1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Ojciec i syn. Synowie potrzebują przede wszystkim rozmowy

Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co 
przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. (Fot. iStock)
„Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”. Właśnie o to chodzi, żeby ojcowie gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają – wyjaśnia Benedykt Peczko, psychoterapeuta.

Zaprzyjaźniony 50-latek zwierzał mi się ostatnio, że gdy patrzy na swojego niemal 30-letniego syna, który właśnie zostanie ojcem, to mu się robi słabo. „On powtarza wszystkie moje błędy!”.
Dlaczego ten mężczyzna nie powie o tym synowi?

Boi się reakcji. Nie chce chłopaka pouczać, strofować, naprowadzać na właściwą drogę. Nie był dla niego idealnym ojcem, więc syn może powiedzieć: „Przegrałeś swoje ojcostwo, więc co mi będziesz gadał!”.
Niech właśnie o tym gada! Że przegrał, że się nie wyrabiał…

„Wiesz, na kilka dni przed twoim urodzeniem pojechałem z kolegami w góry, żeby się powspinać…”
Tak, niech powie: „Uciekałem. Bałem się. Byłem przerażony, jak to będzie, gdy się urodzisz… Żaden ze starszych mężczyzn ze mną o tym nie rozmawiał. Mama w ciąży chodziła sama na badania, bo ja miałem treningi. Po skomplikowanym porodzie też była sama. Do tej pory nie może mi tego wybaczyć”. Wiele par na terapii boryka się z taką przeszłością. Kobiety mają żal, że mężczyzna nie był obecny w okresie ciąży i po porodzie. Mówią, że czuły się porzucone. Ojciec więc może powiedzieć synowi, czego żałuje, jakie błędy popełnił.

„W moim pokoleniu, gdy kobiety rodziły dzieci, mężczyźni balowali z kolegami do rana, a współcześni chłopcy nie wychodzą z Internetu” – mówi ten ojciec.
To jest mniej więcej to samo. Dla młodego mężczyzny sytuacja, gdy rodzi się dziecko, jest tak trudna, nowa, nieznana, że przestaje być obecny, wyjeżdża, zapuszcza grę komputerową. Kiedyś mężczyźni się upijali. Teraz nie muszą tego robić; wystarczy, że wejdą do Internetu, i już ich nie ma.

Załóżmy, że ojciec zaryzykuje taką rozmowę.
Dobrze, gdyby to on zaczął. Syn raczej nie odważy się zapytać, nie poprosi o radę czy pomoc. Relacje między synami a ojcami bywają napięte, a poza tym mężczyzna radzi sobie sam, nawet jeśli sobie nie radzi. Więc trudno mu przyznać, że czuje się zagubiony, że dziecko to dla niego życiowy próg, wielkie wyzwanie.

Co się dzieje w wewnętrznym świecie obu mężczyzn, gdy dochodzi do takiej rozmowy?
Dzielenie się sobą, tym, czego ojciec doświadczył, co przeżywał, ma dla syna kolosalne znaczenie. Doceni z pewnością odwagę ojca, który mówi prawdziwie, z serca, nie boi się, że ucierpi jego wizerunek ojca i mężczyzny. „Ciężko było mi wejść w rolę ojca, wolałem, żeby matka się tobą zajmowała, brakowało mi cierpliwości”; „Gdy się urodziłeś, trudno było mi od razu się ucieszyć, kobiety przeżywają macierzyństwo inaczej”. Ojciec, który przyznaje, że kiepsko sobie radził, zawiódł, popełniał błędy, często wybuchał, był rozdrażniony, nieobecny, tym samym pokazuje swoją siłę, ponieważ przyznanie się do słabości jest oznaką siły. Oczywiście, niedobrze, gdyby ojciec na tym poprzestał. Wiele się nauczył, szczególnie na temat kobiet, niech o tym opowie.

Na przykład?
To się często w terapii zdarza. Mężczyzna mówi, że gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby inaczej. Że gdyby miał świadomość, jak bardzo kobiety potrzebują w tym czasie obecności, opieki i miłości, nigdzie by nie wyjeżdżał. Ten przekaz dla syna mógłby brzmieć tak: „Nawet jeśli dziecko będzie cię nudzić czy drażnić, pamiętaj, że od tego, czy będziesz obecny, zależy przyszłość waszej rodziny”. Lepiej to wiedzieć zawczasu niż później przez lata borykać się ze skutkami zaniedbań. Rana porzucenia ciężko się zabliźnia.

To ma być przede wszystkim rozmowa o kobiecie?
Tak, o więzi, jak ją budować, wzmacniać. To jest najważniejsze. Kobiety skarżą się, że są przemęczone, wyczerpane. W jaki sposób mężczyzna mógłby odciążyć partnerkę w opiece nad dzieckiem? Na przykład zorganizować pomoc, aby mogła odpocząć, wyspać się, pójść na spacer, spotkać się z przyjaciółkami.

A relacja z dzieckiem?
Jeśli mężczyzna będzie obecny, miłość do dziecka się pojawi. Ojciec może powiedzieć do syna: „Nie martw się zawczasu. Ojcostwo mamy w genach, to są naturalne reakcje i zachowania. Ręce same wyciągają się do dziecka”. Instynktownie wiemy, co robić, jak się troszczyć, jak wzmacniać więź, która przecież i tak istnieje.

Ojciec może mieć wątpliwości co do swoich kompetencji w temacie ojcostwa także z tego powodu, że młodzi ludzie mają teraz dostęp do mądrych książek, Internetu, do wszystkich możliwych specjalistów.
Tak, to częste obawy. Nie doceniamy przekazu międzypokoleniowego. Ten przekaz jest nieoceniony, ponieważ jest żywy. W bezpośrednim kontakcie płynie energia i to ona nas zmienia i rozwija. Książka mnie nie widzi, coś wyjaśnia, opisuje, jednak w sposób mocno uogólniony. Ojciec jest obok, patrzy, słucha, rozumie, zależy mu, nie jestem sam. Gdyby młody mężczyzna przyznał się przed sobą, że potrzebuje kontaktu, że ma prawo sięgać po wsparcie ojca, gdyby nie upierał się, że przecież musi poradzić sobie sam, to wiele by zmieniło. Taka otwartość zawsze skutkuje dobrymi rozwiązaniami i uzdrowieniem rodzinnych zaszłości.

Pod warunkiem że ojciec nie chce rozwiązywać problemów syna.
Tak, musi na to uważać; wystrzegać się pouczania, nacisków, słownej i emocjonalnej przemocy. Dojrzali i świadomi ojcowie to potrafią. Wiedzą również, że taka rozmowa jest ważna także dlatego, że traktuje o relacji między ojcem a synem. Przełamuje lody. Otwiera na inne rozmowy – na przykład o dzieciństwie ojca. Synowie mają wtedy szansę na nowo poznać swoich ojców. I zrozumieć siebie.

W jaki sposób?
Syn zaczyna rozumieć, co wydarzyło się w jego dzieciństwie. Jako dzieci nadajemy sens różnym zdarzeniom, na przykład nieobecności ojca. Zapisuje się przekonanie, że skoro ojca nie było, to znaczy, że ja nie jestem ważny. To jest głęboko nieświadomy proces. Kiedy dowiadujemy się, że ojca nie było, ponieważ czuł się zagubiony i przerażony, nie wiedział, co robić, nie miał świadomości, wiedzy ani wsparcia ze strony swojego ojca, wtedy czujemy smutek, ale i ulgę. „A więc jego zachowanie nie było wymierzone przeciwko mnie”. Ta ulga sprawia, że zaczynamy doceniać to, co dostaliśmy, przypominamy sobie, że brał na spacery, czytał do snu, uczył jeździć na rowerze.

Co się dzieje, gdy ojciec jest obojętny wobec syna, który ma zostać tatą?
Ojciec ucieka od tego tematu, tak jak uciekał, gdy był młody. To znaczy, że nie zintegrował tamtego doświadczenia. Syn czuje się samotny, zirytowany, nawet wściekły. Myśli o ojcu: „Zawsze taki był, nic się nie zmienił, cały tatuś!”. Paradoksalnie to może bardzo syna motywować: „Nie będę taki jak ty, ja o swoje dziecko zadbam!”.

To się udaje?
Może się udać. Młodzi mężczyźni wyciągają wnioski z doświadczeń z ojcami i zaczynają żyć inaczej. Są dobrymi ojcami, co nie znaczy, że nie popełniają błędów. Uczą się ojcostwa, czytają, szukają mentorów. A jeśli szukają, to znajdują. A więc to, czego nauczyli się na zasadzie przeciwieństwa, może być wartością.

