1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. O co ci chodzi, kochanie? - o komunikacji w związku

O co ci chodzi, kochanie? - o komunikacji w związku

Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
To powinno być proste: mówię, a on rozumie, co chcę powiedzieć. On mówi, a ja nie doszukuję się w jego słowach drugiego dna. Kiedyś kobieta nie mówiła tego wprost, a mężczyzna odczytywał jej wypowiedź dosłownie i chciał natychmiast przekuć jej słowa w czyn. A jeśli już coś w końcu powiedział, to nie to, czego ona oczekiwała. A jak jest dzisiaj? Młodzi jasno określają wzajemne oczekiwania, wszystko uzgadniają i ustalają. Czy o to chodzi?

Czym właściwie jest komunikacja w związku? – To dynamiczny proces, trwający od czasu poznania się partnerów, w który włączone jest całe „ja” każdej z osób. Czyli doświadczenie, wychowanie, system wartości, aspiracje, cele życiowe. Owo „ja” każdego z partnerów determinuje ich oczekiwania wobec siebie nawzajem, wobec relacji obecnej i przyszłej – mówi psycholog profesor Mieczysław Plopa.

Przebadał on komunikację w różnych rodzajach związków: małżeńskich, niezalegalizowanych, na etapie rozwodu. Powołuje się na badania, które pokazują, że w pierwszej fazie poznawania się większość par (zarówno kobiety, jak i mężczyźni) opiera się na tak zwanej komunikacji pozornej. Postrzegamy wtedy same pozytywy relacji, atrakcyjność uwarunkowaną wzajemną namiętnością. To, oczywiście, naturalny etap rozwoju związku, ale komunikacja nie jest wtedy prawdziwa, przypomina oglądanie drugiej strony przez szkło zniekształcające. Gdy na przykład partner kłamie, to myślimy: „Jakoś to będzie, on się zmieni”.

– Część osób poprzestaje na etapie takiej komunikacji pozornej, w której nie ma konfrontowania się z rzeczywistymi problemami, nie ma próby wzajemnego zrozumienia, docierania do głębszej relacji – twierdzi profesor.

A to nieuchronnie prowadzi do problemów, które Paul Watzlawick, psycholog i teoretyk komunikacji między mężczyzną a kobietą, nazwał konfliktem komunikacyjnym. Dochodzi do niego wtedy, gdy pewne wzorce rozmów i zachowań układają się w powtarzalny, oporny na zmiany, dysfunkcjonalny cykl wzajemnych oskarżeń. Taki konflikt po jakimś czasie tak się utrwala, że ludzie nie umieją bez niego funkcjonować.

Cokolwiek zrobisz, jesteś ważny

Według profesora Plopy po fazie komunikacji pozornej powinna przyjść faza komunikacji rzeczywistej, którą nazywa wspólnotową. Na czym ona polega? Na ukierunkowaniu się na siebie nawzajem: ja jestem otwarta na twoje doświadczenie, a ty na moje. Otwarcie rozmawiamy o wszystkich sprawach, zwyczajnych i poważnych. I nie tylko prosto z mostu mówimy to, co mamy do powiedzenia, ale także słuchamy, co mówi do nas partner. Ale przede wszystkim akceptujemy to, że nasze widzenie spraw i problemów może się różnić.

Przykład komunikacji rzeczywistej na błahy z pozoru temat: on powtarza, żeby chować ważne papiery do szuflady. Ona jest bałaganiarą i choć nie puszcza jego uwag mimo uszu, dbanie o porządek jej nie wychodzi. Mówi więc: „Sorry, nie cierpię nawet myśleć o segregowaniu dokumentów, a co dopiero to robić”. Ale proponuje: „To może weź na siebie porządkowanie dokumentów, a na mojej głowie będzie prasowanie”.

Potrzebę komunikacji rzeczywistej dostrzegamy wtedy, gdy sobie uświadamiamy, że jesteśmy inni i współzależni. Odkrycie tej prawdy to klucz do dobrej komunikacji. Zdaniem profesora warto się nim posłużyć, zanim zdecydujemy się na wspólne życie, bo wtedy mamy szansę zbudować relację nie na powierzchownej atrakcyjności, tylko na orientacji wspólnotowej.

– Wzajemna atrakcyjność partnerów w związku budowanym na orientacji wspólnotowej nigdy nie spada poniżej poziomu, który mógłby stanowić zagrożenie dla jego trwałości – mówi profesor. – Nie spada, bo traktujemy się nawzajem jak równoprawne osoby, bo dbamy o siebie nawzajem. Przekaz wspólnotowej komunikacji jest następujący: „Cokolwiek zrobisz, będziesz dla mnie wartością, bo ja jestem wartością dla ciebie”.

