1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Każdy z nas nosi w sobie rany z dzieciństwa. Jaką skrywasz ty?

Każdy z nas nosi w sobie rany z dzieciństwa. Jaką skrywasz ty?

Lise Bourbeau wylicza 5 ran, które nosimy w sobie od dzieciństwa: rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. (Ilustracja: iStock)
Lise Bourbeau wylicza 5 ran, które nosimy w sobie od dzieciństwa: rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. (Ilustracja: iStock)
Zwykle nie chcemy się nimi zajmować, przykrywamy je maskami. Zdaniem kanadyjskiej terapeutki Lise Bourbeau istnieje 5 ran i odpowiadających im mask-tożsamości. Im głębsza rana, tym boleśniej ją odczuwamy i częściej zakładamy stosowną maskę.

Według Lise Bourbeau najbardziej bolesnych zranień jest pięć. Mogłoby się wydawać, że niewiele. Ale autorka zapewnia, że koncentrują się w nich wszystkie ludzkie cierpienia. Rany ujawniają się w określonym przedziale wiekowym i w relacji z jednym z rodziców. Ból jest silny, więc szukamy remedium. Staje się nim maska – swego rodzaju tożsamość, do której odwołujemy się, gdy czujemy zagrożenie. Zdaniem Bourbeau maska wpływa na nasz sposób myślenia, mówienia, chodzenia, siedzenia, oddychania czy tańczenia. Na to, na jakie choroby zapadamy, a nawet jaki wybieramy samochód.

W książce „Bądź sobą. Wylecz swoje 5 ran” (wyd. KOS) terapeutka wylicza rany i odpowiadające im maski-tożsamości (w kolejności, w jakiej się pojawiają): rana odrzucenia prowadzi do zakładania maski uciekającego, rana porzucenia rodzi zależnego, upokorzenie – masochistę, zdrada – kontrolującego, niesprawiedliwość – surowego. Rzadko cierpimy z powodu wszystkich pięciu ran – zwykle jedna z nich jest dominująca. Upraszczając, można przyjąć zasadę: im głębsza rana, tym boleśniej ją odczuwasz i tym częściej zakładasz stosowną maskę.

Odrzucenie

Bardzo głęboka rana manifestuje się wcześnie, często jeszcze przed narodzinami – na przykład kiedy dziecko czuje się niechciane albo jego płeć nie jest akceptowana. Dotknięte odrzuceniem, przywdziewa maskę uciekającego. Według Lise Bourbeau maski można rozpoznać przede wszystkim po fizjonomii. Ciało uciekającego jest nieduże, spięte – niezbyt widoczne i zajmujące niewiele miejsca. Sprawia wrażenie fragmentarycznego, niekompletnego, pozbawionego harmonii. Uciekający ma zwykle małe oczy, podkrążone i jakby nieobecne, przepełnione strachem. Niewykluczone, że kruchość takiej osoby w dzieciństwie wywoływała u matki odruchy nadopiekuńcze, więc miłość uciekającemu kojarzy się z opresją i skłania do wycofania się.

Uciekający woli nie przywiązywać się do rzeczy materialnych (utrudniają ucieczkę!), pociąga go natomiast wszystko, co ma związek z intelektem. Lubi samotność. Jeśli dostanie dużo uwagi, budzi to w nim dyskomfort. Ma niewielu przyjaciół, czasem odnosi wrażenie, że jest niewidzialny. Izolując się, pogłębia to poczucie i przeżywa jeszcze więcej odrzucenia. Ponieważ zabiera głos głównie po to, by się dowartościować, może być odbierany jako zarozumiały.

Uciekający lubi odpływać myślami w świat fantazji (sprzyja temu siadanie tak, by stopy nie miały stabilnego podparcia). Z powodu dużego zranienia łatwo przechodzi od miłości do nienawiści. Wciąż wątpi w siebie, w swoją wartość. Szuka perfekcji. W jego słowniku królują takie słowa, jak „niedobry”, „marny”, „kiepski” (obok „znikać” i „nie istnieje”). Nie chce zająć za dużo przestrzeni, czasu, przeszkodzić. Nie lubi prosić, „zawracać głowy”. Boi się odmowy, którą uważa za formę odrzucenia.

Porzucenie

„Porzucenie oznacza oddalenie się od kogoś dla innych spraw lub dla kogoś innego” – pisze Lise Bourbeau. Dziecko przeżywa je na przykład, kiedy traci nagle uwagę matki (zajętej noworodkiem czy oddanej pracy) albo gdy rodzice zostawiają je u krewnych czy, choćby na krótko, w szpitalu. Ta rana tworzy się między pierwszym a trzecim rokiem życia. Skrywa ją maska zależnego.

Sylwetka zależnego jest szczupła, przygarbiona (jakby ciało nie było w stanie utrzymać się w pionie). Oczy duże, smutne, przeszywające. Ramiona długie, zwisające. Niektóre części ciała wydają się zwiotczałe. Zależny to typ ofiary – kłopoty (również zdrowotne) to jego sposób na przyciągnięcie uwagi innych, której bardzo potrzebuje. Ma skłonność do dramatyzowania, częstego płaczu, odczuwania głębokiego smutku. Ale też do „ratowania” innych – w ten sposób próbuje zyskać ich przychylność. Najbardziej ze wszystkiego boi się samotności. Już same słowa „porzucenie”, „zostawić”, „opuścić” („muszę lecieć, zostawiam cię”) wywołują w nim niepokój. Wciąż szuka wsparcia, prosi o pomoc przy podjęciu decyzji, choć rzadko korzysta z uzyskanych porad.

Zależny nie zdaje sobie sprawy, jak często to on opuszcza siebie i innych, wycofując się z różnych sytuacji z lęku, że im nie sprosta. Na przykład gdy jego relacje stają się bardziej intensywne, robi wszystko, żeby je zakończyć. W związkach łatwo wpada w uzależnienie emocjonalne i fizyczne od ukochanej osoby. Wciąż chce przytulać partnera, trzymać go za rękę, dotykać. Również gdy stoi, często opiera się o coś, chwyta poręczy. Ze względu na silną potrzebę kontaktu, uwielbia seks, ale rzadko czuje się nim usatysfakcjonowany.

Upokorzenie

Podobnie jak przy porzuceniu, ta rana budzi się między pierwszym a trzecim rokiem życia – kiedy dziecko uczy się jeść, zachowywać czystość, mówić, słuchać. I kiedy czuje, że rodzic się go wstydzi (bo jest brudne, nie zdążyło do toalety, interesuje się swoimi częściami intymnymi, „przegrywa” w konfrontacji z innymi dziećmi). Taki mały człowiek zakłada maskę masochisty. Nieświadomie chce doświadczyć wstydu i cierpienia, zanim zostanie upokorzony przez innych. Odczuwa głęboki wstyd, również z powodu nadmiaru ciała. Zwykle ma też krótką talię, napięte szczęki, szyję i miednicę, okrągłą twarz i szeroko otwarte oczy. Tę ranę najłatwiej jest rozpoznać – podkreśla Bourbeau (chyba że masochista skutecznie kontroluje wagę).

Masochista czuje odrazę do siebie i innych. Przyciąga ludzi i sytuacje, które go upokarzają. Ma skłonność do karania siebie. Jest wrażliwy, łatwo go dotknąć. Czuje się też odpowiedzialny za samopoczucie innych, często wchodzi w rolę pośrednika (albo kozła ofiarnego). Odcina się od własnych potrzeb. Stara się być pożyteczny i pożądany – na przykład zabawiając towarzystwo żartami na własny temat. To jego podświadomy sposób na upokarzanie się. Umniejsza się, często zresztą używa słów „mały” albo „być godnym/niegodnym”. Ma drobne pismo, stawia małe kroki, lubi niewielkie przedmioty. Bardzo ważna jest dla niego wolność. Umie cieszyć się życiem, choć popadając w przesadę (jedzenie, picie, seks), odczuwa upokorzenie. Wolność jest też jego największym lękiem. Dąży więc do niej, a jednocześnie sabotuje te dążenia. Nic dziwnego, że w jego ciele jest tyle zablokowanej energii.Chociaż ważny jest dla niego wygląd i strój, często ubiera się w obcisłe rzeczy, które uwydatniają krągłości. Jest zmysłowy, pociąga go seks, ale (z powodu wstydu) może przyciągać sytuacje związane z wykorzystaniem.