Znam ojca, który dużo rozmawia ze swoim synem. Temu synowi właśnie rodzi się trzecia córka, więc jest spanikowany, przemęczony. A ojciec go uspokaja: „To normalne, że się denerwujesz, takie jest życie, dasz radę”. Totalna akceptacja wszystkiego.
Może być tak, że tracimy mnóstwo energii na walkę z tym, co jest. A także z samymi sobą, bo przecież coś powinienem zrobić, tylko co. Pojawia się wewnętrzne rozdarcie, konflikt: to nie tak powinno być. A czasami trzeba po prostu zaakceptować to, co jest, przestać się szarpać. Starsi taką wiedzę, zgodę, akceptację mają w swoich sieciach neuronalnych. Wiele przeszli, doświadczyli, znają życie; warto ich słuchać.

Są też ojcowie, którzy mówią: „Co ja mogę przekazać synowi? Życie jak życie. Nie ma o czym gadać!”.
Właśnie o to chodzi, żeby gadali o tym niczym! Na to właśnie synowie czekają! Nie na dywagacje o pracy, polityce, pieniądzach, samochodach i kosiarkach; to już synowie znają do znudzenia. Niech ojcowie powspominają swoje zwyczajne, codzienne życie – jak to było, gdy syn się urodził, jakieś zdarzenia, anegdoty. Niech opowiedzą o swoim dorastaniu, o tym, co wiedzą o swoich ojcach. To nieprawda, że nie mają nic do przekazania. Mają wiele i synowie bardzo potrzebują tych opowieści. Potrzebują zwyczajnych rozmów, kontaktu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kuchnia

Madina Mazaliewa – wojowniczka gotuje

Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Madina Mazaliewa z Czeczenii w Polsce znalazła dom i przyjaciół, a także pracę, którą kocha. (Fot. Marta Rybicka)
Przeżyła dwie wojny czeczeńskie i jedną domową. Tę ostatnią wygrała. ocaliła rodzinę. W Polsce znalazła dom i przyjaciół. A także zawód, który jest jednocześnie jej pasją. Gotuje czeczeńskie potrawy w tradycyjnej i nowoczesnej odsłonie, gra w teatrze. Jest wspaniałą matką i silną kobietą. Poznajcie Madinę Mazaliewą i jej kuchnię.

Madina robi bułeczki. – To bułeczki wegetariańskie. Ciasto składa się z mąki i wody z dodatkiem kefiru i odrobiny sody oczyszczonej. Mają nadzienie z duszonej kapusty, duszonej krótko, musi być al dente. Rzucam te placuszki na gorący olej, dosłownie na chwilkę. Przygotowuje się je tuż przed podaniem na stół. Trzeba je jeść od razu po zdjęciu z patelni, złociste i chrupiące – opowiada.

Kamil, reżyser filmu o Madinie (o tym za chwilę), który dokumentuje całe to gotowanie, próbuje bułeczkę. – Wspaniała – recenzuje.

Co Madina przyrządza na co dzień? – Czeczeńskie potrawy. Dzieci lubią je najbardziej – uśmiecha się. – Na przykład żiżik gałnysz: malutkie kluseczki, gałuszki, a do tego mięso. Może być jagnięcina, wołowina, kurczak. Bulion wlewa się do miseczki, dodaje czosnek, w tym macza się gałuszki i je z mięsem. Albo płow. Wschodnia potrawa, trochę jak pilaw, taki robił jej tata Ałhazur. Bo Madina ma własne przepisy. Rodzinne. Barszcz wegański robi według receptury Mamy Zabu. I choć to już siedem lat, jak mama nie żyje, Madina zawsze, kiedy stawia na stół barszcz, czuje jej obecność.

Co prawda zawsze ma wrażenie, że takiego barszczu jak ona jednak zrobić nie potrafi... Według jej przepisu Madina piecze też tort miodowy. Właśnie skończyła. Wygląda wspaniale. Madina, krojąc go, śpiewa modlitwę – w imię Allaha miłościwego i miłosiernego.

Kolejnym daniem będą manty. Pierożki z grzybowym nadzieniem i cieniutkim ciastem. Gotowane są na parze, w naczyniu zwanym mantowarką. Przyjechało w ślad za Madiną z Czeczenii. Z Czeczenii, z której uciekła, by ratować dzieci. Oprócz dwóch wojen czeczeńskich miała 12 lat wojny domowej.

Wojna Madiny

Pierwsza była, kiedy Madina miała pójść do piątej klasy. Nie poszła. Jej ojciec stwierdził, że woli mieć córkę niewykształconą, ale żywą. Rosyjscy żołnierze wkładali do zabawek materiały wybuchowe. Dziecko brało misia – a ten wybuchał mu w rękach. Ale była też wojna w domu. Mąż Madiny, sadysta i nałogowiec, pił, ćpał. Zabierał Madinie dzieci, nie po to, żeby z nimi być, ale żeby ich matce dokuczyć. Wyjechał kiedyś do Saratowa i zamknął pięcioletniego Edelbieka samego w domu. Madinę zaalarmowali sąsiedzi, przyjechała ze swoim ojcem. Chłopiec był przerażony. I tak wygłodzony, że pochłonął całą kurę.

Prawem Kaukazu jest, że dzieci należą do ojca i jego rodziny. On decyduje o wszystkim. O życiu i śmierci. Madina nie wiedziała, co robić. Postanowiła spróbować podstępu. Ubłagała męża, żeby wyjechali razem. Może w Europie znajdzie siłę na pozbycie się nałogów? Może jest jeszcze dla nich szansa?

Marina Hulia, działaczka społeczna, poznała Madinę na dworcu w Brześciu. Tam koczowała rodzina Mazaliewych, czekając na zgodę na wjazd do Polski. Spali na twardych dworcowych ławkach. Czasem rodzice kilka dni nie jedli, żeby starczyło dla dzieci. Ale byli razem. I, paradoksalnie, Madina wspomina ten czas dobrze. Bo byli wtedy rodziną. On nie ćpał. A dzieci chodziły do cudownej szkoły stworzonej przez Marinę na dworcu w Brześciu. Za 16. próbą udało im się wjechać do Polski. Zamieszkali w ośrodku w Dębaku. Ale wtedy było już tylko gorzej i gorzej. Mąż Madiny znalazł sobie koleżków do picia i ćpania. Wyprowadzili się z rodziną z ośrodka, trwała procedura starania się o status uchodźcy, przysługiwał im ekwiwalent – 2100 złotych na pięć osób. Opłacali tym mieszkanie. – Pojechaliśmy z Mariną na Dni Radości do Krakowa – opowiada Madina. – Cudowna wycieczka w rozśpiewanym autobusie, odwiedziliśmy park dinozaurów, Energylandię, wracaliśmy szczęśliwi. I okazało się, że pieniądze nie przyszły. Wybrałam się do urzędu sprawdzić, co się stało. Podczas naszej nieobecności mąż odebrał całą sumę i ją przepił. Zostaliśmy bez grosza. Z nieopłaconym mieszkaniem.

Stało się wtedy jasne, że Madina ma siłę, której sama u siebie nie podejrzewała. Wezwała policję, opowiedziała, co się stało. Policjantka szepnęła jej, że niewiele mogą zrobić, ale wyprowadzą go i nastraszą. – Rozumiem panią, ja też jestem matką… Męża Madiny w końcu deportowano, a rodzina dostała ochronę ze względów humanitarnych.

Międzynarodowy parter

Przyszedł jeszcze jeden trudny moment. Właścicielka mieszkania, które Madina wynajmowała w Brwinowie, postanowiła je sprzedać. Wtedy Kasia i Maciek Stuhrowie zrobili rodzinną naradę. Stwierdzili, że ich dom jest na tyle duży, że znajdzie się w nim miejsce dla Madiny i dzieci. Maciek śmieje się, że górę mają polską, dół czeczeński, a parter międzynarodowy. Mieszkają razem już osiem miesięcy. Na parterze spotykają się też dwie różne kuchnie. Maciek uwielbia Madiny pierogi z ziemniakami, wszyscy zajadają się też jej tortem miodowym.

Znali się już od jakiegoś czasu. Też dzięki Marinie Hulii. Na organizowaną przez nią wigilię dla osób, które pomagają uchodźcom, przyszła Kasia Błażejewska-Stuhr. Długo rozmawiały, Kasia chciała włączyć się w akcję „Weekendowe dziecko”. Polskie rodziny brały na weekend czeczeńskie dzieci. I tak Edelbiek trafił do domu Kasi i Maćka. Zaczął bywać tam częściej, a kiedy cała jego rodzina potrzebowała wsparcia, właśnie u Stuhrów je znalazła.

