1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zdrada - czy da się żyć w trójkącie?

Zdrada - czy da się żyć w trójkącie?

Zregenerować się po zdradzie nie jest łatwo. (Fot. iStock)
Zregenerować się po zdradzie nie jest łatwo. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Świat pokochał zdradę i robi jej świetny PR, pokazując jako przyjemność niemal bezkosztową i zdrowszą niż narkotyki. Tylko że gdy minie seksualny haj, przychodzi ból. Coraz więcej par próbuje uporać się z nim w gabinetach terapeutów.

Zdradzić jest dziś łatwo, jak pstryknąć palcami. Wystarczy parę kliknięć, by przez Internet umówić się na seks; potrzeba tylko kilku drinków, a na firmowej imprezie integracyjnej puszczają hamulce. Kiedyś wiarołomcom wykłuwano oczy (antyczna Grecja), ucinano nosy (średniowieczna Dania), przybijano za mosznę do mostu (Polska za Chrobrego) albo pędzono nago pod chłostą i wywożono furą na gnoju (Polska w XIX w.).

Dziś dramat zdradzonych jest już tylko kameralny, bo lawinowo rośnie społeczna tolerancja dla zdrady. Na hasło: „zdradziłem żonę”, Google pokazuje 566 tys. wyników, „zdradziłam męża” – 288 tys., a na internetowych kursach podrywu rekordy lajków zbierają hasła:

„Czy każdą mężatkę można uwieść? Tak!”
Skaczemy więc na boki, nie oglądając się na konsekwencje i fakt, że w cyfrowej dobie wyśledzenie telefonów czy mejli do kochanka jest dziecinnie proste. A kiedy romans wyjdzie na jaw, zaczynamy życie w bolesnym trójkącie: my, partner i ta trzecia – zdrada.

Polak wiarołomny

Jak wynika z badań Centrum Profilaktyki Społecznej z 2017 roku, już 39 proc. Polaków przyznaje się do zdrady – a jeszcze w 2011 roku pozamałżeńskie kontakty seksualne utrzymywał „tylko” co piąty rodak, w 2015 roku – co trzeci. W 2017 roku jedna trzecia młodych (!) małżonków szukała seksu w sieci, co piąty pracownik zdradzał partnera z koleżanką/kolegą z pracy, a 60 proc. mężczyzn i połowa kobiet robiła to na wyjeździe służbowym. Na szczęście coraz więcej małżeńskich judaszy trzeźwieje po upojnych nocach i zaczyna szukać ratunku dla związku. Jak mówił w wywiadzie dla „Newsweeka” prof. Zbigniew Izdebski, seksuolog i autor raportu „Seksualność Polaków na początku XXI wieku...”: „Kiedyś skok w bok uchodził za niewybaczalny. Teraz coraz więcej par traktuje zdradę jak kryzys, przez który trzeba razem przejść, wyciągnąć wnioski, aby potem znowu wspólnie budować coś nowego”.

– Gdy do Polski wszedł kapitalizm, zachłysnęliśmy się zachodnimi wzorcami. Zwiększyła się liczba bodźców, ludzie pomyśleli „Hulaj dusza, piekła nie ma!”. Nastąpiło rozluźnienie norm i obyczajów, pojawiło się większe społeczne przyzwolenie dla zdrady. Ale nie udźwignęliśmy swobody, której tak pragnęliśmy. Bo też zregenerować się po zdradzie nie jest lekko – dodaje Violetta Nowacka, psycholożka, psychoterapeutka i specjalistka ds. edukacji seksualnej, prowadząca poradnię psychologiczną SELF Przyjazne Terapie, twórczyni autorskiego programu dla par „Jak przeżyć zdradę?”. – Jednak coś się zmienia. Od kilku lat gabinety psychologiczne pękają w szwach, jest ogromny napływ par, które chcą scalić swój związek po zdradzie.

Według danych GUS-u z 2017 roku zdrada jest przyczyną co piątego rozwodu. Ale powoli rośnie liczba małżeństw, w których doszło do obopólnej zdrady, a partnerzy postanowili nadal ze sobą być – według raportu CPS-u (Centrum Pomocy Społecznej) z tego samego roku jest ich 7 proc.

– Następuje schyłek myślenia, że zdrada to nic takiego, bo jak się rozstaniemy, to zaraz znajdę kogoś nowego. Poszukiwania okazują się nie takie proste, a nową relację niełatwo utrzymać, bo potykamy się w niej o te same problemy co w starej – według Violetty Nowackiej dojrzewamy, by pracować nad związkami, zamiast zamieniać partnerów na nowszy model. Problem w tym, że tak jak najczęściej szybko i bezrefleksyjnie zdradziliśmy, tak samo na cito usiłujemy związki naprawić. Tymczasem nasze serca po zdradzie wymagają rehabilitacji dłuższej niż złamana noga czy ręka. Często konieczna jest też interwencja chirurga psychoterapeuty, bo te serca składane chałupniczo nie chcą się zrosnąć.

„Przepraszam” to za mało

Naprawa związku przypomina odbudowę domu po pożarze. Najpierw czekasz, aż rozwieje się dym i przestaną płynąć łzy. Potem szacujesz szkody, szukasz źródła pożaru i długo sprzątasz, aż wyczyścisz fundamenty. Dopiero wtedy możesz stawiać na nich nową konstrukcję, tym razem dużo lepiej zaplanowaną.

– Tymczasem część osób, z przyczyn emocjonalnych i życiowo-finansowych, usiłuje jak najszybciej zamieść zdradę pod dywan. Celują w tym mężczyźni – uważają, że jak kupią kwiaty, biżuterię i przeproszą, to powinno być po sprawie. Kobiety też wskakują w wybaczenie na skróty, chowają uczucia pod maską dobrej, wyrozumiałej żony. A potem gorycz nieprzepracowanej zdrady wypływa z nich przy każdej okazji.

Rekordziści w udawaniu, że wszystko jest OK, trafili do gabinetu Violetty Nowackiej po pięciu latach od pozamałżeńskiego romansu. Najczęściej pary zapisują się na terapię po roku, dwóch. Niewierność jednej ze stron tkwi między nimi w postaci ukrytej agresji, ochłodzenia relacji, cynizmu. Nie potrafią się sami z tym uporać.

– Przeżywanie zdrady to rodzaj żałoby po stracie zaufania do najbliższej osoby. A żałoba ma naturalne etapy, których nie da się przyspieszyć. Jeśli wyprzemy trudne emocje, nie damy sobie prawa do ich okazywania, i tak do nas wrócą. I to z taką siłą, że nie będziemy w stanie ich dłużej ignorować.

Według Violetty Nowackiej droga do przepracowania, zrozumienia i wybaczenia zdrady przypomina drabinę o sześciu stopniach. Na tyle szeroko rozstawionych, że gdy próbujemy przeskoczyć któryś z nich, noga trafia w próżnię i spadamy. Tu nie da się pójść na skróty.  Żeby odbić się od dna, trzeba wysondować, jak głęboko leży. Czyli określić, jakie granice zostały naruszone, gdzie dla każdego z partnerów zaczyna się zdrada. Drugi szczebel to ustalenie faktów: z kim, gdzie, kiedy. Zdradzony ma prawo do tych informacji. I to nie raz, ale dziesięć albo 20 razy, jeśli będzie tego potrzebował. Cierpliwe i szczere odpowiadanie na jego pytania jest dla zdradzającego pierwszą lekcją pokory. Nie wszyscy ją przechodzą.

– Zdarza się, że kobieta przyciąga partnera do gabinetu szantażem, traktując terapię jako warunek powrotu. A on chce tylko, żeby mu wybaczono, bo przecież już zerwał z kochanką. Gdy dociera do niego, jaka praca go czeka, że musi wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, zazwyczaj nie pojawia się na drugim spotkaniu – mówi Violetta Nowacka.

Ale w gabinecie dzieją się też prawdziwe cuda. – Bywa, że ktoś przychodzi z niechęcią do pracy, a podczas sesji przerachowuje w sercu, że rzeczywiście chodzi mu o miłość i odzyskanie partnera. I wtedy przełamuje pychę, otwiera się i akceptuje, że nie ma drogi na skróty. To jest piękne, takie przeobrażenie.

Drabina wybaczenia

Na podróż w górę drabiny wybaczenia nie ma szans bez szczerości i pokory. Są konieczne, by osiągnąć następne poziomy – skruchę i dochodzenie do przyczyn tego, co się stało.

– Musimy przyznać przed sobą i partnerem: „Tak, zrobiłem to”, uznać swój błąd. Tymczasem często na sesji słyszę: „Byłem głupi”; „Coś mnie zaślepiło”; „On mnie uwiódł”. Posługiwanie się takim językiem to niedojrzałość i odmawianie uznania świadomości mechanizmów własnego działania. A jeśli deklarujemy, że jesteśmy ich nieświadomi, i dalej nie chcemy być, to jakim cudem partner ma nam zaufać?

