1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Szczęśliwe życie - nauka odpuszczania

Szczęśliwe życie - nauka odpuszczania

Kiedy łapiemy kontakt z rzeczywistością, a nie skupiamy się na tym, czego nie ma – zauważamy zwykle, że jest wystarczająco dobrze. (Fot. iStock)
Kiedy łapiemy kontakt z rzeczywistością, a nie skupiamy się na tym, czego nie ma – zauważamy zwykle, że jest wystarczająco dobrze. (Fot. iStock)
Nie masz określonych postanowień ani marzeń do spełnienia? Też dobrze! Zamiast dążyć do czegoś, czego nie ma, lepiej zatrzymać się i pobyć w tym, co jest – twierdzi psycholożka Hanna Samson. Radzi, by spróbować docenić życie, które zwykle jest wystarczająco dobre, by się nim cieszyć.

Pewnie znacie opowieść o rybaku i biznesmenie, bo obiegła już świat kilka razy i niewiele z tego wynikło. Nie będę jej więc przytaczać, a jedynie przypomnę, że rybak leżał sobie na plaży, bo wypływał w morze na krótko, łowił tyle, ile było mu trzeba, żeby nakarmić rodzinę, a resztę dnia spędzał, jak chciał. Zaniepokoiło to biznesmena, bo przecież rybak mógłby łowić więcej. A gdyby łowił więcej, miałby pieniądze i mógłby kupić drugą łódź, zatrudniać ludzi i kupić trzecią – dobrze wiemy, jak to wszystko działa. – I kiedy byłbyś już bardzo bogaty, mógłbyś sprzedać swoją firmę za miliony! – ekscytował się biznesmen. – I co wtedy? – zapytał rybak. – Wtedy mógłbyś leżeć na plaży i robić to, co chcesz. – Ale ja właśnie to robię – odpowiedział rybak.

Nie, nie widzę nic złego w dążeniu do rozwoju. Jestem wręcz entuzjastką zmian, jeśli coś nam nie pasuje w naszym życiu. Ale czy cały czas musimy się ścigać, konkurować i aspirować do wzorców, które być może wcale nie są nasze? Czy musimy odnosić coraz większe sukcesy, żeby czuć zadowolenie z siebie? A nawet jeśli sukcesy są nam potrzebne do szczęścia, to czy jedyną ich miarą są pieniądze, awans i pozycja społeczna?

Stać w miejscu czy piąć się w górę?

Widziałam niedawno w Internecie filmik, w którym kilka starszych kobiet dzieli się swoim doświadczeniem. Mówią, że gdyby znowu były młode, skupiłyby się na tym, żeby być, a nie na tym, żeby od rana do nocy wypełniać kolejne zadania z długiej listy rzeczy do zrobienia. Opowiadają o nacisku na to, żeby być perfekcyjną mamą, żoną, szefową – dziś potrafiłyby mu się oprzeć, bo wiedzą, co jest ważne. Całowanie dzieci przed snem, taniec, długa kąpiel z miłości do siebie. Wiedzą, że zamiast starać się mieć więcej i być bardziej jakąś, lepiej doceniać chwile. I chyba coś w tym jest. Presja na to, żeby się rozwijać i osiągać, dopada nas z każdej strony. Szkolenia zawodowe, nauka języków, warsztaty kulinarne – świat ma dla nas tysiące ofert. Wystarczy się zapisać, zapłacić, poświęcić czas i mamy pewność, że nie zostaniemy w tym samym miejscu. A jakie jest to miejsce? Jak wygląda, jak smakuje, jak się w nim żyje? Nie mamy czasu, żeby to poczuć, bo biegniemy dalej. Dalej, szybciej, więcej, bardziej – te słowa opisują nasze życie, w którym to, co jest, często jest mniej ważne od tego, co będzie, jeśli się postaramy, żeby było.

Znam osoby, które od lat się szkolą, wszystkie weekendy spędzają na takich czy innych kursach. Niektóre z nich szkolą się w jednym kierunku, podnoszą swoje kwalifikacje zawodowe, ich CV jest naprawdę imponujące. Inne uczą się różnych rzeczy i rozwijają rozmaite, mniej lub bardziej przydatne umiejętności. Jedne i drugie łączy zwykle wiara, że kiedy już ukończą te wszystkie kursy, to będą wreszcie zadowolone z siebie i szczęśliwe, co oczywiście wcale nie musi się spełnić, bo pojawią się nowe kursy i poprzeczka jak zwykle pójdzie w górę, bowiem pies jest pogrzebany gdzie indziej. – Skończyłam trzecie studia podyplomowe! – oświadczyła z dumą Marysia na jednym z warsztatów. – To teraz wreszcie będziesz miała więcej czasu – stwierdza któraś z uczestniczek. – O nie! Nie zamierzam stać w miejscu. – Ci, którzy stoją w miejscu, zostają w tyle? – włączam się do rozmowy. – Właśnie! – To co teraz chcesz robić? – pytam. – Jeszcze nie wiem, ale coś wymyślę. Jest tyle możliwości! Zaraz na pewno będę miała nowy projekt!

Warsztaty, treningi, coaching! Wszystko istnieje po to, żebyśmy mogli piąć się w górę i mieć coraz lepsze życie. A może nasze życie jest już wystarczająco dobre i warto by w końcu nim pożyć? Poczuć przyjemność z tego, co robimy, a nie z marzenia o tym, dokąd nas to zaprowadzi.

Pora na wystarczająco dobre życie

Skoro mowa o przyjemności, warto wspomnieć duńskie hygge – kariera tego słowa kilka lat temu obrazowała naszą tęsknotę za przytulnością, bliskością, spokojem. Podobnie jest ze szwedzkim lagom, czyli w sam raz. Lagom to filozofia umiaru i równowagi. Minimalizm bez wyrzeczeń, bo dostosowany do własnych potrzeb. Dbałość o siebie i świat. Sztuka zadowolenia z tego, co mam, kim jestem, co robię. Teraz, a nie kiedyś – w przyszłości. Podobno idea lagom jest głęboko zakorzeniona w szwedzkiej psychice, ale my też możemy je wprowadzać do swojego życia. Trzeba tylko uświadomić sobie, że mamy już wystarczająco dużo, żeby cieszyć się życiem. Wystarczająco dużo ciuchów, pieniędzy, sukcesów, no po prostu wszystkiego. Często nawet za dużo, co nas przytłacza. Czy to możliwe? Przecież zawsze można mieć więcej.

