1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Co mówi o nas mowa ciała?

Co mówi o nas mowa ciała?

Nasze ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą. (Fot. iStock)
Nasze ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą. (Fot. iStock)
To, jak stoimy, chodzimy czy tańczymy, ale też jak zachowujemy się, gdy ktoś na nas krzyczy lub przysuwa się blisko – stanowi nasz podpis ruchowy. Warto go poznać, ale przede wszystkim świadomie kształtować – bo zawsze odzwierciedla aktualne myśli i uczucia. – Zmieniając go, zmieniamy nasze życie – twierdzi terapeutka tańcem i ruchem Agnieszka Sokołowska

Kartezjusz nie miał racji, mówiąc, że jesteśmy naszymi myślami. A czy jesteśmy naszym ciałem?
Zdecydowanie! Zwrócił zresztą na to uwagę w swojej książce „Błąd Kartezjusza” Antonio Damasio, profesor neurologii behawioralnej. Jestem nie dzięki temu, że myślę, ale dlatego, że jestem, mogę myśleć. Póki żyjemy, jesteśmy ciałem i żyjemy w ciele. Za każdym razem, kiedy wpływamy na ciało, wpływamy też na siebie. Dlatego praca ze świadomością ciała umożliwia lepszy kontakt ze sobą. Pracujemy z ciałem po to, by nasze życie uczynić lepszym. Co to znaczy lepszym? To już każdy indywidualnie określa. Nie ma jednego wzorca dobrego życia.

To, jak się ruszamy, jak gestykulujemy, chodzimy, jaką mamy postawę, jak posługujemy się naszym ciałem – charakteryzuje nas, definiuje?
Tak jak każdy z nas ma swój podpis, którym sygnujemy rozmaite dokumenty, tak każdy ma swój znacznie pełniejszy podpis ruchowy. Chodzi o to, jak się zachowujemy w różnych sytuacjach, choćby wstając rano z łóżka. Czy zwlekamy się przygarbieni, z myślą: „O nie, kolejny ranek”, czy raczej długo się przeciągamy i czujemy przypływ energii. Albo kiedy spotykamy się z bliskimi osobami – czy chcemy jeszcze bardziej się do nich zbliżyć, czy raczej oddalić, mieć więcej własnej przestrzeni. Ale też, jak reagujemy na to, gdy ktoś na nas krzyczy albo jest smutny. To jest cała gama różnych zachowań. Rudolf Laban, który opisał język ruchu i w którego metodzie się szkoliłam, powiedział, że ruch jest przezroczystym opakowaniem naszych emocji, intencji, marzeń, nastawień. To coś więcej niż tylko gesty i mimika – one aktywują tylko część naszego ciała. Kiedy wykonujemy gest, nie musimy nawet się w niego specjalnie angażować. Ale kiedy poruszamy się, aktywując centrum naszego ciała – już tak. Chodzi o różne aspekty, według Labana – różne kategorie ruchu, które są powiązane z rozmaitymi obszarami życia człowieka. To jest nasz podpis cielesny. I nie da się go łatwo zinterpretować, w rodzaju: jak wykonujesz taki gest, to znaczy, że... Nie, tu wszystko zależy od kontekstu, w jakim go wykonujesz. Szukamy wzorców, strategii ruchu i powtarzalności w różnych momentach.

Czyli to nie jest takie proste, że patrzymy na kogoś i od razu wiemy, czy jest otwarty, czy raczej skryty.
Powiedziałabym, że z czyjegoś ruchu prędzej możemy odczytać to, jak na nas ten ktoś oddziałuje, jakie wrażenie sprawia. Ale to bardziej mówi o nas niż o kimś. Kiedy pracuję terapeutycznie z ludźmi, proszę ich o przypomnienie sobie konkretnych sytuacji z życia i tego, jak ciało na nie zareagowało. Pomagam znaleźć link, połączenie pomiędzy tym, co ktoś robi, a jak się czuje. Ruch zawsze oddaje jakąś myśl, jakieś uczucie, ale jakie – wie tylko osoba, która go wykonuje.

Obserwując własny ruch, możemy dotrzeć do swoich myśli i emocji?
Najbardziej zaawansowany etap pracy polega na tym, że proszę drugą osobę, by pokazała ciałem, co czuje i co myśli. Na początku pracy z ciałem jest to jednak bardzo trudne. Ale można próbować. Kiedy ktoś przychodzi do mnie z jakimś problemem, który go męczy od dłuższego czasu, proszę, by poruszał się trochę z tą myślą i zobaczył, jak jego ciało na nią reaguje. Jak oddycha, co się dzieje z jego postawą, czy jest skulony, czy usztywniony, a może czuje drganie w nogach? Czy ma w ogóle ochotę się ruszać, czy może raczej paść na ziemię? Albo skakać?

Czyli najpierw staramy się zauważyć, co myśl robi z naszym ciałem. A potem…
…możemy zastanowić się, w jaki sposób moglibyśmy zmienić tę myśl, w jakim kierunku mogłaby ona pójść, by było to dla nas bardziej korzystne. I dopiero potem tę myśl zamieniamy w ruch.

Już taki bardziej terapeutyczny, leczący?
Można to tak określić. Ruch ma leczącą, rozwojową moc. Ostatni etap to przejście od ruchu przy niesprzyjającej myśli – do ruchu, który towarzyszy tej nowej, sprzyjającej.

Chodzi o to, że wykonując ten ruch, utrwalamy myśl i zmieniamy swoje nastawienie?
Tak. Mam oczywiście świadomość, że jesteśmy społeczeństwem ufającym racjonalnemu myśleniu. Sceptycznie podchodzimy do przekazu, że wystarczy głęboko oddychać, wyprostować sylwetkę i utrzymywać z drugą osobą kontakt wzrokowy, by zmienić swoje życie. Ale to naprawdę jest możliwe. Przecież jeśli zwykle unikamy kontaktu wzrokowego i jesteśmy przygarbieni – mamy mniejsze szanse, by znaleźć dobrą pracę czy nawiązać nowe znajomości. Na przykład wyprostowanie pleców – wydawałoby się banalny ruch, ale może wywołać w nas wiele myśli i reakcji. Ktoś może poczuć, że boi się wyprostować, bo zwróci czyjąś uwagę. Może wtedy będzie widzieć więcej i w związku z tym zacznie chcieć więcej? Albo kiedy zacznie patrzeć ludziom w oczy, w naturalny sposób będzie nawiązywać z nimi relacje, a do tej pory tego właśnie unikał.

I to może być dla niego zbyt rewolucyjne?
Właśnie. Dlatego nie ma jednoznacznych wskazówek, jaki ruch będzie dla danej osoby najlepszy. Na pewno niezależnie od sytuacji ważny jest oddech – by pozwalać mu spokojnie płynąć, bez zatrzymywania.

Ale są pewne kategorie ruchów, które uznajemy za otwarte i te, które uznajemy za zamknięte. Czy nie lepiej być otwartym niż zamkniętym?
Te otwarte też mogą zmęczyć, jeśli jest się w nich cały czas. Wszystko zależy od tego, jakie ktoś ma potrzeby, plany i jakiego siebie potrzebuje rozwinąć, wzmocnić. Jeśliby już szukać jakiejś uniwersalnej recepty, to powiedziałabym, że jest nią posiadanie dostępu do jak najszerszego spektrum ruchu. Niezamykanie się w jednym określonym zestawie ruchów pasujących do każdej okazji. Dlatego tak istotna jest praca w grupie – wtedy możemy zaobserwować, że każdy ma inny repertuar ruchów i inny podpis ruchowy. Można się przejrzeć w innych osobach jak w lustrze, zainspirować się, ale też odkryć, jaki ruch budzi w nas opór. Bardzo często jest tak, że podczas zajęć wchodzi ktoś na salę, patrzy na innych uczestników i myśli: „OK, to ja mogę się poruszać z tobą i z tobą, ale z tamtą osobą nigdy się nie poruszę”.

Czyli nie poruszę się tak jak tamta osoba?
Tak. I najczęściej oznacza to, że ruch tej osoby „porusza“ jakieś moje życiowe tematy, jakieś zranienia, blokady, emocje, odcięte pragnienia. Oczywiście nie chodzi o to, by zmuszać się do wykonania ruchu, który budzi w nas opór. Bo jeśli dobrze się czuję w moim życiu z tym, co mam, jaki jestem, co czuję i co myślę – to mogę spokojnie zostać przy swoim repertuarze ruchów. Ale jeśli chcę zmiany, jeśli z czymś się męczę – warto spróbować takiego wyzwania. Najważniejsze podczas pracy z ciałem, zwłaszcza na jej początku, jest to, by znaleźć dobre i sprzyjające dla siebie ruchy. Ruchy, które są dla nas bezpieczne, niezagrażające, przyjemne. Chodzi o to, by nie blokować się na przepływ ruchu – tylko wtedy możemy przepracować pewne stany czy sytuacje z naszego życia. Natura ruchu jest podobna do natury emocji – jeśli pozwalam sobie coś przeżywać, to jest to znacznie bezpieczniejsze, niż kiedy to blokuję. Ale do tego dochodzi się powoli, łagodnie. Tylko wtedy jest szansa na zmianę.