Zdrada

Rana zdrady zostaje obudzona w wieku edypalnym – zwykle między drugim a czwartym rokiem życia. Jeśli kompleks Edypa nie zostanie rozwiązany, pojawia się cierpienie związane z poczuciem zdrady, przed którym chronimy się, rozwijając maskę kontrolującego. Ciało kontrolującego emanuje siłą i władzą. U mężczyzn są to szerokie ramiona, u kobiet siła koncentruje się raczej na poziomie bioder, pośladków, brzucha i ud. Spojrzenie kontrolującego jest intensywne i uwodzicielskie. Może w ten sposób tworzyć dystans albo zawstydzać innych, co pozwala mu ukryć bezsilność i wrażliwość.

Kontrolujący stara się przewidzieć przyszłość i oczekuje, że wszystko przebiegnie według jego planów. Jeśli jest inaczej, bywa agresywny. Lubi zdobywać wiedzę, afiszować się swoją odpowiedzialnością, wyjątkowością, ważnością. Często zajmuje kierownicze stanowiska. Działa szybko, brak mu cierpliwości dla tych, którzy funkcjonują w innym tempie. Miewa zmienne humory. Dużo wymaga – od siebie i innych. Nawet czyjąś ostrożność potrafi potraktować jako zdradę. Nie dostrzega, jak często zdradza samego siebie i innych ludzi (choćby nie dotrzymując słowa).

Z trudem przychodzi mu zaufać, odsłonić się. Sam nie jest szczególnie dyskretny. Nie znosi, by go okłamywano, ale on nierzadko mija się z prawdą i manipuluje. Nie lubi zobowiązań – boi się, że ich nie dotrzyma. Jednak największym jego lękiem jest rozdzielenie. Odejście pracownika, rozpad związku traktuje jako porażkę. Dlatego pilnuje, żeby się za bardzo nie angażować. Jak tłumaczy Lise Bourbeau, osoby z raną zdrady z dużym prawdopodobieństwem doświadczyły najpierw porzucenia (ze strony rodzica tej samej płci), po którym zwróciły się, w poszukiwaniu miłości, do rodzica płci przeciwnej. Możemy nosić obie te rany – elastyczne ciało pokazuje, która jest akurat silniej odczuwana. Kontrolujący lubi uwodzić, szuka relacji pełnych namiętności. W seksie nie potrafi jednak oddać się w pełni drugiej osobie. Nieprzepracowany kompleks Edypa sprawia też, że często szuka w partnerze rodzica płci przeciwnej, co prowadzi do rozczarowań.

Niesprawiedliwość

Ta rana rozwija się najpóźniej – między czwartym a szóstym rokiem życia. Jeśli dziecko nie może być sobą i swobodnie wyrażać swojej indywidualności (z powodu chłodu rodzica, autorytaryzmu, krytyki), odczuwa niesprawiedliwość. Tworzy wówczas maskę surowego, odcina się od swoich uczuć. Taka osoba jest niezwykle wrażliwa, ale raczej tego nie okazuje. Wydaje się zimna i nieczuła. Często siada ze skrzyżowanymi rękoma, blokując splot słoneczny. Ciało surowego jest wyprostowane, o doskonałych proporcjach. Pośladki krągłe, talia wąska, często podkreślona. Kończyny blisko ciała, szyja sztywna, szczęki zaciśnięte, oczy błyszczące. Ponieważ surowy wcześnie zauważa, że bardziej ceniony jest za to, co robi, niż za to, kim jest, staje się zaradny, samodzielny. Stara się unikać kłopotów, tryskać optymizmem. Potrafi świetnie ukrywać uczucia, o pomoc prosi w ostateczności.

Poszukuje sprawiedliwości, precyzji, dąży do sukcesu. Boi się pomylić, dużo od siebie wymaga – jakby zapominając o tym, że jako istota ludzka ma swoje ograniczenia. Często porównuje się do tych, których uważa za lepszych. Nie zauważa, że – przyjmując wyśrubowane kryteria – bywa niesprawiedliwy. I że odrzuca w ten sposób samego siebie. Rana niesprawiedliwości często występuje razem z raną odrzucenia. Dziecko, które poczuło się odrzucone, stara się uniknąć podobnego doświadczenia, dążąc do perfekcji. Nie zapewnia mu to jednak więcej miłości, a raczej przysparza cierpień. W dorosłym życiu często dotyka go wypalenie zawodowe albo pracoholizm. Przyciąga zdarzenia związane z doświadczaniem niesprawiedliwości.

Ma trudności z przyjmowaniem prezentów. Jeśli otrzymuje więcej, niż uważa za właściwe, gotów jest nawet odmówić przyjęcia nagrody. Często odczuwa złość, zwłaszcza wobec siebie. Trudno mu dać się kochać i okazywać miłość. Poddać się namiętności. Unika kontaktu fizycznego, boi się angażować. Największym jego lękiem jest oziębłość – własna i innych.

Jak postępować z raną?

Rozpoznać ją i zaakceptować. Uznać, że stworzyliśmy maskę, żeby zmniejszyć cierpienia. Zacząć zauważać, kiedy ją zakładamy. I powoli sprawdzać, czy możemy się bez niej obyć. To, w największym skrócie, droga do bycia sobą według Bourbeau. Ważnym jej etapem jest niechęć, opór. Uwolnienie złości, wybaczenie i pokochanie siebie.

Autorka „Bądź sobą” radzi też, jak rozpoznać, że poszczególne rany są na dobrej drodze do uzdrowienia. Rana odrzucenia jest uleczona, gdy pozwalasz sobie na swobodną ekspresję, gdy czujesz się dobrze w swojej skórze, nawet jeśli ktoś zapomina o twoim istnieniu. Rana porzucenia jest uzdrawiana, gdy przestajesz szukać uwagi innych, potrafisz być sam. Gdy dążysz do celu, nawet bez wsparcia innych. Rana upokorzenia jest uleczona, gdy bierzesz mniej na barki, sprawdzasz, jakie są twoje potrzeby. Gdy potrafisz prosić – bez lęku, że komuś przeszkadzasz. Rana zdrady zanika, jeśli nie przeżywasz już silnych emocji w sytuacji, gdy trzeba zmienić plany. Kiedy odpuszczasz zaciętość, potrzebę wygranej i bycia w centrum uwagi. Rana niesprawiedliwości goi się, gdy pozwalasz sobie na niedociągnięcia, na przeżywanie złości bez poczucia winy i na pokazywanie wrażliwości.

Gdy rany się goją, ujawnia się nasza esencja. Lise Bourbeau zapewnia, że za uciekającym skrywa się pełna zapału, skuteczna, kreatywna, samodzielna osoba. Za zależnym – ktoś zdecydowany, przekonujący i pełen radości życia, często obdarzony talentami artystycznymi. Pod maską masochisty kryje się śmiałek, dobry mediator, organizator, altruista i hedonista. Kontrolujący ma potencjał na świetnego przywódcę, mówcę, motywatora, społecznika, zdolnego do wyczynów na wielu płaszczyznach. Surowy może się okazać dobrym nauczycielem, osobą kreatywną, pełną energii i entuzjazmu, troskliwą i empatyczną. Kiedy nosisz maskę, nie jesteś sobą, podobnie jak i inni – podkreśla Lise Bourbeau. Jeśli będziesz o tym pamiętał, będzie ci łatwiej być tolerancyjnym i patrzeć na samego siebie z większą miłością.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Powstał mural solidarności z osobami doświadczającymi kryzysu psychicznego

#zdrowie psychiczne ma znaczenie (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)
#zdrowie psychiczne ma znaczenie (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)
Takich ludzi spotykamy wszędzie - w pracy, w autobusie, w bloku, na ulicy, w sklepie. Nie zawsze to wiemy. Z muralu mówią do nas hasłami: „Wrażliwość jest zaletą. Psychoterapia odmieniła moje życie”, „Żyj pełnią. Kochaj, pracuj, baw się. Możesz wyzdrowieć”.