Madina rozwinęła tu swój talent kulinarny. Gotuje, współpracuje z kooperatywą grochowską, zamówienia płyną rzeką. Została też bohaterką książki Mariny Hulii i Moniki Głuskiej-Durenkamp „Dzieci z dworca Brześć”. I spektaklu teatralnego „Popytka” w reżyserii Weroniki Fibich. Grały tam cztery kobiety: Madina, Heda, Milana i Marina. Przedstawienie pokazywane było między innymi na festiwalu Malta w Poznaniu. Akurat zadzwoniła do Madiny jej ciotka z Czeczenii. – Co porabiasz? – zapytała. – Pracuję. – A gdzie? Madina na to: – W teatrze. – Jako sprzątaczka? – pyta ciotka. – Nie, jako aktorka!

Madina napisała też na konkurs piękną bajkę. O czeczeńskiej dziewczynce, której mama była biedna i nie miała ładnej sukienki. Dziewczynka poszła do dziadka w góry. Dziadek obiecał jej, że jeśli pomoże mu zbierać miód, będzie mogła go sprzedać i kupić mamie sukienkę. Dziewczynka zrobiła to, choć bardzo bała się pszczół. A na targu pan, który usłyszał całą historię, kupił od razu cały miód. Bajka trochę o Mamie Zabu, trochę o samej Madinie, trochę o Czeczenii, gdzie szczyty zaśnieżonych gór sięgają nieba.

Przygotowywany jest film o Madinie – „Wszyscy wszystko zjedli” w reżyserii Kamila Witkowskiego („Zwierciadło” i „Sens” są patronami medialnymi tego dokumentu). Niedługo ukaże się książka „Kuchnia Madiny”. Będą tam nie tylko przepisy kulinarne, lecz także historia życia tej silnej kobiety, wspaniałej matki, znakomitej kucharki. Która gra w teatrze, gotuje, układa bajki, a przede wszystkim ma duszę wojowniczki.

  1. Psychologia

Ghosting – co to dokładnie jest? Jak reagować na takie zakończenie relacji?

Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Ghosting powoduje wiele przykrych uczuć. Jak reagować, gdy ktoś kończy relację w tak egoistyczny sposób? (fot. iStock)
Choć to niedojrzała i tchórzliwa praktyka, to zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że ktoś przestaje dzwonić i odpowiadać na SMS-y po drugiej czy trzeciej randce. Amerykanie, którzy lubią mieć wszystko nazwane, wymyślili nawet na to określenie „ghosting” (od „ghost” – duch). Gorzej, że – jak pisze Hanna Samson – niektórzy uważają to bezsensowne zagranie za dobrą metodę zakończenia stałego związku.

Ghosting - co to jest i jak wygląda w praktyce?

Scenariusz zwykle jest podobny: poznali się na imprezie lub przez Internet, poszli do łóżka, było super, potem spotkali się jeszcze raz czy dwa, czasem nawet snuli wspólne plany, a potem on nie daje znaku życia. Ona czeka – jeden dzień, drugi, tydzień – nic, zero telefonów, e-maili, SMS-ów. Zniknął niczym duch. Jako najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie przychodzi jej do głowy, że na pewno zginął w wypadku... Bo jak inaczej zrozumieć to zniknięcie, którego nic nie zapowiadało? Ale jednak nie, żyje, widać jego aktywność na Facebooku. Nie odpowiada tylko na jej wiadomości i nie odbiera od niej telefonów – jeśli przypadkiem ona ma jego numer komórki. Podobne katusze przeżywa zresztą także wielu mężczyzn, choć mniej otwarcie się do tego przyznają. Ghosting to bardzo przykre przeżycie.

Sylwia, lat 34, prawniczka, wciąż nie może uwierzyć w to, co się stało. – To niemożliwe! – powtarza przez łzy. – Przecież było świetnie, umawialiśmy się na wspólny wyjazd, zrobiłam rezerwację, mówił, że z nikim nie było mu tak fajnie. On nie mógł mi tego zrobić! – Ale zrobił – stwierdzam. – Dlaczego? Co ze mną jest nie tak? – pyta zrozpaczona.

No właśnie, tak jest najczęściej. Zamiast się zezłościć na faceta, który nie miał odwagi powiedzieć, że to koniec, szukamy w sobie winy za nie swoje grzechy. Co zrobiłyśmy nie tak? Jaki popełniłyśmy błąd? Czym go zniechęciłyśmy do siebie? Ghosting jest perfidny, bo nie pozwala zrozumieć, co się stało oraz jakie są jego przyczyny. Nie mamy szansy, by zapytać o powody, jesteśmy zdane na własną fantazję. Stawiamy dziesiątki hipotez, zatruwamy się tą historią miesiącami i ostatecznie stanowi ona dla nas dowód, że to my nie jesteśmy dość dobre, to my nie potrafimy stworzyć związku i jesteśmy generalnie nieudane. A on? A on już dawno jest gdzie indziej i nie zawraca sobie głowy naszymi uczuciami.

Może nie z tobą coś jest nie tak, ale z nim? – podrzucam Sylwii. – Tak? To powiedz mi, dlaczego to zrobił? Dlaczego mówił, że jest mu ze mną fajnie? – odpowiada. – Może było mu fajnie, ale nie chce się angażować?Dlaczego?Może ma żonę i dzieci? Albo dziewczynę? – mówię w końcu. – No wiesz!No wiem, że to się zdarza. A ty wiesz o nim tyle, ile ci powiedział. – A jeśli nie ma żony ani dziewczyny? – drąży Sylwia. – Może spotyka się z wieloma dziewczynami równolegle, by podbudować swoje ego. Czuje się atrakcyjny, bo tyle kobiet zdobywa! Zobaczył, że się angażujesz, a on nie jest zainteresowany związkiem, wystarczy mu jedno lub dwa spotkania. Gdyby powiedział ci, że tak z nim jest, pewnie straciłby w twoich oczach…Albo bym chciała go zmienić! – zaczyna odzyskiwać poczucie humoru. – No właśnie! Wiedział, co robi, znikając bez słowa!

Śmiejemy się, ale tak naprawdę nie ma w tym nic zabawnego. Jeśli angażujesz się emocjonalnie w relacje z facetem, o którym nic nie wiesz, niesie to ze sobą ryzyko zranienia. Jeśli jesteście ze wspólnego środowiska, macie wspólnych znajomych, to po pierwsze – wiesz o nim więcej, a po drugie – nie tak łatwo będzie mu zniknąć, stosując taktykę ghostingu, nie narażając się na ostracyzm.

Ghosting - psychologia „podłego rozstania”

Znajomości z Internetu mają to do siebie, że sprzyjają niebraniu za nie odpowiedzialności, nawet jeśli spotkacie się w realu. Zresztą, co to za real, jeśli nie znacie swoich znajomych, wiecie o sobie tylko tyle, ile opowie druga strona? To nadal nie jest znajomość z prawdziwego życia. I nawet jeśli jedna ze stron uważa, że znalazła odpowiedniego partnera, druga może chcieć poszukiwać dalej, bo kto wie, czy z następną osobą nie będzie jeszcze lepiej?

Niedawne badania użytkowników jednego z popularnych portali randkowych wykazały, że blisko 80 proc. z nich przyznaje, że dopuściło się ghostingu. Dwa lata wcześniej takich osób było o 60 proc. mniej! Wygląda na to, że ghosting staje się modną metodą kończenia znajomości, na którą już nie mamy ochoty. A w dodatku wygodną – choć jedynie dla tego, kto znika. Nie musi się tłumaczyć, uzasadniać swojej decyzji ani konfrontować się z uczuciami drugiej strony. Nie musi zajmować się zarzutami, że zawiódł jej oczekiwania albo że stwarzał pozory. Nic nie musi, po prostu znika, a druga strona niech sama sobie radzi. Zdarza się nawet, że osoba, która znika, uważa, że jest w porządku. Nie dręczą jej wyrzuty sumienia. Nie oskarża się o egoizm ani brak empatii. Wręcz przeciwnie, uważa, że jej zachowanie świadczy o delikatności i trosce o drugą osobę, podając to jako główne przyczyny ghostingu. Wybiera zniknięcie, zamiast otwartej odmowy kontaktu, bo nie chce sprawiać nikomu przykrości! Ale przecież sprawia! Unika konfrontacji z uczuciami drugiej strony, ale one od tego nie wygasają. Wybiera łatwe dla siebie rozwiązanie – ghosting – skazując drugą stronę na domysły, co utrudnia jej zamknięcie sprawy.