No właśnie! Jeśli porównujemy się z tymi, którzy mają więcej, którzy odnieśli spektakularny sukces, którzy mają wyższą pozycję społeczną, wtedy trudno uznać, że mamy już tyle, ile wystarcza do szczęścia. Ale czy na pewno potrzeba nam więcej? Czy te spektakularne sukcesy to są nasze własne marzenia, czy narzuca je świat, w którym żyjemy? Czy te wszystkie przedmioty są nam potrzebne? Kapitalizm chce nam sprzedać jak najwięcej i ma na to swoje sposoby. Ale czy my musimy to wszystko kupować? Czy nie możemy się obronić przed cudzymi wzorcami? Możemy – odpowiadają zgodnie propagatorzy lagom. Jak to zrobić? Co jakiś czas trzeba zadać sobie pytanie: A może jest wystarczająco dobrze? – Jakie wystarczająco dobrze?! – złości się Agata. – Nie masz pojęcia, jak ja cierpię! Agata ma 31 lat i jedno marzenie. Chce mieć dziecko. Bez dziecka jej życie nie ma żadnego sensu, choć ma dobrą pracę, mieszkanie, maluje obrazy, ale co z tego?! Nic z tego nie ma znaczenia, bo zegar tyka, a ona nie ma dziecka ani nawet chłopaka, z którym mogłaby stworzyć rodzinę. Szuka go desperacko na wszystkich możliwych portalach i wciąż od nowa przeżywa rozczarowanie, bo okazuje się, że żaden chłopak nie chce zostać ojcem jej dziecka od pierwszego wejrzenia, a na drugie wejrzenie już zwykle nie mają ochoty.

– Pewnie dlatego, że jestem brzydka – stwierdza Agata, która z wyglądu jest bardzo atrakcyjną dziewczyną. – Muszę zrobić operację nosa. – A co z twoim nosem jest nie tak? – Nie udawaj, że tego nie widzisz. – Nie udaję. Nie wiem, co jest z nim źle – przyglądam się uważnie nosowi Agaty i nic złego w nim nie ma, naprawdę. Powiedziałabym nawet, że jest wyjątkowo zgrabny, ale w to już mi Agata na pewno nie uwierzy, więc nic więcej nie mówię. – Jest za duży! Gdybym miała mały nosek, pewnie już dawno miałabym dziecko i ciepły, przytulny dom. – A jak jest teraz w twoim mieszkaniu? Ciepło i przytulnie? – Chyba żartujesz? Jest pusto i beznadziejnie! – Rozumiem, że dziecko ma spełnić rolę rycerza i odmienić całe twoje życie? – Dzieci zawsze odmieniają życie. – A gdybyś tak zadbała o to, żeby w tym życiu, które masz w tej chwili, było ci lepiej? Zaczęła od mieszkania? Urządziła je tak, żebyś lubiła w nim być? – To bez sensu, skoro nie mam dziecka.

Skup się na tym, co już masz

Skupianie się na tym, czego nam brakuje, utrudnia docenienie tego, co mamy, i zadbanie o to. A gdyby tak w nowym roku zmienić perspektywę? Pomyśleć o tym wszystkim, za co możesz być wdzięczny – sobie, losowi, innym ludziom. Niektóre rzeczy wydają się tak oczywiste, że o nich zapominamy. Warto o nich pomyśleć. O tym, że mamy gdzie mieszkać i co jeść. Nawet jeśli w naszym kraju ostatnio nie dzieje się dobrze, to przecież nie padają tu bomby. Miliony ludzi na świecie nie mają tyle szczęścia, dla nich nasze życie jest luksusem. Mamy wystarczająco dużo, żeby cieszyć się życiem już dzisiaj, a nie dopiero wtedy, gdy zostaną spełnione jakieś warunki.

A co z Agatą? Ostatnio pokazała mi zdjęcia swojego mieszkania. Jest ciepłe i przytulne, jest fotel i sofa, są kolorowe poduszki i koce. – I jak ci się żyje? – zapytałam. – Trochę zaczęłam doceniać to, co mam. I w sumie nie jest źle. Już nie szukam tak desperacko faceta, ale oczywiście nadal chcę mieć dziecko. – Powodzenia, Agata! Trochę zwiększyłaś swoje szanse na to, żeby je mieć.

Kiedy łapiemy kontakt z rzeczywistością, a nie skupiamy się na tym, czego nie ma – zauważamy zwykle, że jest wystarczająco dobrze. To nie znaczy, że na tym musimy poprzestać, ale mamy większy luz. Możemy stawiać sobie cele bez napięcia i poczucia presji, możemy nawet zadbać o umiar i równowagę w kontaktach ze sobą i światem. Wystarczy pytać siebie, czy to jest lagom. Co? Wszystko. Mój stosunek do pracy. Liczba butów. Kolejny kieliszek wina. Dokładka pierogów. Moje życie.

Pamiętajmy o lagom, a łatwiej znajdziemy drogę. Swoją własną, a nie pod dyktando świata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rozładuj swój stres - 19 sposobów

Doskonałą metodą rozluźnienia wewnętrznych napięć są proste medytacje i gry wyobraźni, nazywane wizualizacjami. (Fot. iStock)
Doskonałą metodą rozluźnienia wewnętrznych napięć są proste medytacje i gry wyobraźni, nazywane wizualizacjami. (Fot. iStock)
Denerwujące sytuacje zdarzają się nawet w najpogodniejszy dzień wiosny. Nie unikniemy napięcia, cała sztuka polega na tym, by je rozładować. Wystarczy pół minuty!

Budzik nie zadzwonił w porę, twoja życiowa połówka złości się na cały świat, a dzieci poruszają jak muchy w smole… A przecież wszyscy jesteście spóźnieni! Potem jakiś niedzielny kierowca zajechał ci drogę, a w pracy szef wezwał na dywanik. Choć za oknem piękna pogoda, musisz jeszcze zostać po godzinach… Wszystko układa się nie tak, jak powinno. Mały stres goni większy.

Zrelaksuj się

Istnieje wiele sposobów uporania się ze stresem. Można dobierać je zależnie od tego, ile mamy czasu. Niektóre ćwiczenia poleca się wykonywać tylko w domowym zaciszu, inne można robić nawet w biurze, autobusie czy na spacerze. Wypróbuj ich jak najwięcej i przekonaj się, które najlepiej cię odprężają. Dobrze jest ćwiczyć regularnie, traktując je jako środek zapobiegawczy, a nie tylko pogotowie stresowe. Już pół minuty wystarczy, żebyś uporał się z kilkoma fizycznymi objawami stresu.

