1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak skutecznie pożegnać się z przeszłością i otworzyć na nowe relacje?

Jak skutecznie pożegnać się z przeszłością i otworzyć na nowe relacje?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Czekasz na miłość, ale już tracisz nadzieję? Holender Daan van Kampenhout podczas oferowanych sesji często był pytany o to, jak pomóc miłości znaleźć drogę do naszych serc. Opracował ćwiczenia, rytuały i medytacje, które pozwolą zwizualizować ci przyszłą relację, zrobić dla niej miejsce, a potem… pozwolić się jej odnaleźć?

Daan van Kampenhout jest terapeutą ustawień i praktykiem szamanizmu. W swojej książce „Pozwól się odnaleźć” proponuje „77 rytuałów, ćwiczeń i medytacji, dzięki którym twój wymarzony partner znajdzie do ciebie drogę”. Jest w czym wybierać... I nawet jeśli nie chcesz niczego przyspieszać czy wymuszać, jego obserwacje mogą się okazać bardzo pomocne.

Krótko o przeszłości

Choć van Kampenhout ustawia azymut na przyszłość, to proponuje najpierw spojrzeć za siebie. Prześwietlić swoje dotychczasowe życie uczuciowe. Sprawdzić, jakie miejsce w twoim życiu, mieszkaniu i świadomości zajmują byli kochankowie. „Gdy dom jest pełen, wtedy nie ma miejsca dla nowych gości” – zauważa. Trudno otworzyć się na nowy związek, jeśli w myślach wciąż tkwimy u boku byłego partnera. Kiedy brak pełnej dostępności, istnieje duże prawdopodobieństwo, że przyciągniesz kogoś, kto też nie będzie w pełni wolny dla ciebie. Nie chodzi o to, by usuwać swoje „byłe” czy „byłych” z pamięci. Raczej, by znaleźć dla nich właściwe miejsce – zachowując wspomnienia tego, co było cenne. Jak mówisz o dawnych relacjach: czy jest tam szacunek, wdzięczność? A może złość, oburzenie, poniżenie? Może zdradzasz zbyt intymne szczegóły z waszego życia? Czy aby na pewno służy to tobie i twojemu przyszłemu związkowi? Czy, zachowując się w ten sposób, sam jesteś godny pożądania? A gdybyś tak przypomniał czy przypomniała sobie, czego nauczyły cię związki z ekspartnerkami, co wartościowego dali ci byli kochankowie? To mogą być rzeczy wielkie, jak otwarcie serca i dużo mniejsze (odkrycie nowej, smacznej potrawy).

Warto zastanowić się nad dynamiką wcześniejszych związków. Nad rolami, w jakie w nich wchodziłeś. Przyjrzyj się zwłaszcza sytuacjom, w których byłeś rozczarowany, samotny, w których czułaś się zagubiona (z powodu jakiegoś zachowania czy jego braku ze strony drugiej osoby), oszukana. Jaka była reakcja twoja, a jaka partnera? Jak wyglądała wasza komunikacja? Być może rozpoznasz też inne aspekty relacji – kiedy przyjmowałeś wobec ukochanego rolę rodzica. Pamiętasz takie sytuacje? Jak by to było zachować się w nich jak równoprawna partnerka? Poeksperymentuj w wyobraźni z różnymi możliwościami.

Śmierć Kenowi!

Kiedy już mamy w miarę uporządkowaną przeszłość, dobrze jest ustalić, czego tak naprawdę chcemy. Czyli przyjrzeć się własnym fantazjom. Daan van Kampenhout przyznaje, że mają one swoje zalety i wady. Mogą być inspirujące, zawierać sugestie dotyczące podejmowanych kroków. Często jednak ograniczają. Trzymając się pewnych założeń i warunków, przestajesz być otwarty na to, co życie ma ci do zaoferowania. Jesteś w pułapce oczekiwań. „Szczegółowe wyobrażenia na temat nieznanej osoby mogą być jedynie odzwierciedleniem siebie samego. To stworzona przez ciebie odpowiedź na twoją wewnętrzną pustkę, na twoje białe plamy, które idealnie dopasowują się do twoich własnych potrzeb” – tłumaczy Holender. Upraszczając: chcesz, by druga osoba stała się twoim uzupełnieniem (mit „drugiej połówki”!), wypełniła twoje braki. To nigdy nie zadziała! Życzenia same w sobie nie są niczym niewłaściwym –  czasem po prostu tworzą niepotrzebne mury. Jeśli będziesz sprawdzać nieustannie, czy druga osoba spełnia wszystkie twoje kryteria, nie zobaczysz jej taką, jaka jest. Poza tym... rzeczywiście chcesz spotkać kogoś, o kim wiesz już prawie wszystko? Czy nie lepiej mieć u boku mężczyznę, którego będziesz odkrywać po kawałku? Kobietę, która będzie niespodzianką? Zgódź się na to, by każde z was – zamiast kompensować braki drugiego – pozostało sobą.

Być może z niektórymi fantazjami zechcesz pożegnać się w sposób rytualny. Daan van Kampenhout proponuje kobietom złożenie do grobu księcia z bajki, choćby lalki – Kena, ozdobionego symbolami i atrybutami, które reprezentują twoje nieosiągalne marzenia. To sposób, by pożegnać wytwory własnych imaginacji i otworzyć się na „normalnych” ludzi. Inne ćwiczenie to sporządzenie idealnego terminarza – zaplanowanie i zapisanie w nim wspólnych zajęć z przyszłym partnerem czy partnerką: urlop, restauracja, wycieczka, kino, teatr... I uczciwa weryfikacja: czy to wszystko jest możliwe? Jak mają się te plany do twojego rzeczywistego, codziennego życia? Myślisz, że kiedy już będziesz w związku, przestaniesz chodzić do dentysty? Zrezygnujesz z przyjaźni? Możesz też zrobić kolaż ze zdjęć wyciętych z czasopism (trochę na wzór mapy marzeń), który uwzględni różne aspekty upragnionego przez ciebie związku: romantyzm, kontakt fizyczny, obustronne wsparcie. Ale dobrze jest wkleić też na przykład stół konferencyjny – coś, co będzie symbolizowało dyskusje, uzgodnienia praktyczne.

Reflektor na ciebie

Załóżmy, że już wiesz, czego chcesz. Co teraz? Spójrz na siebie – zachęca van Kampenhout. Kogo widzisz? Jak oceniasz tę osobę? Czy jesteś raczej surowa czy pobłażliwa? Cóż, trudno pewnie będzie o obiektywizm. A gdyby sprawdzić, jak postrzegają cię inni? Na przykład spytać o twoje słabsze strony. To trudna konfrontacja. Zwykle przyjaciele świetnie nas znają, ale rzadko dają nam tak zwane negatywne informacje zwrotne – taki feedback może trafić w czuły punkt. Ale może warto spróbować? Zrób proste ćwiczenie: zapytaj pięciu przyjaciół, co w tobie cenią, a co im przeszkadza. Które cechy sprzyjają ich zdaniem znalezieniu partnera, a które – niekoniecznie. Możesz też zadać bardziej konfrontacyjne pytanie, np.: „Czym odstraszam mężczyzn?” i skierować je do zaufanych kolegów lub: „Czym odstraszam kobiety?” i spytać koleżanki.

Na tym etapie dobrze jest też porównać swoje życzenia wobec przyszłego jego lub przyszłej jej z tym, jak sam/a je spełniasz. Chcesz, żeby twój ukochany był czuły, empatyczny? A kiedy ostatnio okazałaś komuś współczucie? Ma być wysportowana? A ty jak często ćwiczysz? Oczytana? OK, a twoje lektury? „To, czego chcesz od drugiej osoby, musisz jej w pewnych rozsądnych ramach również sam zaoferować” – przypomina Holender. „Podobne energie przyciągają się nawzajem i rozpoznają w sposób nieomylny”.

