1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zaopiekuj się dzieckiem w sobie!

Zaopiekuj się dzieckiem w sobie!

fot. Getty Images/ Gallo Images
fot. Getty Images/ Gallo Images
Niezależnie od tego, czy masz dzieci, czy nie – jesteś rodzicem. Mieszka w tobie bowiem mały człowiek, który odzwierciedla wszystkie twoje marzenia, uczucia i tęsknoty. Twoje Wewnętrzne Dziecko potrzebuje opieki, miłości i akceptacji, ale też określonych granic i obowiązków. Inaczej się zbuntuje lub zamknie w sobie. Tym samym odetnie cię od twojej najgłębszej i najbardziej instynktownej natury – mówi psycholożka Katarzyna Miller w kolejnym odcinku cyklu Szkoła Sensu.

Niezależnie od tego, czy masz dzieci, czy nie – jesteś rodzicem. Mieszka w tobie bowiem mały człowiek, który odzwierciedla wszystkie twoje marzenia, uczucia i tęsknoty. Twoje Wewnętrzne Dziecko potrzebuje opieki, miłości i akceptacji, ale też określonych granic i obowiązków. Inaczej się zbuntuje lub zamknie w sobie. Tym samym odetnie cię od twojej najgłębszej i najbardziej instynktownej natury – mówi psycholożka Katarzyna Miller.

Ludzie różnią się między sobą na wielu poziomach. Wyglądem, charakterem, płcią, wrażliwością, gustem, statusem… Odróżnia nas także dziecko, jakie mamy w sobie. Ja na przykład mam w sobie dużo beztroskiego, chcącego sie bawić i łaknącego przyjemności dziecka. Powiedziałabym nawet, że taki ciągły bachor jestem. Niektórzy mają w sobie dziecko zahukane, nieszczęśliwe, zakute w dyby, stłumione albo wytresowane. Inni przeciwnie – rozhulane, rozkrzyczane, niszczące innych. Jeszcze inni –  pogodne, wesołe, grzeczne, ciepłe i egoistyczne w ten cudowny i naturalny sposób, czyli wynikający z tego, że siebie zna oraz siebie czuje i po prostu chce, żeby mu było fajnie. To, co się dzieje z naszym Wewnętrznym Dzieckiem, zawsze jest odbiciem tego, co się dzieje z dzieckiem prawdziwym, które przyszło na świat, czyli z nami w dzieciństwie. Jeśli dziecko dało się w dzieciństwie zasmucić, to jego Dziecko będzie smutne, jeśli się dało przestraszyć – będzie przestraszone.

Wszyscy przychodzimy na świat z naturalnym, niewinnym dzieckiem w sobie. I ono żyje w nas cały czas, niestety, przeważnie w nieco odmienionej postaci. Dlaczego? Ano dlatego, że w wyniku wychowania i socjalizacji to realne, prawdziwe dziecko zostaje zarzucone tym wszystkim, czego się od nas wymaga, tymi nieustannymi „należy” i „nie wypada”. Słyszy je w domu, w szkole, na podwórku. A ponieważ jest tylko dzieckiem, ulega im i zaczyna się dostosowywać, stopniowo zmieniając swoją prawdziwą naturę. Już bardzo małe dziecko dokładnie wie, czego inni, a zwłaszcza rodzice, od niego chcą. Nawet jeśli mu tego nie mówią wprost. A zwykle chcą, by było inne niż jest. Na przykład dziecko – to prawdziwe – dużo biega, bo jest motoryczne, ale jego rodzice, którzy są z natury flegmatyczni, tego nie znoszą. Mówią: „Nie biegaj, denerwujesz mnie, posiedź trochę spokojnie”. I ono się powstrzymuje przed aktywnością, a często nawet z tego powodu popada w apatię. Zamraża siebie i zamraża to energiczne dziecko w sobie, z jakim się urodziło. Ludzie czasem przypominają sobie po latach: „Przecież ja malowałam, tańczyłam, śpiewałam, a na podwórku robiłam z dziećmi teatr. A teraz? Gdzie się podziała tamta dziewczynka?”. Ona tam cały czas jest!

Ucieczka z fabryki gwoździ

Kiedy Wewnętrzne Dziecko nie jest słuchane i szanowane, potrafi przypomnieć o swoim istnieniu. Dzieje się to na przykład wtedy, gdy o uwagę domaga się nasz organizm. Kiedy zaczynamy chorować, to tak naprawdę choruje nasze dziecko. Jest nieszczęśliwe, niewysłuchane, niewypłakane, nierozumiane – więc choruje. Wewnętrzne Dziecko to nasza najczystsza natura, nawet nie charakter, tylko coś głęboko pod nim. Charakter to coś, co się wykształca w nas przez lata. Składa się z rzeczy, na które człowiek się zgodził i które w sobie wybudował. Natomiast Dziecko to instynkt, to uczucia.

Jeśli odzywa się w nas po latach dojmująca tęsknota za czymś, co dawno temu utraciliśmy, taki mocny emocjonalny ból oraz poczucie, że niczego nie osiągnęliśmy i wszystko jest bez sensu – to też znak, że woła do nas Wewnętrzne Dziecko. Bo ono zawsze wyraża najgłębsze uczucia i marzenia.

W pewnym starym francuskim filmie syn fabrykanta gwoździ marzy, by wyjechać do Paryża i studiować malarstwo. Ale słyszy od ojca: „Nie ma mowy, przejmujesz fabrykę gwoździ”. I syn poddaje się, robi to, czego od niego oczekuje ojciec. Kiedy jednak kilkanaście lat później dorasta jego syn, daje mu pieniądze i wysyła go do Paryża. Na co syn z płaczem: „Ale ja chcę prowadzić fabrykę gwoździ”. To świetny przykład na to, jak rodzice znają swoje dzieci. Dorosły syn chciał być dobry dla swojego Wewnętrznego Dziecka i na siłę chciał uszczęśliwić własnego syna. A przecież mógł sam pojechać do Paryża, gdy jego ojciec umarł. Tylko on z siebie zrezygnował, jego Wewnętrzne Dziecko już nie miało na to odwagi. Bardzo dużo ludzi samych siebie opuszcza. Gdy są młodzi, obiecują sobie, czego to nie będą robić, kiedy dorosną, a potem? Żyją tam, gdzie nigdy nie chcieli mieszkać, z ludźmi, których nie lubią, robiąc rzeczy, których nie cierpią.

Teatr trzech postaci

Są dzieci, które się dają złamać przez wychowanie, a są takie, które się nie dają, bo mają w sobie siłę. Większą niż rodzice. Są też dzieci nieznośne, takie, które nie dojrzały, chcą nadmiarowo i nie liczą się z innymi. Robią się z nich wielkie bachory, które nie mają silnie wykształconych mądrych Wewnętrznych Rodziców. W zależności od tego, jak odbywa się nasze wychowanie, to w dorosłości może się w nas odzywać głównie Wewnętrzne Dziecko, głównie Wewnętrzny Rodzic albo głównie Wewnętrzny Dorosły. To wszystko określenia zaczerpnięte z analizy transakcyjnej.

Wewnętrzny Rodzic kształtuje się głównie na wzór naszych prawdziwych rodziców. Oczywiście najlepiej, gdyby był ciepły, wspierający, kochający, rozumiejący i akceptujący. Częściej jednak mamy Rodzica surowego, krytycznego, czasem nawet nienawistnego czy niszczącego. I jeśli radosne dziecko trafi na surowego Rodzica, który się w nas wykształcił w trakcie wychowania, to będzie ciągle słyszało od niego: „A co tobie się wydawało? Że karierę teraz zrobisz?!” albo: „Sama sobie jasteś winna”. I jeśli nie jest wystarczająco silne, da się stłamsić. Znam mnóstwo osób z bardzo niedobrym Wewnętrznym Rodzicem. Ich Wewnętrzne Dzieci ledwo żyją. Może też zdarzyć się, że Wewnętrzne Dziecko tak sie rozhula, że zwycięży z Rodzicem, który usunie się w kąt. Takie osoby w dorosłym życiu nie liczą się z innymi i podejmują mnóstwo ryzykownych działań.

Jest jeszcze trzecia wewnętrzna postać, ona kształtuje się najpóźniej, na bazie naszych doświadczeń i nauki, a często się marnie kształtuje, bo ci realni rodzice mówią: „Słuchaj tylko matki i ojca”, albo Wewnętrzne Dziecko tak hula, że liczy się tylko ono. Ta trzecia postać to Wewnętrzny Dorosły. Swoisty komputer, który wszystko pamięta. Używa określeń: „opłaca się – nie opłaca się”, „warto – nie warto”. Dorosły to analityk, księgowy, racjonalizator. Rodzic mówi: „wolno – nie wolno”, „powinnaś – nie powinnaś”, „wypada – nie wypada”, „to jest ładne, a to brzydkie”, „świat jest dobry” albo „świat jest zły” – czyli daje wskazówki, nakazy i zakazy, normy oraz oceny.  Z kolei Dziecko jest czystą emocją, pragnieniem, doznaniem, chęcią. Jego komunikaty to: „chcę – nie chcę”, „lubię – nie lubię”, „o, jakie pyszne!”, „nienawidzę tej pracy”, „uwielbiam taką pogodę”, „no, może być”. Tu nie ma miejsca na osąd czy racjonalną analizę.

Wszystkie te postaci mają swoją rolę do odegrania i wszystkie powinny w harmonii występować w naszym wnętrzu.

Patologia w rodzinie

Zwykle mamy w sobie wykształcone wszystkie trzy postaci, a jedna jest dominująca. Kiedy dominacja jest nadmierna i dochodzi do zaburzenia wewnętrznej harmonii, pojawiają się nadużycia i nieszczęścia.

Kiedy dominuje Rodzic – a jest wtedy najczęściej krytyczny i opresyjny – Dziecko jest stłamszone, smutne i przybite. A Dorosły milczy. Taki człowiek nie potrafi czerpać z życia przyjemności, tłumi w sobie uczucia, nie wie, czego chce i na co ma ochotę. Kieruje się tym, czego inni od niego chcą, i jest pełen lęku.

Gdy dominuje Wewnętrzny Dorosły, człowiek staje się nad wiek poważny, a często i zgorzkniały. W jego głowie pojawiają się zwykle takie refleksje, jak: „Nie warto się tym ekscytować, bo i tak się skończy” albo: „A co będę wyjeżdżać, przecież wszędzie jest tak samo”, „Ja tam już się nigdy nie zakocham, nic mnie już nie cieszy, nie bawi i nie dziwi”, „Ja już na nic nie czekam”. Taka dominacja Dorosłego pojawia się wtedy, gdy prawdziwi rodzice byli bardziej surowymi myślicielami niż doznaniowcami, co oznacza, że byli bardzo konsekwentni w tym, by gasić w dziecku emocje, intuicję i przeczucia, za to uczyć je patrzenia na życie z punktu rozsądku i rozwagi. Co nie jest wcale takim złym punktem, pod warunkiem że nie zastępuje odczuwania i nie zabiera prawa do przyjemności.