Słyszałam, że dobrze sobie pozwolić zwłaszcza na wyrażanie trudnych emocji, takich jak złość, w sposób, który wydaje się nam naturalny, ale przed którym się wzbraniamy. Czyli tupnąć, zacisnąć ręce w pięści... Tak jak to robiliśmy jako dzieci.
Każda emocja ma swoją energię. Złość ma ogromny ładunek energetyczny i jeśli go nie wyrazimy, on zablokuje dostęp do innych emocji. Złość często przykrywa smutek czy rozczarowanie, czyli emocje dla wielu osób trudniejsze do odczuwania i okazywania. Zdaję sobie sprawę z tego, że jeśli ktoś przez lata dusił w sobie złość, a teraz słyszy, że ma ją wyrażać, może być zdziwiony: „Jak to, mam teraz tupać przy szefie?!”. A nie o to chodzi, tylko o to, by w adekwatny sposób i w adekwatnym kontekście pozwolić sobie doświadczyć energii, jaką niesie w sobie emocja, którą odczuwamy. Na początku warto zrobić to w kontakcie z terapeutą lub kimś innym do tego przygotowanym. Poczuć tę emocję w ciele, gdzie się umiejscowiła – w rękach, w brzuchu, a może w nogach. Bo dla kogoś, kto czuje złość w nogach, może być dobre tupanie, a dla kogoś lepienie w glinie – bo u niego złość wchodzi w ręce. Ktoś inny będzie potrzebował krzyknąć – bo u niego złość siedzi w gardle. Chodzi o pozwolenie sobie na kontakt z energią emocji i nieblokowanie jej, ale pozwolenie na własną ekspresję.

Nasze emocje i myśli wyrażają się przez ruch w odmienny sposób…
...i wyrażają się różnie w zależności od sytuacji. Ktoś może być w domu bardzo ekspresyjny, a w pracy wyciszony i opanowany. W ten sposób zachowuje równowagę, i jest to zupełnie normalne. Chyba że jest mu z tym źle, bo na przykład czuje, że w domu wyraża się w pełni, a w pracy jest przytłumiony.

Poprzez intencyjną, celową pracę z ciałem możemy wyrażać się bardziej w pełni?
Przede wszystkim możemy złapać lepszy kontakt ze sobą i otworzyć się na swoje potrzeby, marzenia, poczuć, jak się czujemy, a nie tylko myśleć o tym. Często prawdziwy kontakt ze sobą otwiera nas na to, co jest dla nas ważne. I to jest najistotniejsze na początek – by odnaleźć siebie w sobie. Móc czuć, myśleć, przeżywać, wyrażać. Niby takie proste, a trzeba dużej odwagi, by zajrzeć w siebie na nowo. W konsekwencji możemy zmienić swoje relacje, swoje myśli i swoje życie.

Z badań nad embodimentem, czyli ucieleśnieniem, wiemy, że kiedy uśmiechamy się, nawet na siłę, nasze samopoczucie się poprawia. Wpływ ciała na nasz nastrój jest udowodniony naukowo.
I to wzajemny wpływ: ciała na nastrój i nastroju na ciało. Im jesteśmy bliżej naszego ciała, tym lepszy kontakt mamy ze sobą i z naszymi emocjami. Odcięcie od ciała odcina od przeżywania. A zablokowanie, zamknięcie dostępu do emocji może prowadzić do depresji.

Mówimy: jesteś twoim ciałem. Wielu osobom może się to nie spodobać, bo nie podoba im się własne ciało. Za grube, za duże, z niewłaściwymi proporcjami…
Ale co to znaczy, że moje ciało mi się nie podoba, że ja się sobie nie podobam? Jeśli mamy dobry kontakt z ciałem, to dbamy o nie nie tylko dlatego, żeby dobrze wyglądać, ale by dobrze się czuć. Żeby sobie nie szkodzić. Niestety, nasza kultura sprzyja traktowaniu ciała przedmiotowo, czyli albo jego pomijaniu, albo przesadnemu seksualizowaniu. Na pewno taniec i inne metody pracy z ciałem pomagają w zyskaniu zaufania do własnego ciała, szacunku do niego. Jeśli ktoś dzięki ciału może ruszać się jak chce, to znaczy, że może być, kim chce, ciało pozwala mu na kreatywność, przygodę, poszukiwania. Człowiek jest jedynym ze ssaków, który jako dorosły przestaje się bawić. A taniec, ruch to zabawa. Pozwólmy sobie na nią, pozwólmy sobie czuć się dobrze w swoim ciele.

Życie wielu osób jest bardzo zadaniowe, a wysiłek fizyczny traktują one jako kolejne zadanie. Nie dają sobie miejsca i czasu na swobodną ekspresję i kontakt ze sobą. Tymczasem ciało jest o wiele bardziej elastyczne niż umysł, jeśli poczujemy w nim luz, powoli wprowadzimy go też do innych dziedzin naszego życia. Ludzie przychodzący na moje wieczory inspiracji często mówią, że poczuli coś, czego po sobie się nie spodziewali, że ruszali się tak, jak nigdy nie przypuszczali, że będą i mogą się ruszać. Tak mocno mają zakorzenione przekonania na własny temat.

Jesteśmy krytyczni nie tylko wobec swojego ciała, ale też sposobu poruszania się. Nie chcemy się ośmieszyć.
To zwykle bierze się z zachwianego poczucia własnej wartości i wpajanej od najmłodszych lat konieczności dyscyplinowania siebie. System edukacyjny jest bardzo oceniający, i w niewielkim stopniu wspierający kreatywne, innowacyjne myślenie. Paradoksalnie w szkole uczy się nas nie wybijać się i być grzecznym, a potem nagle w dorosłym życiu oczekuje, że będziemy mistrzami autoprezentacji i wystąpień publicznych, i na dodatek jeszcze będziemy w tym naturalni i autentyczni.

Ostatnio to dyscyplinowanie się wkroczyło do sfery sportu, uprawianego hobbystycznie. Mało w nim przyjemności, dużo tresowania ciała.
Ja jestem temu przeciwna, natomiast komuś, kto lubi sobie folgować, polecałabym, by poszedł na taki trening i zobaczył, że jednak można się zdyscyplinować. Z kolei kogoś, kto ma bardzo dużo zadań w codziennym życiu i jest perfekcjonistyczny, takie zajęcia nie rozwiną. On potrzebuje odpuszczenia sobie, czyli raczej swobodnego ruchu, bez struktury. To może być taniec, spacer, wycieczka rowerowa – ale nie z ustaloną trasą tylko spontaniczna, podczas której skręcam tam, gdzie mam ochotę.

W życiu co chwila tracimy równowagę i znów ją odzyskujemy. Nie szkodzi, że czasem się chwiejemy, ważne, byśmy umieli powrócić do harmonii i nie popadali w skrajności. Bądźmy dla siebie dobrzy, czyli wybaczający i wyrozumiali, ale też wspierający i motywujący. W wyważonych proporcjach, oczywiście. Doświadczajmy tego, że ciało, emocje i myśli tworzą całość, dynamicznie się zmieniającą, żywą i wzajemnie siebie potrzebującą.

Agnieszka Sokołowska, terapeutka i superwizorka psychoterapii tańcem i ruchem, nauczycielka języka ruchu i ciała (certyfikat Laban Bartenieff International Movement Studies). Jest związana z podejściem Open Floor, które integruje w swojej pracy

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Szczęście jest zaraźliwe. Jak się nim dzielić?

Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej. (Fot. iStock)
Największy dar, jaki możemy komuś ofiarować, to wyrazić to, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, bo w ten sposób przekazujemy pałeczkę szczęścia dalej – mówi trenerka rozwoju osobistego Małgorzata Jakubczak.