Ten pierwszy kontakt

Jeśli chcesz zrobić kolejny krok, przyjrzyj się jeszcze raz swoim oczekiwaniom dotyczącym partnera i tego, co mielibyście razem robić. Czy rzeczywiście do realizacji wszystkich tych pragnień nieodzowny jest życiowy towarzysz? Prawdopodobnie niektóre z życzeń dałoby się zrealizować bez niego. Jeśli jesteś kobietą i umiesz sama o siebie zadbać, będziesz bardziej atrakcyjna dla świadomego, niezależnego mężczyzny. Pomocne może okazać się udzielenie odpowiedzi na pytania: „Co chcę dać partnerowi?”, „Co chcę od niego otrzymać?”. A następnie: „Co z tego, co chcę dać partnerowi, mogę dać już teraz, niekoniecznie bezpośrednio jemu?”, „Co z tego, co chcę otrzymać, mogę dostać już teraz, całkowicie lub częściowo, w inny sposób?”. W jednym z ćwiczeń van Kampenhout proponuje wykonanie lub zakupienie prezentu dla przyszłego partnera lub partnerki. Możesz spoglądać co jakiś czas na ten drobiazg z myślą „To dla niego/ dla niej”. W ten sposób uświadamiasz sobie, że osoba, na którą czekasz, już istnieje. Że nie wyskoczy jak królik z kapelusza.

I wreszcie – tak jak mówi tytuł poradnika van Kampenhouta – „Pozwól się odnaleźć”. W przeciwnym razie zarezerwujesz dla ukochanego lub ukochanej miejsce w marzeniach. Będziesz traktować jak przybysza z innej planety. A przecież to istota z krwi i kości, żyjąca na Ziemi. Może parę ulic dalej. Chodzi do pracy, robi zakupy, może wpada do kawiarni, w której i ty bywasz. Pozwól, aby to do ciebie dotarło. By wyczekiwana osoba stała się w twojej świadomości kimś dostępnym i realnym. To pozwoli ci poświęcić codziennie więcej uwagi ludziom z najbliższego otoczenia.

Ważna jest otwartość na nich – niezależnie od płci, od tego, czy są wolni i jak bardzo nas interesują. Gdyby tak udało się zapomnieć o tym, że zależy nam na bliskim związku, i sprawdzić, jak to jest, kiedy nawiązujemy kontakty z innymi niezobowiązująco, z lekkością, dla czystej przyjemności? Skieruj swoją uwagę na wchodzenie w kontakt – choćby ze sprzedawcą w pobliskim warzywniaku czy kelnerką w kawiarni – zachęca van Kampenhout. Podpatruj, jak robią to inni. „Twoje partnerstwo nigdy nie zacznie się jako gotowy, perfekcyjny związek. Prawdziwym początkiem związku jest moment, gdy dwoje ludzi nawiązuje kontakt. Nie każdy kontakt rozwija się w związek, ale każdy związek rozpoczął się kiedyś od pierwszego kontaktu”.

Pobudź swoją energię seksualną

Czakra krzyżowa – czyli punkt energetyczny zlokalizowany dwa palce poniżej naszego pępka – według jogi, ale też buddyzmu czy bioenergoterapii reprezentuje naszą seksualność, kreatywność, swobodne wyrażenie emocji i doświadczanie przyjemności zmysłowych. Kiedy energia życiowa płynie przez nią swobodnie, odczuwamy radość i pasję życia, a nasze kontakty z płcią przeciwną (także te seksualne) kwitną. Kiedy mamy ją zablokowaną, unikamy spotkań towarzyskich, popadamy w apatię i odczuwamy wstyd związany z naszą seksualnością i cielesnością. Oto kilka wskazówek, jak zharmonizować tę czakrę i przyciągnąć miłość:
  • Skorzystaj z szerokiej oferty masaży i otwórz się na przyjmowanie dotyku. Możesz wybrać masaż klasyczny – który przy okazji rozmasuje napięte mięśnie, lub bardziej egzotyczne: lomi-lomi, nowozelandzki mauri czy relaksacyjny, wykonany gorącymi kamieniami.
  • Jak najczęściej tańcz – taniec pobudza krążenie krwi i przepływ energii w ciele. Zwróć uwagę zwłaszcza na ruchy, które wprawiają w ruch biodra i miednicę.
  • Słuchaj energetyzującej, radosnej muzyki, bossa novy czy etnicznej, np. muzyki afrykańskiej.
  • Otaczaj się kolorem pomarańczowym, który wzmacnia harmonijną pracę czakry krzyżowej. Włącz ten kolor do swojego ubioru oraz diety.
  • Dobry wpływ będą miały też wszelkie medytacje i praktyki związane z wodą. Czyli zarówno wyjazd nad morze czy jezioro i patrzenie na spienione fale lub łagodną taflę wody, jak i kąpiele z dodatkiem ulubionych olejków (zwłaszcza z drzewa różanego, drzewa sandałowego, ylang-ylang) w domowym zaciszu.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kampania społeczna "Mów do mnie grzecznie". Wyjaśniamy, jak reagować na agresję słowną

"Mów do mnie grzecznie" to kampania, której celem jest promocja asertywnej i grzecznej komunikacji. (Ilustracja iStock)
Ad rem, nie ad personam, czyli odnoś się do rzeczy (faktów), zamiast obrażać. – Mówiąc do rzeczy, mówimy grzecznie, czyli szanujemy i nie przekraczamy granic innych ludzi. Nie poniżamy, nie krytykujemy – wyjaśnia dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, pomysłodawczyni kampanii przeciwdziałającej agresji w komunikacji.

„Mów do mnie grzecznie”, kiedy słyszę te słowa, wszystko się we mnie gotuje. Bo słowo „grzecznie” ma dla mnie negatywne konotacje: posłuszna, bez woli. Skąd hasło tej kampanii społecznej?
„Mów do mnie grzecznie” to kampania, której celem jest promocja asertywnej i życzliwej komunikacji. Masz rację, że słowo „grzecznie” zazwyczaj kojarzy nam się z brakiem autonomii czy z posłuszeństwem. Tymczasem dawniej oznaczało po prostu: „do rzeczy”; w kontekście komunikacji chodzi o to, żeby mówić z rozsądkiem, o faktach. Zasady, na których opiera się „grzeczna komunikacja”, opisaliśmy w Kodeksie Grzecznej Komunikacji (w ramce na kolejnych stronach) i będziemy o nich mówić na warsztatach planowanych dla szkół (na początku warszawskich) w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko.

Słowa kreują naszą rzeczywistość. Każde wypowiedziane zdanie ma jakiś cel i wpływa na świat oraz innych ludzi. Czy zdarzyło ci się kiedyś płakać na filmie? Niby wiemy, że to fikcja, a jednak łzy cisną się nam do oczu. Ktoś mógłby o tobie powiedzieć, że jesteś rozhisteryzowana lub niestabilna emocjonalnie. Ktoś inny – że jesteś wrażliwa i empatyczna. Nie wiem, jak ty, ale osobiście wolałabym usłyszeć ten drugi komunikat. Grzecznie to znaczy z szacunkiem i akceptacją, bez ocen i krytyki.

Skąd pomysł na kampanię? Czemu, jako psycholożka, uważasz, że jest tak bardzo potrzebna?
Przełomowym momentem było dla mnie zabójstwo prezydenta Pawła Adamowicza podczas mojego ukochanego finału WOŚP 13 stycznia 2019 roku. Dokładnie wtedy zaczęłam uważniej obserwować zmieniający się dyskurs społeczny. Agresywna komunikacja często zastępuje – szczególnie w szkołach – tę normalną i kulturalną, a my nic z tym nie robimy. Postanowiłam coś zmienić, a że zawodowo zajmuję się edukacją i nauczaniem psychologii – od 11 lat jestem dydaktykiem w Uniwersytecie SWPS – stworzyłam kampanię, w trakcie której będziemy uczyć, jak powinniśmy się ze sobą komunikować, by kreować świat otwarty i tolerancyjny.