Jeśli w naszym podejściu do życia przeważa Wewnętrzne Dziecko, to zachowujemy się jak takie wieczne siedemnastki, co to wszystkich się słuchają i nie mają swojego zdania, nie potrafią też wziąć na siebie odpowiedzialności. Z drugiej strony kiedy przeważa Rodzic – tej odpowiedzialności jest zbyt dużo.

Chodzi więc o to, aby wszystkie postaci były dopuszczone do głosu, by wszystkie mogły pełnić swoją rolę i żeby się dogadywały. By Dziecko się zachwycało i chciało próbować nowych rzeczy, aby Rodzic wspierał ale i wyznaczał granice, a Dorosły pomagał dojść do kompromisu pomiędzy „chcę” a „nie wolno”.

Twórczy konflikt

Nasze wewnętrzne postaci są ze sobą w nieustannym kontakcie, a często sporze. Kiedy na przykład Dziecko czegoś bardzo chce, ale mu to szkodzi, to surowy Rodzic (słusznie, ale niepotrzebnie z negatywną oceną) mówi: „Głupi jesteś, nie widzisz, że to dla ciebie złe?”. Dobry Rodzic (też z oceną, ale pozytywną) mówi natomiast: „Mądry jesteś, to nauczysz się, że ci szkodzi”. Czyli Dziecku rączka się wyciąga, na co Rodzic: „A ta rączka to po co?”. Wtedy może zabrać głos Dorosły: „Po pewne rzeczy warto wyciągać rączkę”. Czasem Dorosły mówi do Rodzica: „Nie opłaca się, żeby ona tam nie poszła i nie sprawdziła. Jeśli tego nie zrobi, nie będzie wiedziała, czego chce”. Oczywiście on to mówi w pierwszej osobie, bo te wszystkie głosy to my. I to pomiędzy nami w trzech postaciach toczą się wewnętrzne kłótnie. Kiedy człowiek wsłucha się w siebie, to je znajdzie. Chodzi o to, by do nich dopuszczać, by te postaci się w nas otwarcie, uczciwie spierały, bo to będzie tylko z korzyścią dla nas.

Powiedzmy, że dostajemy jakąś propozycję, na przykład propozycję małżeństwa. Pytamy więc naszego Wewnętrznego Dziecka. Ono powie, czy chce, czy nie, jakie uczucia to w nim wywołuje. Powie dajmy na to: „On mi się bardzo podoba”. Na co Rodzic może wtrącić: „Wiesz, ale tacy, co się bardzo podobają, zwykle podobają się wszystkim, będziesz miała męża, którego baby będą rwały”. A Dziecko na to: „To fajnie, będą mi zazdrościć”. Rodzic: „Tak, to jest przyjemne”. I tu wchodzi Dorosły: „A pamiętasz to małżeństwo, które poznałaś na wakacjach?”. Dziecko: „Tak, pamiętam i trochę się boję, że on mnie może zdradzać, jak taki atrakcyjny”. Dorosły: „A pamiętasz, jak spotkałaś na przyjęciu jeszcze inną parę? On był piekielnie przystojny, ale wpatrzony tylko w nią. Co więc ma do rzeczy uroda?”.

Dobre życie

Nie o to chodzi, że my w dorosłym życiu nie słuchamy swojego Wewnętrznego Dziecka, tylko że my nim nie żyjemy. Rodzic powinien swoje dziecko przede wszystkim znać – i ten realny, i ten wewnętrzny. Wiedzieć, że niekiedy potrzebuje czasu dla siebie, a innym razem chce umówić się z przyjaciółką na pogaduszki, popłakać sobie, zjeść coś dobrego, wyjść na dwór albo nie chcieć nic robić cały dzień.

Jeśli nie znamy swojego Wewnętrznego Dziecka, to tak naprawdę nie wiemy, czego chcemy. I nie potrafimy sobie tego dać. Są tacy ludzie – oduczeni kontaktu ze sobą, ciągle tylko sami siebie strofują i dyscyplinują: „Jak ty wyglądasz?”, „Nie mów tak głośno”, „Najpierw obowiązek, potem przyjemność”. Znów powtórzę: nie chodzi więc o to, by zachować Dziecko w sobie, bo ono w nas już jest, tylko by je uznać i dać mu prawa, żeby z nich korzystało. Aby miało przyjemności, ale też obowiązki, i je lubiło. Oczywiście, jeśli damy się Dziecku rozzuchwalić, to trzeba je ograniczyć, ale nie mówimy wtedy: „Jesteś wredna”, tylko: „Nie hulaj tyle”. Działa to zwłaszcza w kwestiach finansowych.

Jeśli masz jakiś wewnętrzny konflikt, to tak długo go rozpracowuj, aż wszystkie trzy osoby w tobie się zgodzą. Bo gdy jest ci źle, to zwykle twojemu Dziecku jest źle. Wtedy Rodzic powinien się zainteresować, czemu jest źle. A Dorosły rozsądzić, co opłaca się z tym zrobić.

Ważne jest, by nasze życie było dobrym życiem dla naszego Dziecka, czyli by było w nim nie za dużo pracy i obowiązków, żeby był też odpoczynek i zabawa. A już najlepiej by było dobre dla wszystkich trzech postaci: aby była w nim energia działania, przyjemność i zabawa (Dziecko), miłość, opieka i dobry wzór (Rodzic) oraz  umiejętność korzystania ze swojego doświadczenia (Dorosły).

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak odnaleźć swoją wewnętrzną Czułą Przewodniczkę? Rozmowa z terapeutką Natalią de Barbaro

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). (Fot. Adam Pliszyło, materiały prasowe wyd. Agora)
Składamy się z różnych kawałków i rozmaitych wewnętrznych postaci. Niektóre skrywamy, inne chętnie prezentujemy światu. Ale kim tak naprawdę jesteśmy? Natalia de Barbaro, psycholożka, mówi, że jeśli wciąż zadajemy sobie to pytanie, to znaczy, że potrzebujemy przewodniczki. Czułej Przewodniczki. 

Kim jest Czuła Przewodniczka, o której piszesz w swojej najnowszej książce?
Na wiele sposobów mogłabym odpowiedzieć na to pytanie. Na przykład, że jest metaforą naszej wewnętrznej mądrości. Tym z nas, które lubią myśleć i czuć w kategoriach wewnętrznych postaci, powiedziałabym, że jest jej bardzo blisko do postaci, którą Clarissa Pinkola Estés, autorka „Biegnącej z wilkami”, nazwała „Kobietą, Która Wie”. Czyli wewnętrzną strukturą, która jest mądrzejsza, życzliwsza i bardziej czuła niż nasze odruchy wobec siebie.

A tym, które nie znają książki Estés, powiedziałabyś, że Czułej Przewodniczce jest blisko do intuicji? Do Wewnętrznego Dorosłego, znanego z Analizy Transakcyjnej?
Z określeń, które już znamy, jest jej rzeczywiście najbliżej do intuicji. Na pewno to też struktura bardziej dojrzała, ale tak naprawdę to jest pytanie do każdej kobiety lub też każdego mężczyzny, którzy mają gotowość zamknąć oczy i sprawdzić, jaką postać przyjmują w nich ich Czułe Przewodniczki czy Czuli Przewodnicy. Moja Czuła Przewodniczka nie jest taka sama jak twoja. Mam aspirację, by ta książka była końcem nitki, którą można złapać i po niej dojść do kłębka. Z mojego doświadczenia wynika, że jeśli będziemy pytać o zewnętrzne wskazówki, jak ją w sobie odkryć, zamkniemy sobie drogę do wewnętrznego poznania.

Podtytuł książki: „Kobieca droga do siebie” sugeruje, że często tę drogę do siebie tracimy. Dlaczego?
Dziecko, które się rodzi, jest w całkowitym kontakcie ze sobą, potem jednak, dorastając i dopasowując się do pewnych wzorców czy ról, rozpoczyna drogę do świata, ale od siebie. Nie wiem, czy zaryzykować hipotezę, że dzieje się tak bardziej w przypadku kobiet niż mężczyzn, ale mam przeczucie, że tak. Czuła Przewodniczka jest kimś, kto w momencie, kiedy jesteśmy już bardzo daleko od siebie, staje na naszej drodze i – jeśli ją dostrzeżemy – mówi: „Mogę cię poprowadzić z powrotem”. I nie jest to droga, która wiedzie do przodu, raczej w głąb.

Czuła Przewodniczka jest tylko jedną z wewnętrznych postaci, o których piszesz. Opisujesz też trzy siostry: Potulną, Królową Śniegu i Męczennicę. To one nas tak trzymają we władzy, że zapominamy o sobie?
Przede wszystkim zachowujemy się różnie zależnie od okoliczności. Wyobraźmy sobie, że na zebraniu dyrektor unosi krytycznie brew, a ja wtedy, nawet często nieświadomie, kulę się pod jego wzrokiem. I teraz tak: mogę to zauważyć albo nie, a kiedy już to zauważę, mogę mieć na to nazwę czy metaforę albo nie. Ja tę postać nazywam Potulną. Wiem i widzę, że jest pewnym mechanizmem, który się we mnie pojawia w reakcji na czyjeś konkretne zachowanie, a skoro to wiem i widzę, mogę świadomie podjąć decyzję, czy tak się chcę zachować. Bo jeśli kulę się kilka razy dziennie, to wzmacniam w sobie Potulną, a nie swój mocny głos, zdaję się na pewną strategię, której się nauczyłam, więc nie żyję swoim życiem. Przestrzeń wolności, co świetnie opisywał Stephen Covey,  zawsze leży między bodźcem a reakcją.

Dla mnie w metaforze Czułej Przewodniczki jest istotny ten pierwszy człon: ona jest czuła. To nie jest GPS, to nie jest algorytm, który beznamiętnie szuka najkrótszej trasy. Czuła Przewodniczka pomaga nam przekształcić Potulną, Męczennicę i Królową Śniegu.

Jest coś, co łączy te trzy wewnętrzne postaci, te trzy strategie?
Wszystkie powstały w paradygmacie braku i są oparte na strachu. Potulna się kuli, bo chce uniknąć czyjegoś gniewu czy dezaprobaty. Królowa Śniegu boi się, że jeśli nie będzie zasuwać w zawodach, których wynik jest jej duchowo obojętny, to zniknie z powierzchni tego świata, a Męczennica czuje, że jeśli nie piecze o północy muffinków do szkoły dla dzieci, to nie spełnia jakiegoś przepisu na kobiecość; że jeśli się nie będzie poświęcać dla innych, to nie dostanie miłości.

Z lęku żyjemy życiem, które nie jest zgodne z nami.
Dla mnie zawsze bardzo bolesne jest, kiedy słyszę kobiety, które mają do siebie pretensje o to, że są nieszczęśliwe, choć mają zaznaczone wszystkie punkty ze swojej checklisty. Mówią: „Mam fajnego męża, świetne dzieci, pracę, dom, więc jak to jest, że budzę się rano i coś we mnie wyje?”. A przecież obiecywano im, że jeśli spełnią cudzy przepis, to będzie dobrze.

Droga powrotna to jest naprawdę żmudna praca, a nie jakaś magia polegająca na tym, że kupię sobie poduszkę z napisem „Love yourself” i będę miała robotę zrobioną. Ta praca polega między innymi na tym, żeby codziennie odwoływać się do wewnętrznej struktury, która jest czuła, mądra i przyjazna.