Doskonałą metodą rozluźnienia wewnętrznych napięć są proste medytacje i gry wyobraźni, nazywane wizualizacjami. Na początku wielu osobom z trudem przychodzi wyobrażenie sobie czegokolwiek. Nie trzeba się jednak zrażać, to kwestia treningu. Brytyjski terapeuta Colin Tipping, twórca metody Radykalnego Wybaczania, radzi, by zacząć od przywołania w pamięci twarzy dziecka lub małżonka. To chyba każdy potrafi! A potem przestawić wyobraźnię na inne obrazy.

Pół minuty

Chwila gimnastyki

Strach lub złość sprawiają, że garbisz się i chowasz głowę w ramionach. Najważniejsze: wyprostować się! Wtedy ciało daje sygnał psychice i automatycznie poprawia się też nastrój.

Napięte plecy rozluźnisz, przeciągając się jak kot. Potem rozruszaj ramiona i barki, zrób parę kółeczek ramionami i ściągnij je do tyłu. Podnieś brodę, wyciągnij szyję, wypnij pierś i schowaj brzuch. Zrób serię 10 głębokich oddechów. Zaczerpnij jak najwięcej powietrza do płuc i powoli je wypuszczaj. Skupiaj się jedynie na oddychaniu, a nie tym, co cię zdenerwowało.

Zbawcza nuda

W stresie zaciskasz szczęki w podświadomym geście obronnym. Odblokujesz je, ziewając jak najszerzej 10 razy. A jeśli jesteś w towarzystwie, lekko naciśnij językiem na podniebienie, tuż za przednimi zębami. Nikt tego nie zauważy, a rozluźnisz szczęki i skronie.

Magiczne dłonie

Zaciśnięte powieki to kolejny objaw stresu. Usiądź przy stole, opierając łokcie o blat. Zamknij oczy i zasłoń je dłońmi. Zrób serię kilkudziesięciu mrugnięć.

Coś z jogi

Uklęknij opierając się dłońmi o podłogę. Zrób wdech i unieś miednicę tak, by ciało tworzyło odwróconą literę V. Opieraj się o podłoże całymi dłońmi i stopami, oddychaj powoli i głęboko. Staraj się wyciągnąć jak najwyżej miednicę, utrzymując idealnie proste plecy i nogi. Wytrzymaj w tej pozycji 20 sekund. Zrób głęboki wydech, usiądź na piętach, podnieś głowę i wstań po 10 sekundach.

Akupresura

10 razy lekko uciśnij palcem wskazującym punkt znajdujący się dokładnie pośrodku między brwiami. Możesz też uszczypnąć się kilka razy w zagłębienie między kciukiem a palcem wskazującym.

Jedna minuta

Terapia One Brain – Carol Hontz

W stresie krew odpływa z czoła na tył głowy. Zapobiegniesz temu, kładąc jedną dłoń na czole, a drugą z tyłu głowy, na potylicy. Spokój i zdolność jasnego myślenia odzyskasz, masując trzema palcami kość ogonową. Drugą rękę kładziesz na splocie słonecznym (nad pępkiem).

Akupresura

Z boku twarzy, między policzkiem i płatkiem usznym jest maleńkie wgłębienie, bolesne przy ucisku. Mocno naciskaj palcami wskazującymi te punkty po obu stronach głowy.

Narysuj coś

Usiądź wygodnie na krześle, wyprostuj plecy i skrzyżuj nogi w kostkach. Wyobraź sobie, że twoja stopa jest pędzlem, którego zakończeniem jest duży palec. Rysuj nim litery i figury geometryczne. Powtórz to drugą stopą.

Dwie minuty

Stymulacja półkul mózgowych

Usiądź wygodnie, z wyprostowanymi plecami, zdejmij buty. Ręce oprzyj na kolanach. Delikatnie przytupuj najpierw lewą nogą, potem prawą. Osoby leworęczne muszą zmienić kolejność. Powtórz kilka razy.

Ćwiczenia Jacobsona

Podczas ich wykonywania, głęboko oddychaj:

  • unieś dłonie przed siebie na wysokość brwi. Szybko i mocno pocieraj nimi o siebie,
  • złącz dłonie czubkami palców na wysokości piersi, łokcie odciągnij jak najdalej na boki. Dociskaj z całej siły czubki palców,
  • złącz dłonie, przedramiona i łokcie przed sobą. Palce obu dłoni odchylaj jak najdalej od siebie,
  • wyciągnij przed siebie złączone ręce, zegnij w łokciach i zaciśnij pieści tak, by widzieć kciuki,
  • uciskaj punkt po punkcie małżowiny uszne, zaczynając od płatka ucha.

Akupresura

Usiądź, uginając lekko lewe kolano. Lewą rękę połóż na rzepce. Rozłożonymi palcami obejmij kolano. Nieco poniżej końca palca serdecznego znajdziesz miejsce bolesne przy ucisku, tuż pod rzepką. Czubkiem palca wskazującego masuj je na odcinku około 2 cm szybkimi ruchami skierowanymi w dół. Po minucie zajmij się prawym kolanem.

Złote światło

Usiądź wygodnie, rozluźnij ramiona, odetchnij głęboko i wyobraź sobie, że złote światło wpływa do twojego ciała przez czubek głowy jak rwąca rzeka i wypłukuje napięcie.

Pięć minut

Gimnastyka dla każdego

Połóż się na podłodze i nie odrywając pleców od ziemi, podnieś wyprostowane nogi do góry. Energicznie kładź je po lewej i po prawej stronie ciała. Powtórz to 10 razy, a następnie z pozycji leżącej unoś tułów, nie odrywając bioder od podłogi. Zrób serię 10 skłonów w lewą i w prawą stronę. Na zakończenie połóż się i chwilę głęboko oddychaj.

Poczuj świat

Rozejrzyj się wokół siebie, nazwij pięć rzeczy, które masz w zasięgu wzroku. Skoncentruj się na dźwiękach i określ 5 z nich. Wsłuchaj się w swoje ciało i pomyśl, co czujesz (np. swędzenie, ucisk, napięcie, zesztywnienie itd). Teraz skoncentruj się na czterech rzeczach, które widzisz, słyszysz i czujesz, następnie trzech, dwóch i jednej.

