1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pieniądze szczęścia nie dają. Czy masz zdrowy stosunek do pieniędzy?

Pieniądze szczęścia nie dają. Czy masz zdrowy stosunek do pieniędzy?

Musimy pamiętać, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. (Ilustracja: iStock)
Musimy pamiętać, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. (Ilustracja: iStock)
Dają wolność czy zniewalają? Stwarzają możliwości czy ograniczają? Oddzielają od innych czy łączą z nimi? Dają szczęście? Warto o nie zabiegać? Nasza relacja z pieniędzmi odzwierciedla to, kim myślimy, że jesteśmy.

Iwona Pochitonow, projektantka mody, pięć lat temu, po 28 latach działalności, zamknęła firmę, ponieważ „przestała kochać to robić”. Projekty jej kobiecych sukienek, żakietów, spodni, kostiumów i płaszczy modelki prezentowały na okładkach kobiecych pism, także „Zwierciadła”. „Byłam bogata” – mówi Iwona. Wybudowała duży dom pod Warszawą w otulinie starych drzew, podróżowała. Teraz sama tworzy naturalne mydła i kremy. Nie chce już firmy. Żyje za grosze w porównaniu z tym, ile zarabiała jeszcze kilka lat temu. Kiedyś uwielbiała rzeczy, zakupy, piękne przedmioty przywożone z zagranicy. Dziś – jak mówi – nie potrzebuje już ani rzeczy, ani nowych ubrań. Jest szczęśliwa, żyć nie umierać. Zawsze już będzie „podążać za radością”.

Iza Pawelec, aktorka z Wrocławia, przez dziesięć lat przebijała się w branży – rólki w teatrze, rólki w filmach, chałtury w reklamie. „Ledwo spinałam budżet” – mówi. W tym zawodzie trzeba o siebie dbać. Gdy opłaciła czynsz za wynajmowane mieszkanie, reszta wystarczała na masażystę, dietetyczkę, kosmetyczkę, fryzjerkę. Trochę ekojedzenia i po pieniądzach. Wakacje u znajomych na Mazurach. „Trochę głupio to przyznać – Iza zawiesza głos – ale odżyłam, gdy bogato wyszłam za mąż. Jakie możliwości dają pieniądze! Lepiej być bogatą”. Dwóm siostrzenicom opłaca prywatne studia. Chorej na serce mamie leczenie w dobrej klinice. Wakacje, gdy nie trzeba myśleć o pieniądzach, mają znaczenie dla dobrego samopoczucia. I tak dalej, i tak dalej.

Dają wolność czy zniewalają? Stwarzają możliwości czy ograniczają? Oddzielają od innych czy łączą z nimi? Dają szczęście? Podobno tylko szczęśliwym. Ale chcemy sprawdzić. Podobno nie dają szczęścia, ale – jak mawiała Marilyn Monroe – zakupy owszem. To też chcemy sprawdzić.

Warto o nie zabiegać? A co na to badania? Zdarza się, że wyniki badań się wykluczają. Jedne mówią o tym, że najszczęśliwsi są mieszkańcy krajów najbiedniejszych. Inne, że wręcz przeciwnie – największe zadowolenie z życia zgłaszają mieszkańcy zamożnych krajów Europy. Jeszcze inne badania pokazują, że nasze dobre samopoczucie nie rośnie wraz ze wzrostem dochodów. Jeśli mamy środki na podstawowe potrzeby (jedzenie, dach nad głową), to zdobycie pieniędzy na większy dom, lepszy samochód czy droższe wakacje nie spowoduje wzrostu naszego poczucia szczęścia.

Niezmiennie zdumiewają badania dotyczące ludzi, którzy wygrali duże sumy na loterii. Wyniki są zawsze takie same: w przeciągu kilku miesięcy ludzie ci tracą miliony, przegrywają w kasynie, wpadają w uzależnienie od alkoholu i narkotyków, a nawet popełniają samobójstwo. Publicznie żałują wygranej. Mówią nawet, że to był najgorszy dzień w ich życiu! Chcieliby wygrać może dwa tysiące euro, ale nie dwa miliony!