Z moich obserwacji wynika, że niezależnie od miejsca – szkoła, praca, media, przestrzeń publiczna czy Internet – w naszej komunikacji pojawia się coraz więcej hejtu, agresji, mowy nienawiści, pogardy. Język jest narzędziem i podstawą takich zjawisk, jak mobbing, staffing (znęcanie się pracowników nad szefem – przyp. red.) czy propaganda. Ich efektem jest poczucie wykluczenia społecznego, obniżenie nastroju, depresja czy myśli i czyny samobójcze. Ludzie coraz częściej stosują agresywną komunikację, a my przyzwyczajamy się do tego. Właśnie ta desensytyzacja agresji i przemocy, czyli akceptacja i ciche przyzwolenie na nią, kończy się bardzo źle, co wiemy chociażby z historii. Dlatego tworzymy kampanię społeczną, w której krok po kroku będziemy wprowadzać zmianę w tym obszarze.

W psychologii mówi się, że istnieją trzy postawy komunikacyjne: agresywna, uległa i asertywna, która jest najtrudniejsza...
Agresywna komunikacja to wszechobecny hejt, mowa nienawiści, ale i obrażanie drugiego człowieka, poniżanie czy ignorowanie. Postawa uległa zakłada brak reakcji, kiedy ktoś nas atakuje, obraża czy poniża. Natomiast postawa asertywna składa się z dwóch elementów – obrony własnych granic oraz szacunku i akceptacji drugiego człowieka, i myślę, że to ona jest najbardziej wymagająca. Do asertywności musimy dojrzeć, dobrze poznać i zrozumieć jej założenia. Asertywność to nie tylko umiejętność mówienia „nie”, ale też stawiania granic z poszanowaniem drugiego człowieka.

U siebie w domu stosuję tak zwaną pozytywną przerwę. Gdy zalewają mnie emocje, odchodzę w bezpieczne dla mnie miejsce, żeby się uspokoić.
Robisz tak zapewne, bo jesteś świadoma różnych mechanizmów i wiesz, że kiedy jesteśmy sfrustrowani, to istnieje większe prawdopodobieństwo agresji – możemy kogoś obrazić, powiedzieć o jedno słowo za dużo, zranić. Chwilowe oddalenie się wówczas jest dobre, ale pod jednym warunkiem: gdy już się uspokoisz, to wrócisz do męża czy syna i z nimi porozmawiasz. Bo ty potrzebowałaś ciszy, ale twoi bliscy potrzebują zrozumieć twoje potrzeby, zachowanie i sytuację.

Mam wrażenie, że żyjemy dzisiaj w świecie silnych kobiet, którym mówi się, że lepiej być niegrzeczną, bo wtedy można wyrazić siebie. A jednak warto komunikować się z innymi bez oceny, z tolerancją. Co innego być grzeczną, co innego mówić grzecznie.
Dużo łatwiej promuje się postawy skrajne, bo są bardziej wyraziste. Kobiety mają dzisiaj trudno. Gdy jesteśmy dziewczynkami, oczekuje się od nas, że będziemy uległe, posłuszne i podporządkowane. Kiedy dojrzewamy, spostrzegamy, że lepiej być w życiu agresywną zołzą. Oglądamy filmy o Kleopatrze czy poznajemy takie postaci filmowe jak Miranda Priestly („Diabeł ubiera się u Prady”). To kobiety, które są władcze, a ich cnotą jest egoizm. Tymczasem ani uległość, ani agresja nie są dobrymi postawami komunikacyjnymi. Dlatego chciałabym mówić o życzliwej asertywności, którą Marshall Rosenberg nazywa Porozumiewaniem się bez Przemocy (Nonviolent Communication, NVC). Mamy prawo wyrażać swoje potrzeby i uczucia, ale róbmy to bez ocen, tolerancyjnie i z szacunkiem do innych. Myślę, że to jest klucz do indywidualnego, lecz i społecznego szczęścia. Niezależnie od biologicznej czy psychologicznej płci.

Czyli jak? Można być niegrzeczną i mówić grzecznie?
Ależ oczywiście! Mamy prawo zachowywać się niegrzecznie czy niekonwencjonalnie, tańczyć nago przy świetle księżyca czy upijać się na umór, co nie ma nic wspólnego z grzeczną komunikacją. Mówić grzecznie to znaczy: potrafić mówić o swoich potrzebach, ale szanować i nie przekraczać granic innych ludzi. Nie obrażać, nie poniżać, nie krytykować. Żyć tak, jak chcę, bo mam do tego prawo. Ale widzieć przy tym innych ludzi wokół siebie.

Teraz, przy okazji strajków, przetoczyła się przez Polskę dyskusja, czy mówić grzecznie, skoro inni tak mocno naruszają naszą granicę osobistą. Jeśli biją nas po głowie, powinniśmy wyznaczyć jasno granicę. Tylko jak to zrobić?
Mój siedmioletni syn zadał mi kilka tygodni temu pytanie przy obiedzie: „mamo, a co to znaczy w...ć?”. Usłyszał to słowo w serwisie informacyjnym. No i właśnie. Osobiście nie popieram ani tego słowa, ani ośmiu gwiazdek, ale – jak rozumiem – celem tych protestów nie było wysłanie osób rządzących na księżyc czy zaproszenie do seksu. Celem było powiedzenie: „nie zgadzamy się na to, aby ktokolwiek decydował za nas, co się będzie działo z naszym ciałem”. Do mnie dużo bardziej trafiają słowa wyśpiewane przez Anitę Lipnicką i Moriah Woods – „Dość już!”. To wspaniały utwór, który pokazuje, jak wielkim wsparciem możemy być dla siebie nawzajem, a także jak można wyznaczać granice, mówiąc grzecznie.

Mam poczucie, że mężczyzn się dzisiaj z kolei ugrzecznia – kastruje ich agresję w ogóle: zarówno tę złą (przemoc), jak i dobrą (sprawczość, decyzyjność). Mężczyźni z obawy przed byciem przemocowymi wycofują się z działania i wyłączają w sobie jakąkolwiek agresję. Stają się grzeczni, jednak wewnątrz wszystko w nich buzuje.
To, o czym mówisz, w NVC jest znanym zjawiskiem. Osoba, która jest agresorem, chcąc przestać mówić językiem szakala (agresja) i zacząć mówić empatycznym i życzliwym językiem żyrafy, powinna przejść przez fazę uległości. Nie żyjemy dziś na szczęście w czasach wojny. Nie potrzebujemy wojowników czy rycerzy. Skoro my, kobiety, stajemy się bardziej przebojowe i wojownicze, to dla zachowania równowagi mężczyźni stają się bardziej empatyczni i łagodni.  Ale czy to źle?

Co mówią najnowsze badania na temat naszego dzisiejszego sposobu komunikowania się? Mamy z tym coraz większy problem?
Badań i projektów na temat komunikacji, mowy nienawiści czy agresji i przemocy jest wiele. Najbardziej wstrząsające dla mnie były badania prowadzone przez Zespół prof. Michała Bilewicza w Centrum Badań nad Uprzedzeniami, które wykazały, że niemal 96% młodzieży w wieku 16–18 lat styka się z mową nienawiści w Internecie. Pozwolisz, że podkreślę – 96%!

