1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Współpraca nie wyklucza zdrowej rywalizacji. Jak przekazać to dzieciom?

Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony. (fot. iStock)
Zachęcajmy dziecko do samopoznania, pomagajmy mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie w innym kierunku – mówi pedagożka dr Marta Majorczyk.

Rodzice z jednej strony widzą, że współczesny świat nastawiony jest na konkurencję, szkoła na rywalizację, a z drugiej – coraz częściej słyszą, że powinni wychowywać do współpracy. To czego powinni uczyć?
Powinni przygotowywać dziecko na obydwie opcje. Przy czym warto rozróżnić rywalizację pozytywną od negatywnej. Pozytywna opiera się na zdolnościach, talentach, cechach, umiejętnościach, kompetencjach, wiedzy, czyli przymiotach, które mamy w sobie i z których korzystamy, chcąc osiągnąć sukces.

A rywalizacja negatywna?
Odwołuje się do elementów, których nie mamy w sobie, które znajdują się na zewnątrz. Na przykład do tego, że rodzice są majętni, więc dziecko ma najdroższe ubrania, gadżety, wyjazdy. Innym przykładem rywalizacji negatywnej są wybory miss czy mistera szkoły, gdzie ocenia się wygląd, czyli coś, na co dziecko nie ma wpływu. Zadanie rodziców powinno polegać nie na stymulowaniu takiej rywalizacji, ale na jej osłabianiu.

Czyli na czym konkretnie?
Na przykład na podkreślaniu: co z tego, że masz lepsze ubrania, skoro to nie zależy od ciebie, tylko od tego, że akurat mamy pieniądze. Warto uczyć skromności, a nie eksponowania dóbr materialnych, markowych ciuchów, większych możliwości, niż mają inne dzieci. Skutkiem negatywnej rywalizacji jest osłabienie poczucia wartości dziecka, które bierze udział w rywalizacji, bo jeżeli uważa, że jest brzydsze, źle ubrane, to czuje się gorsze. A ponieważ nie jest w stanie tego zmienić, to może w pewnym momencie przestać podejmować jakiekolwiek działania.

Jakie są skutki rywalizacji pozytywnej?
Bardzo ważną rolę odgrywają tu rodzice – powinni rozmawiać z dzieckiem i wyjaśniać mu, że rywalizacja nie przynosi tylko sukcesów, że na pewno kiedyś trzeba zmierzyć się z porażką. Ale to, że dziecko przegra, nie znaczy, że jest do niczego, tylko że powinno ćwiczyć dalej i pogodzić się z tym, że ktoś jest lepszy. Koniecznie trzeba budować w dziecku poczucie wartości.

Jak reagować, jeżeli to poczucie zmieni się w poczucie wyższości? Bo osiągając sukcesy, można wpaść w pułapkę wysokiego mniemania o sobie. Dziecko uzdolnione w jakiejś dziedzinie ma łatwiej niejako z definicji, niezdolne może łatwo się zniechęcić.
Poruszyła pani ważną kwestię. Weźmy taki przykład: dziewczynka bardzo chce tańczyć tak jak utalentowana w tej dziedzinie koleżanka. Natomiast ja, mama, widzę, że z poczuciem rytmu nie jest u córki za dobrze. Proponuję więc: świetnie radzisz sobie językowo, jesteś komunikatywna, masz bogaty zasób słownictwa, możesz pisać opowiadania, współpracować ze szkolnym radiem itp. Trzeba córkę umiejętnie pokierować w inną stronę. Odkrycie talentów dziecka to dla rodziców trudne zadanie, bo muszą za nim podążać, dawać emocjonalne wsparcie. Najlepiej pomóc dziecku samemu odkryć swoje mocne strony.

Jak to robić?
Można zadawać pytania coachingowe: „Co sprawia ci radość?”; „Jak sądzisz, czy wystarczy więcej popracować, czy może powinieneś szukać innej dziedziny, w której mógłbyś się spełniać?”. Zamiast podsycać rywalizację, lepiej zachęcać dziecko do samopoznania, pomagać mu zrozumieć siebie oraz to, dlaczego powinno podążać w tym, a nie innym kierunku.

I podkreślać, że każdy jest inny?
Tak. Badacz inteligencji wielorakiej Howard Gardner wykazał, że nie ma jednej inteligencji, tylko jest cały zespół inteligencji. Tłumaczmy dziecku, że niemożliwe, aby było świetne we wszystkim, natomiast na pewno jest w czymś dobre i musi to coś znaleźć. Zarówno rodzicom, jak i nauczycielom polecam książkę Aldony Kopik i Moniki Zatorskiej „Wielorakie podróże – edukacja dla dziecka”, która zawiera kwestionariusz do badania inteligencji wielorakiej. Pomaga na podstawie obserwacji dziecka wykreślić jego profil inteligencji.

Gdy już poznamy ten potencjał, łatwiej nam będzie zachęcać je do rywalizacji z samym sobą, a nie z innymi?
Oczywiście, dobrze motywować je do tego, żeby ćwiczyło, uczyło się, pracowało. Ale warto zwracać też uwagę, że skoro jest dobre na przykład w pisaniu, a koleżanka w mówieniu, to mogą, uzupełniając się, zrealizować wspólnie jakiś projekt na lekcję polskiego. Istnieje pojęcie nauczania kooperatywnego, które polega między innymi na tym, że nauczyciel dzieli materiał między uczniów w taki sposób, żeby każdy stał się specjalistą w innym obszarze wiedzy. Potem wszyscy nawzajem się od siebie uczą. Na przykład na lekcji biologii jeden uczeń zajmuje się budową komórki, drugi – jej procesami, trzeci – odżywianiem komórkowym, potem wymieniają się informacjami i w ten sposób poznają całość wiedzy na ten temat. Przy okazji dzieci przekonują się, że zrozumienie całości nie jest możliwe bez współpracy.

Jak jeszcze zachęcać do kooperacji?
Na początku wystarczy wykorzystywać naturalne potrzeby dziecka, czyli chęć zabawy, kontaktu z rówieśnikami. One ujawniają się już w wieku wczesno­szkolnym. Dzieci wtedy lgną do siebie, przy czym dziewczynki bardziej stawiają na zabawę, bliskość, a chłopcy na rywalizację, bo to chłopięcy sposób budowania relacji z kolegami.

Szkoła często zabija te naturalne odruchy.
Wszystko w rękach nauczyciela. Jego rolą jest poznanie dzieci, rozdzielenie zadań zgodnie z ich talentami, a potem zmotywowanie ich do wymiany. Na przykład Jaś to nasz klasowy Lewandowski, więc zachęcam go, żeby pokazał swoim kolegom, jak strzela gole. W ten sposób nauczyciel upiecze dwie pieczenie na jednym ogniu – zbuduje w Jasiu poczucie kompetencji, własnej wartości, wiary w siebie, a także uruchomi tutoring rówieśniczy, który polega na tym, że dziecko dobre w jakiejś dziedzinie może uczyć inne dzieci i dzięki temu przyczyniać się do budowania zgranej paczki.

W jaki sposób rodzice mogą zachęcać rodzeństwo do wspólnego działania?
Powinni pamiętać, żeby nie porównywać dzieci, nie krytykować jednego przy drugim, nie zawstydzać, ale chwalić za to, co każdy robi dobrze. I pokazywać, że wspólnie możemy więcej niż każdy osobno. Kiedy w sobotę trzeba posprzątać mieszkanie, a dzieci chcą iść do kina, zaproponujmy, że sprzątamy wspólnie – tata łazienkę, mama sypialnię, dzieci swoje pokoje. Potem razem gotujemy obiad i takim sposobem całe popołudnie mamy wolne, możemy iść nie tylko do kina, ale i na rowery. I tak oto mimochodem uczymy współpracy, która bardzo przyda się dzieciom w życiu dorosłym.

Jednak górą współpraca.
Nie należy całkowicie eliminować rywalizacji, to naturalna potrzeba. Człowiek od zawsze rywalizował z innymi. Trzeba tylko kształtować pozytywną wersję, a eliminować tę negatywną.

Co dobrego wynika z rywalizacji?
Rozwija talent (najbardziej widać to w sporcie, bo żeby wygrać, trzeba się starać, pracować, ćwiczyć). Uczy znosić porażki, a tym samym przygotowuje do adaptacji w różnych sytuacjach, bo w życiu też trzeba będzie przecież przegrywać.

Najskuteczniejsze ćwiczenie na pozytywną rywalizację?
Gry planszowe, tu rywalizacja jest niezbędna, bo każdy chce pierwszy dotrzeć do mety. Czasem wygrywam ja, czasem córka. Jeżeli przegrywam, to prezentuję swoją postawą, jak to znosić: „OK, przegrałam”, więc gratuluję córce zwycięstwa i chcę zmierzyć się z nią raz jeszcze. Ale rzucając kostką, mówię, że los czasem sprzyja mnie, a czasem jej, tak jak w życiu. Trzeba uczyć wyciągać wnioski z porażek: dostałam złą ocenę, bo się nie nauczyłam, przegrałam mecz, bo się nie zaangażowałam.

Można rywalizować i zarazem współpracować?
Tak, na przykład wtedy, gdy jako klasa walczymy o zwycięstwo w jakiejś dziedzinie z inną klasą. Wynik meczu czy konkursu zależy od tego, czy uczniowie potrafią się porozumiewać, kooperować. Takie formy rywalizacji bardzo sprawdzają się w grupach powyżej 12 lat.

