1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Egoizm pożądany - jak znaleźć drogę do swoich prawdziwych potrzeb?

Egoizm pożądany - jak znaleźć drogę do swoich prawdziwych potrzeb?

Na terapii uczymy się, jak stawiać na siebie. Szkoły rozwoju duchowego każą nam z kolei ego przekraczać. (Fot. iStock)
Na terapii uczymy się, jak stawiać na siebie. Szkoły rozwoju duchowego każą nam z kolei ego przekraczać. (Fot. iStock)
Na terapii uczymy się, jak o siebie zadbać, realizować własne cele – krótko mówiąc, stawiać na siebie. Z kolei szkoły rozwoju duchowego każą nam ego przekroczyć. Jak znaleźć drogę do swoich prawdziwych potrzeb, podpowiada psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

W domu masa prania i prasowania, a ja marzę, by iść do kina. Czy jeśli tak zrobię, to będzie egoizm? A może jest coś takiego, jak zdrowy egoizm, i to jego potrzebujemy, by o siebie zadbać?
Spróbuję wymyślić na poczekaniu definicję takiego zdrowego egoizmu, choć dopiero przyjęcie perspektywy duchowej, przekroczenie „ego” pozwalają nam wybrnąć z takich sytuacji. Ale o tym opowiem później. Certyfikat zdrowego egoizmu mają takie zachowania, które bronią fizycznych i psychicznych granic, sprzyjają zdrowiu, poczuciu godności, wolności i samorealizacji w sposób, który nie narusza poczucia godności i wolności innych.

Jeśli więc idę na studia, choć mój partner i dzieci tego nie chcą, to nie jestem egoistką?
Ale czy to ci się uda? Czy unikniesz wyrzutów sumienia? Na szczęście zdrowy egoizm jest możliwy tylko wtedy, gdy przestaniemy wierzyć w autodestrukcyjne skrypty, czyli takie przekonania, które nam, naszemu zdrowiu, relacjom z innymi wyraźnie szkodzą. Kulturowy przekaz o obowiązku poświęcania się wpajany kobietom należy do tej kategorii. Zazwyczaj ma postać nieświadomego przekonania, które można wyrazić w zdaniu: „Żeby inni chcieli się ze mną wiązać, akceptowali mnie i kochali, muszę zrezygnować z siebie, ze swojego ciała, potrzeb, pragnień i aspiracji. Muszę zaspokajać potrzeby innych”. Oczywiście, stoi za tym głębsze i równie nieprawdziwe przekonanie: „Mam wadę, która sprawia, że nie nadaję się do pokochania”. To przekonanie przekazywane jest z matki na córki od pokoleń.

Jak pozbyć się tak głęboko zakorzenionego skryptu, by na przykład odmówić pieniędzy ojcu, który był tyranem, a teraz oczekuje wsparcia?
Można próbować przełamywać go siłą lub ignorować, wówczas gdy już zdamy sobie sprawę, że jest tylko szkodliwym przekonaniem, a nie obiektywną zasadą życia. Jednak jeśli to zrobimy, trzeba się liczyć z tym, że towarzyszyć nam będą wyrzuty sumienia i lęk przed odrzuceniem przez bliskich i przed społecznym wykluczeniem. To może sprawić, że zrezygnujemy z walki i wrócimy do zachowań zgodnych ze zwalczanym skryptem. Dlatego lepszą metodą jest przepracowywanie szkodliwych przekonań i zamiana ich na urealnione i adekwatne myśli, np.: „Jestem warta miłości i troski, nawet gdy nie poświęcam się dla innych”. Najlepszą metodą zmiany przekonań, jaką znam, jest  terapia RTZ (racjonalna terapia zachowania).

Nie wszyscy znajdą ochotę, czas i pieniądze na terapię. Co można zrobić od razu, gdy czuję, że praca mnie zabija, ale jeśli się zwolnię, ucierpi moja rodzina? Gdybym się zwolniła, to byłby dobry czy zły egoizm?
Obiektywnie byłby to dobry egoizm, bo chroniłby twoje zdrowie i zwiększałby szanse na satysfakcję z życia poprzez rozwijanie talentów i możliwości, których nie jesteś w stanie rozwinąć w dotychczasowej pracy. Ale zewnętrzna, obiektywna ocena zapewne ci nie wystarczy do podjęcia tej decyzji. Ważniejsze jest bowiem twoje subiektywne samopoczucie. A z twojego punktu widzenia będzie to dobry egoizm tylko wtedy, gdy podejmiesz decyzję z przekonaniem i poczujesz się z tym dobrze. Jest to możliwe, tylko jeśli odpowiesz sobie na pytanie, czy dla twoich najbliższych ważna jesteś ty, twoje zdrowie, potrzeby, aspiracje i  szczęście, czy liczą się tylko twoje poświęcenie i pieniądze, które przynosisz do domu.

Fundamentalne pytanie dla kobiety, która pragnie zdrowego egoizmu, brzmi: Czy mogę być kochana, czy tylko potrzebna?
No właśnie. Prawdziwa i najskuteczniejsza droga wyzwolenia prowadzi jednak poprzez rozwój duchowy. Zobaczenie z duchowej perspektywy, czym jest „ego”, jakie są nasza prawdziwa tożsamość i prawdziwe potrzeby. Żeby wyjaśnić, na czym polega w tym wypadku przyjęcie perspektywy duchowej, zacznijmy od „ego”, bo przecież mówimy o egoizmie. „Ego” to fałszywa tożsamość.

„Ego” to nie ja?
Nie. To jedynie zapis mojej biografii, ważnych zdarzeń, związków, przeżyć, wyuczonych sposobów reagowania na różne sytuacje, nabytych motywacji, potrzeb i emocji. To także wszystko, co usłyszałem, przeczytałem, nauczyłem się, zapamiętałem. Zassałem z języka, z kultury i obyczaju. Z tej perspektywy porównać je można do oprogramowania komputera. Komputerem jest nasz mózg, a nasze „ego” to oprogramowanie dokonane przez biograficzne uwarunkowania. Prędzej czy później „ego” zaczyna doświadczać egzystencjalnego niepokoju i zastanawiać się nad sobą, np. dostrzega swoje wady i ograniczenia, nie może poradzić sobie z samotnością, z lękiem, agresją i cierpieniem, z przemijaniem i ze śmiercią, z tym, że chwilami podejrzewa, że samo kreuje nieszczęśliwy świat, w którym żyje. I wtedy szuka pomocy w psychoterapii i/lub duchowości, bo opowieść o grzechu pierworodnym to też opowieść o powstaniu „ego”.

„Ego” powstało w raju? To znaczy, że Ewa jest winna?!
Obciążanie żeńskiej połowy ludzkości odpowiedzialnością za wypędzenie z raju wygląda na patriarchalną manipulację. Rajski mit opowiada o tym, jak człowiek oddzielił się od Boga, czyli od rajskiego połączenia ze wszystkim, co istnieje, i w ten sposób sam siebie wypędził z raju. Najprawdopodobniej ludzki mózg tak ewoluował, że człowiek poczuł się kimś nadzwyczajnym, a tym samym odseparował się od całej reszty istnienia. Jeden z nauczycieli buddyjskich porównał narodziny ludzkiego złudzenia oddzielności, czyli złudzenia „ego”, do sytuacji ziarnka piasku na wielkiej pustyni, które dostało takiej energii, że zaczęło podskakiwać, więc uznało siebie za coś wyjątkowego i innego niż wszystkie pozostałe ziarnka piasku. W każdym razie od tej pory czujemy się oddzieleni od świata i ludzi. Bojaźliwie wyglądamy przez okienka zmysłów, cierpiąc z samotności oraz lęku przed światem i śmiercią. Dlatego wszystkie poważne tradycje i ścieżki duchowe namawiają nas, byśmy porzucili fałszywą egoistyczną tożsamość.

