1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Pozwól sobie na łzy!

Pozwól sobie na łzy!

Płacz jest zdrową reakcją emocjonalną; oznacza wrażliwość i pokazuje ludzkie oblicze człowieka. (Fot. iStock)
Płacz jest zdrową reakcją emocjonalną; oznacza wrażliwość i pokazuje ludzkie oblicze człowieka. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Płacz kojarzymy zwykle ze smutkiem lub przygnębieniem, a przecież każdemu z nas nieobce jest wzruszenie ze szczęścia czy zachwytu. Badania potwierdzają, że łzy radości mają inny skład chemiczny niż łzy złości czy żalu, a zupełnie inny mają te, które ronimy, krojąc cebulę. O tym, kiedy płacz jest oczyszczający, a kiedy może zaszkodzić oraz jak zachowywać się, gdy ktoś bliski płacze – z psycholog Agnieszką Malczewską-Gortych.

Płacz kojarzymy zwykle ze smutkiem lub przygnębieniem, a przecież każdemu z nas nieobce jest wzruszenie ze szczęścia czy zachwytu. Badania potwierdzają, że łzy radości mają inny skład chemiczny niż łzy złości czy żalu, a zupełnie inny mają te, które ronimy, krojąc cebulę. O tym, kiedy płacz jest oczyszczający, a kiedy może zaszkodzić oraz jak zachowywać się, gdy ktoś bliski płacze – z psycholog Agnieszką Malczewską-Gortych rozmawia Julia Wollner. 

Mój terapeuta sprzed lat mawiał: „Gdy płyną łzy, dzieje się coś ważnego". „Coś ważnego” to jednak bardzo pojemna kategoria i zastanawiam się, czy istnieje krótka odpowiedź na pytanie: dlaczego płaczemy? Próbą zwięzłego opisania tego skomplikowanego zjawiska może być to, że płaczemy, bo tego potrzebujemy. Potrzebuje tego nasze ciało, nasz organizm (z płaczem związane są przecież reakcje chemiczne w nim zachodzące), ale potrzebuje też tego nasza dusza, nasza psychika, ta część nas, która poszukuje emocjonalnej równowagi. Łzy pozwalają na rozładowanie stanu napięcia, na odreagowanie stresu, na rodzaj oczyszczenia, jak niektórzy to nazywają. Warto uzmysłowić sobie, że łzy są naszym sprzymierzeńcem. Mają nam pomóc. I pomagają, jeśli potrafimy je przyjąć.

Może byłoby nam łatwiej, gdybyśmy lepiej je rozumieli. Neurologicznie rzecz biorąc, łzy są uruchamiane przez przejście z układu współczulnego do przywspółczulnego. Tak mówią mądre książki. Co to jednak oznacza? W psychologii mówimy o dwuetapowej teorii łez: pobudzenie – równowaga. Jest to przejście od stanu wysokiego napięcia, gdy aktywny jest układ współczulny, do stanu równowagi, zdrowia (aktywność układu przywspółczulnego). Oba układy należą do autonomicznego układu nerwowego, który steruje pracą narządów wewnętrznych bez udziału naszej świadomości. Układ współczulny podnosi aktywność organizmu, a układ przywspółczulny wręcz odwrotnie – działa na organizm rozluźniająco, uspokaja go. To szybkie przejście z układu współczulnego do przywspółczulnego możemy nazwać „odpuszczeniem”; potocznie mówi się też często o poddaniu się. Spowodowane jest ono przez gwałtowny spadek poziomu adrenaliny, co pozwala na równie szybki spadek napięcia ciała. Wtedy też pojawiają się łzy.

Na pewno każdy z nas może odnaleźć w pamięci sytuację, gdy podczas stresującego wydarzenia zachował kontrolę nad emocjami, a płacz pojawił się, gdy było już po wszystkim. Przychodzi mi tu na myśl moja niedawna stłuczka samochodowa. Jechałam z dziećmi. Uderzyłam w tył samochodu przede mną. Pamiętam swoją pełną mobilizację, trzeźwość umysłu, rzeczową rozmowę z poszkodowanym kierowcą, sprawdzanie, czy nic się nie stało synowi i córce. Wypełniłam dokumenty, wykonałam niezbędne telefony, dojechałam z dziećmi z powrotem do domu. I dopiero wtedy zaczęłam płakać. Podobnie dzieje się z maluchami, które gubią się w miejscu publicznym, np. w supermarkecie. Zaczynają szukać rodziców, wydają się napięte, ale raczej nie płaczą. Gdy takie dziecko zobaczy wreszcie któregoś z rodziców, a tym samym poczuje ulgę, że koszmar się skończył, wybucha płaczem. Otoczenie może być zaskoczone, że łzy pojawiają się, gdy problem jest już zażegnany; mówimy wtedy często: „Nie płacz, już po wszystkim”. Tymczasem dziecko przeszło właśnie ze stanu wysokiego napięcia do stanu równowagi, a łzy oznaczają, że wszystko wróciło do normy.

