1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak efektywnie łączyć rolę rodzica, partnera, pracownika, przedsiębiorcy… by osiągnąć szczęście?

Jak efektywnie łączyć rolę rodzica, partnera, pracownika, przedsiębiorcy… by osiągnąć szczęście?

fot. iStock
fot. iStock
W obecnych czasach świat pędzi naprzód, a my jesteśmy pośrodku technologicznej gonitwy. Prawdziwe szczęście to umiejętność łączenia kilku płaszczyzn życiowych tak, aby znaleźć czas na pracę, rodzinę i przyjemności dla samego siebie. Jak to osiągnąć? Rozsądnie jest mieć plan działania, który pomoże nam zachować równowagę.

Jak czuje się spełniony zawodowo biznesmen, który nie widuje swojej rodziny? Myślę, że przeżywa wewnętrzny konflikt, który zabiera mu radość życia. A jak czuje się kobieta, która poświęca cały swój czas na opiekę nad dziećmi i dbanie o dom? Prawdopodobnie czuje się sfrustrowana, ponieważ kompletnie nie realizuje się na polu zawodowym i nie ma czasu dla siebie. Jeśli chcemy realizować się w życiu wielowymiarowo, musimy zapoczątkować dobre zmiany.

Daj sobie pomóc

Długo zastanawiamy się, jak połączyć pracę z wypełnianiem domowych obowiązków. I choć wielu z nas się to nie podoba, musimy przyznać, że nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego sami. Jeśli chcemy się rozwijać - potrzebujemy pomocy. To jest pierwszy, podstawowy krok. Gdy po pracy będziemy zajęci praniem, sprzątaniem i gotowaniem, nie starczy nam ani czasu ani sił na naukę, hobby czy spacer z bliskimi. Najlepszym rozwiązaniem jest dzielenie obowiązków domowych z partnerem. Możemy także od czasu do czasu wesprzeć się pomocą dalszej rodziny lub kogoś, kto zadba o porządek w naszym domu. Oddaj część obowiązków innym ludziom. Zyskasz czas na poszerzanie swoich kompetencji zawodowych, a to zwiększa prawdopodobieństwo na wzrost zarobków.

Pracuj z pasją

Ponadprzeciętne rezultaty osiąga się tylko wtedy, kiedy praca sprawia radość. Chęć do rozwijania się i uczenia nowych rzeczy znacznie spada, gdy one nie są dla nas interesujące. Jeśli praca sprawia nam przyjemność, odnajdziemy w sobie motywację i determinację, aby wstać wcześniej, jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i uczyć się więcej.

Ruszaj się

Powinniśmy uświadomić sobie, że najlepszym źródłem energii jest ruch. Zapytajmy samych siebie, jak się czujemy, gdy pójdziemy na spacer, zrobimy trening, mimo że nie zawsze znajdujemy na to ochotę… Zostało naukowo udowodnione, że podczas ruchu obniża się poziom kortyzolu (hormon stresu), a wzrasta poziom endorfin (hormony szczęścia) i dopaminy (hormon działania). Jesteśmy zatem w stanie wygenerować więcej energii niż zakładaliśmy.

Planuj

Równie ważne w procesie zwiększania efektywności życiowej jest planowanie naszych działań. Często zajmujemy się milionem spraw, które w ogólnym rozrachunku okazują się mało istotne.

Poświęć chociaż 10 minut dziennie na zaplanowanie swojego dnia lub całego tygodnia. Tak niewiele może bardzo usprawnić Twoje życie.

Zgodnie z zasadą Pareto: 20% pracy ma generować 80% efektów. Dlatego planuj i ustal priorytety. Zaczynaj dzień od najtrudniejszych zadań - rano masz najwięcej energii, aby je pomyślnie zrealizować .

Odpoczywaj

Nasz umysł jest najbardziej kreatywny, kiedy jest rozluźniony. Jak osiągnąć taki stan? Znajdź w ciągu dnia chociaż pół godziny sam na sam. Może być to spacer, medytacja lub coś, co pozwoli Ci zdystansować się od świata. Z dużym wyprzedzeniem zaplanuj swoje urlopy, chociaż raz na pół roku zorganizuj sobie nawet krótki relaks.

Badania pokazują, że nasz umysł jest dużo bardziej twórczy, jeśli dostaje odpowiednią dawkę odpoczynku od pracy. To również wpływa na nasze życiowe wyniki.

Na początku wprowadzenie tych zasad w życie może wydawać się trudne, jednakże w przyszłości zaprocentuje to satysfakcją i zadowoleniem. Zmiany wprowadzaj stopniowo, metodą małych kroków, a zanim się obejrzysz Twoje życie nabierze całkiem innych barw. Żyjemy po to, aby osiągać szczęście, dlatego musimy wyciągnąć po nie dłoń. Zadowolenie w jednej dziedzinie życia to za mało. Pełną satysfakcję poczujesz, jeśli świadomie połączysz relacje międzyludzkie, rozwój zawodowy, zdrowie, dbałość o swoje potrzeby w jedną, spójną całość. Buduj swoje szczęśliwe życie i inspiruj nim innych.

Karolina Dołęgowska, Trener Mentalny

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Motywacja to za mało! Co nas nakręca do działania? – Według ekspertów NLP trzeba znaleźć technikę

Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią (fot. iStock)
Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią (fot. iStock)
Szukasz motywacji do działania? Użyj strategii! Najlepiej własnej. O tym, jak ją w sobie odkryć i rozwinąć, mówi Charles Faulkner, trener NLP.

Postanowiłem sobie ostatnio, że codziennie rano będę wykonywał serię ćwiczeń. Jak na razie udaje mi się to średnio raz na tydzień. Jak się lepiej zmotywować?
Nie sądzę, by problem tkwił w motywacji, bo pan ją ma, tyle że nie posiada pan strategii, która go do tego doprowadzi. Tę musi pan zdobyć.

W jaki sposób?
Na przykład pytając znajomego, który ćwiczy regularnie, jak mu się to udaje. Zazwyczaj w każdym ukrywa się taka strategia, choć nie zawsze ją rozumiemy lub o niej wiemy. Czasami problem nie leży w motywacji, tylko w narzuconym sobie ideale. Bo jeśli obiecał pan sobie ćwiczyć codziennie przez godzinę, ale udało się to panu tylko kilka razy i najczęściej kończyło się na 15 minutach – to jest pan niezadowolony, bo swoje dokonania konfrontuje z tym ideałem. Może warto zamienić te 60 minut na 15? Można też stosować coś, co nazywam „alternatywną walutą”, tzn. jeśli poćwiczę godzinę trzy razy w tygodniu, to coś sobie kupię.