Uciekając w „Nie wiem, jak to się stało”, jesteśmy jak alkoholik, który w przypływie wstydu przysięga, że od jutra przestanie pić.
Jeśli chcemy wyrwać się z dziewiątego kręgu piekła, który według Dantego czeka na zdrajców bliskich, musimy dojść do najciemniejszej prawdy o sobie. Tego, czego wiedzieć nie chcemy, bo wygodniej udawać, że nie złamaliśmy jednego z fundamentalnych przykazań i nie podeptaliśmy wiary w nas najbliższej osoby.

– Jeśli znajdziemy w sobie świadomość, dlaczego pozwoliłem sobie na takie zachowanie, dotrzemy do najważniejszego punktu całego procesu. Szukając prawdziwych przyczyn, bierzemy odpowiedzialność za to, co się stało, i za fakt, że musimy dokonać w sobie dużej zmiany. Tylko jeśli znajdziemy ten prawdziwy wgląd w siebie, kiedyś partner będzie mógł nam wybaczyć.

Sprawdzanie, co takiego się stało, że zapomnieliśmy o własnych normach albo uwierzyliśmy zewnętrznemu światu krzyczącemu, że żadnych wewnętrznych norm nie ma, może być długie i bolesne. Ale gdy się uda, zmieni całe nasze życie. I rozjaśni przyszłość związku, bo prawdziwa skrucha oznacza, że szczerze przepraszamy i mierzymy się z cierpieniem, które sprawiliśmy partnerowi.

"Zrobię dla ciebie wszystko"

Dopiero teraz te słowa w ustach chcącego naprawić swój czyn wiarołomcy mogą zabrzmieć prawdziwie – przyszła pora na zadośćuczynienie.
Wydaje ci się, że nic prostszego, wystarczy większa porcja uwagi i kilka super prezentów? Cóż, jesteś w błędzie.
– Pary często utykają na tym punkcie. Zdradzający najczęściej próbują ekstra zaspokajać potrzeby zdradzonego partnera, czyli kupują kwiatki, wycieczki i pierścionki. A zadośćuczynienie polega na tym, że robimy to, co według partnera będzie dla niego rekompensatą – wyjaśnia psychoterapeutka. – Może być to np. zgoda na czasową „ofiarę”, na przykład pozwolenie na kontrolę naszego telefonu przez pewien czas, kiedy partner ciągle jest nieufny. Albo ograniczenie naszych swobód i niewychodzenie na piwo z kolegami trzy razy w tygodniu tak jak wcześniej. Okazujemy tym szacunek do strachu zdradzonego partnera. Częścią zadośćuczynienia jest także znoszenie jego wybuchów emocji i tego, że się na nas wyładowuje. Ma prawo, nawet jeśli huśtawki nastrojów trwają kilka miesięcy.

Po zadośćuczynieniu wreszcie przychodzi czas na budowanie – wyciągnięcie wniosków i wypracowanie zmian. Po obu stronach, bo tylko gdy potrzeby zdradzonego partnera zostaną zaspokojone, można poszukać również swojej odpowiedzialności za to, czy być może robił coś, co przyczyniło się do nawiązania pozamałżeńskiej relacji przez drugą stronę. Według Violetty Nowackiej to czas konkretów: – Na tym etapie proszę parę, by ustaliła nowe zasady związku. Co są w stanie zaakceptować, a czego absolutnie nie chcą znosić? Czego potrzebują i jak pragną te potrzeby zaspokajać? Co będą robić wspólnie? Do czego każdy ma prawo osobno? Kontrakt powinien zostać spisany i wisieć przynajmniej rok w ważnym miejscu w domu.

A kiedy powoli zbudujemy nowy dom i ściany osadzą się już na fundamentach, przychodzi pora na ostatni etap – wybaczenie.

– Zazwyczaj staje się to już nie na terapii. To proces cichy, w sercu, myślach. Kiedy wszystko jest już załatwione, zrozumiane, ten, kto został zdradzony, postanawia odłączyć się od przeżywania cierpienia, od złości i żalu. I wreszcie przychodzi spokój.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Poczucie winy – doznanie, które zmusza do refleksji

Poczucie winy jest jak źle ustawiony wewnętrzny drogowskaz. (fot. iStock)
Poczucie winy jest jak źle ustawiony wewnętrzny drogowskaz. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Poczucie winy jest jak ćmiący ból zęba. Da się z nim żyć, ale niezbyt przyjemnie. Nic dziwnego, że oczekujemy od terapeuty, aby nas od niego uwolnił. Niestety, poczucia winy zwykle nie da się usunąć bez zmiany sytuacji. A tej musimy dokonać sami.

Mariola, 29 lat, elegancka kobieta w niezłym samochodzie, studiuje już trzeci kierunek. – Nie wiedziałam, co chcę robić w życiu, studiowałam ochronę środowiska i zarządzanie, ale to nie dla mnie. Wreszcie znalazłam to, o co mi chodzi. Właściwie od dziecka chciałam być lekarką, ale nie miałam odwagi. Nie wierzyłam w siebie. A teraz jestem już na trzecim roku, zaraz będzie z górki – opowiada radośnie o swoich sukcesach, których sama się nie spodziewała. Pochodzi z małej wioski, w jej rodzinie nikt nie studiował, a ona, proszę!

Mieszka w stolicy, jeździ samochodem, będzie lekarką, ma z czego być dumna. Ale całą przyjemność zepsuła jej niedawno starsza siostra. – Nawrzeszczała na mnie, że wpędzam matkę do grobu – Mariola ma łzy w oczach. – A wpędza pani? – Skądże! Mama powinna się cieszyć. Ja jej to wszystko wynagrodzę, jak skończę studia, ale teraz jeszcze nie mogę, te studia są wymagające, mama obiecała, że będzie mi pomagać, dopóki się uczę. Ja trochę pracuję, ale mało, bo muszę wkuwać.

Od słowa do słowa sytuacja staje się jasna. Mariola zarabia na osobiste wydatki. Mieszkanie i całą resztę opłaca mama, starsza pani na emeryturze, bo Mariola jest późnym dzieckiem. Dotąd wszystko było w porządku, ale mama zachorowała i konieczne są wydatki na leczenie. Mama nadal pomaga Marioli, ale dziewczyna wie, że robi to swoim kosztem. Nie starcza jej pieniędzy na życie. Mariolę bardzo to martwi, ale co ma zrobić? Przecież nie przerwie studiów. Zresztą ta inwestycja w córkę się mamie opłaca, bo jak Mariola skończy studia i zacznie zarabiać, to mamie nie zabraknie niczego. Ale siostra Marioli nie przyjęła tego argumentu.

„Boję się, że nie zdążysz się mamie zrewanżować” – powiedziała, burząc tym samym spokój sumienia Marioli. Mariola jest zła na siostrę, która skończyła tylko zawodówkę i nie rozumie jej aspiracji. Ale gdzieś pod tą złością kryje się poczucie winy, które podpowiada Marioli, że nie jest w porządku, żyjąc do tej pory na koszt mamy. Bardzo by chciała, żebym ją uwolniła od tego poczucia. Niestety, to nie w mojej mocy. Nie mam wpływu na czyjeś sumienie. Wiem tylko, że warto je traktować jak drogowskaz. Zamiast przysypywać poczucie winy złością na siostrę, lepiej znaleźć rozwiązanie sytuacji. Bo czy jedynym sposobem na ukończenie wymarzonych studiów jest życie na koszt matki emerytki?

Mariola zaczyna szukać innych sposobów i okazuje się, że można je znaleźć. Wystarczy więcej pracować albo sprzedać samochód, albo… Ale nawet gdyby się nie dało nic wymyślić, czy mamy prawo żyć na cudzy rachunek? A jeśli już się na to decydujemy, jakieś koszty musimy ponieść. Choćby w postaci poczucia winy, które informuje nas, że nie jesteśmy w porządku.

40-letnia Maria od roku ma kochanka i poczucie winy, że zdradza męża. Od roku mierzy się z decyzją: porzucić męża czy kochanka? Bez rezultatu. Bo co ma wybrać? Może chociaż powiedzieć mężowi? To oznaczałoby koniec ich małżeństwa, zniszczenie domu, który daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa, a na to Maria nie może się zgodzić. Zerwać z kochankiem?