Współdziałanie pozostaje w Polsce umiejętnością mocno zaniedbaną, zwłaszcza w szkołach. Nawet jeśli wypisuje się ją na sztandarach, to potem promuje się indywidualne osiągnięcia – jak w pewnym renomowanym warszawskim gimnazjum, szczycącym się społecznym profilem, w którym na zakończenie roku szkolnego nagradzano za indywidualne wyniki w olimpiadach i konkursach.
W organizowaniu wszelkiego typu konkursów nie ma nic złego, pod warunkiem że dzieci same decydują o udziale, bo to oznacza de facto, że biorą za nie odpowiedzialność. A poza tym – ich sukcesy mogą przynieść pożytek wszystkim, cieszyć się nimi może cała społeczność szkolna. Wszystko zależy od tego, jak te sukcesy „sprzeda” nauczyciel. Według mnie współpracy i rywalizacji nie trzeba rozdzielać, tylko umiejętnie łączyć. Najlepszym przykładem takiego połączenia są sporty zespołowe, które z jednej strony wzmacniają współpracę, a z drugiej – stawiają na zwycięstwo w rywalizacji. Większą satysfakcję sprawia jednak wspólne działanie. Pamiętam doskonale, jak podczas meczów siatkówki (należałam do szkolnej drużyny) wzajemnie się wspierałyśmy, co sprawiało nam większą radość niż wygrana.

Warto więc w szkole nastawionej na rywalizację zachęcać do gier zespołowych?
Na pewno. Ale w szkołach duży nacisk kładzie się też na współpracę. Już w nauczaniu początkowym obowiązuje kształcenie metodą projektu. Polega ono na tym, że cała klasa robi coś wspólnie, czyli nauczyciel dzieli zadania między uczniów, a oni dyskutują, pracują, a potem prezentują owoce wspólnego działania. I znowu – wszystko zależy od nauczyciela. Jeżeli zna i rozumie sens takich metod aktywizujących całą klasę, to przyjemność płynąca z nauki zdecydowanie staje się większa. Wiadomo, że najskuteczniej uczymy się poprzez doświadczanie, więc takie metody efektywnie pomagają w nauce, no a poza tym kształtują społeczne postawy.

Jak motywować do współpracy?
Istnieje wiele strategii motywacyjnych. W sukurs nauczycielom przychodzi neurodydaktyka – wiadomo, że dzieci chętniej uczą się poprzez zabawę, dlatego najlepiej aranżować ciekawe zadania w miłej atmosferze. Dobre efekty przynoszą pozytywne wzmocnienia, pochwały, bazowanie na mocnych stronach dziecka, natomiast nad słabymi stronami pracujemy, korzystając z tutoringu rówieśniczego, czyli poprzez tworzenie zespołów, w których lepsi uczniowie dzielą się swoją wiedzą ze słabszymi. Warto dążyć do wzbudzenia najskuteczniejszej formy motywacji – wewnętrznej, czyli takiej, kiedy dziecko samo chce pracować i samo siebie nagradza: „Udało mi się, będę działać dalej, bo mnie to ciekawi, bo chcę wiedzieć więcej”.

To trudne do osiągnięcia.
Niestety, taką motywację zabija rywalizacja negatywna. I tak oto zamknęliśmy się w błędnym kole. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wszystkie dzieci reagują jednakowo. Jedne rywalizacja pobudza do działania, inne odwrotnie – w obliczu konkurencji się wycofują. Jedne dzieci wolą pracować w grupie, inne bardziej sprawdzają się w pracy indywidualnej. Kłania się tu psychologia różnic indywidualnych. Nic zatem na siłę, wiele zależy od dziecka.

Rodzice na ogół nie mają wiedzy psychologicznej.
To prawda, dlatego mogą skorzystać z coachingu rodzicielskiego – metody pracy, której można się nauczyć podczas specjalnych warsztatów organizowanych przez coachów. Ale – uwaga – wyposażeni w te metody nie rozwiązujemy za dziecko problemów, tylko uczymy je, jak ma sobie samo z nimi radzić. Zadajemy pytania, ćwiczymy koncentrację, nazywanie emocji, uczuć. Coaching rodzicielski to sprawdzona metoda pracy z dzieckiem.

Wydaje mi się, że w Polsce nadal musimy bardziej uczyć współpracy niż rywalizacji, bo tę ostatnią mamy opanowaną.
Podobnie uważa profesor Janusz Czapiński. Powiedział, że przez lata dzięki rywalizacji dużo osiągnęliśmy: wysoki poziom życia, sukcesy zawodowe, natomiast teraz stoimy przed następnym wyzwaniem – jak ze sobą współpracować. Wystarczy rozejrzeć się dokoła siebie, żeby zobaczyć, że profesor ma rację – zazdrościmy sobie nawzajem, konkurujemy, rzadko skrzykujemy się, żeby zrobić coś wspólnie dla naszej ulicy. Samorządność nadal u nas kuleje, choć powoli to się zmienia.

Marta Majorczyk: doktor nauk humanistycznych, pedagożka, doradczyni rodzinna. Pracuje z Collegium Da Vinci w Poznaniu. Pracuje w poradni psychologiczno-pedagogicznej przy Uniwersytecie SWPS w Poznaniu. Mama Patrycji i Piotra.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jedynak w dorosłym życiu – obalamy mity

Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
Jeśli jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą o jedynakach, a co nią na pewno nie jest.(Fot. iStock)
W związku boją się bliskości, w rodzicielstwie – obowiązków, a w pracy – zależności. Prawda to? O nakreślenie psychologicznego wizerunku jedynaków Aleksandra Malinowska poprosiła psycholożkę Agnieszkę Wróblewską

Najstarsza siostra jest osobą odpowiedzialną, pracowitą i opiekuńczą, średnie dziecko to sprytny człowiek kompromisu, natomiast najmłodszy, rozpieszczony brat przez całe życie buja w obłokach. Oto popularne mniemania o wpływie układów rodzinnych na dalsze losy człowieka, konsekwentnie potwierdzane przez rozmaite poradniki.

Jedynakom przypisuje się bowiem pewną wyjątkowość. Podobno są egoistami, przodownikami w nauce oraz perfekcjonistami. Potrafią prosić o pomoc, ale nie umieją przepraszać. Brak im spontaniczności i ducha rywalizacji. Stronią od imprez towarzyskich, przyjaźnią się z książkami. Dominują nad ludźmi i nimi manipulują. Są wygodniccy, szukają autorytetów…

– To stereotypy – mówi psycholożka Agnieszka Wróblewska, zresztą mama jedynaka. – Czasami bycie młodszym bratem, starszą siostrą czy jedynaczką jest ważnym elementem dzieciństwa i buduje tożsamość, a czasami nie odgrywa specjalnie dużej roli w porównaniu z innymi życiowymi doświadczeniami. Dlatego uważam, że nie ma jakiegoś jednorodnego szablonu układów rodzinnych.

Stereotypy są nam wprawdzie potrzebne, żeby łatwiej odnajdywać się w świecie, niektóre mają swoje racje, jednak traktowanie ich jako jedynej prawdy prowadzi do uproszczeń. Jeśli zatem: jesteś jedynakiem, masz za partnera życiowego jedynaka albo masz tylko jedno dziecko – spróbuj z nami zrozumieć, co może być prawdą, a co nią na pewno nie jest.

1. Jedynacy są egoistyczni

Ten stereotyp bierze się z powszechnego przekonania, że jeśli w rodzinie jest dużo dzieci, to uczą się dzielić swoimi rzeczami i nawzajem sobą opiekować. Niby tak – w niektórych stadłach rzeczywiście tak się zdarza, ale bywa też, że rodzice faworyzują jedno z dzieci, bo... mądre, najmłodsze lub przyszło na świat w wyniku trudnego porodu. W ten sposób ma podobne jak jedynak szanse, by wyrosnąć na egoistę.

Dla odmiany jedynak, którego rodzice mają problemy ze sobą, są zajęci karierą i na dziecko pozostaje im niewiele czasu, nie tylko egoistą nie będzie, ale zazna poczucia samotności i odrzucenia

Skupiać na sobie uwagę może też najstarsze w rodzinie, które długo było jedynakiem i nigdy nie poradziło sobie z nowym „rywalem”. Albo dziecko średnie wychowywane przez babcię, obdarzone przez nią ciepłem i bezwarunkową akceptacją.

Bo „bycie jedynakiem” jest pewną rolą w polu rodziny. Przypisuje się ją z reguły jedynemu dziecku, ale może też być przyjmowana w rodzinach wielodzietnych przez jedno z rodzeństwa, a nawet z rodziców. Jeśli taką rolę określimy jako bycie kimś najważniejszym, kim trzeba się zajmować, kto dostaje bez dyskusji najlepsze kąski, to może się okazać, że każdy na swój sposób walczy w rodzinie o takie miejsce, a czasami po prostu je dostaje „w prezencie”. W małżeństwach wielodzietnych zdarza się, że gdy jedno dziecko zaczyna chorować i skupiać na sobie uwagę rodziców, inne także niedomaga lub staje się niegrzeczne po to tylko, żeby poczuć się równie ważne.

2. Jedynacy to samotnicy

Dziecko dzięki rodzeństwu uczy się, jak to jest przebywać ze sobą przez cały czas, kłócąc się, godząc, przekomarzając, rywalizując i opiekując sobą, czyli doświadczając wielu różnych interakcji i emocji. Wówczas jego obraz świata, także siebie, staje się bogatszy, bo ma dostęp do innych wzorców zachowania. Jedynak nie ma na co dzień obok siebie osoby w podobnym wieku, a zatem nie ma się z kim porównywać, kogo obserwować – to prawda. Nie może się przekonać, z czym sobie nie radzi, a w czym jest świetny. Odkrywa, kim jest, tylko poza rodziną. Rodzice czy dziadkowie nie stanowią dla niego takiego punktu odniesienia, gdyż dzieli ich zbyt duża różnica wieku. Sferę równoległych relacji może jednak wypełnić grupa rówieśnicza spoza najbliższej rodziny. Czasem rodzice robią to świadomie, zapraszając do domu znajome dzieci lub dbając o bliskie kontakty z kuzynami w podobnym wieku. Jedynacy często sami wypełniają tę lukę, zabiegając o kontakty z kolegami, przyjaźniąc się z rówieśnikami i bywając bardzo towarzyskimi.