Podobno skutki motywowania siebie z użyciem technik NLP potrafią być spektakularne…
Jeden z moich kolegów, Gerry, miał bardzo poważny wypadek – potrąciła go ciężarówka. Przez pewien czas walczono o jego życie. Kiedy się obudził ze śpiączki, okazało się, że czeka go roczna rehabilitacja. Przed wypadkiem biegał po 15 mil dziennie, a w szpitalu jeździł na wózku inwalidzkim, bo miał połamane nogi. Pytał różnych ludzi, jak im się udało przejść przez rehabilitację. Odpowiadali: „Myślałem o tym, co będę robić w przyszłości. Wyobrażałem sobie, że znowu biegam, bawię się z moim dziećmi i że to łączy się z moją rehabilitacją”. Wykorzystał tę strategię. Kolejna była związana z bólem, który towarzyszył rehabilitacji. Gerry postanowił, że przez każdą sesję bolesnych ćwiczeń będzie przechodził z myślą: „po zajęciach moje nogi będą silniejsze, będę mógł się lepiej poruszać”. Codziennie też odnotowywał postępy, np. „dziś zrobiłem trzy kroki, czyli o jeden więcej niż wczoraj”. Jeżdżąc na wózku inwalidzkim, wciąż wyobrażał sobie siebie sprzed wypadku, czyli mężczyznę-atletę. I takim ponownie chciał się stać.

I udało mu się?
Nawet w krótszym czasie niż założony przez lekarzy rok. Gerry pobił absolutny rekord w dochodzeniu do kondycji sprzed wypadku. Wszystko dlatego, że metodą prób i błędów znalazł technikę najbardziej odpowiednią dla siebie.

Powinniśmy robić jak on?
Tak – szukać własnej techniki i ją rozwijać. Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią. Nasi przodkowie w pierwszej kolejności rozwiązywali najpilniejszy problem, od którego bezpośrednio zależało ich przeżycie, a dopiero potem zabierali się za kolejne działania, np. najpierw uciekali przed tygrysem, a później zaczynali szukać czegoś do jedzenia. My, żyjący współcześnie, stale nosimy w sobie tę historię, a NLP pomaga ją rozpoznać i jej użyć. Bo zawsze odbieramy jakiś sygnał, pod wpływem którego coś robimy. Na przykład uprawianie sportu – są osoby, które chętniej ćwiczą w grupie lub z przyjacielem, wówczas inni są dla nich motorem napędowym. Kiedy rozpozna się w sobie te sygnały, można przejąć kontrolę nad własnymi nawykami, a to z kolei pozwala na ich skuteczne wykorzystywanie.

Próbował pan uczyć technik motywacyjnych osoby, które nie dają sobie rady w życiu, np. bezdomnych czy bezrobotnych?
Pracując kiedyś dla urzędu imigracyjnego w USA, prowadziłem szkolenia z kobietami z Azji – były bardzo spokojne, zamknięte w sobie, zdystansowane, mógłbyś pomyśleć: niezmotywowane do mówienia po angielsku. Jakże błędna była to opinia. Kiedy bowiem poprosiłem je, by pomogły członkom swoich rodzin wypełnić formularze rządowe, kobiety nagle zaczęły rozmawiać po angielsku, a nawet w tym języku kłócić się ze mną. „Nie wiedziałem, że mówicie po angielsku” – śmiałem się... Po prostu motywacja musi być ważna dla danej osoby.

Jeden z moich nauczycieli używa technik NLP podczas zajęć z dziećmi. Konkretnie: metody porównywania obecnych osiągnięć z wcześniejszymi. Kiedy młody człowiek widzi, że robi postępy, czuje sens działania i smak sukcesu. To motywuje go do rozwoju.

W swojej książce „NLP – nowa technika osiągania sukcesów” obiecuje pan zmieniać za pomocą technik NLP złe nawyki. Co zrobić, jeśli na przykład notorycznie spóźniam się na spotkania?
Tego nie nazwałbym złym nawykiem, ale jest nim na pewno palenie papierosów. Jeśli ktoś chciałby je rzucić, to najpierw poprosiłbym taką osobę, żeby wygodnie usiadła, np. w fotelu, odchyliła się nieco, wzięła głęboki wdech i spojrzała w przyszłość. Wydychając powietrze – niczym dym – może sobie wyobrażać pozytywne efekty, jakie osiągnie, jeśli przestanie palić. W NLP patrzymy na pozytywy zmian i uważamy, że cokolwiek ktoś robi w swoim życiu, to w jakimś stopniu może mu to służyć.

Według NLP nie istniałyby zatem złe nawyki?
Niepraktyczne jest myślenie o nich jako o „złych”. NLP traktuje nawyki niczym kotwicę – dobrze ją mieć, bo wiesz, gdzie jesteś. Problem pojawia się, kiedy nam nie służą. Na przykład ktoś codziennie po pracy relaksuje się drinkiem, a po pewnym czasie zauważa, że to jedyny sposób odprężenia. Pomagamy wyzwolić się z takiego myślenia i znaleźć inne sposoby osiągnięcia relaksu.

Wspomniał pan, że dzisiaj miał szczęście, bo się nie spóźnił na wywiad. Zamiast mówić o „szczęściu” mógłby pan pomyśleć: „jakiej strategii użyłem, żeby dotrzeć tym razem na czas?”. Czasami w tym „szczęściu” jest ukryta strategia.

Pana ojciec diametralnie zmienił kiedyś zawód – z menedżera branży marketingowej na nauczyciela w szkole średniej. Czy to jakoś wpłynęło na pana życiowe wybory?
Mój tata podjął tę decyzję, kiedy miałem piętnaście lat. Wówczas marzyłem, żeby w przyszłości mieć czerwonego Chevroleta Corvettę. Więc kiedy ojciec obwieścił, że będzie nauczycielem, moje marzenie o samochodzie zaczęło się oddalać.

Jego decyzję doceniłem tak naprawdę dopiero, kiedy sam zmieniłem zawód – zrezygnowałem z pracy dla rządu i zostałem konsultantem NLP. Wtedy zdałem sobie sprawę, że człowiek może zmienić swoją ścieżkę zawodową i robić w życiu to, co naprawdę chce, co go rozwija, daje satysfakcję... Sądzę, że każdy z nas, jeśli przyjrzy się tego typu momentom ze swojego życia, może znaleźć w nich ukryte „prezenty” dla siebie.

Charles Faulkner – certyfikowany trener NLP (NeuroLingwistyczne Programowanie), międzynarodowy konsultant, specjalizuje się w szkoleniu inwestorów giełdowych i instrumentów pochodnych. Współzałożyciel kilku firm, w tym szkoleniowych. Autor i współautor ośmiu książek nt. NLP, motywowania ludzi, zmiany osobowości oraz intuicji, m.in. „NLP – wykorzystaj potęgę programowania neurolingwistycznego”.

Czym jest NLP?