Kwadrans

Trening autogenny

Zasłoń okna, wyłącz telefon. Połóż się na plecach z głową na małej poduszce. Wyprostuj nogi, ręce odsuń od tułowia i lekko zegnij w łokciach. Oddychaj powoli i głęboko i mów w myślach: „Leżę spokojnie, oddycham wolno i równo. Koncentruję się na prawej ręce (leworęczni najpierw na lewej). Dłoń jest ciężka, ciężar przenosi się na przedramię i ramię. Cała ręka jest ciężka”. Potem to samo mówisz o drugiej ręce, obu nogach (ciężar przenosi się od stopy w górę) i tułowiu. Wywołaj w całym ciele uczucie ciężaru i ciepła (tylko głowa pozostaje chłodna). Po paru minutach powiedz w myślach: „Leżę spokojnie, całe moje ciało jest ciężkie i ciepłe, tylko głowa jest chłodna. Oddycham spokojnie, jestem odprężony. Do rąk wraca siła, poruszam palcami, do nóg wraca siła, poruszam palcami stóp. Biorę głęboki oddech, do całego ciała wraca siła”. Potem przeciągnij się, zegnij nogi w kolanach i powoli usiądź.

Gimnastyka izometryczna

Połóż się wygodnie, napnij całe ciało na kilka sekund, a potem rozluźnij kolejno mięśnie łydek, ud, brzucha, klatki piersiowej i ramion. Chwilę odpocznij i powtórz to ćwiczenie co najmniej 5 razy. Zakończ, leżąc przez minutę spokojnie i głęboko oddychając.

Tęczowa medytacja

Usiądź lub połóż się, zamknij oczy, weź głęboki oddech i wyobraź sobie, że kolejne barwy wypełniają twój umysł. Widzisz tylko kolor, nic więcej:

czerwień – piękna czerwień róży, wiśni, która stopniowo przeobraża się w...

pomarańczowy – promienny i energetyczny kolor owoców pomarańczy i mandarynek

żółty – świetlisty, wypełnia ciepłem całe ciało

zieleń – intensywna, jak soczystej trawy i liści

błękit – uspokajający, w odcieniu czystego nieba w słoneczny dzień

fiolet – nasycony, odprężający, w odcieniu dojrzałego bakłażana.

Pełny oddech jogi

Połóż się wygodnie i wypuść całe powietrze z płuc, wciągając brzuch. Ułóż dłoń na brzuchu tuż pod żebrami. Zaczerpnij powietrza przez nos i pozwól, żeby najpierw wypełniło brzuch, potem przeponę i dopiero na końcu dotarło do szczytów płuc. Gdy już płuca będą wypełnione, wypuszczaj powietrze, również przez nos, ale w odwrotnej kolejności: najpierw ze szczytów płuc, a na końcu z brzucha. Oddechy powinny być powolne i płynne, bez wysiłku. Zacznij od 4 pełnych oddechów, potem możesz stopniowo zwiększać ich liczbę aż do 10. Na początku może ci się zakręcić w głowie, wtedy przerwij na chwilę.

Technika Huny

Gdy już nauczysz się głęboko oddychać, przy wdechu wyobraź sobie, że patrzysz w niebo, obserwujesz chmury lub gwiazdy. Natomiast podczas wydechu kieruj uwagę jak najniżej, na ziemię pod swoimi stopami. Pięć oddechów niebo–ziemia doskonale cię wyciszy.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Motywacja to za mało! Co nas nakręca do działania? – Według ekspertów NLP trzeba znaleźć technikę

Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią (fot. iStock)
Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią (fot. iStock)
Szukasz motywacji do działania? Użyj strategii! Najlepiej własnej. O tym, jak ją w sobie odkryć i rozwinąć, mówi Charles Faulkner, trener NLP.

Postanowiłem sobie ostatnio, że codziennie rano będę wykonywał serię ćwiczeń. Jak na razie udaje mi się to średnio raz na tydzień. Jak się lepiej zmotywować?
Nie sądzę, by problem tkwił w motywacji, bo pan ją ma, tyle że nie posiada pan strategii, która go do tego doprowadzi. Tę musi pan zdobyć.

W jaki sposób?
Na przykład pytając znajomego, który ćwiczy regularnie, jak mu się to udaje. Zazwyczaj w każdym ukrywa się taka strategia, choć nie zawsze ją rozumiemy lub o niej wiemy. Czasami problem nie leży w motywacji, tylko w narzuconym sobie ideale. Bo jeśli obiecał pan sobie ćwiczyć codziennie przez godzinę, ale udało się to panu tylko kilka razy i najczęściej kończyło się na 15 minutach – to jest pan niezadowolony, bo swoje dokonania konfrontuje z tym ideałem. Może warto zamienić te 60 minut na 15? Można też stosować coś, co nazywam „alternatywną walutą”, tzn. jeśli poćwiczę godzinę trzy razy w tygodniu, to coś sobie kupię.

Podobno skutki motywowania siebie z użyciem technik NLP potrafią być spektakularne…
Jeden z moich kolegów, Gerry, miał bardzo poważny wypadek – potrąciła go ciężarówka. Przez pewien czas walczono o jego życie. Kiedy się obudził ze śpiączki, okazało się, że czeka go roczna rehabilitacja. Przed wypadkiem biegał po 15 mil dziennie, a w szpitalu jeździł na wózku inwalidzkim, bo miał połamane nogi. Pytał różnych ludzi, jak im się udało przejść przez rehabilitację. Odpowiadali: „Myślałem o tym, co będę robić w przyszłości. Wyobrażałem sobie, że znowu biegam, bawię się z moim dziećmi i że to łączy się z moją rehabilitacją”. Wykorzystał tę strategię. Kolejna była związana z bólem, który towarzyszył rehabilitacji. Gerry postanowił, że przez każdą sesję bolesnych ćwiczeń będzie przechodził z myślą: „po zajęciach moje nogi będą silniejsze, będę mógł się lepiej poruszać”. Codziennie też odnotowywał postępy, np. „dziś zrobiłem trzy kroki, czyli o jeden więcej niż wczoraj”. Jeżdżąc na wózku inwalidzkim, wciąż wyobrażał sobie siebie sprzed wypadku, czyli mężczyznę-atletę. I takim ponownie chciał się stać.