3. Jedynacy są mało empatyczni

Przekonanie, że jeśli ktoś wychowywał się sam, to nie potrafi wczuwać się w stany emocjonalne innych – jest myśleniem błędnym. Wszyscy tęsknimy do dużej uważności w kontaktach z innymi ludźmi, zwłaszcza w związkach. To zwykle kobiety oczekują od mężczyzn, by je rozumieli bez słowa i siódmym zmysłem odbierali ich potrzeby.

Jeżeli jednak dziecko pozostaje w silnej zależności emocjonalnej od rodziców, to świetnie się ćwiczy w rozpoznawaniu nastroju, w jakim jest tata czy mama. Wtedy ma szansę lepiej i łatwiej odbierać emocje swojego partnera i stać się empatycznym.

4. Jedynacy w sposób szczególny opiekują się starszymi rodzicami

Na pewno są bardziej „obarczeni” odpowiedzialnością za opiekę nad rodzicami, co nie znaczy, że zawsze się jej podejmują. Ten sam mechanizm może występować w przypadku starszego lub młodszego rodzeństwa: zwykle jedno nie chce się opiekować chorym rodzicem, a drugie – czasami nawet to, które wydawało się mniej z nim związane – podejmuje się tego. Jedynacy, na których rodzice wywierali dużą presję, pragnęli poprzez dziecko urzeczywistnić swoje niespełnione marzenia – mogą chcieć od nich uciec, odciąć się od ich oczekiwań i żyć według własnego scenariusza. Zbytnia zależność nie bierze się bowiem z częstego przebywania ze sobą czy bliskości fizycznej, to kwestia psychiki. Można pojechać na koniec świata i dalej ją odczuwać. I odwrotnie – codziennie robić ojcu zakupy, nie mając z nim głębokiej więzi. Dotyczy to każdego dziecka.

5. Jedynaczki są emocjonalnie zależne od mężczyzny

Mówi się, że wiążą się często ze starszym mężczyzną, są kapryśne i skłonne do testowania uczuć swojego partnera. Że albo są perfekcyjnymi żonami i matkami, albo w ogóle się tym nie interesują. A jaka jest prawda o jedynaczkach?

Testowanie partnera to bardzo popularne zjawisko. Robią to zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Sięgamy po tego typu techniki, gdy czujemy, że nie jesteśmy wystarczająco atrakcyjni lub gdy druga strona nie daje nam dowodów swojego zaangażowania. I chociaż posiadanie rodzeństwa nie chroni przed niepewnością w związku, to – owszem – poczucie osamotnienia, jakie często towarzyszy jedynaczkom, może prowadzić do poszukiwania wsparcia i zależności emocjonalnej. Z drugiej strony dążą niekiedy do niezależności, bo nie są przyzwyczajone do przebywania z kimś od rana do wieczora. Partnera–rodzica poszukują zwykle kobiety, które w dzieciństwie miały silną więź z ojcem, niezależnie od tego, czy są jedynaczkami czy nie. Podobnie jest z lękiem przed opuszczeniem.

6. Jedynacy nie potrafią pracować w zespole

I podobno dlatego wolą być szefami lub wolnymi strzelcami. Mówi się też, że są tacy, którzy szukają mentora i źle znoszą rywalizację. A co z tymi jedynakami, którzy tak bardzo mają dość samotności, że zawsze podejmują pracę w zespole?

Niezależnie od układu rodzinnego, w którym wyrośliśmy, możemy być albo bardziej nastawieni na zdobywanie osiągnięć, albo na bycie z innymi. Dla jedynaków, na których spoczywała presja rodziców, by odnieśli sukces, potrzeba kontaktu z ludźmi może być drugorzędna, ale mogą też próbować to połączyć i robić karierę w większym zespole. Z kolei chęć do rywalizowania pojawia się zarówno u osób z rodzin wielodzietnych, bo są do tego przyzwyczajone, jak i u jedynaków, którzy na przykład lubili błyszczeć w szkole, bo w domu nie mieli do tego okazji.

7. Jedynacy są nudni, perfekcyjni, mało spontaniczni i radośni

W domu, w którym jest więcej dzieci, więcej też zabawek, ochoty i pomysłów do rozrabiania. Jeśli jedynak był wychowywany w atmosferze rygoru, może mieć problemy z ekspresyjnością czy pobłażaniem sobie. Jego perfekcjonizm z kolei może wynikać z wygórowanych wymagań, jakie stawiali mu rodzice. Za taką postawą kryje się często lęk przed krytyką. Źle ocenieni jedynacy nie chcą czasem robić czegoś po raz drugi, ponieważ rzadko widzieli, jak inne dzieci wykonywały coś wielokrotnie, zanim się tego nauczyły. Pamiętajmy jednak, że równie dobrze żelazna dyscyplina może panować w rodzinie wielodzietnej, a towarzyskie i artystyczne życie na luzie – w domu jedynaka. No i jak się wtedy ma do tego nasz stereotyp?

8. Jedynacy oczekują od innych pomocy

Owszem, niektórzy z nich potrafią o nią prosić i przyjmować, a także radzić sobie z jej odmową lepiej niż inni. Chyba że zostali wychowani w przekonaniu, że – bez względu na sytuację – mają radzić sobie sami. Lubimy myśleć schematycznie. Są dwa modele rodziny: jedna, w której mamusia i tatuś cały swój czas poświęcają jedynemu dziecku, druga, w której rodzice nie mają czasu dla czeredy dzieciaków. Tymczasem to, czy ktoś umie prosić o pomoc, wynika z „dostępności” jego opiekunów i tego, jakie ma prawa w rodzinie. Nie powinno się jednak stawiać znaku równości między byciem jedynakiem a posiadaniem rodzica w permanentnej gotowości do obsługi.

9. Jedynacy są ambitni i inteligentni. To prymusi

To rzeczywiście może być prawdą i zależeć od oczekiwań rodziców, którym wydaje się, że jeśli mają jedno dziecko, to ma ono być najlepsze na świecie. Z takim problemem zmaga się chyba większość jedynaków. Z wysokimi wymaganiami może się jednak równie dobrze spotkać jedno z dzieci w większej rodzinie, na które padł wybór, że ma być wyjątkowe. Najważniejsze to pamiętać, że z pewnymi oczekiwaniami wolno, a nawet czasem trzeba, się nie zgadzać.

Jedyne stwierdzenie, pod którym można by się podpisać, to takie, że każda rodzina jest inna, a wszelka generalizacja – nieprawdziwa.

Agnieszka Wróblewska dyplomowana psychoterapeutka, trenerka i superwizorka. Pracuje terapeutycznie z szerokim spektrum ludzkich doświadczeń od prawie 20 lat.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Styl Życia

Wychować syna na feministę

Świat naszych synów jest wciąż pełen stereotypów, a do „prawdziwej męskości” prowadzi jedna, sztywno wytyczona droga. Chłopcy wciąż słyszą, żeby "nie płakać", że „nie wolno zachowywać się jak baba”, a „kolor różowy nie jest męski”. Odbiera się im prawo do bycia sobą. Aurélia Blanc w książce „Jak wychowa syna na feministę” daje podpowiedź, jak wychować chłopca, który: wie, że kobiety i mężczyźni są równi, potrafi zadbać o siebie, nie krzywdząc innych, potrafi kochać i nie boi się okazywać uczuć.

Fragment książki „Jak wychowa syna na feministę” Aurelii Blanc, tłum. Adriana Celińska, wyd. Znak Koncept. Wybór i skróty pochodzą od redakcji.

Był piękny letni wieczór. Spotkaliśmy się w gronie najbliższych przyjaciół. Było ciepło, sączyliśmy piwo i prowadziliśmy ożywione dyskusje. W tamtym czasie (nie tak znów odległym) nikt z nas jeszcze nie miał dzieci. To jednak one, choć wciąż nienarodzone, zdominowały naszą rozmowę. Jeden z naszych znajomych mimochodem rozpętał prawdziwą awanturę, gdy na dzień dobry wyraził zgorszenie widokiem nastolatek spacerujących w krótkich spodenkach: „Szczerze? Wyglądają jak dziwki. Jeśli kiedykolwiek będę miał córkę, nie ma takiej możliwości, żebym pozwolił jej wyjść z domu w takim stroju!”. W jednej chwili przyjemna nasiadówka przerodziła się w zażartą kłótnię.

Większości moich kolegów (i koleżanek) uznało, że naszą rolą jako przyszłych rodziców jest ochrona córek. A dokładnie ich cnoty. Choć te, o które tak się martwiliśmy, jeszcze się nie narodziły. „Wyobraź sobie, że twoja córka zachodzi w ciążę w wieku piętnastu lat!” „Co zrobisz, gdy odkryjesz, że zamieściła swoje nagie zdjęcia w sieci?” „Z córką nigdy nie zaznam spokoju. Czy widzieliście, jak się teraz ubierają dziewczyny?! Nic dziwnego, że pakują się w kłopoty!” To mi uświadomiło, że tym razem nie chodzi wyłącznie o niestety dość powszechny slut-shaming przebijający z ich słów. Uświadomiłam sobie wtedy – i cały czas to sobie uświadamiam – że w podobnych dyskusjach chłopcy należą do wielkich nieobecnych! Zawsze (lub prawie) tak jest, gdy wypływa ten temat.