W moim rodzimym Uniwersytecie SWPS koleżanki i koledzy stworzyli genialny projekt o nazwie RESQL, który dotyczy monitorowania i zwalczania przemocy w szkole, a ma im w tym pomóc nowoczesna aplikacja i system wspierający szkoły w rozwiązywaniu problemów przemocy rówieśniczej. To nasza realna odpowiedź na sytuację, która dzieje się obecnie w szkołach i o której słyszymy dopiero, gdy któreś dziecko popełni samobójstwo lub zaatakuje nożem kolegów. Zgodnie z piramidą nienawiści Gordona Allporta wiemy, że każda przemoc poprzedzona jest agresywną komunikacją – poniżanie, obrażanie, krytykowanie. Dlatego pilnie potrzebujemy zmiany.

Komunikacja bez ocen. Rozmowa, a nie mówienie. Przecież psychologowie zachęcają do tego od lat…
Tyle że ta komunikacja bez oceny w naszym wykonaniu jest zazwyczaj abstrakcją, nadal oceniamy wszystko i na każdym kroku... Patrząc na dzieci, mam wrażenie, że oceniają i kategoryzują w co drugim zdaniu: jesteś głupi, fajny, nerd, emo... Jasne, że można komunikować się bez ocen, ale to bardzo trudne i wymaga specjalnego treningu. Przykład: wyobraź sobie, że wracasz do domu, a twój partner od progu krzyczy: „Jesteś nienormalna!”. No i teraz: po co to powiedział i co możesz zrobić z takim komunikatem? Nic. Zapewne wyrzucisz go do kosza. Komunikat, a później może także partnera.

A jeśli twój partner zastosowałby „grzeczne mówienie”, mogłabyś usłyszeć: „Zostawiłaś rano włączone żelazko. Nie zauważyłem tego i oparzyłem się w rękę, bardzo mnie boli. Prosiłbym na przyszłość, żebyś pamiętała o takich rzeczach”. To jest właśnie komunikat bazujący na narzędziu, które się nazywa FUO, czyli na modelu asertywnego wyrażania krytyki (patrz: ramka na wcześniejszych stronach – przyp. red.). Czyli jeżeli chcemy komunikować się dobrze, mówimy o Faktach, swoich Uczuciach i Oczekiwaniach.

Twoja teza brzmi: mowa nienawiści i agresywna komunikacja są efektem frustracji podstawowych potrzeb człowieka. Jak temu przeciwdziałać? Zawsze reagować na mowę nienawiści?
Zawsze! Profesor Ervin Staub, (uznany autor badań nad psychologią zachowań altruistycznych  i przemocą – przyp. red.) powiedział, że naturalne podstawy dobra i zła leżą w zaspokojeniu lub frustracji naszych podstawowych potrzeb psychologicznych. A każdy z nas ma swoje potrzeby. Staub wyróżnia sześć podstawowych: bezpieczeństwa; skuteczności i kontroli; pozytywnej tożsamości; więzi z innymi; rozumienia rzeczywistości oraz niezależności, czyli autonomii. Jeżeli człowiek odczuwa jakikolwiek brak, jedna z potrzeb jest niezaspokojona, wówczas jest sfrustrowany, agresywny i staje się skłonny do przemocy.

Z tego względu w NVC tak dużą wagę przykłada się do poznawania własnych potrzeb. Bo kiedy już wiemy, czego chcemy, możemy to komunikować i mamy większe szanse na zaspokojenie. Jeżeli powiem mojemu partnerowi: „Potrzebuję w ciągu dnia pół godziny spokoju”, wtedy on zrozumie, że kiedy zamykam się w pokoju, to nie dlatego, że nie chcę spędzać z nim czasu. Marshall Rosenberg twierdzi, że od momentu, kiedy para prawdziwie usłyszy siebie nawzajem oraz dostrzeże własne potrzeby, w kilka minut jest w stanie rozwiązać każdy konflikt w związku. Myślę, że to działa we wszystkich relacjach międzyludzkich.

Tyle że wszyscy jesteśmy inni. Jak mówić, żeby się porozumieć? W jaki sposób nauczyć się tego grzecznego mówienia?
O tym właśnie chcemy rozmawiać i tego uczyć w ramach kampanii. Już od wiosny tego roku rozpoczynamy w Stowarzyszeniu Wspólne Podwórko realizację warsztatów dla szkół na terenie Warszawy – dla dzieci, rodziców i nauczycieli. Będziemy tworzyli także materiały informacyjne, w tym miniwykłady, a to dopiero początek. Każdy z nas jest inny, i to jest właśnie wspaniałe. Tyle możemy się od siebie nauczyć, tyle dowiedzieć. Słowa kreują naszą rzeczywistość, zatem mówmy do siebie grzecznie – z szacunkiem i tolerancją do tego, co nas dzieli. Wówczas stworzymy prawdziwą wspólnotę, o której marzył mój przodek – profesor Wojciech Jastrzębowski. Chciałabym kontynuować jego myśl.

Dr Agata Jastrzębowska-Tyczkowska, psycholożka społeczna, adiunkt, Uniwersytet SWPS, członkini Stowarzyszenia Wspólne Podwórko.

Ćwiczenie FUO

1. Pomyśl o sytuacji konfliktowej w swoim życiu, kiedy powiedziałaś coś agresywnie (ocena, krytyka, poniżenie) lub w której zachowałaś się ulegle i nie powiedziałaś nic.

2. Stwórz komunikat FUO (Fakty, Uczucia, Oczekiwania): a. Fakty są takie, że… [uwaga – tu wpisz tylko to, co nagrałaby kamera – TO SĄ FAKTY(!) – bez ocen czy spostrzeżeń]. b. Uczucia. Czuję się w tej sytuacji… [tu opisz, jak się wtedy czułaś]. c. Oczekuję, że na przyszłość…

Kodeks grzecznej komunikacji

Mów do mnie grzecznie, czyli…?
  1. Do rzeczy – mów wprost o swoich potrzebach i oczekiwaniach.
  2. Z szacunkiem dla siebie, lecz także dla innych.
  3. O sobie – mów, co czujesz i jakie są fakty, zamiast krytykować i oceniać innych.
  4. Empatycznie – myśl o tym, jak twoje słowa mogą odebrać inni.
  5. Będąc w zgodzie ze swoimi uczuciami. To one jako pierwsze poinformują cię o niezaspokojonych potrzebach.
  6. Z akceptacją i tolerancją dla innych, którzy mają prawo się od ciebie różnić, a także czuć i myśleć inaczej niż ty.
  7. Masz prawo do wolności słowa, lecz granicą tej wolności jest godność drugiego człowieka, a tej nigdy nie wolno nam przekroczyć.

  1. Psychologia

Rozstanie, czyli osobisty koniec świata - po co był mi ten związek?

Jak przeżyć rozstanie i zbudować swoje życie na nowo? - Przede wszystkim odpowiadając na pytania: kim jestem bez tej drugiej osoby i co chcę uzyskać w związku? (fot. iStock)
Jak przeżyć rozstanie i zbudować swoje życie na nowo? - Przede wszystkim odpowiadając na pytania: kim jestem bez tej drugiej osoby i co chcę uzyskać w związku? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Skończyła się miłość? A może cierpliwość? Nieważne, kto odchodzi, a kto będzie porzucony, rozstanie trzeba przeżyć. Jak? Czytaj dalej.

Rozwodów na świecie, także i w Polsce, jest coraz więcej. Rozpadają się również związki nieformalne, ale ważne, w które zainwestowaliśmy emocje, czas, marzenia, także finanse… Co chwilę gdzieś tuż obok nas albo na innym kontynencie rozgrywa się czyjś „koniec świata”. Bo koniec związku to koniec pewnej rzeczywistości, na którą składają się przyzwyczajenia, wartości, poglądy, rytuały, krąg rodziny i znajomych. Ta strata boli… Jak twierdzą psychologowie, boli tym bardziej, że wchodzimy w związki z pewną iluzją na ich temat – piszemy scenariusze zgodnie z wyobrażeniem, jak taki związek powinien wyglądać.