Dlaczego o wiele łatwiej nam wyrzucić z siebie złość, niż podzielić się z kimś radością? Czasem zachowujemy się tak, jakby radość była czymś wstydliwym.
W dramatycznych sytuacjach, w których targają nami trudne emocje, wspiera nas chemia, czyli hormony stresu. Działają one tak silnie, że reagują niejako za nas. Natomiast w sytuacjach emocjonalnie mniej gwałtownych do głosu dochodzi serce, czyli coś niezwykle intymnego. Kiedy poczujemy się wspaniale, spokojnie, bezpiecznie, kiedy doświadczamy stanów wzruszenia, wdzięczności, szczęśliwości, to jest to coś tak osobistego, co dotyka naszych najgłębszych pokładów odczuwania, że trudno nam dopuścić do tego innych ludzi.

Żeby dzielić się uczuciami z drugim człowiekiem, trzeba się najpierw przed nim otworzyć. A my się tego boimy.
To po pierwsze. A po drugie – tak naprawdę wzrusza nas i raduje to, co jest związane z naszymi najgłębszymi pragnieniami i wartościami. Kiedy mówimy o tym, co nas cieszy, to tak naprawdę mówimy o tym, co jest dla nas bardzo ważne. Oto dostąpiliśmy radości, która wynika z zaspokojenia naszych wartości i potrzeb. Moim zdaniem może rodzić to swego rodzaju wstydliwość. Po trzecie – nie mamy za dużego doświadczenia w wyrażaniu uczuć, w których nie chodzi o zmienianie drugiego człowieka. Bo kiedy się na kogoś złościmy, to tak naprawdę naszą ukrytą motywacją jest chęć zmiany osoby, wobec której złość wyrażamy. A w momencie, kiedy mówimy: „Jestem uradowana, szczęśliwa, rozczulona” – to niczego od nikogo nie chcemy, poza tym, żeby się podzielić dobrym słowem, radością. Nie mamy wtedy poczucia, które tak naprawdę jest ułudą, że możemy jakoś zarządzać sytuacją (takie poczucie mamy, gdy się złościmy). Wyrażenie radości niczego nie zmienia na poziomie faktów – nikt nie zacznie przepraszać, ubolewać, wstydzić się, więc nie stanie się nic takiego, co mogłoby dać nam poczucie sprawczości. Myślę, że to dlatego wyrażanie radości jest takie trudne.

Powinniśmy pamiętać, że złość zawsze rodzi złość, a uśmiech – uśmiech.
To prawda. Jesteśmy bowiem genetycznie wyposażeni w tak zwane neurony lustrzane, które sprawiają, że mamy naturalną zdolność do empatii, do odczuwania tego, co czuje drugi człowiek. Czyli w momencie, kiedy ktoś cierpi, my też współcierpimy, a gdy ktoś się raduje, my też zaczynamy się radować. To dlatego dzielenie się radością, wdzięcznością, szczęściem jest takie cenne. Tak naprawdę największym darem, jaki możemy komuś ofiarować, jest wyrażenie tego, co jest dla nas piękne, dobre, co nas zachwyca, uszczęśliwia, bo w ten sposób przekazujemy tę pałeczkę szczęścia dalej.

To bardzo twórcze zadanie!
Także wartościowe i cenne społecznie. Ludzie, którzy wyrażają otwarcie dobre uczucia, multiplikują je tak, jak się multiplikuje wszystko, w czym się synergicznie uczestniczy. W ten sposób pozwalamy radości płynąć szerokim strumieniem.

Do wyrażania ciepłych uczuć potrzebne są jednak jakieś narzędzia, a my ich nie mamy.
Pierwszym krokiem jest oswojenie słów, które pomogą nam powiedzieć, że na przykład czujemy rozrzewnienie, wzruszenie, wdzięczność, radość, ulgę, szczęście. Bez słów trudno wyrazić to, co czujemy. Uważam, że powinniśmy uczyć się mówienia zdań typu: „Bardzo się cieszę. Jestem ci wdzięczna. Mam dla ciebie dużo uznania. Ufam ci”. Jeżeli będziemy ćwiczyć się w ich używaniu, jeżeli powtórzymy je raz, drugi, trzeci, to zadomowią się w naszym aktywnym słowniku, co z kolei spowoduje, że następnym razem łatwiej nam będzie po nie sięgnąć. Rada więc jest bardzo prosta: dzielić się przyjemnymi uczuciami z jak największą liczbą osób.

Pokazałaś mi w praktyce, jak to się robi. Kiedy zadzwoniłam do ciebie po miesiącach milczenia, nie zareagowałaś wyrzutem, tylko wykrzyknęłaś z radością: „Jak się cieszę, że dzwonisz!”. Dlaczego jedni potrafią okazywać radość, a inni nie?
Myślę, że ma to związek z poziomem samoświadomości. Wierzę, że kiedy człowiek jest bardziej świadomy siebie, tego wszystkiego, czego doświadcza, jaką moc ma nasz umysł, to po prostu wie, że każdą sytuację, na przykład to, że ktoś nie dzwoni przez rok, można zobaczyć i zinterpretować na sto sposobów. Ja wolę wybierać jasną stronę życia.

Można się tego nauczyć?
Być może są tacy ludzie, którzy rodzą się optymistami. Natomiast ja wierzę, że to jest nie tylko kwestia osobistych wrodzonych predyspozycji, ale również rozwijania określonych kompetencji osobistych. Jako nauczycielka mindfulness chcę podkreślić, że trening umysłu wpływa na nasze postrzeganie świata, zarządzenie uwagą i emocjami oraz świadome wyrażanie siebie. W każdej sytuacji możemy dostrzec coś okropnego albo coś dobrego. Im bardziej człowiek jest świadomy siebie samego, swoich uczuć, tym bardziej dostrzega, że ma wpływ na rzeczywistość, że tak naprawdę sam dokonuje wyboru, gdzie skieruje uwagę: czy na to, co niefajne, czy na to, co fajne.

Ktoś może zapytać: a dlaczego mam nie kierować uwagi na to, co niefajne?
Dlatego, że uwaga jest rodzajem energii życiowej, która wzmacnia to, na czym się skupiamy. Jeżeli kieruję uwagę na przykre aspekty sytuacji, to tym samym niejako automatycznie je wzmacniam. I odwrotnie – jeżeli zaakcentuję swoją uwagą radość, przyjemność, wyjątkowość, to z kolei wzmacniam te aspekty życia. Zawsze potęguję to, na czym się skupiam. Życzenia, komplementy, wyrażanie dobrych uczuć – to nie są tylko czcze, dekoracyjne słowa, one mają moc. Wyrażając je, inwestujemy swoją życiową energię w coś dobrego.

W pozytywnej energii wszyscy poczujemy się lepiej i może choć trochę ten świat stanie się lepszy.
Jeśli potrafimy wyobrazić sobie, że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni, że tworzymy łańcuch współzależności, to można bardzo łatwo sobie wyobrazić, że kiedy pani A nakrzyczy na niżej postawioną w hierarchii panią B, to pani B będzie w pracy niemiła dla podwładnych...

To klasyczna „kolejność dziobania”.
Ale tak samo działa kolejność uśmiechania się! Jeżeli pani A uśmiechnie się serdecznie do pani B, to ona będzie miła w pracy i na koniec dnia sto osób będzie zadowolonych. Ktoś jednak musi zacząć.

Małgorzata Jakubczak trenerka rozwoju osobistego, pierwsza w Polsce nauczycielka MBSR (Mindfulness Based Stress Reduction), programu opracowanego przez zespół pod kierunkiem profesora Jona Kabata-Zinna. Prowadzi Polski Instytut Mindfulness.

  1. Psychologia

„Nie muszę być pierwsza, by czuć się ważna” – skąd czerpać zdrowe poczucie wartości?

Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek (fot. iStock)
Do poczucia własnej wartości pomaga dotrzeć głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jeden jedyny we wszechświecie – mówi trenerka i doradczyni rozwoju osobistego Barbara Wójcik.

Jaka jest pani definicja zdrowego poczucia własnej wartości?
To szczególny stosunek do siebie samego o podłożu emocjonalnym, na który składają się dwie jakości: poczucie godności i wysoka samoocena. Doświadczam szacunku do siebie jako osoby i uznaję swoje prawo do istnienia, a na tym fundamencie buduję drugi składnik – wysoką samoocenę. Pierwotne jest jednak poczucie, że jako istota ludzka jestem ważna tak jak każdy inny człowiek. Bo jeśli wiem, że mieszka we mnie cząstka, nazwę ją duchową, taka jak w każdym człowieku, to mogę dobrze się czuć, choćbym niczego nie dokonała. Mogę z szacunkiem patrzeć na innych niezależnie od tego, co robią, czy ich zachowanie jest godne uznania. Nowoczesne społeczeństwa wyrażają ten szacunek w swoim prawodawstwie – każdy z nas ma te same prawa!