Spróbuj i się przekonaj na własnej skórze: rozpocznij rozmowę o życiu seksualnym nastolatków i zobaczysz, że wszyscy natychmiast zaczną mówić o… dziewczynach, dziewczynach i jeszcze raz dziewczynach. O niebezpieczeństwach, które na nie czyhają, przedwczesnych ciążach, molestowaniu, agresji seksualnej, prostytuowaniu się nieletnich (bo tak, w temacie dziewczyn i seksu, najczęściej dominuje pryzmat zagrożeń). A chłopcy? Puf, zniknęli. Nie ma ich. Co zmusza do zadania sobie następujących pytań: czy dziewczyny uprawiają seks same ze sobą (czy między sobą)? Zachodzą w ciążę za sprawą Ducha Świętego? Są gwałcone przez… ba! No właśnie, kto je gwałci?

Martwimy się, że pewnego dnia nasze córki zostaną napadnięte, choć nawet przez myśl nam nie przejdzie, że to nasi synowie mogą być agresorami. Boimy się, że zostaną zwyzywane od „dziwek”, nie zastanawiając się nawet, czy to czasem nie nasi chłopcy je znieważą. Za wszelką cenę chcemy je uchronić przed nastoletnią ciążą, ale niezbyt nas niepokoi, że nasi synowie mogą zostać nastoletnimi ojcami (przy okazji zauważmy, że to wyrażenie, w odróżnieniu od budzących grozę „nastoletnich matek”, nie trafia do nagłówków gazet). W kwestii zarówno seksu, jak i życia uczuciowego wciąż całą odpowiedzialnością obarczamy dziewczyny. Nigdy nie kwestionujemy sposobu, w jaki wychowujemy chłopców. I jest to powód do wstydu.

Przemoc na tle seksualnym ma swoją płeć

Każdego roku kolejne instytucje prowadzą badania, które potwierdzają: w miażdżącej większości aktów przemocy na tle seksualnym ofiarami są kobiety, sprawcami zaś – mężczyźni. Weźmy na przykład raport francuskiego Krajowego Instytutu Badań Demograficznych (INED) opublikowany w 2016 roku: we Francji przemocy seksualnej doświadcza rocznie ponad pół miliona kobiet (580 000) i niecałe dwieście tysięcy (197 000) mężczyzn (statystyki nie uwzględniają przypadków molestowania ani ofiar ekshibicjonizmu). Co roku średnio zgłasza się dziewięćdziesiąt trzy tysiące przypadków gwałtów lub usiłowania gwałtu na osobach dorosłych, w których ofiarami są w 96% kobiety. W dziewięciu na dziesięć przypadków napastnikami są mężczyźni.

Tak się przedstawia sytuacja nie tylko w przypadku gwałtów, lecz także innych napaści na tle seksualnym (obmacywanie, ekshibicjonizm, molestowanie itd.): w 2017 roku na dwadzieścia dwa tysiące trzystu skazanych za przestępstwa seksualne 98% stanowili mężczyźni.

Niedawny raport Wysokiej Rady ds. Równości Kobiet i Mężczyzn ujawnił, że 100% kobiet przynajmniej raz w życiu padło ofiarą molestowania i/lub przemocy seksualnej w środkach transportu publicznego. Gwizdy, sprośne uwagi, natarczywie lubieżne spojrzenia, obelgi, obmacywanie pośladków… W 2016 roku szeroko zakrojona międzynarodowa ankieta pokazała, że we Francji 65% kobiet pierwszy raz doświadczyło „ulicznego nękania” przed ukończeniem piętnastu lat, a 82% między jedenastym a siedemnastym rokiem życia. Powszechne zjawisko – kobiety nie zaprzeczą! – w którym znów stroną czynną są prawie wyłącznie… mężczyźni.

Przemoc seksualna nie jest ani przypadkiem, ani zrządzeniem losu

Jakie z tego płyną wnioski? Trzeba nauczyć dziewczyny przynajmniej tego, jak się bronić. Przede wszystkim uwrażliwiać je, żeby uważały na postawę, zachowanie, ubrania, miejsca spotkań… Słowem, powinny wziąć własną wolność w nawias.

Od najmłodszych lat dziewczynki wiedzą, że ryzyko gwałtu jest jak najbardziej realne: wcześnie dowiadują się, że ich ścieżki życiowe mogą skrzyżować się na parkingu z drogą niebezpiecznego typa. Żeby uniknąć pożarcia w całości przez bestię, powinny zostać w domu, gdzie jest bezpiecznie.

Tyle że gwoli ścisłości do większości gwałtów dochodzi w domu (ofiary lub napastnika). W 74% przypadków sprawca należy do rodziny ofiary – często jest jej (byłym) partnerem. Nagle uświadamiamy sobie, że zamykanie dziewczyn w domach jest złe, bo przed niczym ich nie chroni. Jeśli naprawdę chcemy zapobiegać gwałtom, lepiej powiedzieć córkom, że w ich najbliższym otoczeniu czai się największe niebezpieczeństwo. Że ofiary nigdy nie ponoszą winy za przemoc, której doświadczyły. A przede wszystkim nauczmy chłopców, żeby powstrzymali się od aktów agresji. Gwałt nie jest bowiem domeną chorych, niezrównoważonych facetów: popełnia go Pan Każdy, który pochodzi z każdego środowiska społecznego, bez wyjątku. Wbrew powszechnemu mniemaniu, sprawcy agresji seksualnej rzadko są chorzy psychicznie. W 2009 roku badanie przeprowadzone w jedenastu europejskich krajach wykazało, że mniej niż 7% oskarżonych o gwałt cierpiało na zaburzenia natury psychiatrycznej. Zresztą gwałt nie jest pochodną frustracji, jak się powszechnie uważa.

W badaniu przeprowadzonym w 1990 roku na stu czternastu mężczyznach skazanych za gwałt, 89% przyznało, że przed aresztowaniem regularnie uprawiało seks przynajmniej dwa razy na tydzień. Wiele eksperymentów, jak na przykład ten przeprowadzony w 2004 roku przez czterech amerykańskich naukowców, wykazało, że za skłonnością do gwałtu kryje się żądza dominacji, a nie przyjemność seksualna. Innymi słowy, sprawcy nie gwałcą, dlatego że mają potrzebę lub ochotę na seks, popycha ich żądza dominacji. „Inne badania udowodniły, że mężczyzn przejawiających skłonności do przestępstw na tle seksualnym lub tych, którzy je popełnili, pociąga władza i automatycznie utożsamiają ją z seksem” – podkreśliła Noémie Renard w swoim eseju En finir avec la culture du viol [Skończmy z kulturą gwałtu]. Trzeba przypominać, że to nie ofiary, a już na pewno nie ich zachowanie, prowokują gwałciciela. Żeby obalić ten utarty mit Centrum Edukacji i Zapobiegania Przemocy Seksualnej przy amerykańskim Uniwersytecie Kansas, zorganizowało w 2017 roku wystawę zatytułowaną: Jak byłaś ubrana? Wystawiono na niej ubrania, jakie miało na sobie osiemnaście kobiet w chwili, gdy zostały zgwałcone: szorty, sukienka, koszulka polo… czyli zupełnie zwyczajne ciuchy. W 2007 roku amerykańska badaczka Theresa Beiner przeanalizowała korelację między seksownym strojem a molestowaniem. W rezultacie udowodniła, że nie ma między nimi żadnego związku, że kobiety nie były molestowane ze względu na to, jak były ubrane. Tym, którzy wciąż mają wątpliwości, przypominam, że gdyby to kobiecy strój popychał sprawców do łamania prawa, plaże stałyby się scenami masowych gwałtów, a kraje, w których kobiety są zmuszane do zakrywania całego ciała, nie odnotowywałyby żadnych aktów przemocy seksualnej. Tak jednak nie jest.

Rozmawiajmy o przemocy seksualnej z naszymi synami

Choć nie zapominamy przestrzegać córek przed przemocą na tle seksualnym, której mogą paść ofiarą, nigdy (albo bardzo rzadko) nie podejmujemy tego tematu w rozmowach z synami. Jakby ich to zupełnie nie dotyczyło. Ale przecież ten problem dotyczy przede wszystkich ich.

Po pierwsze – o czym była mowa wcześniej – dlatego, że sprawcami przemocy seksualnej w przeważającej większości są mężczyźni. Oczywiście nie wszyscy mężczyźni są gwałcicielami (na szczęście!). Nie wiadomo jednak, którzy mogą – lub mogliby – dopuścić się złamania prawa. We Francji nikt nigdy nie przyjrzał się temu z bliska. W swoim eseju Noémie Renard przypomina jednak, że istnieją potwierdzone dane, wyniki badań przeprowadzanych za granicą, głównie w Stanach

Zjednoczonych. Z nich dowiadujemy się, że od 5% do 13% mężczyzn użyło siły lub wykorzystało stan upojenia alkoholowego lub narkotycznego, żeby wykorzystać swoją ofiarę – albo usiłowało wykorzystać. Równie licznej grupie (do 27%) zdarzyło się wywierać presję, aby przymusić partnerkę do seksu: szantaż, groźby zerwania itd. Zakłada się, że od 10% do 20% mężczyzn obmacywało kobietę bez jej zgody. „Ogólnie rzecz ujmując, z badań wynika, że 25–43% mężczyzn przyznaje, że przynajmniej raz w życiu uciekło się do agresji seksualnej lub ­stosunku pod przymusem” – podsumowuje Noémie Renard.