NeuroLingwistycze Programowanie, w skrócie NLP, to zbiór technik pracy nad sobą, opartych na modelu skutecznej komunikacji – metody łączącej wiedzę z zakresu psychologii, lingwistyki i zarządzania. Teoretycy NLP postrzegają umysł ludzki jako swoisty komputer, zapraszają do pracy nad jego „oprogramowaniem”. Zakładają możliwość programowania postaw wobec świata oraz stosowanie w codziennym życiu metod wzbogacania i eliminowania niechcianych zachowań. NLP to także zespół umiejętności pozwalających na budowanie indywidualnej motywacji, umiejętność wpływania na własne procesy emocjonalne i myślowe oraz wywieranie wpływu na innych. Ten model pracy z psychiką powstał we wczesnych latach siedemdziesiątych. Za jego twórców uważa się Richarda Bandlera, matematyka i terapeutę Gestalt, oraz Johna Grindera, profesora lingwistyki, którzy znaleźli powiązanie między procesami neurologicznymi, językiem i wzorcami ludzkich zachowań. Obecnie wykorzystuje się go w szkoleniach motywacji, rozwijania zdolności negocjacyjnych, a nawet umiejętności uwodzenia. Należy zaznaczyć, że w środowiskach naukowych techniki NLP spotykają się z krytyką, zarzutami o manipulację ludźmi czy koniunkturalizm.

  1. Psychologia

Nigdy nie jest za późno, by odnaleźć swój talent

Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. (Fot. iStock)
Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. (Fot. iStock)
U niektórych ujawnia się bardzo wcześnie, inni odkrywają go dopiero w dojrzałym wieku. Jeszcze inni twierdzą, że los nie był dla nich łaskawy i cierpią, bo nie chcą być przeciętni. Mamy dobrą wiadomość: każdy ma w sobie talent, a nawet talenty. Trzeba je odkryć i nauczyć się z nimi obchodzić.

Bohatera książki Ursuli K. Le Guin „Dary”, Orreca z rodu Casprów, los obdarzył dzikim talentem unicestwiania ludzi, a to najbardziej niebezpieczna moc ze wszystkich, jakimi władają okoliczne rody. – Aby panować nad darem, musisz go używać. Inaczej on użyje ciebie – mówi mu ojciec. Ale chłopiec nie chce, boi się siły swojego daru, nie jest też do końca pewien, czy go rzeczywiście ma, skoro nie czuje, kiedy go używa. No bo skąd właściwie wiadomo, że jest w nas talent?

Porozmawiaj ze sobą

– Po raz pierwszy zobaczyłam farby, gdy miałam 3–4 lata. I dostałam objawienia. Wiedziałam, że będę malować – mówi Anna Wachaczyk, malarka, rzeźbiarka. – Moi rodzice nawet się ucieszyli, bo czemu nie, niech dziecko maluje. Kupili mi kredki, farby i wymalowałam nimi wszystkie ściany. Z czasem malowałam coraz częściej. Nie obchodziło mnie, czy to się komuś spodoba, ważne było, żeby mnie się podobało. Byłam niesamowicie żądna wiedzy.

Błagała rodziców, żeby kupowali jej książki o sztuce, a kiedyś było o nie bardzo trudno. Usłyszała, że w Łodzi, nie tak daleko od rodzinnego Płocka, jest liceum plastyczne. I tak długo męczyła rodziców, aż ją tam puścili.

– Od początku uważałam, że to jest wyjątkowa sprawa: ja i malowanie – wyznaje Ania. – To, że zdałam do liceum plastycznego, było pierwszym potwierdzeniem, że mogę się do tego nadawać. Choć bardziej niż na opinii nauczycieli zależało mi na opinii kolegów i koleżanek, ludzi, którzy startowali z takiego samego poziomu jak ja. Kiedy okazało się, że organizują plener malarski i sami mamy wybrać, kto na niego pojedzie – klasa wybrała mnie. Poczułam się wielka!

Aż przyszło załamanie. – Zdałam świetnie dyplom i nie dostałam się na wymarzone studia – ASP w Krakowie. Jakbym dostała obuchem w głowę – opowiada. – Zaczęłam się zastanawiać, co to znaczy. Że nie mam talentu? Że mi się skończył? Zainteresowałam się prywatną szkołą w Warszawie. Egzaminy były trudne, ale tym razem zdałam. Pomyślałam: „W tym Krakowie to nie mieli racji, jednak mam talent”. Potem była warszawska ASP i talent „wrócił” na dobre.

Mówi, że tak jest przez całe życie. Choć jest pewna, że ma talent, to zdarzają się chwile załamania. Bo jak nie dostajesz się na studia czy przez jakiś czas nie kupują twoich obrazów, to zaczynasz się zastanawiać, czy ty w ogóle potrafisz malować. Ale z drugiej strony, gdyby jej ktoś powiedział teraz, że nie ma talentu, to by mu po prostu nie uwierzyła. Jeśli byłby to jakiś znawca tematu, poszłaby spytać innego.

Psycholog twórczości Aneta Bartnicka-Michalska ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej twierdzi, że osoby bardzo uzdolnione zazwyczaj mają wysokie poczucie własnej wartości. – One bardzo dobrze wiedzą, że coś im w duszy gra. Czują się inne. Z drugiej strony zdarza się im powątpiewać w swoje zdolności, co jest naturalnym elementem procesu dojrzewania i tworzenia. Ktoś, kto przestaje wątpić, łatwo może zacząć uważać się za osobę omnipotentną, wtedy trudno będzie mu podtrzymywać w sobie chęć dalszego rozwijania swojego kunsztu – dodaje.

Ważny jest też rozmiar tego powątpiewania. Czy to jest coś bardziej w rodzaju: „jeszcze się muszę wiele nauczyć”, czy całkowite negowanie swoich umiejętności. To pierwsze podejście jest jak najbardziej rozwojowe. A porażki? Zdarzają się nawet najlepszym. Jeśli jednak ktoś ma prawdziwy talent, szybko się podniesie i zacznie nad sobą pracować. Bo chęć robienia tego, co mu w duszy gra, jest silniejsza od strachu przed ponownym niepowodzeniem.

– Zdarza się, że ktoś, kto uważa, że śpiewa najlepiej na świecie, przeżyje poważne rozczarowanie, biorąc udział w jakimś castingu. Bo nie dość, że nie jest wcale najlepszy, to są inni, śpiewający równie dobrze jak on. Porażka nie musi jednak oznaczać, że nie jest osobą utalentowaną. Sam talent to często za mało. Trzeba nad nim pracować, szkolić go, a często o tym zapominamy – tłumaczy Bartnicka-Michalska.

Dlatego tak ważne jest, na kogo utalentowana osoba trafi w życiu, jakich będzie miała nauczycieli. Czy dostrzegą w niej iskrę bożą, czy pomogą ją rozwijać. Wiele zależy też od najbliższego otoczenia: bliskich, rodziny. Nic dziwnego, że tak szybko i spektakularnie rozwijają się np. kariery muzyków, którzy przyszli na świat w rodzinie wirtuozów, czy dzieci rodziców zainteresowanych ich rozwojem od najwcześniejszych lat i nie narzucających im żadnych życiowych wyborów. A jeśli ktoś nie miał tyle szczęścia?