Na tym poziomie wszyscy jesteśmy równi.
Otóż to. I jeżeli mieliśmy szczęście wychowywać się w środowisku, w którym szanuje się życie, to nie mamy kłopotu z poczuciem własnej wartości: fundamentalna godność jest tożsama z darem życia.

Ale mamy kłopot. Czy nie dlatego, że wychowanie i edukacja oparte są na porównywaniu?  
Porównywanie osób sugeruje, że ktoś jest mniej, a ktoś więcej wart. Oczywiście różniąc się pod każdym względem, zajmujemy różne pozycje w hierarchiach zawodowych i społecznych. Jeśli mam poczucie godności, niskie miejsce w rankingu nie robi mi żadnej szkody, bo nie muszę być pierwsza, żeby wiedzieć, że jestem coś warta. Fundament mam taki sam jak wszyscy, ale to, co na nim buduję, zależy od moich zasobów. Właściwa edukacja to umacnianie w dzieciach poczucia godności i pomoc w rozpoznawaniu ich indywidualnych zasobów.

Nasze poczucie wartości nadszarpuje także wieczne ocenianie.
Poczucie prawdziwej wartości mam wtedy, gdy niezależnie od ocen płynących z zewnątrz czuję się ważna jako człowiek. Cały rozwój osobisty opiera się na tym, co mam, a nie na tym, czego nie mam. Dlatego tak niesłychanie ważne jest rozpoznawanie swoich mocnych stron. Jeśli na rynku wymiany umiejętności zdecyduję się wystawić swoje, to one zawsze będą podlegać ocenie. Każdy może ocenić mnie jako trenerkę, lecz nie jako człowieka!

Jak odkryć głębokie poczucie własnej wartości?
Jeżeli staramy się siebie samych zrozumieć, to prędzej czy później mamy szansę zobaczyć, że poczucie naszej wartości nie jest zależne od innych ani od tego, w jakich warunkach dorastaliśmy. Na trudne przeżycia można spojrzeć w nowy sposób. Dotarciu do samego siebie służy poszerzanie samoświadomości, a także praca terapeutyczna. Jako dzieci byliśmy bezradni, teraz możemy sobie poradzić, korzystając z zasobów, które mamy jako dorośli.

Co nam jednak w tym przeszkadza? Przyjmowanie roli ofiary?
Nie można zaprzeczać, że krzywdy istnieją. Natomiast warto się z nimi zmierzyć. Można wtedy odkryć, że nie musimy żyć w poczuciu krzywdy. Bez zaakceptowania siebie taką, jaka jestem, się nie obejdzie. Nie zmienię tego, że pewnych cech nie mam. Natomiast może mi się wydawać, że brakuje mi czegoś, co tak naprawdę mam. Urealnione patrzenie na siebie naprawdę jest uzdrawiające. Dotrzeć do poczucia własnej wartości pomaga głęboka świadomość, że każdy z nas jest niepowtarzalny, jedyny we wszechświecie.

Ale na samoocenę trzeba pracować?
Owszem, pracować w tym sensie, żeby rozwijać to, co się ma. Moja samoocena wzrasta, bo widzę, że sobie radzę, że potrafię robić coś coraz lepiej. Jeżeli mam oparcie w sobie, to żadna strata czy porażka nie wyrządzą mi szkody.

My szukamy potwierdzenia własnej wartości raczej na zewnątrz.
Zawsze będziemy chętnie słuchać o sobie dobrych rzeczy i smakować sukcesy, bo potwierdzają wysoką samoocenę. Czemu mielibyśmy się z tego nie cieszyć? Jednak jeżeli swoje poczucie wartości budujemy wyłącznie na tym – jest ono chwiejne. Umacnia je jedynie fundament własnej godności. Samoocena, owszem, ewoluuje, bo jedne zadania idą nam świetnie, a z innymi nie dajemy sobie rady. Coś mi nie wyszło, ale nie robię z tego powodu tragedii. Wycofuję się na jakiś czas, by potem wrócić lepiej przygotowana, lub szukam innej drogi.

Co zrobić, żeby nasze dzieci miały poczucie własnej wartości? Po pierwsze, zbadać, czy sami je mamy, bo tylko dorosły, który czuje się ważny jako człowiek, może to przekazać swojemu dziecku. Po drugie, cenić dziecko za to, że jest, a nie za to, jakie jest. Ważne jest przy tym poszanowanie jego uczuć i myśli.

Akcentuje pani mocno poczucie godności. Dlaczego?
Poczucie godności to jest taki rdzeń, który stanowi o naszym człowieczeństwie. Jeżeli uznamy go w sobie, to uznamy także w kimś i już tego rdzenia nie naruszymy. Jeżeli natomiast zabraknie nam tego fundamentu, zabraknie też zdrowej bazy do budowania wysokiej samooceny. Wtedy nasze poczucie własnej wartości będzie zależeć np. od tego, co osiągniemy. Tymczasem nie da się go zbudować poprzez zmianę zawodów, mężów, domów, gromadzenie dóbr. Bert Hellinger, niemiecki terapeuta i twórca słynnych już rodzinnych ustawień, odkrył, co musimy zrobić, abyśmy poczuli się ze sobą pogodzeni. Otóż jest to możliwe wtedy, gdy przestaniemy mieć pretensje do rodziców, a więc przyjmiemy ich takimi, jacy są. A co to tak naprawdę znaczy? Że przyjmiemy dar życia bez zastrzeżeń.

A jeśli rodzice wyrządzili nam krzywdę?
Może pomóc myślenie: życie kosztowało mnie więcej, miało wyższą cenę. Ale któż by się targował o życie. Przyjmuję je więc ze wszystkimi warunkami. To podstawa. Trzeba przyjąć do serca także członków naszego systemu rodzinnego: dziadków, rodziców i ich rodzeństwo, własnych braci i siostry, także przyrodnie i zmarłe. Jeżeli uporządkujemy system rodzinny, to możemy z niego czerpać siłę. Rzeka życia wyrzuciła nas na brzeg przy pomocy rodziców i przodków i jeśli czujemy, że stoją za nami, to dopiero wtedy niczego nam nie brakuje, czujemy się pełni i znamy własną wartość.

  1. Psychologia

Dlaczego boimy się kontaktu z ziemią? - o sile ugruntowania mówi Wojciech Eichelberger

Ziemia nas przyciąga, przygarnia, chce dać wsparcie, zachęca do odpoczynku. Grawitacja nas ogranicza, ale też daje fizyczne oparcie, poczucie bezpieczeństwa. Coś za coś (fot. iStock)
Ziemia nas przyciąga, przygarnia, chce dać wsparcie, zachęca do odpoczynku. Grawitacja nas ogranicza, ale też daje fizyczne oparcie, poczucie bezpieczeństwa. Coś za coś (fot. iStock)
Rzecz pozornie oczywista: żyjemy na ziemi. Mamy ją cały czas pod stopami. Można z tego czerpać siłę. Nie da się od tego uciec. Dlaczego więc tak wiele ludzi próbuje oderwać się od ziemi? Co nam daje ugruntowanie, tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy ostatnio, że dopiero kiedy jesteśmy urealnieni w ciele i sytuacji, zaczynamy w pełni odczuwać swoją obecność, ukorzeniamy się. Co to znaczy? To stan odczuwany jako poczucie: jestem. Niezależnie od tego, co mi się przytrafia, jakie są okoliczności – jestem tutaj i to, co teraz robię, jest dla mnie najważniejsze. Czuję swoje ciało, oddech, czuję ziemię pod stopami, jedność ze sobą i z sytuacją. Czerpię z tego siłę, spokój, pewność siebie i świadomość, że to, co się dzieje, jest dokładnie tym, co ma się dziać. To jest właśnie poczucie oparcia w sobie – fizycznego, cielesnego wymiaru obecności.

Gdyby tak można cały czas... Chwile pełnej obecności zdarzają się nam spontanicznie. To jednak zwykle nie wystarcza, byśmy mogli w nich znaleźć prawdziwe, stałe oparcie. Działają raczej jako motywujące wspomnienia, dzięki którym chcemy powrócić do błogosławionego stanu i go utrzymać. Bo dopóki będziemy uczestniczyć w teraźniejszości jak japoński turysta, który zamiast odczuwać i przeżywać, w pośpiechu jedynie dokumentuje wydarzenia swego życia, w nadziei, że wróci do nich kiedyś jak do kolekcji zdjęć – dopóty będziemy się czuli samotni, zmęczeni, puści i nieszczęśliwi.