Energia, którą reprezentują pieniądze, jest mocna, ale i subtelna, może wzmocnić, ale może też zabić. Z całą pewnością uwrażliwienie na nią, przyjmowanie jej i oswajanie wymaga świadomości. Świadomości czego? Przede wszystkim tego, że pieniądze nie mają żadnej wartości, żadnej energii, dopóki to my sami nie zdecydujemy, jakie znaczenie im nadamy. Bez udziału naszej świadomości to tylko kawałki papieru. Badacze rozwoju świadomości zwracają uwagę, że dobra moda na minimalizm i proste życie sprawiają, iż nasza relacja z pieniędzmi także się zmienia. Przechodzimy niezwykły, czasem burzliwy i chaotyczny proces przemiany. Coraz wyraźniej widzimy, że pożądanie rzeczy, aby uśmierzyć wewnętrzny ból i pustkę, ten ból dodatkowo pogłębia. Używając pieniędzy do wzmacniania własnej pozycji i wizerunku, paradoksalnie osłabiamy siebie. Widać to jasno wtedy, gdy odkrywamy, że posiadanie nie daje nam radości ani wolności. Jesteśmy znużeni, zmęczeni i wypaleni.

Na naszych oczach i w głębi nas rodzi się nowe. Nowa świadomość. Nowa era pieniądza – jak nazywa te zmiany Mayuri Onerheim, autorka książki „Pieniądze. Duchowość. Świadomość...”, jeszcze do niedawna główna księgowa światowych korporacji. Relacja z pieniędzmi dla wielu z nas staje się fascynującym źródłem nowego sposobu życia. Ten nowy sposób to zupełnie inna perspektywa, inna narracja. Przeczuwamy, a niektórzy z nas już to wiedzą, że istnieje całkowicie inny sposób doświadczania pieniędzy niż do tej pory; że ich zarabianie i wydawanie nie musi łączyć się z bólem i lękiem. Że możemy puścić w ruch inny taniec energii – pieniędzy i miłości.

Zaczynamy od świadomości obfitości poza pieniędzmi. Jak pisze Onerheim: Jeden kwiat wystarczy. A czy to ważne, gdzie rośnie ten kwiat – w twoim ogrodzie czy w ogrodzie sąsiada? Nie posiadasz gwiazd, a przecież możesz się cieszyć ich widokiem. Nie posiadasz ptaków szybujących, a przecież cieszy cię ich śpiew. Nie potrzebujesz więcej rzeczy. Potrzebujesz większej wrażliwości, większej uważności na piękno wokół, uszu bardziej wyczulonych na muzykę, oczu artysty. Potrzebujesz wyobraźni, która przemienia wszystko w coś istotnego i znaczącego. Jesteś już bogata. Dostałaś już to, czego potrzebujesz. Niech to się rozwija, a wszystko, co masz w świecie zewnętrznym, okaże się wystarczające.

Świadomość obfitości to też świadomość naszych wewnętrznych skarbów: spokoju, pogody ducha, pokory, prawdomówności, odwagi. I bogactwa natury. Rzadko na co dzień zdajemy sobie sprawę z tego, że na Ziemi jest więcej jedzenia, niż kiedykolwiek mogłyby spożyć zamieszkujące ją istoty. Słońce wytwarza więcej energii, niż Ziemia mogłaby kiedykolwiek zużyć. Gdy powstawało nasze życie, miliony plemników wyruszyły w drogę, by zapłodnić jedno z tysiąca jaj czekających na to w organizmie naszej matki od chwili jej narodzin. Zadaniem wiśni jest, by w trakcie swojego życia dać początek dwóm kolejnym drzewom wiśniowym. W tym celu rodzi ona każdej wiosny tysiące kwiatów, a w ciągu lata – tysiące owoców, ciesząc tym nasze oczy oraz dając pokarm tysiącom owadów i ptaków. To tylko niewielkie przykłady bogactwa życia wokół nas, przepychu i luksusu, w którym żyjemy i którym jesteśmy jako część natury.

Pieniądze mogą się stać częścią tego obfitego świata. Kiedy połączymy je z sercem, zechcemy wydawać je na wszystko, co wzmacnia i wspiera życie. Poczujemy, że dzięki nim współtworzymy rzeczywistość, że mamy wpływ. W nowej erze pieniędzy wiemy już, że nasze decyzje i wybory naprawdę tworzą nasz świat. Wyobraźmy sobie, jak zmieniłoby się życie nas wszystkich, gdybyśmy widzieli i odczuwali ten przepływ.