16 maja w Warszawie koło Dworca Gdańskiego miało miejsce oficjalne odsłonięcie muralu. Jest on artystycznym wydarzeniem towarzyszącym III Kongresowi Zdrowia Psychicznego, który odbędzie się 7 czerwca w stolicy. Na ścianie znalazły się portrety osób, które doświadczyły kryzysu psychicznego, aktywistów działających na rzecz zdrowia psychicznego oraz podobizna wybitnego psychiatry, prof. Antoniego Kępińskiego, autora słynnego zdania „Nie ma pacjenta, jest człowiek”. Autorem muralu jest Dariusz Paczkowski z 3Fala, prezes Fundacji Klamra, któremu przy tworzeniu dzieła pomagał sztab studentów medycyny, działających w kółkach psychiatrycznych przy Warszawskim Uniwersytecie Medycznym i Szpitalu Nowowiejskim.

„Z odwagą. Rozmowa jest jak masaż serca. Traktuj inne osoby z empatią i otwartością” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)„Z odwagą. Rozmowa jest jak masaż serca. Traktuj inne osoby z empatią i otwartością” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)

- Na jednym ze spotkań organizacyjnych tegorocznego Kongresu Zdrowia Psychicznego, padł pomysł stworzenia muralu. Później pojawił się Darek. Z całym ogromem swojej energii, ciepła i entuzjazmu. Stworzenie muralu. Wizualnego manifestu w przestrzeni publicznej tego o co walczymy - wspomina Maria Hołdys, studentka medycyny na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, przyszły psychiatra, twórczyni muralu. - Jestem osobą z doświadczeniem kryzysu psychicznego. Umarłam. Każdego dnia walczę o to, by żyć. Prawdopodobnie nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie pomoc, którą otrzymałam. Psychiatryczną, psychoterapeutyczną. Niezwykle ważną pomoc bliskich osób. Walczę, aby i każda osoba doświadczająca kryzysu mogła otrzymać godną pomoc. Lokalną, darmową i dostępną. Aby widziała, że zasługuje na to by ją otrzymać. Po to, by żadna osoba doświadczająca kryzysu, nie musiała dłużej bać się o tym powiedzieć. Przez stygmatyzację. Całkowicie skrzywiony, niesamowicie krzywdzący, społeczny stereotyp osób z zaburzeniami psychicznymi. Bym ja nie musiała się bać. By żadna z nas nie musiała się dłużej bać - dodaje Maria Hołdys.

„I ty możesz być wsparciem, możesz przyjąć pomoc. Masz moc sprawczą” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)„I ty możesz być wsparciem, możesz przyjąć pomoc. Masz moc sprawczą” (Fot. archiwum Dariusza Paczkowskiego)

- Jestem na terapii od ponad roku i jestem zadowolona z efektów, uczę się pewności siebie, której mi bardzo brakuje, choć pewnie na pierwszy rzut oka tego nie widać - mówi Katarzyna Nowak, twórczyni muralu. - Chciałabym, żeby ludzie poważnie traktowali problemy psychiczne, że to nie tylko depresja, ale całe spektrum różnych zaburzeń - i że warto je leczyć, omawiać, rozmawiać o tym, że to nie jest wstyd. Że większość z nas (wszyscy?) potrzebujemy jakiejś formy terapii, mamy jakieś nieprzepracowane sprawy z przeszłości, które ciągną się za nami jak duchy - niewidzialne, ukryte. Ale są, a w razie jakiejś trudnej sytuacji w naszym życiu, niestety najprawdopodobniej zaatakują i bardzo nas osłabią. W UK młode pokolenie rodziny królewskiej (William, Harry, Kate) bardzo zaangażowało się w promocję zdrowia psychicznego - sądzę, że przede wszystkim przez wzgląd na Księżną Dianę, która cierpiała na depresję, bulimię i długo nie otrzymywała pomocy. Na Zachodzie Europy o zdrowiu psychicznym mówi się coraz więcej i jest coraz więcej otwartości w tym temacie.

Dla Katarzyny Szczerbowskiej, z Fundacji efKropka, rzeczniczki Biura do spraw pilotażu Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, osoby sportretowanej na muralu, ta ściana to „spotkanie”. - Wystarczy przed nim stanąć, by spojrzeć w oczy osobom, które doświadczyły kryzysu psychicznego. Takich ludzi spotykamy wszędzie - w tramwaju, na swojej klatce schodowej, w pracy, na ulicy w sklepie. Tylko nie zawsze to wiemy. Tu mówią do nas hasłami zachęcającymi do otwierania się na nie i do szukania pomocy w potrzebie. Mural też przemawia do nas swoim hasłem: zdrowie psychiczne ma znaczenie. Teraz zatroszczenie się o nie jest szczególnie ważne, gdy w związku z pandemią wiele osób doświadcza lęku o bliskich i o siebie, stresu związanego z utratą pracy, niepewnością jutra. Depresja jest jednym z powikłań zakażenia wirusem COVID-19. Osoby doświadczające kryzysu żyły w ukryciu, bo zwykle stykają się z niezrozumieniem, niechęcią, odtrąceniem lub nawet wykluczeniem. A jest ich w społeczeństwie bardzo dużo - 2 miliony mieszkańców Polski cierpi na depresję, 800 tysięcy choruje na chorobę afektywną dwubiegunową, 400 tysięcy na schizofrenię, a jest jeszcze mnóstwo innych zaburzeń i trudności zdrowia psychicznego. Wiele odsłoniło twarze i mówi o swoim doświadczeniu chorowania i zdrowienia (...). Mój portret ogromnie mi się podoba. Jestem na nim szczęśliwa. Kiedy umieściłam jego zdjęcie na Facebooku, kiedy jeszcze praca powstawała, zadzwoniła do mnie moja mama i pierwszy raz powiedziała, że jest ze mnie dumna. Od 7 lat działam na rzecz osób z dotkniętych kryzysem psychicznego opierając się na własnym doświadczeniu chorowania i zdrowienia. Mama cały czas mnie wspiera ale nie raz mówiła, że się martwi tym, że ludzie mogą mnie postrzegać przez pryzmat choroby i psychiatrycznej diagnozy. A jest przecież jeszcze cała reszta. Kocham góry i czytanie książek, jestem mamą dorosłej córki, lubię gotować i patrzeć w dal na pustyni i nad morzem, przez 20 lat pracowałam jako dziennikarka i redaktorka. Nawet jeżeli w niektórzy widzą we mnie tylko chorobę, myślę, że warto się dzielić tym doświadczeniem, bo ludzie mogą dowiedzieć się, jak ono naprawdę wygląda, jak sobie z nim radzić. Cieszę się, że coraz więcej osób opowiada o tym, jak wygląda kryzys, na przykład na wykładach dla studentów medycyny i psychologii, na konferencjach poświęconych zdrowiu psychicznemu i w mediach. To pozwala zmienić stereotypy na prawdę. W sztuce ulicy niesamowite jest to, że prace artystów możemy obejrzeć w świetle dziennym, przechodząc obok nich, gdy zwykle dzieła sztuki oglądamy w galeriach i muzeach. Dariusz Paczkowski, autor muralu, stworzył piękne portrety, ta praca sprawia wrażenie trójwymiarowej. Te twarze żyją i są pełne radości. Uśmiechają się, mają blask w oczach. Chciałabym, żeby mural zarażał tą radością, skłaniał do spojrzenia na życie z optymizmem - dodaje Szczerbowska.