Iluzjoniści

Każda nasza relacja w dorosłym życiu odnosi się w jakiś sposób do relacji z rodzicami – próbujemy wspólnie uzupełnić deficyty i zrealizować potrzeby, którym nie podołali rodzice, albo oczekujemy, że partner zaopiekuje się nami tak samo jak dawniej robili to rodzice, a gdy nie spełnia pokładanych w nim oczekiwań – czujemy rozczarowanie, a nawet złość i gniew. Zresztą nie tylko partner ma być idealny – związek z nim też. – To taki związek, w którym wszystkie potrzeby łączą się w jedno – mówi psycholog i psychoterapeuta Paweł Droździak. – I wszystkie spełniają w równym, czyli doskonałym stopniu. Przekonanie, że związki są wieczne, stanowi przykład młodzieńczego rozumowania w kategoriach „wszystko albo nic”. Albo chcę z kimś być i wtedy jest on jedyną, najważniejszą osobą na świecie, stanowimy jedność i wiecznie będziemy razem. Albo nie chcę z kimś być i wtedy ten ktoś jest beznadziejny i nie chcę go znać. Nie ma niczego pomiędzy.

Iluzja prędzej czy później się rozmywa, a my zostajemy porzuceni lub sami porzucamy. Jeśli o rozpadzie związku decyduje partner, gdy kryje się za tym zdrada, odrzucenie, gdy oprócz straty partnera i związku czeka nas utrata lub konieczność zmiany domu, a co za tym idzie: podstaw poczucia bezpieczeństwa – stajemy w obliczu prawdziwego przełomu w naszym życiu.

Z kolei ten, kto zostawia, musi często uporać się z rozpadem iluzji na temat partnera oraz odium bycia „tym złym, który zostawia”, wyrzutami sumienia, że zawiódł. Decyzja o rozstaniu rzadko jest prosta, poprzedzają ją zwykle próby ratowania związku i relacji z partnerem.

– Zwlekałam z decyzją o rozstaniu z Pawłem – opowiada Agata. – Bo był taki wrażliwy, nieporadny. Mówił mi zawsze, że związek ze mną dodaje mu sił, ale ja już miałam dość noszenia jego ciężaru na swoich barkach. Chciałam poczuć, że jest przy mnie facet, a nie ktoś, wobec kogo zachowuję się jak pełna troski mama. Myślałam, że Paweł sobie beze mnie nie poradzi, ale on w tydzień po rozstaniu był już w kolejnej relacji. I z tego, co wiem, bez trudu znalazł kolejną, pełną współczucia i chęci pomocy dziewczynę.

40-letnia Wanda zmagała się z kolei z dylematem – czy pogodzić się z tym, że nie dostanie od męża tego, czego chce, i walczyć o utrzymanie rodziny (mają trójkę dzieci), czy odejść i już nie musieć się starać „za dwoje”. Obie podjęły decyzje…

Kryzys relacji?

Wielu z nas przechodzi z relacji z rodzicami prosto do relacji partnerskich. W zasadzie mało kto zdąży nauczyć się żyć w pojedynkę, samodzielnie. Dowiedzieć się, o co tak naprawdę mu chodzi, kim jest. Niekiedy wchodzimy w relacje z potrzeby bycia ważnym dla kogoś, z potrzeby bycia w ogóle w jakimś związku. Te psychologiczne potrzeby zaspokajał kiedyś rodzic, teraz chcemy, by robił to partner. W konsekwencji relacja z partnerem jest dla nas ważniejsza niż relacja z samym sobą.

Małżeństwa z miłości to całkiem nowy „pomysł” – dawniej decydowały głównie ekonomiczne względy. I te były trwalsze niż emocje, które z natury są zmienne. Zatem i związki były trwalsze. Obecnie dewaluuje się wartość relacji jako takiej. Łatwo i szybko zmieniamy miejsca zamieszkania, prace, znajomych, także partnerów. – W wielkich miastach XX i XXI wieku możemy poczuć, że jesteśmy odrębnymi osobami i odpowiadamy tylko sami za siebie. Mieszkamy oddzielnie w małych pudełkach i możemy zmienić miejsce zamieszkania nawet i kilkaset razy w ciągu życia. Możemy zmienić też cały krąg znajomych. Stać się kimś innym dosłownie co rok. Zmienić pracę, zawód – zauważa Paweł Droździak. – Ale wystarczy odjechać od takiego miasta na parę kilometrów, by zauważyć, że nikt nie istnieje odrębnie. Ludzie mieszkają w tych samych domach, co ich rodzice i dziadkowie. Albo budują się na działce oddzielonej tylko płotem od tej, na której się wychowali. Tego się nie da wziąć ze sobą jak domku ślimaka. To się buduje raz na życie.

Kultura dzisiejszych czasów uczy jednak, że trawa za naszą miedzą może być bardziej zielona… że gdzieś na świecie istnieje ktoś idealnie do nas dopasowany, nasza „druga połówka”, jakbyśmy sami nie byli wystarczająco pełni. Szkopuł w tym, że potencjalnie takich „drugich połówek” może być kilka milionów… Ale co, jeśli będąc z kimś, tracimy szansę na bycie z kimś innym? Chętnie tkwimy w takich iluzjach, a nawet w wyobrażonych związkach, tylko we własnych, tych realnych jakoś nam trudno. A jak jest trudno, to lepiej się rozstać… Jest na to ekonomiczne, społeczne i psychologiczne przyzwolenie. – W efekcie ideologia jednego związku przez całe życie straciła swoje społeczne uzasadnienie – twierdzi Paweł Droździak.

Więcej nie znaczy łatwiej

Fakt, że rozstań i rozwodów jest coraz więcej, nie oznacza jednak, że cierpimy mniej. Albo że coraz lepiej radzimy sobie z rozpadem więzi. Nie, nie radzimy sobie.

Z rozstaniem wiąże się wiele zmian, nie zawsze na lepsze. Towarzyszy mu rozczarowanie, rozgoryczenie, żal. Poczucie klęski i straty. Tęsknota za tym, co już nie wróci. Niepewność, nieprzewidywalność jutra. Brak finansowego wsparcia. Odrzucenie… Długo by wyliczać. A można by tego uniknąć, gdyby dla większości ludzi szczęśliwy związek polegał na wspólnym spędzeniu satysfakcjonującego życia, w którym mogą na siebie nawzajem liczyć, wspierać się, za które nie muszą nikogo obwiniać i przepraszać. Gdzie owszem, jest miłość, bliskość, ale i odrębność, zgoda na czasową niewygodę. Odpowiedzialność i lojalność. Bez wypatrywania fajerwerków, choć miło, gdy się czasem pojawią.

Z drugiej strony – nie czujmy się zobowiązani do trwania w związku, który nas rani, w którym jesteśmy krzywdzeni. Nie decydujmy się na bycie z kimś, byle nie być samemu. W obu sytuacjach – i gdy my odchodzimy, i gdy ktoś odchodzi – warto sprawdzić, kim jestem bez tej drugiej osoby.

Relacja ze sobą - twój najważniejszy związek

Jeśli właśnie zakończył się twój związek, czeka cię wiele zmian i nowych zadań, jak np. wyprowadzka, radzenie sobie ze stratą, uszczuplenie zasobów finansowych, poczucie przegranej – i niewiele sił, by temu podołać. Dlatego musisz otoczyć się szczególną troską, miłością i życzliwością. Powrót do równowagi psychofizycznej to proces. Potrwa jakiś czas, o ile zechcesz świadomie tę drogę przejść. Przeżyć żałobę. Zbudować siebie na nowo.

Zanim wejdziesz w kolejną relację, najpierw powinnaś stworzyć ją sama ze sobą. To twój najważniejszy życiowy związek. Jesteś jedyną osobą, która będzie z tobą od początku do końca twojego życia, od pierwszego do ostatniego oddechu… Powinnaś być dla siebie najlepszym przyjacielem, osobą, na której możesz polegać, która cię nie skrzywdzi, ale wesprze.