Ugruntowanie zapewnia uczucie ukojenia i bezpieczeństwa podobne do tego, którego dziecko doświadcza w ramionach matki

Wiecznie nie nadążamy z przeżywaniem. A przez to odnosimy wrażenie, że czas pędzi. Ale to my pędzimy, czas stoi w miejscu. W ten sposób kreujemy stres. Po jakimś czasie takiego życia zaczynamy się energetycznie wypalać, w dodatku na własne życzenie. Tęsknimy za poczuciem ziemi pod stopami, ale boimy się wylądować. Jedyne, co nam może w tym pomóc, to dyscyplina ciała i umysłu. Ona pozwala się zakorzenić w tu i teraz, poczuć upragnione oparcie w sobie. Dobrze zakorzenione drzewo zniesie wichury i sztormy, może też dawać cień, oparcie i schronienie. Tak samo jest z nami. Kiedy będziemy mieć silne korzenie, rzeczywistość nas nigdy nie przerośnie. Będziemy silniejsi i odporniejsi na stres, więc bez trudu sprostamy wyzwaniom.

Co to za korzenie? Poczucie oparcia w sobie czerpiemy z czterech splecionych ze sobą korzeni. Pierwszy to świadomość ciała, która daje nam poczucie bezpieczeństwa związane z tym, że wiemy, gdzie się znajdujemy, co robimy i w jakim jesteśmy stanie. Oraz, co bardzo ważne, jak oddychamy. A więc wiemy, na co możemy sobie pozwolić – czytamy i rozumiemy sygnały wysyłane przez ciało. Drugi korzeń to zmysły. Im lepiej uświadomione ciało, tym mniej zaburzony obraz świata przekazują do naszej świadomości. Trzeci korzeń to świadomość emocji, które przejawiają się jako fizyczne stany i doznania. Czujemy coś i umiemy to poprawnie zinterpretować, dzięki czemu możemy adekwatniej wyrażać to, co się z nami dzieje. To drżenie w ciele jest podnieceniem, a tamto mrowienie i szybsze bicie serca to radość. W ten sposób sprawiamy, że to nie emocje nad nami panują, tylko my panujemy nad nimi i wyrażamy je w zgodzie z okolicznościami i ze sobą. Świadomość tego, co czujemy, jest podstawą poczucia bezpieczeństwa. Znacząco zmniejsza napięcie pojawiające się wtedy, gdy dzieje się z nami coś, czego sobie nie uświadamiamy lub nie rozumiemy. Jest jeszcze jeden ważny korzeń: to mocne stanie na nogach – czyli dobry kontakt z ziemią.

Co to znaczy? Brzmi to bardzo tajemniczo, szamańsko czy niemal mistycznie... Ten mistycyzm to nic innego jak jasna świadomość tego, co rzeczywiste. Ci, którzy reagują niechętnie na wzmiankę o kontakcie z ziemią, mają na ogół problem z ugruntowaniem. W naszej kulturze to niemal norma.

Większość z nas nie chce kontaktu z ziemią. Chcemy do nieba. To jednostronnie rozumiana duchowość i zasadnicze nieporozumienie.
Kontakt z ziemią pojawia się automatycznie, gdy nawiązujemy dobry kontakt z ciałem, które na materialnym planie jest przecież zrobione z elementów ziemi. Odkrycie ciała jest równoznaczne z odkryciem ziemi pod stopami. Grawitacja jest stałym doświadczeniem naszego życia, nieustannym dialogiem naszych ciał z ziemią. Ziemia nas przyciąga, przygarnia, chce dać wsparcie, zachęca do odpoczynku. Grawitacja nas ogranicza, ale też daje fizyczne oparcie, poczucie bezpieczeństwa. Coś za coś. Dzięki temu nie żyjemy w powietrzu, nie lewitujemy samotnie w nieskończonym kosmosie.

Można nie czuć kontaktu z ziemią? Niestety można i często tak się dzieje. Tacy ludzie wszędzie szukają oparcia, zachowują się jak dzieci, które chcą, żeby ktoś je wziął na ręce, zaopiekował się nimi. A przecież nikt nie musi ich brać na ręce – ziemia niesie nas cały czas. Dlatego w chwili, kiedy sobie to po raz pierwszy uświadamiamy, doświadczamy silnego wzruszenia, radości i poczucia mocy, które płyną właśnie z kontaktu z ziemią. Nie bez przyczyny mówi się o ziemi jako o matce. Ugruntowanie zapewnia uczucie zaufania, ukojenia, bezpieczeństwa podobne do tego, którego dziecko doświadcza w ramionach spokojnej, niezawodnej matki, która nigdzie się nie spieszy i po prostu jest.

 
Doświadczyłam tego, że napięcia i stresy odrywają nas od ziemi w bardzo namacalnym sensie. Kiedy leżę na plecach, zdarza mi się czuć, że są takie miejsca w moim ciele, które nie przylegają do podłoża, tak są spięte... Ciało odzwierciedla wszystko to, co dzieje się w umyśle: naszą osobistą historię, przekonania, wewnętrzne konflikty i sposoby radzenia sobie z życiem. Kiedy odczuwasz na przykład strach, napinają się konkretne mięśnie w twoim ciele. Kiedy odczuwasz go przez dłuższy czas, napięcia utrzymują się, ciało nie rozluźnia się automatycznie. Wtedy, kładąc się na ziemi, możesz poczuć napięcie mięśni, które nie chcą się poddać w kontakcie z podłożem. Umysł wpływa na ciało, a ciało na umysł, to relacja zwrotna. Gdy czujemy się zestresowani, nasze spięte ciało nie ma kontaktu z ziemią. To znaczy nie czujemy go, choć przecież ten kontakt jest. Natomiast gdy ciało rozluźnimy, odreagujemy napięcia w sposób fizyczny, będziemy mieć lepszy kontakt z ziemią i korzystnie wpłyniemy na stan naszego umysłu.

Co sprawia, że niektórzy ludzie boją się wylądować na ziemi, jak to określiłeś? Osoby, które unikają kontaktu z ziemią, pragną tak naprawdę uciec od rzeczywistości. Unikają w ten sposób cierpienia, bo zapewne w dzieciństwie nie przytrafiło im się wiele dobrego. Jednak taka ucieczka od życia na dłuższą metę nie przynosi ulgi. Jeśli naprawdę chcemy sobie pomóc, musimy zmierzać dokładnie w odwrotną stronę. Oprzeć się całym ciężarem o ziemię, zaufać jej i oddawać jej każdy ciężar, jaki przychodzi nam dźwigać. Stać mocno obiema nogami na ziemi i nie dać się wyprowadzić z równowagi – czy nie tego chcemy?

Z drugiej strony jest to przeciwieństwo wizjonerstwa, duchowości. Słowa „przyziemny” i „uziemiony” też w końcu pochodzą od związku z ziemią, ale mają wydźwięk zdecydowanie pejoratywny. Nie chodzi o to, by się odciąć od duchowości, tylko zaprzyjaźnić z ciałem, z ziemią, odczuć realność naszego bytowania na tej planecie. Dążenie za wszelką cenę ku niebu sprawia, że odbieramy sobie szansę dostrzeżenia tego, że tu, na ziemi, kiepsko sobie radzimy i niszczymy to, co jest źródłem i pokarmem naszego istnienia. Duchowość oderwana od ziemi zamienia się w egzaltację i łatwo przeradza w skrajną ideologię.

Ćwiczenie na ugruntowanie

Skoro bycie ugruntowanym oznacza pozostawanie w świadomym kontakcie z ciałem i z tym, co tu i teraz, polecam cztery kategorie ćwiczeń wspomagających odpowiednio: ugruntowanie w ciele, zmysłowe, oddechowe i ugruntowanie w kontakcie z ziemią. W praktyce trudno oddzielić od siebie powyższe obszary naszego doświadczenia. Podczas wykonywania każdego ruchu są one jednocześnie dostępne naszej świadomości. Ćwiczenie polega na tym, że akcentujemy jeden z tych obszarów. Przydatne są tu wszystkie techniki i szkoły uświadamiania ciała, ruchu i energii ze Wschodu. Jednak cokolwiek robimy ze swoim ciałem w ramach ćwiczeń ugruntowujących, musi być spełnionych sześć podstawowych zasad:

6 zasad ugruntowania

Maksymalnie – do przesady – zwolnij ruch, nie spiesz się, daj sobie bardzo dużo czasu. •    Każdy ruch wykonuj z maksymalną uwagą. •    Nie rób niczego na siłę, nie przekraczaj swoich możliwości, pozostań w strefie komfortu i przyjemności. •    Uświadamiaj sobie swój oddech (staraj się oddychać przeponą). •    Uświadamiaj sobie to, w jaki sposób działa na ciebie grawitacja (czyli ziemia). •    Uświadamiaj sobie wszystko to, co odbierają twoje zmysły: dźwięki, zapachy, widoki, kolory, temperaturę otoczenia itp.