7 czerwca w Amfiteatrze Wolskiego Centrum Kultury w Parku Sowińskiego w Warszawie odbędzie się III Kongres Zdrowia Psychicznego. Spotkanie to nie jest konferencją naukową, a ruchem oddolnym tworzonym wspólnie przez specjalistów związanych z ochroną zdrowia psychicznego i osób z doświadczeniem kryzysów psychicznych. Jego ideą jest wypracowanie standardów, w których bezpłatna pomoc w kryzysie psychicznym jest przyjazna, szybka, jak najbardziej dostosowana do potrzeb pacjenta i obejmująca wsparciem także jego otoczenie. Kongres będzie transmitowany na żywo online z bezpłatnym dostępem.

  1. Psychologia

Daj sobie czas... Psycholożka Ewa Woydyłło o tym, jak nie przekuć żałoby w depresję

- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić - mówi psycholog Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
„Każda ciężka, nieodżałowana strata, zatrzaśnięta w sercu człowieka – wcześniej czy później znajdzie sobie ujście” – mówi dr Ewa Woydyłło. „Żałobę trzeba zaakceptować”.

Żałobę po śmierci kochanej osoby nazywamy „raną duszy”. Jak ją zabliźnić, by nie zamieniła się w depresję?
Jeżeli żałoba utrwali się jako psychiczne załamanie, rozpacz, poczucie krzywdy... to wtedy może prowadzić do depresji. Ale jeżeli od samego początku wstąpimy na drogę prowadzącą do akceptacji, to nie przerodzi się w stan chroniczny. Zaakceptować to znaczy pogodzić się, czyli nie tylko przyjąć stratę do wiadomości, ale potraktować ją jako część swojego życia – bo ono dalej ma się toczyć.

Czasem używam takiej metafory: Żałoba spowodowana śmiercią kogoś drogiego jest jak wejście do ciemnego tunelu. Wytężam wzrok, ale nic nie widzę, jedynie na jego końcu dostrzegam maleńki, jaśniejszy punkt. To on jest właśnie tą stratą. Czyli widzę tylko to, co mnie boli, i mam poczucie, że oprócz tego niczego już w moim życiu nie ma. Trzeba wyjść z tego tunelu – wprawdzie strata pozostanie, ale człowiek zobaczy, że poza tym, co utracił, istnieje nadal mnóstwo rzeczy, które mogą czynić jego życie ciekawym i pełnym zwyczajnych czy nadzwyczajnych zdarzeń. Czasami trzeba to wręcz na sobie wymusić.

A co, jeśli ktoś się w tym tunelu zatrzyma?
Wtedy stan załamania może przerodzić się w przewlekłe zniechęcenie do życia, rozczarowanie, apatię... Może też przybrać postać urazy, gniewu, gdy zaczniemy myśleć: „Jak mogło mnie coś takiego spotkać?”. Bywa że ludzie wierzący odwracają się nawet od Boga, no bo: „Jak Bóg mógł mi coś takiego zrobić”. Gdy zbyt długo zatrzymamy się na etapie rozpaczy, to żałoba może spowodować wycofanie się z życia, a wtedy już krok do depresji. Tak samo, jeśli ktoś przyjmuje śmierć jako cios, karę, niesprawiedliwość. Żałobę trzeba „przepracować”, co w języku psychologicznym znaczy: rozmawiać, pisać, wspominać... po to, by od niezgody przejść do akceptacji.

Osobie, która niedawno pożegnała kogoś bliskiego i jest jeszcze w stanie szoku, otępienia, bólu – trudno zacząć myśleć o akceptacji.
Akceptacja to długi proces, może trwać wiele miesięcy. Nie jest odwrotnością smutku i nie znaczy, że smutek ma zamienić się w radość. Kiedyś przyszła do mnie kobieta, która nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią matki, choć ta zmarła w wieku 86 lat. Od pogrzebu minęły dwa lata, a córka nadal pogrążała się w żałobie. Zadałam jej kilka pytań: „Gdyby twoja mama żyła, to myślisz, że ona by chciała, żebyś zawsze już była smutna? Czy byłaby szczęśliwa, gdyby dowiedziała się, że wycofałaś się z życia, oddaliłaś się od męża, zaniedbujesz dzieci i nie odchodzisz od jej grobu? A gdyby jeszcze trochę pożyła, to czy odzyskałaby pamięć, pozbyła się swych dolegliwości? Chciałabyś, by żyła dłużej, ale coraz gorzej?”. Nasza rozmowa bardzo jej pomogła. Nie można kwestionować smutku, osobie w żałobie trzeba raczej pomóc zobaczyć, czy to jest dobra żałoba.

A jaka jest dobra?
Taka, która nie niszczy, nie krzywdzi ciebie i innych. Taka, z której człowiek wychodzi dojrzalszy i może dalej normalnie żyć. Śmierć jest częścią życia, choć bolesną, smutną, a niekiedy tragiczną.

Jak długo może trwać żałoba?
Długo, nawet rok – u jednych krócej, u innych dłużej. To zależy od cech osobowości, charakteru, doświadczeń, otoczenia, tradycji. Każdy ma inną wrażliwość: jakieś zdarzenie będzie dla jednego bolesne, a drugi pozbiera się po nim bardzo szybko. Nawet żałoba dobra, spokojna, nie u wszystkich przebiega jednakowo. Badania jednak dowodzą, że tylko około 15 procent ludzi, którzy doznali nagłej straty kogoś bliskiego, nie potrafi sobie z tym poradzić i popada w depresję, pozostali w krótszym lub dłuższym czasie zaczynają normalnie funkcjonować.

Czy droga przez tunel dzieli się na jakieś etapy?
Autorką pierwszej pracy na temat zachowań w obliczu śmierci jest szwajcarska psychiatra Elisabeth Kübler-Ross. Jej książka „Rozmowy o śmierci i umieraniu” zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Podczas lektury miałam wrażenie, że pisała ją przy łóżkach umierających ludzi. Według Ross, okres żałoby dzieli się na fazy: najpierw zaprzeczanie, potem bunt, gniew, złość, dalej żal, smutek, rozpacz, następnie targowanie się: „A może jednak to nieprawda?”. I wreszcie akceptacja. Na każdym etapie można się zatrzymać i wpaść w emocjonalną pułapkę. To utrudni wyjście z tunelu.

Jan Kochanowski zawarł ojcowski ból po śmierci Urszulki w słynnych „Trenach”. Zwracał się do niej, śnił. Ludzie, którzy stracili kogoś bliskiego, mówią czasem: „O, moja mama w nocy do mnie przyszła” albo „Spadł obraz, to ojciec dał mi znak”... Ta swoista magia podtrzymuje iluzję, opóźnia akceptację nieodwracalności śmierci. Końcową fazą żałoby powinna być akceptacja, a wraz z nią wyciszenie i spokój. Przestajemy się buntować, złościć, rozpaczać. Odwrotnością cierpienia i żałoby nie jest ani szczęście, ani nieszczęście, ale... pogodzenie się z tym, czego nie możemy zmienić. Przez te fazy najlepiej przechodzić w pełni świadomie, we własnym tempie.

Nie należy przyspieszać tego procesu? Dać sobie czas na przeżycie bólu?
Tak, ważne, żeby iść do przodu. Zdarzają się osoby, które uważają się za supermocne, supertwarde i chcą strzepnąć żałobę jak pyłek z ramienia i bez zastanowienia popędzić dalej. Ale mogą zapłacić za to ogromną cenę. Niedokończona, przerwana lub zablokowana żałoba może prowadzić do wielu chorób czy dolegliwości, takich jak bezsenność, migreny, bóle kręgosłupa i inne chroniczne przypadłości. Niektórzy uważają, że nawet nowotwory bywają odpowiedzią na nadmierny wysiłek emocjonalny, jaki wkłada się w to, by zablokować cierpienie. Nie należy tego robić.