Dopiero gdy dowiesz się, kim sama jesteś, jakie są twoje potrzeby, gdy sprawdzisz, z czym sobie radzisz, a gdzie potrzebna jest ci pomoc, gdy obdarzysz siebie szczerą współczującą miłością, akceptując swoje wady i zalety – przestaniesz oczekiwać od innych, by stali się twoim idealnym dopełnieniem. Zgodzisz się na ich niedoskonałość (podobnie jak na swoją), uszanujesz ich odrębność (jak i swoją), doceniając jednocześnie tę część, którą uznacie za wspólną. To się nie stanie od razu, ale jest możliwe. I nawet jeśli jeszcze nie raz kogoś stracisz, to nie stracisz już siebie.

Doświadczenie końca związku jest powszechne, dobrze jest zatem – oprócz straty – dostrzec w nim także jakąś wartość. Na przykład to, że dzięki rozstaniu zyskujemy wiedzę o tym, czy umiemy tworzyć trwałe związki, czy potrafimy przeżywać rozstanie. Jak mówi psychoterapeuta Paweł Droździak, jeśli ktoś wchodzi w różne związki, przeżywa je, kończy, ale świadomie przechodzi przez rozstanie – to owszem, wychodzi z pewnym zranieniem, ale też z doświadczeniem, że jest odrębną osobą i że koniec relacji nie oznacza końca własnego „ja”.

Coraz częściej rozwód

Według statystyk GUS (2013 r.) już co trzecie małżeństwo w Polsce kończy się rozwodem. Najwięcej rozwodzi się 30-latków, staż związku wynosi najczęściej 5–9 lat (19,6 proc.) i 2–4 lata (17,3 proc.). Co ciekawe, 2/3 pozwów rozwodowych wnoszą kobiety. Badania CBOS wskazują, że zdecydowanych przeciwników rozwodów jest jedynie 13 proc. badanych, 26 proc. wspierałoby małżonków decydujących się na rozwód, jeśli mieliby ku temu ważne powody.

  1. Psychologia

Poskromienie teściowej – jak przestać ulegać?

Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. (Fot. iStock)
Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. (Fot. iStock)
Ustala szczegóły ślubu. Potem traktuje dom młodych jak własny – poucza, rządzi, krytykuje... Co robić?! Zrozumieć, czemu tak postępuje. I nie ulegać. Jak? – podpowiada Tomasz Srebnicki, psychoterapeuta. 

Wesele będzie, hejże, hej! – według ustaleń mam. Matka pana młodego chce tradycyjnego, rodzinnego ślubu w „jej” Gdańsku. Chciała też, by młodzi przeprowadzili się z Krakowa na Wybrzeże, ale ustąpiła, więc młodzi zgadzają się na jej koncepcję wesela, choć dziewczyna płacze, bo marzyła o ślubie tam, gdzie się wychowała, wśród dawnych przyjaciół... Ale mieszkać chcą w Krakowie. Nade wszystko.
Jeśli ważny jest dla niej ślub w rodzinnych stronach i zamieszkanie w Krakowie, to tak właśnie powinno być. Zadaniem pary w fazie przedmałżeńskiej jest zasygnalizowanie rodzicom i przyszłym teściom swojej odrębności – właśnie teraz, a nie później, bo spraw wywołujących konflikt interesów wciąż będzie przybywać. Dobrze więc potraktować sytuację sporu o ślub jako okazję, by tę odrębność zademonstrować. Jak? Działając w myśl zasady: „rób to, na co jesteś się w stanie zgodzić, i nie ustępuj ani o krok w sprawach, na które zgodzić się nie chcesz”.

Młodzi mówią: „zgodzimy się na »twój« ślub, ale będziemy żyć po swojemu”.
Tak myślą ci, którzy zostali wychowani na osoby uległe, mające poczucie niskiej wartości, braku wpływu na swoje życie. Przejawia się to zwłaszcza w sytuacjach konfliktowych. Wówczas wybierają strategie uległości, bo myślą, że uda się uniknąć negatywnych emocji i trudnych sytuacji. Ale nie uda się, bo strategia uległości...

...to nie jest strategia uległości, tylko wyraz szacunku dla rodziców!
Jeśli mylimy uległość z szacunkiem, to prawdopodobnie rodzice wychowali nas w przekonaniu, że powinniśmy być im wdzięczni. Sądzą, że dzieci ma się „po coś”, a głównie po to, by odpłaciły za wychowanie i opiekę. Jako psychoterapeuta powiem: jeśli ktoś tak myśli o dzieciach, to lepiej, by kupił sobie psa, niż starał o dziecko. To ważne, by tę sytuację ujrzeć we właściwym świetle, bo wtedy jasne stanie się, dlaczego wszelkie przejawy odrębności ze strony młodych – rodzice traktują jako zagrożenie. Zagrożenie dla ich nadrzędnego celu – utrzymywania dominacji nad dziećmi, by te im nie uciekły, nie zaczęły żyć własnym życiem, nie zerwały się ze smyczy wdzięczności.

Skoro dzieci nie ma się po to, żeby były wdzięczne, to po co?
Właściwa odpowiedź brzmi: „po nic!”. Dziecko się kocha i wychowuje tak, by mogło funkcjonować samodzielnie, a nie, by „osiągnęło to, czego ja nie osiągnąłem, by mnie kochało czy żebym mógł być z niego dumny”. Decydując się na założenie rodziny „po coś”, postępujemy egoistycznie. Tak wychowywane dzieci mają inne przekonania na temat szacunku i uległości niż te, które rodzice mieli, bo chcieli mieć. W rodzinach to „po coś” przenosi się jak infekcja także na kolejne pokolenia.

W sytuacji, o której mówisz, problemem jest nie tylko relacja między młodymi i teściami, ale również pomiędzy samymi młodymi. Ważne, czego oboje chcą. Kobieta, która marzy o ślubie w swoich stronach, a godzi się na inny dla „dobra” swojego narzeczonego – stosuje strategię uległości nie tylko wobec teściowej czy matki, ale i partnera.

Wobec partnera?
Tak, jeśli unika wyrażania swojego zdania, czy godzi się na rzeczy tak sprzeczne z jej wizją własnego (!) ślubu. Dlaczego kobiety to robią? Najczęściej po to, żeby wybranek je cenił i kochał. Motywy, które sprawiają, że chcemy być postrzegani jako nadzwyczaj dobrzy, mogą być bardzo różne. Jeśli na przykład kobieta była kochana w rodzinie za uległość, potem przyjmuje taką postawę wobec partnera, od którego oczekuje miłości. Jeżeli jemu uległość narzeczonej pasuje, to może dlatego, że sam jest uległy wobec matki. Gdyby było inaczej, nie akceptowałby takiego jej zachowania i nie ulegał cudzym pomysłom na własny ślub. A tak, ta patologiczna postawa przenosi się na ich związek. Młodzi stają się ulegli wobec innych, zamiast ulegać własnym potrzebom i odważnie decydować się na to, czego chcieliby w życiu spróbować.

Znam pary, które są po ślubie już kilka lat, a nadal żyją pod dyktando teściów. Jak zacząć proces separacji?
Zgoda na jedno żądanie pociąga kolejne. Sytuacja jest trudna, kiedy matki nie potrafią lub nie chcą zdać sobie sprawy z tego, że ich dzieci są już dorosłe, kiedy mają problem z odcięciem pępowiny. Nie są zdolne do refleksji nad swoim postępowaniem nie dlatego, że są stare i zatwardziałe w swych poglądach. To mit. Przyczyna jest inna: to dzieci nie zmieniły w stosunku do rodziców swojego zachowania. Działają według scenariusza dominacji i uległości, znanego z dzieciństwa. Motywuje je pewnie lęk, że sobie nie poradzą, kiedy matki zaczną wyrażać niezadowolenie. Ale to w ich rękach leży zmiana.