Ryzyko ghostingu jest, niestety, wpisane w znajomości internetowe czy imprezowe. Niepokojące jest to, że zdarza się również w długotrwałych związkach, których końca, przynajmniej dla jednego z partnerów, nic nie zapowiadało.

Eliza, lat 47, oddana swojej pracy scenografka, od blisko 20 lat była w związku z dwa lata młodszym Piotrem. Mieszkali osobno, co było ich wspólnym wyborem, spotykali się raz u niej, raz u niego, chodzili razem do teatru i na imprezy, wspólnie spędzali wakacje, ich rodziny się znały i lubiły, no po prostu dobry związek, w którym Eliza chciała przeżyć resztę życia. Piotr był czuły, oddany, troskliwy, mieli wspólne zainteresowania, rytuały i poczucie humoru, które sprawiało, że często rozśmieszali się nawzajem i lubili ze sobą przebywać. Taki związek nie trafia się często i obydwoje to doceniali. Piotr mówił wiele razy, że kocha Elizę i jak się cieszy, że na siebie trafili. Aż nagle przestał dzwonić, nie odbierał też telefonu. Eliza najpierw myślała, że jest bardzo zajęty, bo miał jakiś nowy projekt w pracy, ona też była zajęta, więc nie robiła problemu. Potem się zjawił. Przywiózł jej książki, które były u niego w domu, bo robił porządki i postanowił jej oddać. Nie wzbudziło to jej podejrzeń, sama nieraz domagała się zwrotu. Wydawał się stęskniony, planowali wspólne wakacje, miał kupić bilety. I znowu zniknął. Dzwoniła do niego kilka razy, nie odbierał, pisała SMS-y i nic, pomyślała, że może ma depresję, zaczęła się niepokoić, pojechała do niego, ale nikt nie otworzył, choć w domu paliło się światło. Miała swoje klucze, ale Piotr dorobił nowy zamek, co też jej nie zdziwiło, bo wspominał o włamaniach na osiedlu. Zadzwoniła do matki Piotra, ale ta nie wiedziała, co się z nim dzieje. Znów dzwoniła do niego kilka razy, w końcu ktoś odebrał telefon. – Piotr nie może rozmawiać, bo się kąpie. Mówi żona, czy coś przekazać? – Eliza pomyślała, że to żart. – Proszę przekazać, że druga żona się o niego niepokoi. – Przekażę – powiedziała kobieta i się rozłączyła.

I znowu cisza. Eliza wysłała SMS-a, zadzwoniła i nic. Po kilku dniach zatelefonowała do pracy i dowiedziała się, że Piotr wyjechał w podróż poślubną do Norwegii. Nie była w stanie uwierzyć, nie wiedziała, jak sobie z tym poradzić, łudziła się, że to głupie żarty, ale fakty były faktami. Piotr nie dzwonił i nie odbierał telefonu. W końcu Eliza też przestała dzwonić. Dotarło do niej, że Piotr naprawdę ożenił się z inną kobietą. Zaczęła się obwiniać, że była nieuważna, zbyt zajęta sobą. I pewnie coś w tym było, co nie zmienia faktu, że po 20 latach Piotr zniknął jak duch. Bez uprzedzenia i bez żadnych wyjaśnień. Bez słowa.

Ghosting podszyty tchórzem - jak reagować?

Wpadli na siebie przypadkiem po roku, usiedli w kawiarni. Piotr krótko wyjaśnił, że nie wiedział, jak jej o tym powiedzieć. Nagle poczuł, że chce założyć rodzinę, mieszkać razem, mieć dziecko. Nie chciał jej ranić, bo ona już pewnie nie mogła mieć dziecka, zresztą nigdy nie chciała. On też, ale to się zmieniło. Poznał młodszą kobietę i rozpoczął nowe życie.

Nie chciałem cię ranić – powtórzył. – I myślisz, że mnie nie zraniłeś? – zapytała Eliza, która z tą raną borykała się przez rok. Przecież wiedział, że rani, ale nie miał odwagi skonfrontować się z uczuciami Elizy. Wolał zniknąć jak duch. A może raczej jak tchórz?

Nieraz słyszałam o kończeniu związku SMS-ami i już to wydawało mi się absurdalne. Czy szacunek dla drugiej osoby i dla tego, co nas łączyło, nie wymaga osobistego poinformowania o swojej decyzji? I pozwolenia, by ta osoba wyraziła to, co czuje, skoro to ja jestem adresatem tych uczuć? Mamy prawo zmieniać zdanie i podejmować decyzje niezgodne z oczekiwaniami bliskich osób, ale tylko wtedy, gdy jesteśmy gotowi ponosić ich konsekwencje. Również takie, jak zmierzenie się z uczuciami innych. Ghosting, chowanie głowy w piasek nie zmniejszają cierpienia do niedawna bliskiej osoby, a wręcz przeciwnie. Zostawia ją w poczuciu krzywdy i bezradności, nie pozwala zrozumieć, co się stało i jak sobie z ghostingiem poradzić. Można zerwać kontakty po uczciwym rozstaniu, ale zerwać je przed rozstaniem, to zadbać o własny komfort kosztem drugiego człowieka.

Towarzyszyłam Elizie przez rok, nim znów nabrała zaufania do siebie i ludzi. Ale podobnych historii znam więcej. Mówię wtedy oszołomionym kobietom, które nie mogą uwierzyć, że to koniec, magiczne zdanie: „Jeśli to była miłość, to tak się nie skończy”. To zdanie daje nadzieję, ale w psychologii ma też drugie dno, które wyłania się, gdy on wybiera ghosting i nie wraca – skoro nie była to miłość, to nie ma czego żałować.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Bezpieczny powrót do szkoły? Młodzi potrzebują wsparcia

Po dziwnym roku zdalnej nauki w końcu zapadła decyzja: wracamy. I choć w czasie izolacji wiele było głosów mówiących, jak fatalnie może się ona odbić na psychice uczniów, teraz też nie ma euforii. Wielu uczniów się powrotu do szkoły boi. „Nauczyciel musi mieć świadomość, że wielu młodych jest w kryzysie. Że wracają do szkoły w sytuacji, w której przeżywają masę trudnych emocji. Warto więc pomyśleć, w jaki sposób odpowiedzieć na ich potrzeby. A młodzi potrzebują, by ich wysłuchano” – mówią psychoterapeutki Kinga Sochocka i Karolina Van Laere. I dodają, że niepokój jest naturalny, ale często rzeczywistość okazuje się znacznie mniej groźna.

Młodzi i młodsi wracają do szkół. Po ponad roku izolacji. Myślicie, że się cieszą? Czy raczej denerwują?

Kinga Sochocka: Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Dużo zależy od tego, jak się czuli podczas tego roku. A badania pokazują, że duża część młodych ludzi czuła się w pandemicznym zamknięciu gorzej. Ale jest oczywiście pewna grupa, która ocenia to inaczej. Twierdzą, że pandemia wpłynęła pozytywnie na ich samopoczucie. Ale nam, z perspektywy naszej pracy, wydaje się, że to są ci młodzi, którzy mają problemy w kontaktach społecznych, z rówieśnikami. Z perspektywy krótkoterminowej wydaje im się więc, że izolacja jest im pomocna. Kiedy jednak pomyślimy o dłuższej perspektywie, to raczej nie jest to prawda. Nie zyskują w ten sposób szansy, by poradzić sobie z tymi problemami, które przecież nie zniknęły.

Doraźnie czują ulgę, że nie są zmuszani do działań, które na co dzień sprawiają im kłopoty? Czyli właśnie do kontaktów społecznych, do relacji z rówieśnikami?
Kinga: Tak, ale z perspektywy rozwojowej możemy raczej spodziewać się długotrwałych problemów. Bo ci młodzi nie mają pola, żeby ćwiczyć, rozwijać kompetencje społeczne. Bez grupy rówieśniczej tego zrobić się po prostu nie da. Niektórzy moi pacjenci mówią, że pandemia im pomaga. Że mogą sobie zaplanować czas, poświęcić się nauce, zainteresowaniom. To ich punkt widzenia. Ale jest i drugi – nie mogą w ten sposób rozwijać kompetencji, które w ich przypadku są deficytowe, a które jednocześnie są niezwykle ważne w życiu.

Kiedy szkoły były zamknięte, dużo mówiono o tym, jak to fatalnie wpływa na młodych. Że to tak ważny czas, że tracą, że nie nadrobią. Teraz, kiedy ogłoszono koniec izolacji, znowu jest niepokój. Że na pewno młodzi zostaną zasypani klasówkami, sprawdzianami, że to dla nich trauma, że sobie nie poradzą. Czy ten niepokój jest usprawiedliwiony?