– Jeżeli nie pochodzisz z domu, w którym inwestowało się w odkrywanie i rozwijanie zdolności, to pewnie miałeś ograniczone możliwości poznania pełni swoich talentów. Jako osoba dorosła masz możliwość zrekompensować sobie to, czego wcześniej nie zrobili dla ciebie bliscy, a więc zainteresować się sobą, tym, co lubisz, co cię pociąga, a co niekoniecznie jest zgodne z tym, czego oczekują od ciebie inni. Żeby rozpoznać i rozwijać w sobie talent, wszyscy potrzebujemy wspierać siebie zarówno w rozpoznawaniu zdolności, jak i odważnemu ujawnieniu ich otoczeniu, a więc wyróżnieniu się – mówi psycholog.

Jeśli nie masz wsparcia bliskich, znajdź je w sobie. Być innym, wyjątkowym, oznacza także być zauważanym i nie zawsze rozumianym. Trzeba będzie dużo samozaparcia, by poradzić sobie z ciężarem opinii innych. Z obawy przed ośmieszeniem czy zawiścią wielu woli się nie wychylać, pozostać w swojej bezpiecznej kryjówce. Aneta Bartnicka-Michalska uważa jednak, że jeśli naprawdę mają talent, w końcu będą musieli skonfrontować go z „publicznością”.

– Do tego trzeba odwagi, bo opinia, którą usłyszymy, niekoniecznie musi być pochlebna. Co wtedy? Nic. To, co nie podoba się jednym, może być wartościowe dla innych, dlatego warto poszukiwać swojego pola działania i wspierających ludzi. Przecież nie każdy rozpozna nas jako nieoszlifowane diamenty. Poza tym nie każdy z nas musi mieć talenty wybitne. Umieć docenić i cieszyć się tym, w czym czujemy się dobrze i do czego mamy smykałkę, to podstawa – mówi.

Pułapki geniuszu

Aneta Bartnicka-Michalska opowiada historię młodego chłopaka, bardzo uzdolnionego matematycznie: – W szkole i liceum wygrywał olimpiady, konkursy, ale za sugestią rodziny poszedł na studia medyczne. Po pierwszym semestrze był najsłabszy w grupie. Człowiek, który szedł przez życie z etykietką geniusza, który nie musiał się specjalnie uczyć, bo wszystko przychodziło mu łatwo, nagle okazuje się najmniej lotny. Zrezygnował z medycyny, zaczął studiować matematykę i równolegle informatykę. Z dwoma tak trudnymi kierunkami długo nie wytrzymał. W rezultacie nie skończył żadnych studiów, nie pracuje, jest zniechęcony do życia, nie może się odnaleźć. Cały czas nosi ciężar ogromnych oczekiwań – otoczenia i własnych. Czegokolwiek się podejmuje, szybko go nudzi. Tak prosta czynność, jak odkurzenie mieszkania, irytuje go, bo jest zbyt przyziemna.

– To przykład niewłaściwego rozumienia talentu: osoba utalentowana jest stworzona do celów wyższych i wszystko ma się jej udawać. A przy pierwszym niepowodzeniu zawala się jej świat. Ten chłopak w szkole nie pracował nad swoim talentem, nie doświadczył żadnej porażki, nie nauczył się obcować ze swoim potencjałem i go rozwijać – tłumaczy psycholog.

W powszechnym przekonaniu człowiek utalentowany jest naznaczony, wybrany, czasem przeklęty. Nie musi doskonalić swojego talentu, bo ten jest idealny i kompletny sam w sobie. To się ma albo nie, a jeśli nie, to jest się skazanym na zwykłe, przeciętne życie. – W rzeczywistości rzadko kiedy jakaś wielka kariera pojawia się na zasadzie rozbłysku – mówi Aneta Bartnicka-Michalska. – Wszyscy podajemy za przykład Mozarta, ale on – wychowany w umuzykalnionej rodzinie – od dziecka ćwiczył gamy, grał na fortepianie i komponował, bo miał do tego warunki. Wiele osób gaśnie właśnie z tego powodu, że hołubi w sobie definicję geniusza, która jest pewnym nieporozumieniem i uproszczeniem. Geniusz to mieszanka wybitnego talentu, otwartości, ciekawości, ale też wytrwałość w wytężonej, codziennej pracy i gotowość ponoszenia licznych kosztów – także psychicznych.

Znajdź 5 swoich talentów

Krzysztof Litwiński, anglista i coach, prowadzi szkolenia z odkrywania talentów i pracy nad nimi. Jego zdaniem, w tej dziedzinie narosło wiele mitów, które jak najszybciej trzeba zburzyć.

– Pierwszy mit: talent jest darem, mocą nie do ogarnięcia. Tymczasem on może być czymś namacalnym i wymiernym. A ponieważ jest wymierny, to jest o wiele mniej subiektywny niż nam się wydaje – mówi. – Drugi mit: talent to coś spektakularnego. Natomiast jest cała gama talentów, które wcale takie nie są. Na przykład „naprawiacz”. Taki ktoś jest często postrzegany jako maruda, ktoś, komu wiecznie coś się nie podoba. A on po prostu widzi, co trzeba zrobić, żeby było lepiej, i robi to.

„Naprawiacz” jest jednym z 34 tzw. talentów neuronalnych usystematyzowanych przez Instytut Gallupa. Inne to m.in. „osiąganie”, „aktywator”, „analityk”, „organizator”, „empatia”, „maksymalista”, „zbieracz”, „czar” czy „pryncypialność”. Pięć spośród 34 dominuje i zasadniczo nie zmienia się przez całe życie człowieka. To, jakie talenty tworzą tę „piątkę” jest już indywidualną kwestią.

Według badaczy z Instytutu Gallupa, w tym Marcusa Buckinghama, który przez blisko 20 lat badał ludzkie cechy pod kątem tych najlepszych, talent to: „każdy powtarzający się u ciebie wzorzec myślenia, odczuwania lub zachowania, który może znaleźć praktyczne zastosowanie”. Skąd się biorą te wzorce? Otóż, tworzą się poprzez wykorzystanie połączeń istniejących w ludzkim mózgu. Do około 3. roku życia w wyniku rozmaitych bodźców ze świata zewnętrznego w głowie każdego człowieka tworzy się niepowtarzalna siatka neuronalna. Do 15. roku życia część połączeń obumiera, a pozostają tylko te, które są najczęściej używane. Przez kolejne 10 lat umacniają się. Jak pisze Buckingham w swoich książkach (m.in. w „Teraz odkryj swoje silne strony”): „I tak właśnie powstajesz Ty – utalentowana, niepowtarzalna osoba, obdarzona zdolnością reagowania na świat w swój wyjątkowy sposób”.