Także my, dorośli, często płaczemy z ulgi, jak również z radości czy złości. Z drugiej strony, wielu z nas automatycznie równa łzy ze smutkiem. Czy nie powinnyśmy podkreślić, że łzy są tak naprawdę emocjonalnie neutralne? Rzeczywiście łzy kojarzymy zwykle z trudnymi emocjami: smutkiem, przygnębieniem, ale każdy z nas płakał też choć raz ze szczęścia, ekscytacji czy wspomnianej ulgi. Płaczemy, ściskając swoich bliskich, którzy wyszli z jakiejś opresji; płaczemy, oglądając wzruszający film czy pod wpływem pięknej, podniosłej muzyki. Amerykańscy naukowcy wzięli pod lupę wszystkie te emocje i orzekli, z czego wynika płacz w chwilach radości. Otóż nasz organizm, nie umiejąc poradzić sobie ze zbyt silnymi emocjami, dąży do odzyskania równowagi i wyrównania ich poziomu. Mówiąc potocznie: organizm potrzebuje „odreagować” nadmiar ekscytacji. Dlatego też łzy nie są tylko oznaką smutku, ale raczej dowodem na to, że organizm chce odzyskać równowagę. Są też wyrazem naszego temperamentu, emocjonalności, otwartości na pewne doświadczenia.

Przeczytałam gdzieś, że łzy u człowieka odgrywają też ważną rolę społeczną i stanowią formę komunikacji niewerbalnej. Brytyjski profesor Michael Trimble, zajmujący się neurologią behawioralną, uważa, że umiejętność płakania rozwinęła się u człowieka w konkretnym momencie: gdy zdał on sobie sprawę, że inni ludzie również cierpią czy odczuwają smutek. Trimble uznaje to za przełomowy okres w ewolucji. Z całą pewnością rozwój ludzkiej świadomości pozwolił na reakcje bardziej złożone niż tylko te konieczne do walki o przetrwanie. Dlatego też, obok komunikacji werbalnej, rozwijała się także komunikacja niewerbalna, w obrębie której sygnałów o naszych emocjach można przekazać i odebrać więcej niż w słowach. Płacz jest właśnie takim sygnałem, komunikatem.

Dla mnie jako psychologa płacz jest też oznaką zaufania, otwartości, gotowości na bliższą relację. Jeśli ktoś decyduje się przy nas zapłakać, możemy wnioskować, że czuje się w naszym towarzystwie bezpiecznie, komfortowo. Dał nam kredyt zaufania, pozwolił zobaczyć się od strony, którą wielu uważa za słabszą. To dlatego zwykle nie płaczemy przed swoim przełożonym czy klientem, ale po trudnym, stresującym dniu w pracy wypłakujemy się żonie, mężowi, przyjaciołom.

Mówisz o ewolucji i od razu zaczęłam zastanawiać się, czy jesteśmy jedynym płaczącym gatunkiem. Co do tego chyba zdania są podzielone, prawda? Wiemy, że zwierzęta mają gruczoły łzowe, służące do nawilżania i ochrony rogówki, jednak wydaje się, że nie płaczą w wyniku reakcji emocjonalnych. To oczywiście nie oznacza, że zwierzęta nie mają uczuć – wiemy doskonale, że przeżywają pewne rzeczy, ale w sposób inny niż ludzie. Naukowcy rzeczywiście uważają, że płacz jest typowo ludzkim zachowaniem, związanym z wyżej niż u zwierząt rozwiniętą aktywnością kory mózgowej. Dlatego w wypadku zwierząt może pojawić się zjawisko łzawienia, np. przy podrażnieniu rogówki, ale nie powiemy wtedy, że zwierzę płacze.

Z drugiej strony istnieją zdjęcia czy opowieści ludzi na temat płaczu zwierząt. W 2013 roku po Internecie krążył film pokazujący słoniątko w rezerwacie dzikich zwierząt w Chinach. Łkało ono przez pięć godzin po tym, jak odrzuciła je własna matka. Wielu z nas pamięta też wideo, na którym widać płaczącego psa leżącego na grobie swojej właścicielki. Wiemy, że zwierzęta odczuwają emocje. Że czują ból, tęsknią, boją się. Być może nie łkają dokładnie jak my, ale cierpią i smucą się po swojemu.