I udało mu się?
Nawet w krótszym czasie niż założony przez lekarzy rok. Gerry pobił absolutny rekord w dochodzeniu do kondycji sprzed wypadku. Wszystko dlatego, że metodą prób i błędów znalazł technikę najbardziej odpowiednią dla siebie.

Powinniśmy robić jak on?
Tak – szukać własnej techniki i ją rozwijać. Jednych lepiej motywuje stymulacja otoczenia: alarm budzika, głośna muzyka, ostre światła..., innych coś wręcz przeciwnego, na przykład silne postanowienie. Niektórych bardziej nakręca myśl, co stanie się, jeśli coś zrobią, a drugich – co się wydarzy, jeśli właśnie czegoś nie zrobią. Nasi przodkowie w pierwszej kolejności rozwiązywali najpilniejszy problem, od którego bezpośrednio zależało ich przeżycie, a dopiero potem zabierali się za kolejne działania, np. najpierw uciekali przed tygrysem, a później zaczynali szukać czegoś do jedzenia. My, żyjący współcześnie, stale nosimy w sobie tę historię, a NLP pomaga ją rozpoznać i jej użyć. Bo zawsze odbieramy jakiś sygnał, pod wpływem którego coś robimy. Na przykład uprawianie sportu – są osoby, które chętniej ćwiczą w grupie lub z przyjacielem, wówczas inni są dla nich motorem napędowym. Kiedy rozpozna się w sobie te sygnały, można przejąć kontrolę nad własnymi nawykami, a to z kolei pozwala na ich skuteczne wykorzystywanie.

Próbował pan uczyć technik motywacyjnych osoby, które nie dają sobie rady w życiu, np. bezdomnych czy bezrobotnych?
Pracując kiedyś dla urzędu imigracyjnego w USA, prowadziłem szkolenia z kobietami z Azji – były bardzo spokojne, zamknięte w sobie, zdystansowane, mógłbyś pomyśleć: niezmotywowane do mówienia po angielsku. Jakże błędna była to opinia. Kiedy bowiem poprosiłem je, by pomogły członkom swoich rodzin wypełnić formularze rządowe, kobiety nagle zaczęły rozmawiać po angielsku, a nawet w tym języku kłócić się ze mną. „Nie wiedziałem, że mówicie po angielsku” – śmiałem się... Po prostu motywacja musi być ważna dla danej osoby.

Jeden z moich nauczycieli używa technik NLP podczas zajęć z dziećmi. Konkretnie: metody porównywania obecnych osiągnięć z wcześniejszymi. Kiedy młody człowiek widzi, że robi postępy, czuje sens działania i smak sukcesu. To motywuje go do rozwoju.

W swojej książce „NLP – nowa technika osiągania sukcesów” obiecuje pan zmieniać za pomocą technik NLP złe nawyki. Co zrobić, jeśli na przykład notorycznie spóźniam się na spotkania?
Tego nie nazwałbym złym nawykiem, ale jest nim na pewno palenie papierosów. Jeśli ktoś chciałby je rzucić, to najpierw poprosiłbym taką osobę, żeby wygodnie usiadła, np. w fotelu, odchyliła się nieco, wzięła głęboki wdech i spojrzała w przyszłość. Wydychając powietrze – niczym dym – może sobie wyobrażać pozytywne efekty, jakie osiągnie, jeśli przestanie palić. W NLP patrzymy na pozytywy zmian i uważamy, że cokolwiek ktoś robi w swoim życiu, to w jakimś stopniu może mu to służyć.

Według NLP nie istniałyby zatem złe nawyki?
Niepraktyczne jest myślenie o nich jako o „złych”. NLP traktuje nawyki niczym kotwicę – dobrze ją mieć, bo wiesz, gdzie jesteś. Problem pojawia się, kiedy nam nie służą. Na przykład ktoś codziennie po pracy relaksuje się drinkiem, a po pewnym czasie zauważa, że to jedyny sposób odprężenia. Pomagamy wyzwolić się z takiego myślenia i znaleźć inne sposoby osiągnięcia relaksu.

Wspomniał pan, że dzisiaj miał szczęście, bo się nie spóźnił na wywiad. Zamiast mówić o „szczęściu” mógłby pan pomyśleć: „jakiej strategii użyłem, żeby dotrzeć tym razem na czas?”. Czasami w tym „szczęściu” jest ukryta strategia.

Pana ojciec diametralnie zmienił kiedyś zawód – z menedżera branży marketingowej na nauczyciela w szkole średniej. Czy to jakoś wpłynęło na pana życiowe wybory?
Mój tata podjął tę decyzję, kiedy miałem piętnaście lat. Wówczas marzyłem, żeby w przyszłości mieć czerwonego Chevroleta Corvettę. Więc kiedy ojciec obwieścił, że będzie nauczycielem, moje marzenie o samochodzie zaczęło się oddalać.

Jego decyzję doceniłem tak naprawdę dopiero, kiedy sam zmieniłem zawód – zrezygnowałem z pracy dla rządu i zostałem konsultantem NLP. Wtedy zdałem sobie sprawę, że człowiek może zmienić swoją ścieżkę zawodową i robić w życiu to, co naprawdę chce, co go rozwija, daje satysfakcję... Sądzę, że każdy z nas, jeśli przyjrzy się tego typu momentom ze swojego życia, może znaleźć w nich ukryte „prezenty” dla siebie.

Charles Faulkner – certyfikowany trener NLP (NeuroLingwistyczne Programowanie), międzynarodowy konsultant, specjalizuje się w szkoleniu inwestorów giełdowych i instrumentów pochodnych. Współzałożyciel kilku firm, w tym szkoleniowych. Autor i współautor ośmiu książek nt. NLP, motywowania ludzi, zmiany osobowości oraz intuicji, m.in. „NLP – wykorzystaj potęgę programowania neurolingwistycznego”.

Czym jest NLP?