To już się dzieje – na naszych oczach i w głębi nas. Ten duchowy – bo powiązany z miłością do życia – stosunek do pieniędzy idzie w parze ze świadomością, w jaki sposób zarabiamy, wydajemy i inwestujemy pieniądze. Klarowność i przejrzystość naszych transakcji finansowych wzmacnia nas i czyni wolnymi – tu badania są zgodne. Także w tym, że wszelkie długi działają obciążająco na naszą psychikę, ograniczają swobodę wyboru, kreatywność i szersze spojrzenie na spektrum życiowych możliwości.

Obserwując nasz stosunek do pieniędzy, nasze myśli i emocje z nimi związane, a także proces zarabiania i wydawania, stajemy się świadomi. Od tej chwili to my decydujemy, co dzieje się w naszym finansowym imperium.

Wdzięczność jest początkiem prawa wzrostu i tworzenia. To, za co dziękujemy dziś, będzie pomnożone jutro. Jeśli mamy w kieszeni kilka złotych i ucieszymy się z nich, życie je pomnoży. Jeśli natomiast obrazimy się na sytuację i będziemy opowiadać wszystkim naokoło, czego nam brakuje, ten brak będzie się powiększał. Wdzięczność pozwala cieszyć się tym, co już stworzyliśmy dla siebie, ucisza obawy i lęki, a nawet – w miarę praktykowania wdzięczności – całkowicie z nich wyzwala.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Pieniądze między nami - co mówi o naszych relacjach stosunek do pieniędzy?

Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Żeby uniknąć poważnych konfliktów możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. (Fot. iStock)
Kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że dokonuje zemsty. Tak jak mężczyzna, który traktuje pieniądze jako narzędzie władzy i dominacji. Co tak naprawdę dzieje się między nami? Co mówi o nas i o naszych relacjach stosunek do pieniędzy – tłumaczy psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Kłócimy się w parach głównie o pieniądze, seks i dzieci. Badania pokazują, że najczęściej o pieniądze.
Te kłótnie rzadko dotyczą samych pieniędzy. Pokazują napięcia i konflikty w relacji.

Jestem zła, bo nie zachwycasz się mną, więc będę suszyć ci głowę, że na nic nie starcza pieniędzy…
Gorzej: będę się mścić, uprzykrzę ci życie. Wyobraźmy sobie parę: on zarabia, ona wychowuje małe dzieci, dba o dom. On jest przepracowany, wraca późno. Może ma problemy z szefem. Przestaje zauważać i doceniać kobietę, jej starania, jej piękno. W pierwszych latach związku, gdy byli ze sobą blisko, czule, gdy zaspokajali nawzajem swoje potrzeby, pieniądze nie stanowiły żadnej kwestii; sprawnie ustalali, na co je przeznaczyć. Teraz to się zmienia. Kobieta widzi, że mężczyzna jest bierny, nie stara się. Próbuje więc – nieświadomie – zwrócić jego uwagę poprzez to, że wydaje j e g o pieniądze. Dużo wydaje, robi – jak to się fachowo mówi – niezbilansowane zakupy. Produkty tylko z górnej półki, luksusowe i dużo.

Ma satysfakcję!
Niejako wydobywa w taki sposób coś dla siebie, przynajmniej tyle zyskuje. „Jak ty jesteś taki, to ja wydam wszystkie pieniądze, wyczyszczę konto i teraz się martw, jesteś facetem, prowadzisz firmę, poradź sobie”. On orientuje się, że konto pustoszeje. To dla niego stres, zmartwienia. „Jesteś rozrzutna i nie mogę ci ufać!” Tak nakręca się spirala przemocy, biernej agresji, uprzykrzania sobie życia.

Często to mężczyzna nie może dobić się o uwagę, troskę i czułość.
I gdy nie dostaje tego, czego chce, wprowadza restrykcje, wycofuje finansowanie. Szybko znajduje racjonalne wyjaśnienie: w tym miesiącu nie mam na te wydatki, nie możesz tego kupić. To rodzaj kary, ponieważ jest zły, rozżalony.

Za co?
Często za brak seksu. To bardzo niebezpieczna sytuacja, ponieważ przeradza się w relacji w płatny seks: „Dasz, to i ja dam!”. Karanie za pomocą pieniędzy to forma rozliczenia, wyrównania. Nie mówię, o co mi chodzi, nie poruszam tego, co kluczowe, za to dokonuję rozliczenia na poziomie finansowym. „Jesteś skąpy!” „A ty nie liczysz się z pieniędzmi!” Karanie to nie wprost wyrażona złość.

