocham cię, ale nie czuję się dziś na siłach.
  • Bardzo mi się podobasz, ale mam taką zasadę, że nie uprawiam seksu na pierwszej randce.

Jak potwierdzać:

  • Tak, tylko daj mi chwilę.
  • Spróbuję i zobaczymy, czy mi się spodoba.
  • Jestem gotowa. Ale się nie spieszmy, będę mówiła, na co mam ochotę albo czy chcę czegoś innego.
Dominik Haak
, psycholog, seksuolog. Członek Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego, pracuje w nurcie psychodynamicznym. W pracy klinicznej i naukowej skupia się na mniejszościach seksualnych.

  1. Psychologia

O jeden krok za daleko

Seks ma być zbliżeniem przyjemnym dla obu stron, a nie interakcją bez prawdziwego spotkania. (Fot. iStock)
Seks ma być zbliżeniem przyjemnym dla obu stron, a nie interakcją bez prawdziwego spotkania. (Fot. iStock)
Granice w seksie są tak naprawdę odzwierciedleniem naszych granic w ogóle, w życiu – mówi seksuolożka Ameera Anna Ibrahim. 

Zapytałam koleżanki w różnym wieku i z różnych miejsc: Kiedy macie poczucie, że wasze granice w seksie zostały przekroczone? Część w ogóle nie zrozumiała pytania.
Nie byłabym tego taka pewna – myślę, że mogły nie chcieć go zrozumieć, właśnie dlatego, że ich granice były przekraczane. Z mojego doświadczenia – klinicznego i prywatnego – wynika, że większość z nas doświadczyła sytuacji nadużycia. Tylko kobietom trudno o tym mówić. Jeśli któraś słyszy pytanie o przekraczanie granic, czuje się zagrożona, więc odpowiada: „Ale o co chodzi? Przecież ja eksperymentuję!”. Tymczasem warto nazwać rzeczy po imieniu, bo wtedy dużo łatwiej sobie z tym poradzić.

I więcej na to nie pozwolić.
Ważne, żeby w ogóle zauważyć, że granica została przekroczona. Zwykle wiąże się z tym duży wstyd – kobiety myślą, że to ich wina. Podczas gdy oczywiście powód do wstydu ma tylko ta osoba, która granice przekracza.

Dlaczego same często nie wiemy, gdzie są nasze granice?
A do czego nas wychowano? Do uległości! Kobiety często się uczy, że nie są odpowiedzialne za seks. Nie wypada im go inicjować, mieć konkretnych fantazji, oczekiwań, a już na pewno lepiej nie być ekspresyjną i pewną siebie kochanką. Wmawia się nam, że mężczyzna będzie wiedział, co sprawia nam przyjemność. Poza tym ludzie często unikają konfrontacji, wolą nie odpowiadać sobie na pewne pytania, dopóki nie muszą.

Dlaczego?
Bo pytanie o granice to jednocześnie pytanie o własne deficyty, lęki, ograniczenia. To może być bolesne, bo poznajemy taką część siebie, której być może nie chcemy znać. Z drugiej strony to daje dużą satysfakcję i poczucie wewnętrznego bezpieczeństwa, spokoju. Czyli nawet jeśli doświadczyłam nadużycia w moim związku, to niekoniecznie mój partner o tym wie. Wyobraźmy sobie taką sytuację: kobieta się na coś godzi, nic nie mówi, a nawet udaje, że jej się to podoba. I on po kilku latach związku dowiaduje się, że ona czuła, iż doświadczyła nadużycia. Ten problem dotyka obu stron: jedna czuje się wykorzystana, a druga ma poczucie, że żyła w nieszczerej relacji. Bo z czym zostaje ten mężczyzna, który nie dostawał informacji zwrotnej? Nie mówię o sytuacjach, kiedy ktoś ewidentnie widzi, że przekracza granice, tylko o takich, kiedy zabrakło komunikacji.