Za nic! Całe życie marzyła o wielkiej miłości i on jest właśnie spełnieniem tych marzeń. Czuły, delikatny, troskliwy. Gotowy czekać na to, co Maria zdecyduje. A Maria miota się i cierpi, ale wciąż nic nie postanawia. Dlaczego? Wszystko wskazuje na to, że już wybrała. Bezpieczny dom i od czasu do czasu cudowne spotkanie z kochankiem. Gdyby nie to, że Maria ma poczucie winy, byłaby szczęśliwa. Niestety, poczucie winy jest wpisane w tę sytuację. Przypomina Marii, że to, co robi, nie jest w zgodzie z jej wartościami, wśród których wierność i uczciwość zajmują wysoką pozycję.

Za każdy wybór płacimy jakąś cenę. Także wtedy, gdy pozornie wcale nie dokonujemy wyboru. I może dobrze, że nie ma od tego ucieczki, bo wtedy stracilibyśmy coś bardzo cennego – informację o tym, jak oceniamy to, co sami robimy. Poczucie winy z powodu niewierności to pewnie mniejszy koszt niż rozwalenie domu albo rezygnacja z wielkiej miłości. Ale liczenie na to, że można mieć wszystko, nic za to nie płacąc, to już przesada. Choć bywa, że poczucie winy zwodzi na manowce. Zwłaszcza wtedy, gdy nie wynika ono z naszych, lecz z cudzych przekonań.

Monika, 37 lat, matka trójki dzieci, od 8 lat nie pracuje zawodowo, żeby móc się nimi zajmować, ale jest coraz bardziej nieszczęśliwa, co strasznie złości jej męża. – Każda kobieta chciałaby być na jej miejscu! – wygłasza mąż z przekonaniem. – Mamy piękny dom, na który zarabiam, ona ma tylko wychowywać dzieci. Nie oczekuję, że będzie mi za to dziękować, ale mogłaby chociaż być zadowolona, że stworzyłem jej takie warunki!

Ale Monika nie jest, choć bardzo by chciała. Obwinia siebie, że widocznie jest złą żoną i matką, skoro zajmowanie się domem i dziećmi nie jest tym, o co jej chodzi. A powinno. – Dlaczego powinno? – pytam. – Bo to jest powołanie każdej kobiety! – odpowiada mąż, który nie ma w tej sprawie żadnych wątpliwości. – Pani też tak uważa? – pytam dalej. – Wiem, że dla dzieci najlepiej, żeby były z matką. Ale to już trwa ósmy rok. Chciałabym iść do pracy, mieć swoje życie – odpowiada Monika. – To nie jest twoje życie? – pyta mąż i Monika natychmiast czuje się winna. Wcale nie dlatego, że jest złą matką, choć w pierwszej chwili tak jej się wydaje. Ale tak naprawdę czuje się winna, że nie potrafi się wpasować do cudzego obrazka, do którego od lat dzielnie się dostosowuje. To nie ma nic wspólnego z tym, jaką jest matką.

Poczucie winy może trzymać nas w miejscu albo sprawić, że kręcimy się w kółko. Tak jak źle ustawiony drogowskaz. Dlatego warto sprawdzić, czy na pewno my go stawiamy. Jeśli tak – nie ma rady, trzeba się z nim liczyć, zamiast się tłumaczyć i usprawiedliwiać. Jeśli nie – warto szukać własnej drogi, która zwykle różni się od cudzych wizji.

[newsletterbox]

  1. Psychologia

Odejść czy zostać? – Czy potrafimy przebaczyć kłamstwo w związku?

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. (fot. iStock)
Oto pytanie, które powraca od momentu, gdy kłamstwo zostaje odkryte. Czy mogę zostać z człowiekiem, który mnie okłamał? Czy uda mi się odzyskać zaufanie? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym wszystko musi toczyć się szybko. Im bardziej wtapiamy się w tę mentalność, tym mniejszą mamy tolerancję na frustrację. Już nie umiemy czekać na odpowiedź, na spotkanie, na to, że będzie lepiej…

Podczas pierwszej konsultacji pacjenci zaczynają od następujących pytań: Ile czasu to zajmie? Z iloma sesjami należy się liczyć? Jak długo to wszystko potrwa? Gdy wyjaśniam im, że nie mam kryształowej kuli i nie wiem, jak będą „reagować” na terapię, że to zależy także od nich i okaże się w trakcie sesji, są rozczarowani…

Chęć szybkiego załatwiania spraw przenosi się na związek. Dziś nie chce nam się walczyć o to, żeby go utrzymać. Kiedy coś idzie nie tak, rozstajemy się. Nie akceptujemy ograniczeń, wysiłku i energii, których wymaga związek i stała praca nad nim. Niektórzy pacjenci przychodzący na terapię par (czyli zainteresowani odbudową i wysiłkiem na rzecz uratowania relacji) buntują się w końcu przeciwko zadawanym ćwiczeniom, ponieważ – jak mówią: „nie mają odwagi” albo są „zbyt leniwi”.

Dodatkowo, dziś to wiele kobiet odchodzi. Jakby dzięki rewolucji feministycznej rekompensują sobie setki lat, gdy były uwięzione w małżeństwie, i nie wyobrażają sobie, że mają nadal poświęcać własny rozwój dla rodziny. W efekcie w ponad 50 proc. par w odpowiedzi na moje pytanie „odejść czy zostać” pada odpowiedź: „odchodzę” (75 proc. w Paryżu). Marie-Claude Gavard w swojej książce o związkach pisze: „słowa «na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozdzieli» można by zamienić na: «na dobre, unikając złego, dopóki rozwód nas być może nie rozdzieli»” (Gavard, 2011).

Po pierwsze, musisz sobie zadać pytanie o to, jak widzisz ciąg dalszy: na co chcesz poświęcić swoje zasoby i energię psychiczną – na odbudowę swojego związku czy na odbycie żałoby po nim?
To nie pytanie pułapka. Nie ma dobrej ani złej odpowiedzi, tylko wolny wybór. Być może jeszcze go nie dokonałaś. Nie martw się, czytaj dalej, a odpowiedź do ciebie przyjdzie.

Być może mówisz sobie też: „Chciałabym zostać z moim partnerem, gdyż mimo tego, co mi zrobił, nadal bardzo go kocham, ale wydaje mi się, że nigdy nie zdołam mu przebaczyć i na nowo zaufać”.

Choć można odbudować związek, to niekiedy trauma wywołana przez kłamstwo okazuje się tak niszcząca, że osoba oszukana nie czuje się zdolna – mimo że chciałaby – na nowo angażować się w daną relację. Jeśli czujesz, że chciałabyś, ale samodzielnie nie dasz rady, nie wahaj się poszukać pomocy w terapii indywidualnej albo terapii par.

Oto odpowiedzi 108 uczestników sondażu na pytanie: „Czy jesteś w stanie przebaczyć kłamstwa partnera?”:

  • Nie mam ochoty próbować – 8,30%
  • Nie zdołałabym – 25,90 %
  • Przebaczyłabym, ale nie zaufałabym na nowo – 13%
  • Po pewnym czasie przebaczyłabym i zaufała na nowo – 43,50%
  • Nie mam żadnych problemów z kłamstwem partnera – 9,30%
Na pytanie, co pomogłoby im odzyskać zaufanie, kobiety w większość wskazywały: komunikację, całkowitą przejrzystość, uważność, przeprosiny, poczucie szczerego żalu partnera, odbudowanie intymności i czas. Mężczyźni w większości wymieniali: czas, a niektórzy – komunikację.

Ważne jest to, żeby jeśli zdecydujesz się zostać, zrobić to w jak najlepszych okolicznościach, czyli pod warunkiem zaangażowania obu stron w odbudowę związku i zaufania. Oboje musicie uczestniczyć w tym procesie. Partner jest zobowiązany przyjąć odpowiedzialność za to, co zrobił, a ty musisz zrezygnować z chęci ukarania go za to. Zrezygnować oznacza więc przebaczyć.

Istotną rzeczą jest rozróżnienie między przebaczeniem a pozostaniem. Nie możesz zostać, jeśli nie przebaczysz partnerowi; ale możesz mu przebaczyć, nawet jeśli zdecydujesz się odejść. Zatem czy zostajesz, czy nie – czytaj dalej.

Akceptacja krzywdy - jakie przynosi korzyści?

Akceptacja to pierwszy krok na drodze ku odbudowie – związku lub twojej własnej. Poświęćmy nieco czasu wyjaśnieniu istoty akceptacji.

Zaakceptować nie oznacza godzić się, przyzwalać na zło, które partner ci wyrządził, czy je usprawiedliwiać. Nie oznacza także podporządkowania, rezygnacji ani kapitulacji. Podporządkować się to zrobić coś, nie mając wyboru, poddać się, być pasywnym. Akceptacja jest natomiast aktywna: aktywnie przyjmujesz emocje, akceptujesz realność zachowania, ponieważ rozpatrujesz je w kontekście ogólnym.