Jak wspierać osobę pogrążoną w żałobie?
W najbliższym otoczeniu, kto tylko może powinien ją objąć, przytulić, razem z nią popłakać, a potem starać się stopniowo przywrócić do normalnego życia: wziąć taką osobę na spacer, zaprosić na kolację, gdzieś z nią wyjechać... Pomocna bywa propozycja, np.: „Chodź, pokaż mi wasze zdjęcia i opowiedz o najpiękniejszych chwilach, jakie razem przeżyliście...”. I to niezależnie od tego, czy zmarło dziecko, ktoś młody czy stary.

Formy wsparcia nie da się ująć w jakieś ramy czy receptury, bo to indywidualna sprawa. Ale zawsze wymaga empatii, uważności i wrażliwości. Jeśli wiesz, że np. koledze z pracy umarł ktoś bliski, a masz problem, jak zareagować, to po prostu podejdź i powiedz: „Słuchaj, wiem o twojej stracie. Czy chciałbyś o tym porozmawiać? Jeśli nie teraz, to kiedy zechcesz. Możesz na mnie liczyć”. Należy to zrobić dyskretnie, żeby nie narazić tej osoby na dodatkową przykrość.

Czy nadmierne współczucie nie przedłuża smutnego okresu?
Trzeba mieć wyczucie, bo tu dotykamy bardzo delikatnej materii. Ale współczucie jest potrzebne i pomocne, zwłaszcza wtedy, gdy okazuje je ktoś, kto sam tak bardzo nie cierpi, kto ma poczucie rzeczywistości i rozumie, że nadal znajdujesz się w tym tunelu i widzisz jedynie swoje nieszczęście. Ale on stoi poza tunelem i wie, że tam są kwieciste łąki, które mogą radować także twoje oczy. Podaje ci pomocną dłoń, bo czuje się silniejszy, a jest silniejszy, bo to nie jest jego cierpienie, tylko twoje. Najgorzej, jak dwie osoby równie załamane pochylą się nad tym samym grobem – wtedy obie mogą do niego wpaść. Dobry system wsparcia polega na podawaniu ręki przez ludzi, którzy rozumieją cierpienie, ale sami są od niego wolni. Jest takie powiedzenie: żeby dać cokolwiek drugiemu człowiekowi, trzeba samemu to mieć.

Czego nie należy robić wobec osoby przeżywającej żałobę?
Zaprzeczać jej bólowi. Cierpienie jest zawsze subiektywne i nie należy go w czyimś imieniu pomniejszać lub lekceważyć. Jeśli ktoś jest w szoku po stracie kochanej osoby, trzeba okazać mu zrozumienie, ufność, dać spokój, nadzieję, wiarę... Można też próbować zdystansować tę osobę do problemu i powiedzieć np.: „Wiesz, i tak miałaś szczęście, przeżyłaś z nim przecież czterdzieści wspaniałych lat. Byłaś przy nim, kiedy odchodził. Żył tyle lat. Możesz być mu za to wdzięczna”. Taka rozmowa wymaga delikatności, taktu, wrażliwości, wyobraźni, no i znajomości tej osoby. Ale zawsze należy starać się dzielić z nią jej cierpienie.

Bardzo często bliscy osoby, która odeszła, wyrzucają sobie, że coś zaniedbali, że gdyby... to może udałoby się kochaną osobę uratować i nadal byłaby z nami. Jak sobie poradzić z takimi wyrzutami?
Poczucie winy i doszukiwanie się własnych zaniedbań lub udziału w przyczynieniu się do śmierci kogoś bliskiego jest często pierwszym odruchem emocjonalnym. Jeżeli z kimś takim rozmawiamy, trzeba skierować jego myśli na racjonalny tor, zwracając uwagę na to, że żaden człowiek nie ma w ostatecznym rozrachunku kontroli nad życiem drugiego człowieka.

Ludziom głęboko wierzącym łatwiej jest zaakceptować śmierć, ponieważ religia, w każdym razie chrześcijańska, czyni odpowiedzialnym za wszystko, co nas spotyka – Boga, a nie nas samych. „Bóg tak chciał” – mówią religijni ludzie. Oni też najprędzej wychodzą z ciężkiej żałoby. Nie znaczy to jednak, że niewierzący skazani są automatycznie na bezkresną żałobę. Kwestia kontroli nad losem – a więc i nad śmiercią – jest uniwersalnym problemem egzystencjalnym. Każdy myślący człowiek musi w końcu uświadomić sobie, że z największym trudem, i tylko w niektórych sprawach, można mieć kontrolę nad swoim postępowaniem. Ale na pewno nie jest to możliwe wobec kogokolwiek innego. I o tym trzeba rozmawiać z kimś, kto zbyt uporczywie obwinia siebie za los drugiego człowieka i czuje się sprawcą tego losu. To jest po prostu nieracjonalne i nierealistyczne. To osobliwa forma ułudy, która chwilowo ogarnia niemal każdego, ale powinna szybko minąć.

Zabliźnić bolesną ranę jest chyba szczególnie trudno u dziecka, które straciło rodzica. Jak z nim postępować, by w dalsze życie nie poszło okaleczone?
Wsparcie dziecka ogarniętego głębokim żalem po stracie jest rzeczywiście trudniejsze, bo ono zazwyczaj zamyka się ze swoim bólem i trzyma go w sobie jak ziarno, które kiełkuje, kiełkuje, aż kiedyś może przybrać postać depresji. Z wielu badań wynika, że depresja w wieku dojrzałym bywa właśnie echem traumy z dzieciństwa lub młodości, związanej ze śmiercią (lub odejściem) bliskiej osoby, zwłaszcza rodzica.

Czasem dziecko traci jednego rodzica i jednocześnie uwagę drugiego, który jest pogrążony w bólu...
No tak, ale dlatego warto przypomnieć afrykańskie przysłowie: „Żeby dobrze wychować dziecko, potrzeba całej wioski“. Bo jeden rodzic, a nawet oboje, to za mało. Tym bardziej, że oni także mogą być w stanie żałoby i zmagać się ze swoim cierpieniem, a wtedy bardzo łatwo dziecko zaniedbać, czegoś nie zauważyć... Dlatego do pomocy potrzeba innych ludzi.

Od nagłej śmierci mojego taty minęło już ponad 30 lat, a moje rodzeństwo i ja nadal czujemy w sercu ból i bardzo za nim tęsknimy...
Tęsknota i nostalgia mogą pozostać. Także ból, ale... zaakceptowany, taki, który nie przeszkadza pójść do kina, zjeść lody, spotkać się z przyjaciółką, wyjechać na wakacje. Groźny jest ból, który demobilizuje.

A jeśli nie można przeżyć żałoby tak, jakby się chciało, bo coś lub ktoś nam w tym przeszkadza?
To ta nieodżałowana, zatrzaśnięta w człowieku strata może się odezwać w postaci wzmożonej – kiedyś, nagle, znienacka, pozornie bez powodu. Pojawi się jako depresja albo zaburzenia psychosomatyczne – w każdym razie skutek może być bardzo dotkliwy. Niedokończona żałoba wcześniej czy później znajdzie sobie ujście.

Żeby sobie poradzić z przewlekłym i demobilizującym żalem po stracie, można skorzystać także z psychoterapii. To na pewno zdrowsze i na dłuższą metę skuteczniejsze, niż otumanianie się i zagłuszanie uczuć lekami psychotropowymi.

  1. Psychologia

Jak znaleźć miłość, gdy boimy się zaangażowania?