Z badań profesora Plopy wynika ciekawa prawidłowość. Otóż okazuje się, że komunikacja wspólnotowa zależy od wykształcenia partnerów. Im wyższe wykształcenie, tym większa świadomość wspólnoty celów, wartości, tym głębsze poznanie się. A to można tłumaczyć między innymi tym, że ludzie bardziej wykształceni zawierają związki później niż ci mniej wykształceni, a więc po drodze mają więcej doświadczeń interpersonalnych i tym samym dojrzalszy stosunek do życia.

Dzisiaj jednak wiele par wchodzi w tymczasowe związki, co zdaniem profesora bardzo utrudnia komunikację wspólnotową.

– Wcześniej kultura w pewnym sensie stała na straży związku. Zdecydowana większość par po zawarciu małżeństwa nie dopuszczała rozstania. Oczywiście, nie wszystkie z nich były szczęśliwe, ale gdy pojawiały się problemy, próbowano jakoś je przezwyciężać. Natomiast obecnie króluje orientacja indywidualistyczna: chcę się realizować, mam jedno życie, jeśli nam się nie ułoży, to się rozejdziemy. Jak wynika z badań, rozstanie dopuszcza ponad 50 procent młodych. Tymczasem prawidłowość psychologiczna pokazuje, że jak się coś dopuszcza świadomie bądź nieświadomie, to często tak się właśnie dzieje. Tak więc samo założenie, że możemy się rozstać, nie pomaga w budowaniu komunikacji wspólnotowej. Przy poważniejszych wyzwaniach, takich jak narodziny dziecka czy trudności materialne, zamiast walczyć o relację, szukamy alternatywy. Nie staramy się, nie angażujemy. A czynnikiem niezbędnym do tworzenia bliskich związków jest zaangażowanie. Relacje zorientowane na tu i teraz, płytkie, które łączy tylko seks, tego zaangażowania nie budują.

Mężczyźni mają dużo do zrobienia

Ostatnie amerykańskie badania nad związkami zawieranymi przez Internet dały zaskakujące wyniki. Okazało się, że takie relacje mogą być trwalsze od tych zawartych w realu!

– Można to wyjaśnić tym, że ludzie poznający się na portalach randkowych skupiają się na wymianie informacji na swój temat, piszą o tym, czym się zajmują, o swoich zainteresowaniach, cechach charakteru – wyjaśnia profesor Plopa. – Oczywiście, część tych informacji jest podkoloryzowana, ale podstawą do spotkania staje się wcześniejsza komunikacja.

Co więcej – profesor słyszy potem od tych ludzi, że gdyby nie ich internetowe rozmowy, pewnie w realu nigdy by na siebie nie zwrócili uwagi, bo pierwszym kryterium przy spotkaniach na żywo jest wygląd zewnętrzny, sposób mówienia, seksualność. Profesor przyznaje, że seksualność to, owszem, ważna forma komunikacji w związku, ale sama w sobie nie buduje silnej relacji. Żeby rozwinęła się w głębszą zażyłość, musi wiązać się z innymi rodzajami komunikacji, jak rozmowa, empatia, wspólne działania.

Profesor Katarzyna Popiołek, psycholożka, zwraca uwagę na zmiany, jakie można zaobserwować w komunikacji między partnerami młodego pokolenia. Otwarcie mówią, czego od siebie oczekują, a czego nie są w stanie zaakceptować, ustalają zakres obowiązków, dbają o swoje prawa.

– Nowy sposób komunikacji wynika głównie ze zmian kulturowych – zauważa profesor Popiołek. – Przełamane zostały różnego rodzaju tabu, że mężczyźnie i kobiecie coś nie wypada. Dzisiaj on może przejawiać cechy uważane dawniej za kobiece, jak empatię, emocjonalność, wrażliwość, a ona może być twardzielką. On nie musi tylko „polować”, może zająć się także domem, dziećmi, a ona nie musi być tylko strażniczką domowego ogniska, pełnić roli służebnej w związku, ale może realizować się zawodowo.

Te zmiany kulturowe wpływają na poszerzenie pola i sposobu komunikacji. W tradycyjnym modelu kobiety nie mówiły wprost, tylko w sposób zawoalowany, na przykład przez dąsanie, narzekanie. W partnerskim komunikują bezpośrednio: „Odbierz Jasia ze szkoły”; „Jestem zmęczona”; „Nie lubię gotować”. Otwarte mówienie o swoich potrzebach i oczekiwaniach to ważny krok w komunikacji. Ale równie ważny jest krok drugi – wzajemne zrozumienie. A to młodym do końca nie wychodzi. Dlaczego? Bo koncentrują się na pracy, która wymaga bycia dyspozycyjnym, bo są zestresowani nadmiernymi obowiązkami i kredytami. Indywidualizm też robi swoje.