Jeśli nie chcemy, żeby nasi synowie zasilili szeregi agresorów seksualnych, musimy ich wyczulić na powyższe kwestie, mimo że nie napawa nas to entuzjazmem. „Trudno tłumaczyć córce, »jak nie dać się zgwałcić«, bo nie chcemy jej sobie wyobrażać w roli ofiary. Perspektywa wyjaśniania synowi, jak „nie gwałcić”, jest jeszcze boleśniejsza, bo nie chcemy w nim widzieć napastnika” – zauważyła niedawno Carina Kolodny w liście otwartym do „rodziców nastolatków” opublikowanym na łamach „Huffington Post” i zatytułowanym: La conversation que vous devez avoir avec votre fils à propos du viol [Rozmowa o gwałcie, jaką musisz przeprowadzić z synem]. Rozmawiajmy z chłopcami o przemocy seksualnej. Jest to tym bardziej konieczne, że sami także mogą paść jej ofiarą. W 2016 roku szeroko zakrojona ankieta Contexte de la sexualité en France (CSF) pokazała, że 15,9% kobiet przyznaje, że doświadczyła próby wymuszenia albo wymuszonego stosunku seksualnego; było tak również w przypadku 4,5% mężczyzn. W styczniu 2018 roku raport francuskiego Narodowego Obserwatorium ds. Ochrony Dzieci ujawnił, że wśród nieletnich 22% skarg na przemoc seksualną wnieśli chłopcy. W 2016 roku złożyli 19% doniesień o gwałcie i 23% o molestowaniu i agresji seksualnej. Jest to jedynie czubek góry lodowej, bo instytucja przypomina, że „zgłaszanych jest mniej niż 10% aktów przemocy seksualnej”. Nie pozwólmy naszym synom samotnie mierzyć się z problemem przemocy seksualnej, która ich dotyka: w roli sprawców, lecz również ofiar.

Uszanowanie zgody – tego się uczy

Co odróżnia zabawę od agresji? Podryw od molestowania? Gwałt od stosunku? Odpowiedź jest oczywista: zgoda partnera. Ostatnio często się na ten temat dyskutuje, choć zasada jest prosta: nie znaczy nie. Moje ciało należy do mnie, podobnie jak moja seksualność, i nikt nie ma prawa mnie dotykać bez mojej zgody. W definicji wszystko wydaje się jasne. Niestety rzeczywistość jest zgoła odmienna. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że kobiety masowo padają ofiarami agresji seksualnej?

„Statystyki gwałtów lub usiłowania gwałtu są przerażające, a w liczbach kryją się faceci, którzy nawet nie są świadomi, że dopuścili się gwałtu” – uważa artysta D’de Kabal. Od 2016 roku kwestia zgody stała się centralnym zagadnieniem jego Laboratorium dekonstrukcji męskości. W trakcie warsztatów D’ de Kabal trafia w sedno: „Wymagamy od mężczyzn, żeby pytali kobiety o zgodę, a przecież nawet nie potrafią sami siebie o nią zapytać. Jeśli chcemy rozwiązać problem przemocy, według mnie trzeba zacząć właśnie od tego”.

W społeczeństwie, które uważa, że mężczyźni myślą tylko o seksie, zostało powszechnie przyjęte – zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety – że zgoda mężczyzn jest oczywista. Co wyjaśnia, dlaczego tylu mężczyzn nigdy nie zadało sobie trudu, aby zakwestionować własne pożądanie („Czy naprawdę mam na to ochotę? W ten właśnie sposób?”). Tłumaczy to także, dlaczego mężczyzna, na którym kobieta wymusi stosunek, nigdy nie użyje słowa „gwałt”… choć przecież to jest gwałt.

Innymi słowy, jeśli chcemy walczyć z przemocą seksualną, uczenie, czym jest zgoda, to absolutna podstawa – zarówno w przypadku dziewczynek, jak i chłopców.

Zacznijmy rozmawiać z nimi o zgodzie jak najwcześniej, nie czekajmy, aż wejdą w okres dojrzewania. „Czym jest intymność? Kto ma prawo cię dotykać? Takie pytania dziecko powinno sobie stawiać już od przedszkola” – radzi edukator seksualny Alexandre Chevalier. W tym celu posługujmy się językiem i przykładami odpowiednimi dla ich wieku. Rozumienie „zgody” jako pozwolenia w sensie prawnym może nie być oczywiste, zwłaszcza w wypadku bardzo małych dzieci. Dlatego właśnie Alexandre Chevalier proponuje, żeby sięgać po konkretne przykłady codziennych sytuacji, niekoniecznie związanych z seksem. „Można na przykład powiedzieć: »Gdy będziesz spał, twoja młodsza siostra obetnie ci włosy. Podoba ci się to? Zgadzasz się?«. Można także poruszyć kwestię wymuszenia: »Wyobraź sobie, że chodzisz do szkoły, ale nie masz żadnych przyjaciół w klasie. Pewnego dnia jeden z kolegów namawia cię, żebyś coś ukradł ze sklepu, i obiecuje, że wtedy będzie twoim kumplem. Co zrobisz? Może przystaniesz na jego propozycję, ale czy działając pod presją, twoja zgoda będzie autentyczna?«” – podpowiada Alexandre Chevalier. Powyższe przykłady z życia codziennego nie tylko mają tę zaletę, że są zrozumiałe dla dzieci, lecz pokazują także, że konieczność wyrażenia zgody dotyczy różnych sfer życia, nie tylko seksualności. Nie zmuszajmy dzieci do całowania (lub bycia całowanym) wbrew ich woli. W Wielkiej Brytanii ten komunikat próbuje przekazać Lucy Emmerson, szefowa stowarzyszenia Sex Education Forum [Forum edukacji seksualnej]. W 2014 roku temat wzbudził liczne kontrowersje po drugiej stronie kanału La Manche, wielu rodziców uznało jej zalecenia za zbyt ekstremalne. Jednak, co wyjaśnia Lucy Emmerson podczas licznych publicznych wystąpień, zmuszając dzieci do kontaktów fizycznych, mówimy im nie wprost, że ich ciało do nich nie należy i że dorośli mogą z nimi zrobić cokolwiek tylko zechcą, nawet jeśli dziecko nie wyrazi zgody. Jeśli nasz syn lub córka nie chce pocałować dziadków na dzień dobry, nie ma najmniejszych powodów do paniki: możemy wymuszone „buziaki” zastąpić przesyłaniem całusa dłonią w powietrzu lub „papatkami”. Mamy prawo odmówić kontaktu fizycznego, co wcale nie oznacza, że musimy przy okazji wyjść na gburów!

Zgoda: w pięciu krokach

1. Jest dobrowolna: ustępowanie (pod wpływem szantażu) nie jest zgodą.

2. Jest wyrażana w sposób jasny: milczenie nie oznacza zgody. W razie wątpliwości lepiej zapytać i się upewnić.

3. Udziela jej osoba, która jest w stanie ją wyrazić: innymi słowy, jeśli ktoś śpi, jest pijany, nieprzytomny lub nie może się wypowiedzieć (z powodu na przykład wypadku lub niepełnosprawności), nie może wyrazić zgody.

4. Jest konkretna: zgody udziela się konkretnej osobie i dotyczy ona konkretnego czynu, a także konkretnej chwili. Fakt, że raz się zgodziliśmy, nie oznacza, że jutro będzie tak samo.

5. Może zostać unieważniona: mamy prawo anulować naszą zgodę lub wycofać się na każdym etapie stosunku płciowego.

Zmieńmy wyobrażenia związane z gwałtem

Najpierw dowiedzmy się, czym jest „kultura gwałtu”… żeby ją skuteczniej zwalczać. Kultura gwałtu – termin utworzony w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych – obejmuje całokształt „postaw i przekonań – najczęściej błędnych, lecz szeroko rozpowszechnionych i trwale wpisanych w struktury społeczne – służących negowaniu i legitymizowaniu męskiej agresji seksualnej wobec kobiet”. Jesteśmy jej częścią, na przykład, gdy insynuujemy, że ofiary przemocy seksualnej to najczęściej kłamczuchy niesłusznie oskarżające napastników (choć w rzeczywistości fałszywe zarzuty stanowią zaledwie od 2% do 10% wszystkich doniesień14; identyczna proporcja obowiązuje też w przypadku innych przestępstw). A także, kiedy bezrefleksyjnie zgadzamy się z twierdzeniem, jakoby Iksińska została zgwałcona, bo przecież sama się o to prosiła (i do wyboru: bo ubrała się zbyt seksownie, bo piła alkohol, bo umawiała się z chłopakiem). Również wtedy, gdy uważamy, że kiedy kobieta mówi „nie”, to naprawdę myśli „tak”. Wszystkie powyższe mity związane z gwałtem nieuchronnie przyczyniają się do obwiniania ofiar (więc zniechęcają do zwierzeń i składania zeznań) i rozmywania odpowiedzialności sprawców (którzy mogą sobie spokojnie dalej żyć, a nawet wciąż bezkarnie gwałcić). Sprawiają, że nasze społeczeństwo bagatelizuje gwałt, a wręcz go toleruje. Problem polega na tym, że kultura gwałtu jest bardzo głęboko zakorzeniona w naszej świadomości i systematycznie przenika do kultury popularnej. Żeby to zmienić, musimy:

• zacząć wierzyć ofiarom;

• przestać je obwiniać;

• wytykać powszechne, lecz błędne przekonania tradycyjnie związane z przemocą seksualną (nie wszyscy napastnicy są zwyrodniałymi potworami, większość to zwykli faceci);

• przypominać naszym dzieciom, że nigdy nikomu nie muszą się odwdzięczać seksem w podziękowaniu za przysługę (nawet jeśli druga strona jest troskliwa, daje prezenty lub się ją kocha);

• wyjść z friendzone (z ang. friend zone) – ten dość mglisty termin, popularny zwłaszcza wśród nastolatków, oznacza sytuację, gdy jedna osoba marzy o głębszym związku z drugą, która jednak woli, aby ich stosunki pozostały na przyjacielskiej stopie. Można powiedzieć, że ktoś „wpakował się w friendzone”. Zjawisko podtrzymuje kulturę gwałtu, bo sugeruje, że pod pretekstem bycia miłym (zazwyczaj chłopak) może oczekiwać od dziewczyny seksu w ramach wdzięczności. Mimo to ten wątek regularnie pojawia się w serialach, u youtuberów, a w konsekwencji na szkolnych korytarzach…

Powiedzmy wprost: gwałt jest agresją seksualną. Alexandre Chevalier podkreśla, że w dziedzinie relacji z drugą osobą i granic tego, co można, a czego nie, wiele kwestii wciąż pozostaje (bardzo) rozmytych. W trakcie warsztatów zdarza mu się spotkać młodych, dla których wymuszony stosunek oralny nie jest postrzegany w kategoriach gwałtu, lecz „gry wstępnej”. Zabawy seksualne, agresja… wszystko się radośnie miesza. Żeby rozgraniczyć pojęcia, zazwyczaj bazuje na obowiązujących przepisach prawnych i zachęca, aby iść w jego ślady, nawet w gronie rodzinnym, na przykład w trakcie komentowania bieżących wydarzeń lub dyskusji na ten temat.

Można wyjaśnić, że:

• kiedy dochodzi do penetracji (także palcem lub przedmiotem) bez zgody zainteresowanej osoby, to dochodzi do gwałtu, czyli przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia wolności;

• kiedy pozwalamy sobie na gesty o podłożu seksualnym, niezależnie od tego czy dochodzi do fizycznego kontaktu z drugą osobą (obmacywanie, ekshibicjonizm), a druga strona nie wyraża na nie zgody, mamy do czynienia z agresją seksualną i także jest to czyn zagrożony karą pozbawienia wolności;

• kiedy używamy słów i/lub gestów o charakterze seksualnym, które krępują, zastraszają lub poniżają drugą osobę, jest to forma molestowania seksualnego – także ścigana prawnie.

Podważajmy słuszność własnych wyobrażeń.

„Musimy opracować nowy język mówienia o problemie przemocy seksualnej. Dotyczy to także wielu osób dorosłych, którym brakuje jasności. Mając to na uwadze, jak możemy oczekiwać, że dzieci nie będą mieć z tym problemu?” – pyta Alexandre Chevalier. Trudno się z nim nie zgodzić. W marcu 2016 roku stowarzyszenie Mémoire traumatique et victimologie [Pamięć traumatycznych zdarzeń i wiktymologia] przeprowadziło sondaż, żeby dowiedzieć się, jak Francuzi postrzegają gwałt: dwóch na dziesięciu ankietowanych uważa, że jeśli kobieta mówi „nie”, to myśli „tak”. Natomiast dla 61% Francuzów i 65% Francuzek mężczyźnie „więcej trudności nastręcza kontrolowanie własnych popędów niż kobiecie”. Ta koncepcja jest powszechnie podtrzymywana przez stereotypy płciowe. I przypomina, dlaczego tak ważna jest jak najwcześniejsza dekonstrukcja wyobrażeń odnośnie do „męskiego” i „żeńskiego”. Jeśli chcemy skończyć z księżniczkami i rycerzami, to nie dla przyjemności zabawy w ikonoklastów, lecz dlatego, że z tych właśnie wyobrażeń wyrasta przemoc seksualna.

Aurelia Blanc, „Jak wychować syna na feministę”, wyd. Znak Koncept

  1. Styl Życia

Rafting – adrenalina i kontemplacja

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji - pisze dziennikarka Jolanta Maria Berent, która na własnej skórze sprawdziła na czym polega wyjątkowość raftingu. (Fot. iStock)
Adrenalina i kontemplacja. Praca zespołowa i rywalizacja. Okazja do wyjścia poza strefę komfortu. To tylko kilka powodów, dla których warto spróbować raftingu. Dziennikarka Jolanta Maria Berent sprawdziła to na własnej skórze w Słowenii.

Na rynku rozwojowym znajdziesz kilka sposobów na to, żeby zmierzyć się z tym, co cię blokuje, powstrzymuje przed sięganiem po więcej. Chodzenie po rozżarzonych węglach, łamanie strzały grdyką czy deski ciosem karate. To ćwiczenia obliczone na wykonanie pewnego kroku – nie tyle ku przepaści, co w stronę własnej siły, pewności siebie. Sygnał dla podświadomości, że otwierasz się na nowe. Że – owszem, możesz odczuwać lęk, ale gotowa jesteś go przekroczyć.

Mimo to kiedy podczas wyjazdu z grupą dziennikarzy do Słowenii zaproponowano nam rafting – spływ pontonem po rwącej, górskiej rzece (piękna, szmaragdowa Socza plus Alpy Julijskie) – początkowo nie paliłam się do tego pomysłu. Woda nie jest moim ulubionym żywiołem, a do tego lało jak z cebra. Sam koordynator wyjazdu odradzał przedsięwzięcie. I wtedy zapaliła mi się lampka: cóż za wspaniała okazja, żeby spotkać się z tym żywiołem! Jak mogłabym ją zmarnować?

Jakoś to będzie

Z naszej pięcioosobowej grupy na udział w wyprawie decyduje się poza mną tylko jedna osoba. Wsiadamy do busa podstawionego przez organizatorów spływu, jedziemy do miejsca, gdzie dostajemy niezbędne wyposażenie: gumowe buty, dwie części kombinezonu, kask, kapok. Gdzie się przebrać? Jak to gdzie? Na brzegu rzeki! Zaczynam się zastanawiać, czy to był dobry pomysł. Próbuję porozumieć się z sąsiadem – okazuje się, że to nauczyciel grupy młodych uczniów szkoły ogrodniczej z Belgii. Są lepiej przygotowani niż ja: mają ręczniki i stroje kąpielowe. Ktoś uprzedził ich, że pod kombinezonem może zostać tylko dolna część bielizny. Nas nie. OK, dodatkowa bariera do przekroczenia. Jakoś to będzie.

I jakoś jest – na polanie, do której dojeżdżamy, nawet się specjalnie nie zasłaniamy. W końcu każdy jest zajęty sobą i rozpracowywaniem poszczególnych części ekwipunku. Koleżanka przekonuje mnie, że zamek w kombinezonie powinien się zasuwać od spodu. Rezultat: zakładamy strój na lewą stronę. Jakoś to będzie – uczepiłam się tej mantry.

Przewodnik woła grupę do pontonu, udziela niezbędnych instrukcji. Jak siedzieć, gdzie trzymać nogi, jak operować ciałem. Jak chwycić wiosło, jak nim poruszać. Co zrobić, kiedy wpadnie do wody. Wreszcie: jak postępować, kiedy trafi tam któryś z członków załogi. Jeśli to twój sąsiad, wciągasz go z powrotem za kapok. Jeśli ty, układasz się stopami w stronę nurtu – mówiąc bardziej obrazowo, „nogami do przodu”. W szeregach wyczuwa się lekki niepokój. Zaczynamy zdawać sobie sprawę z powagi sytuacji. Podejrzewam, że to część przedstawienia, że Theo (prosi, żeby koniecznie podać jego imię) celowo podkręca atmosferę. Tak czy inaczej adrenalina jest już na odpowiednim poziomie – możemy wyjść z pontonu i znieść go po stromej skarpie na brzeg rzeki. Pierwszy kontakt z wodą robi wrażenie. Jest zimna, jest wzburzona. Jest mokra. Szarpie pontonem, rzuca nim w górę i w dół, obraca. Pokazuje, kto tu rządzi.

Z wodą nie przelewki

Sprawdzamy, jak wprawki „na sucho” przekładają się na prawdziwe wiosłowanie. Czy my w ogóle mamy wpływ na cokolwiek. Okazuje się, jak ważne jest utrzymanie odpowiedniego rytmu, synchronizacja z towarzyszami podróży. Niezłe ćwiczenie dla zespołu – uczy zgodnego działania we wspólnym celu. Każda ręka się liczy, każdy ma swój wkład. Uczymy się figury zwanej piramidą: wszystkie wiosła piórami do góry, łączymy je nad głowami, wydajemy okrzyk bojowy. Kiedy zaczynamy się czuć nieco pewniej, pojawia się element rywalizacji – wyścigi z innymi załogami. Inna konkurencja: kto kogo skuteczniej ochlapie, wzbijając wiosłem fontanny. Nie ma gdzie się schować, woda z każdej strony! I jeszcze fotograf, podążający w kajaku naszym tropem, w poszukiwaniu co bardziej atrakcyjnych ujęć...

Jest akcja, zabawa, ale są też chwile kontemplacji. Co jakiś czas przewodnik prosi, żeby oprzeć wiosła na kolanach. Milknie. To te odcinki rzeki, na których nie trzeba z nią walczyć. Rozluźniamy się, pozwalamy, by nas niosła. Podziwiamy potęgę gór wokół, nasycenie kolorów. Zwłaszcza że wyszło słońce. Theo opowiada o okolicznych wodospadach i jaskiniach, o wydarzeniach związanych z tym miejscem. Podczas I wojny światowej przez dolinę Soczy przechodziła linia frontu, armie włoska i austriacko-węgierska stoczyły tu dwanaście krwawych bitew. Do tych miejsc i wydarzeń nawiązuje Hemingway w „Pożegnaniu z bronią”. Jest też wątek kinematograficzny – okazuje się, że w okolicy kręcono zdjęcia do drugiej części „Opowieści z Narnii”. Przypominam sobie dreszczowiec „Dzika rzeka”, w którym Kevin Bacon prześladował płynącą pontonem po Kolorado Meryl Streep. Theo potakuje: zawsze jakiś psychopata może się czaić za krzakiem. Zdaje się, że już nawet nastolatkowie mu nie wierzą.