Zdolny inaczej

Jak się przekonać, co jest naszą siłą? Można zrobić test (dostępny na przykład na stronie www.strengthsfinder.com), w wyniku którego zostanie wyłonionych twoich pięć głównych talentów, Można też udać się na warsztaty, na których oprócz wyników testu poznasz także receptę na to, co dalej zrobić z tą wiedzą. Jedną z firm, która prowadzi takie szkolenia, jest Brian Tracy Institute.

– Życie zmusiło mnie do intensywnej pracy nad sobą. Po 25 latach najpierw własnych wysiłków, potem terapii, wreszcie rozlicznych szkoleń, warsztatów i kursów, znam siebie i rzadko coś mnie jeszcze we mnie zaskakuje – opowiada. – Co jak co, ale moje talenty, jak sądziłem, znam na wylot. Tymczasem po warsztatach przygotowujących do wykonania testu odkrywania talentów Clifton Strengthsfinder Gallupa i jego wykonaniu byłem ogromnie zaskoczony wynikami. Potem dowiedziałem się, że tak samo zaskoczona jest zwykle większość uczestników. Nie mogłem zaprzeczyć, że cechy, które mi „wyszły” faktycznie mam, ale żeby nazywać je od razu talentami?! Mało tego: niektóre z nich uważałem, jeśli nie za słabości, to przynajmniej za mało praktyczne i nieprzydatne w życiu. A jednak, popatrzywszy wstecz na wszystkie moje autentyczne, obiektywne, życiowe sukcesy, doszedłem do wniosku, że zawdzięczam je właśnie tym, nowo odkrytym talentom, jak „empatia” czy „bliskość”, a nie mocnym stronom, które mozolnie wypracowałem przez lata. Do tej pory za swoje talenty uważałem systematyczność, organizację czy precyzję. One jednak nigdy nie dały mi sukcesów porównywalnych z tymi, które przyniosło korzystanie z niedocenianych, a wrodzonych talentów neuronalnych. Jak pewnie większość ludzi uważałem, że to, co przychodzi bez wysiłku, nie jest wiele warte, że lepiej pracować nad swoimi słabościami i przekuwać je w atuty - mówi Krzysztof Litwiński,

Zajęło mu trochę czasu zanim pogodził się z tym, że jego największe talenty są zupełnie gdzie indziej, niż myślał. Ale gdy się z nimi w końcu „zaprzyjaźnił”, poczuł ogromną ulgę. – Całe lata mojego życia nagle nabrały sensu, teraz wiem, w co warto inwestować moją energię i gdzie wysiłek przyniesie ponadprzeciętne owoce – opowiada.

Według Instytutu Gallupa, talent łatwo przychodzi, jest dostępny i powtarzalny. No i sprawia radość, dodaje energii. Można go przekuć w mocną stronę, dołączając do niego wiedzę i umiejętności. Oczywiście, możemy wiele zdobyć w jakiejś dziedzinie dzięki wyłącznie wiedzy i umiejętnościom, ale nigdy nie będziemy w tym tak dobrzy, jak ci, którzy oprócz wiedzy i umiejętności mają także „to coś”. – Dlatego logicznie rzecz biorąc powinniśmy się skupiać na rozwijaniu w obszarach, do których mamy talent, bo w ten sposób możemy osiągnąć prawdziwe mistrzostwo, a zrezygnować z tych, do których nie jesteśmy predystynowani – napracujemy się, a i tak nigdy nie dościgniemy tych, którzy mają wrodzoną łatwość, nazywaną talentem, wspartą pracą – tłumaczy Krzysztof Litwiński.

Coach zwraca uwagę na to, że bardzo istotna jest kombinacja talentów u konkretnej osoby. Talenty bowiem wzajemnie się uzupełniają i wpływają na siebie. Warto wiedzieć, jak działa konkretny miks. – Jeśli ktoś ma np. talent „naprawiania” i talent „kontekstu”, zauważy nie tylko, co trzeba zmienić, ale też przewidzi tego wpływ na pozostałe elementy. Zaś ktoś z talentem „naprawiania”, ale z niskim poziomem „empatii”, może irytować, bo bez ogródek wytknie koledze wszystkie niedoskonałości jego w pocie czoła stworzonego dzieła – mówi. – Na co dzień staram się świadomie zarządzać talentami moich pracowników. To bardzo wzmacnia zespół. Przydzielam każdemu takie zadania, w których może być ponadprzeciętnie dobry, a ograniczam obarczanie go tym, do czego nie ma talentu.

Tęsknoty z dzieciństwa

Niespełniona aktorka, pianistka, tancerka, malarz… Znamy wiele takich przypadków. Być może sami czujemy się jednym z nich. Powodów takiego stanu rzeczy może być wiele: bo nigdy nie było okazji się sprawdzić, bo mieszkaliśmy w małym mieście, bo rodzice wybrali dla nas inną ścieżkę, bo mąż, dzieci i trzeba było dokonać wyboru…

Do niezrealizowanych marzeń z dzieciństwa można powrócić w dorosłym życiu. Kupić sztalugi i zacząć malować, zapisać się na lekcje gry na pianinie czy do szkoły tańca. Aby podjąć taką próbę, trzeba jednak wyjść poza utarte społeczne przekonania na temat tego, co nam wolno, a co nie, co w pewnym wieku wypada. Warto się przełamać, bo tęsknota z dawnych lat może zaburzyć spokój życia i rzucać cień na to, kim teraz jesteśmy i co robimy. Psycholog ostrzega jednak przed zbyt hurraoptymistycznym podejściem: – Trzeba być bardzo ostrożnym. To, czego nam kiedyś brakowało, niekoniecznie musi być tym, czego teraz potrzebujemy, bo po prostu jesteśmy już w innym momencie życia i mamy inne potrzeby, a także zdolności mogą być dla nas ważne i warte inwestowania.

A co jeśli czujemy, że zaniedbano w nas jakiś talent, ale do końca nie wiemy, jaki? Szukać. Aneta Bartnicka-Michalska wspomina o kilku ważnych zasadach:

  • Pozwolić sobie go rozpoznać jako umiejętność, ale nie nastawiać się na poszukiwanie znamion geniuszu.
  • Zapomnieć o stereotypach związanych z płcią, wiekiem.
  • Stanąć obok siebie i wyobrażeń na swój temat. Nabrać dystansu. Nasze oczekiwania wobec siebie i opinie otoczenia sprawiają, że często nie doceniamy tego, co faktycznie potrafimy, szukając czegoś, co chcielibyśmy umieć.
  • Zacząć oglądać świat pod kątem zaciekawienia, tego, gdzie przeczuwamy dla siebie jakąś łatwość.
  • Otworzyć się na sposób, w jaki uzdolnienie może się przejawić. Może mamy w sobie talent malarski, ale jego realizacja nie będzie dotyczyła malowania, tylko dekorowania.
  • Zdawać sobie sprawę z tego, że jeśli odkryjemy w sobie talent w dojrzałym wieku, to prawdopodobnie nie będziemy mogli go rozwijać w takim wymiarze, jak osoby, które pracują nad nim od lat.
  • Być dla siebie przyjacielem. Doświadczać siebie w talentach, a jednocześnie sobie w nich towarzyszyć.