Wszystko to można zawrzeć w jednym prostym ćwiczeniu rodem z tai-chi:

Stań boso na twardym, równym podłożu. Stopy równolegle. Kolana lekko ugięte. Brzuch rozluźniony. Pośladki nieco wypięte. Kręgosłup prosty. Broda lekko przyciągnięta do szyi. Na wdechu podnosisz obie ręce, prowadząc dłonie daleko od ciała, ale nie prostując do końca łokci. Jednocześnie lekko prostujesz kolana. Gdy dłonie osiągną wysokość oczu, uginasz łokcie i płynnie zaczynasz ruch w dół. W tym czasie uginasz kolana i robisz stopniowy wydech. Twoje nadgarstki zakreślają koło. Dłonie są rozluźnione, zachowują się tak, jakby były zanurzone w wodzie: gdy unosisz ręce – dłonie opadają. Gdy opuszczasz ręce – dłonie się wyraźnie unoszą. Wykonuj to ćwiczenie jak najwolniej, ale zachowaj komfortowy dla siebie rytm oddechu. Niech oddech decyduje o tempie, w jakim poruszają się twoje ręce. Ćwicz przez minimum 5–10 minut, stosując się do sześciu zasad świadomego ruchu.

  1. Psychologia

Filmoterapia - pozwól sobie na doświadczanie uczuć i emocji

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej. (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Nieważne, czy siedzisz na wielkiej sali kinowej, czy we własnym salonie. Nie ma znaczenia, czy jest to megahit, czy skromna offowa produkcja – na ekranie zawsze oglądasz siebie. Bo nawet najbardziej niewiarygodną historię i tak przefiltrowujesz przez swoje doświadczenia i emocje. Na tym właśnie polega magia kina!

„Tylko prawdziwe ryzyko może sprawdzić prawdziwość wiary” – to zdanie z filmu „Bóg nie umarł” dogłębnie poruszyło moje serce. Sprawiło, że zmęczenie minionego dnia odeszło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wcisnęłam przycisk: „stop” na pilocie, musiałam przez chwilę pobyć sama ze sobą. Chciałam delektować się kolejno każdym wyrazem. Tak, właśnie tak, dokładnie to potrzebowałam usłyszeć, dokładnie w tym momencie życia…

Czasami jakiś film, nawet jeśli obejrzany przypadkiem, bez polecenia, zachęcającej recenzji, za to w odpowiednim momencie życia, nastroju, stanie ducha dotyka cię do żywego, porusza w sercu jakąś strunę, sprawia, że czujesz się tak, jakbyś usłyszała głos Boga. Jakiś wątek z życia bohatera, niekoniecznie pierwszoplanowego, melodia będąca tłem dla sceny, której nawet do końca nie rejestrujesz, miejsce, które jedynie mignie na ekranie, a ty czujesz, że już tam jesteś, albo jedno krótkie zdanie, nawet mało znaczące dla motywu przewodniego filmu – potrafią uwieść, zapaść na trwałe w pamięć, a może nawet odmienić, uleczyć. A potem latami wracasz do tego samego filmu, do tej jednej jedynej sceny. Albo kupujesz płytę z muzyką z filmu i słuchasz jej na okrągło. Z uwagą śledzisz kolejne dzieła reżysera, bo pragniesz nowych, podobnych doznań. Tak właśnie tworzy się magia. Powiedz mi, jakie oglądasz filmy, a powiem ci, kim jesteś – brzmi jak wróżenie z fusów, a jednak ma głęboki sens.

Czy masz swój ulubiony film?

Do kina chodzę rzadko, trochę z braku czasu (czy możliwości), a trochę dlatego, że nie przepadam za tłumem i gwarem sal kinowych. O wiele bardziej wolę zacisze kina domowego i odpowiednie towarzystwo, bo wspólne przeżywanie fabuły i rozmowy w trakcie, a także spory po i konieczność konfrontacji z faktem, że bliski mi człowiek nie podziela mojego zachwytu, są równie cenne jak film.

Nie jestem filmową koneserką, nie czuję obowiązku bycia na bieżąco z najmodniejszym repertuarem kin. Zdarza mi się po ciężkim dniu pracy bezmyślnie włączyć komputer i obejrzeć mało znaczący serial. Jak większość Polaków lubię komedie – na poprawę nastroju, czasami popłaczę na typowym „wyciskaczu łez”, nie pogardzę również kontrolowanym strachem na filmie mrożącym krew w żyłach. Czasami jestem zła sama na siebie, że kolejny wieczór straciłam, bezmyślnie gapiąc się na ekran. Obejrzałam nawet „50 twarzy Greya”, w końcu z jakiegoś powodu ten film widziało 1,8 miliona Polaków. Jednak film, który porusza mnie do dna, a potem wracam do niego przez lata, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że nadal działa, przytrafia mi się niezwykle rzadko. Tak było z „W pustyni i w puszczy” tym z 1973 roku. Każdy kolejny raz, kiedy go oglądam, jest jak powrót do samej siebie, tej sprzed laty, dwunastolatki, która z wypiekami na twarzy śledziła losy Stasia i Nel. To taki mój intymny rytuał – kiedy na ekranie pojawiają się końcowe napisy, zatrzymuję obraz i wyciągam z pawlacza pudełko z dziecięcymi skarbami: ulubiona maskotka, którą dostałam na 12. urodziny, album ze szkolnymi zdjęciami i pamiętnik, a w nim moje najskrytsze marzenia i plany na dorosłe życie.

Czy gdyby nie historia o Stasiu i Nel, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej? Dlaczego właśnie ten film poruszył mnie tak bardzo? Czy bohaterski Staś Tarkowski był prototypem mojej pierwszej miłości? No cóż, w autoterapii tajemnica również obowiązuje.

Czy masz podobnie? Jaki jest twój ulubiony film? Czy lubisz wracać do siebie tamtej, sprzed ekranu, na którym po raz pierwszy oglądałaś swój najważniejszy film?

Każdy odczuwa inaczej

Tomasz Raczek w książce „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów” przyrównuje sztukę oglądania filmów do medytacji vipassany: „Jesteśmy oderwani od codzienności i pogrążeni w uważnym obserwowaniu tego, co na ekranie”. Zdaniem krytyka, dzięki uważnemu oglądaniu filmu możemy zobaczyć nie tylko to, co na ekranie, ale także wejrzeć w głąb siebie. Z uwagą i przede wszystkim z uważnością obejrzany film trafia nie tylko do naszej głowy, ale przede wszystkim porusza emocje, daje nam szansę się z nimi skonfrontować i przeżyć w bezpiecznych warunkach, w końcu płacz w kinie to rzecz ludzka. „To, co widzisz na ekranie, to zaledwie 50 proc. filmu. Drugie tyle zostaje wyświetlone na osobistym ekranie psychiki i wyobraźni”. Ów osobisty ekran uwarunkowany jest naszym intelektem, wrażliwością, doświadczeniem życiowym, samopoczuciem w danym momencie i przede wszystkim umiejętnością bycia w „tu i teraz”. Wszystko, co widzisz i słyszysz podczas projekcji, jest filtrowane przez twoje serce i duszę. Dlatego niektóre filmy doskonale pamiętasz przez wiele lat, a inne wręcz kompulsywnie chcesz oglądać w kółko lub na każde święta.

Zdaniem Tomasza Raczka nieodłączną częścią procesu przeżywania filmu jest możliwość przegadania go – podzielenia się swoimi spostrzeżeniami, opiniami, a przede wszystkim emocjami. Opowiadając o filmie, który cię poruszył, mówisz tak naprawdę o sobie: swoim poczuciu humoru, wrażliwości, o swoich marzeniach i lękach. To prawda, natychmiast po obejrzeniu filmu „Bóg nie umarł” zadzwoniłam do przyjaciółki. Okazało się, że widziała ten film i wcale jej nie zachwycił. Wręcz przeciwnie, jej zdaniem był za mało tajemniczy, za to przewidywalny i zbytnio epatujący amerykańskim katolicyzmem. Zrobiło mi się przykro, bo myślałam, że czujemy podobnie. – To pogadajmy o czuciu, a nie o filmie – zaproponowała przyjaciółka. No właśnie, jak często, spierając się z kimś na temat filmu, mamy odwagę rozmawiać nie o fabule, czyli zewnętrznym ekranie, tylko o tym, co w nas? W czasach epatowania indywidualnością i tzw. zdrowym egoizmem, pod przykrywką których często skrywamy swój lęk przed bliskością i pokazaniem prawdziwej twarzy, przeżywanie i dzielenie się swoimi odczuciami to prawdziwe wyzwanie. Ile razy zdarza ci się zachwycać jakimś modnym filmem, bo tak wypada, bo wszyscy się zachwycają? A nawet jeśli pozwalasz sobie na słowa krytyki, to płyną one bardziej z twojej głowy niż z serca? Oczywiście, masz prawo zachować swoje odczucia dla siebie, najważniejsze jednak, byś nie ukrywała ich przed samą sobą.