Co młodzi powinni zrobić?
Po pierwsze usiąść gdzieś w spokoju i izolacji od mamusiek i pomyśleć, jakie mają cele, np.: jaki chcą mieć ślub, gdzie zamieszkać. Lub: jak wychowywać dzieci, czy żona powinna pracować, czy zajmować się domem... Kiedy już to ustalą, powinni przygotować sposoby obrony na wypadek ataku ze strony teściowych. Bo jeśli zaplanują coś wbrew nim, np. kupią mieszkanie w Jeleniej Górze, to rodzice użyją broni najcięższego kalibru, czyli poczucia winy: „zawiodłaś/zawiodłeś mnie, tego się po tobie nie spodziewałam”. Pojawią się łzy, rozpacz, groźby. Mamuśki będą wypróbowywać wszelkie strategie, jakie dotąd były skuteczne, by nadal pozostać osobami dominującymi. Młodzi powinni wiedzieć, jak sobie poradzić, nawet gdy usłyszą: „do grobu mnie wpędzisz”.

Jak sobie z tym poradzić?
Jeżeli matka stwierdzi urażona: „skrzywdziłaś mnie, córciu” – trzeba dostrzec sprzeczność między tym, co mówi, a tym, co naprawdę się zdarzyło. Dziecko nie skrzywdziło matki, ma prawo żyć po swojemu. Matka tylko poczuła się skrzywdzona. A to duża różnica. Żaden sąd by takiej winy nie uznał.

Gdy zdamy sobie sprawę z tego, że nie odpowiadamy za emocje innych, łatwiej się przed nimi obronić. Gdy matka mówi: „ja się nie zgadzam na taki ślub!” – warto się zastanowić, o co jej właściwie chodzi? I powiedzieć np.: „Mamo rozumiem, że możesz czuć się skrzywdzona, że ślub nie będzie taki, jak ty go sobie wymarzyłaś, ale to przecież mój ślub”. I dodać: „Zależy mi jednak, żebyś na nim była, bo jesteś moją matką”. Wtedy można usłyszeć: „Ale ja już nie mam córki/syna”. Oczywiście, nie jest to prawda, bo ma, a więc dlaczego to mówi? Ano dlatego, że boi się zostać sama. Jak na to zareagować? Najlepiej powiedzieć tak: „Mamo, zależy mi na tym, żebyś była na moim ślubie, a potem żebyśmy się często spotykali”. Rozumieć, o co chodzi, nie znaczy ulegać.

Ale to trudne, kiedy ona cierpi.
Tak, ale nie ma innego wyjścia. Trzeba pokazać matkom, że są kochane, ale że nie mogą rządzić naszym życiem. Większość ludzi, niezależnie od tego, jak się zachowuje, chce uzyskać akceptację, bliskość, uwagę, ciepło. Kiedy o tym pamiętamy, łatwiej pozostać przy swoim zdaniu, powiedzieć np.: „Rozumiemy was, ale nie będziemy mieszkać ani w Gdańsku, ani w Krakowie. Możecie nas odwiedzać, my będzie was odwiedzać, ale mieszkać chcemy w Jeleniej Górze”.

Rezygnacja z prawa do własnego życia, godzenie się na to, czego chcą inni, to patologia. Trzeba się też przygotować na to, że przez jakiś czas będziemy odczuwać silne poczucie winy – to koszt przecięcia pępowiny, zdobycia niezależności. Jeśli ulegniemy temu uczuciu, to nic się nie zmieni. Zacznijmy zachowywać się asertywnie. Są piękne teorie, że wszyscy powinni być wygrani. Ale obawiam się, że to niemożliwe. Najważniejsze, by jak najmniej stracili młodzi. To ich test na porozumiewanie się. Jeśli nie odrobią tej lekcji, wzorzec komunikacji, w jakim zostali wychowani, dojdzie do głosu też w ich relacji. Gdy mężczyzna poczuje się silny, zacznie dominować, a kobieta manipulować nim, grając poczuciem winy.

Kobieta stoi, jak widzę, na dole łańcucha uległości. Jak ma się ratować?
Stoi na dole do czasu pojawienia się dzieci – potem one ją na tym miejscu zastąpią. Dobrze, by zadała sobie pytanie, dlaczego zgadza się na coś, co jej nie odpowiada. Może myśli, że jej zdanie się nie liczy? Albo boi się, że jeśli czegoś zażąda, skrzywdzi innych? Bycie uległą też przynosi korzyści. Ale jeśli chce się żyć po swojemu, nie ma wyjścia – trzeba być konsekwentnym w swoich dążeniach. Bo to nie teściowie mają się zmienić, tylko młodzi zachowywać jak dorośli i niezależni, a wtedy rodzice będą ich tak traktować.

  1. Styl Życia

Nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce – przesłanie buddyjskiej mniszki Pemy Chödrön

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. Susan Lirakis)
Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała, wygrzewając się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”.

Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Doskonałość bodhiczitty

Gdybyśmy zapytali Buddę: „Co to jest bodhiczitta?”, mógłby nam odpowiedzieć, że to słowo jest łatwiejsze do zrozumienia niż do przetłumaczenia. Mógłby nas zachęcić do szukania sposobów na to, żeby odkryć znaczenie tego słowa w naszym życiu. Może prowokował by nas, dodając, że tylko bodhiczitta uzdrawia, że bodhiczitta jest zdolna przemienić najtwardsze serca i najbardziej przerażone oraz pełne uprzedzeń umysły.

Czitta oznacza „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi oznacza „obudzić się”, „oświecony” lub „całko ­ wicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kocha ­ ją swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i zawiścią, arogancją i dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i dbania o  innych – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Antoine Saint-Exupéry
Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i panikę, czasami złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali. Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Budda powiedział, że nigdy nie jesteśmy oddzieleni od oświecenia. Nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej uwięzieni, nigdy nie jesteśmy odcięci od stanu przebudzenia. To jest rewolucyjne twierdzenie. Nawet zwykli ludzie, tacy jak my, rozdarci i zdezorientowani, mają zmysł oświecenia zwany bodhiczittą. Otwartość i serdeczność bodhiczitty jest w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i  pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne nie ­ bo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają.

Mając na uwadze to, że tak dobrze znamy się na chmurach, możemy oczywiście uznać, że trudno uwierzyć w nauczanie Buddy. Prawda jest jednak taka, że w samym środku naszego cierpienia, w  najtrudniejszych chwilach, możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci. Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy.

Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty

Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. Jest to coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety, którzy są gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Mamy wiele przykładów mistrzów wojowników – ludzi takich jak Matka Teresa i Martin Luther King, którzy uznali, że największa krzywda pochodzi z naszych agresywnych umysłów. Poświęcili oni swoje życie, aby pomagać innym zrozumieć tę prawdę. Jest też wielu zwykłych ludzi, którzy przez całe życie uczą się, jak otwierać serce i umysł, aby pomóc innym robić to samo. Podobnie jak oni, możemy nauczyć się odnosić się do siebie i do świata, w którym żyjemy, jak wojownicy. Możemy szkolić się w budzeniu naszej odwagi i miłości.

Istnieją zarówno formalne, jak i nieformalne metody pomagające nam rozwijać odwagę i dobroć. Istnieją praktyki pielęgnowania naszej zdolności do radowania się, odpuszczania, kochania i  wylewania łez. Są takie, które uczą nas pozostawać otwartymi na niepewność. Są też inne, które pomagają nam być obecnymi w tych momentach, kiedy z przyzwyczajenia zamykamy się w sobie.