Nigdy nie jest za późno na wspaniałą przygodę ze swoimi talentami, może nawet okazać się ona przygodą życia. Jak mówi Aneta Bartnicka-Michalska, pozwolić sobie na to, żeby mieć talent, oznacza zgodę na to, żeby żyć swoją barwą. Odkrywając go i rozwijając, zaczynamy traktować siebie jako jednostkę wyjątkową. Ta zmiana sposobu myślenia może wielu osobom pomóc na nowo nadać sens ich życiu.

  1. Seks

Jedyną drogą do spełnienia w seksie i w życiu jest uzdrowienie dawnych traum

Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Skutki dziecięcych traum mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie. (Fot. iStock)
Gdyby dało się prześwietlić sferę erotyki, gdzie tyle rzeczy jest w ukryciu i mroku, ujrzelibyśmy jasno wszystkie nasze problemy psychiczne, urazy, lęki... Jedyną drogą do spełnienia w seksie, ale też w życiu, jest uzdrowienie własnych dawnych dziecięcych traum – przekonuje terapeutka Olga Haller.

Właściwie dopiero niedawno uświadomiłem sobie, jak bezbronne są dzieci wobec dorosłych.
Dzieciństwo to przede wszystkim bezbronność, a więc zależność od dorosłych. Od nich uczymy się, jak traktować siebie, swoje ciało, płeć. Uczymy się bliskości i intymności w związkach od urodzenia! Dom rodzinny powinien być azylem, w którym dziecko dowiaduje się, jak chronić siebie i jak odważać się na samodzielność. Gdy w świecie spotyka je krzywda, przychodzi do rodziców po pomoc, a ich wsparcie pomaga mu uleczyć zranienie. To idealny obraz. Niestety zbyt często dziecko zostaje samo ze swoim przeżyciem. I coraz więcej wiemy o tym, że dzieci najczęściej są krzywdzone wewnątrz rodziny (uwiedzenie emocjonalne lub fizyczne przez matkę lub ojca; seksualne molestowanie – przez rodziców, dziadków, wujków, starsze rodzeństwo) lub w jej najbliższym otoczeniu. Narażone są szczególnie te dzieci, których rodzice nie potrafią uleczyć własnych zranień emocjonalnych. Bezradność i delikatność dziecka boleśnie im o nich przypominają. Jego zależność daje zaś toksyczne poczucie władzy – bezradni rodzice, sami zagubieni w rolach dorosłego życia, używają dziecka, by zagłuszyć swój ból.

Co za nędzna pociecha, że ci, którzy krzywdzą dzieci, na pewno zostali jakoś pokaleczeni w dzieciństwie.
Dlatego tak ważne jest świadome uleczenie dawnych dziecięcych zranień. Dzieciństwo to czas rozwiązywania naprawdę trudnych dylematów w drodze do dorosłej niezależności. Miłość rodziców jest niezbędna – dzieci potrzebują ich kochać i być przez nich kochane. By na tę miłość zasłużyć, wielu z nas wyrzeka się siebie, zaprzecza własnym uczuciom i potrzebom; a żeby móc rodziców kochać, idealizujemy ich obraz, przypisując winę sobie. Ten proces zakłóca rozwój, pogłębia zależność, a dziecko, choć coraz starsze, nie umie się obronić lub prosić o pomoc w sytuacji zagrożenia lub nadużycia.

W naszej kulturze, gdy ofiarą jest może już nie dziecko, lecz dorastająca dziewczyna, uważa się, że sama się o to prosiła.
O tak, zwiększa to lęk przed wołaniem o pomoc. A stereotyp na temat chłopców i mężczyzn? Im się to nie powinno w ogóle zdarzyć! Dziecko jako ofiara seksualnych nadużyć najczęściej zostaje samo i choć czuje, że stało się coś złego, nic nie mówi. Powoduje nim właśnie poczucie winy, ale także lojalność wobec sprawcy, jeśli to ktoś bliski.

Ufność wobec dorosłych jest podstawą bytu, więc dziecko musi ją utrzymać. Zależne i potrzebujące jest wtedy uwikłane w obezwładniający związek, tym bardziej toksyczny, im dłużej trwa. Dziecko nie ufa sobie, nie wie, czy to, co czuje, jest właściwe. Zwykle daje jakieś sygnały, że coś się dzieje: zmienia się jego zachowanie, usposobienie, tematyka zabaw, rysunki, zainteresowania, lecz często przekonuje się, że rodzice nie chcą tego usłyszeć i odczytać. Zostaje wstyd, poczucie winy i bezradność.

Wstyd chyba zawsze łączy się z obarczaniem siebie winą. To jedno z najbardziej dotkliwych i toksycznych uczuć. Iluż ludzi zabiło siebie lub innych ze wstydu!
To ciężar, który musimy wlec przez życie. Ile potrzeba energii psychicznej, żeby z tym żyć! Żeby to ukrywać, przed sobą i innymi. To ogromny psychiczny koszt – zapomnieć, znieczulić się, zabić dziecięcą wrażliwość, odciąć się od traumatycznego zdarzenia. Taka trauma z dzieciństwa może być skrywana przez wiele lat.

Podczas pracy z kobietami przekonałam się, że często bagatelizują one swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, naturalne jest, że chcą uniknąć bólu, wolą się nie konfrontować z przeszłością. Szukają przyczyn w bieżącym życiu. Próbują jakoś się dostosować. Znajdują stereotypy, które wyjaśniają ich problemy. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku albo kiedy ono dorośnie, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo znajdą kochanka… Liczą na partnera – obwiniają go, wymagają lub czekają, aż on coś zrobi, żeby było lepiej.

A on zwykle głupi i bezradny.
Nie, nie głupi! Bezradny, owszem. To nie w jego mocy jest wybawienie kobiety. To ona musi się odważyć. Znaleźć sprzymierzeńca. Najpierw ujawnić, by „dostać potwierdzenie” doznanej krzywdy, a potem wyrazić zadawnione uczucia, ból... To zawsze przynosi ulgę i daje szanse na zmianę w aktualnych relacjach. Skutki nieleczonych urazów zatruwają nasze życie. Nasze wysiłki unikania cierpienia, aczkolwiek zrozumiałe z dziecięcej perspektywy, w dorosłym życiu tracą swój przystosowawczy sens.