NeuroLingwistycze Programowanie, w skrócie NLP, to zbiór technik pracy nad sobą, opartych na modelu skutecznej komunikacji – metody łączącej wiedzę z zakresu psychologii, lingwistyki i zarządzania. Teoretycy NLP postrzegają umysł ludzki jako swoisty komputer, zapraszają do pracy nad jego „oprogramowaniem”. Zakładają możliwość programowania postaw wobec świata oraz stosowanie w codziennym życiu metod wzbogacania i eliminowania niechcianych zachowań. NLP to także zespół umiejętności pozwalających na budowanie indywidualnej motywacji, umiejętność wpływania na własne procesy emocjonalne i myślowe oraz wywieranie wpływu na innych. Ten model pracy z psychiką powstał we wczesnych latach siedemdziesiątych. Za jego twórców uważa się Richarda Bandlera, matematyka i terapeutę Gestalt, oraz Johna Grindera, profesora lingwistyki, którzy znaleźli powiązanie między procesami neurologicznymi, językiem i wzorcami ludzkich zachowań. Obecnie wykorzystuje się go w szkoleniach motywacji, rozwijania zdolności negocjacyjnych, a nawet umiejętności uwodzenia. Należy zaznaczyć, że w środowiskach naukowych techniki NLP spotykają się z krytyką, zarzutami o manipulację ludźmi czy koniunkturalizm.

  1. Psychologia

Radość – dlaczego często się jej obawiamy?

Choć jest jednym z najbardziej pożądanych uczuć, nie zawsze dajemy jej dojść do głosu... (fot. iStock)
Choć jest jednym z najbardziej pożądanych uczuć, nie zawsze dajemy jej dojść do głosu... (fot. iStock)
Rozwijamy się poprzez ból i cierpienie. To prawda. Ale także poprzez radość, zachwyt i wdzięczność. Wnieść radość do rozpaczy – oto sztuka życia!

„Tata usiadł z nami i powiedział, że jego wspólnik uciekł z całą gotówką i nie wiadomo, skąd teraz brać pieniądze na życie”, opowiadał Leo F. Buscaglia, charyzmatyczny pisarz i wykładowca University of Southern California, w swojej książce „Radość życia”. Mama Leo miała zwariowane pomysły. Ta sytuacja ją rozśmieszyła. „Tata był na nią wściekły! A ona śmiała się do łez. I wiecie, co zrobiła? Przygotowała taki bankiet, jakbyśmy wyprawiali chrzciny albo wesele. Zakąski, makaron, cielęcina, wszystko! Tata spytał: »Mój Boże, a to co?!«. A mama na to: »Wydałam wszystkie nasze pieniądze. Radość jest nam potrzebna właśnie teraz, a nie w przyszłości. Teraz jest czas na to, by się cieszyć. Zamknij się i jedz!«. Zasiedliśmy do stołu. To było całe lata temu, ale mówię wam, nigdy nie zapomnę tej kolacji. Kolacja Mamy w Dniu Niedoli. I wiecie co? Przetrwaliśmy! Papa dożył 86 lat”.

Wnieść radość do rozpaczy – oto sztuka życia! Laureatka Kryształowych Zwierciadeł Agnieszka Glińska powiedziała kiedyś, odbierając nagrodę, że zrobiła spektakl o Pippi Pończoszance, żeby sprawdzić, czy w tym świecie możliwa jest jeszcze radość życia. W świecie giełdowego krachu, przemocy, biedy, korupcji i czego tam jeszcze chcemy. Jawnie i otwarcie cieszyć się z siebie jest „najgorszą” rzeczą, którą można zrobić, bo przecież uczono nas, że w swej istocie jesteśmy biedni i niewiele warci, mówi i pisze Marshall B. Rosenberg, światowy lider w rozwiązywaniu konfliktów metodą porozumienia bez przemocy. Jednak bez świętowania siebie i delektowania się życiem bez względu na okoliczności nie przetrwamy. Naprawdę nie damy rady.

Z czego się cieszyć?

Badania pokazały, że 90 procent tego, czym się zamartwiamy, nigdy się nie zdarza. A jednak wciąż się martwimy. Iza Sznajder, psycholożka, która pracuje z kobietami, autorka książki „Kobieta, księżyc i czerwona sukienka”, mówiła mi: „Boimy się cieszyć. Jakby radość była czymś niestosownym, a nawet zakazanym. W kobiecych ciałach jest mnóstwo radości, która pragnie być wyrażona. Jestem przekonana, że światu potrzebna jest nasza radość”. Gdy Rosenberg pyta ludzi, dlaczego nie wyrażają radości, nie świętują życia, mówią, że nie robią tego, bo to niezręczne i krępujące. To niestosowne pytanie: „Czy cieszysz się z tego, że żyjesz?”, zadałam wielu osobom. Usłyszałam, że radość jest nudna i powierzchowna, naiwna i infantylna, za to cierpienie jest głębokie. „Lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca”. „Po co się cieszyć? Żeby potem cierpieć?”. „Każda radosna sytuacja jest zalążkiem bólu”. „Wolę słuchać o problemach, bo skoro inni też mają źle, to moje życie nie wygląda najgorzej”. Umówiłam się na rozmowę o świętowaniu życia z pewnym biznesmenem, który w środku tygodnia bierze urlop, żeby pojechać do lasu i pozachwycać się drzewami. W ostatniej chwili zrezygnował, nie chcąc sprawiać innym przykrości, gdyby przeczytali, jak bardzo cieszy się z tego, że żyje. Buscaglia pisze: Ludzie są zawzięci w tej kwestii: „Nie ośmielaj się być zadowolony!”. Ależ ośmielmy się. Choć na chwilę.

Oczywiście, że ryzykujesz

Radość to życie, a apatia – śmierć. Albo żyjesz, albo jesteś martwy, pisze Buscaglia. Możesz wybrać radość. Albo rezygnację. Cytuje Kazantzakisa, autora „Greka Zorby”: „Masz pędzel i farby. Namaluj swój raj i wskakuj do środka”. Pisze też, że zawsze, gdy wybieramy życie zamiast apatii i rezygnacji, ryzykujemy. Śmiejąc się, ryzykujemy, że możemy się wydać płytkie i głupie. Za to nigdy nie będziemy umierały z nudów. Okazując uczucia, ryzykujemy, że okażemy się tylko ludźmi. Jednak dopiero wtedy będzie można nas pokochać; trudno kochać doskonałość. Mówiąc innym o swoich pomysłach i marzeniach, ryzykujemy, że ludzie nas odrzucą. No cóż, nie można być kochanym przez wszystkich. Kochając, ryzykujemy, że nasza miłość nie będzie odwzajemniona. Jednak sama miłość jest największą wartością. Mając nadzieję, ryzykujemy rozpacz, a próbując, ryzykujemy porażkę. Jednak ten, kto niczego nie ryzykuje, niczego nie robi. Może uniknie bólu, ale nie będzie się rozwijać, nie będzie kochać.