Przyjrzyjmy się ludzkim łzom z punktu widzenia chemicznego. Wiemy już, że płyną z różnych powodów, ale czy łzy smutku i radości mają identyczny skład? Czy można pozbyć się napięcia, na siłę wywołując łzawienie, np. krojąc cebulę? To ciekawe zagadnienie, a skład chemiczny łez został rzeczywiście zbadany. Było to możliwe poprzez wysuszenie łez i zbadanie osadu, który po nich został, pod mikroskopem. Znany jest też eksperyment amerykańskiej fotograf Rose-Lynn Fisher zatytułowany „The Topography of Tears”. Fisher uwieczniła na kliszy ponad 100 próbek wyschniętych łez widzianych w dużym powiększeniu. W zależności od powodu, dla którego płynęły, wyglądały zupełnie inaczej. Skład chemiczny łez – a różnią się głównie ilością hormonów i enzymów – zależy przede wszystkim od przyczyny, z jakiej powstały. Łzy płynące pod wpływem emocji różnią się od łez odruchowych, czyli np. tych, które pojawiają się przy krojeniu cebuli. Te ostatnie nie zawierają substancji przeciwbólowych, takich jak enkefalina (peptyd opioidowy), wykazująca działanie zbliżone do morfiny. Odkryto także, że łzy szczęścia, w porównaniu ze łzami smutku, mają w składzie zdecydowanie mniej hormonu ACTH, który stymuluje korę nadnerczy do wydzielania kortyzolu. Dzięki badaniom naukowym wiemy też, że pod wpływem skrajnych emocji mózg aktywuje pewne gruczoły w okolicy gałki ocznej, które wywołują pojawianie się łez. Łzy zaś zawierają duże ilości oksytocyny – hormonu, który działa jak naturalny środek znieczulający i uspokajający. To dzięki niemu łzy sprawiają, że w wyniku płaczu ciało przechodzi w stan spokoju, równowagi.

Wracając do twojego pomysłu – krojenie cebuli wywołuje zupełnie inną reakcję fizjologiczną niż płacz z powodów emocjonalnych. W momencie krojenia tego warzywa wydziela się związek chemiczny zwany S-tlenkiem triopropanalu, który łączy się z powietrzem i dociera do oczu, pokrywając powierzchnię gałki ocznej. Dlatego też łzawienie pod wpływem krojenia cebuli to nic innego, jak ochrona organizmu przed tą drażniącą substancją – nasze ciało próbuje rozcieńczyć ją łzami. Nie mamy tu przejścia do aktywności układu przywspółczulnego, które przynosi ulgę i równowagę organizmowi. Dlatego płacz nad cebulą nie przyniesie nam żadnej ulgi psychicznej.

Szkoda, bo wiele osób chciałoby zapewne wypłakać się na zapas w zaciszu własnej kuchni. Nastawienie otoczenia do cudzych łez nadal bywa różne, a osobę szlochającą wielu postrzega jako słabą. Czy jest to tylko kwestia kulturowa, czy także biologiczna? W mojej pracy psychologa od lat zauważam, że podejście społeczeństwa do płaczu związane jest ściśle z kulturą, z oczekiwaniami wobec danej płci i z pewną tendencją w wychowywaniu, szczególnie chłopców. Bardzo mocno zaznaczała się ona w pokoleniu naszych rodziców: dziewczynka miała być skromna, pracowita, dbać o dom i mężczyznę. Chłopiec miał być dzielny, zaradny, silny i męski. Dziewczynce wolno było płakać, ale ganiono ją za zbytnią ruchliwość czy niezależność. Chłopcy zaś mieli prawo rozrabiać, być niesforni, jednak ich płacz spotykał się z brakiem aprobaty, a nawet formami wyśmiania, podważenia ich męskości i siły. Wszyscy znamy przecież określenie „beksa” czy stwierdzenie „ale z ciebie baba”. Słyszący je chłopcy zaprzeczali w efekcie swoim emocjom, a niemożność wyrażenia smutku poprzez płacz powodowała reakcje zastępcze, które miały pozwolić rozładować napięcie, czyli przejść z układu współczulnego do przywspółczulnego. Mężczyzna, który nie mógł pozwolić sobie na łzy, wybierał inne możliwości – na przykład agresję.

Fakt, że kobiety płaczą częściej niż mężczyźni – co potwierdzają badania – może mieć także swoją przyczynę w gospodarce hormonalnej obu płci. Prolaktyna, której poziom jest wyższy u kobiet, sprzyja produkcji łez, zaś testosteron – podstawowy męski hormon płciowy – hamuje reakcję płaczu. Jednak także ten aspekt warto rozpatrywać pod kątem kultury, ponieważ są kraje (np. Nigeria, Nepal), w których, ze względu na dużą powściągliwość emocjonalną przyjętą w społeczeństwie, zarówno kobiety, jak i mężczyźni płaczą jednakowo rzadko.