Czyli wstydliwe i bolesne zdarzenia z przeszłości są jak szczury w studni, rozkładają się i nas zatruwają, także erotykę, która jest wrażliwa na toksyny. Ale to czyszczenie studni po latach bardzo boli. Nie przypadkiem coś ukrywamy – robimy to, by nie bolało...
Zawsze boli, ale to się opłaca. Trzeba zrozumieć, że dziecko, które było molestowane, ukryło swoje doświadczenie, gdyż nie mogło z tym nic innego zrobić. Nie jest winne zaniechania. Wtedy to była jedyna metoda, by przetrwać. Teraz, gdy jesteśmy już dorośli, czas, by się z tym zmierzyć. Możemy znaleźć wsparcie, którego wtedy zabrakło. Zdobyć wiedzę, która pozwoli nam zrozumieć, co się stało. Skutki nadużyć seksualnych z dzieciństwa mogą odbić się na całym naszym życiu, nie tylko seksualnym. Lękowość, skłonność do depresji, zachowania autodestrukcyjne, toksyczne związki, alkohol, narkotyki to przejawy dawnych, zapomnianych krzywd. Ale też niezadowalający seks – brak orgazmu, bolesność lub całkowita niemożność współżycia. I częste zmiany partnerów, seks bez zahamowań albo odwrotnie – wycofanie z aktywności seksualnej. Może też się zdarzyć nagły wybuch nerwicy lękowej, kiedy jakieś wydarzenie w życiu uaktywnia wyparte lub stłumione treści. Bywa, że gwałtownie reaguje ciało – ból lub skurcz mięśni uniemożliwia współżycie mimo świadomego przyzwolenia. To są ważne sygnały. Miejmy odwagę, żeby je odczytać i zatroszczyć się o siebie.

Kobiety często bagatelizują swoje seksualne problemy. Jeśli doświadczyły urazu nadużycia, jego przyczyn szukają w bieżącym życiu. Liczą, że to się jakoś samo zmieni: po trzydziestce, po dziecku, kiedy będzie więcej czasu, mniej zmartwień albo kiedy znajdą kochanka… Liczą na partnera, czekają, aż on coś zrobi. Ale to nie w jego mocy jest wybawienie kobiety.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Czy zwierzać się swojemu partnerowi? Dla niejednego mężczyzny nagła wiadomość, że jego kobieta miała takie doświadczenia, jest czymś niewymownie upokarzającym i bolesnym, cierpi męska duma... Ona została zhańbiona! Rozumiem kobiety. Nie chcą ujawniać takich zdarzeń, by go oszczędzić, ale też z lęku, że w jego oczach coś stracą.
Ostrożność kobiet jest zasadna. Nierozważnie jest wnosić w nową relację jeszcze nierozeznany problem z przeszłości. Narażać się na reakcje partnera, który ma prawo nie wiedzieć, jak się zachować. Lepiej znaleźć pomoc terapeutyczną. Na terapii zacząć oczyszczanie studni i odkryć, że źródło zawsze było i jest czyste, cokolwiek się zdarzyło. Sens pracy leży w odbudowaniu szacunku do siebie i w wyznaczeniu granic w aktualnych relacjach. Zrzucenie ciężaru winy umożliwia zwolnienie z przymusu utrzymania tajemnicy. Możemy świadomie decydować, komu i kiedy o tym mówić.

Przypomina mi się sprawa molestowania kobiet przez prezydenta Olsztyna – szokujące, że broniły go właśnie kobiety. To są te „najemnice patriarchatu” – przerażająco ich dużo...
Uwierzyłyśmy kiedyś, że jesteśmy mniej ważne, że mamy być uległe, czuć wstyd, niewiarę i winę. W sytuacjach społecznych mechanizm jest ten sam jak na planie indywidualnym między sprawcą a ofiarą. Kobiety, ofiary patriarchatu, bronią mężczyzny, pana i władcy tego porządku. Są w stanie poświęcić jedną ze swoich, żeby zachować jego względy i potwierdzić sens swojego wielowiekowego wyrzeczenia, ofiary. „Patriarchalna kobieta” jest w jakimś stopniu w każdej z nas i nie pozwala na stworzenie wspólnoty dla poparcia i obrony krzywdzonej siostry. Nie bójmy się rozpoznawać jej w sobie, jeśli chcemy ten porządek zmieniać.

  1. Psychologia

Przygaszeni. Dlaczego mężczyźni tracą pasję życia?

Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach. (fot. iStock)
Niezależnie od tego, jak wcześnie nauczyliśmy się rezygnować ze swoich pasji, ogień stale w nas jest. Żar może być ukryty pod popiołem, jednak – dopóki żyjemy – nie gaśnie. Możemy go rozniecić na nowo – mówi Benedykt Peczko.

Obserwuję mężczyzn – gdy spacerują w parku z dziećmi, robią zakupy, czekają na pociąg, kupują bilety do kina. Na ogół są zgaszeni, smutni albo znudzeni, zmartwieni. John Eldredge, autor książek o mężczyznach (m.in. „Dzikie serce”), pisze: „Jesteśmy jak drewniane kołki!”. Gdzie się podział błysk w oku mężczyzny, gdy patrzy na dziecko, na kobietę, gdy całym sobą angażuje się w to, co robi? Mężczyźni są odcięci od swojego serca i brzucha, a tam właśnie znajduje się źródło pasji życia, radości i twórczości. W książce „Radość” Alexandra Lowena opisany jest mechanizm odcięcia. Współczesny mężczyzna żyje w swojej głowie – analizuje, przewiduje przyszłość, kontroluje, układa strategie. Całe życie jest do tego trenowany. Jego smutek ma często charakter nieświadomy. Gdy idzie na spacer, w myślach roztrząsa, co się wydarzyło, zastanawia się, co zrobi. Nawet jeśli planuje wakacje z rodziną, traktuje to jak zadanie do wykonania. Tak naprawdę nie ma go na tym spacerze.

Często słyszę od mężczyzn: „kiedyś marzyłem o…”. Ale przyszło „prawdziwe życie”, marzenia zderzyły się z „twardymi realiami”. Z porzuceniem pragnień serca przychodzi smutek, który mężczyźni topią w alkoholu, pracoholizmie, miłosnych przygodach, tanich rozrywkach.

Aż któregoś dnia odkrywają, że muszą jechać w Himalaje, do Meksyku albo do aśramy na trzy miesiące. Zostawiają kobietę z trójką dzieci, bo przecież trzeba wreszcie zrealizować jakąś pasję albo duchowo się rozwinąć. Jest dramatyczne pęknięcie między szarzyzną codzienności a zrywem pasji. No właśnie, co rozumiemy przez pasję? To nie jest coś odrębnego od codziennych zajęć. Pasja życia jest otwarciem na świat, na ludzi, radością z tego, w czym się uczestniczy. Grek Zorba był takim mężczyzną – żył, jadł i tańczył z pasją, grał z pasją na swoim santuri, kochał kobiety, przyjaciół, swoją pracę. Wkładał serce w to, co robił, niezależnie od tego, co to było.

Grek Zorba od dziesięcioleci jest wcieleniem archetypu dzikiego, zmysłowego mężczyzny. Współczesne kobiety marzą o Zorbie, wypatrują go, przywołują. Czasy nie sprzyjają Zorbom? Wyobraźmy sobie mężczyznę, który z pasją płaci rachunki przez Internet. Dlaczego nie? Zbyt często szukamy wymówek: „w tych warunkach mam się cieszyć?!”. Łatwo znajdujemy powody do narzekania, gorzknienia, co zatruwa życie nam, naszym bliskim i otoczeniu.