Kobiety nadal uważają, że partner powinien się domyślić, że ona nie ma ochoty na seks.
To przekaz transgeneracyjny. Nasze babki i matki tak myślały, a teraz myślą siostry i przyjaciółki. I my też. Bardzo często spotykam się z tym w gabinecie i zawsze powtarzam, żeby zbyt dużo w relacjach nie zostawiać w sferze niedopowiedzenia, bo każdy z nas kieruje się innym systemem wartości, inaczej został wychowany, ma inną wrażliwość. Moim zdaniem to pragnienie wynika z romantycznej wizji miłości. A poza tym od najmłodszych lat słyszymy bardzo konkretny przekaz: „Bądź miła, bądź grzeczna, nie złość się, nie awanturuj”.

Można być miłym i jednocześnie mówić wprost.
Oczywiście, że tak, ale niestety model jest taki, że jeśli stawiasz na swoim, to będą cię postrzegać jako upartą złośnicę, zołzę. Poza takimi stereotypami niewiele przekazuje się małym dziewczynkom, chłopcom zresztą też. Mężczyźni przecież nie wchodzą z najlepszym przygotowaniem w dorosłość. Czerpią informacje z Internetu, pornografii, w której zarówno obraz kobiecości, jak i męskości jest wypaczony.

Dziewczyny często mówią, że odmawianie seksu chłopakowi jest dla niego bardzo przykre, więc należy to robić jak najrzadziej, najlepiej w ogóle. Żeby się nie czuł odrzucony.
A uporanie się z trudnymi uczuciami po tym, jak granice dziewczyn zostają przekroczone, jest przyjemne? Dlaczego żal im partnera, a siebie nie? Odmowa może wzbudzić po drugiej stronie różne reakcje, ale jeśli jesteś w zgodzie ze sobą, to będziesz miała siłę, żeby z każdą sobie poradzić. Niestety, argument, że będzie mu przykro, często pada z ust kobiet. Zawsze je pytam: „Dlaczego miałoby mu być przykro?”. Naprawdę przykro między ludźmi jest wtedy, kiedy dochodzi do nieszczerości, gry, udawania. Zresztą mężczyźni mówią o tym, że nie chcą mieć w łóżku partnerek niezaangażowanych, że taki seks nie daje im radości.

Jedna z moich przyjaciółek, lesbijka, zapytana o granice powiedziała, że dziewczynom hetero jest trudniej, bo mają do czynienia ze wzwodem. Z którym trzeba coś zrobić.
Dziewczyny mają poczucie, że jak już zauważą wzwód, to nie mogą się wycofać. Tymczasem lepiej krótko skomentować: „Widzę, że jesteś podniecony, masz ochotę na seks, ale to nie jest mój dzień”. Albo: „Cieszę się, że mnie tak pożądasz, ale to nie jest ten moment, nie mam ochoty”. Dla mężczyzny to jest następująca informacja: „Podoba mi się, że mnie pożądasz, nie zawstydza mnie to, w naszym związku jest miejsce na pożądanie, ale na odmawianie seksu też”.

Według innej mojej rozmówczyni przekroczenie granicy następuje wtedy, gdy mężczyzna jest całkowicie skupiony na swojej przyjemności.
To może być związane ze stresem podczas zbliżenia, a w konsekwencji trudnością z zauważaniem osoby, która jest obok. Może być też przejawem dystansu między partnerami, egocentryzmu, problemów z nawiązywaniem relacji. Taka postawa może też wynikać z niewiedzy: „Nie potrafię dać rozkoszy swojej partnerce, nie wiem, jak ją dać”. Zdarzają się takie pary, w których każda strona dąży tylko do swojej przyjemności.

Masturbują się partnerem.
Dążą tylko do tego, żeby mieć orgazm, a w seksie w ogóle nie o to chodzi. To ma być zbliżenie przyjemne dla obu stron, a nie interakcja bez prawdziwego spotkania. Brak orgazmu nie oznacza przecież braku przyjemności. Z orgazmem w ogóle jest trudna sprawa: kobiety udają, że go mają, a mężczyźni borykają się z dużym strachem, że nie będą go mieć i tego nie ukryją. Zwłaszcza że to natychmiast budzi w kobietach podejrzenia.