Zaakceptować to przyjąć doświadczenie takie, jakim jest tu i teraz. Zaakceptować to pozwolić na to, co się dzieje w twoim wnętrzu. Czujesz bolesne emocje, nie ma co ich wyganiać, bo tylko wrócą jeszcze mocniejsze. Nie chodzi o to, żeby pławić się w swoim nieszczęściu ani robić z siebie ofiarę, a pozwalać sobie na odczuwanie.

Przeżywasz bardzo bolesne doświadczenie, masz prawo źle się czuć i potrzebować czasu, żeby poczuć się lepiej. Psycholog Ilios Kotsou słusznie zauważa: „Życie jest momentami nieprzyjemne, ale nie sposób uniknąć wewnętrznego dyskomfortu bez, w pewnej mierze, unikania życia” (Kotsou, 2014).

Zaakceptować to także wyrazić zgodę na konfrontację z rzeczywistością: partner cię okłamał, wasz związek przechodzi kryzys albo się skończył. Nie możesz zmienić tego, co się zdarzyło. Chodzi o to, żeby przyjąć fakty, a energię wkładaną w wyparcie, w powstrzymywanie bolesnych emocji i pragnienie zemsty przeznaczyć na wyleczenie ran.

Akceptacja jest początkiem wglądu. Pozwala działać zamiast reagować, przyjmować to, czego nie można zmienić, i działać wtedy, kiedy można (Kotsou, 2014). Pomaga wprowadzać zmiany niezbędne, żeby sytuacja się nie powtórzyła – zmiany w związku albo w drodze do rozstania.

Oczywiście nie sposób zaakceptować po prostu dlatego, że tak zdecydowaliśmy. Akceptacja wymaga czasu, zachodzi w sercu i w trzewiach, a nie w głowie. Zbyt szybka akceptacja w myśl „i tak nie mam wyboru, muszę zaakceptować, nie odejdę” jest czymś sztucznym. W ten sposób będziesz tylko gromadzić negatywne emocje, żal, gniew i ten ropiejący wrzód ukryty w głębi twojego jestestwa w końcu pęknie, a wtedy – zakażenie gwarantowane! Zatem trzeba go oczyścić, zoperować i zdezynfekować teraz. Teraz, nie za dziesięć lat.

Żeby wyleczyć się z tego doświadczenia, musisz uświadomić sobie, że przebaczasz dla siebie, nie dla partnera. Pielęgnując żal, gniew, nienawiść, karzesz samą siebie – nie kogoś innego. Te emocje powodują niepokój twojego serca i twojej duszy – nie jego. To siebie najbardziej krzywdzisz. Jak twierdzi Christophe André „szczęście odpornych polega na tym, że mają broń” (André, 2015).

Podkreślam te słowa, bo to podstawa: zaakceptować nie oznacza godzić się. Nie chodzi o to, że jeśli podczas lektury uświadamiasz sobie, że partner stosuje wobec ciebie przemoc emocjonalną lub fizyczną – masz usprawiedliwiać jego zachowanie albo powiedzieć sobie: „Biedak, miał trudne dzieciństwo, akceptuję to, że traktuje mnie przemocowo”. Możesz sobie powiedzieć: „Akceptuję fakt przeżytego doświadczenia, akceptuję moje negatywne emocje, przebaczam sobie, że pozwoliłam na takie traktowanie, a teraz akceptuję to, że odejście będzie dla mnie bolesne mimo tego wszystkiego, co mi zrobił”.

Jednym z pierwszych etapów pojednania jest to, że twój partner przejdzie swoją część drogi. Ważne, aby uzmysłowił sobie, że mimo wszystkich powodów, które skłoniły go do kłamstwa (historia rodzinna, kontekst związku itd.), dokonał wyboru: wyboru kłamstwa i zdrady twojego zaufania. Ważne jest i to, żeby uznał swój błąd i poprosił o wybaczenie. To etap istotny dla pojednania i niezbędny, żebyś mogła mu przebaczyć – te dwie sfery należy rozgraniczyć. Najpierw trzeba przebaczyć, potem zdecydować lub nie o pojednaniu, a następnie kontynuować lub zakończyć relację.

Olivier Clerc doskonale ilustruje ten koncept następującym przykładem. Wyobraź sobie, że w szemranej dzielnicy zostajesz zaatakowana białą bronią i tylko twój napastnik może ci zrobić opatrunek. Byłoby to dramatyczne i źle rokowało dla twojego przeżycia. Być może wykrwawiałabyś się, w desperacji czekając, aż przyjdzie zszyć ranę, którą właśnie ci zadał. Na szczęście możesz iść do lekarza, który ją zszyje, i sama ją odkazić oraz pielęgnować, aż się zabliźni (Clerc, 2015).

Fragment pochodzi z książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”. - Jej autorka, Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, szeroko rozpatruje problem kłamstwa i zdrady. Udziela także praktycznych porad (ćwiczenia, medytacje): jak poczuć przebaczenie? jak okazać sobie współczucie? jak ukoić emocje? w jaki sposób komunikować problemy dzieciom i innym osobom?

  1. Seks

Mam wirtualnego kochanka. O tym, czym jest cyberseks opowiada Katarzyna Miller

- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Cyberseks. To słowo określa zarówno podbarwione erotyzmem rozmowy przez Internet, jak i wirtualny seks. Czy ten rodzaj rozkoszy zagraża ludzkości, czy wręcz przeciwnie – otwiera nowe drzwi do erotycznego nieba? – odpowiada Katarzyna Miller.

A gdyby tak sprawić sobie wirtualnego kochanka?
Przyznaję, że do tej pory byłam raczej przestraszona apokaliptyczną wizją ludzkości zamkniętej w kapsułach. Aż tu nagle zaczęłam myśleć, że w tym wirtualnym seksie jest jednak coś rozkosznego. Wyobraziłam sobie, że zamawiam mężczyznę idealnego. Przystojnego cyberkochanka o upojnym głosie, który ma kilka par rąk. Jedna para rąk zajmuje się moimi stopami, druga pupą i plecami, trzecia piersiami, czwarta włosami... Ten kochanek ma dwa penisy (bo mogę sobie przecież zamówić, co chcę, bylebym miała za co) i mogę mu mówić: teraz wolniej, teraz mocniej... Spełnienie tego, co podczas seksu się myśli, a rzadko mówi. Co bardziej śmiałe kobiety, owszem, pokazują, proszą, ale starają się delikatnie, żeby go nie zranić, nie zniechęcić. A czasem miałoby się ochotę powiedzieć prosto z mostu: trochę w lewo, w prawo, a teraz tak trzy minuty. I co? Większość panów by się wściekła, że nie są tylko na usługi.

Ta wizja skłania mnie do zastanowienia się, co nam to mówi o nas samych i naszych relacjach.
Dlaczego w ogóle wirtualny seks się pojawił? To kolejny erzac. Bo mamy problemy z relacjami, z komunikacją seksualną. I chcemy je rozwiązać na skróty. Przecież gdybyśmy mieli satysfakcjonujący seks w realu, nie szukalibyśmy zamienników. Niby oczywiste, ale co z tego? Wiemy to, ale niewiele robimy, by coś zmienić.

Ty ciągle tylko namawiasz, by nad czymś ciężko pracować. A człowiek chciałby się odprężyć i nie musieć wiecznie tak tyrać...
Zauważ, że zaczęłam od wizji totalnego brania, a nie od zapracowywania! Nie widzę problemu w tym, by wirtualny seks jako opcja sobie istniał. Jak dobry drink od czasu do czasu urozmaicał życie. Kłopoty zaczynają się, gdy w zasadzie jest to opcja jedyna. A poza tym posucha i człowiek robi się samotny, więc w zasadzie w ten Internet ucieka, bo zwyczajny świat coraz mniej go interesuje. Łatwo się zatracić. Wspominam często doświadczenie ze szczurami, które mając dostęp do klapki drażniącej ich ośrodek rozkoszy w mózgu, przestawały jeść i zdychały z rozkoszy. Ale jakaż to piękna śmierć, powiedziałby niejeden.

Człowiek to nie szczur.
Całe szczęście. Człowiek ma wielki potencjał, tylko pytanie, jaką jego część realizuje. Wielka szkoda, że nie poszliśmy drogą wiedzy seksualnej. Wciąż nie umiemy słuchać własnego ciała. Co dopiero mówić o wsłuchiwaniu się w ciała innych. A uczyć się nie chcemy. Panuje dość dziwaczny pogląd, że nie będziemy się tego uczyć, bo to niewłaściwe, ale umieć powinniśmy. Tylko skąd? Więc sobie konstruujemy przedłużki, żeby spełnić własne i cudze wizje na temat owego seksu. Boimy się, że on nami zawładnie. Tymczasem najprostsza droga do tego, by nami zawładnął, to właśnie unieważnienie go, usunięcie z życia. Najlepszy dowód: w kulturach plemiennych seks stanowił naturalną część życia, a przecież wcale nie było tak, że wszyscy nic, tylko go uprawiali. Jeśli to się dzieje w normalnym rytmie, nie ma groźby, że nagle zabijemy się, nawet klikając myszką bezpośrednio w swój ośrodek rozkoszy. I moim zdaniem całemu naszemu społeczeństwu coś takiego nie grozi.