Nie płaczą też często ludzie, którzy chorują na ciężką depresję; uważa się wręcz, że jeśli pacjent potrafi płakać, to znaczy, że nie jest z nim najgorzej. Z drugiej strony nadmierny płacz może być przecież objawem depresji poporodowej, pojawiać się przy stresie pourazowym i u ofiar przemocy. Na pewno niepokojące jest też, jeśli ktoś płacze non stop. Jak się w tym wszystkim połapać?

Temat depresji wymaga dłuższej rozmowy, choćby dlatego, że jest ona zespołem współwystępujących objawów i nie możemy uznać, że u każdego będzie przebiegała tak samo. Jednym z objawów depresji może być przygnębienie, ale nie jest ono równoznaczne ze smutkiem. Osobie w ciężkiej depresji bliżej raczej do niemożności odczuwania emocji. Taka osoba rzeczywiście nie może płakać. Pacjenci depresyjni mówią często, że czują się jak za szklaną szybą, jakby nie żyli naprawdę, a jedynie oglądali to, co się dzieje wokół nich, na ekranie. W ciężkiej depresji nie czujesz już nic. To wtedy pojawiają się często myśli samobójcze.

Innym objawem depresji, dystymii, ale też zachowań posttraumatycznych i innych trudnych przeżyć jest właśnie nadmierna płaczliwość. Tego typu płacz nie przynosi ukojenia, nie doprowadza do równowagi organizmu. I jeden, i drugi przypadek wymaga interwencji specjalisty: warto skonsultować się z lekarzem psychiatrą, aby zdiagnozować objawy i określić możliwości leczenia. Dobrze jest także skorzystać z pomocy doświadczonego psychoterapeuty.

Czyli długotrwały płacz wpływa na samopoczucie negatywnie, ale częściej jest zdrowy, pozwala się oczyścić i poczuć lepiej? Nasza rozmowa dała już kilka odpowiedzi na pytanie, czy płacz pomaga. Wiemy, że najczęściej tak. Sami tego doświadczamy. Płacz ma właściwości terapeutyczne, jest pomocny, jest też naturalną reakcją emocjonalną.

Jednak wiele badań wskazuje, że wpływ na to, czy łzy będą przynosić ulgę i spokój, mają dwa czynniki: przyczyna płaczu oraz, mówiąc krótko, towarzystwo w trakcie płaczu. Płacz może przynieść nam ulgę, gdy pojawi się w obecności kogoś bliskiego; osoby, która nas wesprze, zrozumie, doda otuchy. Rozpłakanie się w otoczeniu nieprzyjaznym pogorszy nasz nastrój. Jedna z klientek opowiadała mi o spotkaniu w szkole, podczas którego miała rozmawiać o agresywnych zachowaniach, jakich rówieśnicy dopuszczali się względem jej dziecka. Ojciec jednego z uczniów nie chciał przyznać, że jego syn może zachowywać się agresywnie, a nawet oskarżał dziecko mojej klientki, że jest sobie winne. W którymś momencie rozpłakała się, a później nie mogła sobie tego darować, bo okazała słabość, a powinna pokazać siłę i stanowczość.

Czasem też to przyczyna płaczu decyduje o tym, czy przyniesie on ukojenie, czy też odwrotnie. Przykładowo, gdy płaczemy, rozpamiętując w kółko jakąś trudną sytuację z przeszłości, wtedy płacz może być obciążający. Jeśli czujemy, że płacz i jego przyczyna wpływają negatywnie na nasze samopoczucie, pogarszają nasz stan psychiczny, warto poszukać profesjonalnej pomocy i przyjrzeć się problemowi bliżej.

Na koniec powiedzmy jeszcze, jak należy zachowywać się, gdy ktoś płacze? Często zaczynamy albo bezpodstawnie pocieszać, powtarzać, że wszystko będzie dobrze – choć być może nie jest to prawda – albo bagatelizować łzy, stwierdzając, że osoba płacząca nie ma ku nim podstaw. Czy jest jakieś inne, lepsze wyjście? Weźmy prosty przykład – dziecka, które upadło i rozbiło sobie kolano. Rodzic najczęściej mówi: „Nie płacz, nic się nie stało”, zaprzeczając tym samym emocjom dziecka. Zwykle nie jesteśmy świadomi, że, używając takich słów, próbujemy pomóc nie płaczącemu, ale sobie, najwyraźniej obawiając się cudzych łez. Jeśli zrozumiemy, że płacz przynosi ulgę, pozwala osiągnąć równowagę, działa uspokajająco i przeciwbólowo – zrozumiemy też, że jest potrzebny i pomocny. Że jest naszym sprzymierzeńcem.