Kolejna granica: seks analny.
Gdybyśmy miały mówić o tabu seksualności, to seks analny jest na samym szczycie. Ten temat rzadko się pojawia nawet w gabinecie. Z mojego doświadczenia wynika, że kobiety decydują się na niego zwykle pod wpływem namowy partnera – chcą go przy sobie zatrzymać albo sprawić wrażenie szalonej i spontanicznej. Ten temat jest stabuizowany do tego stopnia, że nawet dziewczyny, które nigdy nie próbowały, twierdzą, że go nie znoszą. Tymczasem osoby, które cenią seks analny, mówią, że kolejne stosunki są nieporównywalnie lepsze od tych na początku.

Bliżej fizycznie już się nie da.
Psychicznie w jakimś sensie też, bo decydowanie się na seks analny zakłada ogromne poczucie bezpieczeństwa. I wspólne przekroczenie pewnego etapu bliskości. Nie bez powodu wybieram akurat tę osobę – najwyraźniej przy niej się nie krępuję i wiem, że cokolwiek się wydarzy, ona mnie przyjmie w całości. I nic jej nie zniechęci. Seks w ogóle jest sytuacją, w której jesteśmy zupełnie odarci, bezbronni, nadzy. Fizycznie i psychicznie. To bardzo naturalistyczna rzecz: jest w niej krew, pot i łzy. Nasza skóra się zmienia, mamy inny zapach. I to jest często problem, bo ludzie boją się odpuszczenia kontroli.

Mnóstwo dziewczyn powiedziało mi, że nie znosi seksu oralnego, że to jest dla nich przekroczenie granicy. Zapytane dlaczego, odpowiedziały, że nie lubią swoich wagin. I wstydzą się swoich wydzielin.
Czasem proponuję moim klientkom, żeby obejrzały swoje genitalia. Ale one nie chcą tego robić, to dla nich bardzo trudne ćwiczenie. A jak już obejrzą, to potem mówią, że im się te genitalia nie podobają. To się wiąże z treningiem czystości: dziewczynki uczy się, że to, co mają między nogami, wiąże się głównie z wydalaniem i krwią. Dla porównania, przeciętny facet zwykle akceptuje swoje ciało i lubi swój zapach. Kobiety są w tej kwestii o wiele bardziej wrażliwe, dużo częściej się wstydzą. A rozpoznawanie swoich granic to też znajomość własnego ciała. I akceptacja, jakkolwiek banalnie to brzmi. Tymczasem wiele moich klientek narzeka, że ma niesymetryczne wargi sromowe.

Podobno w Wielkiej Brytanii labioplastyka dogania już operacje plastyczne piersi.
Coś jest na rzeczy – kobiety myślą, że piękna jest tylko wagina symetryczna. Najchętniej by ją zoperowały, a potem jeszcze pomalowały, żeby wyglądała jak u aktorki porno. Przeraża mnie to. Zwłaszcza w kontekście seksu oralnego, który jest wyrazem niezwykłej bliskości, całkowitej akceptacji. I często zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie – przekroczenia bariery własnej intymności. Nie da się tu niczego przypudrować. Zresztą po co?

Inna granica: brutalny seks oralny.
Najważniejsza jest norma partnerska: jeśli obie strony się na coś godzą, obu to daje radość, to temat zamknięty. Nikt inny nie ma tu nic do powiedzenia.

Jestem w stanie sobie wyobrazić, że kobiety fantazjują o brutalnym seksie, ale zastanawiam się, czy w rzeczywistości taka forma im się podoba.
Mówią, że lubią czuć, kiedy mężczyzna ma nad nimi władzę. Oczywiście wszystko to w pewnej konwencji: on cały czas ją obserwuje, a ona wie, że on nie wykona brutalnych gestów bezmyślnie, nie zrobi jej krzywdy. I że ostatecznie jest w tym wszystkim czułość. Myślę, że kobiety w seksie potrzebują poczucia bezpieczeństwa, bo seks z naszego punktu widzenia może się wiązać z ciążą. Dlatego lepiej mieć silnego partnera, który to udźwignie. Mówię o sile fizycznej, bo chodzi o to, że w razie czego on pójdzie do pracy fizycznej, żeby zapewnić rodzinie byt.