Klucz do dobrej komunikacji w związku to uświadomienie sobie, że jesteśmy inni i współzależni.
– Trend zmian w komunikacji między kobietą a mężczyzną idzie w dobrym kierunku – uważa Katarzyna Popiołek. – Ale wiele jest jeszcze do zrobienia. Zwłaszcza przez mężczyzn. Kobiety są dobrze przygotowane do rozmów, zawsze lubiły dyskutować o subtelnych aspektach relacji, o problemach swoich przyjaciół, czego mężczyźni z reguły nie znosili. Mówili: „A nie masz większych zmartwień?!”. I kobieta czuła się ze swoimi przeżyciami samotna. Poza tym mężczyźni zdecydowanie gorzej byli przygotowywani do otwartego komunikowania o emocjach, do wchodzenia w subtelne aspekty związku. Jak wynika z badań mojej magistrantki Magdaleny Kucharczyk, to kobiety, nawet te w partnerskich związkach, wkładają więcej wysiłku w intymność i komunikację. W trakcie badań przyznawały, że mają z tego powodu poczucie ograniczenia. Bo angażując się w relację, zawężają sobie pole do działania w innych sferach: zawodowej, społecznej, do których czują się powołane.

Profesor Plopa: – To paradoks naszych czasów, że gdy pytamy młodych ludzi o to, co jest dla nich najważniejsze, na pierwszym miejscu – obok zdrowia – stawiają rodzinę, związek, ale już ich zachowania niekoniecznie idą w tym kierunku. Wszyscy mamy w sobie tęsknotę za bliskością, otwartością, za byciem w pełni ze sobą. Ale nikt nas tego nie uczy. Wiedza na temat relacji, psychologii kobiety i mężczyzny jest prawie zerowa. Kiedy pracowałem ze związkami rozpadającymi się, ogarniał mnie ogromny żal, że nikt tym ludziom wcześniej nie pomógł. Bo gdyby ktoś pokazał im pewne sposoby komunikowania się, czytania siebie, gdyby nauczył ich relacji opartej na wspólnotowej komunikacji, do rozstania mogłoby nie dojść.

Moje i twoje „ja” biorą się za rękę

Jak to zmienić? Katarzyna Popiołek: – Mam nadzieję, że matki będą wychowywały córki ku większej niezależności, bo to właśnie zależność kobiet powodowała uprawianie z jednej strony dość autorytarnej męskiej komunikacji, z drugiej zaś – zawoalowanej, niejedno- znacznej, niewieściej. A u synów będą budziły większą wrażliwość, uczyły ich umiejętności wyrażania emocji, cierpliwej rozmowy. Na efekty przyjdzie jednak poczekać, bo zmiany utrwalonych przez pokolenia form komunikacji dokonują się powoli. Z kolei jeśli chodzi o tu i teraz, to myślę, że ogromnie ważną rolę odgrywają literatura, film, kultura w ogóle – pokazująca określone wzorce relacji, które prowokują dyskusje i zmiany. No i trzeba także zadbać o edukację, i to od najmłodszych lat.
Natura i kobiet, i mężczyzny nastawiona jest na głęboką relację. Różnice tylko nas wzbogacają.
Profesor Plopa także stawia na edukację.

– Nie wszyscy wychowujemy się w domach, w których system komunikacji przebiega prawidłowo. Ci, którzy nie mają dobrego przykładu w rodzinie, mogą wchodzić w płytkie relacje, wycofywać się i wchodzić w nowe. To droga donikąd.

Komunikacja wspólnotowa to nie wymysł filozofów, uczymy się jej od kołyski. Tłumaczy ją teoria przywiązania, przeżywająca teraz renesans, która mówi, że jeżeli dziecko doświadcza bezwarunkowej miłości ze strony matki, to potem idzie z takim wzorcem w życie. Nauczmy się siebie nawzajem „czytać”, wypracujmy swój język komunikacyjny. Jak mężczyznę trochę się rozmiękczy, jak pomoże mu się zdjąć pancerz kulturowej męskości, to odsłania się jego miękka natura, którą kobieta może być zachwycona. Kobiecy mężczyźni, używając terminologii płci psychologicznej, dużo lepiej czują się w bliskości z kobietą niż twardziele. Nie chodzi o to, żeby mężczyzna i kobieta niszczyli swoją naturę – bo takie są obawy. Natura kobiety i mężczyzny zorientowana jest na bliskość, intymność, głęboką relację. Jeżeli coś nam zagraża, to pseudowartości lansowane przez rynek, modę. Bo na pewno nie to, że jesteśmy inni. Różnice nas wzbogacają, powodują, że komunikacja staje się bardziej twórcza. A tam, gdzie istnieje możliwość twórczego działania, jest przecież większa satysfakcja. Bo komunikacja to nie tylko słowa. To moje i twoje „ja”, które biorą się za rękę i idą w jednym kierunku.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Retro