A jednostkom?
Jak najbardziej. Przecież osoby uzależnione od seksu tak właśnie się zabijają. Ludzie potrafią być tak niedowartościowani, że się degradują do podstawowych potrzeb. Z drugiej strony człowiek od zawsze marzył, by sobie móc robić dobrze, nie mieć granic. I nie musieć się wstydzić. To przecież podstawowa karma dla fantazji erotycznych. Stajemy przed możliwością zrealizowania tych wizji. Czy to nie pociągające? Wiesz, jak funkcjonują ludzie, którzy mają dużo dobrych orgazmów? Nie trzeba lekarzy. Wirtualny i internetowy seks to po prostu kolejna używka.

Ale jaka niezwykła...
Atrakcyjna, bo dająca nieustanne pobudzenie, które znieczula cierpienie, ten słynny ból istnienia. Człowiek, który ma intensywny internetowy związek oparty na seksie, potrafi być podobnie podniecony, otumaniony własną chemią mózgową, jak człowiek zakochany. To sytuacja dająca złudzenie związku i satysfakcję seksualną jednocześnie. I niewymagająca otwarcia się na prawdziwą bliskość, której dziś boimy się bardziej niż samotności. Przemawia więc szczególnie do ludzi, którzy cierpią z powodu braku miłości, nie umieją się odnaleźć w relacjach. Ucieczka w wirtualny świat jest więc jedynie objawem, a nie przyczyną trudności w relacjach. Oczywiście wtórnie owe trudności pogłębia. Coraz więcej ludzi łapie się na ten lep, bo coraz więcej w nas lęku przed kompromitacją, a coraz mniej prób nawiązania prawdziwych znajomości. Nie mówiąc o tym, że nie ma czasu, by je pielęgnować. A jak tu mieć dobry seks bez pielęgnowania bliskości?

Część ludzi wybiera więc po prostu przygodny seks, bez zobowiązań.
Może to, co powiem, kogoś oburzy, ale skoro seks z założenia ma być przygodny, a więc przedmiotowy, to może lepiej jest to zrobić z cyberkochankiem? Nie za wiele się to różni, jeśli chodzi o poziom bliskości, za to doznania mogą być o wiele przyjemniejsze. No i nie zarazimy się HIV-em, nie zostaniemy sponiewierani... Mniejsze ryzyko.

Dość cyniczna wizja.
Eee tam. Tak bywa. Oczywiście nie z każdym.

Dziwisz się? Żyjemy coraz szybciej, więc również w kwestii relacji i seksu idziemy na skróty. Gdy się oddasz we władanie cyberseksu, to czasu masz jeszcze mniej. Czatowanie, mejlowanie, komunikatory... To zżera każdą ilość czasu.

 
Czym wirtualny kochanek różni się od internetowego? Bo mam wrażenie, że to jednak inny rodzaj relacji. Cyberkochanka możesz sobie stworzyć na wzór i podobieństwo swoich marzeń. W Internecie znajdujesz po drugiej stronie rzeczywistego człowieka, więc nie możesz go sobie zaprogramować, by ci mówił słodkie słówka.
.. To rodzaj fantomowej, nierzeczywistej relacji. W gruncie rzeczy nie wiadomo przecież, kto jest po tej drugiej stronie.

Nie wiadomo też, kto jest po tej...
Człowiek śni sen o sobie samym, lepszym, odważniejszym, seksownym. Nieśmiały, pełen zahamowań człowiek w sieci może brylować. Stworzyć sobie inną tożsamość, która w każdej chwili może się znowu zmienić... Szczególnie trudno jest być szczerym i odważnym w stosunku do kogoś, na kim ci zależy. Paradoks tylko pozorny. Taka sytuacja jest zagrażająca – boimy się, co ta osoba sobie o nas pomyśli, jak zareaguje, boimy się odrzucenia. Szczególnie w seksie. Dlatego łatwiej przywdziać fałszywą tożsamość i wypisywać rzeczy, których byśmy w życiu naprawdę nie powiedzieli. Łatwiej też znieść odrzucenie – bo to przecież nie my.

Ale te rzeczy, które się wypisuje, bywają prawdziwe.
I tak, i nie. Bywają to rzeczy, o których w skrytości ducha marzymy, ale się ich wstydzimy. W takim sensie cyberseksualne rozmowy potrafią człowieka ośmielić – gdy partner lub partnerka owych rozmów pozytywnie zareagują. Niestety, zwykle owa „śmiałość” pozostaje zdobyczą wyłącznie wirtualną, a w realu nic się nie zmienia. Bo rozdzielamy te sfery. Podobnie jak mężczyzna, który idzie do prostytutki, zwykle potem nie ćwiczy tego, co tam robił, z żoną.

Nieco inna sytuacja ma miejsce, gdy człowiek eksperymentuje w Internecie. Świadomie udaje kogoś innego, prowokuje, przekracza granice, prowadzi erotyczną grę. To jeszcze bardziej niebezpieczne, bo nie ma szansy, by normalne życie, normalne relacje były tak intensywne jak owa gra.

Czy nie jest tak, że nowe technologie wychodzą naprzeciw naszej pokusie przekraczania granic, norm?
Wyciągają z człowieka, co w nim siedzi. Tak. I w tym sensie możemy powiedzieć, że dobrze, że owo „coś” znajdzie jakiekolwiek ujście. Bo jeśli go nie znajduje, rządzi nami z ukrycia. Ale nie jest to najlepsza forma ujścia. Choć nie chcielibyśmy tego tak widzieć, romansując w Internecie, prowadzimy podwójne życie. Z podwójną moralnością. To nie służy nikomu, nawet singlom. A już zwłaszcza komuś, kto żyje w parze. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że romans w Internecie ma ciężar emocjonalny podobny do zdrady. To nie jest takie niewinne, jak sobie lubimy wyobrażać, bo niszczy związek.

W jaki sposób?
Z prostej przyczyny: energia seksualna, która dotąd była dla związku, jest kierowana gdzie indziej. A związek, w którym taka energia nie płynie, zamiera. Czy tego chcemy, czy nie. Tymczasem „tam” ciągnie coraz bardziej. Bo jest ten dreszczyk nowości, łatwiej się podniecić. A ze „starym” mężem czy żoną trzeba by się z powrotem postarać. I zanim się obejrzymy, następuje rozkład pożycia, jak to się mówi. Wiele małżeństw rozpada się z takiego powodu.

Znam kobietę, której małżeństwo się rozpadło przez ognisty związek, który nigdy nie wyszedł poza sieć. Aż jej cyberkochanek przestał się odzywać i z dnia na dzień zniknął.
I ona się znalazła w totalnej depresji... Gdy taki związek się kończy, zostaje straszliwa pustka. Nakręcona dziewczyna żyła na takim haju, że pewnie nawet nie zauważyła, że małżeństwo się kończy. I raptem nic. Bardzo trudno jest w to uwierzyć, trochę tak, jakby się nagle zostało wygnanym z raju. Jakby ktoś umarł, choć przecież go nie było. A ona nawet nie wie, kim był ten facet po drugiej stronie, czy to, co pisali, było prawdą, czy nie? I w rzeczywistości tego mężczyzny, prawdę mówiąc, nie było. Ktoś pisał, ale na pewno nie ten, kogo ona czytała. Pisało jej marzenie. Pisał ktoś, kto był też dla siebie samego marzeniem. To nie znaczy, że go nie było w niej. To ważna lekcja, może wiele człowieka nauczyć, jeśli z niej skorzysta. Taki szok ma moc, by człowieka obudzić do prawdziwego życia, wyrwać go z internetowych szponów. Można sobie wtedy uświadomić, co sprawiło, że taki sztuczny związek w ogóle zaistniał. Dlaczego tak, a nie inaczej postąpiłam, kim był dla mnie ten kochanek, jakie moje potrzeby spełniał. I czego mam się uczyć, żeby spełniać je w realu. Żeby móc mieć kochanka prawdziwego. Albo przynajmniej – nie mogę sobie odmówić tej przyjemności – zafundować sobie jawne cyberzastępstwo, co do którego mamy pewność, że póki mamy baterie, na pewno nas nie zawiedzie...