Mówiłeś o zdrowym egoizmie, a czym jest ten niezdrowy?
Niezdrowy polega na kompulsywnym dokarmianiu, eksponowaniu i wzmacnianiu iluzorycznego „ego”. Świat i inni są nieustannym zagrożeniem. Wszystko odnosimy do tego, czy to jest dla naszego „ego” korzystne, czy nie. Życie zamienia się w nieustanną kalkulację i buchalterię. Coraz bardziej zajmuje nas to, jak wyglądamy w oczach innych. Najważniejsze są dla nas bezpieczeństwo, kontrola, reputacja, a często także władza i wpływ. Trudno zaryzykować bliskość, zaufanie, więź, lojalność, nie mówiąc o miłosnym zauroczeniu.

Nie na tym z pewnością polega szczęśliwe życie!
Zgadza się. Bo żyjemy w skrajnej opozycji do prawdy o naszej tożsamości. W głębi duszy przeczuwamy, że popełniamy zasadniczy błąd i szukamy inspiracji filozoficznych, religijnych, artystycznych, psychologicznych, by wzmocnić przeczucie, że to niemożliwe, żeby w życiu tylko o to chodziło. Oddani wyznawcy „ego” są samotni, drążeni przez niepokój, nadpobudliwi, zagonieni albo – jak stracą siły i nadzieję – apatyczni i depresyjni.

Być sobą a mieć „ego” to nie to samo?
Nie to samo. „Ego” jest albo poranione na skutek traumatycznych zdarzeń biograficznych, albo niedojrzałe, albo niespójne i destrukcyjne. Psychoterapia polega w dużej mierze na zaktywizowaniu w nas obserwatora, który zrozumie, jakie doświadczenia złożyły się na takie, a nie inne sformatowanie naszego „ego”. Tego samego, które teraz zniekształca nam obraz siebie i świata w stopniu utrudniającym życie i relacje z innymi. Zaczynamy być sobą, gdy uświadomione „ego” traci stopniowo władzę nad naszym zachowaniem, gdy przestaje się obsesyjnie bronić i walczyć o swoje bezpieczeństwo, kierować naszym życiem na zasadzie pozornego wyboru między „chcę” i „nie chcę”. Wtedy dopiero pojawia się przestrzeń do przekraczania egoistycznego oprogramowania i poznania tego, czego naprawdę potrzebujemy.

Co bywa takim chceniem „ego”?
Potrzeba bycia sławnym, bogatym, posiadania władzy, powodzenia, przyjemności, bezpieczeństwa, kontroli, nieśmiertelności. Dlatego duchowi mistrzowie życia przypominają bez przerwy: „»Ego« to nie jesteś ty. Ono się tylko tobie przydarzyło tak samo jak ciało”. Stąd wniosek, że bólu i lęku „ego” nie da się uleczyć, idąc za jego potrzebami. To nie leczenie przyczynowe. Prędzej czy później kończy się uzależnieniem, grą pozorów, maskaradą lub depresją. Depresja to w istocie prawda „ego” obnażająca całą jego pozorność i bezradność. Dlatego też jest ona dla wielu pierwszym i koniecznym krokiem ku przebudzeniu, biblijną cienistą doliną, którą musimy przejść, by na końcu ujrzeć słońce i bezchmurne niebo.

Kobiety chyba częściej niż mężczyźni rezygnują z siebie?
To nie kobieca dusza, lecz kobiece „ego” jest bardziej skłonne do poświęcania się. To wyuczony, egocentryczny, zapewniający przetrwanie w męskim świecie program. Od pięciu tysięcy lat żyjemy w patriarchacie, dziewczynki były i są – choć ostatnio w mniejszym stopniu – wychowywane w duchu uległości i służby. Oczywiście, w poświęcaniu się nie ma nic złego, pod warunkiem że jest to potrzeba i wybór duszy, a nie program „ego” lub działanie pod przymusem czy presją strachu.

Mam pracować nad duchowością, jeśli znajdę na to czas w lawinie obowiązków, po to, żeby potem i tak robić to samo, czyli stawiać innych ludzi przed sobą?
Decydują motywacja i oczekiwania. Takie samo działanie czasem może być działaniem z poziomu „ego” albo z poziomu duchowego. W naszym zajmowaniu się ludźmi może tkwić przecież masa egoizmu: tak zdobędę uznanie i miłość albo władzę, nie będę sama. Na duchowym poziomie pomaganie innym niesie wewnętrzne poczucie wspólnoty, spokoju i sensu. Z pewnością nie służy zaspokajaniu egocentrycznych potrzeb. Wtedy jest formą przejawiania się samego życia tak naturalną jak oddech. Oczywiste staje się, że każda żywa istota jest tak samo ważna, tak samo warta uwagi i miłości jak my sami.

Możemy świadomie zmieniać egoistyczne oprogramowanie?
Możemy wybrać te wartości i normy, które nam odpowiadają. Pokonać traumy i mechanizmy obronne każące nam dystansować się wobec ludzi. Odkryć wolną wolę, wyjść z uzależnienia i asymilować tylko te treści, które uznamy za przydatne dla naszego rozwoju. Proces asymilacji wartości i norm powinien być w pełni świadomy i odpowiedzialny. Ale na ogół nie bywa. Często dopiero po latach widzimy, że żyliśmy wbrew sobie, w imię zasad, których nie uznajemy za własne i które nas ograniczały. Wtedy – czasami – zmieniamy środowisko, pracę, zawód, otoczenie. Takie decyzje dają bezcenny przedsmak wolności. Odkrywamy, że wszelki przymus, brak świadomości i związany z tym brak wyboru są zgubne, bo szkodliwe dla naszego ducha.

Istnieją ludzie bez „ego”?
Nie, ale są tacy, którzy z „ego” się nie utożsamiają, odzyskali duchową perspektywę i nie patrzą na świat przez pryzmat własnej korzyści czy straty. Pomagają innym, troszczą się o świat nie dlatego, że im kazano, że tak trzeba albo żeby zyskać uznanie, lecz dlatego, że jest to ich naturalna potrzeba.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak zaopiekować się sobą? – 10 sposobów na okazanie sobie ciepłych uczuć

Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia (fot. iStock)
Zwłaszcza kobiety mają tendencje do tego, żeby opiekować się dzieckiem, kotem, mężczyzną, koleżanką, czy sąsiadką. Ale nie sobą. Lato to dobry czas, żeby wreszcie to zmienić.