Kobiety dziś tak myślą?
Kobiety myślą tak zawsze. Dziś się trochę gardzi ewolucją, ale ona tłumaczy różne zachowania, także w łóżku. Tężyzna fizyczna mężczyzny daje kobiecie poczucie, że będzie się mogła na nim oprzeć. Dosłownie i w przenośni. Czasami przychodzi do mnie kobieta, opowiada o swoim partnerze, który jest ciepły, dobry, miły, empatyczny, ale ona nie chce z nim współżyć. Mówi nagle: „On jest taki niezdecydowany w ruchach!”. Albo: „Pyta mnie, czego chcę, a ja nie chcę decydować. Niech coś zrobi, a nie ciągle pyta”. Marzy o brutalu, facecie, który wie, czego chce, i czasem zdecyduje za nią. Chce poczuć, że on o nią zawalczy, ochroni ją swoją piersią. Poza tym mężczyzna, który ma siłę, przekazuje dobre geny.

Kolejna granica: miał być stosunek przerywany, a jest zakończony w niej.
Podstawą w seksie jest świadoma zgoda. Stosunek przerywany – jak każdy inny, który odbywa się bez zgody jednej ze stron – jest przekroczeniem granicy. Poza tym to żadna metoda antykoncepcji. Zastanawiam się, dlaczego ludzie się na niego decydują.

Jak to dlaczego? On mówi: „W prezerwatywie nic nie czuję! Stosunek będzie trwał sto godzin”. A ona nie chce brać tabletek antykoncepcyjnych, bo ją wpędzają w depresję i dodatkowo tyje.
On mówi, że nie będzie miał z tego przyjemności, a ona będzie miała, jeśli zarazi się jakąś chorobą albo zajdzie w ciążę z kimś przypadkowym? Dlaczego się godzi na swój dyskomfort i ryzykuje zdrowie? To jest przekroczenie granicy, bo decydujemy się na stosunek, podczas którego nie chronimy siebie. A druga kwestia, czyli niedotrzymanie umowy i skończenie stosunku inaczej, niż było ustalone, jest nadużyciem kolosalnym. Mówimy o granicach w seksie, ale tak naprawdę one są odzwierciedleniem naszych granic w ogóle, w życiu. Czasem rozmawiam z kobietą w gabinecie, kończymy sesję, ona już właściwie wychodzi i nagle mówi: „Nie wiem, czy to ważne, ale jest jeszcze jedna sprawa – byłam molestowana, kiedy miałam osiem lat”. Albo: „Nie wiem, czy to istotne, ale poprzedni partner zmuszał mnie do seksu”. Zobacz, jak mocno trzeba odszczepić tę informację, odebrać jej ładunek emocjonalny, żeby coś takiego rzucić na wychodnym. Albo powiedzieć po wielu miesiącach terapii, że było się molestowanym.

Ważna informacja, która ląduje na Syberii całej historii. Pracowałam kiedyś z kobietą, która wcześniej była na kilku terapiach, trwało to parę lat i nigdy nikomu nie pisnęła słowa. Przez długi czas uważała, że to nieważne i że wcale nie wpływa na jej seksualność. Zastosowała cały pakiet mechanizmów, żeby to wyprzeć, ale prawda jest taka, że raczej trudno, żeby nadużycia nie wpływały na nasze postrzeganie siebie. Tylko że kiedy jesteśmy dorosłe, możemy coś z tym zrobić.

Ameera Anna Ibrahim
, psycholożka, terapeutka, seksuolożka. Zdobywała doświadczenie m.in. w Poradni Seksuologicznej i Patologii Współżycia w Centrum Psychoterapii SWZPZPOZ w Warszawie. Obecnie pracuje w prywatnym gabinecie, prowadzi też profil strefa (bez)wstydu na Instagramie.