  1. Psychologia

Kto odpowiada za zdradę w związku? - kilka faktów na temat niewierności

Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” (fot. iStock)
Coraz częściej do mojego gabinetu trafiają nieszczęśliwi małżonkowie i pary w kryzysie spowodowanym zdradą.

Zdarza się też, że przychodzi osoba zmęczona związkiem, pełna obaw, że jeśli nic się nie zmieni, to nie będzie miała skrupułów przed romansem.

Niekoniecznie dopiero fakt zdrady psuje relację. Wydaje się, że zdrada często jest objawem tego, że w związku nie dzieje się dobrze.

Dlaczego właściwie zdradzamy?

Pierwszym czynnikiem, który sprzyja niewierności, są nieporozumienia i kłótnie, spowodowane głównie różnicą charakterów i poglądów. Ta odmienność nasila się głównie w czasie występowania innych problemów: praca, rodzina, finanse itp. Powoli życie erotyczne partnerów staje się mało satysfakcjonujące, nudne, a z czasem jakiekolwiek zbliżenia intymne są właściwie nieobecne. Dodatkowo, zmęczeni trwającymi miesiące czy lata konfliktami, jesteśmy bardziej skłonni wejść w nową relację, niż wkładać wysiłek w naprawę tego, co już mamy. Ostatecznie doprowadza to do poszukiwań osoby, która spełni nasze fantazje i oczekiwania. Często też czujemy potrzebę ucieczki od współmałżonka, pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, chcemy poczuć się niezależni, pożądani, lepiej rozumiani. Niektórzy potrzebują większej czułości i więcej seksu, inni ryzyka, dramatu, czy zemsty. Są też ludzie, którzy marzą o „doskonałej miłości” oraz tacy, którzy potrzebują dowieść samym sobie, że ciągle jeszcze nie są za starzy na miłość i rzucają się w romanse „ostatniej szansy”.

Carol Botwin, seksuolożka, autorka książek, uważa, że niektórzy mężczyźni nie potrafią dochować wierności, gdyż nigdy w istocie nie opuścili „dziecięcej fazy” życia. W oddaleniu od małżonki spowodowanym np. podróżą, odczuwają potrzebę drugiej partnerki. Cudzołóstwu mogą też oddawać się osoby, które wychowały się w domach, gdzie brakowało czułości. Jako dorośli budują więc wyzbyte uczuć małżeństwo i wchodzą w niezobowiązujące romanse. Zdarzają się mężowie, którzy swoje żony wynoszą na piedestały, sypiać jednak wolą z „ulicznicami”. Pośród zdradzających często są osoby o postawie narcystycznej: potrzebują wielu kochanków, aby jaśnieć w promieniach ich pożądania. Zdarzają się czasem i tacy, którzy gustują w trójkątach, lubią walkę dla niej samej. Zdrada może być też próbą rozwiązania problemów seksualnych (Botwin, 1988).

Zdrada kusi

Niezależnie od poczucia, że cudzołóstwo jest niemoralne, pomimo wyrzutów sumienia towarzyszącym potajemnych schadzkom, na przekór niebezpieczeństwom, jakie niesie to rodzinie, przyjaciołom i stabilności życiowej, sporo osób chętnie wchodzi w związki pozamałżeńskie. Z raportu Kinseya wynika, iż ponad 33% Amerykanów i 26% Amerykanek przyznało się do tego typu kontaktów seksualnych (Kinsey i in., 1948; 1953). Ankieta przeprowadzona przez „Playboya” dwadzieścia lat później (Hunt, 1974) wskazała na liczbę 41% żonatych mężczyzn i 25% zamężnych kobiet, którzy zdradzili kiedyś współmałżonka. Badania z lat osiemdziesiątych mówią o 54% kobiet (Wolfe, 1981) i 71% mężczyzn (Hite, 1981), którzy dopuścili się niewierności.

Polskie badania mówią o 25% kobiet i 31% mężczyzn w roku 2005, a sześć lat później jest to 21% mężczyzn i 12% kobiet (Izdebski, 2005; 2011). Skąd jednak pewność, że którakolwiek z tych danych jest prawdziwa? Mężczyźni skłonni są chełpić się swymi seksualnymi podbojami, kobiety wolą raczej ukrywać romanse. Być może mężatki sprzed pół wieku niechętnie przyznawały się do zdrad małżeńskich, a współcześnie już potrafią być bardziej szczere. Hunt komentuje to w ten sposób: „Kobieta równie często będzie szukała seksu poza małżeństwem jak mężczyzna, jeśli tylko ona sama i jej otoczenie uważają, że ma do tego takie samo prawo jak małżonek” (Hunt, 1974). Wygląda wiec na to, że nasza ludzka skłonność do pozamałżeńskich związków jest świadectwem triumfu natury nad kulturą. Podobnie jak wzorce flirtu, uśmiechu, jak fizjologiczne podłoże zauroczenia i chęci do łączenia się z jedną osobą, także i cudzołóstwo jest najpewniej częścią pradawnej gry reprodukcyjnej.

Związek do naprawy

Wracając do par w kryzysie, które niewątpliwie przeżywają trudne chwile. Przede wszystkim proponuję, żeby zastanowić się nad motywami, które kierowały w stronę zdrady. Nie chcąc tracić tego, co zbudowało się do tej pory, jednocześnie czując brak spełnienia, często działamy egoistycznie. Powiemy - związek to przecież uwzględnianie drugiej osoby w naszych decyzjach. Jednak w sytuacji kryzysu naturalne jest, że w pierwszej kolejności dbamy o własne dobro, o własny komfort psychiczny i fizyczny. Idealnie jest móc uniknąć takiego dylematu, czyli pomyśleć wcześniej i zapobiegać, niż potem naprawiać. Jeśli czujemy, że w naszym związku nie jest do końca tak, jakbyśmy tego sobie życzyli, to nie czekajmy na „właściwy moment” by porozmawiać, moment, który najczęściej nigdy nie nadchodzi, tylko zróbmy to spontanicznie, teraz. Nawet lektura tego artykułu może być pretekstem do rozpoczęcia takiej właśnie rozmowy. Powiedzmy szczerze o naszych oczekiwaniach, o tym, co lubimy u siebie nawzajem, a czego nie lubimy i co chcielibyśmy zmienić.

Związek można porównać do rośliny. Podlewając ją raz w miesiącu utrzymamy ją przy życiu, będzie wegetować, ale nie rozwijać się. Możemy też, co kilka dni dawać jej trochę wody i obserwować jak rośnie i rozkwita.

Ewa Krawczyńska: psycholog, psychoterapeuta, kulturoznawca, specjalista seksuolog, doradca rodzinny

Carol Botwin: seksuolog, dziennikarka, autorka m.in. książek „Niewierne żony” i „Niewierni mężowie”

  1. Psychologia

Wierność w związku - mit czy rzeczywistość?

Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Wiele osób, zamiast pracować nad sobą i nad związkiem, wybiera drogę na skróty... (fot. iStock)
Związek powinien być jednocześnie spokojną i bezpieczną przystanią oraz ekscytującą i stymulującą drogą, która ciągle się zmienia. Czy osoba, która dopuszcza się niewierności, jest jak rozkapryszony następca tronu, który nie znosi, gdy jego pragnienia pozostają niezaspokojone, czy jak ktoś dość pokorny, by zrozumieć i zaakceptować swoją zwierzęcą naturę? – pyta Lisa Letessier, psycholożka i terapeutka, autorka książki „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”.

Według szacunków 80 proc. par w pewnym momencie zderza się z niewiernością partnera, 65 proc. rozwodzi się po odkryciu zdrady, a w 50 proc. tych, którzy pozostają razem, nie dochodzi do wybaczenia (Weil, Winter 1994)!

Poliamoryści wychodzą z założenia, że pozostawanie wiernym seksualnie jednej osobie jest czymś nienaturalnym. To prawda, że w królestwie zwierząt i ludzi niewiele osobników żyje w monogamii! Poligamia człowieka może być w pewien sposób uznawana za przesłankę quasi-naturalną (Barash, Lipton, 2002).