Dr Sherrie Campbell jest psychologiem klinicznym z 30-letnim doświadczeniem prowadzenia psychoterapii. Uważa ona, że właśnie brak opiekowania się sobą leży u przyczyn naszych kłopotów psychologicznych. Ktoś, kto nie zajmuje się sobą, nie ma ze sobą kontaktu i ciepłych uczuć wobec siebie. Brak miłości własnej jest źródłem niesatysfakcjonującego życia. Tymczasem są proste sposoby, żeby zacząć dbać o siebie. Jakie? Sherrie Campbell wymienia 10 z nich.

1. Ćwicz, spaceruj, chodź na basen, biegaj po parku. Cokolwiek, byle w samotności i na świeżym powietrzu. To właśnie czas dla siebie i bliskość natury sprawiają, że inaczej patrzymy się na świat, stajemy się spokojniejsi i przede wszystkim nawiązujemy kontakt ze sobą. Na świeżym powietrzu i ze sobą nie czujemy już tej presji obowiązków i wymagań innych ludzi. To już powiew wolności.

2. Przez 30 minut dziennie kontempluj. Obserwuj każdą swoją myśl oraz uczucie. Poświęć sobie uwagę całkowicie i do końca. Niech te półgodziny będzie dla ciebie święte. Od tego zacznij, potem staniesz się uważna na siebie przez 24 godziny na dobę.

3. Twórz. Odwołaj się do swojej kreatywności, ona powoduje, że życie staje się soczyste i pełne pasji. Pisz, tańcz, piecz tarty, haftuj, maluj czy naprawiaj samochody. Byle sprawiało ci to radość i nie było twoją pracą.

4. Odpowiednio dobieraj towarzystwo. To ważne, żeby dbać o swoją energię psychiczną. Jesteśmy stworzeniami społecznymi i potrzebujemy kontaktu z innymi ludźmi. Jednak jesteśmy również emocjonalni i łączymy się z uczuciami innych. Dlatego tak ważne jest, żeby świadomie wybierać towarzystwo. Unikaj ludzi agresywnych, złośliwych, zazdrosnych i źle ci życzących. Zwróć się ku radosnym, optymistycznym i dobrym. Naprawdę możesz wybrać.

5. 20 minutowa drzemka w ciągu dnia. Prosta rzecz i przyjemna a odprężająca nasze emocje oraz ciało. Dostępna dla każdego.

6. Nagrody. Każda okazja jest dobra, żeby się nagradzać. Przeżyłaś pracowity dzień, zrobiłaś kolejny mały krok w kierunku swojego celu, wybierz się na masaż, kup sobie inspirującą lekturę, usiądź z ulubionymi lodami na ławce w parku.

7. Żyj duchowo. Medytuj, żeby poczuć jedność ze wszystkim, co cię otacza. Szukaj ludzi, którzy żyją w ten sposób, dbaj o to, żeby energia, którą wibrujesz, była coraz wyższa i czystsza.

8. Dotyk. Jest jak uzdrowienie, bo zmniejsza skutki stresu i pozwala poczuć miłość do siebie. Dlatego dbaj o to, żeby dotykać się z bliskimi tobie ludźmi.

9. Zdrowe jedzenie. Tak, to krok w kierunku miłości własnej. To znak, że o siebie dbasz, bo masz kontrolę nad negatywnymi kompulsjami.

10. Mniej elektroniki w życiu. Sprzęty elektroniczne, którymi się otaczamy, sprawiają że nasz mózg nie emituje wystarczającej dla zrelaksowania się ilości fal alfa. Niech jakaś część dnia będzie dla ciebie wolna od telewizora, telefonu, laptopa. Jeśli się na to zdecydujesz, będziesz dla siebie dobra. A o to przecież chodzi w nauce opiekowania się sobą.

  1. Psychologia

Egoizm, ale ten zdrowy!

Bycie zdrowym egoistą nie kłóci się z ideą dawania. Chodzi raczej o to, żeby unikać ciągłego poświęcania się. (Fot. iStock)
Bycie zdrowym egoistą nie kłóci się z ideą dawania. Chodzi raczej o to, żeby unikać ciągłego poświęcania się. (Fot. iStock)
W zdrowym egoizmie chodzi o to, by przyznać sobie prawo do własnych potrzeb oraz do dbania o ich zaspokojenie bez poczucia winy! Jak się tego nauczyć?

„Odkąd pamiętam mama powtarzała: Nie bądź egoistkę, nie myśl o sobie, bo nie jesteś pępkiem świata.”, mówi Anna. „Wyrastałam więc w przekonaniu, że egoizm to czyste zło, że jest wręcz niemoralny”.

Rzeczywiście wielu z nas słyszało podobne komunikaty, dlatego egoizm kojarzy nam się negatywnie. Zresztą jego definicja też nie brzmi przekonująco… w Wikipedii przeczytamy, że egoizm to „nadmierna albo wyłączna miłość do siebie. Egoista kieruje się przeważnie własnym dobrem i interesem, nie zwracając zbytniej uwagi na potrzeby i oczekiwania innych. Odnosi wszystko do siebie, patrzy na świat poprzez pryzmat „ja”, nie uznaje wewnętrznie systemu wartości społecznie akceptowanych.”. Wniosek? Nikt nie chce być egoistą, bo nikt nie chce być wytykany palcem, odrzucany, i nie akceptowany.

„Moja matka zawsze próbowała zaopiekować się potrzebami wszystkich dookoła”, wspomina Anna. „My z bratem mieliśmy być wykształceni, ojciec miał móc odpocząć po pracy, a jej siostra mogła godzinami się jej żalić, bo jej mąż był „trudny”. Te przykłady mogę wymieniać bez końca – generalnie – mama była cała dla innych. Obserwowałam ją, podziwiałam, sądziłam, że tak właśnie trzeba. Stałam się taka sama. Najpierw obsługiwałam cały świat, a dopiero potem byłam ja sama. Do momentu aż coś we mnie pękło. Obudziłam się sfrustrowana i rozgoryczona, że przez ponad 25 lat swojego dorosłego życia poświęcałam się dla innych, i że jestem zwyczajnie nieszczęśliwa – ludzie nie doceniają mojego oddania a już z pewnością nie odwdzięczają mi się tym samym. Poczułam, że wszystko działa tylko w jedną stronę.”, opowiada Anna. Dopiero po roku psychoterapii odkryła, że niezbędne jest coś takiego jak równowaga w dawaniu i braniu oraz że trzeba „umieć brać”. A ona tego nie potrafiła. Odkryła też, z pomocą psychoterapeuty, że jest coś takiego jak „zdrowy egoizm”…

Gdzie są moje granice?

Pojęcie „zdrowego egoizmu” spopularyzował w swoich książkach Josef Kirschner, austriacki dziennikarz i wykładowca Uniwersytetu Wiedeńskiego. Mówiąc najbardziej obrazowo w zdrowym egoizmie chodzi o to, by przyznać sobie prawo do własnych potrzeb oraz do dbania o ich zaspokojenie bez poczucia winy! Zdrowy egoizm ściśle łączy się asertywnością. Tyle tylko, że tę ostatnią także często niewłaściwie rozumiemy. Kiedy zapytać o to, co ona właściwie znaczy większość z nas powie, że to umiejętność mówienia „nie”. „Sprowadzenie asertywności do umiejętności powiedzenia „nie” to jakieś wielkie nieporozumienie.”, tłumaczy psycholog, Joanna Heidtman. „Jeżeli mówimy o granicach, powinniśmy mówić przede wszystkim o absolutnie fundamentalnej dla naszego funkcjonowania wiedzy na temat samego siebie. Wiedzy o tym, kim jesteśmy, co nam służy, a co szkodzi. Ale także, gdzie kończę się „ja” a zaczynają się „oni”, czyli inni ludzie oraz ich strefa komfortu.”, mówi psycholog.