„Ja zarabiam, więc ja decyduję o wydatkach!”. Kolejny przejaw dominacji i władzy.
Podkreślanie: „Nie zarabiasz, nie masz pieniędzy, chyba że ci dam”. Nieznoszące sprzeciwu stwierdzenia: „Będę ci przekazywał pewne sumy, a ty będziesz się rozliczać”. To, oczywiście, poważne nadużycie w sytuacji, gdy kobieta zajmuje się dziećmi i zarządza firmą, jaką jest dom, czyli ciężko pracuje. Mężczyźni, którzy utrzymują rodzinę, często zwalniają siebie z jakichkolwiek domowych obowiązków. To kolejne nadużycie. Najczęściej nie mają pojęcia, ile czasu i energii wymagają ogarnięcie rodzinnych wątków, organizacja różnych zadań, zarządzanie czasem, troska o dom i rodzinę. Wielu takich mężczyzn chce decydować, jak ma wyglądać życie rodzinne, jak powinna funkcjonować żona, co ma kupować, a czego nie.

Taka przemoc zdarza się niejednokrotnie także wtedy, gdy i kobieta zarabia. Mężczyzna w dalszym ciągu zarządza, decyduje…
To wszystko informacje na temat ich relacji. Ostatnio pracowałem z małżeństwem, które walczyło ze sobą o to, jakie przywileje powinny przysługiwać z racji zarobków. Oboje zarabiali dużo, ona bardzo dużo, trzykrotnie więcej od męża. A więc nie musieli walczyć o przetrwanie, a jednak walczyli ze sobą. Pieniądze były tylko widocznym przejawem głębszych konfliktów, niezaspokojonych potrzeb i frustracji.

Wtedy wyraźnie widać, że walka o pieniądze to strata czasu, właściwie pogłębia konflikty. Nie jesteśmy tego świadomi?
Tak, kobieta, która przekracza budżet, czyści konto, nie jest do końca świadoma, że tak naprawdę dokonuje zemsty. Albo chce w ten sposób pozyskać uwagę mężczyzny. Co tak naprawdę dzieje się między nami? O co nam chodzi, gdy wykorzystujemy pieniądze do dominacji czy karania? Bez tej świadomości sprawy bardzo się komplikują, coraz trudniej o otwarte rozmowy. „Jesteś jak twoja matka!” „Wszyscy faceci są tacy sami!” Równia pochyła.

Istnieje – jak się wydaje – podstawowa kwestia dotycząca przyczyn nieporozumień wokół pieniędzy. To wzorce wyniesione z domów rodzinnych. Pochodzimy z różnych środowisk. Doświadczenia naszych rodziców, dziadków i poprzednich pokoleń mają na nas ogromny wpływ. Jak ten wpływ rozpoznać?
Przede wszystkim słuchać. Jakich metafor używa partner, partnerka? Co mówią o pieniądzach? Pieniądze nie rosną na drzewach? Nie leżą na ulicy? Pieniądze szczęścia nie dają? Nie ma sensu oszczędzać, trzeba wydawać, bo tracą wartość? Żaden pieniądz nie śmierdzi? Masz pieniądze, masz szacunek? Za pieniądze kupisz wszystko?

To są mocno wdrukowane programy, których najczęściej nie jesteśmy świadomi. A jednak działają. Często działają bezwzględnie precyzyjnie. Jeśli mężczyzna jest przekonany, że pieniądze zdobywa się ogromnym wysiłkiem i wyrzeczeniem, będzie stale napięty w relacji z nimi.

A gdy zwiąże się z kobietą, która ma gest, jest spontaniczna i wyznaje zasadę „raz się żyje”, problemy gotowe.
Albo on lubi mieć oszczędności, planuje, nie wydaje na głupoty. A ona kocha życie, podróże, zakupy… Mają odmienną filozofię życia. „Pieniądze są po to, aby przetrwać” kontra „pieniądze służą radości, celebrowaniu obfitości”.