Ponadto żyjemy dziś w społeczeństwie hedonistycznym, w którym koniecznością jest odczuwanie przyjemności i satysfakcji! Epikurejska koncepcja szczęścia polega na szukaniu przyjemności, gromadzeniu emocji pozytywnych oraz odrzucaniu bólu i tego, co wywołuje emocje nieprzyjemne. Wszystko musi szybko się toczyć i szybko przynosić efekty. W tym pośpiechu zdolność do znoszenia ogólnej frustracji maleje. Denerwujemy się, jeśli przez godzinę nie dostajemy odpowiedzi na SMS lub e-mail, odchodzimy z pracy, gdy tylko przestaje przynosić satysfakcję, szukamy rozwiązania w zdradzie lub rozwodzie, jeśli coś nam nie pasuje w związku. Niestety, hedonistyczna adaptacja skazuje nas na krótkotrwałość. To, co daje chwilową przyjemność, nuży albo staje się zwyczajne! Jesteśmy więc skazani na ciągłe poszukiwanie nowości, jak narkoman, który musi stale zwiększać porcje, żeby poczuć taki sam efekt jak wcześniej. Zmęczenie lub codzienność, zamiast do pracy nad rozbudzeniem namiętności i odbudowaniem pożądania, prowadzą do tego, że się rejestrujemy na portalu Gleeden…

Niewierność bez kompleksów

Tym, którzy nie znają Gleeden, wyjaśnijmy, że jest to serwis wyspecjalizowany w relacjach pozamałżeńskich! Chociażby w metrze francuskim można spotkać olbrzymie afisze, które zachęcają do zdrady. Gleeden jest jak wąż Kaa z „Księgi dżungli”, który szepcze: „Zauuufaaajjj, ssspróbuj sssmaku zdraaady, ssspodoba ci sssię”. Serwis stał się zresztą wartością referencyjną w badaniach Ipsos na temat niewierności…

Na stronie głównej podana jest liczba użytkowników (na dzień dzisiejszy prawie 8 milionów!). Kobiety, dla których portal był początkowo przewidziany, stanowią dziś 40 proc. użytkowników. Także na stronie głównej można przeczytać wyznania, które mają przekonać nas o dobrodziejstwach niewierności w związku, oraz zapewnienie dyskrecji, jak i krótki tekst o poniższej treści:

„Witajcie na Gleeden.com, portalu nr 1 dla osób zamężnych! Niezależnie od tego, czy poszukujesz pozamałżeńskiej przygody w pobliżu domu, czy kochanka w odległości tysiąca kilometrów na wyjazdy służbowe, Gleeden.com to szczególne miejsce, gdzie w całkowitym bezpieczeństwie możesz spotkać niewiernych z całego świata! Masz ochotę na zdradę? Wybór należy do ciebie! Tworzony na co dzień przez ekipę w 100 proc. kobiecą, Gleeden.com pozwala kobietom na w pełni dyskretne spotkania pozamałżeńskie!”

Niewierność staje się w pewien sposób normalna! Oto „wartości”, które pozwolą nam na rozwój. Po co męczyć się w związku, znosić frustrację seksualną, emocjonalną czy intelektualną, skoro dzięki kilku kliknięciom można natychmiast zyskać pocieszenie! (…)

Jak znieść frustrację?

Wielki paradoks bierze się stąd, że mimo wszystko pary chcą ciągle budować. Wciąż żywa jest też bajka pt. „żyli długo i szczęśliwie” i to rozbudza pragnienia. W rezultacie chcemy coś tworzyć, ale bez zbytniego wysiłku i żyć we dwoje, ale z zachowaniem całkowitej wolności… Przyznacie, że to paradoks.

Pascal Bruckner pisze: „Dziś oto kobiety i mężczyźni są poddani sprzecznym wymogom: kochać namiętnie i w miarę możliwości być tak samo kochanym, cały czas zachowując autonomię. Być otoczonym, nie spętanym, z nadzieją, że związek okaże się dość elastyczny, żeby umożliwić to harmonijne współżycie” (Bruckner, 2019). Na tym polega dramat wierności. Jako spadkobiercy pokolenia buntowników 1968 roku wzrastaliśmy w imię „zakazuje się zakazywać” (fr. Il est interdit d’interdire! należy do najbardziej znanych haseł związanych z wydarzeniami społeczno-politycznymi wiosną 1968 roku we Francji). Naszą dzisiejszą mantrą byłoby raczej „zakazuje się być sfrustrowanym”. Jednak życie i związek wymagają tolerowania frustracji. Trzeba zaakceptować drugą osobę taką, jaka jest, a nie jaką chcielibyśmy ją widzieć. Zaakceptować, że nie zawsze ma te same pragnienia co my, nie w tej samej chwili i nie równie intensywnie je odczuwa. Zaakceptować, że nie jest doskonała i nie zaspokoi wszystkich naszych pragnień. Czyli zaakceptować bycie sfrustrowanym.

Tymczasem ciężar uchronienia nas od frustracji spoczywa na partnerze, który musi spełnić wszystkie kryteria: umieć słuchać, wykazywać wrażliwość oraz empatię, ale i odwagę, być dobrą matką/ dobrym ojcem, perfekcyjną panią domu/ perfekcyjnym gospodarzem, wspaniałą kochanką/ wspaniałym kochankiem, a poza tym mieć dobrą pracę, być szczerym przyjacielem i dawać poczucie bezpieczeństwa uczuciowego… Jeśli któryś z tych wymogów nie jest spełniony, sprawdzamy gdzie indziej – może tam jest lepiej! Porównujemy, domagamy się, tupiemy nogami. Ponieważ naszym punktem odniesienia są idealne rozwiązania, brak satysfakcji i frustracja związane z naszym związkiem rosną (Kotsou, 2014). Dowiedziono zresztą, że im bardziej ktoś wierzy w nierealne modele, tym wyżej szacuje koszty, które ponosi w związku: utratę czasu dla siebie, brak wolności, wady partnera itd.

Kilka liczb

Ponieważ jednym z elementów, które powinny spełniać nasze kryteria, jest seks, kluczowa staje się satysfakcja fizyczna w związku. Krzyczące nagłówki w wielu magazynach, które tłumaczą, jak uniknąć nudy, albo dają „10 rad”, jak przeżyć rozkosz za każdym razem, nakładają na nas obowiązek „umiejętności osiągania orgazmu”. Zdrowie związku jest mierzone życiem seksualnym. Seks jest powinnością, to niedopuszczalne, żeby partner nie dawał nam satysfakcji. Żeby to znieść, szukamy sposobu na uwolnienie się od frustracji gdzie indziej. Według badania serwisu Gleeden, 68 proc. użytkowników sądzi, że sekret długotrwałego związku tkwi w niewierności.

Inne badania wskazują, że kobiety równie często dopuszczają się niewierności co mężczyźni (Mark, 2011), a 72 proc. romansów zaczyna się w pracy (Pasini, 2008). Zresztą wiele wskazuje na to, że im wyższy poziom społeczno-zawodowy, tym większe ryzyko niewierności – co potwierdzają również dane Gleeden, w którym 50 proc. użytkowników ma wysokie dochody. Według tego samego badania wśród dopuszczających się zdrady satysfakcję ze związku wyraża 72 proc. mężczyzn i 62 proc. kobiet.

Kobiety, które odczuwają nieprzystosowanie lub frustrację wynikające z częstotliwości stosunków seksualnych bądź postawy czy wartości związanych z płcią – 2,9 raza częściej dopuszczają się niewierności. Niech więc przestarzałe poglądy nie każą nam sądzić, że współczesna kobieta nie przywiązuje wagi do ulepszania sfery seksualnej. Jeśli chodzi o mężczyzn, częściej zdradzają ci, którzy cierpią na zahamowania seksualne wynikające z zaburzeń funkcjonalnych (przedwczesny wytrysk i kłopoty z erekcją) wywołujących niepokój o sprawność. Wydaje się, że lęk przed doświadczeniem ewentualnych trudności seksualnych poza związkiem, w obecności kogoś mniej ważnego, jest słabszy. Wreszcie, można zauważyć więcej kontaktów homoseksualnych partnerów w związkach heteroseksualnych: 18 proc. kobiet heteroseksualnych zgłasza w momencie rejestracji zainteresowanie seksem homoseksualnym.

W klasyfikacji dopuszczających się zdrady kobiet Francuzki zajmują trzecie miejsce (32 proc.) po Włoszkach (34 proc.) i Niemkach (43 proc.). Na najwyższym stopniu podium wśród mężczyzn dopuszczających się niewierności stoją razem Francuzi i Włosi (55 proc.). Jeśli chodzi o kobiety i mężczyzn łącznie, to prym w niewierności wiodą Niemcy i Włochy (45 proc.), kolejne miejsce zajmuje Francja (43 proc.), przed Belgią (40 proc.).

Czy niewierność stała się nie do uniknięcia?

Zatem mamy 50 proc. szans na to, że zostaniemy zdradzeni. Urocze… Ponadto warto wiedzieć, że niewierność ze strony mężczyzn wzrasta wyraźnie wraz z pojawieniem się pierwszego dziecka, ponieważ czują się oni odsunięci i poszukują atencji poza związkiem. Ale jest cała masa powodów do niewierności! Żeby przeżyć nową miłość, nową namiętność; żeby doświadczyć porozumienia z kimś innym albo czułości; z nudy; żeby podnieść swoją samoocenę; z zemsty lub z wściekłości na partnera/ partnerki; żeby poczuć adrenalinę związaną z przekraczaniem granic, które dodaje życiu pikanterii; żeby przekonać się, że można jeszcze dla kogoś być pociągającym, że jest się młodym…

W rzeczywistości przyczyny są równie zróżnicowane, jak ludzie i związki. Pewne jest jednak, że niewierność służy zaspokojeniu.