  1. Psychologia

Pozwólmy dzieciom być sobą

Gdybyśmy uznali, że irytujące zachowania dzieci to coś normalnego, byłoby nam łatwiej i spokojniej. (Fot. iStock)
Gdybyśmy uznali, że irytujące zachowania dzieci to coś normalnego, byłoby nam łatwiej i spokojniej. (Fot. iStock)
Warto być sobą – wiadomo. A dzieci? Czy one też mogą być sobą? Może im na to pozwolić? Nie chodzi o to, żeby ich nie wychowywać, ale żeby nie złościć się, gdy nie pasują do obrazka, który sobie wyobraziliśmy. Hanna Samson tropi kolejne „bezsensy” naszej codzienności.

Wróciłam niedawno z Norwegii, gdzie odwiedziłam bliską mi rodzinę, czyli Zulę, Daniela i ich troje dzieci. Olaf ma dziesięć lat, Maja osiem, a Pola trzy z kawałkiem. Pewnego dnia razem z Mają odbierałyśmy Polę z przedszkola, bo Zula pojechała gdzieś z Olafem, a Daniel był w pracy. Wszystko poszło jak z płatka. Idziemy sobie razem do domu, aż tu nagle Pola zaczyna drzeć się i nie chce iść dalej – żadne moje słowa ani gesty do niej nie trafiają, wręcz przeciwnie, są wodą na młyn. „Nie lubię cioci!!!”– wrzeszczy w końcu Pola, a ja rozglądam się wokół, czy ktoś nie słyszy. Pola krzyczy po polsku, więc mała szansa, by zrozumiał, ale i tak czuję się zawstydzona, jakby patrzył na mnie cały świat i potępiał, że nie sprawdzam się w roli cioci. Na szczęście jest Maja, która mówi spokojnie: „Chodźmy. Pola nie będzie chciała zostać sama i pójdzie za nami”. Ruszamy. Pola protestuje, ale po chwili dołącza, już nie krzyczy, w końcu idziemy razem, zgodnie i wesoło jak na początku.

Czemu tak się spięłam, gdy Pola zaczęła wrzeszczeć? Zadziałał syndrom urojonej publiczności, o którym pisze Susan Stiffelman w książce „Uważne rodzicielstwo. Wychowaj dziecko na świadomego, pewnego siebie i czułego człowieka”. Syndrom ten występuje u rodziców (okazuje się, że nawet u cioć!), którym wydaje się, że inni ludzie nieustannie ich oceniają, orzekając surowe wyroki, gdy dziecko zachowuje się nie tak jak trzeba.

Rozsądna Empatia

Na weekend pojechaliśmy do Szwecji, do znajomych Daniela, którzy po raz pierwszy mieli zobaczyć całą rodzinę. Dojechaliśmy pod piękny dom, wysiedliśmy z samochodu i się zaczęło! O ile dobrze zrozumiałam, chodziło o to, że Pola chciała mieć kalosze Mai i żadne inne buty nie wchodziły w grę. W płaczu i krzyku ginęły mi fragmenty narracji i chyba tylko mama wiedziała, o co chodzi. Wyjaśniła Poli, że tych kaloszy nie może włożyć, ale ma inne buty. Tyle że Pola ich wcale nie chciała. Wyobraźcie sobie tę sytuację. Gospodarze mile uśmiechnięci wyszli nas witać przed dom, a Pola na bosaka płacze, tupie i wrzeszczy bez umiaru.

Chcę wytłumaczyć, że Pola to bardzo fajna dziewczynka, zaraz się uspokoi i sami zobaczą, chcę przepraszać za takie wejście, no wiecie, jak to jest: najważniejsze, co inni pomyślą i nic ważniejszego nie ma na świecie. Ale patrzę na mamę Poli, a ona nic nie tłumaczy, tylko swobodnie się wita, jakby świat nie czyhał na to, by ją ocenić. I jakoś tak zadziałała spokojnie, że Pola też się uspokoiła i szybko okazało się, jaka jest fajna i już nic nie trzeba było tłumaczyć. A gdyby mama Poli cierpiała na syndrom urojonej publiczności? Z lęku przed krytyką zrobiłaby wszystko, by kontrolować zachowanie córki i dobrze wypaść w oczach znajomych.