Swojej książki nie kończysz jednak w tym miejscu...
Wierzę, że pod czułym spojrzeniem Przewodniczki mogą dokonać się pewne przekształcenia. Potulna może zmienić się w Dziką Dziewczynkę, idącą za swoimi potrzebami, pragnieniami i za radością. Królowa Śniegu – w Dorosłą, spokojną i pewną swoich zasobów kobietę. A z Męczennicy, która czuje, że musi się poświęcać, powstaje Serdeczna, która daje wtedy, kiedy ma (a przede wszystkim daje uczucie i wchodzi w bliskie relacje), a kiedy nie ma, to idzie odpoczywać.

To jest właśnie najciekawsze: te postaci nie są z gruntu złe, kiedyś nas ratowały, zresztą nadal to w pewnym stopniu robią, tylko ich myślenie jest przestarzałe. My nie mamy z nimi walczyć czy się ich pozbywać, ale je przekształcać.
Taka jest idea. Operuję metaforą, to nie jest tak, że jakby mnie rozpruli, to znaleźliby siedem kobiet – czyli trzy przed przekształceniem, trzy po i Przewodniczkę – ale wierzę, że mamy w sobie różne głosy i postaci, mamy też wybór, za którymi z nich pójdziemy, które wzmacnimy, a które będziemy się starały zmieniać.

Niektórzy powiedzą, że taką pracę łatwiej jest wykonać, kiedy twoje dzieciństwo było jasne i pogodne. Wiele kobiet ma jednak doświadczenie dzieciństwa diametralnie różnego.
W dobrym dzieciństwie też się zdarza ból, a w złym – też się zdarza dobro i ciepło. To nie tak, że wszystko jest czarno-białe. Ja mam 50 lat, więc poznałam już, co to lęk, smutek czy ból, chociaż rzeczywiście mam świetnych rodziców i jestem w kochającym się małżeństwie. Można jednak powiedzieć, że im trudniej ktoś miał – a znam wiele kobiet, które miały o wiele trudniej niż ja – tym większa potrzeba pewnej sprawiedliwości dziejowej, czyli tego, by w tę drogę powrotną ruszyć. Jednym z najokrutniejszych mechanizmów, jakie działają na świecie, jest dla mnie to, co Freud nazywał przymusem powtarzania. Czyli: miałeś ciężko, to dalej też będziesz miał ciężko, bo już to znasz.

Na warsztatach dla kobiet, które prowadzę, widzę cudowne osoby, które są pełne miłości i ciepła do własnych dzieci, choć same tego nie zaznały w dzieciństwie. Mówią: „Widzę, że moja babcia traktowała moją mamę tak, jak moja mama traktowała mnie, a teraz ja mam córkę i nie chcę się na to godzić, nie chcę tego powtarzać”. W tym jest ogromna odwaga, świadomość i mądrość. One chcą przerwać coś, co  nazywam berkiem pokoleniowym.

Przez wiele lat pracowałaś, i nadal czasem pracujesz, z managementem, firmami, światem biznesu, w pewnym momencie jednak poczułaś, że chcesz robić warsztaty tylko dla kobiet. Sądzisz, że to one bardziej tego potrzebowały czy ty?
Twoje pytanie pochodzi z energii, która mnie częściowo męczyła. Białe-czarne, albo-albo. Jungiści nazywają ją „energią męską”, choć nie jest to energia „mężczyzn”. Moja dobra koleżanka, Maja Kuczmińska z „Tygodnika Powszechnego”, kiedyś powiedziała, że potrzebujemy pajęczyny, nie drabiny. A ten świat jest światem drabiny. W naszym kręgu kulturowym dominuje energia męska, energia działania, inicjowania, rywalizacji, a my wszyscy, nie tylko kobiety, potrzebujemy też energii kobiecej, czyli energii więzi, dialogu, uważności, powolności; energii, która nie mówi „albo-albo”, ale „i to, i to”. I taka jest też moja odpowiedź na twoje pytanie: zarówno ja, jak i one, myślę, tego potrzebowałyśmy.

Wiele kobiet pisze i mówi, że twoja książka trafiła w idealny moment w ich życiu. W mój też.
Piszą i mówią o trzech rzeczach: że płakały się i śmiały na przemian, że to jest książka o nich i że trafiła w idealny moment w ich życiu. I że kupią ją swoim przyjaciółkom, co chyba najbardziej mnie wzrusza. Bo jest świadectwo tego, jaka więź jest między kobietami.

Zaczęłam ci zazdrościć snów. Moje nie są takie ciekawe. Są raczej ścinkami z dnia codziennego.
Piszę tylko o najfajniejszych, też mam dużo takich o mieleniu codzienności. Że nie mogę gdzieś dojechać albo że prowadzę moje warsztaty dla kobiet, na które przychodzą sami faceci, i nie wiem, co z tym zrobić. Ten drugi sen często się powtarza. Może to przesłanie na temat tego, co czeka mnie w przyszłości?

Z tej zazdrości miałam ostatnio jeden sen. Śniło mi się, że wpadam do rwącej rzeki, która mnie niesie coraz dalej. Jestem przerażona, nie mam się czego złapać i czuję, że nadchodzi wielka fala. Mówię sobie: „no nic, trzeba się temu poddać”. I się poddaję. Fala mija, a ja delikatnie opadam na suchy brzeg.
To, co zrobiłaś w tym śnie, jest bardzo zen. I przypomina mi pewne ćwiczenie, które lubię robić w samolocie, kiedy ląduje i zaczyna gwałtownie hamować. Pierwszym odruchem ciała jest się wtedy spiąć, a ja właśnie staram się kompletnie rozluźnić, jak kot, który spada z trzeciego piętra. To jest bardzo ciekawe ćwiczenie dla ciała: że możesz wybrać rozluźnienie. Coś takiego właśnie zrobiłaś w swoim śnie. To jest dokładnie to, o czym mówi Pema Chödrön, mniszka buddyjska: „Relax in the middle of the storm”, czyli: odpręż się w samym środku burzy. To najmądrzejsze, co można zrobić. Staram się to, z różnym skutkiem, ćwiczyć.

Opowiedz o warsztatach „Własny pokój”. Jak rozumiem nazwa wzięła się od apelu Virginii Woolf?
Zgadza się. „Własny pokój” to przestrzeń spotkania kobiet, które chcą stanąć przed pytaniem: Kim ja jestem? Czym ja jestem? Ale kim, czym jestem poza rolami, które odgrywam. Pracujemy metodą kolażu, bo kobiety są na ogół wielowymiarowe, nie da się tego oddać jednym rysunkiem. Kleimy się ze skrawków, a potem kminimy nawzajem swoje autoportrety, żeby odsierocić te kawałki siebie, na które nie miałyśmy zgody, bo Potulna, Królowa Śniegu czy Męczennica mówiły w nas: „Nie pokazuj tego”. Idziemy więc w stronę przeciwną niż wstyd.

Sama też lubię robić kolaże. Raz na kilka miesięcy czuję potrzebę, żeby wykleić siebie – to mój rytuał i sposób na to, by cały czas być w kontakcie ze sobą. Zaznaczam, to nie jest mapa marzeń, bo ona zakłada, że nie jesteś w tu i teraz.

Podejrzewam też, że dobór zdjęć do takiego kolażu – w odróżnieniu od mapy marzeń –  nie bierze się z głowy, a z serca. Sklejasz coś, co ciebie porusza.
Dokładnie tak. Przyjedź na moje warsztaty!

Z chęcią. Nasza rubryka nosi nazwę Mentorki. Jakie są twoje?
To nie jest moje ulubione słowo, bo to znów kawałek pochodzący z hierarchicznego świata – jest ktoś, kto wie, i ktoś, kto nie wie i dopiero ma się dowiedzieć. Wolę świat kręgu, w którym siedzimy razem, równi, równe.

Czyli… siostry?
Tak, wolę słowo „siostry” albo chociaż „nauczycielki”. Było dużo ważnych kobiet w moim życiu. Moja mama – bardzo czuję, że jestem z niej. Moje babcie, Marysia i Bajaszka, moje wspaniałe ciotki, Maria i Magdalena. Moje przyjaciółki. Ale też nauczycielki duchowe – Pema Chödrön, Byron Katie, Clarissa Pinkola Estés, Marion Woodman, Brené Brown, Elizabeth Lesser. Muzyczki – Joni Mitchell, Kate Bush, Tori Amos. Pisarki i poetki – Tokarczuk, Strout, Adichie, Carson, Rich. Setki innych. Mam wdzięczność wobec każdej z nich.

Natalia de Barbaro, psycholożka, socjolożka, trenerka umiejętności społecznych. Prowadzi warsztaty dla kobiet „Własny pokój” oraz sesje coachingowe. Właśnie ukazała się jej książka „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora). Natalia de Barbaro, „Czuła Przewodniczka. Kobieca droga do siebie” (wyd. Agora).

  1. Psychologia

Źródło radości jest w każdym z nas. Rozmowa z Katarzyną Miller

Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Aby doświadczyć prawdziwej radości, należy zdrowo traktować siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów - zaleca psychoterapeutka Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Jest w każdym z nas, choć nie zawsze mamy do niego łatwy dostęp. To nasze źródło radości. Dzięki niemu umiemy dostrzec promień słońca w najciemniejszej rozpaczy. Psychoterapeutka Katarzyna Miller radzi, jak wyćwiczyć umiejętność bycia dzieckiem.

Podczas jednego z naszych live'ów ktoś spytał cię, dzięki czemu zachowujesz pogodę ducha, nawet w ciężkich czasach. Odpowiedziałaś: "Dzięki małym radościom".
Dzięki małym radościom, czemuś śmiesznemu i dzięki poczuciu humoru - dzięki temu całemu zakresowi uśmiech znów pojawia mi się na twarzy. Nawet kiedy jestem bardzo zdołowana, a zobaczę coś zabawnego albo słodkiego (bo co najbardziej lubią dziewczynki? małe kotki, małe pieski i małe dzieci) - już poprawia mi się humor. Ale to może być też piękny obraz przyrody albo nastrojowa muzyka. Oczywiście człowiek w trudnych momentach traci czasem inteligencję i zapomina, czym się ratować. Ale kiedy sobie przypomni i na przykład puści sobie piękną ścieżkę muzyczną, od razu jest różnica. No puść sobie na przykład takiego Kacpra Kuszewskiego, jak w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" udaje Marię Callas. Pan Kacper powinien mnie chyba uznać za honorową przewodniczącą jego fan clubu. Bo każdemu, kogo spotkam, każę oglądać go w tej roli. Sam jest w niej niebywale piękny i niebywale pięknie śpiewa. Bardzo wielu artystów w tym programie mnie zachwyciło.

I kiedy tak słuchasz pana Kacpra...
...zapominam absolutnie o wszystkim. W ogóle gdy słucham muzyki, zapominam o wszystkim. Zaczynam tańczyć albo się naglę wzruszę w taki przyjemny, tkliwy sposób. Tkliwość to już nie jest taki czarny dół, prawda? Mieści się w niej pewna doza radości, nawet jeśli główna nuta brzmi smutno. Muzyka bywa tak piękna, że można się popłakać. Dobrze też robi na smutek wzruszający, mądry film. Bo mój stan rozpływa się w czymś wspólnym, ludzkim.