Eldredge pisze, że mężczyzna przygaszony, bierny budzi niepokój wszystkich, którzy mają z nim do czynienia. Taka energia działa przygnębiająco, ponieważ jest wbrew męskiej naturze – aktywnej i twórczej. Kiedy to się zaczyna? Kiedy mężczyzna zostaje odcięty od energii życia? Może się zacząć bardzo wcześnie. Dziecko potrzebuje przyzwolenia na to, by poznawać świat wokół siebie; dotyka, smakuje, aktywnie poszukuje. Dla rodziców to kłopotliwe, bo są zmęczeni, martwią się, żeby sobie nie zrobiło krzywdy. Jeśli dziecko konsekwentnie jest bite po rękach, gdy sięga po przedmioty, uczy się, że nie można tego robić. Bo to boli, jest przykre, a w dodatku zagraża utratą miłości rodziców. Dorosły człowiek pamięta to doświadczenie i mimo że już nikt nie bije go po rękach, pozostaje smutny i przygaszony, rezygnuje z radości płynącej z poznawania. Nawet jeśli dziecko w pierwszych latach życia doświadcza dreszczu emocji, gdy zdarza mu się odkrywać tajemnice świata, w którym żyje, to potem idzie do szkoły. Szkoła narzuca styl poznawania – naukę. To, co wcześniej było pasją, w szkole jest konsekwentnie niszczone, tłumione. Dziecko uczy się, że poznawanie polega na wykonywaniu zadań, są sprawdziany, oceny.

W szkole podstawowej odkryłem, że nie mogę uczyć się tego, co mnie interesuje, a to, czego mam się uczyć, jest strasznie nudne. Zapomniałem o dziecięcych pasjach. Okropna strata. Dopiero po studiach to się zmieniło. Pracowałem jako asystent na uczelni, wykładałem „metodykę pracy umysłowej”. I wtedy trafiłem na kurs „Rusz głową” według metody Tony’ego Buzana. Uczyliśmy się, jak się uczyć, jak zapamiętywać w sposób niekonwencjonalny, angażujący emocje, wyobraźnię, seksualność. Odzyskałem wszystko! Swoje ukryte, zapomniane pasje, dziecięcą otwartość i radość poznawania. Studiując podręcznik, nie muszę być biernym odbiorcą, mogę go współtworzyć, robiąc na przykład zabawne notatki pełne rysunków, symboli.

Zacząłem być świadomy, że nauka jest wspaniałą przygodą, że każda dziedzina życia, także obowiązki – praca, sprzątanie, gotowanie – mogą być wypełnione radością i zabawą. Gdy jestem przeciążony obowiązkami, zdarza mi się o tym zapominać.

My, mężczyźni, jesteśmy bardzo poważni, w pracy mamy zadania, zakres obowiązków, cele, określone procedury. Jednak praca to poważna sprawa, którą można się świetnie bawić. Co robi sześciolatek, gdy znajdzie się w miejscu, gdzie nie ma jego ulubionych zabawek? Wielokrotnie obserwowałem dzieci w poczekalniach u lekarzy, w sklepach, w urzędach, gdy rodzice załatwiają sprawy. Dziecko się nudzi, ale tylko przez chwilę. Natychmiast coś pochłania jego uwagę. Świat dookoła wydaje się taki fascynujący! Obserwowałem chłopca, który jechał z mamą autobusem, wyjrzał przez okno i z błyskiem w oku wykrzyknął: „mamo, patrz, jedzie śmieciarka!”. Mama poczerwieniała, zaczęła uciszać synka, bo przecież śmieciarka to nieładny samochód. Dzieci zauważają rzeczy dla nas niewidoczne. Mają tę świeżość spojrzenia, którą my zatraciliśmy. Odzyskać można ją tylko, będąc zanurzonym w chwili, która właśnie trwa.

Jak odzyskać ogień w brzuchu? Kobiety z trudem znoszą wewnętrzną martwotę mężczyzn. Jedna z nich wyraziła to w ten sposób: „Ja trzy razy oblecę kulę ziemską, a on się nie ruszy!”. Niech się wreszcie ruszy. Trzeba by to potraktować dosłownie. Wstać z kanapy i zacząć się ruszać. Ciało jest tak skonstruowane, że potrzebuje ruchu, ruch jest naszym przeznaczeniem. Brak fizycznego zmęczenia zaczyna powodować atrofię – mięśni, energii, twórczości. To z naszego ciała czerpiemy wszystko, co pozwala otwierać się na pełnię życia. Spróbujmy się martwić, analizować czy robić biznesplan w trakcie dużego wysiłku fizycznego – nie da rady. Mówimy tu o sprawach trywialnych, że ruch, sport to zdrowie, ale okazuje się, że wielu mężczyzn ciągle nie zdaje sobie z tego sprawy.

Kolejny krok to powrót do marzeń. Cokolwiek by to było – podróże, modelarstwo, paralotnia, koncerty – ważne, żeby mężczyzna wrócił do pragnień, przypomniał sobie emocje z nimi związane; powiedział sobie: „właśnie tego chciałem, ale zaniedbałem, teraz spróbuję”. W realizowanych marzeniach jest energia, która ożywia wszystkie sfery życia. Miałem klienta, który przechodził kryzys, był zrezygnowany, wypalony, samotny. Zaczęło się od odkrycia, że jako młody mężczyzna miał dwa marzenia: nauczyć się latać na lotni i poznać język japoński. Ale skąd wziąć na to czas i pieniądze? Odkrywaliśmy, jak przeorganizować życie, aby znalazło się w nim miejsce dla pasji. Podjął konkretne działania, pojawiło się więcej ognia w jego życiu w ogóle, zmienił pracę, ustąpiły objawy psychosomatyczne – silne bóle żołądka.

Trzeci krok to trenowanie się w byciu tu i teraz. Jak spacer to spacer. Na początku mogą pojawiać się nawykowe myśli o problemach, o wizycie w szkole u syna w przyszłym tygodniu, o naprawie samochodu, rozmowie z szefem; cały ten Disneyland w naszej głowie – jak mawia jeden z nauczycieli. Nie trzeba walczyć ze strumieniem myśli, powstrzymywać go na siłę, wystarczy dostrzec: „znowu jest”. Wyszedłem na spacer, dookoła jest przyjemnie, a mnie się przewala w głowie Disneyland, ciekawe. Trenować zauważanie – to już duże osiągnięcie. W głowie przelatują myśli, a my czujemy słońce na twarzy, słyszymy, jak śpiewa ptak, widzimy rozkwitającą gałąź. I dzieci obok. „Moje dzieci! Jesteście!” Chwila obecna, spacer pochłania tak bardzo, że staje się przyjemnością. I zaczynamy tęsknić za takimi doznaniami.

[newsletterbox]