We wspomnianej książce Susan Stiffelman wyróżnia cztery postawy rodziców, z których tylko jedna jest sensowna. Na przykład postawa pasywna charakteryzuje się tym, że ulegamy woli dziecka, by załagodzić sytuację. Gdyby mama Poli miała taką postawę, pewnie kazałaby Mai zdjąć kalosze i oddać Poli. Gdyby Maja nie chciała, mama mogłaby jej coś w zamian obiecać. Rodzic pasywny stara się przypodobać dzieciom i za nic w świecie ich nie denerwować, bo boi się ich reakcji.

Z kolei postawa agresywna objawia się tym, że rodzic naskakuje na dziecko, ucieka się do gróźb i zastraszania, żeby wymusić posłuszeństwo. Gdyby mama Poli była agresywna, pewnie by jej powiedziała, że jak się natychmiast nie uspokoi, to nigdy więcej z nimi nie pojedzie. A może by kazała córce siedzieć w samochodzie, dopóki nie przestanie płakać? Rodzice agresywni miewają różne, często skuteczne pomysły, ale nie mają szans na bliską relację z dzieckiem.

Kolejna postawa: pasywno-agresywna polega na kontrolowaniu zachowania dziecka poprzez wywoływanie poczucia winy i wstydu. Gdyby mama Poli była pasywno-agresywnym rodzicem, mogłaby jej powiedzieć: „Przynosisz nam wstyd!”. A po kilku godzinach: „Zepsułaś nam całą wycieczkę!”. Jak czułaby się Pola, wolę sobie nie wyobrażać!

Na szczęście jest jeszcze postawa asertywna, dzięki której dziecko wie, że jest kochane, takie jakie jest, a nie za to, że podbudowuje obraz i poczucie własnej wartości rodzica. Taka postawa pozwala przyjąć, że dziecko niekoniecznie musi zachowywać się tak, jakbyśmy chcieli i nie traktować tego jako osobistej zniewagi czy próby sił. Rodzic asertywny potrafi wczuć się w pragnienia dziecka, daje mu prawo do przeżywania emocji, a jednocześnie umie postawić granice, które nie muszą być zgodne z oczekiwaniami dziecka.

Mama Poli rozumiała jej pragnienie założenia kaloszy Mai, pozwoliła jej przeżywać złość i rozczarowanie, ale została przy tym, że Pola ma swoje buty. A przede wszystkim nie traktowała zachowania córki jako podstawy do oceny jej samej jako matki. To dało jej spokój potrzebny w kontakcie z dziećmi i przynoszący owoce, co dobrze widać po Olafie i Mai.

Fajne dzieci, fajnych rodziców

Innego wieczoru siedzieliśmy razem w salonie, Pola poszła już spać, zostały starsze dzieci. I jakoś tak się stało, że Zula sięgnęła po komputer i przeczytała ich śmieszne powiedzonka z różnych okresów życia. Na przykład rozmowę z czasów, gdy mieszkali w Japonii. Maja: „Mamo, jesteś najpiękniejszą dziewczyną na całyyyym świecie”. Olo: „Japońskie też są ładne”. Albo całkiem sensowna prośba Mai: „Mamo, kiedy jestem smutna lub nerwowa, mów do mnie »Majusia«, to mnie ucieszy”. Albo gdy Olaf odwiedził mamę w szpitalu po urodzeniu Poli. Olo:„ Mamo, a Pola wyszła przez brzuch czy przez siuśkę?”. Mama: „Przez siuśkę”. Olo: „Kurczę, chciałem to widzieć!”. Gdy Olaf był chory, Maja rozwieszała z mamą pranie. Maja: „Zrobię małą przyjemność mojemu choremu braciszkowi i rozwieszę ładnie jego koszulkę z Lego, taka fajna siostra, OK, mamo?”. A kiedyś Olo nudząc się w aucie, odsłonił lusterko i obwieścił: „Popatrzę sobie na ładny ja”. Już w zeszłym roku do tych zapisków dołączyła Pola, stwierdzając, że ma mało uszu.