Płacz potrafi być dobry i oczyszczający, niekiedy jest nawet konieczny. Natomiast stanem, którego bardzo nie lubię, o czym zresztą już kiedyś ci mówiłam, jest rozpacz. To dla mnie najgorsze uczucie. Nie lęk, a rozpacz. Zdarza mi się czasami, ale na szczęście nie tak często, żeby się załamać.

Na dnie takiej rozpaczy czasem trudno dojrzeć światło...
A skąd się bierze ta "nieprzepuszczalność"? Jak zwykle z przyzwyczajenia, z wyuczonego nawyku. Jeśli byliśmy zmuszeni, by w dzieciństwie długo ćwiczyć przystosowywanie się do: lęku, poniżenia, zagrożenia, bezsilnej złości czy osamotnienia - to mamy na sobie taki kożuch albo grubą, zbitą pierzynę, w dodatku sfilcowaną. Ohydne, prawda? I ta pierzyna oddziela nas od wszystkiego innego. Mogę uderzać w pierzynę albo głaskać ją czule, bez znaczenia, bo ty nic nie czujesz. A jeśli widzisz kogoś, kto się śmieje i cieszy, to uważasz, że albo udaje, albo "nie ma żadnych problemów". A przecież nie ma ludzi bez problemów! Tylko komuś tak poszkodowanemu czy uszkodzonemu na emocjach trudno uwierzyć, że to możliwe, żeby ktoś miały problemy i, mimo to, się cieszył...

Wiesz, jaką radość ogromnie lubię odczuwać? Kiedy ktoś, kto przyszedł do mnie na terapię w kołdrze albo zbroi (kołdra jest nawet lepsza do pracy niż zbroja, bo ktoś w zbroi czuje się silny, a w kołdrze jest tylko zamulony), po pewnych czasie zaczyna się czuć inaczej. Na przykład pierwszy raz czuje brak lęku albo radość właśnie... I mówi: "Niemożliwe! Naprawdę to czuję".

Historyczny moment, należy go zapisać w kalendarzu i na zawsze zapamiętać. Oczywiście trzeba też wiedzieć, że ten moment nie będzie trwał długo, bo to zaledwie pierwszy promień słońca. Niektóre dziewczyny mówią: "Całe dwa tygodnie byłam szczęśliwa, ale potem mi niestety przeszło". Na co ja odpowiadam: "Kochana, to jest i tak bardzo długo, doskonały wynik, to znaczy, że świetnie się przyjęło". No ale to nie może trwać i trwać. Skoro latami były rozpacz i smutek. Teraz trzeba się skupić na ćwiczeniu wprawiania się w ten nowy, dobry stan i na utrwalaniu go. Istnieje na to dużo procedur i sposobów. A jednym z zadań jest pilnowanie, by - kiedy wracasz do starych myśli - mówić sobie: "Stop, to już minęło. Jestem w innym miejscu, znam już inny stan". Masz świadomie "przełączać się" na zdrowe traktowanie siebie, nie ganić się za pomyłki i gratulować sobie sukcesów.

Dwie bardzo ważne rzeczy, których nauczyłam się od Krishnamurtiego: nie usprawiedliwiać się i nie potępiać siebie. Zamiast tego: poznawać siebie, rozglądać się po sobie i cieszyć się ze wszystkiego, co znajdziesz; czy to będzie wspaniałe, czy to będzie trudne. Cieszyć się z tego, bo to pokazuje, jakie bogactwo masz w sobie.

Kilkuletnie dzieci mojej przyjaciółki, kiedy wpadają w rozpacz, to jest to rozpacz bezbrzeżna...
Bo dzieci mają taką umiejętność, że są całe w tym, co czują. I na przykład rozpaczają, bo wyjeżdżają po feriach od babci. To nic, że za tydzień znów ją zobaczą, dla dziecka każdy wyjazd jest jak na zawsze, tak bardzo są w "tu i teraz".

...ale ta rozpacz w jednej chwili mija, bo ktoś się poślizgnął albo dał małego kociaka do ręki.
Łzy jeszcze lecą, ale już się pojawia uśmiech. I na tym polega bardzo przydatna, także dorosłym, umiejętność bycia dzieckiem. Bo my dzieckiem - wewnętrznie - jesteśmy do końca życia, tylko nie wszyscy z tego korzystamy. Nie wszyscy mamy do tego dojście, a często też sobie na to nie pozwalamy, bo nie wypada. Albo myślimy: "Obrywałam jako dziecko, nie będę już dzieckiem". Bo może jeśli się śmiałaś, to mogłaś w twarz dostać. A kiedy tatuś być wściekły, to lubił mówić "I co się tak, bachorze, śmiejesz? Zaraz ci zetrę ten uśmiech z twarzy". Nic dziwnego, że takie dziecko zamyka śmiech na trzy spusty. No albo się buntuje totalnie i obrywa, bo to też czasem jest metoda na to, by zwrócili na mnie uwagę.

Radość zawsze pochodzi od naszego Wewnętrznego Dziecka?
Tak, bo dziecko jest od uczuć, od ruchu, od siły witalnej. Mówi się o niektórych ludziach: "rusza się, chodzi, ale jakby był nieżywy". Bo ma w sobie zatłuczone lub schowane Wewnętrzne Dziecko.

Co robisz, gdy ktoś taki do ciebie przychodzi?
Tacy ludzie zwykle do nikogo nie chodzą, bo nie wierzą, że to w ogóle jest coś warte. A jeśli przychodzą, to znaczy, że ich Dziecko się w nich jeszcze kołacze. Że czegoś jednak pragnie, w coś jeszcze wierzy, na coś jeszcze czeka. Że jest w nich nadzieja. I tę nadzieję trzeba ukochać i uszanować, bo to najzdrowsza część. Moje podstawowe myślenie o pomocy jest takie, że ponieważ nas ludzie zatruli, to i ludzie nam muszą pomóc się odtruć.

Jest taka scena w filmie "Buntownik z wyboru", kiedy bohater grany przez Matta Damona po raz pierwszy przychodzi do psychologa, którego gra Robin Williams. Williams przegląda jego kartotekę, w której są opisane wszystkie rodziny zastępcze, które go krzywdziły, oraz rozboje których się dopuszczał. Mówi: "To wszystko nie jest twoją winą". Chłopak wzrusza ramionami: "Wiem". "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog. "Wiem" - mówi już trochę zły chłopak. "To wszystko nie jest twoją winą" - powtarza psycholog, tak długo, aż widać, że pancerz chłopaka opada.
Ten terapeuta z "Buntownika..." to świetna postać, bardzo go lubię i cenię. Opowiem ci moment z mojej terapii. Mówię mojemu terapeucie, że byłam po raz kolejny na wigilii u mamy, gdzie po raz kolejny bardzo źle się czułam. Na co on pyta: "A po co tam jeździsz?". "Jak to, po co? Do domu się jeździ, dlatego, że jest to dom, no i to była wigilia". A on dalej pyta: "Po co? Po co?". Tak długo pytał, aż powiedziałam: "Po wpierdol. Jeżdżę tam po wpierdol. Bo to znam".

Ja i miliardy innych osób musieliśmy się w dzieciństwie po prostu zgodzić na to, co nas spotkało, bo nie mieliśmy innego wyjścia. To taka "strategia na przetrwanie", i ona długo z nami zostaje. To są te wszystkie zbroje, kołdry, maski, fasady. Czasem to są prześliczne, wesołe maski, jak domowa maskotka. Niby podskakuje, na kolankach siada, wszystkim coś miłego powie, zatańczy, zaśpiewa - ale to nie jest prawdziwa radość. Domowa maskotka gra, bo wie, że za to będą głaski albo że dzięki temu nie oberwie. Ciężka praca z czegoś takiego potem się wyrwać.

Takiej osobie trudniej jest dotrzeć do prawdziwej radości?
Strasznie trudno, bo najpierw musi przejść przez prawdziwy smutek i rozpacz, no i zrozumieć okrutną prawdę: "To ja tyle energii, cały swój potencjał ładowałam w TO?".

Joe Biden, amerykański prezydent, doświadczony przez życie rodzinnymi tragediami, kiedy był jeszcze wiceprezydentem, wygłosił mowę do rodzin zmarłych policjantów, w której powiedział, że obiecuje im, że kiedyś spojrzą na zdjęcie syna czy męża, którego teraz żegnają, i się uśmiechną - to będzie znaczyło, że wracają do życia. Radość zwraca nas ku życiu?
No jeśli była to tak wielka tragedia, to tak, na pewno jest to dowód na to, że wychodzimy z mroku. Podobnie jeśli się było w depresji i nagle człowiek zaczyna się znowu rozglądać: na coś ma ochotę, coś mu się podoba. Ludzie sobie często wyrzucają tę pierwszą radość po stracie kogoś kochanego, bo przecież jak można się cieszyć, kiedy go już nie ma? Ale to znak, że jest w nich wola życia. Tamto życie się skończyło, ale przecież ich trwa.

A poczucie humoru? Czymś różni się od doświadczania radości?
Radość jest emocją, poczucie humoru jest bardziej związane z rozumieniem czegoś, z sensem, znaczeniem, pojmowaniem takiej cudownej cechy życia, jaką jest paradoks. Moim zdaniem poczucie humoru to głównie widzenie paradoksów czy tego, o czym uwielbiam mówić, a mianowicie jedności przeciwieństw.

Poczucie humoru nieraz nas ratowało podczas tej pandemii.
Co prawda jest teraz mniej dowcipów opowiadanych z ust do ust, bo ludzie się rzadziej ze sobą spotykają, ale ile memów, ile rysunków i parodii krążących w Internecie! To nasza fajna cecha narodowa. Mnie jest strasznie żal ludzi, którzy mówią: "Z tego się śmiać nie wolno". I dlatego opowiem dowcip o papieżu Janie Pawle II, który właśnie trafił do nieba. Święty Piotr poklepał go po ramieniu i powiedział: "Rozumiem, że musiałeś być bardzo święty na ziemi, ale tu jest niebo, więc powiedz mi: czy jest coś, o czym marzyłeś, a ci się nigdy nie spełniło? Jeśli tak, to tutaj to dostaniesz. Na co papież: "Jest coś takiego. Czerwona corvetta. Marzę o tym, że kiedy do niej wsiądę i przycisnę gaz do dechy, to nikt mnie nie prześcignie". Na co Piotr wręcza mu kluczyki. Jan Paweł wsiada i pędzi, aż mu piuskę zwiewa. Nagle mija go jakiś lansiarski motor z głośnym wiuuuuu. Papież wraca do Piotra rozgoryczony: "Piotrze, przecież obiecałeś. Miałem być najszybszy, a tu minął mnie facet na motorze w czarnej skórze z rozwianym włosem". "A, wybacz, kompletnie zapomniałem, to syn szefa". W niebie jak w życiu.

Ciężko dogadać się z kimś, kto ma inne poczucie humoru, prawda?
Jeśli śmiejesz się z kimś z tego samego, to już wiesz, że odnalazłeś kogoś ze swojej paczki. No i kto ma największe branie u bab? Ten, kto je rozśmieszy. To nas rozbraja. Bo kiedy się śmiejesz, to przestaje cię boleć. Dlatego uwielbiamy ludzi, którzy potrafią nas rozbawić.

