1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Wrażliwość - piękno ukryte głęboko wewnątrz nas

Wrażliwość - piękno ukryte głęboko wewnątrz nas

Wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. (Fot. iStock)
Wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Zmysłowość, pasja, sumienność, wyobraźnia, kreatywność, oryginalność, niezwykła intuicja, bardzo czułe sumienie, silna empatia - czyli po prostu wrażliwość. Co tak naprawdę kryją w sobie osoby wysoko wrażliwe

Świat jest pełen bodźców. Być może niektóre dźwięki, dla innych neutralne, wywołują w tobie silną irytację. Albo światło, neony, krzykliwe reklamy. Zapachy, które wwiercają się w nos, przenikają przez skórę. Wiatr, zimno. Być może męczysz się z powodu palaczy, piskliwego głosu koleżanki, muzyki w lokalu, czy radia w samochodzie. Nie znosisz tłumów, ścisku. Kiedy dopada cię głód, jesteś wyprowadzony z równowagi. A ból? Lepiej nie mówić... Wyczuwasz też wszelkie napięcia w otoczeniu, ciężka atmosfera (na przykład po kłótni, nawet jeśli nie brałeś w niej udziału) może cię całkowicie rozstroić, przytłoczyć. Podobnie jak napastliwość telemarketera czy egzaltacja znajomej zalewającej cię potokiem słów. A przecież są jeszcze bodźce wewnętrzne: myśli, rozliczne analizy i dociekania, fantazje.

Niewykluczone, że usłyszałeś od kogoś, że jesteś nieśmiały, wycofany, zahamowany czy znerwicowany. A ty czułeś się po prostu... niezrozumiany. Być może jesteś wrażliwy. I chcesz o tę wrażliwość zadbać (tym bardziej że inni nie zawsze potrafią ją uszanować). Elaine N. Aron i Ilse Sand – dwie amerykańskie psycholożki, które zgłębiały temat wrażliwości – proszą i ostrzegają: nie pozwól sobie wmówić, że jesteś gorszy. Dysponujesz ogromnym potencjałem. Uwierz w to wreszcie. Tak jak i w to, że jest więcej takich jak ty – osób, które czują mocniej, pełniej. Nie zmienisz tego, jaki jesteś, ale możesz nauczyć się z tym żyć. I czerpać z tego siłę.

Nic vs huragan

„Wrażliwość: dar czy przekleństwo?” – pyta już w tytule swojej książki Ilse Sand (wyd. Laurum). Można powiedzieć, że i jedno, i drugie. Ostatecznie wybór należy do ciebie. Zależy od tego, co z tą cechą zrobisz. Ponieważ w naszej kulturze uważana jest za problematyczną, prawdopodobnie spotkałeś się z próbami „naprawienia” cię – przez rodziców, nauczycieli, a nawet mniej wrażliwych czy kompetentnych terapeutów. Nie umieli dostrzec twoich potrzeb i wyjątkowości.

Psycholog Jerome Kagan z Harvardu twierdzi, że osoby o wysokiej wrażliwości stanowią – ze względu na swoje wyposażenie genetyczne – szczególną odmianę ludzi. Jako pierwszy na przełomie XIX i XX wieku opisał temat Iwan Pawłow. Zauważył, że silna stymulacja prowadzi do punktu przeciążenia zwanego hamowaniem transmarginalnym. Według rosyjskiego uczonego jedną z kluczowych różnic między ludźmi jest szybkość, z jaką osiągają ten punkt. Ci, którzy trafiają tam wcześniej, wyróżniają się odmiennym typem układu nerwowego. Jak podkreśla w książce „Wysoko wrażliwi” (wyd. Feeria) psycholożka Elaine Aron, nie chodzi tu bynajmniej o tworzenie jakiejś elity. Zresztą pycha raczej ci nie grozi, bardziej prawdopodobne jest, że po latach myślenia o sobie jako o kimś nieprzystosowanym masz dość niską samoocenę. I że w ramach kompensacji bardzo wysoko stawiasz sobie poprzeczkę. Chcesz dogonić tych przebojowych, którzy radzą sobie dużo lepiej. Nie widzisz, że w pewnych kwestiach jesteś wiele kroków przed nimi.

Elaine Aron, która jest pionierką badań nad wysoką wrażliwością i szczegółowo opisała tę cechę, wychodzi od dwóch faktów. Po pierwsze, każdy człowiek – niezależnie od stopnia wrażliwości – najlepiej czuje się, gdy nie jest ani zbyt znudzony, ani zbyt pobudzony. Przy niedostatecznym pobudzeniu jesteśmy przytępieni, nieskuteczni. Zbyt silne pobudzenie układu nerwowego prowadzi z kolei do stresu. Potrzeba optymalnego poziomu pobudzenia jest jednym z najlepiej ugruntowanych praw psychologii. Dotyczy wszystkich. Po drugie, ludzie różnią się pod względem poziomu pobudzenia układu nerwowego w określonej sytuacji. Różnice te są normalne i naturalne (w dużej mierze dziedziczne). Odsetek osobników szczególnie czułych na stymulację szacuje się na 15–20 procent.

Holenderscy biolodzy pod kierownictwem Maksa Wolfa badali, jak doszło do ewolucji wrażliwości. Otóż natura nie przypadkiem tak zarządziła – wiąże się to z odmiennymi strategiami przetrwania. Osobnicy o wysokiej wrażliwości w nowych sytuacjach przyjmują bardzo zachowawczą postawę. Zamiast dać się ponieść fali, wolą wycofać się i bez pośpiechu przetworzyć wszystkie dostępne dane. Najpierw jednak trzeba je zgromadzić. A wrażliwcy robią to nieustannie: ich umysł zaprogramowany jest na rejestrowanie i analizę najdrobniejszych niuansów, detali. Ich organizm przypomina niezwykle czuły odbiornik. Wyobrażasz sobie, jakie to obciążenie dla układu nerwowego? Czy można się dziwić, że takie osoby potrzebują czasem się odciąć? Powiedzieć: „Dość! Ani słowa więcej! Nie zniosę tego dłużej!”. Gdyby jeszcze miały odwagę to zrobić... Przecież zwykle w takich sytuacjach słyszą, że przesadzają, są przewrażliwione. I że nic takiego się nie dzieje. Jak mają wytłumaczyć, że to „nic” w ich wnętrzu wygląda jak huragan?

Co za pakiet!

Osoby wrażliwe przez to, że czują głębiej i widzą więcej, potrafią zdemaskować niewygodne prawdy. Z łatwością wyłapują różne błędy i nieprawidłowości. Do tego mają szósty zmysł, głęboki kontakt z duchowością, ze światem snów. Carl Jung twierdził, że wrażliwi ludzie w naturalny sposób podlegają silniejszym wpływom nieświadomości, która przekazuje im informacje „najwyższej wagi”. Nazwał to nawet „proroczym wglądem”.