Co mówią o tobie obejrzane filmy?

Przygoda filmowego bohatera często staje się wierną metaforą naszej sytuacji życiowej, dlatego podświadomie identyfikujemy się właśnie z tą postacią i zaciekle jej bronimy w rozmowach o filmie. A kiedy, zwłaszcza ktoś bliski, krytykuje naszego bohatera, czujemy się dotknięci do żywego. Czasami masz wrażenie, że ty i twój partner siedzący obok w kinie widzieliście dwa różne filmy. Czujesz się wtedy rozczarowana i zawiedziona. Dlaczego on mnie nie rozumie? – zadajesz sobie pytanie. To nie tak, to nie o ciebie chodzi, tylko o film. Jeśli chcesz być zrozumiana – opowiedz o swoich odczuciach związanych z filmem. To podobnie jak w realnym życiu, kiedy ktoś interpretuje konkretne wydarzenie w inny niż my sposób, czujemy się osobiście dotknięci. Niezgodność w myśleniu nie oznacza niezgodności w czuciu. Świadome oglądanie i przeżywanie filmu pozwoli poczuć ci tę różnicę. Obrazy, kolory, dialogi, muzyka, ruch – to wszystko uruchamia naszą wewnętrzną projekcję. Wszystko, co w nas trudne, co budzi lęk, a nawet wstręt – przenosimy na ekran, rzutujemy na bohatera filmu i dzięki temu stajemy się obserwatorami naszego życia. I to jest właśnie najważniejszy cel uważnego oglądania filmów, często wykorzystany przez terapeutów stosujących metodę filmoterapii.

Zdaniem Tomasza Raczka nawet krótka drzemka w kinie ma działanie terapeutyczne – staje się swoistą śluzą, przez którą widz przedostaje się ze swojej codzienności do rzeczywistości przedstawionej w filmie. Jeśli ta rzeczywistość jest ci wyjątkowo bliska, być może właśnie to jakaś część ciebie, twojego cienia, czegoś, co ukrywasz nawet przed samą sobą. Na ekranie możesz ją w bezpieczny sposób obejrzeć, przeżyć, z dystansu znaleźć rozwiązanie problemu.

Zdarza mi się, że pacjent przez całą sesję opowiada o filmie, który go poruszył. Czasami, pomimo zachęty, wcale nie chce rozmawiać o tym, co to w nim otworzyło, tylko cały czas koncentruje się na historii bohatera. Mam wrażenie, że jesteśmy w gabinecie we trójkę, a w pewnym momencie ja i pacjent wchodzimy w role terapeuty filmowego bohatera. Uwierzcie mi, że takie sesje są bardzo terapeutyczne. Nie zawsze wszystko musi być ujawnione i nazwane wprost.

Dlatego jeśli w trakcie kinowego lub domowego seansu odkryjesz, że jakaś scena cię porusza – zatrzymaj się i wsłuchaj w siebie. Co czułaś, oglądając film? Co wywarło na tobie wrażenie i dlaczego? Jak postąpiłabyś na miejscu ulubionego bohatera? Gdybyś była reżyserem, jak zmieniłabyś zakończenie? Jeśli czujesz taką potrzebę, porozmawiaj o tym z kimś bliskim.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Dlaczego warto rozmawiać o filmach?

  • To jeden z najelegantszych i najdyskretniejszych sposobów mówienia o sobie, bez bycia posądzonym o egocentryzm.
  • To świetny sprawdzian tego, jak bardzo jesteśmy otwarci na odmienne zdanie i wytrzymali na rzeczy trudne do zaakceptowania. Możemy przekonać się, gdzie są nasze ograniczenia i z czego wynikają. I czy stać nas na nieuleganie emocjom, gdy temat wymaga raczej racjonalnej analizy.
  • Rozmowa o filmie uczy uważności w odbieraniu świata, co w czasach kłopotów z zagospodarowywaniem nadmiaru jest bezcenne.
  • Pozwala spojrzeć na problemy szerzej i z różnych perspektyw.
  • Może być też dobrym treningiem precyzyjnego posługiwania się językiem emocji i pozwoli w przyszłości uniknąć nieporozumień wywołanych nieprecyzyjnym komunikatem wysyłanym do bliskiej osoby.
Źródło: Tomasz Raczek, „Kinopassana. Sztuka oglądania filmów”, Latarnik 2015

  1. Psychologia

Mistrzostwo rodzi się w głowie - rozmowa z Darią Abramowicz, psycholożką pracującą z Igą Świątek

Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Igą Świątek jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. BEW)
Jak to możliwe, że młoda tenisistka, jaką jest Iga Świątek, wykazała się tak niesamowitą siłą psychiczną? – Bez trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem że wyciągniemy z niej wnioski. 

Jesteśmy niestabilne, rozchwiane, rozhisteryzowane, a to świadczy o naszej słabości. Jest w takich sądach ziarnko prawdy?
Bywamy emocjonalne, to prawda. Ale czy to nas osłabia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że zawodniczki są w stanie dochodzić do mistrzostwa w swoich dziedzinach, podobnie jak mężczyźni. I tak jak mężczyźni podczas rywalizacji przejawiają różne cechy, w tym cechy uznawane za stereotypowo męskie. Czasem na przykład wyrażają, używając silnej ekspresji, swoją złość, co przypisuje się mężczyznom. A z kolei mężczyźni niejednokrotnie reagują bardzo emocjonalnie, co przypisywane jest kobietom.

Według innej obiegowej opinii jesteśmy od mężczyzn odporniejsze na ból, stres. Sport to potwierdza?
Widywałam kobiety potrafiące przezwyciężać ból i bardzo silny dyskomfort, nawet podejmować ryzyko związane z zagrożeniem zdrowia, żeby realizować swój cel. I widywałam mężczyzn o – jak to nazywam – niekonstruktywnej relacji z bólem. Ale bywa też odwrotnie. Z moich obserwacji wynika, że kiedy zawodnicy stają przed bardzo długą i żmudną pracą, która wiąże się z pokonywaniem przeszkód, wieloma trudnymi sytuacjami wymagającymi odporności psychicznej, to kobiety często są tu sprawniejsze. Aczkolwiek nie twierdzę, że mężczyźni tego nie potrafią.

Przykład Igi Świątek pokazuje, jak ważna w sporcie jest siła psychiczna. Jako młoda zawodniczka rzucała rakietkami, teraz potrafi trzymać nerwy na wodzy w meczach o najwyższą stawkę. Jak buduje się taką siłę?
Mistrzostwo rodzi się w głowie. I to nie tylko to sportowe. Psychologiczne mechanizmy rządzące sportem są absolutnie takie same jak te w życiu. Siłę i odporność kobiet buduje się poprzez pracę nad samooceną, poczuciem własnej wartości, nad świadomością siebie w różnych obszarach: obrazu własnego ciała, inteligencji emocjonalnej, relacji. No i wreszcie w obszarze umiejętności poznawczych i treningu mentalnego, który daje poczucie sprawczości, skuteczności.

Co jednak musiało się stać, żeby Iga nagle uruchomiła w sobie taką siłę?
Zdecydowanie nie stało się to nagle. To proces związany – co warto podkreślić – z jej ogromną pracą, którą cały czas wykonuje z dużym oddaniem. Wyszła trochę laurka, ale absolutnie prawdziwa. W przypadku Igi nic nie stało się samo. Istotnym elementem jej pracy, przez wiele miesięcy, był trening mentalny, który wciąż trwa, a jego celem jest wykorzystywanie przez Igę swoich zasobów w danym momencie, czy to podczas treningu, czy meczu.

Na czym konkretnie ten trening polega?
Nie ma jednej prostej recepty. Ogólnie mówiąc, polega na stopniowym budowaniu samoświadomości, samooceny, byciu blisko siebie. Bo to wszystko sprawia, że kiedy przychodzi do meczu, czasem bardzo wymagającego, na wysokim poziomie napięcia, można uwierzyć w to, że da się przejąć nad nim kontrolę, czyli zrobić swoje. To jest siła.