W pracy psychologa często słyszę od kobiet, że ich partnerzy nie wiedzą, jak zachować się, gdy one płaczą. Zwykle czują się winni lub podenerwowani; nierzadko uciekają. Dzieje się tak dlatego, że mężczyźni podchodzą do życia zadaniowo; gdy widzą bliską osobę we łzach, chcieliby prędko „rozwiązać problem”. Bezradność jest dla nich trudna do zniesienia. Tymczasem większość z nas, gdy płacze, nie oczekuje wcale rozwiązania problemu. Potrzebujemy raczej, by ktoś przy nas był, by pozwolono nam wypłakać się w bezpiecznych warunkach. To dlatego osoby rozpoczynające terapię niejednokrotnie pierwszy raz od lat płaczą właśnie w gabinecie. Czują, że mogą, że ich łzy nie zostaną odebrane jako coś niewłaściwego. Że mają na to przestrzeń i akceptację.

Pamiętam moją własną psychoterapię sprzed lat i pierwsze sesje, podczas których rozpłakiwałam się, a terapeutka cierpliwie czekała, milcząc lub przypominając mi łagodnie, bym oddychała. Pamiętam atmosferę akceptacji i cichej obecności. Gdy mogłam już opanować łkanie i zaczynałam mówić, nie padało powszechne pytanie: „Dlaczego płaczesz?”, ale „O czym myślałaś, co za myśl pozwoliła ci się wypłakać?”. To jest właśnie ta mądra reakcja na cudze łzy. Dziś ja staram się tak reagować na płacz osób, z którymi pracuję. Często podczas rozmowy leją się łzy, a potem pojawiają przeprosiny – ludzie wstydzą się, że nie powstrzymali płaczu, że nie mają kontroli nad swoimi emocjami. Mówię wtedy zawsze, że za płacz się nie przeprasza. Nie jest on grzechem, przestępstwem. Jest zdrową reakcją emocjonalną; oznacza wrażliwość i pokazuje ludzkie oblicze człowieka. Pozwala też rozładować napięcie, zrzucić ciężar z serca. Ja zaś jestem od tego, aby być przy nich, gdy płaczą. Dać im na to bezpieczną przestrzeń i komfort. Milczeć i wspierać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Porozmawiajmy o pogardzie – karty emocji Katarzyny Miller

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. (Ilustracja: Ada Kujawa)
Nic nas tak nie poniża jak nieliczenie się z naszym zdaniem. Nic tak nie podnosi (we własnych oczach) jak traktowanie innych z góry. Nad tym, skąd bierze się w ludziach pogarda i jak jej przeciwdziałać – zastanawiają się Katarzyna Miller i Joanna Olekszyk, odkrywając kolejną kartę emocji.

Pogarda to…

…patrzenie na innych z wyższością, nieliczenie się z ich zdaniem i jawne okazywanie braku szacunku. To także silna niechęć wobec kogoś lub czegoś, wynikająca z przekonania o jego bezwartościowości. Gardzić oznacza pomiatać kimś, lekceważyć, poniżać go i odtrącać. Ale też odwracać się od potrzeb innych, nie starać się ich zrozumieć. To uczucie podszyte jest obojętnością, brakiem empatii i wiary w to, że ktoś inny jest wartościowy i zasługuje na cokolwiek.

Pogarda to patrzenie, ale niewidzenie, słyszenie, ale niesłuchanie, czucie, ale nieodczuwanie emocji innych. To traktowanie ludzi jak powietrze. Pozwala to podnieść iluzoryczne poczucie własnej wartości przez to, że innych traktuje się jak gorszych od siebie. Pogarda prowadzi zazwyczaj do nienawiści, dyskryminacji i wykluczenia osób czy grup społecznych. Ale zdarza się, że wobec cudzej nikczemności nie można już czuć nic oprócz pogardy. Jeśli jednak człowiek odczuwa pogardę wobec siebie samego, to powinien się za to bardzo przeprosić.

Po co nam to uczucie?

Pozwala zwiększyć poczucie własnej wartości – wtedy, gdy mamy je bardzo niskie – podnieść prestiż, dodać sobie znaczenia. Oddziela od prawdziwych emocji, przez co ułatwia manipulowanie innymi i używanie ich do swoich celów, a także manipulowanie sobą. Często zakrywa zaniżone poczucie własnej wartości, ale pozwala też czasem wiedzieć, kogo należy omijać szerokim łukiem.

Zadania:

  • Zastanów się, jak mocne jest twoje poczucie własnej wartości i czy potrzebujesz poniżać innych, aby je podnieść?
  • Jeśli w głębi czujesz się gorszy od innych, pomyśl, skąd to przekonanie. Zastanów się, co pozwoli ci je zmienić?
  • Jak to jest, kiedy empatycznie, całym sobą jesteś w relacji (słuchasz, widzisz, czujesz)? Spróbuj znaleźć się na chwilę w skórze drugiego człowieka i przekonaj się, jak po tym eksperymencie zmieni się wasza relacja.

Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Miłosne IQ – do stworzenia dobrego związku nie wystarczą same uczucia

Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Czy rozum idzie w parze z miłością? Jak najbardziej! Inteligencja jest nam niezbędna w miłosnych związkach. (Fot. iStock)
Bystry umysł i uczuciowość są potrzebne, by wieść szczęśliwe życie we dwójkę. Już dwa wieki temu powiedziała to Jane Austen, autorka powieści opisujących życie angielskiej klasy wyższej. Dzisiaj psychologowie mówią o inteligencji miłosnej. Co to oznacza? Być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym. Czy można się tego nauczyć? Tak.

Szkoda, że umiejętności radzenia sobie z emocjami nie uczymy się w szkole. Nie mamy profesorów od empatii, nie chodzimy na lekcje aktywnego słuchania, nie mówiąc już o wykładach z kochania siebie i akceptacji tego, że nieustannie się zmieniamy. Wiedzę o tym, jak żyć w związku, najczęściej wynosimy z domu rodzinnego i najczęściej z jego ograniczeniami. Tak naprawdę nasza edukacja na temat miłości jest mierna. Ktoś może powiedzieć - wystarczy kochać. Otóż to za mało. Zdaniem znanego amerykańskiego psychoterapeuty Johna Valentisa, specjalizującego się w zagadnieniach związków, w miłości postępujemy jak głupcy. W stanie zakochania decyzję, by z kimś być, podejmujemy z poziomu jedynie serca i bodźców erotycznych. Umysłem i ciałem rządzą wówczas hormony, odpowiedzialne za przedłużenie gatunku. Nawet, gdy uda ci się spotkać bratnią duszę, wiele obiecująca relacja, pełna wspólnych marzeń i szerokich perspektyw, może się skończyć, jeśli nie dysponujesz emocjonalnym know-how. Im więcej miłosnego IQ wniesiesz w swoje życie, tym bardziej silny i znaczący będzie twój związek, tym mniej doznasz bólu i rozczarowań.

Miłość według Valentisa to trójwymiarowa konstrukcja złożona z myśli, emocji i fizycznego pożądania. Składnik intelektualny obejmuje nasze ogólne wyobrażenia o związkach, obraz własnej osoby (w kontekście intymności), oczekiwania wobec partnera. Na tym poziomie posługujemy się rozumem. Tak, on w miłości jest niezbędny. Dzięki uważnemu przyglądaniu się sobie i partnerowi, umiemy zajrzeć pod powierzchnię spraw. Umiejętność zaglądania za fasadę - czy jest nią maska urody, urok pieniędzy czy też fascynująca praca - by dostrzec za nią prawdę o człowieku, to jedna z kwalifikacji osoby inteligentnej w miłości. Być może tego właśnie najtrudniej nauczyć się w związkach.

Składnik emocjonalny to między innymi styl nawiązywania i zrywania więzi uczuciowych. Także lęki związane miłością, bliskością i jej utratą. Emocje przydają głębi i znaczenia temu, czego chcemy. Popychają nas do działania, każą nam się śmiać, wyciskają z oczu łzy. O ile posłużymy się nimi inteligentnie, powiedzą nam co jest dla nas dobre, podszepną niezbędne zmiany. Emocje czynią nas ludźmi.

Składnik fizyczny to erotyczny aspekt związku. Poziom wzajemnego zaangażowania i umiejętność wyrażania pożądania w atmosferze troski i szacunku do drugiej osoby. Jeśli pożądanie ogarnia nas za sprawą uczuć, gotowi jesteśmy na każdy wysiłek, by osiągnąć spełnienie. By pozbyć się wreszcie napięcia między naszymi pragnieniami, a tym co mamy. John Valentis inteligencją miłosną nazywa zbiór postaw i zachowań z tych trzech poziomów. Udowadnia, że można się ich nauczyć. To one uczynią twój związek satysfakcjonującym i wzbogacającym. Dzięki pracy nad inteligencją miłosną, lepiej zrozumiesz kim jesteś i kim są inni. Twoje uczucia staną się intensywniejsze, miłość bardziej bezwarunkowa.

Aby mądrze postępować w związku, trzeba między innymi:

  • umieć rozpoznawać, rozumieć i akceptować własne stany emocjonalne oraz sterować nimi,
  • z empatią podchodzić do nastrojów i uczuć partnera oraz całej jego osobowości,
  • czuć się pod względem emocjonalnym równie komfortowo w kontakcie z partnerem, jak i sobą samym,
  • świadomie kształtować swoje umiejętności komunikacyjne,
  • myśleć i działać odważnie i prostolinijnie,
  • być zuchwałym i nieugiętym, ale również delikatnym i wrażliwym,
  • być szczerym i autentycznym, postępować zgodnie z tym, co myślisz i czujesz,
  • wyeliminować powierzchowne emocje, impulsywne reakcje, ponieważ z uczuciami nie mają one wiele wspólnego.