Była miłością życia Johnny’ego Casha, a stała się „tą drugą” – prawdziwa historia Vivian Liberto

Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Małżeństwo Johnny'ego Casha i Vivian Liberto trwało 13 lat. Para rozwiodła się w 1966 roku. Na wieść o śmierci muzyka w 2003 roku Vivian zareagowała następującymi słowami: „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być”. (Fot. materiały prasowe)
Z miłości życia Johnny’ego Casha stała się „tą drugą”. Żyła w cieniu sławnego muzyka, samotnie wychowując jego córki, gdy ten jeździł w trasę i korzystał z uroków życia. W opinii publicznej funkcjonowała jedynie jako dodatek do męża. Jaka była naprawdę? Czy rzeczywiście zawistna i zazdrosna? Oto prawdziwa historia Vivian Liberto.

Choć znał tylko cztery akordy, był niekwestionowaną ikoną muzyki country. Johnny Cash przez życie szedł zygzakiem, najczęściej pod prąd. Miał mentalność wyrzutka i zbaczał z każdej drogi. „Był dokumentnie pokręcony, ale walczył ze sobą” – wspominali koledzy z zespołu. Do tego miał słabość do kobiet, dla których był pociągający nie tylko jako muzyk, ale też mężczyzna o wizerunku buntownika.

Historia miłości Johnny’ego Casha i June Carter jest tak bajkowa, że wydaje się aż niemożliwa. A jednak – spotkali się na scenie, oboje po przejściach, zakochali się w sobie od razu. Potem on przeszedł duchową przemianę. Ludzie ich uwielbiali. Gdzie w tym wszystkim miejsce dla Vivian Liberto, zapomnianej pierwszej żony Casha i matki jego czwórki dzieci: córek Rosanne, Kathy, Cindy i Tary? Samotnej we własnym domu, okaleczonej psychicznie, zmagającej się z niekończącymi się obowiązkami, natrętnymi fanami pukającymi do drzwi, a także wieczną nieobecnością i uzależnieniami męża. Teraz, gdy ludzie dopiero zaczynają słuchać pokrzywdzonych kobiet, jest najlepszy czas, aby opowiedzieć jej historię, bo prawdziwe życie Vivian było romantyczne i oszałamiające, trudne i ważne, a przy tym niezwykle filmowe.

Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)Urodziwa Teksanka Vivian Liberto od razu przykuła uwagę Johnny'ego Casha. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. (Fot. materiały prasowe)

„Nigdy nie przestanę Cię kochać”

Vivan Liberto przyszła na świat 23 kwietnia 1934 roku w San Antonio w Teksasie. Jej rodzice, Tom i Irene, pochodzili z Sycylii. Ojciec był niezwykle surowym, zdewociałym katolikiem, a matka uzależnioną od alkoholu gospodynią domową. Z tego względu Vivian musiała szybko dorosnąć: zajmować się domem, gotować, sprzątać. Robić wszystko to, czego nie była w stanie zrobić jej mama. Gospodarowania nauczyła się natomiast w katolickiej szkole dla dziewcząt im. Saint Mary w San Antonio. Ciężkie dzieciństwo było jednak dopiero początkiem…

Liberto i Cash poznali się na torze wrotkowym w 1951 roku, gdy Vivian miała 17 lat, a Johnny był młodym adeptem Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych stacjonującym przez krótki czas w San Antonio. Brunetka z ciemnymi oczami od razu przykuła jego uwagę. Wyglądała niezwykle egzotycznie. Była bardzo kobieca, miała piękną figurę i niespotykane wyczucie stylu. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Zaczęli razem jeździć, flirtować, a potem odprowadził ją do domu. Młody, przystojny chłopak w mundurze zrobił na Vivian ogromne wrażenie.