Elaine Aron zwraca uwagę, że w większości sprawnie funkcjonujących kultur indoeuropejskich rządy opierały się na współdziałaniu dwóch klas: ekspansywnych monarchów oraz równoważących ich poczynania mądrych kapłanów-doradców. Rolę tych drugich pełnią dziś (o ile im się na to pozwoli) osoby wysoko wrażliwe. Aron podkreśla też, że osoby wysoko wrażliwe to idealni pracownicy, potrzebni w każdej firmie. W pracy najbardziej interesuje ich sama praca i jak najlepsze wykonanie zadania. Nie intrygują, nie przepychają się łokciami. Mają bardzo wysokie standardy etyczne i zawodowe. Wyjątkową zdolność do wykonywania zadań wymagających czujności, precyzji i prędkości. Potrafią przyswoić sobie wiele rzeczy niejako mimochodem. Jednak przez to, że trzymają się z boku, nie udzielają się towarzysko i nie krzyczą „ja, ja!”, łatwo można takich ludzi przegapić. Co więcej – ponieważ często jako pierwsi zwracają uwagę na jakąś niezdrową sytuację w pracy – bywają traktowani jako źródło problemu.

A przecież natura pokazuje, że bez wrażliwców nie da się przetrwać. Podobnie jak strażacy, wysoko wrażliwi odbierają głównie fałszywe alarmy. Ale wystarczy, by taka wrażliwość uratowała życie zaledwie raz, a z genetycznego punktu widzenia cecha ta jest opłacalna – pisze Elaine Aron. Można więc powiedzieć, że w przypadkach, gdy wrażliwość prowadzi do nadpobudzenia, jest niezaprzeczalnie kłopotliwa, ale to część pakietu, na który składa się także mnóstwo zalet. Ich lista jest bardzo długa: zmysłowość, pasja, sumienność, wyobraźnia, pomysłowość, kreatywność, zdolność do głębokiej koncentracji (dopóki nie pojawi się czynnik zakłócający), oryginalność, niezwykła intuicja, bardzo czułe sumienie, silna empatia.

Oczywiście, wiele z tych cech może prowadzić do kłopotów. Osoby wrażliwe często nie potrafią stanąć za sobą – dbają o dobre samopoczucie innych, unikają za wszelką cenę konfliktu i... pozwalają się wykorzystywać. Są bardzo samokrytyczne i gotowe brać na siebie odpowiedzialność za cały świat. A kiedy dotrą do punktu przeciążenia i tracą kontakt z własnym wnętrzem, przypominają dzieci we mgle. Może wówczas dojść do głosu ich impulsywność: żeby uwolnić się od sytuacji, w której się duszą, zrywają przyjaźnie, rezygnują z pracy, robią awanturę rodzicom albo rzucają się na jakieś doraźne remedium (alkohol, jedzenie). Przy tym wszystkim jednak wrażliwy układ nerwowy to nieocenione źródło radości, szczęścia i błogości. Elaine Aron i Ilse Sand twierdzą wręcz, że mocniejsze reakcje osób wysoko wrażliwych dotyczą przede wszystkim pozytywnych emocji. Sand pisze o rozkoszy i błogostanie, jakie stają się udziałem wrażliwca, kiedy zanurzy się całym sobą w odbierane wrażenia. To, co stracisz na szerokości, możesz zawsze zyskać na głębokości – podsumowuje.

Chronić czy mobilizować?

Jak już wiesz, wysokiej wrażliwości nie można się pozbyć. I nie warto! Kluczowe jest zrozumienie, czym jest, zaakceptowanie jej i nauczenie się obsługiwania. Jeśli rozpoznajesz się w powyższych opisach, być może już się w tobie coś zmienia... Zaczynasz oswajać swoją odmienność. Elaine Aron sugeruje, by osoby o wysokiej wrażliwości spojrzały na swoje życie przez jej pryzmat. By zreinterpretowały część doświadczeń. Pamiętaj, że wrażliwy system nerwowy łączony jest często z traumą, a nie z dziedziczoną cechą. Jedno nie wyklucza drugiego, działaj więc wielotorowo.

Zdaniem Aron prawdopodobnie najtrudniejszym zadaniem wrażliwca jest ustalenie, w jakim stopniu ma się chronić, a w jakim łagodnie mobilizować. Życie pod kloszem na dłuższą metę nie jest satysfakcjonujące. No i byłaby to niepowetowana strata dla świata. Co jakiś czas wycofuj się jednak, ograniczaj dopływ bodźców. Nie możesz pozwolić sobie na lekceważenie potrzeb organizmu związanych z regeneracją. Ilse Sand nazywa to wręcz czasem wegetacji. Nie chodzi tu o całkowitą bierność – raczej o zajęcie się takimi czynnościami (uprawianie sportu czy ogródka, sprzątanie), które pomogą odpocząć głowie, uporządkować doznania i odzyskać równowagę. Twoim sprzymierzeńcem jest woda – możesz ją pić, patrzeć na nią (staw, rzeka, jezioro, morze!), słuchać jej odgłosów, zanurzać się w niej. Pamiętaj też o możliwościach, jakie daje medytacja i muzyka, pozwalająca kształtować nastrój. Wreszcie o tzw. własnych przystaniach, w których znajdziesz schronienie. Mogą to być osoby, miejsca.

Wysoko wrażliwi mają wyjątkowy talent do nawiązywania głębokich, intensywnych relacji. Wybierając między jakością a ilością, zawsze postawią na tę pierwszą. Nie zmienia to faktu, że powinni dbać o granice: mniej angażować się w pewne sytuacje, nauczyć się asertywności i wybiórczości. Ponieważ często czują się niezrozumiani, szukają w otoczeniu sojusznika. Dzielą się sobą, a potem często żałują. Dlatego zastanów się, czy warto opowiadać o twojej wrażliwości. Jeśli jest to ktoś zaufany – przyjaciel, terapeuta – w porządku. Co do innych – cóż... Może lepiej powiedzieć: „Tego nie lubię”, „Wolę, kiedy...”, „Zależy mi, żeby...”. Nie musisz przekonywać innych o tym, że jesteś normalny. Grunt, że sam już to wiesz.

Co robić, gdy bodźców jest za dużo:

  • Zmień miejsce, wyjdź (choćby do łazienki),
  • Zamknij oczy,
  • Rób sobie częste przerwy (może to mieć zastosowanie również podczas spotkania z przyjaciółką),
  • Pójdź na spacer,
  • Uspokój oddech,
  • Wypij kilka łyków wody,
  • Zmień postawę ciała, by przyjąć bardziej zrelaksowaną i pewną siebie,
  • Poruszaj się!
  • Lekko się uśmiechnij.

Czy jesteś wysoko wrażliwy?