Anna powieliła sposób zachowania swojej matki, a z obserwacji wynika, że to problem, który dotyczy wielu kobiet. Czy rzeczywiście to ta płeć ma większy niż mężczyźni problem z realizowaniem zdrowego egoizmu i byciem asertywnym? „Nie lubię uogólnień, ale zdecydowanie coś jest na rzeczy”, tłumaczy Joanna Heidtman. „Myślę, że dzieje się tak z dwóch powodów. Jednym z nich jest właśnie element wychowania. W tym tradycyjnym modelu przekaz o ważności bycia grzecznym kierowany jest zdecydowanie częściej do dziewczynek niż do chłopców. Więc, jak tu się buntować skoro to oznacza odrzucenie przez rodzica? A potem – jak wyznaczać granice, skoro nigdy wcześniej nie zostały one ustalone w procesie rozwojowym? Drugi powód który sprawia, że kobietom częściej zdarza się wchodzić w rolę poświęcającej się jest taki, że kobiety podczas autorefleksji zdecydowanie szybciej niż mężczyźni dochodzą do poczucia winy. Czyli, jeżeli coś trudnego zdarza się w ich życiu, doświadczają jakiejś porażki, to mają większą skłonność, pisze o tym Martin Seligman, psycholog nurtu humanistycznego, do tzw. przeżuwania niepowodzeń. Czyli, pytania co ze mną jest nie tak, że coś nie wyszło? To kobiety mają też większą skłonność do ruminacji, czyli takiego ciągłego powracania do porażki, wątpliwości, co do jakości swoich poczynań, zamiast iść dalej i działać. Więc, jak złożyć te dwa elementy razem, powstaje nam dość solidny grunt pod brak asertywności, nieumiejętność wyznaczania i obrony swoich granic”, mówi Heidtman.

Bez poczucia winy

Asertywności bezapelacyjnie trzeba się nauczyć! Bo to umiejętność, dzięki której ludzie są w stanie otwarcie wyrażać swoje myśli, potrzeby, uczucia, i – co bardzo ważne – dzieje się to bez odczuwania wewnętrznego dyskomfortu i poczucia winy.

Warto zacząć od poznania siebie, od rozpoznania swoich potrzeb, kiedy odkryjemy jakie one są, kolejnym etapem będzie danie sobie prawa, by dbać o ich zaspokojenie. I to wcale nie oznacza, że teraz, nagle, zamiast dawać, mamy zacząć tylko brać. Nic podobnego! Bycie zdrowym egoistą nie kłóci się z ideą dawania. Chodzi raczej o to, żeby unikać ciągłego poświęcania się, uwzględniać potrzeby i swoje i innych ludzi. Być dla innych wtedy, kiedy płynie to z wewnętrznej potrzeby a nie z przymusu czy strachu przed odrzuceniem. Zdrowy egoizm pod każdym względem wzbogaca relacje międzyludzkie. Ponadto pozwala poczuć swoją wartość! A kiedy ją czujemy wysyłamy innym klarowny komunikat – „jestem ważna”. Otoczenie, szybciej niż sądzimy, go przyjmie…

  1. Styl Życia

Hildegarda z Bingen. Czego może nauczyć nas średniowieczny coach?

Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ. To jest fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy - idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o życiu po śmierci, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy – mówi Barbara Ravensdale, terapeutka certyfikowana z duchowości hildegardiańskiej. Przekonuje, że wizja świętej z XII wieku jest nadal aktualna.

Jesteś twórczynią Technologii Wielowymiarowej – metody opartej na duchowości świętej Hildegardy z Bingen, która żyła tysiąc lat temu. W jaki sposób jej duchowość może być dla nas inspirująca, żywa?
Hildegarda była fenomenalną kobietą. Budowała klasztory. Nauczała. Tworzyła muzykę. Znała się na medycynie. Uzdrawiała. Jako jedyna kobieta w swoich czasach miała zgodę na głoszenie kazań w klasztorach męskich, co chętnie robiła. Jako pani po siedemdziesiątce objeżdżała Europę z kazaniami. Była autorytetem moralnym, etycznym, intelektualnym. Jej rady zasięgał m.in. cesarz niemiecki Fryderyk Barbarossa. Za pontyfikatu papieża Benedykta XVI została uznana świętą i – jako czwarta kobieta w historii – została doktorem Kościoła. Papież uznał, że jej wizje są wciąż drogowskazem dla całej wspólnoty katolickiej. Dla mnie jej nauki, przekazy są nieustająco żywe. Mówiła i pisała, że naszym zadaniem tu, na ziemi, jest respektowanie praw duszy. To dusza jest naszym centrum zarządzania. Nie dając jej przewodnictwa, pozbawiamy się ogromnej części naszego potencjału: świadomości, szczęścia i zdrowia. Dusza schodzi na ziemię po lekcje, aby wzrastać, hartować się. Konfrontujemy się z różnymi ziemskimi strachami – o przetrwanie, pieniądze, prestiż – jednak istnieją wartości ducha i to one są najważniejsze. Wzrastamy duchowo, gdy poszerzamy świadomość, rozwijamy wewnętrzną siłę.

Twoja przygoda ze świętą zaczęła się od tego, że kilkanaście lat temu jako rzutka bizneswoman pojechałaś do Niemiec, w Alpy na szkolenie, organizowane przez Stowarzyszenie św. Hildegardy…
Pojechałam tam z pobudek merkantylnych. Jestem właścicielką Ośrodka „Siódmy Las”, w którym proponuję kuracjuszom diety oczyszczające. Pragnęłam poznać detoks orkiszowy świętej Hildegardy, która była (i jest) znana z ogromnej wiedzy na temat ziół, zdrowego jedzenia, diet. Mentorka, która prowadziła szkolenie z diety, okazała się specjalistką z duchowości hildegardiańskiej. Pochłaniałam tę wiedzę, robiłam notatki, próbowałam obejmować rozumem to, czego się dowiadywałam. Jestem absolwentką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, chodziłam na pielgrzymki do Częstochowy, jednak wtedy w Alpach miałam wrażenie, że otwierają się przede mną światy dotychczas nieznane, moja świadomość się poszerzyła. Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ, jak realną jakością jest dusza. To właśnie fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy – idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o tym, że jak ktoś umiera, to idzie do nieba, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy. Nie rozumiemy, że to wszystko jest żywe w nas.

Dlaczego nie rozumiemy?
Ponieważ nie poszerzamy świadomości, nie rozwijamy tego potencjału. A on jest dostępny. Tam są skarby: bezmiar zdolności, talentów, radości, szczęścia. Raj, który mamy. W sięganiu do tego potencjału nie ma nic złego. Wręcz przeciwnie.