Najlepszym przykładem na to jest film "Nietykalni", gdzie spotyka się dwóch bohaterów. Jeden na wózku, ale bogaty, drugi biedny, ale z jakim biglem w sobie. Ten drugi jest pielęgniarzem pierwszego, ale robi więcej, ratuje mu życie. Bo wprowadza do tego życia radość.
Wystarczy, że pomyślę o tym filmie, a już śmiać mi się chce. Ile jest w nim cudownych scen!

Moja ulubiona to ta, kiedy bohater grany przez Omara Sy goli François Cluzeta i jednocześnie próbuje go rozbawić.
Fajna! Ja kocham scenę w samochodzie, kiedy goni ich policja. Pociąga nas radość innych, bo z takimi ludźmi jest nam po prostu łatwiej, przeważnie są tolerancyjni i mają krótką pamięć (śmiech).

A czy my sami możemy zwiększyć swoją podatność na odczuwanie radości? Oglądając takie filmy? Przebywając z takimi ludźmi?
Oczywiście. Jest też mnóstwo procedur czy ćwiczeń, które stosuje się w terapii i na warsztatach służących temu, żeby człowiek wyszedł ze swoich starych kolein i zaczął myśleć inaczej. Wizualizacje, ćwiczenia dla ciała, praca z głosem... I bardzo ważna wskazówka: spróbuj zrobić coś inaczej. Idź inną drogą do pracy, zamów coś innego w restauracji, odpowiedz wściekłemu klientowi inaczej niż zwykle... Albo taka zabawa: Co możesz zrobić z żelazkiem, oprócz prasowania? Do czego jeszcze możesz użyć gazety? Im więcej zastosowań, tym lepiej. Bo radość i poczucie humoru mają wiele wspólnego z kreatywnością.

No i bardzo polecam rozwijanie kontaktu z Wewnętrznym Dzieckiem. Weź zdjęcie samej czy samego siebie z dzieciństwa, na którym się uśmiechasz. Powiedz coś miłego do tej dziewczynki czy tego chłopczyka, przypomnij sobie, jak się wtedy czuli. Zachowaj ten obraz w sobie. No i baw się z małymi dziećmi, to wspaniali nauczyciele radości.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. "Instrukcja obsługi toksycznych ludzi" czy "Daj się pokochać, dziewczyno" (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Psychologia

Wewnętrzny dialog – które części osobowości najczęściej wypieramy?

Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Obrońca - kontroler to część osobowości, z którą najczęściej się utożsamiamy. Wewnętrznych głosów jest jednak dużo więcej. Gdy którąś część naszego „ja” wypieramy, obraca się to przeciwko nam (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Mogą cię przed czymś ostrzegać albo za coś ganić. Doradzać i bronić. Nie sposób ich nie słyszeć, sztuką jest mądrze słuchać. Dialog z wewnętrznymi głosami jest konieczny, by nie odcinać się od życiowej energii.

Twój problem polega na tym... Jesteś beznadziejna, zawsze musisz wynaleźć sobie jakiś problem! Jesteś egoistką. Może byś wreszcie przestała dawać, dawać, dawać! Nie powinnaś tego mówić. Powinnaś być bardziej spontaniczna. Jeśli nie będziesz pracować dwa razy tyle co inni, nic nie osiągniesz. Musisz zwolnić, rozluźnić się. Jesteś wybranką bogów. Jesteś z gruntu zepsuta... Ileż takich komentarzy słyszymy codziennie w swojej głowie? Czy to możliwe, że to my? Tyle pretensji, niezadowolenia, agresji! Tyle sprzeczności! Wszystko dlatego, że nie jesteśmy monolitem, jedną osobowością o ustalonym, spójnym systemie wartości. Jest „nas” więcej, dużo więcej... Schizofrenia? Bynajmniej.

Daj im głos

Idea głosów wewnętrznych jest niemal tak stara jak wiedza psychologiczna. Różni badacze i autorzy posługują się własną terminologią. Colin Sisson, autor książki „Wewnętrzne przebudzenie”, mówi na przykład o „ministrach”, którzy przejmują odpowiedzialność za określone obszary życia. Inni – jak Hal i Sidra Stone’owie, autorzy metody Dialogu z Głosem – używają określenia „podosobowości”. Każda z nich ma inny temperament, inny sposób działania, inne zadanie do wykonania... Nasza psychika składa się z wielu takich podosobowości (lub, inaczej, wzorców energii). Kiedy zaczynamy identyfikować się z którąś z nich, przejmuje ona nad nami władzę.

Jak to się dzieje? Kiedy? W bardzo naturalny sposób. I bardzo wcześnie. Od najmłodszych lat jesteśmy nagradzani za jedne zachowania, a za inne karani. Wyciągamy z tego wnioski, wzmacniając niektóre cechy („ja”), inne zaś osłabiając albo wręcz tępiąc. Być może wyrzucamy za burtę naszego Żartownisia, bo rodzicom nie podoba się, gdy płatamy figle – wolą, żebyśmy zachowywali się poważnie. Albo tłumimy Wojowniczkę, bo „dziewczynkom nie wypada krzyczeć i tupać nogą”.

Nic dziwnego, że jednym z najwcześniej rozwijających się aspektów osobowości jest „ja”, które nas strzeże, nieustannie wypatrując zagrożeń i ustalając najlepszy sposób obrony przed nimi. Jest wcieleniem rozmaitych nakazów rodzicielskich (i społecznych), pilnuje, byśmy przestrzegali reguł, które zapewnią nam aprobatę innych. To „ja” Stone’owie nazywają Obrońcą-Kontrolerem. Twierdzą wręcz, że większość ludzi, używając słowa „ja”, mówi tak naprawdę o swoim Obrońcy-Kontrolerze!

W otoczeniu asysty

Warto się zapoznać także z resztą świty. W przeciwnym razie – mówią autorzy „Obejmując nasze »ja«” – będziemy musieli się pogodzić z rolą obserwatora, „zepchniętego na tylne siedzenie lub, co gorsza, schowanego w bagażniku, podczas gdy różne podosobowości prowadzą samochód naszej psychiki”.

Jak łatwo się domyślić, jedno z naczelnych miejsc zajmuje Wewnętrzny Krytyk, który nieustannie nas beszta i „przywołuje do porządku”. Chętnie współpracuje z Popychaczem (czy, jak kto woli, Poganiaczem). To ta podosobowość, według której działamy za wolno, robimy nie dość wystarczająco, wciąż jesteśmy „do tyłu”. Do tej frakcji należy też Perfekcjonista, lubiący znaleźć przysłowiową dziurę w całym. Wiecznie niezadowolony, bo przecież ideały rozmijają się czasem z rzeczywistością, gdyż trudno robić wszystko na 100 procent...

Kluczem do osiągnięcia spokoju jest – jak zwykle – równowaga. Stone’owie przypominają o takich podosobowościach jak Hipis czy Plażowicz, Kloszard, Leniuch czy Rozkapryszona Gwiazda... Mniejsza o nazwy, wiadomo, o co chodzi – głosy te podpowiedzą nam, jak się zrelaksować i uwolnić od przymusu zdobywania kolejnych odznak i bicia rekordów w przodownictwie pracy. Zamiast identyfikować się z jednym ze spolaryzowanych aspektów osobowości (w tym wypadku „cała naprzód” albo „wrzuć na luz”), warto poznać je oba, a potem świadomie dokonać wyboru, któremu w danym momencie chcemy oddać stery.

Skarby schowane w cieniu

Kiedy pracuje się z podosobowościami podczas sesji Dialogu z Głosem, stają się one bardzo realne. Przyjmują określoną postawę, mimikę, barwę głosu. Nierzadko mają też imię, no i oczywiście własne poglądy, uczucia, aspiracje... Pomysły na to, co dla nas dobre, a co nie, jakich wyborów winniśmy dokonywać. Nic dziwnego, że często dochodzi między nimi do konfliktu interesów. Odczuwamy to jako wewnętrzne rozdarcie, nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy. Im większa stawka, tym większy konflikt i trudniejszy wybór.

Przyjmuje się, że – przy całej swojej różnorodności, złośliwościach i kaprysach – podosobowości są neutralne. Żaden wzorzec energii nie jest z natury dobry czy zły. Rzecz w tym, że niektóre są nam bliższe, oswojone (tzw. podosobowości podstawowe), inne wprawiają w zakłopotanie, niepokoją, jeszcze inne budzą odrazę... Te ostatnie wyłączamy z życia – Hal i Sidra Stone’owie nazywają je „wydziedziczonymi”. Odrzucamy to, co nam się nie podoba, czego nie lubimy, nie znosimy... Mechanizm ten opisują szczegółowo różne szkoły psychologiczne. Według Arnolda Mindella, twórcy metody Pracy z Procesem, każdy z nas tworzy sferę „ja”, z którą się utożsamia i „nie ja”, do której spycha wszystkie odrzucone aspekty osobowości. Według Junga to, co wyparte, staje się częścią naszego cienia... Tu ukrywa się to, co nas mierzi, ale też to, co wydaje się niedoścignionym wzorem i czego nie potrafimy dostrzec w nas samych... Wydziedziczone podosobowości pozbawiają nas energii (to tak, jakby jedna ręka cały czas była zajęta przytrzymywaniem drzwi). Budzą silne emocje. Kiedy widzimy u innych podosobowości, które odrzuciliśmy, pragniemy pozbyć się ich jak najszybciej. Złościmy się, krytykujemy, okazujemy dezaprobatę... Rzecz w tym, że energii nie da się zniszczyć, więc wydziedziczone instynkty zaczynają działać nieświadomie, aż stają się złowrogie.

Pukanie do świadomości

Uważasz, że nie wolno być stanowczym, upominać się o swoje? Że to nieelegancko? Nie zdziw się, jeśli pewnego dnia stracisz zupełnie panowanie nad sobą i wyrzucisz z siebie stek obelg, zupełnie nie przejmując się, że naprzeciwko ciebie stoi szef. Wydziedziczone energie mogą przyjąć formę zaburzeń emocjonalnych czy chorób psychosomatycznych. Mogą też nawiedzać w snach: ktoś próbuje się do nas dodzwonić, wdziera się do naszego domu, jesteśmy ścigani przez oprawców albo dzikie zwierzęta... Pewnej kobiecie na przykład wciąż śniły się dzikie koty, które ją atakowały. Okazało się, że – wychowywana na „przyzwoitą kobietę” – całkowicie zanegowała swoją zmysłową naturę. A ta zaczęła upominać się o swoje, napierać...

Wydziedziczone podosobowości dają też o sobie znać w relacjach. Przyciągamy ludzi, którzy pozwalają nam skonfrontować się z odrzuconymi cechami. I zaczyna się: ataki, oskarżenia, potępienie tego, czego nie akceptujemy w sobie. Niekoniecznie mowa tu o rzeczach ciężkiego kalibru! Weźmy podejście do kwestii porządku. Jeśli pozwolisz przejawić się swojemu Bałaganiarzowi (a któż go w sobie nie ma!), być może zachowanie męża, który znów zostawił skarpetki na podłodze, przestanie cię wreszcie doprowadzać do furii. Zrozumiesz, że to takie... ludzkie. Nie chodzi przecież o to, żeby identyfikować się z wypartą podosobowością, oddawać jej władzę, tylko żeby czasem dopuścić ją do głosu. Wtedy okazuje się na przykład, że szalejący lew ze snu staje się potulnym kociakiem, liżącym nas po twarzy.