Elaine N. Aron w książce „Wysoko wrażliwi. Jak funkcjonować w świecie, który nas przytłacza” podaje kilka stwierdzeń, które pozwolą ci ustalić, czy ta cecha jest ci bliska. Sprawdź, w jakim stopniu dotyczą cię poniższe stwierdzenia:
  • Wydaje mi się, że docierają do mnie różne subtelne szczegóły otoczenia.
  • Podlegam wpływowi nastrojów innych ludzi.
  • Mam skłonność do dużej wrażliwości na ból.
  • W dni, kiedy dużo się dzieje, miewam potrzebę znalezienia chwili dla siebie, chowając się do łóżka, zaciemnionego pokoju czy gdziekolwiek indziej, gdzie mogę zaznać trochę spokoju i uciec od bodźców.
  • Jestem bardzo czuły na działanie kofeiny.
  • Łatwo przytłaczają mnie takie bodźce jak: ostre światło, silne zapachy, szorstkie tkaniny czy syreny przejeżdżających karetek.
  • Mam bogate, skomplikowane życie wewnętrzne.
  • Głośne dźwięki sprawiają mi dyskomfort.
  • Do głębi porusza mnie sztuka i muzyka.
  • Jestem sumienny.
  • Łatwo mnie przestraszyć.
  • Czuję się roztrzęsiony, gdy mam dużo do zrobienia w krótkim czasie.
  • Gdy ludzie nie czują się komfortowo w miejscu, w którym przebywają, zwykle wiem, jak temu zaradzić (przez zmianę oświetlenia, przestawienie foteli itp.).
  • Irytuje mnie, gdy ludzie wymagają ode mnie zrobienia zbyt wielu rzeczy jednocześnie.
  • Bardzo dbam o to, by unikać pomyłek czy zapominania o czymś.
  • Celowo unikam filmów i programów telewizyjnych pokazujących sceny przemocy.
  • Odczuwam nieprzyjemne pobudzenie, kiedy wokół mnie dużo się dzieje.
  • Głód wywołuje u mnie silną reakcję, tak że tracę koncentrację czy pogarsza się mój nastrój.
  • Zmiany w moim życiu wytrącają mnie z równowagi.
  • Zauważam i cenię sobie delikatne czy wysublimowane zapachy, smaki, dźwięki, dzieła sztuki.
  • Ważne jest dla mnie takie ułożenie sobie życia, by unikać sytuacji denerwujących i rozstrajających.
  • Kiedy podczas wykonywania zadania muszę z kimś rywalizować lub jestem obserwowany, bardzo się denerwuję i radzę sobie o wiele gorzej niż normalnie.
  • Mam wrażenie, że w dzieciństwie rodzice lub nauczyciele postrzegali mnie jako wrażliwego czy nieśmiałego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Prawdziwa przyjaźń pozwala na ujawnienie swojej wrażliwości

Wrażliwość - wspólny mianownik w przyjaźni i test dla relacji (fot. iStock)
Wrażliwość - wspólny mianownik w przyjaźni i test dla relacji (fot. iStock)
Niezależnie od tego, czy jesteś introwertykiem, ekstrawertykiem czy ambiwertykiem, jednym z najważniejszych elementów przyjaźni jest pozwolenie sobie na okazanie wrażliwości. W ciągu ostatnich kilku lat pojęcie wrażliwości zostało szerzej zrozumiane i uznane za istotną część składową rozwijania bliskości emocjonalnej – zaznacza Hope Kelaher, psychoterapeutka, autorka książki „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Terapeuci od lat omawiają tę kwestię w swoich gabinetach, ale pojęcie wrażliwości upowszechniło się dzięki badaczce prac socjalnych Brené Brown. Wyjaśnia ona, że wrażliwość oznacza niepewność, ryzyko i odsłonięcie emocji. Twierdzi również, że wrażliwość „to rdzeń wszystkich emocji i uczuć”. Ma całkowitą rację. Jeśli chcesz zbudować więź z innymi i naprawdę ich poznać, musisz wpuścić ich do swego wewnętrznego kręgu. Mam tu na myśli nie tylko ścisłe grono przyjaciół, ale rdzeń twojego wewnętrznego ja, twoje serce i duszę. Brzmi to jak frazes, ale jednocześnie przeraża większość z nas. Zostaliśmy uwarunkowani tak, by chronić serce i duszę przed odrzuceniem, i nie jesteśmy otwarci na wrażliwość.

Aby pomóc lepiej zrozumieć pojęcie wrażliwości i jej potrzebę w każdej relacji, chętnie posługuję się metaforą rycerza ubranego w stalową zbroję. Jego głowę osłania stalowy hełm, wyposażony jedynie w wąską szparę na oczy i nos, a jego nogi i ręce są chronione przez stalowe rękawice i buty, tarczę i miecz. Zbroja ma chronić go przed wszelkimi ciosami z zewnątrz. Przebicie jej może zakończyć się śmiercią rycerza. My często zakładamy metaforyczną zbroję w chwilach, kiedy mamy okazać słabość lub wrażliwość. Na przykład w pewnej częstej wymianie zdań odpowiedź na pytanie „Jak się masz?” brzmi zwykle „Dobrze” lub „W porządku”. W gruncie rzeczy prawda może być bardziej złożona i emocjonalna. Przyswoiliśmy sobie jednak, że okazywanie wrażliwości lub naszego prawdziwego ja wiąże się z ryzykiem, a co więcej, zniechęca innych.

Okazywanie wrażliwości to delikatna kwestia. Prowadząc terapię relacyjną, przekonałam się, że ujawnianie od razu naszego prawdziwego, wrażliwego, czującego ja jest wbrew ludzkiej naturze. Nic dziwnego – wiąże się z ryzykiem odrzucenia, wstydu i porzucenia, jeśli to, czym usiłujemy się podzielić, nie zostanie dobrze przyjęte przez osoby, na których nam zależy. Aby się chronić, zaczynamy grać w grę myślową: „Okażę przy tobie wrażliwość, tylko jeżeli ty najpierw okażesz ją przy mnie”. Okazanie wrażliwości jako pierwszy wymaga odwagi. Moim zdaniem dlatego właśnie wiele potencjalnych relacji, zarówno romantycznych, jak i platonicznych, rozpada się już na starcie.

Sama niedawno znalazłam się w sytuacji, kiedy ktoś zdobył się na odwagę, by zrobić pierwszy krok. Poznałam tę osobę przelotnie prawie pięć lat temu i, jak przystało na millenialsa, zaprosiłam ją do znajomych na Facebooku. Po pięciu latach klikania „Lubię to” pod jej zdjęciami ta osoba, która wiele podróżuje po kraju, skontaktowała się ze mną i odważnie przyznała, że chciałaby mnie lepiej poznać i przekonać się, jak wyglądałaby nasza przyjaźń. Byłam zaskoczona – nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Jak mogłabym odrzucić taki gest? Musiałam przyjąć kogoś, kto jako pierwszy okazał wrażliwość!

Przekonałeś się, jak wielką wagę ma wrażliwość w rozwijaniu więzi międzyludzkich. Czy jesteś gotów rzucić samemu sobie wyzwanie, by częściej ją okazywać? (…) Być może potrzeba ci więcej czasu na autorefleksję.

Gorąco polecam wszystkie wykłady TED Talks, wygłoszone przez Brené Brown i jej książkę o wrażliwości i kondycji ludzkiej Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami i jak przewodzimy.