Karolina Van Laere: Niepokój był, bo nikt nie wiedział, jak ten powrót do szkoły ma wyglądać. Dzieci się do bycia w domu przyzwyczaiły. W jakimś sensie się rozleniwiły, cały dzień mogły odbywać zajęcia, nie wychodząc z łóżka, przeszły na kompletnie inny tryb funkcjonowania i na pewno wielu ciężko będzie z tego zrezygnować. Z drugiej strony do powrotu do normalności właściwie ani rodzice, ani szkoła nie są przygotowani. Nie ma jednej spójnej koncepcji, jak to młodym ułatwić, jak pomóc zaadaptować się do nowej sytuacji.

A ta spójna koncepcja powinna być po stronie szkoły? Domu? Czy po obu stronach?

Karolina: Wydaje się, że po stronie szkoły. Rodzice mogą nie wiedzieć, jak się za to zabrać. Potrzebują wskazówek. Z tego, co słyszymy, szkoły to sobie rozwiązują po swojemu. Część dzieci w trakcie pierwszych dni ma organizowane zajęcia integracyjne, co z perspektywy procesu grupowego jest pomocne. Nie słyszałam natomiast o spotkaniach z rodzicami. A jeśli oni nie są zaopiekowani, jeśli nie wiedzą, jakie emocje mogą towarzyszyć dzieciom, co jest normalne w tej sytuacji, a co nie, to też są zaniepokojeni i spirala się nakręca.

Kinga: Dzieci i młodzież potrzebują teraz stabilności. Same w tym okresie rozwojowym są raczej niestabilne, dużo zmian towarzyszy zarówno rozwojowi układu nerwowego, jak i rozwojowi relacji społecznych, związanych z adaptowaniem się do dorosłego życia, ze zmianami łączącymi się z budzeniem się seksualności, z nowymi rolami społecznymi. A na to teraz jeszcze dodatkowo nakłada się pandemia – najpierw izolacja, teraz nagły powrót do szkół. To nie daje poczucia bezpieczeństwa. Nie stworzyliśmy go młodym ludziom. Nie zawsze mają narzędzia, które pozwalają krok po kroku od nowa znaleźć swoje miejsce w grupie, w środowisku rówieśniczym, w kontaktach z nauczycielami. Młodzi często nie wiedzą, czego się mają spodziewać.

No właśnie – stabilność wydaje się takim warunkiem, a jej, jak mówicie, nie ma.

Kinga: Ale można o tym rozmawiać. O tej niestabilności, nieprzewidywalności. Oswoić ją. Rozmawiać o tym, że są zmiany, o tym, jakie emocje te zmiany w nas wywołują. Duża część nastolatków teraz podkreśla, że nauczyciele koncentrują się na programie, na ocenach, a nie na tym, jak oni się czują, czego potrzebują w tej sytuacji. W różnych szkołach oczywiście jest różnie, ale słyszymy, że są i takie, w których w ogóle nie bierze się tych psychicznych aspektów pod uwagę. Trzeba przy tym powiedzieć, że nie tylko młodzież czuje się gorzej.

Karolina: Dostępne badania potwierdzają, że nauczyciele też są w złej kondycji. Sami doświadczają kryzysu, są zmęczeni tym rokiem, nowymi wyzwaniami, przed którymi stanęli w marcu 2020, koniecznością radzenia sobie w sytuacji, do której nikt ich nie przygotował.

Kinga: W trudnej sytuacji są także rodzice, którzy borykają się ze swoimi kłopotami, czasem jest to utrata pracy, czasem obniżenie zarobków, do tego dochodzi konieczność opanowania problemów domowych, zmierzenie się z koniecznością pomocy w zdalnej nauce dziecku albo dzieciom, a bywa, że brak im umiejętności, wiedzy, sprzętu… W efekcie dużo frustracji jest po każdej ze stron, co powoduje, że pomoc młodym staje się tym trudniejsza. Bo jak pomagać, kiedy samemu masz obniżony nastrój, przeżywasz lęki czy stany depresyjne?

Karolina: Nauczyciele przez ostatni rok żyli i pracowali w wymagających warunkach, gorzej się czują fizycznie, są zmęczeni, sami zmagają się z pogorszeniem swojego stanu psychicznego, a muszą znowu stanąć na pierwszej linii frontu. I trudno oczekiwać, że się ze wszystkim wyrobią. Zwłaszcza że są zostawieni sami sobie. Nie mają tak naprawdę żadnego wsparcia.

Kinga: I nie mają przygotowania w radzeniu sobie z kryzysami, w interwencji kryzysowej. Często są znakomitymi fachowcami, jeśli chodzi o nauczanie konkretnego przedmiotu, ale niekoniecznie czują się swobodnie w udzielaniu psychologicznego wsparcia uczniom. Do tego nie we wszystkich szkołach jest psycholog, czyli osoba, która mogłaby udzielić wsparcia – szybko i bezpłatnie. To ważne, bo bezpłatna pomoc psychologiczna jest dostępna w, powiedzmy szczerze, mocno ograniczonym zakresie. Czasami na terapię refundowaną przez NFZ czeka się dwa lata… W dużych miastach nie jest jeszcze tak źle, w małych – często fatalnie.

Rodzice też są zmęczeni. Byliśmy zmuszeni spędzać wiele czasu razem, bez oddechu, na małej często przestrzeni…

Kinga: Często dwoje, troje czy więcej dzieci miało w tym samym czasie zdalne lekcje, na porządku dziennym były więc napięcia, kłopoty ze sprzętem, z dostępnością do niego, nie zawsze przecież każdy dysponuje własnym laptopem. A mniejsze dzieci potrzebowały nieustannej asysty dorosłego.

Niektórzy rodzice widzą plusy zdalnej nauki – mówią, że mają teraz większą kontrolę nad dzieckiem, nad tym, jak spędza czas itd. Jednak z perspektywy rozwojowej widzimy więcej minusów. Bo to wspólne – nieustanne – spędzanie czasu hamuje chęć uniezależniania się młodych ludzi, „oddzielania się” od rodziców, samodzielnego pójścia dalej, szukania swoich ścieżek. Nie buduje swojej niezależności w kontakcie z grupą rówieśniczą. A to przecież naturalny i konieczny proces.

Karolina: Badania potwierdzają, że najgorzej radziła sobie grupa młodzieży ze szkół ponadpodstawowych. Trudno się dziwić, bo przecież izolacja stoi zupełnie w poprzek ich potrzeb rozwojowych. Młodzi ludzie najbardziej wtedy potrzebują kontaktów z rówieśnikami, wspólnego spędzania czasu, wyjazdów, imprez. Poza tym często czuli się zostawieni sami sobie z trudnym do opanowania materiałem, co tylko pogłębiało poczucie osamotnienia.

W waszych gabinetach są teraz ci, którzy byli w nich już przed pandemią. I pewnie doszli nowi?

Kinga: Na samym początku widać było narastanie silnego lęku. Niektórzy musieli skorzystać ze wsparcia lekowego. Bali się o siebie, o bliskich, o ich zdrowie. Z czasem część zaczęła narzekać na izolację, samotność, poczucie zamknięcia. Część rodziców też reagowała nadmiernym lękiem, co skutkowało tym, że nie pozwalali dzieciom na wychodzenie z domu, co z kolei wpływało na stan psychiczny młodych ludzi. Pojawiały się obniżony nastrój, stany depresyjne.

Co do grupy, która teraz zgłasza się po pomoc – tu byłabym ostrożna w twierdzeniu, że to tylko i wyłącznie wina pandemii. W wielu przypadkach pandemia obnażyła coś, co już wcześniej się tliło. Kiedy mamy do czynienia ze zdrowo funkcjonującym młodym człowiekiem, z wystarczająco dobrze funkcjonującą rodziną, to często problemy daje się opanować krótkimi interwencjami. Ale bywa i tak, że kłopoty są głębsze.

Karolina: Rzeczywiście mamy dziś do czynienia z nasileniem się stanów depresyjnych i lękowych – ale to kontinuum, to nasilenie się wcześniejszych problemów.

Kinga: Wyniki badań dotyczących samopoczucia młodzieży w pandemii i tego, jak korzystają oni z pomocy pokazują, że mały procent młodych, którzy źle się czują, faktycznie się po tę pomoc zgłasza. Choć wiedzą, że jej potrzebują. Ciągle obecne jest przekonanie, że to stygmatyzuje, oznacza „chorobę psychiczną”. Wielu młodych boi się łatki „wariata”, wykluczenia w grupie. Często nie mają zaufania do dorosłych, wiary w to, że ci mogą pomóc.