Osoby z dysfunkcją emocjonalną doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. (Fot. iStock)
Osoby z dysfunkcją emocjonalną doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. (Fot. iStock)
Z Robertem twórczo się jej pracowało i kłóciło, z Miłoszem lubiła całować się w deszczu, a Krzysio ją rozczulał. Z żadnym z tych mężczyzn nie była naprawdę. Dlaczego bała się bliskości, wyjaśnia psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Weronice zebrało się na podsumowania. Panna, 34 lata, dziewczęca uroda, w sumie zgrabna. Współpraca z fundacją promującą ekologiczny sposób życia nie daje jej wprawdzie stabilizacji finansowej, za to adrenalinę i poczucie, że robi coś dla świata. Jest jeszcze małe mieszkanie z wielkim materacem na środku i z każdym meblem z innej parafii. Niewielka kolekcja filiżanek do espresso, trochę prostych ubrań w ciemnych kolorach, rower w stylu holenderskim. I Stefan, legwan milcząco godzący się na jej częste wyjazdy. No i jeszcze mężczyźni. „Weekendu bez seksu nie wytrzymasz, uwodzicielko! Mogę tylko zgadywać, który będzie tym razem” – mówi jej ze śmiechem Andzia. „Naprawdę jest wyrozumiałą przyjaciółką” – myśli Weronika. „Ostatnio pocieszała mnie, kiedy znowu czułam się fatalnie po wieczorze z Robertem”.

Lekka i bezwolna

„Niesamowite, że w lot odgadujemy swoje myśli, czuję to, gdy piszemy teksty o ekologii czy organizujemy akcje. Robert nadąża za moim tokiem rozumowania, motywujemy się do działania, twórczo kłócimy i od czasu do czasu zrywamy współpracę oraz relację. Dlaczego do niego wracam?” – zastanawia się Weronika.

Przy Robercie czuje się bezpiecznie, jakby przejmowała od niego trochę jego stabilności, mają też wspólne zainteresowania. Podziwia go, bo działa z siłą wozu pancernego, jest w nim pasja, uwielbia zwierzęta, z taką czułością mówi o wilkach białowieskich… Poza tym ma do niego słabość. Zanim wylądowali w łóżku, nie wiedziała, że można kochać się z kimś niemal bez dotykania i bez ciepła w słowach. W jego mocnych rękach czuła się lekka i bezwolna.

Zawsze wychodzi od niej w środku nocy, zostawiając jedynie zapach dobrych kosmetyków. Gdy przestają rozmawiać o ekologii, coś ją mrozi, gesty nie rodzą się do końca. Czasem mówią o życiu, ale tak jakoś teoretycznie. Weronika boi się podzielić z nim smutkiem czy lękiem, bo gdy próbuje, Robert częstuje ją zdaniem wytrącającym z poczucia pewności. I jeszcze te jego nagłe zniknięcia. Wyjeżdża bez pożegnania, a potem dzwoni ze słabo ukrywaną pretensją: „Wczoraj po południu wysłałem ci mejla, nie odpowiedziałaś” – dopytuje na drugi dzień rano, o dziewiątej sześć.

A Weronika tęskni. Gdy Robert wraca, nie wie, jaka iskra się między nimi rozpali i czy w ogóle będzie miał dla niej czas. Czy znów zadzwoni w momencie, kiedy on gra na gitarze albo ogląda film, i usłyszy, że przekracza jego granice? Robert jest mistrzem w bolesnym zbliżaniu się i oddalaniu.

1001 pocałunków

Odżywa przy Miłoszu. Zmysłowym, ekstrawertycznym, radosnym muzyku młodszym od niej o kilka lat. Poznali się w knajpce nad Wisłą. Zaczęło się od niezwykle ekscytujacego flirtu wzrokowego. Przyciągała ich do siebie jakaś dziwna siła. Od tego czasu spotykają się w miarę regularnie. Miłosz zachwyca się nią, całują się na ulicy, w deszczu. Pieści każdy centymetr jej ciała. „Jesteś słodka” – szepcze jej do ucha, a Weronika zasypia bezpiecznie w jego ramionach.

Pewnego ranka, kiedy pili kawę po namiętnej nocy, powiedział jej: „Wreszcie zaczęłaś mówić o sobie. Czuję, że to dla ciebie trudne, bywasz taka zamknięta. Wiele nas różni, ale zakochałem się w tobie, bo jesteś... nieważne kim, nieważne czym się zajmujesz i ile masz lat. Będziemy razem?” – zapytał na koniec. „Znamy się od tak niedawna” – przystopowała go.

Miłosz nie zna się na ekologii, a ona nie ma pojęcia o jego muzyce. Nie toczą ze sobą dyskusji do późna w nocy, za to doskonale się razem bawią – jak ostatnio, kiedy jeździli nocą na rowerach po lesie.

Tamtego wieczoru nie przyszedł, jak się umawiali i nie odbierał telefonu. Zaczęła się martwić, że coś mu się stało. A potem poczuła się porzucona. Po trzech dniach o drugiej w nocy obudził ją dźwięk esemesa. „Hej! Gdzie jesteś? Ja pod twoim blokiem” – napisał.

Chwilę potem zobaczyła go w drzwiach: „Zniknąłeś…” – zaczęła, ale dalej nie mogła mówić, bo straciła oddech... tak mocno ją przytulił. Okazało się, że wyjechał do Poznania, bo znajomi załatwili szybkie nagranie, potem była dwudniowa impreza, dużo marihuany i browaru, no i zgubił gdzieś telefon. „Zobacz, teraz jestem tu, cały z tobą, cały twój” – śpiewał jej piosenkę Iry. Chciał, żeby razem zamieszkali. „Nie teraz, ja też podróżuję” – powiedziała.

Rozczulająco bezradny

Gdy Miłosz przepada w oparach marihuany, a Robert zaszywa się w puszczy, Weronika puka do Krzysia. To sąsiad z góry, programista komputerowy. Kiedyś szarmancko pozbierał jabłka, które jej wypadły z siatki na schodach, potem zaprosił na herbatę. „Umiesz słuchać” – stwierdził po pierwszej rozmowie.

Chłopak od dłuższego czasu szuka stałej pracy. Bezskutecznie. Jest dość niezaradny i to ją rozczula. Weronika pożycza mu małe sumy pieniędzy, czasem nawet lubi ugotować dla niego zupę lub pozmywać mu naczynia. Chwilami z Krzysiem jest jej niemal tak, jak w prawdziwym domu. Kiedy wyłączyli mu ciepłą wodę, bo nie zapłacił za czynsz, brał u niej prysznic. I tak zaczęła się ich przygoda seksualna. Jest romantyczny, mówi, że może godzinami trzymać ją za rękę. W ogóle ma taką filozofię życiową, że nie trzeba pić drogiego wina, tylko kakao i siedzieć sobie na kanapie.

Krzyś ją trochę nudzi, ale w sumie niewiele od niej wymaga, nawet do Stefana zajrzy, jak nie ma jej w domu. Ostatnio jednak ją rozczarował. Przyszła do niego zdołowana, sama nie wie dlaczego. Pewnie dlatego, że znów pokłóciła się z Robertem, a może chodziło o coś innego. I powiedziała: „Źle mi jest, czegoś się boję, nie mogę spać”. A Krzyś odparł tylko, że na pewno sobie poradzi, i że nie ma dla niej czasu, bo opracowuje nowy program. Nie chciał z nią nawet porozmawiać, a ona tyle razy go wysłuchiwała….

Jest już powoli zmęczona wszystkimi „jej” mężczyznami, a poza tym Miłosz nadal nalega na wspólne mieszkanie i Weronika czuje, że nie może dłużej wymawiać się częstymi wyjazdami.

Komentarz psychologa: Relacje Weroniki z mężczyznami są przelotne i okazyjne, zawierają się tylko w jakimś wycinku przestrzeni życiowej: seksie, pracy czy wspólnej pasji. Utrzymane są na pewnym poziomie powierzchowności, w bezpiecznych ramach chroniących przed zaangażowaniem. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające ukryć trudność, jaką sprawia bycie w pełnym związku.