Wskazówka: kluczowe elementy wrażliwości

Prowadząc terapię relacyjną, odkryłam, że najbardziej udane są relacje, zarówno platoniczne, jak i romantyczne, w których pielęgnuje się intymność emocjonalną. Podstawowe osobiste przekonania niezbędne do okazywania wrażliwości to:

  • Poczucie własnej wartości: Jeśli wierzysz, że jesteś godny miłości i więzi z innymi, pozwolisz sobie na okazywanie wrażliwości.
  • Serce: Jeśli naprawdę czegoś pragniesz, sięgnij po to. Pozwól swemu sercu dawać i otrzymywać miłość.
  • Odwaga: Bez odwagi nie skorzystasz z możliwości, jakie otwierają przed tobą miłość i więzi.
  • Dążenie do rozwoju: Przestań patrzeć na wszystko z jednej perspektywy. Zastanów się, co mogłoby się stać, gdybyś wykazał większą otwartość.
  • Gotowość do odczuwania dyskomfortu: To ona umożliwia rozwój. Okazywanie wrażliwości może wiązać się z niewiedzą lub niezdolnością do zmiany bądź naprawienia czegoś, sprzecznymi z naturą większości ludzi. Jednak jeśli wytrwasz, może czekać cię przyjemne zaskoczenie!

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”. Książka przeznaczona jest przede wszystkim dla osób, które pragną budować szczere i bliskie relacje z ludźmi. Wyposażona w wiele ćwiczeń pomoże poznać i pożegnać rozmaite blokady, stojące na drodze do życia pełnego prawdziwych przyjaciół.

  1. Styl Życia

W czym pomaga nam medytacja? Co zmienia?

Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów... (fot. iStock)
Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów... (fot. iStock)
Dzięki niej nie staniesz się wyższy ani przystojniejszy – twierdzi dziennikarz Dan Harris. I jak zaznacza autorka tego tekstu - ta ścieżka bywa wyboista. A jednak – przekonują – medytacja to potężne narzędzie, które pozwala być spokojniejszym, szczęśliwszym i bardziej odpornym na kryzysy.

W wieku 28 lat narodziłam się na nowo. Choć brzmi to pompatycznie i mało wiarygodnie, dokładnie tak czuję. Właściwie nie było to jedno, spektakularne wydarzenie, tylko ciąg wielu małych następujących po sobie „przebudzeń”. „Słyszałaś o technikach oddechowych i medytacji? Odmieniły moje życie! Pomogły mi spojrzeć na wszystko z dystansu” – mówiła w trakcie wywiadu pewna młoda aktorka. Zabrzmiała na tyle wiarygodnie, że choć niepewnie i trochę wbrew sobie, postanowiłam pójść na warsztat medytacji, a później napisać o nim tekst. Nie wszystko w jego trakcie mnie przekonało, umysł opierał się i podpowiadał ucieczkę. Z trudem wytrzymałam 6 dni bez alkoholu i papierosów, które na tamtym etapie były stałym elementem mojego życia – ale udało się. Na kilka chwil – nie wiem, czy długich, czy całkowicie krótkich – udało mi się wyciszyć wszystkie głosy w głowie. Dotknęłam czegoś nienamacalnego, ulotnego i trudnego do opisania. Poczułam szczęście płynące z samego środka, niezwiązane z żadną konkretną rzeczą czy osobą, nienarwane, wypełniające radością i spokojem. Coś się we mnie zmieniło. Kilka miesięcy później wyjechałam do Indii.

Sztuka nicnierobienia

Medytacja to sztuka nicnierobienia” – usłyszałam w aśramie Fundacji Art of Living w Indiach. To do dziś najbardziej precyzyjna definicja, z jaką się spotkałam. Nierobienie niczego w pierwszych dniach pobytu było tak przytłaczające, że miałam ochotę krzyczeć i uciekać. Dni wypełniały długie medytacje i cisza, znów medytacje i znów cisza. Tylko że w owej ciszy dużo głośniej słyszałam wszystko, co wcześniej zagłuszałam alkoholem, narkotykami i burzliwymi relacjami. Nagle bez tych zagłuszaczy wypierane emocje wylały się na moją „wyciszoną głowę” niczym wiadro pomyj. Kiedy miałam wrażenie, że mnie zaleją, medytacja pomogła mi nabrać dystansu. Spojrzeć na lęki, stres i frustracje z zupełnie innej perspektywy, skonfrontować się z nimi i dotrzeć do samego środka.

Yogi Bhajan, twórca jogi kundalini, powiedział, że medytacja jest jak sprzątanie domu. Robiłam więc gruntowne porządki. Na początku wcale nie lubiłam medytować. Zamykałam oczy i z wyjątkiem kilku magicznych momentów nie byłam w stanie uwolnić głowy z myśli. Szybko zobaczyłam, że im mocniej z nimi walczę, im bardziej chcę się ich pozbyć, tym silniej wracają. „Pozwól im płynąć jak chmurom przepływającym po niebie” – mówił głos prowadzącego. Denerwował mnie, chciałam go zagłuszyć. W końcu posłuchałam i wtedy z każdym kolejnym wdechem i wydechem odczuwałam coraz mniej złości, a umysł produkował o wiele mniej myśli. Po 3 tygodniach wróciłam do Polski. Miałam wrażenie, że unoszę się nad powierzchnią. Choć szybko wróciłam na ziemię, wydarzył się kolejny mały wielki cud. Po latach zmagań wygrałam z nałogiem. Gdzieś między kolejnymi medytacjami, asanami i oddechami przestałam mieć ochotę się niszczyć.

Szczęśliwsza o…

Zasadniczo jestem pogodnym facetem. Zdarzają się jednak chwile, kiedy moja wewnętrzna rzeczywistość jest trochę bardziej skomplikowana. W książce przywołuję przede wszystkim takie właśnie trudne sytuacje. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy pozwoliłem, aby głos w mojej głowie się rozszalał…” – zatrzymałam się na wstępie książki „Szczęśliwszy o 10%” Dana Harrisa (wyd. Samo Sedno). Poczułam, że autor i ja mamy – a właściwie mieliśmy – ze sobą wiele wspólnego. Oboje poznaliśmy, na czym polega perfekcjonizm, balansowanie na skrajnościach, niechęć do nudy, zamiłowanie do pisania, do rywalizacji i w końcu do narkotyków (w szczególności do euforycznej kokainy). To dzięki niej – tak jak Dan – przeżyłam kilka najszczęśliwszych i jednocześnie najbardziej upodlających momentów w życiu. Tak jak Dan doświadczałam następnie powolnego spadania, zamartwiania się, poczucia winy, okresowych stanów depresji, a nawet ataków paniki. Też przez wiele lat zmagałam się z „rozszalałym głosem w głowie”. Podobnie jak on w krytycznym momencie życia trafiłam na medytację. Czy dzięki niej jestem szczęśliwsza o tytułowe 10%? Nie wiem. Wiem natomiast, że zdecydowanie rzadziej miewam napady depresji. Z drugiej strony praktycznie już nie odczuwam euforii. Kiedyś tęskniłabym za tym intensywnym, roztrzęsionym stanem – dziś preferuję nudę i bezmyślność. Rzadziej się złoszczę. Choć nie! Złoszczę się nadal, ale łatwiej jest mi złości nie ulegać, nie stawać się nią. A gdy jednak tak się zdarzy, nie zanurzam się już na całe godziny, a nawet dni w poczuciu winy.