Widywali się przez 3 tygodnie, zanim Johnny został wysłany do Niemiec Zachodnich. Wtedy zaczęli pisać do siebie listy, niemalże codziennie. Byli wręcz zamroczeni miłością. „Moja Najdroższa”, „Mój Aniele”, „Moja Kochana”, „myślę o tobie dzień i noc”, i tak bez końca… Później uczucia przekazywali sobie na taśmach. Johnny nagrywał piosenki, nad którymi pracował. „Czy jestem jedynym, który będzie Cię miał do końca świata? Czy będzie inny kochanek, który skradnie miłość, która jest moja?” – śpiewał. Jedna z wiadomości szczególnie chwyciła Vivian za serce:

„Witaj, Vivan. Jak się ma moja ukochana? Ja mam się dobrze, ale jak zwykle tęsknie za Tobą… Ja zawsze bardzo za Tobą tęsknię, Viv. To nie to samo, co bycie z Tobą, ale chcę powiedzieć Ci kilka rzeczy. Najważniejsze jest to, że Cię kocham. Tak, Vivian, bardzo Cię kocham. Już niedługo, będziemy razem na zawsze. Nie będziemy już dłużej liczyć dni. Trzymaj te drogocenne listy, dopóki nie będziemy razem. Tak wiele dla mnie tutaj znaczą. Będę o Tobie myślał, póki znów nie będziemy razem i nigdy nie przestanę Cię kochać. Kocham Cię, Vivian”.

Zaręczyny również odbyły się listownie. Johnny wysłał nawet pierścionek. Gdy po tysiącach listów i długim rozstaniu wrócił do domu, było to dla nich wielkim przeżyciem. Desperacko chcieli być razem i się pobrać. Ślub odbył się 7 sierpnia 1954 roku w San Antonio. Wydali na niego wszystkie oszczędności, a potem pojechali na miesiąc miodowy do Memphis, gdzie również się przeprowadzili. Johnny otrzymał wtedy ofertę pracy w fabryce samochodów. Kolega miał gitarę, więc zaczęli się spotykać i grać. Codziennie pojawiali się również w wytwórni Sun Records u Sama Phillipsa, dopóki ten ich nie wysłuchał.

Zaraz po ślubie Vivian zaszła w ciążę. Gdy zamieszkali w małym mieszkaniu w Memphis byli bardzo biedni. Nie mieli nawet pieniędzy na jedzenie. Vivian zawsze podkreślała, że były to najtrudniejsze, ale również najlepsze, najszczęśliwsze czasy w jej życiu. Sielanka nie trwała jednak długo. Miesiąc po przyjściu na świat Rosanne ukazał się pierwszy album Casha i wszystko się zaczęło. Johnny zaczął koncertować i jeździć w trasy. Gdy pierwszy raz wyjechał, Vivian była przerażona wizją, że zostanie sama w domu z dzieckiem. Ponadto, 6 tygodni po porodzie zaszła w ciążę z Kathy. Zawsze mówiła, że chce mieć szóstkę dzieci, jednak to, co działo się wokół zaczęło ją przytłaczać. „Jak sobie poradzę z dwójką niemowlaków?” – zastanawiała się.

Nagle zrodziła się ogromna sława, a Johnny Cash stał się jedną z największych nowych gwiazd muzyki country. Był bardzo popularny, prawie jak Elvis, z którym stawiano go w jednym szeregu. Nastąpił klasyczny efekt śnieżnej kuli, wszystko działo się niesamowicie szybko. Pierwszy wielki hit Casha, „I Walk The Line”, piął się na listach przebojów. Tekst opowiadał o miłości do Vivian: „Masz sposoby, aby mnie zatrzymać przy sobie. Dajesz mi powody do miłości, której nie mogę ukryć. Dla Ciebie spróbowałbym nawet odwrócić bieg rzeki. Jesteś moja, dlatego nie zbaczam z kursu”.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Stan ten trwał przez dość długi czas. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. Wszystko było bardzo napięte, ale mimo tras i prób Johnny znajdował czas dla rodziny. W 1957 roku małżeństwo Cashów opuściło Memphis i przeprowadziło się do Encino w Kalifornii, w dolinie Los Angeles. Ich trzecia córka Cindy miała wtedy kilka miesięcy, a Johnny dostał propozycję zagrania w filmie „Pięć minut na życie”. Jego menadżer wymyślił, że wejście w kino będzie kolejnym krokiem w jego karierze. Film nie odniósł jednak sukcesu, a Cash nie sprawdził się jako aktor. Mimo to, rodzina została w LA. Vivian myślała wtedy, że gdy przeprowadzą się do Kalifornii, mąż będzie występował w telewizji, grał w filmach i wracał co noc do domu. Rzeczywistość okazała się nieco inna. Johnny chodził na obiady z szefami, potem robił program w TV, trasę i dodatkowo promował siebie. Australia, Tasmania, Nowa Zelandia, Alaska, Pitticollac Cove – co chwilę nowe miejsce. Miała męża który był bardzo sławny i podróżował, a ona zostawała w domu z dziećmi – kompletnie sama, bez żadnej pomocy. Było jej wtedy niezwykle trudno. Ponadto nie była przygotowana na taki rozgłos i uwagę publiczną. Była skromną dziewczyną, której zależało na życiu rodzinnym. Jej system przyjmował sławę jako upokorzenie.

Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)Na początku byli w sobie bardzo zakochani. Vivian zawsze podkreślała: „Przez pierwsze lata nasz związek był bardzo udany. Cieszę się z tego i mam nadzieję, że moje dzieci mają dobre wspomnienia z tego okresu”. (Fot. materiały prasowe)

Raj, który zamienił się w piekło

Kolejnym etapem w ich życiu było zamieszkanie w małej wiosce Casitas Springs. W 1961 roku zbudowali ogromny, odizolowany od świata dom na wzgórzu, pośrodku niczego. Był to wiejski zamek ukryty przed ludźmi, a wokół otaczały ich biedne domki niższej klasy średniej. Vivian była wtedy w ciąży z Tarą, którą urodziła tuż przed przeprowadzką. Poród był niezwykle trudny. Mówiła, że już nie chce mieć więcej dzieci. Była w szpitalu kilka dni, a gdy wróciła do domu, Johnny znów pojechał w trasę. Kolejny raz została sama, tym razem już z czwórką dzieci. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. Pewnego dnia wrócił, ale nie był sobą. To był początek jego uzależnienia od narkotyków i alkoholu.

Relacje Johnny’ego i Vivian znacznie się pogorszyły. On wracał do domu później niż obiecywał, najczęściej nad ranem i pod wpływem środków odurzających. Ona wykorzystywała spóźnienia przeciwko niemu. Wtedy zaczynały się kłótnie. W ich życiu pojawiła się również June Carter, a Johnny zaczął coraz bardziej oddalać się od żony i dzieci. Wszyscy widzieli, że po prostu szuka sposobu, aby odejść na dobre. Wyjeżdżał na coraz dłuższy czas, praktycznie w ogóle nie było go w domu. Mijały urodziny dzieci, rocznice ślubu, święta, a on się nie pojawiał. Gdy przyjeżdżał po długiej nieobecności, dochodziło do starć. Pojawiły się też niezauważalne wcześniej różnice. Vivian była wściekła, nie chciała być już cichą kurą domową, a Johnny nie znosił kłótni.

Vivian zamknęła się w sobie. Zaczęła się bać, że straci męża, co przerodziło się w ogromny lęk i niechęć. Niewiele jadła, praktycznie cały czas spała, zamartwiała się, traciła na wadze, wypłakiwała oczy. Zgryzota prowadziła ją prosto ku śmierci. Nie wiedziała jak znaleźć Johnny’ego, żeby z nim porozmawiać. Można było zadzwonić do kolegów z zespołu lub kogoś z kim współpracuje – był to jedyny sposób na kontakt. Starała się być silna, ale jednocześnie rozpadała się w środku. Bywała wściekła, przerażona, niespokojna, porażona żalem. W domu brakowało poczucia bezpieczeństwa, panował chaos. Nie było wychowania, tylko ciągła obawa, że Vivian sobie coś zrobi. „Kiedy wracałam ze szkoły, zastanawiałam się, czy mama jeszcze żyje. To było popieprzone. Tak nie powinno się wychowywać dzieci” – wspominają córki, dla których był to wyjątkowo mroczny czas.

Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)Gdy Johnny wyruszał w trasę koncertową, Vivian zostawała sama z dziećmi. Była przerażona, a im dłużej trwała nieobecność męża, tym było gorzej. (Fot. materiały prasowe)

Trudnym momentem w życiu Vivian był również rok 1965, kiedy Johnny został aresztowany w El Paso za posiadanie narkotyków. Pigułki znaleziono w futerale na gitarę. Vivian poszła z nim do sądu, a gdy wychodzili z budynku, ktoś zrobił im zdjęcie, które trafiło na okładki gazet. Wtedy zaczęły się plotki o tym, że Vivian jest czarnoskóra. Na południu w latach 60. poślubienie czarnej kobiety było niedopuszczalne. Małżeństwo walczyło więc z nienawiścią i prześladowaniem. Odwołano nawet wszystkie koncerty Casha, więc aby móc występować, muzyk musiał sądownie udowodnić, że Vivian jest kobietą rasy kaukaskiej.

Cała ta sytuacja dotknęła jej najgłębszych ran, które tkwiły w niej od dzieciństwa. Znowu przestała sypiać. Pewnego dnia powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. W 1966 roku złożyła pozew o rozwód z nadzieją, że Johnny wróci do domu. Myślała, że mąż w końcu się opamięta, ale wszystko obróciło się przeciwko niej – ku jej zaskoczeniu zgodził się bez zastanowienia. Po 13 latach małżeństwo Cashów dobiegło końca.