Co z tym robić?
Rozmawiać, rozmawiać, rozmawiać. Jakie wzorce wynieśliśmy z domu rodzinnego? Jaką wartość przypisywano pieniądzom? Mają znaczenie wszelkie pokoleniowe doświadczenia, upadłości majątkowe, nietrafione inwestycje, wyłudzenia, bankructwa, kradzieże, przegrane w grach losowych, finansowe walki w rodzinie. Te wszystkie wstydliwie ukrywane historie rzutują na nasz stosunek do pieniędzy. Kiedy o nich mówimy, poznajemy tło dziedziczonych przekonań. Łatwiej wtedy zrozumieć zachowania, reakcje, emocje. Łatwiej zrozumieć, że nasze zachowania niekoniecznie są wynikiem głupoty czy złośliwości, ale uwarunkowań. Świadomość rozświetla ciemności umysłu. To, co uświadomione, możemy zmienić, jak mówią psychoterapeuci: odkryć programy, a potem je zaktualizować.

Najlepiej, gdybyśmy takie rozmowy prowadzili już wtedy, gdy decydujemy się być razem.

Mocno nieromantyczne…
Unikamy w ten sposób wielu rozczarowań. Możemy pytać siebie nawzajem, jakie miejsce w hierarchii naszych wartości zajmują pieniądze. Im szybciej takie pytanie się pojawi, tym lepiej. Może się okazać, że dla niego pieniądze są zbyt ważne. Albo ma problem z rozstawaniem się z nimi, co wróży, że będzie w rodzinie finansowym tyranem. Kobieta z kolei może mieć w stosunku do partnera bardzo wyśrubowane wymagania. Gdy mężczyzna to wie, może zadać sobie pytanie, czy da radę sprostać tym oczekiwaniom. Jeśli w związku z takimi odkryciami pojawia się w nas niepokój, może sygnalizować nieporozumienia i problemy w przyszłości. Już na starcie mogą więc pojawić się rozbieżności. W jaki sposób poradzimy sobie z nimi? Intuicyjnie dobieramy się tak, żeby się porozumieć. Jednak nie zawsze to się udaje. A wtedy dochodzi do dramatycznych sytuacji w kwestii na przykład podziału majątku; sprawy w sądach, dzieci wzywane na świadków. Mnóstwo cierpienia.

Osobne konta. Albo jedno wspólne obsługujące rodzinny budżet, a nadwyżka finansowa na dwóch indywidualnych – do jej i jego wyłącznej dyspozycji. Takie mamy w parach pomysły na unikanie finansowych nieporozumień.
Dobrze sprawdzać, co w naszym przypadku działa. Z mojego terapeutycznego doświadczenia wynika, że najwięcej szkody robi nielojalność, ukrywanie, niekonsultowanie decyzji finansowych. Na przykład mąż wyprowadza z rodzinnej firmy dużą sumę pieniędzy na realizację nowego projektu. Nie uzgadnia tego z żoną. Projekt przepada, co mocno podkopuje finanse firmy. Ale co gorsze – podkopuje zaufanie w relacji, kobieta czuje się – co zrozumiałe – pominięta, zlekceważona. Zastanawia się, co dalej z małżeństwem, ponieważ przestała czuć się bezpiecznie.

Inny przykład: mężczyzna pożyczył bratu dużą kwotę pieniędzy bez konsultacji z partnerką. Brat nie oddaje, przeciąga spłatę, kłamie, lawiruje. „Problemy finansowe brata są dla ciebie ważniejsze niż naszej rodziny” – mówi rozżalona kobieta. Mężczyzna tłumaczy, że czuje się zobowiązany…

…że trzeba sobie pomagać, że było mu niezręcznie odmówić. Wszyscy chyba, niestety, znamy te uwikłania.
Kobieta mówi: „Rozumiem, że znalazłeś się w trudnym położeniu, tym bardziej trzeba było mi powiedzieć, zapytać”. Ta, wydawałoby się z początku, drobna nielojalność położyła się cieniem na relacji tej pary. W kwestii pieniędzy – jak w każdej innej – potrzebujemy być ze sobą szczerzy, uczciwi, otwarci i odpowiedzialni. Bo tylko w ten sposób możemy zbudować mocną, pełną zaufania więź.

Rozmawiamy o pieniądzach

  • Co najmniej raz w tygodniu znajdźmy czas, aby omówić bieżące sprawy finansowe, zaplanować wydatki, oszczędności, inwestycje,
  • Niech to będzie przyjemny czas – zaplanujmy go przy kawie, gdy już dzieci pójdą spać, czy w niedzielny poranek,
  • Nie obawiajmy się mówić, co myślimy o pieniądzach w ogóle; o ich wydawaniu i oszczędzaniu oraz o swoich marzeniach,
  • Im częściej będziemy dyskutować na temat pieniędzy, tym te rozmowy staną się przyjemniejsze i tym łatwiej będzie nam podejmować finansowe decyzje,
  • Wkrótce zauważymy, że rozmawiając o finansach, zbliżamy się do siebie, coraz lepiej siebie rozumiemy, uczymy się współpracować i dbać o przyszłość.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą.