Jestem pewniejsza siebie, a mniej zadufana w sobie. Łatwiej się koncentruję. Praktycznie przestałam korzystać z kalendarza. Mniej pracuję, ale jestem bardziej wydajna. Nauczyłam się działać intuicyjnie. Siadam nad białą kartką papieru, zamykam oczy, przenoszę uwagę do wewnątrz. Głowa opada mi swobodnie, opróżnia się z myśli. Wówczas pojawiają się najlepsze pomysły, czasem mam wrażenie, że przychodzą znikąd. Przenoszenie uwagi na oddech nauczyło mnie pokory. Trudniej jest mi teraz rywalizować i manipulować. Szczególnie ciężko przychodzi mi okłamywanie samej siebie i najbliższych. Czy moje życie dzięki medytacji stało się usłane różami? Tak, ale róże mają też kolce. Jednym z bardziej doskwierających jest pustka. Pojawia się, gdy nagle dostrzegasz, że nie potrzebujesz osiągać sukcesów, bo nie podkręcają już twojego poczucia wartości, a spełnianie pozornie nieosiągalnych marzeń i wspinanie się na kolejne trudne do zdobycia szczyty nie daje ci tyle frajdy co kiedyś. Ale – jak mawiają oświeceni mistrzowie – z jednej strony szczytu czai się smutek; po drugiej czeka pełnia. Ty siedzisz na płocie.

Najlepsza amortyzacja

Historia moja i historia Dana Harrisa są jednymi z wielu podobnych do siebie. Każdy z nas w pogoni za szczęściem i fasadowym poczuciem wartości sięgnął swojego dna. I właśnie tam poczuliśmy, że wszechświat wyciąga do nas rękę. Złapaliśmy się jej i z nadgorliwością neofity pragnęliśmy uratować cały świat, w efekcie znów za bardzo się nakręcając. W końcu zrozumieliśmy, że liczy się jedynie droga, która prowadzi do równowagi. Bywa wyboista, ale medytacja to najlepsza amortyzacja. „Oczywiście nie jest ona żadnym cudownym lekarstwem. Dzięki niej nie staniesz się wyższy ani przystojniejszy. Nie rozwiążesz też wszystkich twoich problemów. Odrzuć książki specjalistów od duchowości, którzy obiecują natychmiastowe oświecenie. Z mojego doświadczenia wynika, że dzięki medytacji człowiek staje się szczęśliwszy o 10%. Ta liczba nie jest oczywiście wynikiem jakichś skomplikowanych badań naukowych. Ale musisz przyznać, że to całkiem niezły zwrot z inwestycji” – pisze Harris.

Korzyści z medytacji – udowodnione naukowo

Badania nad skutecznością medytacji prowadzone są od lat 50. XX wieku. Czego dowodzą?
  1. W trakcie medytacji nasz mózg przełącza się na fale alfa (niskie) i fale theta (wysokie). Te pierwsze związane są z byciem „tu i teraz”, kreatywnością, odpoczynkiem i pełnym dostępem do obu półkul mózgu. Z kolei fale theta połączone są ze stanem głębokiej medytacji. Zwiększanie fal theta w trakcie medytacji pobudza intuicję, wpływa na poprawę kreatywności, wspomaganie procesów uczenia się i łagodzi stres. Dlatego osoby regularnie praktykujące medytację są zrelaksowane, ale jednocześnie dużo bardziej uważne.
  2. Jak twierdzi Karolina Zarychta, psycholożka zdrowia i psychoterapeutka z Centrum Badań Stosowanych nad Zachowaniami Zdrowotnymi i Zdrowiem w USWPS we Wrocławiu, medytacja jest skuteczna w obniżaniu poziomu stresu, lęku, poprawianiu nastroju oraz w leczeniu wielu zaburzeń, np. depresji, zaburzeń lękowych, zaburzeń odżywiania.
  3. Hinduscy badacze, Wanpen Turakitwanakan, Chantana Mekseepralard oraz Panaree Busarakumtragul, udowodnili, że medytacja skutecznie obniża poziom kortyzolu i zmniejsza ryzyko wystąpienia chorób będących skutkiem chronicznego stresu (zaburzenia psychiczne, wrzody żołądka i migreny). Według ekspertów powinna być stosowana jako uzupełnienie konwencjonalnej terapii.
  4. Odpowiednio dobrane techniki oddechowe i medytacja pomagają obniżyć ciśnienie krwi. Tym samym zmniejszają ryzyko wystąpienia chorób układu krążenia i są zalecane przez kardiologów.
  5. Badania neuroobrazowania pokazują, że osoby od lat medytujące mają więcej substancji szarej w hipokampie. Ta część tzw. układu limbicznego jest związana z pamięcią oraz reakcjami emocjonalnymi. Co ciekawe, zmiany można zobaczyć również w korze czołowej. U osób, które medytują, odnotowuje się zwiększenie gęstości neuronów w tym obszarze. Dodatkowo medytacja zmniejsza zagęszczenie komórek nerwowych w prawej części ciała migdałowatego. Dzięki temu łatwiej radzimy sobie z gniewem, strachem i smutkiem.

Karolina Szaciłło: dziennikarka, współautorka książek z dziedziny dietetyki. Z mężem Maciejem prowadzi warsztaty i bloga www.medytujemy.pl, łącząc medytację ze zdrowym odżywianiem.

  1. Psychologia

Co rozgrywa się w mózgu osoby wysoko wrażliwej?

Badania przeprowadzone przez dr Elaine Aron wskazują na pewne istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu osób z wysoką wrażliwością w porównaniu z innymi. (Fot. iStock)
Badania przeprowadzone przez dr Elaine Aron wskazują na pewne istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu osób z wysoką wrażliwością w porównaniu z innymi. (Fot. iStock)
Czujesz się przytłoczona własnymi emocjami? Bardzo łatwo cię zranić? Czasami chciałabyś po prostu schować się przed całym światem? To oznaki wysokiej wrażliwości. I choć nie jest to choroba, lecz cecha osobowości, wyróżniają ją istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu.

Fragment pochodzi z książki Katarzyny Kucewicz "Kobiety, które czują za bardzo", Wydawnictwo Rebis. 

Wszystkie narządy wewnętrzne osób wysoko wrażliwych działają sprawnie, jeśli nie toczy ich inna, niezwiązana z naszym zagadnieniem choroba. Badania przeprowadzone przez dr Elaine Aron wskazują jednak na pewne istotne różnice w funkcjonowaniu mózgu osób z wysoką wrażliwością w porównaniu z innymi. Dr Aron, jako pionierka pracy naukowej nad wysoką wrażliwością, wiedziała, że aby jej teoria została potraktowana poważnie, musi opierać się na istotnych badaniach klinicznych. Same obserwacje i wywiady z osobami czującymi podobnie nie wystarczyłyby do tego, aby stworzyć tak potężną teorię. Dlatego dr Aron wraz z mężem podjęła się zbadania aktywności mózgu z użyciem funkcjonalnego obrazowania metodą rezonansu magnetycznego (fMRI). Małżeństwo chciało przyjrzeć się dokładnie, w jaki sposób ośrodkowy układ nerwowy reaguje na docierające do niego bodźce z zewnątrz. Eksperymenty badaczy udowodniły, że 15–20 procent populacji reaguje z dużo większą wrażliwością niż przeciętna. Tak wyglądał początek odkrywania tej cechy osobowości człowieka. Do dziś przeprowadzane są liczne analizy sprawdzające wysoką wrażliwość w odniesieniu do innych cech. Naukowcy z całego świata publikują swoje wyniki na stronie www.hsperson.com.