A co na to badacze? Mihály Csíkszentmihályi, profesor psychologii na Uniwersytecie w Chicago, pisał w swoich książkach (m.in. „Przepływ”, „Urok codzienności”), że jakość naszego życia nie zależy od samego szczęścia, ale od tego, co robimy, by być szczęśliwi. Bez radości, bez marzeń, bez ryzyka ludzka egzystencja staje się tylko namiastką życia. Wyjaśnia także, że smutek, strach i nuda wywołują w umyśle zjawisko, które nazwać by można entropią psychiczną, powodują stan niezdolności do efektywnego skupienia uwagi na wykonywanych zadaniach. Radość natomiast jest motorem negentropii psychicznej; gdy czujemy się radośni i ożywieni, możemy całą energię spożytkować na realizację dowolnego pomysłu.

Howard S. Friedman, profesor psychologii i profilaktyki zdrowotnej na Uniwersytecie Kalifornijskim, prowadził wieloletnie badania nad związkami między osobowością, emocjami a zdrowiem. W „Uzdrawiającej osobowości” pisze o tym, że w naszej kulturze nie doceniamy siły samoleczenia. Tkwi ona w radości i afirmacji życia. Radość życia jest najistotniejszym aspektem samouzdrawiającej osobowości – pisze Friedman. Słowo „entuzjazm” oznacza „ogarnięcie boskim duchem”. Osoby pełne entuzjazmu są szczęśliwe i wrażliwe, pomagają innym, uśmiechają się naturalnie i utrzymują dobry kontakt wzrokowy. Są spontaniczne, wymieniają z ludźmi uściski, troszczą się o nich.

Wpływowy psycholog Carl Rogers był pierwszym, który zwrócił uwagę środowiska naukowego na znaczenie rozwoju osobistego w sposobie doświadczania i przeżywania wydarzeń. Rogers uważał, że we wnętrzu każdej osoby tkwi potencjał radości z faktu istnienia, potencjał prawdziwego „ja”. Jego odkrywanie zasadniczo zmienia nasz stosunek do nas samych i otaczającego świata. Odkrywamy ten potencjał, gdy decydujemy się na wyrażenie wdzięczności. Marshall Rosenberg opowiada, w jaki sposób do swojej pracy włączył radość. Prowadził zajęcia dla kobiet i ze zdumieniem zauważył, że co jakiś czas one prosiły o przerwę, aby wyrazić sobie nawzajem wdzięczność i wspólnie świętować. Kilka razy dziennie! Miały taki stały rytuał w trakcie pracy grupowej. Patrzył i myślał: „Kobiety!”. Zrozumiał, że energia, z którą do tej pory próbował zmieniać świat, napawa ludzi lękiem, zamiast ich wspierać. Kobiety nauczyły go, jak nie zapominając o światowych horrorach, pamiętać o pełni życia.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Poradzisz sobie z tym – dr psychologii Brian King o sposobach radzenia sobie ze stresem

Poczucie kontroli to przekonanie, że gdyby coś się wydarzyło, dam sobie radę, jest też nazywane odpornością psychiczną i nie ma nic wspólnego z obsesyjnym kontrolowaniem. (Fot. iStock)
Poczucie kontroli to przekonanie, że gdyby coś się wydarzyło, dam sobie radę, jest też nazywane odpornością psychiczną i nie ma nic wspólnego z obsesyjnym kontrolowaniem. (Fot. iStock)
Doktor psychologii i stand-uper w jednym? To jest możliwe, a nawet pomocne. Brian King, autor książki „Na luzie”, twierdzi, że poczucie humoru to jedno z podstawowych narzędzi radzenia sobie ze stresem. To plus dokonywanie świadomych wyborów, właściwe nastawienie oraz poczucie kontroli nad swoim życiem.

Czy jesteś szczęśliwy?
Szczerze mówiąc, to zależy. Jestem szczęśliwy przez większość czasu, a dzięki głębokiej pracy psychologicznej wiem, że doświadczam wyższego poziomu szczęścia niż przeważająca część ludzi, ale jak wszyscy mam też chwile słabości. Pandemia jest trudnym okresem, nawet dla takich ludzi jak ja – optymistycznych, odpornych psychicznie i szczęśliwych.

Piszesz, że stres jest prostą reakcją na postrzeganie zagrożenia, a kluczem do życia w mniej stresujący sposób jest dokonywanie świadomych wyborów.
Kiedy odczuwamy stres, mózg reaguje na sytuację jednym zestawem reakcji. Te reakcje mają nam pomóc przetrwać zagrożenie. Atakujący niedźwiedź jest zagrożeniem. Informacja, że bilety na koncert twojego ulubionego zespołu zostały wyprzedane – już nie. Dokonywanie świadomych wyborów dotyczących naszych reakcji na zagrożenie wymaga chęci zmiany naszego zachowania. Jeśli nasz mózg dostrzega zagrożenie, powodując, że jesteśmy źli, smutni lub przerażeni – możemy poświęcić chwilę na świadomą ocenę sytuacji przed podjęciem decyzji opartej na stresie. Problem polega na tym, że musimy o tym pamiętać. A kiedy jesteśmy pełni negatywnych emocji, bardzo niewielu z nas zatrzymuje się i myśli: „poczekaj chwilę, nie ulegaj pokusie zachowania się ponownie w destrukcyjny sposób!”. Bardzo szybko wykrywamy zagrożenia, a emocje zazwyczaj odczuwamy, zanim zdamy sobie sprawę z okoliczności. Jeśli jednak chcemy aktywnie zmienić nasze zachowanie, mamy możliwość przerwania dowolnej części tego procesu świadomym myśleniem.

Jakie stresujące przyzwyczajenia najtrudniej zmienić?
Im wcześniej nauczysz się nawyku, tym trudniej będzie z nim zerwać. Inną rzeczą, która utrudnia zmianę zachowań, jest potencjał nagrody związany z nawykiem. Mózg uczy się, że każdy wybór może polepszyć nasze życie na różne sposoby. Niektóre wybory są niezwykle satysfakcjonujące, inne są bardziej umiarkowane, a niektóre są po prostu meh. Nie wiem, jak to przetłumaczysz...

Nie przetłumaczę. Zaproponuję czytelnikom, by wypowiedzieli je na głos z grymasem lekceważenia jak ty.
Sprytne! To wrócę do tego, że zachowania, których używamy do radzenia sobie ze stresem, mają potencjał nagradzania. Niezależnie od tego, czy jest to pośpiech odczuwany przy pokonywaniu jakiejś przeszkody, czy też ulga, gdy cofamy się lub ulegamy. Ogólnie rzecz biorąc, im większy potencjał nagrody, tym trudniej przełamać nawyk.