Wierność wydaje się dziś jak święty Graal, w którego niewielu ośmiela się wierzyć. Gdy mężczyzna z dwudziestoletnim stażem w związku mówi, że nie ma na koncie żadnego skoku w bok, to albo budzi bardzo, bardzo silny podziw, albo wątpliwości, czy jest szczery! Faktycznie, wierność jest czymś więcej niż zwykłe życzenie, to prawdziwy cel, którego osiągnięcie wymaga wysiłku, komunikacji i tolerancji na frustrację. Każda osoba musi określić, na czym polega i co wyklucza; każda para powinna sobie to ustalić. Wierność czemu? Komu? I zwłaszcza w jaki sposób? Znów powrócę do Pascala Brucknera, który pisze „nie przestajemy mieszać […] wolności wyboru miłosnego, który jest olbrzymim postępem, z wyborem wolności osobistej. W pierwszym przypadku rozwijamy solidarność małżeńską, która wyrasta ponad wyspiarskość każdego z partnerów; w drugim wypadku stawiamy na ego, ryzykując postawienie obok siebie dwóch samotności” (Bruckner, 2009).

Wierność ma jednak nie stawać się ciężarem narzuconym przez świętoszków; musi być naturalnie uosobiona, broniona jako wartość osobista. Najważniejsze jest powiedzieć partnerowi, w jaki sposób ty postrzegasz wierność: czy jako rodzaj lojalność wobec samego siebie, czy na sposób poliamorystów. Niech umowa będzie jasna. Jeśli wierność fizyczna jednemu partnerowi jest dla ciebie podstawową wartością związku, zrób wszystko, żeby jej dotrzymać, i pogódź się z tym, że nie będzie to długa spokojna rzeka! Pozostań wierna przede wszystkim swoim wartościom. Podstawą jest znalezienie kompromisu, który pozwoli ci realizować się jako jednostka oraz w związku, bez drastycznych rozstrzygnięć.

Natychmiastowa przyjemność czy szczęście eudajmoniczne?

Pewnie zaczynacie mówić do siebie: „Ona nie odpowie na pytanie postawione w tytule…” Rzeczywiście! To wydaje mi się niemożliwe, ponieważ każdy ma własną koncepcję wierności. Niemniej ten, przed kim stoi zadanie, musi mieć odwagę, żeby oprzeć się wszelkim obecnym pokusom. Jakie to piękne zrezygnować z natychmiastowej przyjemności na rzecz szczęścia eudajmonicznego, które istota ludzka osiąga, gdy jej rozwój i osobista droga nabierają sensu. Psychoterapeutka par, Fabienne Kraemer, wyraża to w piękny sposób: „stan uczuć na początku jest z pewnością najbardziej ekscytujący […], zmiana partnera, gdy tylko ten etap się rozwiewa, to skazywać się na smakowanie tylko przystawki, bez możliwości delektowania się głównym daniem, głęboką miłością, która pojawia się z czasem, gdy udaje nam się kochać kogoś za to, jaki jest” (Kraemer, 2015).

Na koniec świadectwo Matthieu, 55 lat, zakochanego w swoje żonie i wiernego jej od 30 lat.

„Kiedy się poznaliśmy, mieliśmy oboje po 25 lat. Dziś mamy po 55. Zbliżyliśmy się do siebie bardzo szybko (po kilku tygodniach pierwsze miłosne pocałunki, potem pierwszy seks), ale wszystko było od razu proste. Ja, nieświadomie zalękniony, pokazywałem pewność siebie i sztywniacką niezależność, mało czułości i zro zumienia; ona, niespokojna na myśl, że mogę odejść, cierpiała z powodu mojego zdystansowania i niepewności uczuciowej, która z tego wynikała. Kiedy martwiła się o przyszłość naszego związku, mówiłem: „Zobaczymy, nic nie da się przewidzieć; każdego dnia będziemy się przekonywać, czy jesteśmy razem, czy już nie”. Zawsze zakładaliśmy, że możemy nie być razem, a jeśli jesteśmy, to dlatego, że ciągle chcemy.

Powoli naturalne stało się, żeby mieszkać razem. Tak też zrobiliśmy. Później urodziło nam się jedno dziecko, potem drugie.

Kiedy miałem 20 lat, nie wyobrażałem sobie, żeby być z jedną osobą przez tyle czasu, praktycznie przez całe życie… Nasza relacja wiele razy mnie zaskoczyła. Jest nam razem dobrze i to porozumienie nie maleje z czasem, wprost przeciwnie. Nasz związek nie jest też taki jak kiedyś. Dziś jest on spokojniejszy, głębszy; darzymy się większym szacunkiem niż na początku. Powiedziałbym: mniej skrępowania, chełpliwości, walki, no i lepiej się znamy. To, co mogło nas na początku irytować, dziś może rozbawić (oczywiście nie wszystko, ciągle zdarza nam się pokłócić i sprawić sobie wzajemnie przykrość). Jak gdyby z latami nasze osobowości bardziej się szanowały, harmonizowały. Jakbyśmy umieli przejść do porządku dziennego nad rzeczami powierzchownymi i skupić się na najważniejszym.

Fizycznie wciąż jesteśmy dla siebie atrakcyjni; bliskość ciał, dotyk są nadal równie przyjemne jak kiedyś. Jeśli chodzi o seks, podchodzimy do niego bardziej swobodnie, także na tym poziomie lepiej się znamy, bardziej szanujemy pragnienia i potrzeby drugiego. Czasami odczuwamy nawet większą przyjemność niż w młodości. Jesteśmy dla siebie kochankami, małżonkami, ale i przyjaciółmi, rodzicami, życiowymi partnerami, doradcami, rodzeństwem. W związku jest nas dużo!

Wspólnie decydujemy o ważnych sprawach (dotyczących dzieci, domu, wspólnego życia). Mówimy wprost o wszystkim, co nas dotyczy (stanie duszy, lękach, przyjemnościach, seksualności, pieniądzach itd.) i to dość otwarcie. Szanujemy i wspieramy wzajemnie swoje wybory. Każde z nas ma swobodę w życiu społecznym (rozrywki i przyjaciele) i niezależność zawodową. Każde z nas może mieć też swoją prywatność, życie osobiste i fantazje. Jednak według naszej niepisanej umowy nie zdradzamy się, jesteśmy wierni, nie kłamiemy na temat ważnych rzeczy. Żadne z nas nie uniosłoby zdrady. Atrakcyjność romansu wydaje się niewielka, ponieważ jest nam dobrze razem zarówno pod względem psychicznym, jak i fizycznym. Co lepszego moglibyśmy znaleźć poza związkiem? Po co szukać nowych doświadczeń, skoro to, co przeżywamy, daje nam satysfakcję i posmak nowości? I dlaczego ryzykować zniszczenie tego, jak żyjemy i co jest tak dobre, w imię przygody na jeden wieczór?

Można powiedzieć sobie: owszem, ale to drugie się nie dowie, wystarczy całe zdarzenie dobrze ukryć. Nie na tym jednak polega problem. Jeśli zdradzę żonę, będę o tym wiedział ja i będę musiał ją okłamywać − co dzień wymyślać strategię, żeby się ukrywać i ukrywać przed nią to, co robię… Narażę w ten sposób więź głębokiego zaufania, która nas łączy i która jest fundamentem naszego związku. Jeśli ona miałaby romans, nie sądzę, abyśmy mogli być dalej razem, żebym zniósł tę zdradę. Nie jesteśmy skłonni do dzielenia się.

Gdybym w wieku 20 lat wiedział, że przez 30 kolejnych lat będę sypiał z tą samą kobietą! I na dodatek, gdyby mi ktoś powiedział, że będę miał z tego jeszcze więcej przyjemności niż na początku! I że będę chciał, żeby to trwało przez kolejne dziesięciolecia! Bardzo bym w to powątpiewał, a jednak trzeba przyznać, że tak jest. Nas samych wciąż to dziwi. Anarchistyczni i wolni młodzi ludzie, jakimi byliśmy, dziwnie by na nas spoglądali. Jednak nadal jesteśmy młodymi anarchistami, w wolności wspólnie wybieramy życie, które nam najbardziej odpowiada i najbardziej nas wzbogaca.”

Fragmenty z książki Lisy Letessier „Kłamstwo w związku. Odejść czy zostać?”