Zbierając je w całość, wysnuwają dziś cztery główne wnioski dotyczące specyfiki funkcjonowania układu nerwowego osób wysoko wrażliwych. Oto one:

Mózg osoby wysoko wrażliwej w odmienny sposób reaguje na dopaminę

Dopamina jest neuroprzekaźnikiem uwalnianym z zakończeń nerwowych układu współczulnego i rdzenia nadnerczy. Znajdziemy ją w obwodowym i ośrodkowym układzie nerwowym. W istotny sposób wpływa na psychikę – przede wszystkim zwiększa motywację do działania i powoduje, że człowiek ma więcej energii i chęci do życia, do tworzenia. Dopamina najpierw popycha nas do działania, a następnie odpowiada za błogie poczucie zwycięstwa. Reguluje motywację do poszukiwania zewnętrznych bodźców wzmacniających. „Z punktu widzenia dopaminy posiadanie nie jest interesujące. Liczy się tylko zdobywanie. Jeśli mieszkasz pod mostem, dopamina sprawi, że zapragniesz namiotu. Jeżeli masz już namiot, zażąda od ciebie domu. Gdybyś zamieszkał w najdroższej rezydencji na Ziemi, wzbudziłaby pragnienie zamku na Księżycu. Dopamina nie zna miary dobrego i nie wie, co to linia mety” – wyjaśniają Daniel Z. Lieberman i Michael E. Long, autorzy książki "Mózg chce więcej. Dopamina. Naturalny dopalacz".

Dowiedziono, że osoby wysoko wrażliwe są mniej łase na nagrody zewnętrzne niż osoby o umiarkowanym poziomie wrażliwości. Oznacza to, że wizja nagrody nie jest dla nich na tyle kusząca, by uporczywie za nią podążały. Bardziej w ich stylu jest uważne przetwarzanie informacji, przyglądanie się różnym zjawiskom w powolnym skupieniu. Przez to zwykle bywają dokładniejsze i bardziej sumienne, nie mają tak silnej potrzeby rywalizacji, nie są nigdy ślepo nastawione na wygraną. Co to oznacza w praktyce? Wyobraźmy sobie dwie siostry (Wiolę – wysoko wrażliwą i Natalkę – nisko wrażliwą), które starają się o udział w olimpiadzie matematycznej i w ramach przygotowań z zapałem rozwiązują kolejne zadania. Dziewczynka wysoko wrażliwa, choć równie pilnie przykłada się do zadań, nie jest tak podekscytowana wizją prestiżu olimpijskiego jak jej nisko wrażliwa siostra, która fantazjuje o podium i wyobraża sobie wygraną, co ją bardzo pobudza. Silne pobudzenie nie zawsze dobrze działa na koncentrację i uważność potrzebne do prawidłowego przetwarzania informacji. Dlatego w efekcie niewykluczony byłby scenariusz, że to ta pierwsza poradziłaby sobie z zadaniami lepiej, gdyż sytuacja nie byłaby dla niej wysoce stymulująca, więc mogłaby się lepiej skupić niż siostra. Ale nie jest to takie proste – bo gdyby zadania były rozwiązywane w dużej sali, hałaśliwej, z setką nastolatków, to otoczenie działałoby na Wiolę – wysoko wrażliwą – przytłaczająco i dekoncentrująco.

Nadmiar wrażeń i pobudzenia są dla osób wysoko wrażliwych niezwykle energochłonne i mogą bardzo wytrącać z rytmu. Osoba wrażliwa, żeby pracować wydajnie, musi mieć zapewnioną przestrzeń odbodźcowaną. Dlatego sporo wrażliwych osób ceni sobie pracę zdalną, pracę w małych firmach, gdzie nie ma wielu osób dookoła. Co prawda jeśli wykonują zawód, którego nie da się uprawiać w pojedynkę, i tak z reguły radzą sobie z zadaniami, ale koszt, jaki ponoszą, jest bardzo duży.

Warto, żeby wybrzmiała tu kluczowa uwaga: przestymulowanie, jakiego bardzo często doświadczają osoby o wysokiej wrażliwości, jest utrudnieniem, ale nie uniemożliwia wykonywania różnych zawodów. Popularna piosenkarka rockowa Alanis Morissette, osoba z pierwszych stron gazet, stymulowana zewsząd, jest jedną z najbardziej znanych na świecie wysoko wrażliwych kobiet. Jej kariera w niczym nie odbiega od kariery ekstrawertycznych gwiazd popkultury. Ale ze względu na swoją cechę płaci ona wyższą cenę za tę nadmierną dla jej ośrodkowego układu nerwowego stymulację i potrzebuje statystycznie więcej czasu, żeby się zregenerować.

Neurony lustrzane osób wysoko wrażliwych są bardziej aktywne

Neurony lustrzane to skupiska komórek nerwowych w mózgu. Uaktywniają się albo podczas obserwowania czynności wykonywanej przez inne osoby, albo w trakcie wykonywania danej czynności. Dzięki nim jesteśmy w stanie rejestrować sposób, w jaki ktoś się zachowuje, a następnie naśladować jego reakcje. To one odpowiadają za nasz poziom empatii. Są „lustrzane”, bo pozwalają nam jak w lustrze odzwierciedlać czyjeś nastroje. Czyli gdy widzimy, jak ktoś płacze – smutniejemy, uśmiechamy się zaś szeroko, gdy z innych tryska radość. Neuronom lustrzanym zawdzięczamy umiejętność współodczuwania z innymi i stawiania się w czyimś położeniu. Dzięki nim większość z nas potrafi wykrzesać z siebie współczucie wobec cierpienia drugiej osoby, nawet jeśli jej krzywda jest dla nas niedotkliwa. Im większa aktywność neuronów lustrzanych, z tym bardziej empatycznym człowiekiem mamy do czynienia.

Badania wskazują, że neurony lustrzane odgrywają niebagatelną rolę w funkcjonowaniu ludzi wysoko wrażliwych. U nich te neurony są dużo bardziej aktywne niż u przeciętnego Jana Nowaka, który co prawda posiada tyle samo neuronów lustrzanych, ale nie aż tak aktywnych. To dobra i zła wiadomość dla osób wysoko wrażliwych. Dobra, bo odznaczają się uważnością na krzywdę i cierpienie drugiego człowieka. Zwykle bardzo przeżywają tragedie i są wyczulone, kiedy komuś dzieje się krzywda. Zła wiadomość jest taka, że wysoko wrażliwi często są głęboko wstrząśnięci tragediami, które spotykają obcych im ludzi. Bywają poruszeni do tego stopnia, że trudno im wrócić do równowagi. Badania z użyciem funkcjonalnego rezonansu magnetycznego przeprowadzone w 2014 roku przez dr Biancę Acevedo z University of California wykazały, że osoby wysoko wrażliwe mają wyższy poziom aktywności neuronów lustrzanych, nie tylko wobec osób znajomych, ale także obcych, kompletnie sobie nieznanych.