Chce chronić, ale się zapędza

Chyba najczęściej wydziedziczaną podosobowością (a przy tym jedną z najcenniejszych, najbliższych naszej najgłębszej istoty) jest Wewnętrzne Dziecko. Zwłaszcza to bezbronne, opuszczone... Nie chcemy być słabi, bezbronni, porzuceni. A chyba każdy z nas kiedyś tego doświadczył... Co można usłyszeć (według Stone’ów) od Wewnętrznego Dziecka, kiedy uda się z nim skontaktować?

Boję się. Chowam się w szafie i mam nadzieję, że ktoś zacznie mnie szukać, ale nikt nie przychodzi, nikt nigdy nie przychodzi. A ja tak bardzo chcę, żeby ktoś przyszedł i poszukał mnie, poświęcił mi trochę uwagi. Nikomu mnie nie brakuje. Chcę, żeby ludzie zauważyli, że znikłam, i żeby to miało dla nich znaczenie.

Jak twierdzą Hal i Sidra Stone’owie, większość podstawowych podosobowości rozwinęła się po to, by chronić Wewnętrzne Dziecko. Taka jest też rola Wewnętrznego Krytyka: on niejako uprzedza cios – wskazuje nam na różne braki i niedociągnięcia, po to, żebyśmy mogli się „poprawić” i uniknąć krytyki zewnętrznej... Chce dobrze, ale często się zapędza – zamiast nas chronić, tak uporczywie tropi wszelkie niedoskonałości, że zaczyna nas zadręczać...

Lepiej niech zdechnie, niż ma żyć w tak ciamajdowaty sposób! Szczerze mówiąc, gardzę nią i nie obchodzi mnie, czy ją zabiję. Zasługuje na śmierć, ta franca!

Rezultat? Czujemy się pozbawieni godności, zagubieni, niepewni siebie, a co więcej, zaczynamy wyzwalać u otaczających nas osób postawę Sędziego. Czyli staje się to, przed czym Wewnętrzny Krytyk chciał nas uchronić – dopada nas surowa ocena innych. Na szczęście podosobowości można oswoić. I niekoniecznie potrzebne są do tego sesje Dialogu z Głosem. Na pewno cenne mogą się okazać ćwiczenia zamieszczone w książkach „Wewnętrzny Krytyk” i „Powrót do swego wewnętrznego domu”. Czasem wystarczy obserwacja siebie, otwartość i odrobina dystansu.

Czego chce dana podosobowość?

Wbrew pozorom, nie jest tak trudno rozpoznać, jaki wzorzec energii dochodzi w danym momencie do głosu. Czy jest to Przymilaczek? Porównywacz? Samolub? Dobra Matka? Winna Córka? Grzeczna Dziewczynka? Nazwy oczywiście są umowne, możesz je nadawać sama. Najważniejsze to zrozumieć potrzeby i niepokoje, jakie ukrywają się pod wypowiadanymi treściami. Czego chce dana podosobowość? Do jakiego aspektu życia się odnosi? Przed czym cię strzeże? Rzecznikiem jakiej jest sprawy? Nawet jeśli przemawia przez ciebie ze złością czy ironią, spójrz na nią życzliwie, bez oceny. Zdystansuj się. Spytaj: „co mogę dla ciebie zrobić?”.

Zwykle najlepiej jest zacząć od odnalezienia Wewnętrznego Dziecka, nawiązania z nim kontaktu (przydatne jest zdjęcie z dzieciństwa), zadbania o jego potrzeby. Louise Hay, autorka książki „Możesz uzdrowić swoje życie”, radzi, by powiedzieć swojemu Dziecku wszystko, co zawsze pragnęłaś usłyszeć od rodziców. Tanha Luvaas („Jestem tutaj. Rozmowa z moim wewnętrznym dzieckiem”) poleca dialog na piśmie (ręką dominującą zapisujemy pytania, a drugą odpowiedzi). Dużym wsparciem dla Wewnętrznego Dziecka jest sprawianie sobie przyjemności, ciekawość, spontaniczność, traktowanie życia z przymrużeniem oka.

A co z Krytykiem? Hal i Sidra Stone’owie uprzedzają: nie zadowolisz go! Mówią o nim „Radio Crazy” – jest jak radiostacja nadająca na okrągło wiadomości o tym, co w tobie „niewłaściwe”. Rzecz w tym, że większość z nas – przyzwyczajona do niekończących się tyrad tego wybrednego głosu – całkowicie się z nim utożsamiła. Pewnie nie przyszło ci do głowy, że to radio można po prostu wyłączyć albo zmienić stację? Owszem. Ale najpierw wsłuchaj się w ten głos – choćby przez jeden dzień. Uświadom sobie, że nie są to twoje osądy – prawdopodobnie te najczęściej powtarzane uwagi Krytyka wygłaszało kiedyś któreś z twoich rodziców. Albo nauczyciele, koledzy... Czy chcesz nadal słuchać tych przestarzałych audycji? A może nie potrzebujesz nawet ustalać ich pochodzenia? Może wystarczy uświadomić sobie: „teraz właśnie przemawia mój Krytyk, który troszczy się o mnie”. A potem zdystansować się do jego „rewelacji”. Taka umiejętność łagodnego odseparowania się od krytycznych komunikatów zaowocuje wzrostem koncentracji, kreatywności i poczucia wartości. Oswojony Krytyk ma szansę stać się bardzo cennym doradcą, racjonalnym i spostrzegawczym – zapewniają Stone’owie.

Ważne, żeby objąć wszystkie „ja”

Rozpoznawanie podosobowości to niezwykle cenny proces, który – zgodnie z koncepcją Stone’ów – służy rozwijaniu świadomego ego. Ma ono objąć wszystkie „ja”, uznając je, ale nie identyfikując się z żadnym. Taka postawa – kiedy jesteśmy całością, świadomą swego bogactwa i różnorodności, wolną od konfliktów – daje ogromne możliwości wyboru. Nie jesteśmy niewolnikami naszych wewnętrznych głosów. To nie musi być walka, to współpraca. Szukanie porozumienia, złotego środka. Sztuka dyplomacji. Dystansu, odpuszczenia... Wyrzucasz sobie, że nie zrobiłaś czegoś na 100 procent? Cóż, spirytus ma 95 procent, a wiadomo, co potrafi. Twój Krytyk znalazł kolejny defekt w twojej urodzie? No dobrze, może nie wyglądasz jak miss Wenezueli, ale przecież oczy i usta masz niczego sobie...

Najważniejsze to nie zaprzeczać sobie, nie udawać, że czegoś nie ma. Stone’owie opowiadają historię pewnej klientki, gorliwej wyznawczyni kościoła episkopalnego, której przyśnił się potężny wąż, próbujący wciągnąć ją do morza. Po nierównej walce z potworem śniąca usłyszała w sobie głos: „Uspokój się i wiedz, że jestem Bogiem. Przyjmij mnie, bo jestem częścią uniwersalnej energii, która nie została przyjęta”. Kobieta zrozumiała, że – oddana życiu religijnemu – zanegowała swoją cielesność, emocje, instynkty... Autorzy „Obejmując nasze »ja«” przypominają, że w starożytnej Grecji naturalną rzeczą było oddawanie czci wszystkim bogom. Istniało ryzyko, że nieuhonorowane bóstwo będzie okazywać swój gniew, zniszczy tego, kto je zignorował. Tak samo z głosami wewnętrznymi – potrzebują akceptacji, szacunku. Chodzi o to, żeby nie negować swoich zasobów, nie wyrzucać – jak w niektórych metodach – tego, co odczuwamy jako niewygodne. Żeby objąć całe nasze „ja”.

  1. Styl Życia

"Śpiewam, bo lubię". Katarzyna Miller zaczyna nową przygodę

Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)
Miniony rok? Nie był wcale taki zły, choć nie obyło się też bez trudnych rozliczeń z samą sobą. A kiedy już przyszedł spokój i pogodzenie, Katarzyna Miller ruszyła jak burza. Czego dowodem jest płyta „Choćby tylko na chwilę”, na której śpiewa – tak, tak – swoje własne piosenki. O tym, co psycholożce (w pewnym wieku) wypada, a co nie, rozmawia z Joanną Olekszyk.

Jak się czujesz, Kasiu?
A różnie, bo są różne części mojego czucia się. Jedna jest bardzo miła i związana z tym, że niedługo ukazuje się moja płyta. Druga, też miła, bierze się z tego, że jestem z siebie dumna, bo trzymam dietę. Trzecia jest smutna, bo mi się ta dieta trochę nudzi i na razie mam tak zwane plateau i już nie spadam z wagi. Ale czwarta jest taka, że wiem, że się nie poddam!

No to masz niezły bukiet uczuć, jak to piszemy w książce „Poznaj siebie. Karty emocji”! Podekscytowanie, znużenie, duma, zadowolenie...
Zgadza się, a do tego jeszcze dobrze czuję się u siebie w domu. Lubię być w moim mieszkaniu, podoba mi się, jak jest urządzone i jakie jest. Czyli kolorowe i naćkane, jak to u mnie.

A jaki był dla ciebie miniony rok? Jak się czułaś?
Nie był wcale zły. Zdaję sobie sprawę, że niektórym ludziom jest strasznie trudno i bardzo im z tego powodu współczuję, zwłaszcza tym, którzy stracili pracę albo którym padły firmy. Ja jednak patrzę na to, co było dobre. Na przykład poznałam moją firmę muzyczną – Life Art Group i chłopaków, z którymi zrobiłam płytę. Kolejne moje książki powychodziły, inne się powoli nakręcają. Ta pandemia mi się przydała. To, że przestałam wyjeżdżać na różne warsztaty na terenie całej Polski, początkowo mnie zmartwiło, a zaraz potem ucieszyło, bo byłam zmęczona i przepracowana, choć to bardzo lubię. Poczułam nawet ulgę, że przez jakiś czas nikt się do mnie nie odzywał zawodowo, bo wszyscy byli  skupieni na kwarantannie. Przeczytałam wtedy tyle kryminałów jak nigdy, a kryminały lubię, tylko do tej pory miałam na nie za mało czasu.

Ja wyznaję zasadę, że zawsze znajdzie się czas na kryminał. Choćby cztery stroniczki dziennie.
Dla mnie kryminał to lektura na wolny czas – urlop, wakacje. No, a teraz sobie wreszcie do woli poleżałam. Leżenie i czytanie, choć muszę dodać, że jednak przeważnie nie kryminały czytam, to jest w ogóle sytuacja, do której dążę w życiu. Czyli: wszystko pozałatwiać, by się położyć i czytać. Potem jednak dotarło do mnie, że jest pusto na ulicach, nie ma moich ukochanych knajp i ukochanego kina. No i nie ma spotkań, eventów, promocji książek czy płyt. Ja jestem mocno imprezowa. Lubię być zapraszana jako uczestnik i jako widz.