Dlaczego tak się dzieje? Wiemy, że coś jest dla nas szkodliwe, a nie chcemy się z tym rozstać?
Pomyśl o takich zachowaniach, jak palenie lub nadmierne jedzenie. Prawie każdy palacz, którego kiedykolwiek spotkałem, wie, że jest to szkodliwe i chce rzucić palenie, ale tego nie robi. To samo dotyczy prawie każdej osoby z nadwagą, którą kiedykolwiek znałem, łącznie ze mną. A palenie i jedzenie to dwa łatwe do zaobserwowania zachowania, które mają powszechnie znane konsekwencje, czego nie można powiedzieć o zamartwianiu się, wściekaniu lub unikaniu społecznym – ludzie, którzy zbyt często tak się zachowują, mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, dopóki ich zachowania nie rozwiną się w zaburzenia emocjonalne. Do tego czasu zmiana jest trudna, bo wygodniej żyć z nawykami.

Wspominasz też, że kluczową rolę w radzeniu sobie ze stresem odgrywa nastawienie. A co, gdy pojawia się panika?
Widziałem kiedyś reportaż, w którym kobieta mówiła, że kiedy przechodziła przez ulicę, samochód minął ją w bliskiej odległości. Była bardziej zdenerwowana tym, co mogło się stać, niż zadowolona z tego, że nic się ostatecznie nie stało. W większości przypadków, gdy doświadczamy stresu, nie ma rzeczywistego zagrożenia. Martwimy się „niczym”, żyjemy w strachu przed „niczym” i przygotowujemy się na to, że „nic” się nie wydarzy. Nastawienie jest wszystkim, wyznacza sposób, w jaki mózg reguluje stan emocjonalny. Utrzymywanie pozytywnego nastawienia oznacza, że mózg nie będzie interpretował ruchu ulicznego lub braku biletów na koncerty ani żadnej nieistotnej sytuacji jako zagrożenia. Nigdy nie jest za późno, aby nauczyć się patrzeć na świat inaczej. Jednak nie ufałbym też nikomu, kto twierdzi, że jest w stanie przejść od paniki do uspokojenia w jednej chwili. To wymaga czasu.

Na czym polega znaczenie poczucia kontroli w radzeniu sobie ze stresem? Czy to nie prowadzi do obsesyjnego kontrolowania i zachowań kompulsywnych, które ostatecznie tylko wzmagają stres?
Poczucie kontroli nie jest tym samym, co sprawowanie kontroli. Właściwe poczucie kontroli wynika z przekonania, że jeśli coś się wydarzy, to dam sobie radę. W większości sytuacji mam poczucie kontroli lub pewność, że poradzę sobie z tym, co prawdopodobnie napotkam. Bo przez całe życie mój mózg napotykał wiele problematycznych sytuacji i skutecznie z nimi sobie radził. To poczucie jest też nazywane odpornością psychiczną – a nie obsesyjnym kontrolowaniem. Kompulsywne zachowania często wynikają z poczucia, że nie kontrolujemy tego, co robimy. Jeśli będę się martwił, że zapomnę zamknąć drzwi do samochodu i obsesyjnie o tym myślał, to będę to sprawdzał i sprawdzał. Kiedy niepokój ustępuje, mój mózg uczy się, że po wyjściu z samochodu muszę x razy sprawdzić zamek. To nie jest poczucie kontroli, to próba przejęcia kontroli. Ludzie, którzy kontrolują, są irytujący i jeśli ktokolwiek z czytelników identyfikuje się jako taki, pozwól mi powiedzieć mu: „przestań, zatrzymaj się, zrelaksuj się trochę!”.

A co, jeśli ktoś nadal czuje się przytłoczony? Radzisz, by oddychać, ćwiczyć i uśmiechać się, a nawet zmuszać do uśmiechania. Jak zmuszanie się do uśmiechu ma rozwiązywać problemy?
Nic nie mówiłem o rozwiązywaniu problemów. Zalecam uśmiech, aby pomóc ludziom uspokoić się w obliczu stresu. Istnieją pewne rzeczywiste problemy i żadna doza oddechu ani uśmiechu nie zrobi nic, aby je rozwiązać. Wymuszanie uśmiechu uczy mózg czucia się szczęśliwym, co nie jest niczym innym jak uczeniem mózgu, jak chodzić na siłownię.

A mówię to z tym większą pewnością, że jedyną rzeczą, którą udaje mi się robić dobrze przez całe życie, jest rozśmieszanie ludzi. Neuronauka nie była moim powołaniem, zainteresowałem się nią przez przypadek na studiach. A kiedy zacząłem występować jako stand-uper, od razu poczułem się, jakbym odnalazł swoje powołanie. Zrobiłem doktorat i jednocześnie zyskałem trochę rozgłosu jako komik, co zaowocowało możliwością wygłoszenia serii zabawnych wykładów na psychologiczne tematy.

Kiedy ostatnio uratowało cię poczucie humoru?
Podczas pandemii moje występy zostały zredukowane do zera. Biorąc pod uwagę, że tak zarabiam na życie, można to uznać za uzasadnioną przyczynę stresu. Mam dużo wolnego czasu, więc zacząłem pracować na pół etatu jako kierowca autobusu w małej firmie. Niedawno pewien pasażer nawiązał ze mną rozmowę. Powiedziałem mu, kim jestem i co robiłem przed pandemią, a on wydawał się zszokowany. Odpowiedziałem: „Widzisz, a ludzie pytają mnie, co możesz zrobić po doktoracie z psychologii. Prowadzić autobus!”. Jestem więc psychologiem, komikiem, piszę książki i kieruję autobusem. No dobrze, może to nie było szalenie zabawne, ale jeśli nie będziemy umieli znaleźć humoru w tych absurdalnych czasach, to kiedy?

Brian King, dr psychologii, neurobadacz, autor książek, wykładowca, od ponad 10 lat występuje jako komik, drbrianking.blogspot.com.

Polecamy książkę: „Na luzie. Jak sobie radzić ze stresem i nie zamartwiać się na zapas”, Brian King, wyd. Marginesy.Polecamy książkę: „Na luzie. Jak sobie radzić ze stresem i nie zamartwiać się na zapas”, Brian King, wyd. Marginesy.