Życie z tak wysoką empatią może być naprawdę uciążliwe. Oglądanie filmów czy słuchanie historii o cierpieniu innych może być wręcz nieznośne dla osoby z wysoką wrażliwością. Tola, 31-letnia właścicielka marki odzieżowej, opowiada: „Nie mogę patrzeć na porzucane lub maltretowane zwierzęta. Ilekroć w serwisach społecznościowych ktoś wrzuca posty o zbiórkach, dostaję dreszczy i mam łzy w oczach. To mnie rozbija na długie godziny. Przestałam obserwować w internecie takie strony. Od lat co miesiąc przelewam określoną sumę na dwie fundacje, ale nie chcę patrzeć na to, co publikują, bo jest to dla mnie uderzenie, po którym nie mogę się pozbierać. Wstyd mi o tym mówić, ale to silniejsze ode mnie. Tak bardzo im współczuję. Z wielką przyjemnością dzielę się tym, co mam, bardzo, bardzo chcę pomagać. Ale bezpośredni widok cierpienia zwierząt jest dla mnie tak trudny, że jeśli mogę, to odwracam wzrok”.

Osoby wysoko wrażliwe naprawdę czują intensywniej

Mózg jest najciekawszym narządem w ciele człowieka, to pewne. Ale która część mózgu od lat najbardziej frapuje badaczy? Zdecydowanie kora przedczołowa, bo to ona głównie odpowiada za nasze procesy psychiczne. Jak sama nazwa wskazuje, jest umiejscowiona z przodu, najbliżej naszej twarzy. Zawiaduje procesami poznawczymi i emocjonalnymi, które zachodzą w naszym mózgu. Jedną ze składowych kory przedczołowej jest część zwana korą brzuszno-przyśrodkową, odpowiedzialna za percepcję, ekspresję naszych emocji oraz przetwarzanie danych sensorycznych. Osoby wrażliwe mają tendencję do odczuwania „bardziej” właśnie na poziomie kory brzuszno-przyśrodkowej. To dzięki niej intensywnie przeżywają ekscytujące sytuacje społeczne, nawet te umiarkowanie ekscytujące.

Dlaczego ta część kory działa u niektórych ludzi inaczej? Chodzi o geny. A zwłaszcza jeden – wpływający na przetwarzanie danych u osób wysoko wrażliwych.

Powróćmy do Wioli i Natalki, które przygotowywały się do olimpiady matematycznej. Wysoko wrażliwa Wiola mogłaby mieć kłopot z hałasem w sali gimnastycznej, w której odbywałaby się olimpiada, właśnie dlatego, że gwar, harmider, nadmiar bodźców działałby na nią rozpraszająco. Dużo bardziej komfortowo czułaby się w małym pomieszczeniu z niewielką ilością bodźców. Nadmiar bodźców jest dla osoby wrażliwej przytłaczający, podobnie jak sytuacje silnie angażujące emocjonalnie. Wiola, stojąc przed salą gimnastyczną i słuchając głosów innych ludzi przeżywających olimpiadę i stresujących się nią, mogłaby doznać wielu bardzo silnych uczuć, tak jakby kontenerowała emocje wszystkich dookoła. Mogłoby ją to rozproszyć właśnie dlatego, że wysoko wrażliwi reagują silnie nawet na subtelne sygnały emocjonalne wysyłane przez innych.

Osoby o wyjątkowej wrażliwości czują bardziej wnikliwie

Naukowcy badający wysoką wrażliwość twierdzą, że wrażliwy mózg jest idealnie dostrojony, by wyłapywać i interpretować subtelności w zachowaniach innych ludzi. OWW są w tym znacznie lepsze niż większość ludzi o przeciętnej wrażliwości. Z czego to wynika? Ze wzmożonej aktywności konkretnych obszarów mózgu (wyspy, zakrętu obręczy), które „zapalają się” podczas sytuacji społecznych. Wyczuwanie subtelności to czułość na mikrogesty, czyli na to, jakie ktoś dobiera słowa, w jakim tempie do nas mówi, jak reaguje, kiedy my mówimy do niego. Pozwala prędko się zorientować, czy osoba, z którą rozmawiasz, jest uczciwa czy może kłamie. Czy dokonuje autoprezentacji, czy też jej intencje są szczere. Często w nieznaczących z pozoru gestach osoba wysoko wrażliwa dostrzega sedno czyjegoś problemu i może szybciej zauważyć to, co inni dostrzegają dopiero po dłuższym przyjrzeniu się danej osobie. Potrafi też celnie spuentować czyjś problem właśnie dlatego, że wyłapuje te subtelne niuanse.

Katarzyna Kucewicz, 'Kobiety, które czują za bardzo', Wydawnictwo Rebis. Katarzyna Kucewicz, "Kobiety, które czują za bardzo", Wydawnictwo Rebis.

  1. Psychologia

Moje dziecko jest nieśmiałe

Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Boisz się, że zawsze będzie miało pod górkę? A przecież może radzić sobie lepiej niż przebojowy rówieśnik… Rada – wzmacniaj w nim poczucie własnej wartości. 

Z dziećmi nieśmiałymi jest tak samo jak trzydzieści lat temu z leworęcznymi – z jakichś powodów wszyscy koniecznie chcą im pomóc się zmienić. Bo nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej.

Plusy bycia nieśmiałym

Jest ich bardzo wiele. W porównaniu z wygadanymi, otwartymi i asertywnymi – nieśmiali:
  • Są mniej narażeni na agresję ze strony innych osób, bo rzadziej wchodzą w interakcje w miejscach publicznych, takich jak ulica, bar, sklep, pociąg, dyskoteka.
  •  Rzadziej stają się obiektem plotek, bo zachowują się bardziej powściągliwie i nie ściągają na siebie powszechnej uwagi.
  • Mają bogate życie wewnętrzne – wspaniałą wyobraźnię, są oczytani, mają najróżniejsze, ćwiczone latami umiejętności. Ponieważ ich życie towarzyskie nie jest zbyt bogate, mają więcej czasu dla siebie.
  •  Są bardziej wrażliwi w kontaktach międzyludzkich, rzadziej ranią innych, popełniają mniej faux pas.
  • Potrafią słuchać, mają wielkie zdolności wspierające i są cenieni jako oddani przyjaciele.
  • Przeżywają mniej życiowych frustracji i rozczarowań, bo zwykle nie marzą o wielkich sukcesach, z tego samego powodu doświadczają też mniej zawiści.
  • Są znakomitymi fachowcami w swej dziedzinie, ponieważ nie rozpraszają ich bodźce ze świata zewnętrznego.
  • Mają zwykle taryfę ulgową – wywołują u innych odczucia opiekuńcze. Wzrasta także tolerancja na ich dziwaczne zachowania.
Dlatego warto nabrać przekonania, że światu potrzebni są zarówno ci przebojowi, jak i ci spokojni. Nie możemy przecież wszyscy być jednakowi. Co nie znaczy, że nieśmiałe dziecko trzeba pozostawić samemu sobie. Wprost przeciwnie, możesz mu pomóc w stawianiu czoła światu, podbudowując i ucząc nowych umiejętności. Najpierw jednak musisz zrozumieć, na czym polega natura nieśmiałka.