Łatwo wyobrazić sobie, że siła może przerodzić się w agresję, a poczucie własnej wartości – w egocentryzm. Nie o taką siłę przecież chodzi.
Rzeczywiście siła bywa czasem utożsamiana z arogancją, agresją, egoizmem. Tę autentyczną buduje się poprzez zaufanie, bliskość, przekazywanie pozytywnych wzorców, co nie jest takie proste, bo żyjemy w czasach kryzysu autorytetów. Młodzi sportowcy też mają coraz mniej idoli, na których patrzą z uznaniem. A pozytywne wzorce są niezwykle ważne.

Co mogą robić rodzice, żeby wychować córki na silne kobiety?
Najważniejsza, choć może brzmi to banalnie, jest bliskość, uważne słuchanie i wola usłyszenia. Dzięki rozmowie mamy szansę poznać córkę, przekazać jej to, co myślimy, no i przede wszystkim zacieśniać z nią relację. Rozmowa sprawdza się także w sporcie. Ja na przykład rozmawiam z zawodniczkami o tym, jak postrzegają swoje ciało, gdzie upatrują źródeł swojej siły, jak ją sobie wyobrażają. I tworzymy razem wizję tego, jak chciałyby funkcjonować, a później dzień za dniem drobnymi krokami staramy się to realizować. Dla wielu kobiet takim filarem siły jest praca, bo daje im poczucie sprawczości, skuteczności, kontroli. Dobrze, żeby rodzice wzmacniali talenty córek. I żeby pracowali nad komunikacją i ich asertywnością, które są absolutnym kluczem do wyrażania własnych potrzeb i emocji w sposób, który nie narusza wolności innych. Tego też uczę intensywnie zawodniczki.

Są do tego jakieś narzędzia?
Czasem takie właśnie pytanie słyszę od zawodniczek: „Co zastosować, żeby od razu zadziałało?”. No, tak się nie da. Zmiana postaw, przekonań, nawyków to wynik procesu, czasem długotrwałego.

Czy takim rodzajem narzędzia może być myślenie pozytywne? Mecz źle idzie, a ja sobie wyobrażam wygraną.
Pamiętam słowa Ewy Woydyłło na jednym z wykładów o traumie: „Każdy z nas na koniec dnia ma wybór, czy chce się trzymać kurczowo przeszłości, czy jednak pomyśleć o pozytywnej wizji przyszłości i iść do przodu”. Co do zasady myślenie pozytywne ma wielką moc. Niemniej zachęcam zawodniczki, żeby pracować z konstruktywnym nastawieniem. Czyli myśleć o tym, ile pracy potrzeba, aby coś osiągnąć. I że nie będzie to zawsze przyjemne. Że czasem będzie mnie wszystko bolało, być może będę płakać z bólu czy z bezsilności, ale wiem, że to zaprocentuje, kiedy będę tego najbardziej potrzebować. Myślenie jednoznacznie pozytywne może przekłamywać rzeczywistość, która nas czeka. Zachęcam, żeby koncentrować wysiłki na pracy, na możliwościach.

Ważne chyba, nie tylko w sporcie, żeby traktować porażki jako lekcje.
Zdecydowanie tak, porażka może być źródłem siły. Pod warunkiem jednak, że wyciągniemy z niej wnioski. Bez bardzo trudnych turniejów Igi w Stanach, w Rzymie nie byłoby jej świetnej dyspozycji w Paryżu. Mogę też powiedzieć, że nie byłabym zawodowo w tym miejscu, gdzie jestem, gdyby nie wiele trudnych doświadczeń.

Ale niepowodzenia czasem mogą nas złamać.
Tak, mogą działać destrukcyjnie, szczególnie wtedy, gdy nie wypracujemy sobie zgody na ich pojawienie się w naszym życiu. Dlatego tak ważna jest akceptacja niepowodzeń.

Jak to osiągnąć?
Chciałabym podkreślić, że nie musimy tego robić sami. Ogromne znaczenie w radzeniu sobie z niepowodzeniami, ale też w budowaniu siły, ma sieć wsparcia społecznego, bliskich, a w sporcie – trenerów, psychologów, lekarzy. Dla sportowców symbolem niepowodzenia jest kontuzja. Jedni potrzebują wtedy silnego wsparcia terapeutycznego, innym wystarczy wsparcie bliskich. Podobnie jest w społeczeństwie. Nie po każdym traumatycznym zdarzeniu i nie każda osoba będzie potrzebowała pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Niemniej jeżeli jej potrzebujemy, to nie oznacza, że jesteśmy słabi.

Kobiety przez wieki były uczone, żeby służyć innym, więc budowanie swojej siły muszą zacząć od myślenia, żeby służyć sobie, od polubienia siebie.
Życie w zgodzie ze sobą jest czymś ekstremalnie istotnym dla każdego człowieka. Wszystko zaczyna się w nas i od nas. Trudno mówić o sile, odporności psychicznej, jeżeli nie kochamy siebie. W tenisie bardzo ważne jest skupianie się na sobie, żeby właściwie ustawić ciało, przygotować się do uderzenia. W życiu podobnie. Otworzyć się na siebie bardzo pomaga trening uważności. W pracy ze sportowcami często odwołuję się do metaforycznej skrzynki na narzędzia. Wkładamy do niej wspólnie różne narzędzia treningu mentalnego: młotek, wkrętarkę, klucz francuski, śrubokręt płaski czy krzyżak. Ta skrzynka może być dobrze wyposażona, ale jeżeli nie wiemy, do czego używa się młotka, a do czego klucza francuskiego, to te narzędzia nie do końca są użyteczne. Dlatego trzeba nie tylko mieć świadomość własnych potrzeb, swoich reakcji, postaw, nawyków, lecz także umieć je modelować.

Wydaje się, że Iga nie boi się rywalek. Jak pani pomogła jej to osiągnąć? Pytam, bo wiele z nas wycofuje się z lęku przed trudnościami.
Staramy się skupiać na mocnych stronach, tym zresztą charakteryzuje się praca w sporcie, aby być świadomym swojego potencjału i z niego w pełni korzystać. Rozmawiamy o Igi zasobach, o tym, w czym jest dobra, bo to pomaga redukować potencjalny lęk. A kiedy on się mimo wszystko pojawia, dużo łatwiej zakotwiczyć się w tym, co mocne, dobre, pozytywne.

Mówi się o sile spokoju. Zachowanie zimnej krwi w stresujących sytuacjach to sprawdzian siły?
Myślę, że tak. I znów – ten spokój łatwiej osiągnąć, gdy koncentrujemy się na sobie, na tym, na co mamy wpływ, czyli na pracy, bo na wynik nie zawsze mamy wpływ, a na pracę już tak. Budowanie siły spokoju polega też na regulacji emocji, uczeniu się ich rozpoznawania, nazywania, interpretacji, ekspresji, żeby – co jest niesamowicie ważne – być w stanie je potem regulować. Celowo nie używam słowa „kontrolować”, bo kontrola kojarzy się z powstrzymywaniem się, tymczasem każdy z nas odczuwa emocje i powinien je wyrażać. Trzeba jednak robić to asertywnie, ale w sposób, który nie rani i nie narusza wolności innych. Uczymy sportowców, że adekwatne do sytuacji wyrażanie emocji może pomagać wykorzystywać swój potencjał. Myślę, że dobrze byłoby uczyć tego już małe dzieci, bo to długi proces. Jeśli natomiast z jakichś powodów nie przebiegał on konstruktywnie i takich zasobów brakuje dorosłym kobietom, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby o to zadbały. Bo regulacja emocji stanowi jeden z filarów wewnętrznego spokoju.

Iga otwarcie mówi, jak wiele zawdzięcza pani, podkreśla wpływ wsparcia psychologicznego na jej sukces. Obie zrobiłyście ogromnie dużo dla rozpropagowania znaczenia psychologii w naszym życiu.
Staram się, aby sportowcy, z którymi pracuję, rozumieli, po co coś robią, co to daje. No bo ostatecznie to, jak pracują i jak żyją, to system naczyń połączonych. Bardzo jestem wdzięczna Idze za to, że w swoich wypowiedziach podkreśla wartość pracy mentalnej dla budowania swojej siły. To świadczy o tym, że osiągnęłam jeden z celów mojej pracy. I nadal staram się robić swoje. 

Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska) Daria Abramowicz, psycholożka, studiowała także na AWFiS w Gdańsku. Pracuje ze sportowcami, w tym, od ponad półtora roku, z tenisistką Igą Świątek, która jako pierwsza Polka w historii wygrała wielkoszlemowy turniej Rolanda Garrosa w Paryżu. (Fot. Katarzyna Milewska)