Potwierdzam!
Jestem i introwertyczna, i ekstrawertyczna. Pół na pół, na zmianę. Gdy posiedziałam w domu, to zapragnęłam wyjść. A że nie było dokąd, zrobiło mi się smutno. I ponieważ, poza fajnymi wyjątkami, byłam głównie ze sobą, zaczęłam się w siebie zagłębiać. Weszłam na poziom dość poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie.

Z czego się rozliczałaś?
Z siebie samej, ze wszystkiego, co wydarzyło się w moim życiu. Przeszłam proces, który jest bardzo potrzebny do zmiany wewnętrznego nastawienia i zmiany życia, czyli: najpierw musisz zaakceptować to, że czegoś nie możesz, a dopiero potem już możesz. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale postanowiłam sobie rzecz cudowną: że nie będę mieć do siebie o nic pretensji. Bo nie robię nic złego. I tego też uczę ludzi. Po prostu wybaczyłam sobie, to niesamowicie ważne.

I kiedy tak sobie poprzeżywałam, to potem poszłam jak burza. Dostałam energii, wróciła pogoda ducha, wszystko się zaczęło samo układać. Co jest dowodem na to, że to był dobry rachunek sumienia, i uczciwy. Niektórym trudno uwierzyć, że trzeba zaakceptować siebie, jak mówię, bez celofanu i kokardki, czyli taką, co to nie potrafię, nie wychodzi mi, źle się z czymś czuję czy źle myślę. Taką siebie trzeba przyjąć, w dodatku z czułością. Po tym wszystkim zrobiłam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam. I zrobiłam to w sposób konsekwentny. Wiem, że nie odpuszczę.

Doświadczyłaś momentów przełomowych...
W dodatku tak się cudnie poskładało – dla niektórych to śmieszne, a niektórym bliskie – że one zbiegły się z przesileniem dnia z nocą, z końcem kalendarza Majów, z rozpoczęciem ery Wodnika... Cieszę się, że weszliśmy w erę Wodnika, a pożegnaliśmy erę Ryb. Ryby jako znak zodiaku są łatwo uzależniające się, Wodnik zaś – towarzyski, wesoły, lotny, twórczy. W zodiaku chińskim był to rok Szczura, który też jest trudnym znakiem, ale weszliśmy teraz w rok Bawoła – bardziej pozytywnego, mocniejszego i pewniejszego od poprzednika. Era Wodnika jest wspaniała, cały świat wiąże z nią wielkie nadzieje. Ci, którzy się zajmują astrologią, bardzo się na te zmiany cieszą; ja astrologią się nie zajmuję, ale lubię ją i szanuję, jest dla mnie dobrą metaforą wielu spraw. I też mam nadzieję, że w tej nowej erze zmądrzejemy, staniemy się bardziej twórczy i społecznie uświadomieni. Chciałabym, by okazało się, że pandemia dała nam szansę na przemyślenia.

Niektórzy mówią, że to był najwspanialszy rok w ich życiu...
Ja nie powiem, że był najwspanialszy, bo właściwie nie wiem, który był najwspanialszy. Zawsze jestem zdania, że najcudowniejszy moment to ten, w którym jestem teraz. Nawet jeśli mi jest smutno.

A utożsamiasz się ze swoim znakiem zodiaku? Jesteś, zdaje się, Wagą...
Owszem, podoba mi się jej opis. Wagi są bezstronne, widzą zawsze oba końce tego samego problemu, dlatego spokojnie mogę pracować z parami, bo zawsze jestem po obu stronach. Ale czasami mi to „wyważenie” przeszkadza, bo z jednej strony – racja, ale z drugiej strony... (śmiech) Dużo bardziej mnie to męczy przy małych decyzjach niż przy dużych. Już wstać czy jeszcze poleżeć? I to nęci, i to kusi. Lubię to, że jestem Wagą. W całym naszym zachodnim zodiaku jest pierwszym znakiem, który zwraca się ku społeczności, a nie ku sobie – dla mnie to było zawsze szalenie ważne, by tworzyć wspólnoty. Ale co mnie naszło na te ezoteryzmy w naszej rozmowie, to nie wiem...

Wszystko przez erę Wodnika, tak sądzę.  Idźmy dalej tym tropem – kim jesteś w chińskim horoskopie?
Dzikiem. Bardzo łagodny, o dziwo, znak. Ja jestem dość mocna i potrafię się złościć, a świnia jest bardzo ciepła. No, ale ciepła też umiem być, lubię i bywam. Świnia w wielu aspektach jest podobna do Wagi. Waga jest dyplomatyczna, artystyczna. W numerologii jestem Trójką, a to totalny artysta. I lubi tworzyć dobrą atmosferę.

Z tą ezoteryką nie jesteś osamotniona, w tym roku nastąpił prawdziwy rozkwit zainteresowania astrologią.
I bardzo słusznie. Skoro przeszedł przez świat jeden wielki marsz czegoś dziwnego – bo pandemii nie uważam za rzecz straszną, są gorsze problemy i choroby – to chcemy to jakoś zrozumieć, wyjaśnić sobie i odnaleźć się w tym. Każda podpowiedź jest dobra – również ta prosto od gwiazd. A może gwiazdy są mądrzejsze od nas, ludzi?

W ubiegłym roku miałam kilka razy takie poczucie, że oto na naszych oczach dzieje się historia i że to doświadczenie jednoczące wszystkich.
Wojny też były wspólnymi doświadczeniami, i dżumy także. Widzę to jako przypomnienie: „zdajcie sobie sprawę, że jesteście równi, niezależnie od stanu majątkowego, pozycji społecznej i urody”. Bo każdego może capnąć. Choć podobno jednak nie każdego. Słyszałam, że ludzi z grupą krwi 0 RH- koronawirus bierze mniej, a ja taką mam.

A jak radziłaś sobie w tym roku z tym, że nie do końca od ciebie zależało, co ci się uda zrobić, a co nie? Wakacje, plany zawodowe – wszystko było odwoływane.
Jednych rzeczy nie zrobiłam, ale w ich miejsce zrobiłam coś innego. To dla mnie było od początku jasne, że kiedy jedno wypada, to robi się miejsce na coś innego. Jest tylko to, co jest. Marzenie jest marzeniem, jest planem, który wyjdzie albo nie. Oczywiście trzeba je mieć – i marzenia, i plany – bo człowiek lubi eksplorować siebie „na przyszłość”, ale tej przyszłości nie ma, więc my nie wiemy, która z tych rzeczy, co je chcemy, może się spełnić. I tak część się spełnia. A część nas zaskakuje. Jeśli będziemy nastawieni na sztywno, to nie przyjmiemy tych fajnych niespodzianek. Wróżki, tasując karty, mówią często taki tekst: „co cię spotka, co ci serce zaspokoi”. A może cię zaspokoi coś, czego się nie spodziewasz?

To jak było z płytą „Choćby tylko na chwilę”? Jej nagranie było twoim marzeniem?
Te piosenki, tak jak i wiersze zresztą, właściwie same do mnie przyszły. Napadły na mnie. Bez żadnej mojej prośby czy świadomej intencji. Ja jestem natchnieniowiec – coś mi się układa w głowie, gada do mnie, a kiedy mi się spodoba, to zapisuję. Czasami niestety gada w nocy i jeśli nie zdążę zapisać, to rano najczęściej już nie pamiętam. Pierwsza piosenka, która na mnie napadła, jest zresztą pierwszą na płycie, nazywa się „Spokój”. To było już dość dawno temu i w dodatku nie miało nic wspólnego z moim życiem. Po prostu pojawiła mi się taka opowieść o ludziach, którzy żyją ze sobą i właściwie nic innego sobie nie dają, poza poczuciem bezpieczeństwa. Są razem, a nie sami. „Nie ma klęsk, nie ma wzlotów, nie ma rozstań, powrotów, nie ma nic, tylko spokój”.

Pięknie…
„Nasze dni już bez zdarzeń, nasze oczy bez łez, nasze sny już bez marzeń, nasze ciała – bez serc”. Kiedy się słyszy te słowa, to ten spokój nie jest już taki beztroski, prawda?

Ale śpiewasz to takim błogim i przyjemnym głosem...
Bo w tym głosie jest łagodna akceptacja tego, że czasem tak żyjemy. Bardzo wielu ludzi tak żyje. I to wcale nie jest najgorsza wersja. Spokój to jest bardzo dużo. Wiele osób prosi mnie o „Dojrzałą miłość”, sama też lubię tę piosenkę. Z kolei „Pamięć” jest dla mnie ważna dlatego, że moje dwie przyjaciółki w odstępie paru miesięcy straciły ukochanych mężów – a nie każdy, kto ma męża, może powiedzieć, że jest on „ukochany” – i były w takiej żałobie po nich, że byłam w tym z nimi. To jest piosenka, która bardzo mnie obchodzi. „Otwieram książkę, twoją ostatnią i spać nie idę, by nie spać samotnie”. Wzrusza mnie to. Ale piszę też o tym, że czasem faceci sobie myślą, że pieniądze to wszystko. A to nieprawda. W „A mogło być coś z tej miłości” śpiewam razem z Maćkiem Szulcem. Tekst jest przewrotny, a puenta pozytywna.

Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński) Ostatnio weszłam na poziom poważnych rozliczeń, dotknęłam rzeczy trudnych dla mnie. Zgodziłam się na swoje niemożności i ułomności, bardzo to przeżyłam, ale potem postanowiłam sobie, że nie będę mieć do siebie o nic pretensji - mówi Katarzyna Miller. (Fot. Krzysztof Opaliński)

Te piosenki przychodzą do ciebie od razu z melodią?
Niektóre tak. Na przykład „Idę w ciebie jak w tango” to jest mój dar od Bozi, w ogóle wszystkie są darami od Bozi, książki zresztą też. Stałam wtedy pod prysznicem i nagle, ku swojemu zaskoczeniu, zaśpiewałam: „Idę w ciebie jak w tango” w rytmie tanga właśnie. „O kurde! Ale fajne” – pomyślałam.  I zaraz poszło dalej: „Idę w ciebie jak w dym, moja ręka w twojej, ja i ty to rym”. Jak to cudnie iść tak w kogoś, prawda?! Później oczywiście musiałam trochę popracować nad tekstem, pomogła mi w tym Bela Olejnik. A potem zaśpiewała na promocji mojej pierwszej książki „Chcę być kochana tak jak chcę”. W ogóle paru fajnych aktorów i aktorek śpiewało wtedy moje piosenki. Pierwszy raz zaryzykowałam, że zaprezentuję je ludziom. A później one się już układały masowo. Siedziałam na przykład na koncercie w „Jazzowni”, cudownym klubie, którego już nie ma, a który mieścił się na Rynku Starego Miasta i w którym też sama występowałam; słuchałam sobie muzyki i w trakcie „napisał” mi się „Babski blues”. Coś zagrało, coś mi w duszy zaśpiewało, i ciach. Calutki tekst poszedł na serwetkę. Mówię, że to są nagrody, dary od mojej Pani Bozi, bo to jest dla mnie najlepsza wersja tego, co nad nami jest – czy to jest Nadświadomość, czy to jest Absolut, czy energia boska.