Od buntownika do pracusia

Młodzi nieśmiali bardzo różnią się między sobą. Swoje problemy i lęki maskują w rozmaity sposób, najchętniej przyjmując określone społeczne role:

Buntownika – to dość popularna maska, pod którą nastolatkowie skrywają swoją nieśmiałość. Agresywna postawa, nadmierny tupet...– to wszystko ma na celu pokazanie, jak bardzo nie przejmują się tym, co inni o nich pomyślą i jak ich ocenią. W ten sposób zaprzeczają temu, czego w sobie nie akceptują.

Konformisty – nieśmiałość szczególnie ciąży w grupie rówieśniczej, gdzie wszyscy bez ustanku poddawani są ocenie i porównaniom. Młody człowiek chętnie przyłącza się do najróżniejszych grup, band, zespołów – żeby mieć w swoim otoczeniu ludzi oswojonych i takich, którzy za niego realizują kontakty ze światem zewnętrznym. Postawa: „wystarczy, że nie będę się wychylał, a mnie zaakceptują” to wielka pokusa wszystkich nieśmiałych nastolatków.

Nieobecnego – ucieka ze szkoły, czasem już z przedszkola, opuszcza zajęcia zwłaszcza wtedy, gdy wiadomo, że będzie zastępstwo lub pojawi się ktoś nieznany. Bardzo szybko uczy się omijać wszelkie sytuacje, w których jest narażony na kontakt z rówieśnikami lub gdzie może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Nieśmiali często uciekają w chorobę i wymuszają indywidualny tok nauczania.

Pracusia – zaangażowanie się w naukę to wspaniałe alibi dla nieśmiałków. Tym bardziej, że jest poparte wielkim uznaniem społecznym. Rodzice są dumni z takiego dziecka, ale wyalienowanie społeczne nieśmiałego rośnie. To bardzo powszechne zjawisko, zwłaszcza u nastolatków.

Uwaga – narcyzm!

Niezależnie od maski, pod jaką twoje dziecko zdecydowało się ukrywać nieśmiałość, jego największym cierpieniem jest narcyzm. To cecha absolutnie typowa dla każdego dziecka i nastolatka. Tyle że u tych nieśmiałych przyjmuje niewyobrażalne rozmiary. Poczucie, że oczy całego świata są zwrócone na mnie, że wszyscy skupiają się tylko na tym, co robię – owocuje, zwłaszcza u nastolatka, panicznym strachem, żeby tylko nie stać się ofiarą negatywnej oceny. Na dodatek ma świadomość, że jej przyczyną może być nieśmiałość, którą wyolbrzymia do granic rozsądku. Z wiekiem czuje się coraz bardziej napiętnowany tą „złą cechą”, rejestruje każdy śmiech w swoim otoczeniu i zastanawia się, czy to aby nie z niego się śmieją. Nieśmiali nie mają łatwego życia

Ale przyroda nie bez przyczyny preferuje maksymalną różnorodność. Wyobraźmy sobie, że wszyscy jesteśmy asertywni, pewni siebie, otwarci i odważni. Co by to było? Nieśmiali są równie potrzebni jak ludzie przebojowi, ale czasem warto im nieco ulżyć w tej niedoli.

Tylko delikatnie

Zanim skupisz się na pomocy, upewnij się, czy twoje dziecko na pewno jest nieśmiałe, czy wycofanie nie jest może jego wyborem. Niektóre dzieci lubią być same, nie potrzebują licznego grona kolegów i wcale nie marzą o codziennym przebywaniu na podwórku. Podjęcie działań wspierających ma sens tylko wtedy, kiedy dziecko cierpi, chce się zmienić, bo nienawidzi nieśmiałości w sobie.

Wspomaganie nieśmiałego dziecka:

  • Staraj się przyjaźnić z rodzicami, którzy mają dzieci w jego wieku. Zgadzaj się na wspólne wyjazdy, noclegi i zabawy.
  • Inicjuj zabawy symboliczne, czyli zabawy w coś (sklep, stacja benzynowa, lekarz, szkoła). To da dziecku możliwość przećwiczenia różnych stylów zachowania.
  • Staraj się, żeby w waszym domu było wesoło. Nieśmiałe dziecko żyje w ogromnym napięciu, a śmiech znacznie je obniża.
  • Praw mu komplementy i słuchaj, co na nie odpowiada.
  • Nie zadręczaj się tym, że twoje dziecko jest nieśmiałe. Nie szukaj winy ani w sobie, ani w nikim innym. Dziecku w niczym nie pomoże wiedza, dlaczego takie jest.
  • Nie wypominaj mu, że nie zadbało o siebie i np. nie starczyło dla niego tortu urodzinowego na przyjęciu. Albo że nie dość mocno walczyło i dlatego nie dostało roli w szkolnym przedstawieniu. W ten sposób przysparzasz mu tylko cierpienia.
  • Nie rozpamiętuj porażek dziecka, nie przypominaj mu, że ominęła go fajna zabawa. Zwracaj raczej uwagę na to, że jeszcze będzie podobna okazja.
  • Nigdy nie karz dziecka za nieśmiałość, nawet jeśli zawiodło twoje oczekiwania – to nie wynika z jego złej woli.
  • Wciąż powtarzaj sobie zdanie: „Ono ma prawo być nieśmiałe”.

Wspomaganie nieśmiałego nastolatka:

  • Wprowadź go w środowisko, w którym robi się coś konkretnego. Radzenie sobie w szkole jest takie trudne, bo dzieci nie mają jasno określonych zadań. Gdy chodzą na modelarstwo, harcerstwo, chór, sport, robią gazetkę szkolną – jest inaczej. To idealne otoczenie i warunki do tego, by nieśmiały nastolatek nawiązał znajomości.
  • Kup mu psa. Oczywiście, to na ciebie spadną wszelkie obowiązki, ale i tak będzie warto. Po pierwsze, twoje dziecko zacznie częściej wychodzić z domu – psa trzeba przecież wyprowadzać kilka razy dziennie. A po drugie, podczas spaceru z psem w całkiem naturalny sposób nawiąże kontakty z rówieśnikami w swojej dzielnicy.
  • Koniecznie zachęć go do uprawiania sportu. Dobra kondycja, tężyzna, możliwość polegania na swoim ciele pomagają pozbyć się napięcia, poprawiają samoocenę i wzmacniają pewność siebie.
  • Opowiadaj o sytuacjach, w których ty się czegoś wstydzisz lub boisz, i pokazuj, jak się do nich przygotowywać (np. że wszystko trzeba mieć wcześniej sprawdzone, zarezerwowane, napisane).
  • Jeśli jutro czeka go jakaś ważna rozmowa, wypiszcie dziś pytania, które może podczas niej usłyszeć, i przygotujcie najlepsze odpowiedzi.
  • Rozmawiajcie na różne, także poważne, tematy. Chwal go za mądre uwagi, stoicyzm czy tolerancję.
  • Zachęć, by przeczytał jakąś książkę na temat nieśmiałości. W tym wieku wiedza, jak wiele osób ma ten sam problem, jest bardzo pomocna.
  • Pomóż mu zrozumieć, że nie jest dziwakiem, że jego zachowania są podyktowane właśnie nieśmiałością.