Pierwsza przychodzi chyba świadomość, że jest dużo, dużo więcej niż to, co widzimy i czujemy na co dzień…
Ta świadomość daje niesamowitą ulgę. Czasem mówimy, że istnieje druga strona życia… Ale tak naprawdę nie ma drugiej strony, wszystko jest w nas. Śmierć jest rozdzieleniem ciała fizycznego i świetlistego, jednak ta świetlista świadomość istnieje cały czas. Kontakt z nią to największe odkrycie mojego życia.

„Mamy wszystko na planecie Ziemia do tego, aby przeżyć życie w szczęściu” – pisała Hildegarda. To bardzo nowoczesne podejście. Możemy być szczęśliwi teraz, nie w wieczności.
Mamy w taki sposób rozwijać swoją świadomość, żebyśmy mogli współpracować z pragnieniami duszy, rozpoznawać je i dawać im pierwszeństwo. W koncepcji Hildegardy jesteśmy fuzją dwóch materii – fizycznej i świetlistej, czyli ciała i duszy. W czasie ziemskiej wędrówki mamy nauczyć się, w jaki sposób współpracować z duszą, ponieważ to dusza wprowadza boskie światło do ciała fizycznego, przepełnia je energią życia. Tę boską promienistą energię Hildegarda nazywała Viriditas. Viriditas przenika cały wszechświat. Gdy przepełnia nasze ciało fizyczne, czujemy się świetnie, zregenerowani, pełni życia. To znak, że nasza dusza jest zadowolona.

Czym zadowolić duszę?
Naszym zadaniem jest odkryć swoją misję, powołanie poprzez poszerzanie świadomości. Hildegarda mówiła, że sensem życia człowieka jest rozwój, zwiększanie dostępu do światła w swojej świadomości. Jej fenomen polegał na tym, że była w stanie wizytować wyższe stany świadomości, a jednocześnie wykonywać codzienne czynności.

Jako przeorysza benedyktynek zarządzała klasztorem, ogarniała mnóstwo bieżących spraw, pisała, a w tym samym czasie rozmawiała z przewodnikami duchowymi, słyszała śpiewy anielskie. Ponieważ działała w takiej jedności, mówi się o niej „trzeźwa mistyczka”. Hildegarda była niezwykle aktywną kobietą. Oderwała zakon żeński benedyktynek od męskiego, czym naraziła się na wściekłość możnych jej czasów.

Zakonników mężczyzn.
Tak. Cała kontrowersja wobec niej polegała na tym, że była kobietą silną, stanowczą, upartą, gdy chodziło o jej wewnętrzną prawdę. Działała jak silny mężczyzna. Miała – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – kwantową świadomość. Mówiła, że wszystko w naszym wszechświecie jest energią. To właśnie w wyższych wymiarach znajdowała odpowiedzi na pytania, siłę do działania, pewność siebie. A także wszelką wiedzę – na temat stworzenia świata, kontaktów człowieka z Bogiem, czyli teologii, antropozofii, kosmologii. Na temat ziół, medycyny, uzdrawiania. Była znaną jasnowidzką i uzdrowicielką. Wiedzę tę dyktowała swojemu sekretarzowi Wolmarowi. Jej książki były i są tłumaczone na całym świecie.

Tak mocno wierzyła w swoje wizje, przekazy z wyższych wymiarów, że nie obawiała się przeciwstawić ówczesnej władzy, instytucjom kościelnym. Na przykład udzieliła schronienia szlachcicowi podejrzanemu o morderstwo, za co została ukarana przez biskupów z Moguncji różnymi zakazami – zakazem śpiewów, bicia w dzwony itp. Była pewna, że jest niewinny. Gdy umarł, pochowała go na klasztornym cmentarzu, także wbrew władzom. Potem okazało się, że to ona miała rację; szlachcic był niewinny.

To się nazywa wierność sobie, swojej prawdzie.
To jest jakość, której życzę każdemu z nas. Wtedy właśnie wzrasta nasza wewnętrzna moc, następuje ten rozwój, po który dusza schodzi tu, na ziemię. My – tak jak Hildegarda – bardzo często jesteśmy wystawieni na naciski z zewnątrz, ze strony różnych instytucji, autorytetów, jesteśmy uwikłani finansowo, prestiżowo, towarzysko. I – jakże często – odstępujemy od naszej wewnętrznej prawdy, żeby kogoś nie zawieść, żeby nie zostać ukaranym, nie stracić stanowiska, prestiżu.

Wybory duszy różnią się od wyborów dokonywanych przez ograniczoną ludzką istotę. W jaki sposób zmieniły się twoje wybory?
Przede wszystkim przestałam oczekiwać, że świat coś mi da. Odkryłam, że to ja mam do dania coś wartościowego i wcześniej czy później zostanie to zauważone. Zaczęłam odnosić sukcesy w życiu osobistym i biznesowym, gdy przesunęłam świadomość od wymagań i żądań w kierunku doceniania i wdzięczności. Byłam osobą, która bała się śmierci. Czasami budziłam się o trzeciej nad ranem z wewnętrzną trwogą, w bezdechu. Jakby mi ktoś lał ołów w żyłę. W tej chwili inaczej postrzegam życie. Człowiek ze świadomością wielowymiarową zyskuje dystans do ziemskich strachów. Wie, że gdy coś się psuje, rujnuje, jest w tym lekcja. I jeśli wtedy nie przestraszymy się, na pewno wyjdziemy z tarapatów zwycięsko. Gdy kogoś spotykam, widzę w nim wyjątkową duszę. Cieszę się dziećmi, drzewami, ziemią, niebem, całym boskim stworzeniem. Widzę piękno tego stworzenia. Hildegarda bardzo szanowała fizyczną energię; była radosną osobą, śpiewała, dbała o ciało. Pisała, że ciało to szata duszy i że to dzięki niemu dusza realizuje się tu, na ziemi. Szanujmy radość i piękno, które nas otacza – taki jest przekaz Hildegardy. Radość regeneruje wewnętrznie; czujemy się swobodnie, bezpiecznie, mamy energię.

Na czym polega twoja autorska terapia wielowymiarowa?
Na świadomości, że jesteśmy obywatelami ogromnego uniwersum i w związku z tym możemy być w kontakcie ze wszystkim. Wszystko jest w nas. Wszelkie nasze niedomagania są spowodowane frustracjami duszy, zaciemnieniami energii. Możemy wejść do wyższych światów i z miejsca tej poszerzonej świadomości dotknąć ciemności w nas. Hildegarda pisała, że miłość jest siłą porządkującą wszechświata. Doświadczamy tego w terapii wielowymiarowej.

Z miłością, czułością i współczuciem dotykamy wszelkich bolesnych miejsc w sobie, a wtedy następuje transformacja na poziomie energetycznym; wracamy do zdrowia. Transformacja na poziomie energetycznym natychmiast przekłada się na kondycję komórek w ciele, dosłownie odżywia łańcuchy DNA.

Trzeba jednak chcieć zbliżyć się do tych ciemnych miejsc w nas.
„Odważnie realizuj swój potencjał” – pisała Hildegarda. Nie zakopuj talentów. Rozwijaj je. Nie oglądaj się na nikogo. Nie czekaj. Działaj – bez względu na to, co ludzie powiedzą; bez względu na wszystko. A jednocześnie rozpoznaj swoje lekcje, zrób porządek wewnątrz siebie, odzyskaj wolność, pogodę ducha. Zmierz się ze swoimi lękami, bo nigdy nie jesteś sam; cały wszechświat cię wspiera.