Pani Bozia?
Moja Pani Bozia. Moja osobista! Bardzo ją kocham i bardzo ją szanuję. Jest piękna, eteryczna, a jednocześnie bardzo prawdziwa.

Pewnie do tego ruda...
A nie mam pojęcia! Nie wznoszę wzroku tak wysoko! Pokornie się do niej modlę i nieustannie jej dziękuję, a i czasem proszę o pomoc, kiedy trzeba. Ostatnio proszę też moją mamę, i przyszła do mnie we śnie, tak bardzo ciepło. To jeden z ważnych przełomów w moim życiu, który nastąpił właśnie w ubiegłym roku. Mama  przyszła do mnie wtedy, kiedy zrobiłam coś bardzo ważnego, w dodatku przyszła razem z moją przyszywaną ciocią Zosią, czyli swoją przyjaciółką, którą bardzo kochałam. Siedziały sobie ze mną i były dla mnie bardzo dobre. To ważny sen. Wracając do mojej Pani Bozi, jest kochana i spełnia moje marzenia, choć czasami trzeba na nie poczekać. A piosenki same się piszą i, mam nadzieję, same mnie wybierają. Miałam okres, kiedy pisałam tzw. psychokicze. Dawałam też wtedy występy, które nazywałam „Psychokicz i liryka”.

Jakiś fragment?
„Marzę, by ciebie pomścić i zabić potrafię, uderzę wiele razy, grzech nie ma znaczenia, niechaj się spełnią drogi mego przeznaczenia”. Czyż to nie piękne? No taki kicz, że hej! „Czerwona suknia” na nowej płycie pochodzi właśnie ze zbiorów moich „psychokiczów”. To od nich się wszystko zaczęło – kiedy już się ośmieliłam śpiewać „psychokicze”, to słyszałam od ludzi: „Jakie to fajne!”. I chcieli więcej. Kilka razy śpiewałam w Kazimierzu Dolnym i na Kazimierzu w Krakowie, ale też w „Saloniku poetów” w Gdańsku czy w „Nowym Świecie” i „Pożarze w burdelu” w Warszawie. I w paru prywatnych klubach. Największa publiczność „naraz” była na promocji mojej książki – 350 osób u Porazińskich. Wszystko wtedy było pierwsze – pierwsza książka, pierwsze piosenki. Mnóstwo emocji!

Nie stresowałaś się?
Ależ oczywiście, że się stresowałam! A jednocześnie byłam tak podekscytowana. Misiu, przecież jako psychoterapeutka występuję od lat...

Co innego robić taki psychologiczny stand up, a co innego śpiewać!
Jestem psychoterapeutką, która pracuje nad sobą. A praca nad sobą dotyczy wszystkiego: głosu i emisji też. Chodzi o to, żeby mnie słyszano i słuchano, żeby moje ciało było swobodne, nawet jeśli jest grube i się niektórym nie podoba. Jako psychoterapeutka po przejściach mogę dużo: mogę się jednocześnie stresować i cieszyć.

Dziś nikogo już nie dziwi, że psycholog czy coach wychodzi na scenę i bawi publiczność do łez. Ty, jakieś 30 lat temu, byłaś tego prekursorką.
Dziękuję. Zawsze mówię i na poważnie, i na śmiesznie...

A teraz do tego jeszcze śpiewasz! Śpiewająca psycholożka – tego jeszcze nie było!
No to już jest. A w dodatku śpiewająca psycholożka w tym wieku (śmiech).

W Wikipedii podają, że jestem rocznik '62. I proszę bardzo, nie będę tego prostować. Choć nie jest to prawda. Czasami się przyznaję, choć nie zawsze mi się chce.

Ale chce ci się śpiewać. To pewne. Czy tą płytą rozpoczynasz karierę muzyczną?
Nie mam pojęcia, co nią rozpoczynam! Choć nie, jedno wiem, rozpoczynam nową przygodę. Moja praca też jest wielką przygodą. I nieustającą. To, że mnie dużo ludzi czyta, że na ulicy padają mi w ramiona i dziękują, że im życie uratowałam – jest wprost rozkoszne. Dziękuję mojej Pani Bozi, że mam taką robotę. I naprawdę czuję, że po to żyję. Wiem, że mam pomagać. Ludziom, którzy się gubią. Pierwszy raz to poczułam, kiedy zaczęłam pracować z alkoholikami. I zawsze o ludziach myślę nie, że są nie tacy jak trzeba i ja mam ich naprawić, tylko że jeszcze sami siebie nie odnaleźli. Wracając do płyty, chciałabym, by te piosenki po prostu się ludziom spodobały. Kiedy pierwszy raz dałam do przeczytania swoje wiersze mojej grupie terapeutycznej, to zaraz dziewczyny zaczęły je przepisywać, bo to „było o nich”. Jak ja się ucieszyłam! Raz przyszła do mnie studentka na gender studies, na których miałam wykłady, i przyprowadziła koleżankę. Usłyszałam, że mój tomik uratował ją od samobójstwa. „Pani mnie wtedy tak podtrzymała, tak ucieszyła, że warto żyć” – powiedziała. Wyobrażasz sobie, co ta dziewczyna mi dała za prezent?!

To o czym ty tam pisałaś?
Pisałam po prostu całą prawdę, dobre i smutne rzeczy też. Pierwszy wiersz był o tym, że można mi wszystko zrobić, również można mnie zabić, ale jestem.

„Byłam, bo chciałam” – śpiewasz na nowej płycie.
W ostatniej piosence. Cała płyta się kończy tymi słowami: „Byłam, bo chciałam”. Ale czasami nie chciałam być, więc rozumiem, że ludzie też czasem nie chcą. Można rozmawiać ze mną i o śmierci, i o samobójstwie, i o żałobie. Ja to wszystko znam...

Czyli mówisz, że wydajesz tę płytę nie tylko dla swojej przyjemności...
Przede wszystkim dla swojej przyjemności! Ale dla cudzej, mam nadzieję, też. Niektórzy mówią, że na nią czekają. Wiem, że będą również tacy, co powiedzą: „A czegóż to się jej zachciewa na stare lata?!”. I mam nadzieję, że będę dla niektórych starszych państwa przykładem, że można sięgać po różne rzeczy do końca życia. Póki człowiek ma coś pod kopułą i się rusza, póty próbowania. Choć i kiedy się nie rusza, a ma pod kopułą, też może wiele zdziałać. Ile mamy na to dowodów! Znam DJ Wikę, boską dziewczynę, znam Mazurównę – laska, że paść można. I Irenkę Santor – niech nam króluje po wsze czasy! Jest Ula Dudziak, Barbara Krafftówna. Danuta Szaflarska – niestety niedawno nas opuściła, ale co to była za kobieta! Grała do ostatniej chwili, błyszcząc intelektem. Długo by wyliczać!

Mnie mniej interesują ci, którym twoja płyta się nie spodoba, bardziej ci, którzy dzięki niej przestaną myśleć, że w pewnym wieku nie wypada. Zwłaszcza jeśli jest się psycholożką, urzędniczką, prawniczką, nauczycielką...
A jakie nauczycielki dzieci lubią najbardziej? Te, którym wypada! Niektóre kobiety po sześćdziesiątce mówią mi, że one nie pójdą na kurs, bo się wstydzą, że czegoś nie potrafią. Ale w takim razie ja bym nigdy nie wzięła się do pisania do gazet. Kiedy mi to kiedyś zaproponowano, dostałam ostrego pietra, bo przecież  NIGDY TEGO NIE ROBIŁAM. Ale na szczęście pewien przyjaciel spytał mnie: „Kasia, czytasz gazety?”. „Czytam”.  „Masz poczucie, że czasem ludzie bełkot piszą?”. „Mam”. „I się nie wstydzą”. Wiesz, że mnie tym przekonał?

Co jest wyznacznikiem tego, że trzeba za czymś iść? Że sprawia przyjemność? Że jest komuś potrzebne?
Że to cię rozwija. Śpiewałam jako dziecko i dużo tańczyłam, bo to kochałam. Tata raz mi powiedział, że fałszuję, więc się zawstydziłam i śpiewałam tylko na ogniskach i koloniach. I sama sobie. Ale śpiewanie było zawsze moim marzeniem. Kiedy mnie pytano, jaki dar chciałabym mieć, to odpowiadałam: piękny głos. Taki, który by się niósł po wielkiej sali koncertowej. Jak Barbra Streisand. Choć podobają mi się też niskie, czarne głosy, jakie miały Aretha Franklin czy Billie Holiday. A teraz LP. No ale zdawałam sobie sprawę, że nie mam takiego. Choć czasem ktoś powie, że ładny. No i nut nie znam. Muzycy mi zapisują to, co wyśpiewam. Mówisz, że się ośmielam. Z moimi przyjaciółkami piosenkarkami chodzimy po knajpach i czasem im mówię: „Mam nową piosenkę” – i śpiewam ją na głos. Wtedy mili ludzie wokół biją brawo, i to jest przeurocze. A one mi wtedy mówią: „My byśmy tak nigdy nie zaśpiewały”. „No bo wy jesteście profesjonalistki, a kim jestem ja? Wesołą amatorką, to i się ośmielam”.

Myślisz sobie: „A co ja mam do stracenia!”?
No pewnie. Przecież na tym nie zarabiam, bo zarabiam gdzie indziej.

A czemu właśnie teraz?
Ostatnio tak sobie pomyślałam: „Tyle lat ciężko pracuję i jestem zmęczona. Od czasu do czasu dam jakiś występ, ale do tego trzeba się też przygotować, no i ktoś musi mnie zaprosić, bo żebym sama coś zaproponowała, to nawet nie mam głowy i przestrzeni”. Więc mówię do przyjaciół: „A może to już sobie odpuszczę?”. A oni na to: „Czyś ty zwariowała? Przecież kiedy o tym mówisz, to masz gwiazdy w oczach. Ty masz to robić, i koniec”. Albo pytają: „A czemu ty płyty nie masz?”. „A co to ja za piosenkarka jestem, żeby płytę mieć?”. „Ale masz przyjemny głos i przede wszystkim twoje piosenki są o czymś”. I pomyślałam sobie: „Kurde, mają rację”. Powiem ci tak: śpiewam, bo lubię. A kiedy mnie jeszcze o to proszą, to jestem tak ucieszona, że nie czekam na dodatkową zachętę.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom tą płytą?
Że warto kochać. Życie, siebie, ludzi. Oczywiście nie da się kochać bez przerwy, nie jestem naiwną nastolatką i nie wierzę w romantyczną miłość, o co dziewczyny mają do mnie czasem pretensje, ale wierzę w miłość jako pozytywną postawę wobec życia. Kiedy kochasz, zdajesz sobie sprawę, że są rzeczy straszne i smutne, że na niektóre nie mamy wpływu i musimy się z tym pogodzić, ale też na wiele spraw – mamy. A już na pewno mamy wpływ na to, jak traktujemy siebie i innych. I na to, czy sobie pozwolimy się śmiać, tańczyć, malować, pisać wiersze, dziergać, lubić niektórych szczególnie i cieszyć się... Proszę sobie wstawić w to wykropkowane, co komu potrzeba.

Płyta "Choćby tak na chwilę", wyd. MTJ, muzyka: Maciej Szulc, Wojciech Stec, słowa: Katarzyna Miller.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).