Czy teraz deklarują, że się boją powrotu do szkoły? Widzicie to w gabinecie?

Kinga: Ja bym powiedziała, że niepokój jest naturalny. Mówią, że się boją, jak odnajdą się znowu w grupie, jak dogadają się po długiej przerwie z kolegami, czy dadzą sobie radę przy dużym obciążeniu materiałem. Kiedyś to wszystko było ich dniem codziennym, ale upłynął rok, a rok to dla nastolatków długi czas. Ale znowu: jeśli młody człowiek zostanie w swoich niepokojach wysłuchany, jak nie będzie dostawać gotowych recept, tylko zrozumienie, to w wielu wypadkach wystarczy, żeby ten lęk zmniejszyć. Kłopot robi się wtedy, kiedy już wcześniej były problemy, fobie szkolne czy trudności w nawiązywaniu relacji.

Widzicie, że ktoś młodych wysłuchuje?

Kinga: Nie zawsze. A najważniejsze, co możemy zrobić, to dać przestrzeń, by pojawiły się emocje.

Młodzi ludzie czują wtedy, że napięcie się zmniejsza, łatwiej mogą w efekcie pomyśleć i zrozumieć swoją sytuację i z większą odwagą i ciekawością pójść do szkoły.

Mówicie, że przebywanie tylko z rodzicami zamiast z grupą rówieśniczą nie jest naturalne, że zakłóca proces rozwojowy. Czy to się da szybko nadrobić?

Kinga: Na szczęście nastolatki mają jeszcze dużo czasu, żeby rozwijać swoje kompetencje społeczne. Oczywiście ten rok wpłynął na wielu z nich negatywnie, ale warto pamiętać, że na to, jak młody człowiek poradzi sobie w kryzysie, wpływa wiele czynników. Można podzielić je na trzy główne sfery – czynniki indywidualne, rodzinne i społeczne – i wyobrazić je sobie jako plasterki żółtego sera, które nałożone na siebie tworzą indywidualna konstelację możliwości – to nasz ser – i ograniczeń – czyli dziury w serze.

Karolina: Pierwsza sfera to wyposażenie młodego człowieka, np. to, z czym się rodzi, jaki ma temperament, jego umiejętności, zdolności i ograniczenia. Do tego dokładamy sferę drugą, związaną z życiem rodzinnym. Czy może liczyć na wsparcie, jasno określone rodzinne zasady, czy w rodzinie są np. przewlekłe choroby, może zaburzenia psychiczne. Trzecia sfera to otoczenie społeczne. Kontakty ze środowiskiem rówieśniczym. I tutaj znowu pojawia się pytanie, o jakie zasoby może się młody człowiek oprzeć i na jakie deficyty i trudności będzie narażony.

Kinga: W zależności od tego, jak te sfery się ze sobą ułożą, potencjał do problemów będzie mniejszy bądź większy. W tym kontekście możemy myśleć, że część młodych ludzi poradzi sobie nawet z długoterminowym kryzysem, wyciągnie wnioski i ten rok stanie się wspomnieniem, do którego będą wracać, analizować, co zyskali, co stracili – i dalej się rozwijać. Ale jeśli w którejś ze sfer są poważne zaniedbania czy braki, to ten rok będzie prawdopodobnie działać niekorzystnie. Będzie wzmacniał problemy, uwypuklał je, uniemożliwiał czy utrudniał pójście dalej. I znowu pytanie do nas: jak odpowie szkoła, jak odpowiedzą rodzice, czy ułatwią teraz ten kolejny krok, jakim jest powrót do szkoły. Na ile będą potrafili wspierać młodych, dać im przestrzeń na radzenie sobie z emocjami. Nie da się tego roku zamknąć, zostawić za sobą i zapomnieć, jakby go nigdy nie było. To raczej kwestia wypracowywania dalszych rozwiązań.

Karolina: Trzeba założyć dłuższą perspektywę czasową, konsekwencje tego roku mogą pojawić się nawet po kilku latach. I trzeba teraz i terapeutów, i szkołę na to uwrażliwić.

Kinga: W specyficznej i szczególnie trudnej sytuacji są ci, którzy zaczynali nową szkołę we wrześniu ubiegłego roku. Nie mieli szansy na nawiązanie nowych relacji, na zaistnienie w grupie, na odnalezienie się na tym nowym etapie rozwoju. Nie mieli integracji, nie mieli spotkań, imprez, pozbawiono ich czegoś, co jest i naturalne, i na tym etapie niezbędne.

Nie stworzyła się grupa, ale można powiedzieć, że wszyscy są w tej samej sytuacji…

Kinga: Nie do końca. Wraca kwestia zasobów. Ci, którzy mają stabilną, dobrą sytuację rodzinną i dobre relacje z grupą rówieśniczą z poprzedniego etapu edukacji, będą w o wiele lepszej sytuacji niż ci, którzy w tych sferach mieli problemy. Niektórzy jednak nie mieli szansy na rozwój, na zyskanie nowych umiejętności.

Czy będą próbowali to szybko „odrobić”, nadgonić? Czy raczej się wycofają? Jakie są tu możliwe scenariusze?

Kinga: Oczywiście różne. Wszystko zależy od człowieka, jego zasobów, otwartości, dotychczasowych problemów i doświadczeń, od tego, z jakim spotkają się wsparciem ze strony dorosłych – nauczycieli, wychowawcy, pedagoga szkolnego, rodziców. Możemy sobie wyobrazić, że część młodych będzie się bała, będzie się starała unikać szkoły, uciekać od kontaktów. Tu trzeba działań, pomocy we włączaniu się w grupę, czasem konsultacji psychologa, psychoterapeuty. Ważne, by zarówno nauczyciele, jak i rodzice brali pod uwagę stan psychiczny i potrzeby tych młodych ludzi.

Karolina: A to oznacza, żeby umieli dostrzec poczucie osamotnienia, smutek, stany depresyjne, lęki, niepokoje, bo młodzi ludzie czuli się w tym czasie przede wszystkim samotni i niezrozumiani. Żeby nie skupiali się tylko na kwestiach związanych z nauką, z nadrabianiem materiału. A to pewnie będzie kusić – bo, jak też wiemy, edukacja zdalna sprzyjała powstawaniu zaległości, nieprowadzeniu zeszytów. Ważne jednak, żeby tworzyć w szkole miejsce na rozmowę, choćby na godzinie wychowawczej, na krótkiej wycieczce, na zajęciach integracyjnych. Wszystko może być pretekstem do zadania pytania: jak się czujecie? Do stworzenia przestrzeni, by mogli się wzajemnie poznawać – to ważne zwłaszcza w tej grupie, która zaczęła wspólną naukę rok temu. Tylko najpierw nauczyciele powinni dostać narzędzia, by umieli się na tym gruncie poruszać.

To piękna teoria, ale chyba tylko teoria właśnie. Uczyłam w liceum i wiem, że godzina wychowawcza służy głównie do omówienia, kogo nie było, a kto się spóźnił i dlaczego. A na innych lekcjach gnało się z programem, bo czasu zawsze za mało. W dodatku mnie nikt nie przygotował w czasie studiów do pracy innej niż nauka przedmiotu. Gdybym była wychowawcą klasy, która spotkała się na dwa tygodnie we wrześniu, a potem przeniosła się w przestrzeń wirtualną na długie miesiące, to teraz nie miałabym pojęcia, od którego końca zacząć…

Karolina: Dlatego tak ważna jest praca z nauczycielami – by mogli wspierać uczniów, sami potrzebują wsparcia. Superwizje dla nauczycieli mogłyby być bardzo pomocne. Bo jak oni mają wspierać uczniów, kiedy sami czują się źle, jest im trudno, a w dodatku nigdy przed takimi wyzwaniami nie stawali?

Ktoś musi im założyć maskę tlenową, żeby oni mogli zakładać ją innym.

Karolina: A o takich działaniach skierowanych do nauczycieli nie słyszymy.

Kinga: Nauczyciel nie ma w standardzie przygotowania, żeby radzić sobie z prawidłowościami rozwoju procesu grupowego. A dziś takie umiejętności byłyby niezwykle cenne. Ważne też jest rozmawianie o emocjach, ale w taki sposób, by nie wchodzić za głęboko, nie zamieniać zajęć w terapię na forum klasy, co oznacza również świadomość tego, kiedy się zatrzymać, na co zwracać uwagę, by nie dopuścić do przekroczenia granic.

Nauczyciele chyba się przed tym bronią. Mówią, że dom jest od wychowywania, szkoła od uczenia.