  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Radość – dlaczego często się jej obawiamy?

Choć jest jednym z najbardziej pożądanych uczuć, nie zawsze dajemy jej dojść do głosu... (fot. iStock)
Choć jest jednym z najbardziej pożądanych uczuć, nie zawsze dajemy jej dojść do głosu... (fot. iStock)
Rozwijamy się poprzez ból i cierpienie. To prawda. Ale także poprzez radość, zachwyt i wdzięczność. Wnieść radość do rozpaczy – oto sztuka życia!

„Tata usiadł z nami i powiedział, że jego wspólnik uciekł z całą gotówką i nie wiadomo, skąd teraz brać pieniądze na życie”, opowiadał Leo F. Buscaglia, charyzmatyczny pisarz i wykładowca University of Southern California, w swojej książce „Radość życia”. Mama Leo miała zwariowane pomysły. Ta sytuacja ją rozśmieszyła. „Tata był na nią wściekły! A ona śmiała się do łez. I wiecie, co zrobiła? Przygotowała taki bankiet, jakbyśmy wyprawiali chrzciny albo wesele. Zakąski, makaron, cielęcina, wszystko! Tata spytał: »Mój Boże, a to co?!«. A mama na to: »Wydałam wszystkie nasze pieniądze. Radość jest nam potrzebna właśnie teraz, a nie w przyszłości. Teraz jest czas na to, by się cieszyć. Zamknij się i jedz!«. Zasiedliśmy do stołu. To było całe lata temu, ale mówię wam, nigdy nie zapomnę tej kolacji. Kolacja Mamy w Dniu Niedoli. I wiecie co? Przetrwaliśmy! Papa dożył 86 lat”.

Wnieść radość do rozpaczy – oto sztuka życia! Laureatka Kryształowych Zwierciadeł Agnieszka Glińska powiedziała kiedyś, odbierając nagrodę, że zrobiła spektakl o Pippi Pończoszance, żeby sprawdzić, czy w tym świecie możliwa jest jeszcze radość życia. W świecie giełdowego krachu, przemocy, biedy, korupcji i czego tam jeszcze chcemy. Jawnie i otwarcie cieszyć się z siebie jest „najgorszą” rzeczą, którą można zrobić, bo przecież uczono nas, że w swej istocie jesteśmy biedni i niewiele warci, mówi i pisze Marshall B. Rosenberg, światowy lider w rozwiązywaniu konfliktów metodą porozumienia bez przemocy. Jednak bez świętowania siebie i delektowania się życiem bez względu na okoliczności nie przetrwamy. Naprawdę nie damy rady.

Z czego się cieszyć?

Badania pokazały, że 90 procent tego, czym się zamartwiamy, nigdy się nie zdarza. A jednak wciąż się martwimy. Iza Sznajder, psycholożka, która pracuje z kobietami, autorka książki „Kobieta, księżyc i czerwona sukienka”, mówiła mi: „Boimy się cieszyć. Jakby radość była czymś niestosownym, a nawet zakazanym. W kobiecych ciałach jest mnóstwo radości, która pragnie być wyrażona. Jestem przekonana, że światu potrzebna jest nasza radość”. Gdy Rosenberg pyta ludzi, dlaczego nie wyrażają radości, nie świętują życia, mówią, że nie robią tego, bo to niezręczne i krępujące. To niestosowne pytanie: „Czy cieszysz się z tego, że żyjesz?”, zadałam wielu osobom. Usłyszałam, że radość jest nudna i powierzchowna, naiwna i infantylna, za to cierpienie jest głębokie. „Lepiej nie chwalić dnia przed zachodem słońca”. „Po co się cieszyć? Żeby potem cierpieć?”. „Każda radosna sytuacja jest zalążkiem bólu”. „Wolę słuchać o problemach, bo skoro inni też mają źle, to moje życie nie wygląda najgorzej”. Umówiłam się na rozmowę o świętowaniu życia z pewnym biznesmenem, który w środku tygodnia bierze urlop, żeby pojechać do lasu i pozachwycać się drzewami. W ostatniej chwili zrezygnował, nie chcąc sprawiać innym przykrości, gdyby przeczytali, jak bardzo cieszy się z tego, że żyje. Buscaglia pisze: Ludzie są zawzięci w tej kwestii: „Nie ośmielaj się być zadowolony!”. Ależ ośmielmy się. Choć na chwilę.