Talenty to nasze duchowe możliwości.
Oczywiście. Czujemy impuls, pragnienie, do czegoś nas ciągnie. Nie lekceważmy tego. Talenty są bezpośrednio związane z rozwojem duszy: dusza pragnie stworzyć coś na ziemi. To mogą być proste rzeczy – założenie ogrodu, pisanie, malowanie, hodowanie papużek. Pójść za pasją duszy to dać sobie ogromną porcję radości.

Duchowość Hildegardy to duchowość małych rzeczy, codziennej radości. Dbaj o swoje szczęście, zdrowie, o rozwój świadomości pisała. Każdy dzień jest ważny, każda chwila.

Jakbyśmy dziś powiedzieli: bardzo proaktywna duchowość.
Tak, każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje.

  1. Psychologia

Egoizm a egotyzm. Czy dobrze być w związku egoistką? – wyjaśnia Katarzyna Miller

Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Zamiast myśleć o tym, jak przestać być egoistą, warto postawić na zdrowy egoizm. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. (fot. iStock)
Po pierwsze: nie dbaj o niego. Zamiast tego doceń to, co on już ma i co potrafi. A dbaj o siebie i wasz związek – mówi psycholożka Katarzyna Miller. W rozmowie z Joanną Olekszyk wyjaśnia różnicę między kochaniem a matkowaniem, egoizmem a egotyzmem, poświęcaniem się a kompromisem oraz pomiędzy altruizmem a obłudą.

Egoizm i miłość – czy to może w ogóle iść w parze? Jak przestać być egoistą?
Bardziej wierzę w egoizm niż w miłość. I równie mocno wierzę w altruizm. Ludzie mają przecudowne, czysto altruistyczne odruchy, ale wtedy, kiedy się ze sobą dobrze czują. Kiedy są zdrowi i zaspokojeni, kiedy mają ten naddatek, który mogą ofiarować. Czasem słyszę od czytelników pytanie, zadawane z taką boleściwą troską: „Ale dlaczego pani tak popiera egoizm – to przecież taka niemoralna postawa?”. Nosz obudźcie się, kurde! Przestańcie być zakłamani, przestańcie być nieprawdziwi, przestańcie się bezsensownie poświęcać! Poza tym niektórzy tylko mówią, że tak nie podoba im się postawa egoistyczna, a sami są szalenie egoistyczni. Dlatego jestem oburzona oburzeniem innych, tym koszmarnym stereotypem, który nie pozwala ludziom się zatrzymać i zastanowić nad tym, co oni w ogóle mówią. Moim zdaniem to takie popłuczyny po XIX w., kiedy się opowiadało kocobuły o tym, że człowiek żyje dla wszystkich innych tylko nie dla siebie. A przecież każdy z nas dostał tylko swoje własne życie do dyspozycji.

Postawami, które powinniśmy piętnować są nie egoizm a egotyzm i egocentryzm, dlatego, że są skierowane przeciwko innym ludziom. Egotyzm i egocentryzm, w odróżnieniu od egoizmu, zakładają, że inni są dla mnie. Że mają się starać, by mnie było jak najlepiej. A jak nie jest, to mam prawo mieć pretensje. Podobnie jak mam prawo mieć żądania czy roszczenia. Nie muszę prosić, nie muszę dziękować, nie muszę się starać...

Czym w takim razie jest egoizm?
To zwyczajnie dbanie o siebie. Czyli PODSTAWA. Nikt nie może tego zrobić za nas i nikt nie ma tego w obowiązku. Poza rodzicami, i to tylko w naszym dzieciństwie. Potem – nikt. Oczywiście ktoś może chcieć ci coś dawać czy opiekować się tobą, bo cię lubi, kocha i się z tobą przyjaźni – ale tylko w ramach tego, czym dysponuje. A jeżeli człowiek jest spokojny, łagodny, zadowolony z siebie i wie, czym dysponuje, to wie też, co ma w naddatku. Ta tzw. wartość dodatkowa, mówiąc po marksowsku, jest właśnie do rozdania, dla ludzi. Zasada jest taka: „im więcej mam swojego, tym więcej mam wartości dodatkowej”.

Kiedy dajesz z tego naddatku, to nie interesuje cię, czy ktoś ci kiedykolwiek to odda albo choć podziękuje.
Podziękować powinien. Mamy umieć czuć wdzięczność i ją wyrażać! Ale nie czekasz, aż oddadzą, bo dajesz na zasadzie: „poślij dalej, innym ludziom”. Natomiast co innego, kiedy się poświęcasz, kiedy sobie czegoś ujmujesz.

Wtedy dajesz, ale jakby w zastaw.
I tylko patrzysz, kiedy ci zaczną zwracać, kiedy ci zaczną za to robić coś ekstra, kiedy się okaże, że jesteś osobą niebywale wyjątkową i niezbędną. Ja to nazywam „pułapką poświęcenia”. Jeśli tak dajesz, to lepiej przestań, bo jest ryzyko, że nigdy nie dostaniesz z powrotem i tylko cię to sfrustruje.

Altruiści dają i jakby od razu zapominali, że dali.
Bo to ich nic nie kosztuje. Jeżeli ktoś wyrywa sobie spod brzucha, spod serca, spod głodnego gardła coś, co by chciał zjeść, to patrzy na tego drugiego i myśli: „Jezu, on spożywa moje, on mi tu szamie mój obiadek. To ja powinienem wcinać to jedzonko, ale oddałem je, by...” No właśnie, by poczuć się lepszym, zaimponować komuś, wkupić się w czyjeś łaski albo coś ukryć, na przykład to, że wcale go nie lubisz. Ludzie robią takie rzeczy. I gdzie tu altruizm?! To zwykły fałsz.

A ten, kto dostał, ma problem. Zarówno jak obiadek nie będzie mu smakował, jak i kiedy będzie wcinał go ze smakiem.
Niektórzy rodzice mówią do dzieci: „Wy macie dziś wszystko, myśmy nie mieli nic”. To się cieszcie, że wasze dzieci mają tak dobrze. Ale też nie dawajcie im wszystkiego, bo kto kazał? Dajcie im tyle, by miały swobodne życie, resztę niech sobie same zdobędą. Możecie im opowiedzieć, jak wam kiedyś było źle, bo to jest bardzo ciekawe, jak żyli rodzice, ale nie na zasadzie „Smarkacze, wam mlekiem i miodem płynie”, bo to boli i nie jest prawdą, nawet jeśli dzieci mają łatwiej i więcej.

Tacy rodzice sami sobie nie dali tego, czego nie dostali?
Oni zwyczajnie nie potrafili sobie tego dać POTEM. Dają za to swoim dzieciom, ale po to, by dzieci im oddały. A dzieci po to mają dostawać, by przekazywać dalej.