Karolina: I są pod ogromną presją. Teraz jeszcze większą. Nieraz słyszałam historie, jak podczas zdalnego nauczania rodzice ingerowali, wtrącali się w lekcje, komentowali…

Kinga: Część nauczycieli musiała się szybko nauczyć korzystania z internetowych narzędzi, oswoić zoom czy inne programy, a i tak byli technologicznie w tyle za młodymi, którzy szybko opanowali sposoby wykorzystywania komputera tak, jak im wygodnie, nie włączali kamerki, unikali trudnych sytuacji.

Gdybyście miały dać jedną radę nam, dorosłym, jak wspierać młodych, to ta rada brzmiałaby jak? Rozmawiać? Słuchać?

Karolina: Kluczowa byłaby współpraca środowiska szkolnego i rodzicielskiego. Nie zrzucajmy teraz wszystkiego na nauczycieli. Z drugiej strony pomocne byłoby, gdyby szkoły organizowały spotkania dla rodziców, żeby rozmawiać o tej sytuacji, o trudnościach.

Kinga: Nauczyciel musi mieć świadomość, że młodzi są w kryzysie. Wracają do szkoły w sytuacji, w której przeżywają wiele trudnych emocji. Warto więc pomyśleć, w jaki sposób odpowiedzieć na ich potrzeby. A młodzi potrzebują, by ich wysłuchano. Ci, którzy w tym roku zaczęli szkołę, potrzebują poznać kolegów. I choć to czas końca roku, wystawiania ocen, trzeba dać im chwilę na to, by mogli zobaczyć, w jakim miejscu się znajdują w swoich szkolnych relacjach, jak się z tym czują. Nie da się zaradzić wszystkim kryzysom, ale na pewno można spróbować stworzyć przestrzeń do podmiotowego traktowania młodzieży.

Karolina: Młodzi lepiej się adaptują do szkoły, w której są organizowane jakieś zajęcia integracyjne. Warto tylko pamiętać, by to były zajęcia dostosowane do wieku.

A co robić z punktu widzenia rodzica? Baliśmy się o dzieci, baliśmy się wirusa, nie wypuszczaliśmy dzieciaków z domu ze strachu. Teraz jest lepiej, wolno wychodzić – pozwalać im na więcej niż kiedyś? W końcu muszą odreagować ten czas izolacji, nadgonić „zaległości” w kontaktach.

Kinga: Pozwalać, ale oczywiście pilnować granic. W każdym domu obowiązują jakieś zasady, trzeba się ich trzymać, pandemia z tego nie zwalnia. Ale jednocześnie pamiętać o tym, jak ważne dla młodych ludzi jest teraz przebywanie w gronie rówieśników, więc nawet jak się niepokoimy, pozwalajmy im się spotykać ze znajomymi.

Karolina: Niech się dzieje to, co musi się dziać w rozwoju każdego młodego człowieka. Rodzic, kiedy dziecko wchodzi w okres dojrzewania, boryka się z lękiem, że wypuszcza dziecko w świat, że przestaje być dla niego jedynym autorytetem, że ono musi znaleźć swoją ścieżkę. Trzymajmy niepokoje na wodzy i nie demonizujmy młodzieży. Emocje u młodych mogą być teraz większe i trudniejsze niż w normalnym czasie. Tylko niech dzieci wiedzą, że rodzice są obok.

Słyszałam o historiach, które budzą grozę. Podobno część dzieciaków na hasło: „Wracamy do szkoły”, zaczynają się ciąć czy mieć myśli samobójcze. Spotykacie się z tym?

Kinga: Patrzymy z perspektywy gabinetu, a do gabinetu psychoterapeuty przychodzą ci, którzy mają problemy. Zdarzają się takie zachowania, ale pamiętajmy, że to się zawsze rozkłada w podobny sposób: po jednej i po drugiej stronie ekstremum garstka, a większość jest w tej średniej, która sobie radzi. Nie zawsze bezproblemowo, ale jednak sobie radzi.

Karolina: Pamiętajmy też, że często boimy się nieznanego, niewiadomego. Młodzi bali się wrócić, myśleli o tym, lęk narastał. A potem wrócili – i próbują normalności na nowo. Już pojawiają się pierwsze pozytywne informacje zwrotne. Zobaczymy, jak to będzie dalej.

Kinga Sochocka, certyfikowana psychoterapeutka, pedagog. Współzałożycielka Fundacji Poza Schematami. Prowadzi własną praktykę psychoterapeutyczną w Warszawie.

Karolina Van Laere, psycholog, psychoterapeuta. Współzałożycielka Fundacji Poza Schematami. Prowadzi własną praktykę psychoterapeutyczną w Warszawie.

Fundacja Poza Schematami powstała w 2014 r. Prowadzi działalność na rzecz dzieci i młodzieży głównie poprzez działalność z zakresu profilaktyki i edukacji. Jak to zapisano na stronie Fundacji: Tworzymy sprawdzone i bezpłatne narzędzia dla specjalistów prowadzących działania profilaktyczne wśród dzieci i młodzieży. Pracujemy interdyscyplinarnie. Sięgamy po nowoczesne rozwiązania i środki przekazu. Udowadniamy, że skuteczna profilaktyka nie jest nudna.

  1. Psychologia

Samotni i zamknięci w sobie – dlaczego wielu mężczyzn nie potrafi otworzyć się na bliskie relacje?

Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Życie jako walka to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, my, mężczyźni, zbyt często traktujemy ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem, co skazuje na samotność i cierpienie. (fot. iStock)
Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Rywalizują z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. A przecież głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi, otwartość, wzajemne zrozumienie – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt-Dziurdzikowską.

„Dłużej nie mogę tak żyć – mówi kobieta do mężczyzny. – Nie rozmawiamy ze sobą. Nie słuchasz. Nie patrzysz mi w oczy. Nie wiem, co czujesz. Gdzie jesteś? Przy mnie cię nie ma”.
On jest zaskoczony, zraniony: „O co ci chodzi?!”. Nie może pojąć tak jawnej niesprawiedliwości. Przecież się stara, tyle robi dla niej i dla dzieci. Kobieta nie powiedziała jeszcze „odchodzę”. Jeszcze nie jest za późno. Ten kryzys może być ratunkiem dla mężczyzny.

On jest samotny. Nie nawiązuje bliskich więzi. Nie ma przyjaciół. Nie potrafi opowiedzieć o tym, co przeżywa. Surfuje po Internecie. Ogląda telewizję. Czyta gazety. Reperuje samochód. Pracuje. Tak kobiety widzą swoich mężczyzn. Większość mężczyzn cierpi i przedwcześnie umiera na wielkie S, czyli na samotność – tak opisują kondycję mężczyzn psychologowie i socjologowie. Steve Biddulph, autor „Męskości”, posuwa się najdalej: „Bałagan w rodzinach, narodach i na całym świecie jest wynikiem długotrwałego kryzysu mężczyzn, osamotnienia, lęku, tego, że nie znają siebie. Problemy mężczyzn wynikają z izolacji. Mężczyźni muszą się wydostać z więzienia samotności”. Przedłużająca się samotność staje się w końcu nie do wytrzymania: mężczyźni i chłopcy trzy razy częściej popełniają samobójstwo niż kobiety. Męska samotność budzi nasze kobiece współczucie. Ale i wściekłość. Czy mężczyźni chcą się wydostać z tego więzienia?
Wolność wydaje się bardziej przerażająca niż więzienie.

Wolność to bycie z ludźmi, słuchanie ich i rozumienie bez osądzania. Tymczasem mężczyzna walczy. Drugi człowiek jest po to, by się z nim zmierzyć. I wygrać. Pokonać przeciwnika.
Tak właśnie wychowujemy chłopców. Chłopcy, a później mężczyźni są tresowani do rywalizacji, walki i samotności. Chcą za wszelką cenę pokazać, co potrafią, jacy są wspaniali i twardzi. Jak wypadam w oczach innych? Czy się sprawdziłem?