Z tym problemem można sobie radzić w różny sposób – podróżować, działać w fundacjach, przepracowywać się… Wreszcie wchodzić w wiele relacji, w których odgrywa się jedynie role i którymi wypełnia się sobie czas. Tak jak robi to Weronika.

Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Czy zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, czy raczej oznaką wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Bo co się dzieje w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, których dotyka, doświadczają stałego napięcia emocjonalnego, które jest efektem konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie się tego obawiają. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie się kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. Ale to nie jedyne zagrożenie.

Lękiem napawa też możliwość odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i zaproszę ją do swojego świata, powie: „Nie chcę cię”. Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi z przeszłości.

Osoby, które w ten sposób reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyły zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika, najczęściej w relacji z rodzicem, opartej na przykład na dominacji i nadmiernej symbiozie – rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Ktoś taki, już jako osoba dorosła, może bać się „pochłonięcia” przez partnera, będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem. I z tego właśnie powodu będzie unikać bliskości.

Podczas terapii Weronika uświadomiła sobie, że boi się deklaracji. Nawet w żadnej z dotychczasowych prac nie podpisała stałej umowy. Tak naprawdę lęka się, że w stałym związku ktoś ją będzie kontrolować, a ona nie zdąży przed tym uciec. Zrozumiała, że podobnie jak jej mężczyźni, ona też im znika. Robert nie wie, kiedy znowu z nim zerwie i który ze swoich pomysłów zrealizuje z innym mężczyzną. Krzyś nie ma pojęcia, kiedy zapuka do niego ze swoim wsparciem. A Miłosz nie jest pewny jej uczuć.

Wreszcie, po trudnej i długotrwałej pracy nad sobą, poczuła, że jest gotowa, by sprawdzić, jak smakuje życie z ukochanym mężczyzną od poniedziałku do niedzieli. Postanowiła wynająć z Miłoszem mieszkanie...

  1. Psychologia

Depresja młodzieńcza – jak rozpoznać, gdy dziecko woła o pomoc? Rozmowa z psycholożką Ewą Woydyłło

- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
- Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie radzi psycholożka Ewa Woydyłło. (Fot. iStock)
Oprócz pały, złamanego serca i pryszczy – nastolatkom coraz częściej grozi depresja. Co z tym czynić? Oto elementarz psycholożki Ewy Woydyłło. 

Gdzie szukać korzeni depresji młodzieńczej?
Depresję u dzieci zaczęto diagnozować dopiero w latach 70. ubiegłego wieku. Badania przeprowadzone m.in. w Kanadzie pod kierunkiem prof. Sylvany Côté z uniwersytetu w Montrealu pokazały, że u około 15 proc. małych dzieci, od 5. miesiąca do 6. roku życia, czyli niemowlaków i przedszkolaków, występują objawy depresyjne: niechęć do zabawy, opóźniona reakcja na bodźce, smutek, płaczliwość, wybuchy złości, nerwowość. Dzieci te długo się moczą, źle sypiają, nie mają apetytu, a co za tym idzie wolniej się rozwijają. Uczeni dostrzegli wyraźny związek między tymi objawami a depresją u matek. Sugerują, że jeżeli matka zajmująca się małym dzieckiem sama ma przez dłuższy czas obniżony nastrój, to dziecko może niejako odwzorowywać jej zachowania. Ono jest pewnym lustereczkiem, echem rodzica – jeśli ten zadba o swój stan ducha i psychiki, to nie musi się specjalnie martwić o wystąpienie depresji u dziecka. Jeżeli jednak dziecko od maleńkości rzadko spotyka się z uśmiechem, pieszczotą, to siłą rzeczy nauczy się chować przed światem, w którym jest zimno i smutno.

Ale nastolatek, nawet utulany w dzieciństwie, dojrzewa i nie radzi sobie z pewnymi sytuacjami...
No tak, w domu zawsze czekała mięciutka poduszeczka, a gdy zaczęła się szkoła i kontakty zewnętrzne, coraz więcej czasu spędza poza bezpiecznym środowiskiem rodziny – rano na 8 do szkoły, powrót wieczorem – i często... pustka. Nawet jeśli rodzice się pojawiają, to często są zajęci swoimi sprawami. Dziecko zaczyna tworzyć własne relacje z nowym otoczeniem, a w nim zachodzą procesy, nad którymi samo może nie potrafić zapanować, np. nad przykrościami ze strony rówieśników czy bezdusznością lub krzywdą ze strony dorosłych. I jeśli w rodzinie nie ma nawyku prowadzenia rozmów z dzieckiem, to na pytanie: „Co ci jest syneczku?”, odpowie: „nic”, bo wcześniej, gdy przychodził i mówił: „Mamo, a dzisiaj w szkole...”, ona nie pozwalała mu nawet dokończyć: „Oj, synku, daj spokój, widzisz, że jestem zajęta”. Teraz boi się, że znów usłyszy: „Nie zawracaj mi głowy drobiazgami”.

To drobiazgi dla nas – dorosłych, ale nie dla nastolatki, której kolega wykrzyczał, że ma krzywe nogi.
Tak, to dla niej katastrofa i wystarczy, by – jak to teraz mówią młodzi – dziewczynka złapała doła. Zwłaszcza gdy rodzina nie znajdzie czasu na okazanie zainteresowania. Często tak się dzieje. Na przykład wraca Jasiek ze szkoły ze smutną miną, a mama pyta: „Co się stało?”. „Pobił mnie Krzysiek” – żali się syn, na co mama: „No to mu oddaj!” – i koniec rozmowy. Dziecko może się w tym momencie zamknąć w sobie, bo jemu nie chodzi wcale o to, czy oddać czy nie, tylko dlaczego Krzysiek go nie lubi. A może jeszcze podczas bójki śmiała się z niego cała klasa? Dziecko wyśmiane czy odrzucone przez rówieśników czuje się podobnie jak np. tata wyrzucony z pracy. I właśnie to samopoczucie jest ważne, o nim należy z dzieckiem rozmawiać.

Film Jana Komasy „Sala samobójców” obrazuje dramatyczną sytuację wielu współczesnych dzieci. Bohater tego filmu bierze udział w pewnym szkolnym incydencie, zostaje przy całej klasie ośmieszony i już się z tego nie podźwiga. Jego rodzice zajmują wysokie stanowiska, chłopca wozi kierowca, można powiedzieć, że niczego mu nie brakuje. A jednak brakowało – wysłuchania, pochylenia się najbliższych nad tym, co tak naprawdę przeżywał. Głośny był też dramatyczny wypadek dziewczynki z Gdańska, którą chłopcy skrzywdzili seksualnie, wszystko nakręcili komórkową kamerą i filmik puścili w internecie. Dziewczynka popełniła samobójstwo. Dlaczego? Dlatego, że nie była w stanie sobie sama z czymś takim poradzić i nie uzyskała w wystarczającym stopniu pomocy dorosłych.

Jak rozpoznać, że dziecko woła o pomoc?
Depresja jest stopniowo pogłębiającym się procesem i z początku człowiek nie czuje się jeszcze tragicznie. Np. mama pyta 12-letniego synka: „Stasiu, niedługo twoje urodziny. Gdzie je w tym roku urządzimy?”, a Staś: „Nie, nie, mamo, nie będziemy nic robić, zaniosę cukierki do szkoły i już” – dziecko rezygnuje z czegoś, co wcześniej było dla niego atrakcją, przyjemnością. A to oznacza, że musiało odebrać jakieś negatywne sygnały. I myśli: „A może na moje urodziny nikt nie przyjdzie?”. Coś mu przeszkadza wierzyć, że się uda. Wrażliwe, niepewne siebie dzieci tak bardzo boją się odrzucenia, że wolą zrezygnować. Nieuważni dorośli mogą sprawę zlekceważyć: „Nie, to nie”.

Zanim u dorastającego dziecka rozwinie się poważny stan depresyjny, wysyła ono mnóstwo różnych sygnałów, jak gdyby wołało: „Zauważcie mnie!” „Pomóżcie mi!”. To nigdy nie jest tak, że od razu popada w skrajną rozpacz i chce sobie odebrać życie.

Jakie zachowania powinny być sygnałami ostrzegawczymi, których nie wolno lekceważyć?
Długotrwały smutek, pogorszenie wyników w nauce, zerwanie kontaktów z innymi dziećmi, coraz dłuższe przebywanie w odosobnieniu, niechęć do tego, co wcześniej było jego pasją lub sprawiało przyjemność.

Czy objawy stanów depresyjnych u dzieci i młodzieży są podobne jak u dorosłych?
Tak, bardzo podobne: wycofanie, izolacja, płaczliwość, nerwowość, wybuchowość, unikanie towarzystwa, często zaburzenia łaknienia – szczególnie dziewczynki nie mogą sobie z tym poradzić, załamują się psychicznie, wpadają w anoreksję lub bulimię. Jednym z objawów depresji jest także niechęć do ruchu, sportu, wszelkich form aktywności.

Okres dojrzewania generuje depresyjne nastroje?
Nie, wcale nie. Biologia wyposażyła człowieka w niezbędne mechanizmy służące przetrwaniu. Ale współczesne pokusy, nadmierna wolność i wynikające z niej zagrożenia powodują, że młoda osoba może sobie nie poradzić z wyborami. Nastolatki zbyt często słyszą: „Nic z ciebie dobrego nie wyrośnie”, „Ty nigdy nie znajdziesz męża”, „Na imprezie cię zgwałcą i będziesz mieć zszarganą opinię”... Nawet gdy są to tylko przestrogi, pozostawią ślad, zrobią wyrwę w psychice, szczególnie u osoby wrażliwej.

Inna sprawa: w Polsce wiele tematów nadal jest tabu, np. prawie w ogóle nie porusza się kwestii bezpiecznego seksu. A tabu, niestety, nie chroni przed zagrożeniami, tylko powoduje, że młodzi ludzie pozostają sami ze swymi pytaniami i decyzjami.

Nie mogą też często udźwignąć zbyt wygórowanych oczekiwań, jakie stawiają im rodzice...
Zwłaszcza gdy wysokim wymaganiom towarzyszy brak uwagi: nieważne, co przeżywasz, musisz przynosić ze szkoły same szóstki i już. No cóż, w naszych czasach panuje okrutny dyktat osiągnięć. Dziecko nieodnoszące sukcesów jest narażone na poczucie bezwartościowości. Wróży mu się życie pełne niepowodzeń. Mało kto zatrzyma się przy takim dziecku i spróbuje dodać wiary w siebie, otuchy i wsparcia.

A dobre rodzicielstwo opiera się na szacunku, zaufaniu i tworzeniu życzliwych, dobrych relacji. Dziecko powinno jak najczęściej słyszeć od matki i ojca: „Cieszę się, gdy cię widzę. Jaka jestem szczęśliwa, że jesteś. Nie chciałbym, żebyś był inny...” – dostawać komunikat, że jest ważną częścią życia taty i mamy, niezależnie od tego, czy odrabia lekcje czy nie.

I czy swój smutek wyraża agresją, buntuje się, staje się opryskliwy i wrogi?
Agresja zwykle wynika z lęku. Dziecko może się bać potępienia, poniżenia, podważenia swej godności. Opryskliwość i wrogość bywają też odwzorowaniem zachowań, jakie dziecko obserwuje u najbliższych dorosłych. Jeśli nie może bezpiecznie z nimi rozmawiać o swoich uczuciach, to będzie je ukrywać i tłumić – ten zgromadzony, pełen napięć stan psychiczny musi gdzieś znaleźć ujście i często znajduje w agresji lub autoagresji – sznyty, okaleczenia, piercing czy deformujące urodę tatuaże... to również akty buntu, złości...

Jak pomagać?
Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Ale nie wtedy, gdy wystąpią już poważne nieporozumienia. Więź buduje się od urodzenia. Małe dzieci są otwarte i spragnione kontaktu z rodzicami. Nie wolno ich odpychać, dawać do zrozumienia, że ważniejsze są telewizja, gazeta, znajomi, zajęcia domowe czy praca zawodowa. Dziecko odtrącane zapamięta to i potem samo do rodziców nie przyjdzie. Najlepsze relacje z dziećmi zależą nie od pieniędzy, markowych ubrań czy drogich wakacji, tylko od tego, ile czasu dorośli i dzieci spędzają razem i towarzyszą sobie we wszystkim, co się w rodzinie wydarza.

Rodzice zapytają: „A kto zarobi na życie?”.
No jasne, że dorośli, tylko może opłaci się czasem troszkę mniej zarobić, a więcej czasu poświęcać dziecku. Jak ktoś decyduje się na dziecko, musi mieć dla niego czas, bardzo dużo czasu i to przez kilkanaście lat jego życia. Oczywiście nie dotyczy to tylko rodziców. Dziecku potrzebni są także dziadkowie, inni krewni, przyjaciele. Suma tego czasu zaowocuje w przyszłości jego odpornością na wszelkie niepowodzenia i problemy.

Mówi pani „rozmawiać...”. A co, jak rodzic nie potrafi dotrzeć do dziecka, otworzyć go?
Nie zawsze rozmowę musi prowadzić rodzic, może to być ktokolwiek, kto ma z nim dobry kontakt – ciocia, dziadek, ulubiony nauczyciel, trener, ksiądz... Czasami trzeba pójść do szkoły, do druha z harcerstwa, do rodziców kolegi... – wszędzie tam, gdzie są ludzie, którzy to dziecko znają i je rozumieją. Jeśli nikt z tych osób do niego nie dotrze, należy szukać pomocy w poradni wychowawczej, u psychologa dziecięcego, lekarza.

Jakie słowa skierowałaby pani wprost do nastolatka?
Zawsze, kiedy masz doła, znajdź osobę, ale powinna to być osoba dorosła, z którą możesz w zaufaniu porozmawiać o tym, co czujesz i przeżywasz. Unikaj samotności – nie zamykaj się w sobie, nie uciekaj w wirtualny świat internetu, bo prawdziwe życie jest tylko z prawdziwymi ludźmi, w realu. Nawet jak jest ci źle, nie zaniedbuj swoich zainteresowań i pasji – wsiądź na rower, pograj z kolegami w piłkę, popływaj w basenie... – wtedy depresja się do ciebie nie przyczepi, a przygnębienie szybciej minie.

Jak pomóc dziecku przerwać milczenie i skłonić do ujawnienia, co je gnębi?

Trzeba w stosunku do niego wyzbyć się gniewu, wstydu, żalu, pretensji. Ważny jest dobór słów. Oto kilka zdań, od których można zacząć rozmowę. Pozwolą dziecku uwierzyć w możliwość rozwiązania problemów:

  • Przejdziemy przez to, poradzimy sobie...
  • Nie myśl, co będzie kiedyś. Chodź, zastanówmy się, co można zrobić teraz...
  • Z różnymi trudnościami zwykle radzisz sobie nienajgorzej, podziwiam cię...
  • Na pewno znajdziemy dobre wyjście, możesz na mnie liczyć...
  • Każdy ma kłopoty, nie zostawię cię z nimi...
  • Wiem, że starasz się najlepiej, jak umiesz. Nikomu nie układa się zawsze wszystko po jego myśli...
  • Bardzo chcę, żeby minął ten trudny okres. Powiedz, jak ci w tym ulżyć...
  • Cieszę się, że ciebie mam. To nic, że czasem napotykamy na jakieś trudności. Przecież po to jestem, by je z tobą rozwiązywać...