John Valentis obiecuje, że dzięki inteligencji miłosnej stajesz się bardziej sobą, nie grasz komedii, wyzbywasz się fałszywych pretensji. Twoje życie nabiera celu i sensu, zyskujesz poczucie wartości i godności. Związek osób inteligentnych w miłości cechuje elastyczność, naturalność i spontaniczność. Kobieta i mężczyzna nie trzymają się ściśle sztywnych reguł, ustalających zachowanie każdej strony. Nie przypisują stereotypowych ról płciowych. Ich postawy zmieniają się, lecz jednocześnie zdają sobie oni sprawę z różnic między sobą.

Na podstawie książki „Inteligencja miłosna. Bądź umiejętny w miłości i seksie”, Mary i John Valentis, wyd. Jacek Santorski & Co

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Objawy depresji u mężczyzn – dlaczego trudno im prosić o pomoc?

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny (fot. iStock)
W dobie współczesnych przemian gospodarczych, kulturowych i społecznych Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) alarmuje, że na zaburzenia związane z depresją cierpi ok. 350 mln ludzi na świecie. Depresja staje się powoli jedną z cywilizacyjnych chorób, która dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Mężczyznom jednak trudniej przyznać się, że sobie z czymś nie radzą i zaakceptować własne słabości. Jak wygląda depresja mężczyzn z perspektywy metody Gestalt? - wyjaśnia psychoterapeuta Krzysztof Pawłuszko.

Niestety, pomimo wielu doniesień świadomość społeczna dotycząca depresji i możliwości jej leczenia jest wciąż niewielka. Moje doświadczenie pracy jako terapeuty pokazuje, że zwykle ludzie szukają informacji lub pomocy dopiero w momencie, kiedy oni sami lub ich bliscy zaczynają cierpieć z powodu depresji. Często jest to już głęboki stan powodujący trudności w codziennym funkcjonowaniu i pełnieniu ról społecznych. Wówczas chcą jak najszybciej pozbyć się problemu i wrócić do normalnego trybu życia.

W pracy terapeutycznej z klientami doświadczającymi depresji wielokrotnie miałem wrażenie, że traktują siebie jak samochód, a mnie jak mechanika, oczekując szybkiej naprawy lub recepty na to, jak sami mogą siebie naprawić. Jest to przykład pokazujący, jak bardzo ludzie nie chcą mieć styczności z tym problemem. Dotyczy to w dużej mierze mężczyzn, którym bardzo trudno przyznać się do własnych trudności i sięgnąć po pomoc. A wynika to wyraźnie z kontekstu kulturowo – społecznego.

Od dziecka chłopcom narzucane są zasady i normy (w podejściu Gestalt zwane introjektami), mające na celu przygotowanie do życia w dorosłości. Główny nacisk jest w nich położony na rozwój sfery racjonalnej. Chłopiec ma być przecież w przyszłości głową rodziny. Sfera emocjonalna i cielesna jest przez rodziców skutecznie blokowana, pomijana lub zawstydzana. Chłopcom nie wypada płakać, złościć się czy smucić (choć powoli to się zmienia). Tym bardziej przeżywać różne popędy cielesne (np. seksualność, agresję), ponieważ wykraczają wtedy poza granice ustalonych norm i są niegrzeczni.

Dziecko, żeby przyswoić i wyrobić się w realizacji tego rodzaju przekazu kulturowo – społecznego, jest zmuszone usztywnić swoją naturalną ekspresję oraz odciąć się od sfer, które nie są mile widziane. W konsekwencji rozwija mechaniczny sposób obchodzenia się ze sobą, który później kontrolowany jest przez racjonalność. Kojarzę to z zainstalowanym oprogramowaniem komputerowym, które dba, by komputer sprawnie i bez zarzutu spełniał swoje funkcje. Analogicznie jest z głową mężczyzny skoncentrowanego w tym kontekście na realizacji szeregu ról, norm, obowiązków, zadań i celów - jak maszyna.

W dorosłości prawdziwy mężczyzna definiowany jest przez pryzmat głowy rodziny lub lidera, który na każdym polu życia musi dać sobie radę ze wszystkim, co go spotyka. Przy tym ważne jest, żeby osiągał znaczące sukcesy i wyznaczał sobie coraz ambitniejsze cele na przyszłość. Rezultat? - Jakakolwiek słabość, niewydolność, popełniane błędy czy wyjście poza określone standardy świadczą o nieporadności życiowej mężczyzny. Jest to bardzo częste doświadczenie mężczyzn zgłaszających się na terapię. Siła przekazu kulturowo – społecznego jest wówczas tak duża, że pogłębia proces utraty równowagi. Zwykle mężczyźni nie są tego procesu świadomi.