Czyli egoizm jest ukróceniem tej pokrętnej drogi „Ja daję tobie, żebyś ty dał mi”.
Tak jest, to najlepszy na świecie przykład bycia wprost. Wyobraź sobie, że ktoś przychodzi do ciebie i mówi: „Pożycz mi pieniądze”. „Ile?”, „500 zł”. „500 nie mam, pożyczę ci 100. Możesz sobie pożyczyć od każdego po 100 zł i ci się uzbiera”. Możesz też powiedzieć: „Nie pożyczę, bo nie mam” albo „Nie pożyczę, bo nie chcę”.

Mamy chyba problem z odmawianiem.
Mamy też problem z tym, ile możemy zrobić dla swoich rodziców, kiedy zaczną potrzebować opieki. Ja wiedziałam od początku, ile jestem w stanie zrobić dla taty, a ile dla mamy. Dla taty gotowa byłam siedzieć przy łóżku i sama się nim zajmować, mamie za to zapewniłam dobrą, specjalistyczną opiekę. Dzieci to wiedzą i czują. Są rodzice, dla których zrobią bardzo dużo, a dla innych nie będą w stanie. Niestety, niektóre dzieci są nauczone zaprzeczać swoim odczuciom. I potem, w dorosłym życiu, taka najmniej kochana córeczka nadal stara się o uznanie mamy i znosi ją z jej humorami. Druga, ta ukochana córeczka, wyjechała za granicę, bo była na tyle sprytna, by oddalić się od kłopotów, i jest nadal przez mamę uwielbiana i stawiana wszystkim za wzór: „Moja córka jest w Anglii, świetnie się urządziła”. A ta, co została, by opiekować się mamą? Słucha tego wszystkiego i jeszcze przynosi mamie basen do łóżka, poganiana: „A co się tak guzdrasz, jak zwykle?”. Mama nadal nie dostrzega niekochanego dziecka, nadużywa go, poniewiera nim i nie dziękuje.

A dziecko poświęca się na próżno.
Ono poświęca się dla iluzji, że w końcu zostanie uznane.

Nie sądzisz, że to kobiety mają większą tendencję do poświęcania się? Może to krzywdzące dla mężczyzn...
To wcale nie jest krzywdzące dla mężczyzn. To stwierdzenie faktu. Mężczyźni są bardziej egoistyczni, bo matki ich tak wychowują, że mogą na to sobie pozwolić. Czasem idzie to u nich nawet w egocentryzm. Nie na darmo mamy przecież wiek Narcyza! Neurotyzm jako norma przeszedł już do historii – prawdziwy neurotyk to dziś perełka zdrowia psychicznego (śmiech).

Dużo się mówi o Narcyzach, rzadko o Narcyzkach.
Ponieważ kobiety, z jakiegoś niewiarygodnego rozpędu ciągle robią te same rzeczy, czyli ciągle oddają siebie. Nasz problem to nie narcyzm, tylko bycie ofiarą.

I skąd to w nas się bierze? Z wychowania? Historii?
Z jednego i drugiego. Z toksycznego przykładu i wzorca, który przechodzi z pokolenia na pokolenie. Prababcia, babcia, matka, córka, wnuczka i prawnuczka dostały ten sam przekaz. Masz oddać siebie całą na ołtarzu rodziny i dzieci, a jednocześnie twoją udręką i władzą ma być kontrola wszystkiego i wszystkich. Stąd się biorą te słynne: „A to go pani samego puściła?” albo: „Trzeba było go krótko trzymać”, co oznacza w praktyce zero zaufania, głównie w kwestii tego, czy przy tobie zostanie.

Straszy się nas, że jeśli nie będziemy mężowi nadskakiwały i go kontrolowały, to on pójdzie sobie do innej. I pytamy potem psychologów: a skąd brać pewność, że on zostanie?
A psycholodzy, a ja to już na pewno, odpowiadają: znikąd. Natomiast wiem, skąd czerpać spokój w kwestii tego, że jeżeli on będzie chciał być z inną, no to trudno. Ten spokój można wziąć tylko z siebie. Bazowa myśl jest taka: "Po co mu inne, skoro ja jestem taka fajna?". To jest ta pewność, o którą pytasz.

I za taką pewność siebie kobiety cię kochają, tylko nie wiem, ile z nich jest w stanie powiedzieć to o sobie...
Ja wiem, że one jeszcze nie wszystkie potrafią, bo nie popracowały nad sobą tak jak ja to zrobiłam. Ja miałam te same obawy, co one. Naprawdę. Często i wszędzie o tym mówię. Pamiętam, jak szłam na randkę i bałam się, że się mu nie spodobam. Dopiero po latach doszłam do tego, że gdybym mu się nie podobała, toby się ze mną nie umawiał. Powtarzam to wszystkim dziewczynom: jeżeli twój chłop jest z tobą, macie wspólne sprawy, wraca do domu - to o co ci chodzi, kobieto? Jest z tobą. Dlaczego wątpisz w to, że on chce z tobą być?

Niedawno byłam w radiu, gdzie rozmawiałam na temat książki "Instrukcja obsługi faceta". Był tam bardzo fajny młody dziennikarz i czytelnicy pisali do nas maile. Napisała też pewna dziewczyna: "Mam zabójczo przystojnego faceta, do tego cudownie się ubiera. Dlaczego on jest ze mną? Co prawda odrażająca nie jestem, ale przecież on mnie może zostawić. Podoba się wszystkim moim koleżankom". Płakać i krzyczeć mi się chce, jak ona się traktuje. Przecież to zgroza! Taki negatywizm. No i co ja mam jej odpowiedzieć? "Przecież wybrał cię, widział, nie miał chustki zawiązane na oczach". Kochane, zrozumcie jedno: faceci się nie poświęcają! To jest pierwsza podstawowa rzecz na temat ich egoizmu. Tylko my jako te, co się zwykle poświęcamy, im nie wierzymy. Jeżeli kobieta jest uczona, że musi oddać pół siebie, żeby on ją chciał, to jeśli potem on ją chce, to ona czuje, że coś tu jest nie tak, bo to znaczy, że albo ma mu oddać pół siebie, albo że to jakiś podstęp.

Jak postępować z afcetem egoistą? Możemy się tego egoizmu nauczyć od mężczyzn?
Możemy, jeśli będziemy myśleć i wyciągać wniosku. Na przykład z tego, jak faceci radzą sobie z dziećmi. Strasznie mi się podobało, jak Miłosz Brzeziński odpowiedział kiedyś swojej córce. Zośka przychodzi do niego i mówi: "Tatusiu, tak mi się nie chce lekcji odrabiać, och, jak mi się nie chce. Co ja mam zrobić?". A on na to: "To odrabiaj z niechęcią". Jakie to jest mądre. I proste. Boisz się coś zrobić? To rób to z lękiem. Bój się i rób. Ojcowie często też mówią: "A co z tego, że nie ma obiadu, zamówimy pizzę", "Co z tego, że ma nieposprzątane w pokoju, posprząta jutro".

Takie "olewcze" podejście niektóre mamy wkurza. Zamiast się wkurzać mają pomyśleć: "Jakie to genialne"?
Ale najpierw zobaczyć, co je naprawdę wkurza, bo wkurza nas coś w sobie, coś, na co sobie nie pozwalamy. Czyjeś tolerancyjne słowa czy zachowania dotykają naszych nieprzerobionych rzeczy, tzw. cienia, czegoś, co głęboko schowaliśmy i nie chcemy tego tykać. A to niekoniecznie muszą być złe rzeczy, to mogą być pochowane skarby. Nam rodzice zabraniali być "jakimiś", czyli tak naprawdę zabraniali być sobą. Dlatego, kiedy schodzisz gdzieś głęboko w swoje zakamarki, to tak naprawdę odnajdujesz samą siebie. Wkurza cię, że on olewa? Też poolewaj.