Chłopiec często słyszy: „bądź mężczyzną”, w sytuacji, gdy na przykład ma zostać sam w domu i pokazuje, że się boi, albo płacze, bo mu się coś nie udało. Nikt mu nie mówi wprost, co to znaczy „być mężczyzną”. Ale uczy się z kontekstu. Widzi, że ważne dla niego osoby oczekują, iż będzie sobie radził, to znaczy nie ulegał, wygrywał. Uczy się, że być mężczyzną to nie czuć. Zatrzaskuje swoje wewnętrzne, emocjonalne drzwi. Zostaje zamknięty w środku siebie, zaczyna żyć oddzielony od świata. Kontaktuje się z ludźmi, ale to są relacje płytkie, zadaniowe. Rywalizuje z innymi mężczyznami o kobiety, o karierę, o stan posiadania. Mówienie o tym, co porusza, co powoduje cierpienie, a co zachwyt, wydaje się niestosowne i niemożliwe. Nie ma miejsca na otwartość, ciepło i serdeczność. Trzeba się bić o pozycję, o wizerunek. Trzeba się bić, żeby nie zostać pobitym. Najlepszą obroną jest atak. Muszę być silny, wytrzymały, muszę mieć samochód z największą mocą silnika…

…dopiero wtedy będę najlepszy i odetchnę z ulgą? Ale mężczyźni się bronią, mówiąc, że tak urządzony jest ten świat; taki jest los wszystkich samców w świecie przyrody.
Problem w tym, że rywalizując z innymi mężczyznami, nie mogę poczuć się dobrze, ponieważ zawsze znajdzie się ktoś lepszy, wyższy, bardziej wysportowany, przystojniejszy, bogatszy, młodszy. W byciu lepszym tak naprawdę chodzi o wewnętrzny komfort, poczucie szczęścia. Walka i rywalizacja opierają się na przekonaniu, że będę szczęśliwy dopiero wtedy, gdy będę lepszy od innych. To się nigdy nie udaje.

W okresie dojrzewania chłopcy walczą o swoją pozycję i wizerunek, aby odpowiednio zaprezentować się wobec dziewczyn. Tak też jest w świecie zwierząt: moje poroże ma najwięcej rozgałęzień, mój ryk jest najdonioślejszy, a ja mam najwięcej kolorowych piór i wybieram najlepsze samiczki. W okresie dojrzewania takie zachowania są jak najbardziej w porządku. Jednak w dorosłym życiu są nieporozumieniem, prowadzą do samotności. Świat zwierząt rządzi się innymi prawami niż świat ludzi. Głęboką potrzebą każdego człowieka jest bliskość z innymi. Potrzebujemy głębokich, bezpiecznych relacji, otwartości, wzajemnego zrozumienia. Potrzebujemy być akceptowani w pełni takimi, jakimi jesteśmy. Jeśli muszę cały czas maskować słabe strony, a podkreślać mocne, prezentuję nie siebie prawdziwego, ale swój idealny wizerunek.

To jest właśnie to pęknięcie, o którym mówią kobiety: „Inni się nim zachwycają, bo taki silny i ambitny, tylko ja widzę go z bliska. Dotykam jego samotności, wewnętrznego smutku”.
Mężczyzna nie czuje się dobrze – nawet wtedy, gdy zewsząd słyszy zachwyty: „O tak, jesteś super, świetny! Chciałbym być taki jak ty!”. To oczywiście daje mu satysfakcję, ale głęboka tęsknota nie zostaje zaspokojona, ponieważ wie, że to nie on został przyjęty, tylko miraż, który tworzy na swój temat. Spotykałem mężczyzn, którzy tak zrośli się ze swoim wizerunkiem, że twardą żelazną zbroję uważali za swoją delikatną skórę.

Wojownik, rycerz ubrany w zbroję, gotowy do walki – ten męski wizerunek ma długą tradycję. Mężczyzna walczy, także o kobietę, pokonuje przeszkody, zwycięża smoka. Życie to walka – to jest piękna metafora, która mówi o przechodzeniu przez kolejne etapy wewnętrznego rozwoju. Niestety, mężczyźni traktują ją dosłownie, jako walkę z ludźmi i ze światem. Z takiej metafory możemy mieć pożytek tylko wtedy, gdy znajdziemy w sobie dostęp do wszystkich postaci tego mitu, legendy czy baśni, a więc do rycerza, smoka i wybranki, ponieważ wszystkie są częściami nas samych.

Mam wrażenie, że mężczyźni zastygli w jednej pozie – siedzą na pancernym koniu, z kopią w ręku.
Z czasów, gdy prowadziłem tygodniowe treningi terapeutyczne, pamiętam mężczyzn, którzy przyjeżdżali na nie wielokrotnie. Gdy pytałem po co, mówili, że fundują sobie takie wczasy, mają regularne posiłki, mogą pobiegać po lesie. Ale przecież jedzenie i bieganie można mieć wszędzie. Na treningach dostawali o wiele więcej. Mogli pobyć w miejscu, w którym nie musieli udawać, grać, mogli mówić o swoich słabościach, emocjach, zranieniach, lękach, obawach, zawiedzionych nadziejach, przerażeniu i trwodze. Mogli zdjąć maski, pokazać prawdziwą twarz innym mężczyznom i kobietom. Nikt ich za to nie potępiał, nie wyśmiewał ich z tego powodu, ponieważ wszyscy przyjechali z tym samym i po to samo. Przyjechali, aby normalnie pobyć z ludźmi. Na koniec mówili: „Szkoda, że trzeba wracać do rzeczywistości”. A więc z normą kojarzyło się to, co na zewnątrz, walka, maska, rywalizacja, zamknięcie, samotność. Mówili, że trudno im będzie przenieść do swojego życia nowe doświadczenia i umiejętności. Obawiali się, że ich otwartość i bezpośredniość zostaną wykorzystane przeciwko nim, i to przez najbliższe, kochane osoby.

Wiele kobiet tęskni za chwilą, gdy mężczyzna zdejmie zbroję i wreszcie się odpręży. Niechby ta zbroja zaczęła się choć trochę kruszyć.
Tak się zwykle dzieje w momentach życiowych kryzysów. Mężczyzna zaczyna co nieco czuć, zbroja się luzuje. Przerażające doświadczenie. Przypomina mi się opowieść o japońskich samurajach, którzy spędzali tyle czasu na polach bitew, że przez długie okresy nie schodzili z konia. Gdy kończyła się wojna, nie byli w stanie zdjąć zbroi, ponieważ w tych miejscach, w których zostali zranieni, zbroja przywierała im do ciała. W końcu ją zdejmowali, bo inaczej nie mogliby żyć, ale odbywało się to w mękach, w ogromnym bólu.

Oczywiście, zbroja czasem się przydaje. Pożądana byłaby tu elastyczność – możemy ją zakładać, ale nie musimy, to zależy od kontekstu, okoliczności.

Z jakim bólem potrzebuje zmierzyć się mężczyzna?
Nierzadko z bólem zmarnowanego czasu, życia. To może być kryzys wieku średniego, czterdziestka, pięćdziesiątka. Mężczyzna pracuje ciągle na najwyższych obrotach, ale już czają się pytania: Po co? Jaki to ma sens?

Jak pytał Robert Bly, autor kultowej książki o mężczyznach „Żelazny Jan”: „Czy jesteś już wystarczająco przygnębiony?”
Zauważyłem, że wystarczająco przygnębieni bywają już 35-latkowie. To znak naszych czasów. Tempo życia, które jest wynikiem wolnego rynku napędzającego rywalizację, i samotność sprawiają, że już młodzi ludzie czują niepokój. Szczególnie gdy pojawiają się trudności. To może być kryzys w relacji z partnerką, załamanie zdrowia, krach w pracy, plajta firmy, zwolnienie, śmierć znajomej osoby, a w skali społecznej na przykład atak na World Trade Center 11 września 2001 roku. Domek z kart, który tak mozolnie budowaliśmy, rozsypuje się.

Może być też tak, że mężczyzna nie zauważa kryzysu, broni się przed konfrontacją, na przykład w relacji z kobietą. Może nawet widzieć, że partnerka wycofała się z relacji, że już nie ma do niej dostępu, ale podejrzewa, że to raczej z nią jest coś nie tak. Dociera do niego, jak daleko sprawy zaszły, gdy kobieta ogłasza: „rozstajemy się”. „Co ci się stało?” – pyta wstrząśnięty. „Masz kogoś? Jest jakiś mężczyzna?”. To jest dramatyczny moment, bo jeśli partnerka mówi: „odchodzę”, to znaczy, że kryzys przybrał postać finalną i jest już za późno na negocjacje. Przychodzi załamanie, odpada kawałek zbroi. Mężczyzna czuje się zraniony, cierpi. Jeśli przypisywać wartość cierpieniu, to stwarza ono szansę na dokonanie zmiany. Ale nie wszyscy mężczyźni skorzystają z tej szansy. Wielu ucieknie w racjonalizację: „nie była mnie warta”, „kobiety takie są”. Wielu dojdzie do wniosku, że miłości nie ma. Ale są koledzy, jest walka, są inne kobiety gotowe na przelotne związki, da się żyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności: