1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przepraszanie a psychologia. Czy warto przepraszać niezależnie od sytuacji?

Przepraszanie a psychologia. Czy warto przepraszać niezależnie od sytuacji?

Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków. (Fot. Getty Images)
Dobry obyczaj uczy ustępować i naprawiać krzywdy, nawet jeśli nie ma w nich naszej winy, ale ktoś poczuł się urażony. A co podpowiada życiowa praktyka i doświadczenie terapeuty? Doktor Tomasz Srebnicki zwraca uwagę na to, że zarówno nadmierne przepraszanie, jak i domaganie się przeprosin to oznaki naszych wewnętrznych braków.

Jak przyjąć odrzucone przeprosiny? Czy warto przepraszać każdego, nawet gdy czujemy, że na to nie zasługuje?

Zostałam wychowana w przekonaniu, że lepiej ocenić, czy warto przepraszać za nasz czyn, nawet jeśli się nie do końca poczuwa do winy, niż tkwić w uporze i nie przepraszać. To słuszne podejście?
Najlepiej odnieść się do konkretnej sytuacji. Przepraszanie ma bowiem różne warstwy, począwszy od tej wynikającej z zasad savoir-vivre’u, czyli dobrego wychowania, kiedy kogoś przypadkiem potrącimy ramieniem czy się spóźnimy na spotkanie. Ale jak rozumiem nie o to pani chodzi.

Chodzi mi o sytuację, kiedy ktoś ma do nas pretensje, słusznie lub nie. Nasza reakcja może być różna – możemy uznać zasadność i przeprosić. Albo nie uznać zasadności i przeprosić lub nie. O czym świadczą zarówno pretensje innych, jak i nasze reakcje na nie?
Mówimy o sytuacji, w której dochodzi między ludźmi – powiedzmy między nami – do jakiegoś konfliktu. To, co istotne dla tego przykładu, to że jesteśmy wobec siebie w jakiejś zależności – my akurat zawodowej, ale może być to także zależność prywatna. I teraz jedna strona konfliktu nie dąży do rozwiązania sytuacji, tylko chce wzbudzić w drugiej osobie poczucie winy, przekierować odpowiedzialność na jej stronę. Mogą za tym stać różne motywy: na przykład żeby sprawować nad kimś kontrolę lub żeby pokazać, że jest mniej inteligentny czy gorszy... Wtedy druga osoba przeprasza nie dlatego, że czuje taką potrzebę, ale by uniknąć odrzucenia i braku wybaczenia ze strony tego, kto ją obwinia. Przeprasza, nie będąc w zgodzie ze sobą, czyli trochę przeprasza za to, jaka jest.

Mając wybór, czy pozostać w zgodzie ze sobą, czy pozostać w zgodzie z drugą osobą – wybiera to drugie?
Pytanie: co to znaczy pozostać w zgodzie ze sobą? Weźmy sytuację sprzed chwili. Umówiliśmy się dziś w kawiarni na wywiad, pani spóźniła się pięć minut, bo najpierw zajrzała do naleśnikarni, a nie tu, gdzie usiadłem. Przychodzi pani, mówi: „przepraszam” i chce zaczynać wywiad, ale ja pełnym pretensji tonem mówię, że przez panią musiałem czekać. Co więcej, mam ku temu racjonalne podstawy. Ale one są podstawą do przeproszenia według zasad savoir-vivre‘u, co też pani zrobiła. Problem pojawia się wtedy, kiedy domagam się od pani ponownego lub bardziej kajającego się przeproszenia, grożąc odrzuceniem. Na przykład mówię: „Wiesz co, Asiu, naprawdę źle zrobiłaś. Nikt nigdy mnie nie potraktował tak jak ty. Ludzie zawsze przychodzą na wywiady ze mną na czas. Zastanawiam się, czy chcę z wami dalej współpracować“. A ponieważ jesteśmy w sytuacji zależności zawodowej, oznacza to, że dążę do tego, żeby pani mnie przeprosiła, ale wyłącznie po to, by poczuć się ważnym, kontrolującym, wyjątkowym, sprawczym... Natomiast jeżeli pani w to wejdzie i przy okazji jest osobą, która szuka akceptacji u innych, więc zwykle przeprasza pani w sposób nadmiarowy – to pani bardzo się tą sytuacją przejmie i pokaja nawet trochę zbyt przesadnie.

Nadmierne przepraszanie nie jest dobre?
Ktoś kiedyś powiedział, że kiedy przepraszasz pierwszy raz, to robisz to dla kogoś, a jeśli przepraszasz wiele razy, to przepraszasz już dla siebie – by nie poczuć się odrzuconym. I wtedy nie jest istotne, za co właściwie przepraszasz.

Jeśli osoba z potrzebą władzy trafi na kogoś z potrzebą akceptacji...
...wtedy mogą w takim klinczu trzymać się latami.

Jak go przerwać i zwalczyć w sobie potrzebę ciągłego przepraszania?
Jedyne, co może zrobić ktoś zmuszany ciągle do przepraszania, to zacząć się narażać na odrzucenie ze strony osób, które ciągle mu grożą odrzuceniem. Może to być wzorzec wymuszania przeprosin, ale też wymuszania seksu, pieniędzy, różnych rzeczy. Najlepiej zacząć od osób, których odrzucenia się najmniej boję – czyli na przykład od pani w kiosku lub pana na przystanku – i powoli zacząć się narażać na sytuacje, w których nie będą z jakiegoś mojego zachowania zadowoleni, np. nie dam pani dokładnie odliczonej kwoty, nie pomogę panu w sprawdzeniu rozkładu autobusów. Stopniowo można to przenieść na relacje z osobami, na których nam zależy. Oczywiście chodzi o to, by przyjąć jakiś racjonalny parametr tego, czy krzywdzimy kogoś, czy nie. No bo jeśli zacznę praktykować to, o czym mówię, poprzez spóźnianie się na różne spotkania o godzinę, uznając, że nic się nie dzieje, to w ten sposób będę okazywał jednak brak szacunku czy nawet pogardę wobec innych. Natomiast jeżeli dojdzie do sytuacji, że się spóźnię dwie minuty, a ktoś będzie w sposób nadmiarowy zdenerwowany, to mogę sobie zadać pytanie, ile zwykle się ludzie spóźniają i jak zwykle na to reagują. Przeważnie albo mówią: „Przepraszam za spóźnienie“ i przechodzą do innego tematu albo w ogóle ignorują ten fakt. Natomiast jeśli druga osoba cały czas napiera: „To brak szacunku”, to moim zdaniem na ten rodzaj odrzucenia musimy się już narazić. I właśnie nie przepraszać.

Ale jak powinniśmy zatem zareagować, jeśli nie chcemy decydować się na ciągłe przepraszanie?
Możemy na przykład zadać pytanie: „Czego się ode mnie domagasz?”, czyli zdemaskować drugą osobę. Można też opisać to, co robi: „Wiesz co, spóźniłam się dwie minuty, ludzie spóźniają się czasem dwie minuty, ale czuję, że chcesz, żebym wyjątkowo cię za to przeprosiła. Oczywiście, że mogę cię przeprosić, ale nie uważam, bym zrobiła coś, co takich ponawianych co chwila przeprosin wymaga”. Druga osoba może zareagować wybuchem, bo została zdemaskowana. Może też zauważyć absurdalność tej sytuacji lub pomimo zdenerwowania przejść nad tym do porządku dziennego. Najgorszą wersją dalszych wypadków jest wspomniane odrzucenie, czyli kiedy na przykład ja w reakcji na pani spóźnienie mówię: „No nie, to koniec naszej współpracy“. I należy się umieć na to narazić. Najlepiej odwołując się do swoich zasobów.

Co to znaczy?
Może pani powiedzieć sobie: „Na cholerę mi ten Srebnicki! Znam mnóstwo psychologów, którzy mogą robić to, co on. Zachowując się w ten sposób, nie tylko przekracza moje granice, ale jest nieprofesjonalny i niegrzeczny. Po co mi kontakt z takim człowiekiem? Chce zerwać umowę, proszę bardzo, zgłoszę to do naszego działu prawnego, niech z nim to załatwiają”. Naraża się pani na moje odrzucenie, jednocześnie rozpoznając zasoby, jakie pani ma w sytuacji, w której tego odrzucenia zaznała.

Czyli zadaję sobie pytanie: czy to jest taka straszna rzecz być odrzuconym przez kogoś w takiej sytuacji i w taki sposób?
Tylko właśnie osoby, które mają problem z nadmiernym przepraszaniem, najczęściej całą energię wkładają w budowanie jednej–dwóch bliskich relacji. I bardzo boją się potem je stracić. Czyli w pani przypadku mogłoby to być takie myślenie: „Boże, tylko Srebnicki może odpowiadać na listy do SENSu”. Co więcej, ja mogę pani przez lata wcześniej dawać do zrozumienia, że nikt inny do tego się nie nadaje i jeśli ja nie będę odpowiadał na listy, to SENS splajtuje, i to będzie pani wina. Mogę przez lata osaczać panią swoją osobą, by miała pani takie poczucie, że albo ja, albo nikt inny. I jeżeli ma pani lęk przed odrzuceniem, a do tego problemy z kompetencjami, pewnie będzie pani dążyć do tego, by mnie zaspokoić emocjonalnie – czyli będzie pani ciągle przepraszać i ugłaskiwać mnie.

Mówimy teraz o relacji zawodowej, ale bardzo często takie właśnie osaczanie i manipulowanie stosują wobec nas znajomi albo przyjaciele, czy raczej osoby, które uważamy za przyjaciół. Dlatego dobrze jest nie skupiać się na jednej–dwóch relacjach. Nie mówię, by mieć tabuny przyjaciół, bo o dobre przyjaźnie zawsze jest trudno, ale by mieć ciepłe i dobre relacje z ludźmi oraz zasoby techniczne, które pomogą nam poradzić sobie z ewentualnym odrzuceniem, np. koleżankę, u której mogę przenocować, kiedy pokłócę się z partnerem, lub zaoszczędzone pieniądze, gdy postanowię rzucić pracę. W ten sposób budujemy zasoby do tego, by nie musieć przepraszać, jeśli tego nie chcemy.

Po czym rozpoznać nadmierne przepraszanie?
Czyli po czym poznać, że skrzywdziłem, a po czym poznać, że nie skrzywdziłem? Krzywda jest zawsze intencjonalna. Oczywiście można kogoś skrzywdzić przez przypadek, ale to dotyczy zwykle ludzi, których mało znamy. W bliskich relacjach krzywda jest z reguły intencjonalna. A ponieważ ludzie są nieustająco w relacjach, to się nieustająco nawzajem naruszają, bo z reguły w pierwszej kolejności działają we własnym interesie. Przeważnie w 98 proc. bliskich relacji wiemy, kiedy nasze zachowanie sprawi komuś przykrość, i jeśli mimo to je podejmujemy, to trzeba za nie przeprosić. Czyli na przykład ekstremalna sytuacja: ma pani kochanka i spotyka się z nim w ukryciu. I mąż się o tym dowiaduje.

Powinnam przeprosić za to, że mam kochanka?
Nie za fakt posiadania kochanka, tylko za to, że w taki sposób rozwiązała pani problem w relacji z mężem.

A klasyczne faux pas? Niezamierzone, ale krzywdzi.
Jeżeli widzę, że niewinny według mnie żart wpłynął na pogorszenie samopoczucia drugiej osoby, to absolutnie trzeba za to przeprosić, bo te przeprosiny są wyrazem mojej czujności na rozmówcę. Czyli dajmy na to opowiadam dowcip o wisielcu i widzę, że komuś twarz tężeje. Domyślamy się, że ktoś z jego bliskich się powiesił. Mogę wtedy powiedzieć: „Widzę, że pana czymś uraziłem. Absolutnie nie miałem takiej intencji i przepraszam“. Myślę, że te wszystkie nasze problemy wokół tematu „przeprosić czy nie przeprosić?” najczęściej obracają się wokół lojalności i uważności w relacjach międzyludzkich.

A co siedzi w głowach czy sercach osób, które nigdy nie decydują się na przepraszanie? Psychologia jest w stanie uzasadnić takie zachowanie?
Na poziomie klinicznym mogą być to osoby z rysem psychopatycznym, które nie przepraszają, bo nie czują takiej potrzeby. Uważają, że to, co robią, jest absolutnie uzasadnione – nawet jeśli oszukały albo zabiły. Nie mają pewnej struktury poznawczej, która by pozwalała im zdefiniować siebie jako obiekt krzywdzący. Takie osoby, jak powiedziałem, mają zwykle rys psychopatyczny, ale też socjopatyczny lub narcystyczny. Zwykle nie przepraszają, a jeśli już, to robią to fasadowo, czyli w sposób absolutnie manipulacyjny. Na przykład mogę być psychopatą i uwodzić panią po to, by pani wzięła dla mnie kredyt. I nagle widzi mnie pani na ulicy z inną kobietą. Jako psychopata, który nie ma wyrzutów sumienia i chce po prostu pani użyć, rzucę się do przepraszania, łzami nawet zaleję – byle tylko w przyszłości naciągnąć panią na dużą kasę.

Czyli dobre przeprosiny powinny być szczere i adekwatne do sytuacji?
Tak. W szerszym znaczeniu, kulturowo-religijnym – zwłaszcza w naszej tradycji, gdzie przeprosiny są związane z formą spowiedzi, która jest przeproszeniem Boga – ważnym elementem przeprosin jest też mocne postanowienie poprawy. Czyli powinna iść za nimi zmiana w zachowaniu lub czujność wobec błędów, które popełniam, po to, by więcej tego nie robić. Jeśli ktoś stale powtarza te same błędy, to jego przepraszanie ma mało wspólnego z tą częścią „ja”, która może potencjalnie krzywdzić innych. I nie trzeba być psychopatą albo narcyzem, by nie widzieć swojego „ja” krzywdzącego – z reguły ludzie wolą postrzegać siebie w roli tych dobrych. Sporo wysiłku trzeba, by zaakceptować siebie w roli tego, kto nie zawsze jest dobry a nawet – w określonej sytuacji – może być zły.

Kiedy do pana jechałam, w radiu usłyszałam piosenkę, w której pojawiał się refren „Za późno na przeprosiny”. Czy są takie sytuacje? Co musiałoby się stać, by przeprosiny straciły „przydatność do spożycia”? Czy warto przepraszać niezależnie od momentu, w którym wyrządziliśmy krzywdę drugiej stronie?
Przydatnością do spożycia przeprosin jest rozpad relacji. Jeżeli dochodzi do sytuacji, w której przestaję mieć motywację, by dążyć do kontaktu z osobą, którą chcę przeprosić lub która chce, bym ja ją przeprosił – to znaczy, że jest już zdecydowanie za późno. Oczywiście możemy się spotkać i przeprosić za pięć lat, ale nie będzie już powrotu do relacji. Słowo „przepraszam“ zawiera w sobie przekaz: „Wróćmy do stanu sprzed” albo „Nauczymy się czegoś z tego doświadczenia i żyjmy dalej razem“. Jeśli to słowo się nie pojawia lub kiedy dwie strony konfliktu ponad porozumienie przedkładają swoje poczucie skrzywdzenia – i trwa to rok, dwa czy pięć lat – to w sposób naturalny dochodzi do rozpadu relacji.

A co w sytuacjach, kiedy obie strony uważają, że to ta druga powinna przeprosić? Czy – tak jak mawiały mamy, rozsądzając spory – ten, kto ustąpi, jest mądrzejszy?
To są sytuacje, w których trzeba najpierw zadać sobie pytanie: „O co chodzi?”. O co chodzi w tym, że chcę nadal tkwić w roli ofiary? Bo to, o czym pani mówi, to jest tkwietnie w roli ofiary. I przerzucanie się: „Ja jestem bardziej ofiarą”, „Nie, to ja jestem bardziej ofiarą”. I ponownie – może być milion motywacji dla takiego zachowania. Można zadać sobie pytanie: „Dlaczego ja tak bardzo chcę, by ktoś mnie przeprosił?”. Mamy miały rację, mądrzejszy ustąpi, czyli przeprosi. Przeprosi, by nadal być w tej relacji, i po to, by dalej sprawować kontrolę, w czym nie ma nic złego.

Wyobraźmy sobie, że nagle się o coś pokłóciliśmy i oboje jesteśmy obrażeni. Mogę uznać: „Wiem, że ta Olekszyk jest wybuchowa i uparta, ale ponieważ ją lubię – to postawię się w roli tego złego i ja przeproszę“. Przeproszę, ponieważ dużo mnie to nie kosztuje, ponieważ wiem, że nikogo strasznie nie skrzywdziłem, i ponieważ wiem, że chodzi w tym o to, by ta Olekszyk poczuła się ważna. A niech się czuje ważna. Czyli wybieram relację. Ustępując jej, nadal w istocie sprawuję nad tą relacją kontrolę.

Jak to? Nie ja sprawuję?
Nie, pani się tylko wydaje, że sprawuje kontrolę. Na tym polega cała mądrość przeprosin. Ja sprawuję kontrolę nad naszą relacją w tym sensie, że pani samopoczucie jest uzależnione od tego, czy ją przeproszę, czy nie. Dzięki mnie nadal może pani czuć się ważna, natomiast w niczym pani nie pomogłem, jeśli chodzi o pracę nad sobą, moje przeprosiny nie są dla pani rozwojowe.

Czyli przepraszanie jest mądrzejsze niż nieprzepraszanie i niż żądanie przeprosin.
Dokładnie tak. Ale ten mądry, o którym mówimy, ma też swoją wyporność. To, że ja pani teraz ustąpię, nie zwalnia pani z refleksji nad tym, co się stało. Jeśli po raz 55. powtarza pani to samo i nie podejmuje refleksji, czyli znów wylewa mi kieliszek na twarz i robi scenę przy innych, to ja te 54 razy byłem mądrzejszy i nie dotykało mnie zbytnio pani zachowanie, ale ten 55. raz może mi się już nie chcieć być w relacji z osobą, która jest tak niereformowalna.

Są sytuacje, w których można nie przyjąć przeprosin? Co będą oznaczać dla drugiej strony takie odrzucone przeprosiny?
Nieprzyjęcie przeprosin zwykle oznacza: „Nie jestem już zainteresowany relacją z tobą“. Najczęściej jednak oznacza, że wielokrotnie już to robiłeś i straciłem zaufanie do twoich przeprosin albo uważam, że należy mi się coś więcej niż tylko przeprosiny. Ale co to znaczy „nie przyjmuję twoich przeprosin” – w codziennych kontaktach międzyludzkich jest to oczywiście absolutnie kretyńska odpowiedź. Można jednak wyobrazić sobie sytuacje, w których by się nie przyjęło czyichś przeprosin – ja na przykład nie przyjąłbym przeprosin kogoś, kto zabiłby moje dziecko lub mniej ekstremalnie – kogoś, kto mi obsmarował dupę. Jest skala krzywdzenia, poza którą można wprawdzie rozumieć, ale niekoniecznie wybaczać.

A czy warto przepraszać siebie samego? W jakich sytuacjach?
Myślę, że tak. Zwłaszcza za rzeczy, które wynikały z braku akceptacji siebie, czyli na przykład za to, że byłem alkoholikiem albo pracowałem 13 godzin dziennie i zostawiałem dziecko na cały dzień w przedszkolu, bo chciałem spłacić kolejną ratę za superdrogi samochód. Ale znów – to wymaga przyznania, że bywamy też tymi, którzy krzywdzą, w tym wypadku siebie. I trzeba to zaakceptować – walczyć z tym, ale uznać, że zło, tak jak i dobro, w nas jest.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Psychologia

Odpuść sobie! 6 kroków do wewnętrznego spokoju

Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Nie wzdychaj do wolności, nie zamykaj jej w sferze marzeń. Zamiast tego zrób coś, by poznać jej smak…

Kto lub co ogranicza naszą wolność? Zwykle winowajcy szukamy na zewnątrz. Tymczasem on kryje się w samym środku, w naszych głowach i sercach. Sądzisz, że byłbyś wolny, gdyby wszyscy dali ci święty spokój i nikt niczego od ciebie nie chciał? To nieprawda. Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. I tylko ty sam możesz dać sobie na nią przyzwolenie.

Uwolnij się...

1. ...od negatywnych emocji! Najpierw naucz się je rozpoznawać. Obserwuj siebie przez najbliższych kilka dni, kierując uwagę na to, jak odczuwasz pierwsze symptomy rozdrażnienia, żalu czy smutku. Może to być kłucie w żołądku, lekki ból głowy… Postaraj się je zlokalizować i zdusić w zarodku. Jak? To proste. Skoro tylko poczujesz, że robisz się coraz bardziej rozdrażniony, powiedz o tym głośno: „Jestem lekko poddenerwowany” – i weź głęboki wdech, a potem zrób naprawdę długi wydech. Używaj słów, które naprawdę odzwierciedlają twój stan ducha oraz siłę negatywnych emocji. Gdy już je nazwiesz, znikną szybciej, niż się pojawiły.

2. ...od monologu wewnętrznego krytyka! W naszej głowie rozbrzmiewa wiele głosów, niektóre aż z czasów dzieciństwa. Zwykle przeważają komunikaty negatywne, takie, jak: „no i co zrobiłeś?!”, „musiałeś to powiedzieć?”, „do niczego się nie nadajesz”, „ale z ciebie frajer”, „nikt nie potraktuje cię poważnie”... Uprzykrzają nam tylko życie. Na szczęście można się ich pozbyć. Podobnie jak w poprzednim punkcie, najlepiej wypowiedzieć je na głos i natychmiast zakwestionować. Prosty przykład: rozlałeś mleko na świeżo umytą podłogę. Co mówi twój wewnętrzny głos? – „kretyn!”. „Czyżby?” – spytaj swojego krytyka. Przypomnij mu, że dziś usłyszałeś od szefa, że świetnie wykonałeś zadanie, a wczoraj doskonale poradziłeś sobie z pewnym problemem w bardzo stresującej sytuacji. W ten sposób wytrącisz mu argument z ręki i wreszcie będzie cicho.

3. ...od schematów, w których żyjesz! Weź kartkę i napisz na niej 5 swoich największych marzeń. Nie zastanawiaj się, dlaczego jeszcze się nie spełniły, tylko puść wodze fantazji. Niech od dzisiaj będzie to twoja lista rzeczy do zrobienia. Zacznij od pierwszej. Chcesz wyruszyć w podróż dookoła Europy? Usiądź do komputera i znajdź w sieci zdjęcie, które obrazuje to marzenie. Wydrukuj je i powieś w widocznym miejscu. Czego potrzebujesz do jego realizacji? Sporządź kolejną listę. Tak postąp z każdym z kolejnych punktów. A teraz pomyśl, jaki będzie twój pierwszy krok. Pamiętaj: wszystko jest możliwe!

4. ...od krzywego lustra! Nie jesteś zadowolony ze swojego wyglądu? Weź swoje ulubione zdjęcie sprzed, powiedzmy, 10 lat. Co czujesz, gdy na nie patrzysz? Myślisz: „jaką byłam piękną kobietą”, „ale ze mnie był przystojniak”… ? Teraz przypomnij sobie, co wtedy o sobie myślałeś? Coś zupełnie przeciwnego, po prostu masa kompleksów. Oto, jak łatwo nabijamy sobie głowę mylnymi przekonaniami. Czas zaakceptować swoje ciało! Zamiast się krytykować:

  • Codziennie rano popatrz na swoje odbicie, uśmiechnij się do niego i powiedz: „dobrze wyglądasz”,
  • Zamów sobie sesję fotograficzną. Poproś przyjaciela lub idź do profesjonalnego fotografa,
  • Zacznij uprawiać sport. Wybierz dyscyplinę, która sprawia ci największą przyjemność, nie musisz bić rekordów, wystarczy sama radość z ruchu,
  • Zrób sobie przyjemność, np. kup jakiś prezent. Nie stać cię na kabriolet? Na początek mogą być kolczyki.

5. ...od potrzeby otaczania się ludźmi! Naucz się czerpać frajdę z bycia ze sobą. To jedna z najważniejszych umiejętności w życiu każdego człowieka. Uwolnij się od presji spędzania każdej wolnej chwili w czyimś towarzystwie. Nie musisz tego robić. Nawet jeśli żyjesz w związku czy dużej rodzinie, znajdź czas, by pobyć ze swoimi myślami, we własnej przestrzeni. Nie planuj tego, co będziesz wtedy robić. Zdaj się na intuicję.

6. ...od chorobliwej zazdrości! W ten sposób podarujesz wolność innym. Jeśli ci na kimś zależy, pomyśl o tym, co go uszczęśliwi. Daj mu szansę, by cieszył się tym, co lubi... Gdy przyjaciółka odwoła spotkanie, bo przyjechał do niej przyjaciel z Madrytu, pożycz jej z serca: „Baw się cudownie".