Gdziekolwiek jesteśmy, możemy kontynuować trening wojownika. Nasze narzędzia do praktykowania medytacji to miłująca życzliwość, współczucie, radość i równowaga. Z ich pomocą możemy odkryć miękkie miejsce bodhiczitty. Znajdziemy tę miękkość w smutku i wdzięczności. Znajdziemy ją pod hardością furii i w drżeniu strachu. Jest dostępna zarówno w samot­ności, jak i w dobroci. Wielu z nas preferuje praktyki, które nie powodują uczucia dyskomfortu, a  jednocześnie chcemy być uzdrowieni. Ale trening bodhiczitty nie działa w ten sposób. Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk.

Trening bodhiczitty nie obiecuje szczęśliwego zakończenia. Właściwie to ja, które chce znaleźć bezpieczeństwo, które chce się czegoś trzymać, może w końcu nauczyć się dorastać. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Jak praktykujemy wobec trudności, naszych emocji, nieprzewidywalnych zdarzeń zwykłego dnia?

Zbyt często zachowujemy się jak wystraszone ptaki, które boją się opuścić gniazdo. Siedzimy w nim do momentu, aż zaczyna cuchnąć i od dawna jest bezużyteczne. Nikt nie przychodzi, żeby nas nakarmić. Nikt nas nie chroni ani o nas nie dba. Mimo to mamy nadzieję, że nasza ptasia mama wreszcie nadleci.

Możemy w końcu wydostać się z tego gniazda i tym samym wyświadczyć sobie największą przysługę. Oczywiste jest, że wymaga to odwagi. Jasne jest również to, że możemy skorzystać z kilku pomocnych wskazówek. Możemy wątpić w to, że jesteśmy gotowi do bycia wojownikami w treningu. Ale możemy też zadać sobie pytanie: „Czy wolę dorosnąć i mieć wpływ na moje życie, czy wolę żyć i umierać w strachu?”.

Wszystkie istoty są w stanie odczuwać miękkość – doświadczać rozpaczy, bólu i niepewności. Dlatego oświecone serce bodhiczitty jest dostępne dla nas wszystkich. Nauczyciel medytacji wglądu Jack Kornfield opowiada, że był tego świadkiem w Kambodży w czasie rządów Czerwonych Khmerów.

Pięćdziesiąt tysięcy ludzi, do których mierzono z karabinów, zadeklarowało przynależność do partii komunistycznej. Grożono im śmiercią, jeśli będą kontynuować praktyki buddyjskie. Mimo niebezpieczeństwa w obozie dla uchodźców powstała świątynia, a w uroczystości otwarcia wzięło udział dwadzieścia tysięcy osób. Nie było żadnych wykładów ani modlitw, jedynie nieustająco śpiewano jedną z głównych nauk Buddy:

Nienawiści nie można pokonać nienawiścią. Tylko miłość ją uzdrowi. Takie jest odwieczne prawo.

Tysiące ludzi śpiewało i płakało, wiedząc, że prawda w tych słowach jest większa niż ich cierpienie.

Taką moc ma bodhiczitta. Będzie nas inspirować i wspierać w dobrych i złych chwilach. Jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Fragment pochodzi z książki Pemy Chödrön „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

  1. Psychologia

Szczerość i otwartość w relacjach z ludźmi – praktyczne wskazówki

Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość pomaga w skutecznej komunikacji. Poniżej 7 wskazówek, o których warto pamiętać budując dobre relacje. (fot. iStock)
Szczerość to nie tylko prawdomówność. Źródłem szczerości jest postawa otwartości wobec samego siebie i innych ludzi. Opiera się ona na szacunku i uczciwości, a także na prawie do wyrażania siebie.

1. Daj sobie prawo do wyrażania siebie

Każdy ma prawo wyrażać swoje myśli, uczucia i potrzeby, jeśli tylko nie narusza praw i godności drugiego człowieka. Zastanów się chwilę, czy dajesz takie prawo sobie i czy nie odmawiasz go innym.

2. Stosuj komunikat „ja...”

Najbezpieczniejszym sposobem wyrażania siebie jest stosowanie komunikatu typu „ja...”, czyli mówienie o swoich uczuciach, emocjach i potrzebach wprost, zaczynając od sformułowań:
  • Ja myślę...
  • Ja uważam...
  • Ja czuję...
Poprzez stosowanie takiej formy poruszasz się po bezpiecznym obszarze – odnosisz się do siebie, do swoich stanów wewnętrznych. Pamiętaj, że jesteś ekspertem od samego siebie. Nie daj się przekonać, że ktoś wie lepiej, co czujesz albo myślisz.

3. Doceniaj osoby, które są wobec ciebie szczere

Pamiętaj, że ludzie różnią się od siebie, dlatego każdy z nich może twoje zachowanie odbierać zupełnie inaczej. Im więcej jest w twoim otoczeniu osób, do których masz zaufanie i które dzielą się odczuciami na temat tego, co mówisz i robisz, tym więcej zyskujesz. To może być wspaniała wskazówka dla ciebie samego, szczególnie gdy zajmujesz menedżerskie stanowisko. Pamiętaj, że najtrudniej jest o szczerość, kiedy istnieje zależność służbowa między ludźmi.

4. Naucz się prawdziwie słuchać

Postaraj się traktować drugiego człowieka jak zagadkę. Nie zakładaj, że wiesz lepiej, co on chce ci powiedzieć. Słuchaj do końca każdego zdania. Zadawaj pytania otwarte. Dopytuj, gdy coś wydaje ci się niejasne.

Przy okazji dłuższych wypowiedzi, niezależnie, czy są to zwierzenia przyjaciółki, czy polecenie wydawane przez szefa, próbuj powtarzać własnymi słowami to, co usłyszałaś. Zapytaj, czy o to właśnie chodziło. Taki zabieg pozwala upewnić się, czy dobrze się zrozumieliście - to kluczowy element skutecznej komunikacji.

5. Oceniaj działanie, nie osoby

Mów: „Prezentacja, którą przygotowałeś, jest dla mnie mało czytelna. Dobór kolorów sprawia, że nie widzę danych na umieszczonych w niej wykresach. Zmęczyłam się, wytężając nad tym wzrok” zamiast: „Jeśli chodzi o przygotowanie prezentacji, to jesteś beznadziejny” lub „Jesteś po prostu leniwy”.

6. Odnoś się do faktów i mów o swoich uczuciach z tym związanych

Wyobraź sobie, że przyjaciółka często spóźnia się 10–15 minut na spotkanie z tobą, a w tobie budzi się złość. Masz poczucie, że ten czas mogłabyś spędzić w ulubionym sklepie w pobliżu lub załatwić coś w najbliższym oddziale banku. Tymczasem stoisz i czekasz. Zamiast tłumienia emocji w sobie (odezwą się jak wulkan po dłuższym czasie, ze wzmożoną siłą) lub natychmiastowego ataku („Jesteś zupełnie nieodpowiedzialna, nie można na tobie polegać”) zastosuj nienaruszającą jej godności procedurę FUO: fakty, ustosunkowanie, oczekiwania.

Zacznij od opisu faktów:

  • „Kiedy ty się spóźniasz...” - przejdź do opisu swoich emocji:
  • „Ja się złoszczę/ irytuję...” -  a następnie wyraź swoje oczekiwania:
  • „Oczekuję, że będziesz przychodzić punktualnie lub że będziesz mnie uprzedzać z półgodzinnym wyprzedzeniem, że się spóźnisz”.
  • Nie generalizuj: „Ty zawsze musisz się spóźniać”.

7. Szczerość do bólu

Otwartość nie oznacza, że należy zawsze i w każdych okolicznościach mówić prawdę. Czasem powiedzenie komuś, że strasznie przytył albo że nie podoba nam się jego wystrój mieszkania nie jest konieczne, a potrafi bardzo od siebie oddalić dwie osoby. Wiele zależy od charakteru takiej relacji.