Skacz i nie myśl

Tymczasem największe dreszcze dopiero przed nami. Właściwie była to typowa cisza przed burzą. Przewodnik zapowiada kolejny punkt programu: za chwilę będzie odliczał, na „trzy” wszyscy mamy wyskoczyć. Nie wierzę własnym uszom, to musi być kolejny żart! Ale nie: wygląda na to, że oczekuje się od nas skoku na głęboką wodę. No, chyba że nie jest tu zbyt głęboka. Na hasło „trzy” wciąż siedzę w pontonie, zajęta wewnętrzną walką. Jakaś część mnie mówi, że po co, że to głupie: nie muszę ryzykować, udowadniać czegokolwiek komukolwiek. Ale jest i inna, która twierdzi: „Nie jesteś gorsza. Co ci zależy. Masz kapok. Jeśli tego nie zrobisz, pożałujesz. Doświadczenie będzie niepełne. Teraz albo nigdy!”. Skaczę i... nie jest zbyt miło. Uwierzyłam, że – skoro jesteśmy blisko brzegu – woda będzie płytka. Nie jest. No ale od tego między innymi jest przewodnik – żeby wciągnąć wszystkich za kapoki z powrotem do środka.

Z czym zostajesz? To może być duma i ulga. Przypływ energii. Poczucie świeżości (nie tylko z powodu wody w butach). Na pewno satysfakcja: że spróbowałaś czegoś nowego, że dzieliłaś z innymi to doświadczenie, dołożyłaś swoje wiosło (czyli poczucie sprawczości). Ale też, że zaufałaś. Wodzie, przygodzie, innym ludziom. Sobie. Że dałaś radę. Z ręcznikiem czy bez. Właściwie to mogłabyś teraz przenosić góry. Tylko po co? Wygląda na to, że są na swoim miejscu.

  1. Psychologia

Jak rozmawiać z dzieckiem o jego chorobie – pytamy psycholożkę kliniczną Martę Rusek

Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Chcą się bawić w to, co ich otacza, więc wcielają się w lekarzy, powtarzają to, co oni mówią. W ten sposób choć na chwilę mogą wyjść z roli pacjenta. (Fot. iStock)
Choć mali pacjenci przechodzą choroby nowotworowe inaczej niż dorośli i częściej od nich zdrowieją, to dla rodziców, którzy poznają diagnozę jako pierwsi, jest ona szokiem. Jak rozmawiać o tym z dzieckiem? Ile mu powiedzieć? Gdzie szukać wsparcia, żeby mieć siłę na opiekę? Wyjaśnia Marta Rusek, psycholożka kliniczna współpracująca z Fundacją Onkologiczną Alivia.

Co roku w Polsce aż 1300 rodziców małych i nastoletnich pacjentów słyszy diagnozę „nowotwór”. A kto mówi o chorobie dziecku? Czy to zawsze rola rodzica?
To zależy od wieku pacjenta. Jeśli rozmawiamy o dziecku do wieku wczesnoszkolnego, to lekarz informuje na początku tylko rodziców. Nastolatek najczęściej zapraszany jest do gabinetu razem z dorosłymi. Rozmowa odbywa się w ich obecności, czasem z udziałem psychologa.

Czy są jakieś zasady prowadzenia takich rozmów?
Oczywiście. W onkologii dziecięcej obowiązuje kilka żelaznych zasad. Po pierwsze, pacjenta prowadzi tylko jeden lekarz, do którego pacjent z czasem bardzo się przywiązuje, i wzajemnie. Nie narażamy dziecka na zmiany lekarza. I to ten lekarz przekazuje informacje o diagnozie. Po drugie, zawsze zakładamy, że chorobę wyleczymy i z takim nastawieniem wszyscy na oddziale onkologicznym pracujemy. Po trzecie, nie wyprzedzamy psychologicznych potrzeb pacjenta.

Co to znaczy?
Kiedy towarzyszyłam lekarzom w rozmowach z pacjentami, staraliśmy się, by informowanie o diagnozie, o rokowaniach czy sposobie leczenia nie było pełnym napięcia monologiem. Raczej nastawialiśmy się na dialog, w którym stosowaliśmy metodę dopytywania.

Na czym polega dopytywanie?
Na tym, żeby nie wyprzedzać pacjenta w rozmowie. Razem z lekarzem staraliśmy się, żeby dziecku nie powiedzieć za dużo. Ono i tak najczęściej domyśla się, co się dzieje; dzieci dużo wiedzą, chociaż bywa, że nikt im oficjalnie nic nie mówi. Często jednak trzeba ten obraz skorygować. Kiedy tuż po rozpoczęciu leczenia pytaliśmy: „Czy chcesz wiedzieć, dlaczego jesteś w szpitalu?”, dzieci początkowo odpowiadały: „Nie chcę nic wiedzieć”. To jest normalne, ale potem się zmienia. Gdy dziecko oswaja się ze szpitalem, z lekarzami, z personelem, z psychologiem, po jakimś czasie samo wraca do tego pytania i chce wiedzieć, na co choruje, jak się je leczy, co oznaczają medyczne słowa. Samo pokazuje, że jest już gotowe na rozmowę.

Dla każdego rodzica zdiagnozowanie choroby nowotworowej u dziecka to szok. Jak rodzice powinni wesprzeć siebie w tej sytuacji?
Po takiej informacji dotychczasowe życie w jednej chwili przestaje istnieć. Rodzic czuje ból, wściekłość, samotność. Ma poczucie, że nikt, kto nie doświadczył choroby dziecka, nie jest w stanie go zrozumieć. Bywa, że na tym etapie ludzie odsuwają się od znajomych i przyjaciół, bo relacje z nimi są w tym momencie zbyt bolesne. Najczęściej zbliżają się do grupy rodziców szpitalnych. Wsparcie ze strony dorosłych, którzy przechodzą to samo, to dobry początek.

Jak prosić tych innych dorosłych o wsparcie?
Najlepsza jest aktywna postawa polegająca na informowaniu, co jest mi teraz potrzebne. Najczęściej wcale nie chodzi o wielkie sprawy, ale o ugotowanie obiadu, przywiezienie czegoś z domu, pomoc w zakupach albo porozmawianie, pobycie. Chodzi jednak o to, żeby tymi wspierającymi osobami byli dorośli, przy których można się na przykład rozpłakać. Przy dziecku rodzic nie powinien płakać, chociaż czasem trudno powstrzymać łzy. Lepiej wyjaśnić, że płacze, ponieważ np. tęskni za domem. Wtedy te łzy stają się dla dziecka zrozumiałe, a jednocześnie pokazujemy mu, że w taki sposób można poradzić sobie z trudnymi uczuciami.

A nie powinien tu wkroczyć psycholog albo fundacja wspierająca rodziców dzieci chorych?
Nie, nikt nie powinien „wkraczać”, tylko raczej być w pobliżu i w gotowości udzielenia do pomocy i wsparcia. Tak się dzieje ze szpitalnym psychologiem lub psychologiem pracującym w fundacji – jest dostępny w razie potrzeby.

I na czym polega jego pomoc?
Najważniejsze jest uświadamianie, że chorowanie to proces, warto to nieustannie powtarzać. To, że w chwili diagnozy rodzic czuje wściekłość, rozżalenie, samotność, bezradność, zaprzecza lub za wszelką cenę szuka winnego, jest normalne. Trzeba wiedzieć, że ma się prawo do odczuwania czasem bardzo silnych emocji. To dla rodziców niezwykle ważne. Dowiadują się, że nie popadli w szaleństwo, ich emocje są naturalne i miną. Człowiek umie się przystosować do nowej sytuacji, do chorowania i leczenia także.

Czy bardziej choroby boją się dzieci, czy ich rodzice?
Nie demonizujmy tego, jak dzieci odbierają chorobę. Już to powiedziałam, ale powtórzę: choroba to jest proces. Inaczej reaguje się na początku, inaczej po miesiącu chorowania, gdy już się wie, że da się z tym żyć. Szczególnie młodsze dzieci stosunkowo szybko włączają szpitalną rzeczywistość w swoje życie. Podczas hospitalizacji często bawią się właśnie w szpital, w pacjentów i personel medyczny. Bo dzieci chcą się bawić w to, co ich otacza. Wcielają się w lekarzy i mogą w ten sposób choć na chwilę wyjść z roli pacjenta. Zawsze mnie zadziwiało, jak dużo dzieci wiedzą, jakimi są świetnymi obserwatorami, a nawet ekspertami. Używają żargonu medycznego, zachowują procedury, na przykład wkładając rękawiczki przed zrobieniem zastrzyku lalce. Powtarzają to, co mówi im lekarz, i to jego tonem, znają nazwy leków, dawkowanie, wiedzą, jakie wyniki są w normie, a jakie nie, i bawią się w to. Gdy dziecko inicjuje zabawę w szpital, wiem, że mogę je dopytać, co by chciało wiedzieć.

A jak jest ze starszymi? Nastolatek nie pokaże w zabawie, że jest gotowy do poważnej rozmowy.
Przede wszystkim, by móc rozmawiać z nastolatkiem, trzeba wypracować sobie jego zaufanie. Nie chcemy żadnej „poważnej rozmowy”. Nie sadzamy nastolatka, nie robimy mądrych min. Przede wszystkim temat choroby, która opanowała ciało, bywa często trudny i zawstydzający. Działamy delikatnie, wręcz niezauważalnie odpowiadamy na pytania, do których pacjent dorósł. Ponadto nastolatki mają dostęp do Internetu, zazwyczaj same dowiadują się bardzo wiele o swojej chorobie. Nie potrzebują informacji, a zwykłej rozmowy. Wyjaśnienia różnych wątpliwości, wysłuchania tego, co ich niepokoi.

Czego boją się najbardziej?
Dzieci boją się bólu, jak my wszyscy. Jednak współczesna medycyna na szczęście nie skazuje pacjenta na cierpienie. Wytyczne są jednoznaczne: lekarz ma oszczędzać pacjentowi bólu i ograniczać dyskomfort w każdy dostępny sposób, i lekarze się tego trzymają. Mamy skuteczne środki przeciwbólowe. W onkologii dziecięcej ból traktuje się serio i jest on leczony. Dzieci boją się też zmian, jakie niesie ze sobą choroba onkologiczna – utraty włosów, zniekształcenia po operacji, protez. Boją się tego, co jest nieznane.

A co zrobić, gdy w moim otoczeniu ktoś ma dziecko chorujące na nowotwór?
Być przy tej rodzinie. Nie bać się cierpienia i choroby. A jeśli nie wiemy, jak wspierać – warto po prostu dopytać rodziców: „Jak mogę pomóc?”, „Ugotować coś, posprzątać, zawieźć?”. Rodzic jest tak pochłonięty leczeniem chorego dziecka, że często nie ma czasu zająć się drugim, zdrowym dzieckiem czy domowymi zwierzętami. Warto proponować, że się odbierze ze szkoły zdrowe rodzeństwo, weźmie je na weekend, przenocuje, pomoże w opiece nad psem.

Zdrowe rodzeństwo w obliczu takiej sytuacji schodzi zupełnie na drugi plan…
Niestety, to prawda. Leczenie zajmuje rodzicom tyle czasu i energii, że często nie mają już rezerw na poświęcanie czasu zdrowym dzieciom, tymczasem one potrzebują uwagi, miłości i normalności. Straciły kontakt nie tylko z rodzicami, ale też z rodzeństwem, bo dzieciom zdrowym nie wolno wchodzić do szpitala. Warto zadbać o to, żeby rodzeństwo miało kontakt, żeby do siebie na przykład dzwoniło. Mamy na szczęście do dyspozycji całą technologię.

Czy należy dokładnie wyjaśniać, co dzieję się z chorą siostrą czy bratem?
To znów zależy od wieku i od tego, ile rodzeństwo chce wiedzieć, ale generalnie warto przygotować je na ewentualne zmiany w wyglądzie pacjenta, bo przecież leczenie choroby nowotworowej odbija się na fizyczności. I oczywiście nie chodzi nam tu o przekazanie suchych informacji, tylko o rozmowę, co dzieje się z chorym. Chodzi o to, żeby zdrowe dziecko nie było zaskoczone brakiem włosów czy otyłością wywołaną zastosowaniem sterydów. Albo amputacją, bo przecież i to się zdarza w leczeniu chorób nowotworowych.

To bardzo trudne zadania dla rodzica.
Tak, i tutaj też potrzebne jest wsparcie. Dlatego warto być w stałym kontakcie z psychologiem, który przygotuje rodzica na taką rozmowę, powie, jak ją delikatnie przeprowadzić, a nawet przećwiczy.

Zatem może jednak psycholog powinien takie rozmowy przeprowadzać z rodzeństwem?
Moim zdaniem to jednak rola rodzica, z którym dziecko jest związane i czuje się bezpieczne. Taka próba wprowadzenia obcej, nieznanej osoby, żeby przeprowadziła rozmowę, może być jeszcze bardziej stresująca dla dziecka. Lepiej jest, gdy psycholog przygotowuje rodzica, ale to rodzic rozmawia ze swoim dzieckiem. Taka kolej rzeczy jest naturalna.

Myślę, że bardzo łatwo jest obciążyć zdrowe dziecko chorobą rodzeństwa.
Dlatego tak ważne jest, żeby rodzic szukał wsparcia tylko u innych dorosłych. Nie należy przy zdrowym dziecku płakać, dzielić się swoimi emocjami, szczególnie lękiem, bo dziecko zawsze chce chronić rodziców. A nawet prawie dorosłe, nastoletnie zdrowe dziecko nie może być pocieszycielem dorosłych.

Ale czasem nie ma nikogo innego…
Rodzice często mają takie wrażenie, ale przecież zawsze są wokół nas inni dorośli: lekarz, pielęgniarka, psycholog, znajomi czy chociażby rodzice innych chorych dzieci. Bywa jednak, że rodzicom jest trudno prosić o pomoc, albo nie widzą, że otoczenie jest gotowe ich wesprzeć. Warto by bliscy, przyjaciele takiej rodziny przyjęli aktywną postawę i tak jak już wcześniej wspomniałam – pytali. Czasem ta pomoc może polegać na tym, że choć na chwilę zastąpi się takiego rodzica w szpitalu i będzie on mógł chociażby wyjść na spacer czy do fryzjera.

Chyba nie miałabym odwagi zapytać rodzica, który ma tak chore dziecko, czy chce iść do fryzjera. Nie umiem sobie wyobrazić, że sama miałabym na to ochotę. Myślę też, że społeczeństwo narzuca obraz cierpiącego udręczonego.
Ten fryzjer to może bardziej metafora i pytanie, czy rodzic w trakcie chorowania dziecka ma prawo zająć się też swoimi potrzebami. Widziałam, jak rodzice dawali z siebie wszystko. A przecież leczenie trwa miesiącami, czasem nawet latami. Do opieki potrzeba mnóstwo sił. Niewyspany, udręczony, samotny, przeciążony rodzic nie będzie dobrym wsparciem. Dlatego tak ważne jest, by inni dorośli pomagali rodzicom w odzyskiwaniu, choć na chwilę, poczucia równowagi, pomagali w regeneracji. A co do fryzjera – pamiętam, jak jedna z fundacji zorganizowała wizytę właśnie fryzjera na oddziale – ileż było śmiechu i radości, gdy rodzice mogli wreszcie zająć się sobą.

Zbieram się z pytaniem na temat opieki paliatywnej. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci, o tym, że nie wyzdrowieją?
Pamiętajmy, że onkologia dziecięca ma inną dynamikę. Dzieci zdrowieją znacznie częściej niż dorośli. Bardzo skutecznie leczymy choroby nowotworowe u dzieci. Ale bywa niestety, że choroba okazuje się silniejsza niż medycyna. I tu obowiązują te same zasady: nic na siłę. Nigdy nie atakujmy pacjenta tym tematem.

Mam poczucie, że rozmawianie o śmierci to nie są mądre monologi, bo to nie czas na nasze, dorosłe przemyślenia czy przekonania np. religijne. To czas na to, by usłyszeć, co myśli o tym dziecko, z jakimi pytaniami się mierzy. Pamiętam pacjenta, który zapytał: „czy w niebie jest McDonald?”, bo usłyszał, że w niebie jest wszystko, co najlepsze, a po śmierci idzie się do nieba. Ale najczęściej to są bardzo nieśmiałe i ulotne momenty, gdy pacjent zastanawia się, jak to jest z tą śmiercią. Chociaż bywały także sytuacje, gdy pacjent, najczęściej nastolatek, zadawał pytanie: „czy ja umrę?”. I tu nie ma jednej dobrej odpowiedzi, ale dla mnie takie pytanie pacjenta jest zawsze punktem wyjścia do rozmowy, co stoi za takim pytaniem, jakie myśli, jakie fantazje, jakie uczucia. Często w rozmawianiu o śmierci nie tyle chodzi o konkretną odpowiedź, ale o stworzenie bezpiecznej atmosfery, by dziecko mogło podzielić się z drugim dorosłym swoimi niepokojami, lękami, refleksjami. Chociaż czasem młody człowiek chce po prostu wiedzieć, jakie są jego rokowania, bo myśli o tym, by móc się z kimś pożegnać, może pogodzić, a może coś komuś ważnego powiedzieć. Tylko w rozmowie z pacjentem możemy poznać, jaki motyw stoi za jego pytaniem.

A czy dzieci boją się śmierci?
Boją się i martwią. Czasem zastanawiają się, co się stanie z ich rzeczami, jak rodzice to zniosą, co będzie po śmierci. Pamiętam dziewczynkę, która w zabawie opowiadała mi, jak sobie wyobraża, co będzie po śmierci. Wyzdrowiała i ma się dobrze, ale widać, że myśl o śmierci może się pojawić.

Nie wiem, który rodzic by to udźwignął…
Dlatego w szpitalu pracują psychologowie. Dzieci potrzebują bezpiecznej przestrzeni – z dorosłym, który nie zabroni poruszania tego tematu, nie wystraszy się ani nie rozpłacze na dźwięk słów „boję się, że umrę”. Chcę podkreślić, że nowotwory są uleczalne i że wbrew aktualnie bardzo złym opiniom na temat służby zdrowia, dziecięcy onkolodzy to w większości kompetentni, empatyczni ludzie, którzy wiążą się bardzo mocno ze swoimi pacjentami i walczą o nich tak samo jak rodzice.

Fundacja Alivia jest Organizacją Pożytku Publicznego, która pomaga chorym na raka m.in. w finansowaniu nierefundowanych terapii i konsultacji. Więcej na temat przekazania 1% podatku na rzecz fundacji na www.alivia.org.pl.

Marta Rusek, specjalistka psychologii klinicznej, psychoterapeutka, psychoonkolożka. Przez wiele lat pracowała jako psycholog na oddziale onkologii dziecięcej. Współzałożycielka Warszawskiego Centrum Psychoonkologii, www.psychoterapia-mokotow.pl.