Ten wieczór bardzo mnie wzruszył. Zobaczyłam, jak te dzieci czują się bezpiecznie w swoim domu. Potrafią śmiać się same z siebie z przeszłości, nie muszą się bronić, bo nic im nie zagraża. Wiedzą, że są kochane takie, jakie są. Że zasługują na szacunek, którym darzą też siebie nawzajem. Że są ważne i akceptowane.

W pułapce porównań

Często trudno nam zaakceptować własne dzieci nie dlatego, że sprawiają problemy, ale dlatego, że porównujemy to prawdziwe dziecko do swojego wyobrażenia o tym, jakie powinno być – stwierdza Susan Stiffelman i nazywa to wyobrażenie „dzieckiem ze zdjęcia”.

Jakie jest dziecko ze zdjęcia? Nie marudzi, wykonuje nasze polecenia z uśmiechem i bez zwłoki, przerywa najfajniejszą zabawę, gdy je wołamy, może nawet pyta samo z siebie: ‚Mamo, czy ci nie pomóc?”. No naprawdę, dzieci ze zdjęcia są cudowne!

Zachowania prawdziwego dziecka irytują nas niewspółmiernie mocno dlatego, że gdzieś w głębi duszy jesteśmy przekonani, że nasze dziecko nie powinno być irytujące i nieposłuszne. To rozbieżność między obydwoma obrazami wyprowadza nas z równowagi, a nie samo zachowanie malucha. Gdybyśmy uznali, że irytujące zachowania dzieci to coś normalnego, byłoby nam łatwiej i spokojniej.

Gdybyśmy uznali na przykład, że córka ma prawo nie chcieć sprzątać swojego pokoju, bo tak to jest z nastolatkami. I nic dziwnego, że jest opryskliwa, skoro w kółko przypominasz jej o tym, że ma sprzątnąć swój pokój, i zarzucasz bałaganiarstwo i lenistwo. Jeśli spojrzymy na nasze dziecko bez porównywania go z tym ze zdjęcia, możemy zacząć je wychowywać, zamiast z nim walczyć. Nie musimy desperacko zmuszać córki do zrobienia tego, co chcemy, ale możemy pomyśleć, jak to zrobić, żeby od czasu do czasu sprzątała swój pokój.

Nie wiesz jak? Jestem pewna, że znajdziesz sposób, jeśli przestaniesz się wściekać i traktować bałagan w pokoju jako coś, co nie powinno mieć miejsca. Jeśli staniesz obok dziecka, a nie w opozycji do niego – wtedy razem możecie szukać rozwiązania. Jasne, że milej byłoby wychowywać dziecko ze zdjęcia, ale co wtedy mielibyśmy do roboty?

Kochamy się za nic

W książce Susan Stiffelman znalazłam list rodziców do syna: „Chase, nie obchodzi nas, czy jesteś najmądrzejszy, najszybszy, najfajniejszy czy najbardziej zabawny. W szkole będą organizować mnóstwo konkursów i nie ma dla nas najmniejszego znaczenia, czy wygrasz którykolwiek z nich. Nieważne, czy będziesz miał same piątki. Nie interesuje nas, czy dziewczyny będą uważały, że jesteś uroczy albo czy do drużyny zostałeś wybrany jako pierwszy czy jako ostatni. Nie jest dla nas ważne, czy jesteś ulubieńcem nauczycieli. (…) Nie wysyłamy cię do szkoły, żebyś był najlepszy w czymkolwiek. I tak kochamy cię najmocniej, jak to tylko możliwe. Nie musisz robić nic, żeby zasłużyć na naszą miłość czy dumę i nie ma takich rzeczy, które spowodowałyby, że je stracisz. Nie ma co do tego wątpliwości. Idziesz do szkoły, żeby uczyć się bycia dzielnym i uczciwym człowiekiem”.

Jeśli wiemy, po co wychowujemy nasze dzieci, łatwiej nam skupić się na tym, co ważne, zamiast ustawiać je ciągle do zdjęcia.