Ja na przykład mam problem z tym, żeby odwołać spotkanie, mimo że jestem bardzo zmęczona.
A mężczyźni mówią: "Nie dam rady, jestem zmęczony". Oni, w większości, dają sobie prawo do tego, żeby im się nie chciało. Ale choć mnie samej bardzo się podoba takie podejście, by nie zmuszać się do czegoś, na co nie mamy ochoty czy sił, to uważam, że pomiędzy asertywnością a lekceważeniem umów przebiega cienka granica, trzeba być przytomnym i uważnym. Jeśli spotkanie jest ważne - warto się jednak zwlec.

Są sytuacje, w których trzeba siebie trochę odłożyć na bok i tę drugą osobę postawić na pierwszym miejscu. Jak wtedy przestać być egoistą?
Są takie sytuacje i bardzo ważne, że o nich tu wspominamy. Druga osoba może być chora albo coś w jej życiu się rozjechało - oczywiście są też takie osoby, które zawsze są chore i zawsze chcą, by się nimi zajmowano - ale nie o takich sytuacjach mówimy. Tylko na przykład o takich, kiedy kobieta rodzi dziecko i jest jej potrzebne większe wsparcie albo młoda para przechodzi kryzys i potrzebuje o tym porozmawiać, a nie słuchać rad innych.

A taka sytuacja: ona i on w tym samym momencie dostają propozycję wymarzonej pracy, przy czym jedna z nich wiąże się z wyjazdem za granicę.
No, to są bardzo trudne dylematy. Nie można nikomu doradzić, co ma zrobić w takiej sytuacji. Każdy musi sam zdecydować, co dla niego w tym momencie jest ważniejsze. Zwłaszcza jeśli dla jednego i drugiego taka praca to spełnienie marzeń. I co będzie straszniejsze: odrzucenie takiej oferty czy jednak mieszkanie osobno, kilkaset kilometrów od siebie.

Doszłyśmy chyba do tematu kompromisów.
Kompromisy są niezbędne w związku. Rzadko się przecież zdarza, że ludzie się tak dobiorą, że będą bardzo dużo lubić tego samego. Ja znam jedną taką parę. Są zgodni prawie we wszystkim. Poznali się jeszcze w szkole, złapali za rączki i już nie puścili.

Szczęściarze! U zwykłych zjadaczy chleba nawet banalne wyjście do kina może spowodować konflikt interesów.
Mój Edek czasem mnie woła: "Chodź, chodź, taki fajny film oglądam". Sensacyjny? - pytam. Thriller? A to nie idę. Chyba że się skuszę. "Tożsamość Bourne'a", którą Edek oglądał z siedem razy, też chętnie obejrzałam ze trzy. Sama czasem namawiam go na tzw. babski film - ostatnio poszliśmy na "Paryż może poczekać". Bardzo nam się obojgu podobał i mieliśmy fajny, ciepły wieczór.

Przywykło się myśleć o kompromisach, że w ich ramach każdy musi coś poświęcić, ale z tego, co mówisz, wynika, że tu chodzi o to, by każdy coś dostał...
Zawsze musi być wymiana, nie może być samego dawania albo samego brania - wtedy robi się krzywa sytuacja. Ja jadę z tobą do twojej mamusi na Boże Narodzenie, a ty ze mną na Wielkanoc do mojej, a za rok sami sobie jedziemy na święta do Chamonix. I to jest kompromis. Zdrowy człowiek, jeśli jest egoistą, to się cudnie z innymi ludźmi dogaduje, żeby im było fajnie z nim, a im z nim. Na zasadzie "Ja jestem OK, ty jesteś OK".

Jeśli nie umiesz zadbać o siebie, jak zadbasz o innych?
O to, o to! Bo na czym polega empatia? Na tym, że rozumiesz czyjeś uczucia, nie, że ogromnie przejmujesz się nimi, ale że wiesz, co to jest za rodzaj przeżycia, bo sam go doświadczyłeś. Dlatego masz poszanowanie dla swoich uczuć i uczuć innych.

Postawa "Ja jestem nie OK, a ty jesteś OK" to postawa ofiary, "Ja jestem OK, a ty nie OK" to postawa Narcyza, psychopaty, a "Ty jesteś nie OK i ja jestem nie OK" to postawa ludzi, którzy już w nic nie wierzą, straceńców.

Sądzę, że kiedy słyszymy "Bądźmy bardziej egoistyczni", to myślimy, że teraz się nie będziemy musieli starać.
Ale przecież jeśli kogoś kocham, to się postaram, dla niego. Na spotkaniach autorskich w takich momentach odzywa się głos z sali, oczywiście męski: "Ale co to znaczy? Że żona nie będzie dbać o męża?", "To wy będziecie takie egoistki, zajęte tylko sobą?". Ja pytam: "A chcesz mieć taką żonę, co wisi na tobie i od ciebie wszystkiego oczekuje?". "No nie chcę". "W takim razie jesteś egoistą. Każdy jest. Nie ma co wmawiać sobie, że jest inaczej".

Jak się zdziwił dziennikarz z radia, o którym wspominałam, gdy w "Instrukcji" przeczytał radę: "nie dbaj o niego". Jak to "nie dbaj"? Spytałam: "Czy woli pan mieć dziewczynę czy mamusię?". A on: "No jasne, że dziewczynę!" "No właśnie drogie panie... Trzeba rozpoznać, co nasz mężczyzna potrafi, docenić to, ucieszyć się z tego, używać, szanować go za to i być wdzięczną. A resztę, która nam jest potrzebna, dać sobie samej, z satysfakcją!

Zwykle kiedy chcemy, żeby ktoś inny, bliski o nas zadbał, to i tak potem nie jesteśmy zadowoleni. Bo on może i zadba, tylko że na swój sposób - da nam to, co mu się wydaje, że będzie dla nas dobre, albo to, czego on sam potrzebuje, nie my. Jak postępować z facetem egoistą?
Wszystko, co robimy, robimy z myślą o sobie. Nawet w takiej sytuacji jak zdrada. Ja zawsze powtarzam kobietom: "On nie poszedł do łóżka z tamtą panią, by cię skrzywdzić, on to zrobił dla siebie. Nie jesteś dla niego pępkiem świata, to on jest dla siebie pępkiem świata". One czasem dopiero wtedy się wkurzają: "Aha, czyli ja jestem nieważna". "No na pewno jesteś dla niego mniej ważna niż on jest dla siebie". I tak powinno być. Ty też powinnaś być dla siebie ważniejsza niż on. On ma być dopiero na drugim miejscu.

Czyli: nie dbaj o niego, ale...
Zauważaj go, zrozum go, bądź otwarta na niego, uzgadniaj z nim różne rzeczy, poznaj jego punkt widzenia. A dbaj o siebie i wasz związek.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). Książki Katarzyny Miller do nabycia w naszym sklepie internetowym.

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.