Oczywiście, że ryzykujesz

Radość to życie, a apatia – śmierć. Albo żyjesz, albo jesteś martwy, pisze Buscaglia. Możesz wybrać radość. Albo rezygnację. Cytuje Kazantzakisa, autora „Greka Zorby”: „Masz pędzel i farby. Namaluj swój raj i wskakuj do środka”. Pisze też, że zawsze, gdy wybieramy życie zamiast apatii i rezygnacji, ryzykujemy. Śmiejąc się, ryzykujemy, że możemy się wydać płytkie i głupie. Za to nigdy nie będziemy umierały z nudów. Okazując uczucia, ryzykujemy, że okażemy się tylko ludźmi. Jednak dopiero wtedy będzie można nas pokochać; trudno kochać doskonałość. Mówiąc innym o swoich pomysłach i marzeniach, ryzykujemy, że ludzie nas odrzucą. No cóż, nie można być kochanym przez wszystkich. Kochając, ryzykujemy, że nasza miłość nie będzie odwzajemniona. Jednak sama miłość jest największą wartością. Mając nadzieję, ryzykujemy rozpacz, a próbując, ryzykujemy porażkę. Jednak ten, kto niczego nie ryzykuje, niczego nie robi. Może uniknie bólu, ale nie będzie się rozwijać, nie będzie kochać.

A co na to badacze? Mihály Csíkszentmihályi, profesor psychologii na Uniwersytecie w Chicago, pisał w swoich książkach (m.in. „Przepływ”, „Urok codzienności”), że jakość naszego życia nie zależy od samego szczęścia, ale od tego, co robimy, by być szczęśliwi. Bez radości, bez marzeń, bez ryzyka ludzka egzystencja staje się tylko namiastką życia. Wyjaśnia także, że smutek, strach i nuda wywołują w umyśle zjawisko, które nazwać by można entropią psychiczną, powodują stan niezdolności do efektywnego skupienia uwagi na wykonywanych zadaniach. Radość natomiast jest motorem negentropii psychicznej; gdy czujemy się radośni i ożywieni, możemy całą energię spożytkować na realizację dowolnego pomysłu.

Howard S. Friedman, profesor psychologii i profilaktyki zdrowotnej na Uniwersytecie Kalifornijskim, prowadził wieloletnie badania nad związkami między osobowością, emocjami a zdrowiem. W „Uzdrawiającej osobowości” pisze o tym, że w naszej kulturze nie doceniamy siły samoleczenia. Tkwi ona w radości i afirmacji życia. Radość życia jest najistotniejszym aspektem samouzdrawiającej osobowości – pisze Friedman. Słowo „entuzjazm” oznacza „ogarnięcie boskim duchem”. Osoby pełne entuzjazmu są szczęśliwe i wrażliwe, pomagają innym, uśmiechają się naturalnie i utrzymują dobry kontakt wzrokowy. Są spontaniczne, wymieniają z ludźmi uściski, troszczą się o nich.

Wpływowy psycholog Carl Rogers był pierwszym, który zwrócił uwagę środowiska naukowego na znaczenie rozwoju osobistego w sposobie doświadczania i przeżywania wydarzeń. Rogers uważał, że we wnętrzu każdej osoby tkwi potencjał radości z faktu istnienia, potencjał prawdziwego „ja”. Jego odkrywanie zasadniczo zmienia nasz stosunek do nas samych i otaczającego świata. Odkrywamy ten potencjał, gdy decydujemy się na wyrażenie wdzięczności. Marshall Rosenberg opowiada, w jaki sposób do swojej pracy włączył radość. Prowadził zajęcia dla kobiet i ze zdumieniem zauważył, że co jakiś czas one prosiły o przerwę, aby wyrazić sobie nawzajem wdzięczność i wspólnie świętować. Kilka razy dziennie! Miały taki stały rytuał w trakcie pracy grupowej. Patrzył i myślał: „Kobiety!”. Zrozumiał, że energia, z którą do tej pory próbował zmieniać świat, napawa ludzi lękiem, zamiast ich wspierać. Kobiety nauczyły go, jak nie zapominając o światowych horrorach, pamiętać o pełni życia.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Biohacking – na czym to polega?

Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking polega na hakowaniu, czyli modyfikowaniu biologii ludzkiego organizmu. Tak jak hakerzy hakują komputery, czyli modyfikują ich oprogramowanie, biohakerzy hakują biologię swoich organizmów.

Sposób pojmowania biohakera biologii swojego ciała cechuje myślenie systemowe, wywodzące się z cybernetyki, które polega na analizie i obserwacji wzajemnego oddziaływania na siebie różnych systemów. Biohakerzy przyglądają się między innymi temu, jak działają poszczególne części organizmu jako współdziałające minisystemy. Analizują i obserwują organizm jako system naczyń połączonych, a następnie wprowadzają odpowiednie modyfikacje, aby uzyskać pożądany efekt.

Człowiek funkcjonuje najlepiej, gdy pozostaje w harmonijnym związku ze swoim otoczeniem. Przez myślenie systemowe możemy zrozumieć, w jaki sposób ludzie są zależni od różnych czynników środowiskowych. Biohakerzy z założenia traktują swoje organizmy, jak by były maszynami. A jak wiadomo, maszyny można modyfikować i ulepszać. Gdy odkryjesz, jak coś działa, z łatwością możesz to zmienić. Tak naprawdę w pewien sposób działamy podobnie do maszyn – jesteśmy istotami programowalnymi. Co ważniejsze, jesteśmy jedynymi istotami, które potrafią programować się same. Co oznacza, że każde zachowanie regularnie praktykowane po pewnym czasie staje się automatycznym programem.

Potrafimy ustawiać celowo wymyślone, zautomatyzowane programy, które odpowiadają za wykonywanie nudnych czynności, uwalniając nasz umysł dla innych, bardziej interesujących i kreatywnych zajęć.

Śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu

Osoby obcujące na co dzień z technologią doskonale znają tę regułę. Oznacza ona, że jeśli do poprawnie działającego programu komputerowego wprowadzimy dane niskiej jakości, to w konsekwencji ich przetworzenia program zwróci nam bezwartościowe wnioski lub w ogóle nie będzie w stanie przetworzyć danych i się zawiesi. I dokładnie tak samo jest z naszym organizmem. To, na jakie bodźce go wystawiamy (czynniki środowiskowe), oraz to, co do niego wkładamy, powoduje szereg reakcji biochemicznych, które odpowiadają za to, jak się czujemy, wyglądamy i funkcjonujemy.

Od tego, co wkładasz do swojego organizmu, zależy to:

  • jak się czujesz,
  • ile masz energii,
  • jak zdrowy jesteś,
  • jak wyglądasz,
  • jakie uzyskujesz efekty we wszystkich obszarach życia.

Jeśli jeszcze nie wierzysz mi do końca, to wyobraź sobie, że budzisz się nad ranem półprzytomny po całonocnej imprezie i w takim stanie masz iść na trening, a potem do pracy. Stan biochemiczny twojego organizmu nie pozwoli ci optymalnie myśleć, nie mówiąc już o działaniu i rezultatach.

Chcesz czuć się lepiej? Chcesz mieć więcej energii? Chcesz wyglądać lepiej? Chcesz być szybszy, silniejszy i bardziej wytrzymały? Chcesz regenerować się szybciej? Chcesz zwiększyć swoją odporność na stres? Chcesz nauczyć się zarządzać emocjami? Chcesz mieć szybszy umysł? Lepszą pamięć i koncentrację? Chcesz lepszego seksu? Chcesz stać się efektywniejszym człowiekiem? Zacznij więc optymalizować swoje życie na podstawie skutecznej, potwierdzonej badaniami naukowymi filozofii optymalizacji zdrowia i zwiększania efektywności psychofizycznej.

Jednak zanim to zrobisz, potrzebujesz odpowiedniej wiedzy: w jaki sposób najpierw naprawić, a następne podkręcić wszystkie podzespoły organizmu, aby twoje ciało mogło zacząć pracować na maksymalnych obrotach, umożliwiając ci wykorzystanie pełnego potencjału. Nie mając takiej wiedzy, możesz coś zepsuć i twój organizm przestanie prawidłowo działać. Pamiętaj, wszystkie działania powinny być wykonywane delikatnie i rozważnie, żeby niczego nie uszkodzić.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.