Doświadczają trudnych do wyjaśnienia objawów. Na poziomie racjonalnym: problemów z pamięcią i koncentracją. Na poziomie cielesnym: zmęczenia, bólu głowy, ciągłego stanu napięcia i stresu. Na poziomie emocjonalnym: obniżonego nastroju, drażliwości, stanu złości i zdenerwowania, braku odczuwania przyjemności i zainteresowania. Na poziomie codziennych zachowań: trudności z zasypianiem, aktywnością seksualną, codzienną aktywnością i pełnieniem ról społecznych. Na poziomie społecznym: chęcią wycofania się z kontaktów i ukrycia. Czasem wymienionym objawom towarzyszą choroby somatyczne wynikające z wieloletniego tłumienia emocji. Są to m.in. choroby układu sercowo - naczyniowego, układu odpornościowego, pokarmowego, dolegliwości bólowe w różnych obszarach ciała.

Bardzo często mężczyźni łączą te objawy z trudnościami lub niepowodzeniami w pracy, zbyt długo trwającym przeciążeniem zawodowym, brakiem możliwości wzięcia urlopu, nie rozwiązanym konfliktem w relacji partnerskiej czy prowadzeniem niezdrowego trybu życia. Poszukują wówczas różnych sposobów poradzenia sobie z sytuacją lub jej odreagowania. W tym celu sięgają po alkohol, leki przeciwbólowe i nasenne, narkotyki, hazard, internet, gry komputerowe, sporty ekstremalne czy siłownię. W rezultacie pogłębiają swój stan i dochodzą po pewnym czasie do tzw. ściany. Nie wiedzą, co i w jaki sposób mogłoby im pomóc. Niektórzy mężczyźni, pomimo wstydu i oporu, przyznają się sami przed sobą, że potrzebują pomocy. Zazwyczaj wtedy decydują się również sięgnąć po pomoc innych ludzi, w tym pomoc terapeutyczną.

W terapii Gestalt depresja nie jest traktowana jako objaw, którego trzeba się za wszelką cenę pozbyć np. za pomocą leków czy technik terapeutycznych. Depresja jest postrzegana jak czubek góry lodowej widoczny nad powierzchnią wody. Pod powierzchnią znajduje się jej większa część (sedno problemu), powodująca stan depresji. Część, o której myślę, składa się z różnych czynników. Jeśli pomijamy te czynniki i skupiamy się na redukcji objawów choroby, w konsekwencji doprowadzamy do jej nawrotu w przyszłości.

Koncepcja Gestalt proponuje inną drogę, ktora polega na spotkaniu z tym, co pod powierzchnią i uświadomieniu sobie czynników powodujących depresję. Jest to proces wymagający czasu i zaufania, że przyniesie oczekiwane rezultaty. Wsparcie farmakologiczne jest wówczas zwykle działaniem wspierającym ten proces - ze względu na jego intensywność i głębokość. W trakcie terapii szokujący dla klientów jest paradoks, że doświadczenie depresji ich ratuje. Nigdy wcześniej nie pozwoliliby sobie na zatrzymanie się i zweryfikowanie, czy ich dotychczasowy sposób funkcjonowania jest zdrowy. Depresja jest tym wydarzeniem, które odsłania fakt odcięcia się od siebie i twórczego przystosowania, żeby sprostać wymaganiom kulturowo - społecznym. Ukazuje szereg sztywnych schematów postępowania, reagowania i myślenia oraz rozwinięte mechanizmy obronne różnego rodzaju.

Klient odkrywa w terapii, że depresja jest jego nieświadomą odpowiedzią manifestującą, że dłużej w dotychczasowy sposób nie może i nie chce funkcjonować, ponieważ jest to dla niego destrukcyjne. Zaczyna również odkrywać swoje prawdziwe Ja, rozwijać świadomość własnej emocjonalności i procesów cielesnych, stopniowo odzyskiwać równowagę oraz bardziej świadomie decydować, w jaki sposób chce funkcjonować. Przy tym uczy się w codziennych sprawach sięgać po wsparcie innych ludzi, nie postrzegając tych sytuacji jako wyraz słabości czy osobistej porażki.

Terapia Gestalt jest więc zupełnie innym spojrzeniem na problem depresji. Nie tylko tej doświadczanej przez mężczyzn, ale także kobiety. Stwarza możliwość świadomego przejścia procesu depresji oraz trwałego rozwiązania tego problemu.

Krzysztof Pawłuszko, certyfikowany psychoterapeuta i trener w Instytucie Terapii Gestalt, European Association for Gestalt Therapy, European Association for Psychotherapy oraz Polskim Towarzystwie Psychoterapii Gestalt. Jest również psychoterapeutą szkoleniowym terapeutów będących w procesie szkolenia w nurcie Gestalt.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.