„Miała wybór: położyć się i umrzeć, albo iść dalej – wybrała to drugie”

W 1968 roku zaczęła życie na nowo. Nie wiadomo skąd miała na to siłę. Znalazła dom w dobrej lokalizacji, ponownie wyszła za mąż. Jej wybrankiem został Dick Distin, policjant z Kalifornii, przy którym w końcu czuła się bezpiecznie i mogła mieć wszystko pod kontrolą. Dobrze wiedziała, że prędzej czy później Johnny poślubi June, dlatego ona chciała zrobić to pierwsza. Po prostu nie mogła być sama. W tym czasie rozwijała pasje: taniec, ogrodnictwo, malarstwo. Organizowała spotkania i przyjęcia dla rodziny i przyjaciół, żyła pełnią życia. Najważniejsze było mieć zajecie, bo gdy była zajęta, nie myślała. „Radzę sobie lepiej, kiedy o pewnych sprawach nie myślę” – mówiła.

Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)Pewnego dnia Vivian powiedziała córkom: „Doktor powiedział, że jeśli się nie pozbieram, ktoś inny będzie musiał zająć się moimi dziećmi. W tym momencie postanowiłam, że muszę wyjść na prostą, muszę przestać myśleć o samobójstwie i skupić się na tym, co trzeba”. (Fot. materiały prasowe)

Po rozwodzie dla ludzi stała się nikim, przestano ją dostrzegać. Opinia publiczna przedstawiała ją jako kobietę, którą Johnny musiał zostawić, żeby się ratować, oczyścić i rozpocząć nowe, lepsze życie u boku June Carter, z którą ożenił się w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. To właśnie June była tą, która uratowała go od narkotyków. To z nią dzielił miłość do muzyki, występował, jeździł w trasę. Publiczność ich uwielbiała, a program „The Johnny and June Show” był niezwykle popularny, natomiast Vivian popadła w zapomnienie. „Nie potrafiła pomóc ani sobie, ani Johnny’emu”, „Inna kobieta pomogła mu wyjść z choroby gorszej niż rak” – pisano w gazetach.

Podczas wywiadów Carter mówiła, że mają siódemkę dzieci. Tak naprawdę mieli tylko syna, Johna. June miała jeszcze dwie córki z poprzedniego małżeństwa, Carlene i Rosie. To bolało Vivian najbardziej. Wychowanie dziewczynek było dla niej ogromnym wysiłkiem, robiła to całkiem sama, bez niczyjej pomocy. Było jej ciężko słuchać, jak nowa żona jej byłego męża najzwyczajniej w świecie przywłaszcza sobie jej dzieci. Do tego nie mogła nic zrobić, nie miała jak tego sprostować opinii publicznej. Zawsze mawiała: „Zobaczycie, pewnego dnia napiszę książkę”. June mogła bez końca mówić mediom „To są nasze dzieci”. Vivian nie miała tego przywileju, a bardzo zależało jej na tym, aby ludzie widzieli w niej matkę, dostrzegli jej rolę. Pozwalając June mówić tak, Johnny ponownie łamał Vivian serce.

W późniejszych latach Vivian starała się żyć pełnią życia. Mieszkała w Venturze, często widywała się z córkami i ich rodzinami. Była pełna energii, ale już dawno straciła radość życia. Nie śmiała się, widać było, że cierpi. Było jasne, że nadal kocha Johnny’ego, i tylko jego. Zawsze go kochała. I nigdy o nim nie zapomniała, a jej obecny mąż dobrze o tym wiedział. Gdy 15 maja 2003 roku zmarła June, Vivian spotkała się z Johnnym, aby poprosić go o zgodę na napisanie i publikację książki. Chciała w końcu opowiedzieć światu swoją historię. „Powinnaś to zrobić” – powiedział. Cieszyła się, że uzyskała jego aprobatę, bo wiele dla niej znaczył.

Kilka miesięcy później Johnny dołączył do June, a Vivian ponownie doświadczyła straty na oczach całego świata. „Chociaż nie widywałam go zbyt często, nie rozmawiałam z nim, wystarczyło, że wiedziałam, że był na tej planecie. Ale teraz już go nie ma i nie wiem, czy sama chcę tu być” – mówiła. W tym czasie można było odczuć, że ludzie woleliby wymazać ją z życiorysu męża. Było to dla niej podwójnie trudne.

Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)Johnny Cash poślubił June Carter w 1968 roku. Oświadczał się 30 razy, zanim się zgodziła. Powiedziała „tak” na scenie podczas koncertu w Londynie. Drugie małżeństwo muzyka mu służyło – zerwał z nałogami, nawrócił się, a jego kariera nabrała tempa. (Fot. BEW Photo)

„Wybaczyłam Johnny’emu i June”

W książce „I Walked The Line”, którą napisała pod koniec życia, wybaczyła byłemu mężowi i jego drugiej żonie. Zmarła po nieudanej operacji na raka płuc. W końcu stała się wolna – od cierpienia, poniżenia, smutku, żalu, odrzucenia i tego wszystkiego co ją spotkało. Odeszła kochając Johnny’ego całym sercem. Mówiła, że nigdy nikogo nie kochała tak jak jego. „Kochała do szaleństwa, była wspaniałą przyjaciółką. Była zdyscyplinowana, zawzięta i kreatywna. Próbowała różnych rzeczy, dzięki którym czuła się potrzebna i ważna dla świata, była niesamowitą kobietą z talentami i apetytem na życie” – wspominają córki.

Jesienią 2005 roku miała odbyć się premiera głośnego „Spaceru po linie” z Joaquinem Phoenixem i Reese Whiterspoon w rolach głównych. Film portretuje Vivian niezgodnie z rzeczywistością, jako tę okrutną, zawistną i zazdrosną. Tę niestabilną psychicznie, która miała wieczne pretensje do męża i stała mu na drodze do szczęścia. Vivian przeczuwała, że produkcja nie postawi jej w dobrym świetle i dlatego chciała stąd zniknąć. „Film przedstawiał ją inną niż była, bo nie sądzę, żeby ktokolwiek próbował ją wcześniej poznać”, „Ten film by ją zabił” – mówiły rozgoryczone córki.

Prawdziwą pamięć o Vivian Liberto Cash Distin przywraca dokument „Moja kochana Vivian” w reżyserii Matta Riddlehoovera, który od niedawna można obejrzeć w kinach. Jest to historia opowiedziana z perspektywy czterech córek Cashów: Rosanne, Kathy, Cindy i Tary, które dzielą się z widzami swoim spojrzeniem na ówczesne rodzinne problemy. Mówią o emocjach, miłości, samotności i strachu, przedstawiając relację rodziców z zupełnie nowej, nieznanej ludziom perspektywy. Zabierają widzów w romantyczną, ale również niezwykle traumatyczną podróż po doświadczeniach kobiety, która w świadomości ludzi przez długi czas funkcjonowała jedynie jako dodatek do sławnego męża.

"Historia mojej matki często była gubiona lub interpretowana w sposób błędny, służący mitowi" – mówi najstarsza córka Cashów, Roseanne. "Ten film, opowiadający o prawdziwej Vivian Liberto, a nie jej hollywoodzkiej wersji, jest bolesny, a jednocześnie pełen współczucia, rozdzierający, ale prawdziwy. Pomimo tego, że ogromnie chroniła swoją prywatność, myślę, że pragnęła, aby jej historia została opowiedziana, a jej miejsce w historii mojej rodziny zostało uznane z szacunkiem i miłością” — dodaje.

  1. Psychologia

Jak pomóc dziecku odnaleźć własną drogę?

Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś podąża za tym, co ma dla niego sens i budzi jego entuzjazm, odnajdzie się w każdych warunkach. I przede wszystkim w tym powinno się pomagać młodym ludziom. (Fot. iStock)
W trosce o przyszłość dzieci wielu rodziców wywiera na nich presję wyboru studiów, które zagwarantują im dobrą pracę. Tymczasem miniony rok pokazał iluzoryczność takiego podejścia. Jak zatem wspierać dziecko w planowaniu jego przyszłości? O wskazówki poprosiliśmy wykładowcę akademickiego i pisarza Mikołaja Marcelę.

Rok temu rozmawialiśmy o tym, jak mądrze wspierać decyzje nastolatków dotyczące wyboru zawodowej drogi. Jak pandemia zmieniła twoją perspektywę?
Pandemia zmieniła sposób, w jaki patrzymy na wiele kwestii. To, co wydawało się niemożliwe jeszcze rok temu, zostało wprowadzone w życie z dnia na dzień: zdalna edukacja, zdalna praca na szeroką skalę, przeniesienie naszego funkcjonowania do sieci w jeszcze większym stopniu niż wcześniej. To doświadczenie wywrze wpływ na kształt rynku pracy, a przez to na myślenie o wyborze zawodowej drogi życiowej. Pandemia nauczyła nas, że – by przypomnieć słowa amerykańskiego futurologa Alvina Tofflera – w XXI wieku najważniejszą zdolnością w pracy i poza nią będzie zdolność do uczenia się, oduczania i uczenia się na nowo. Warto więc wspierać młodych ludzi w ich wyborach i tworzyć im warunki do wyrabiania w sobie tej zdolności.

W jaki sposób?
Pozostawiając im jak największą autonomię działania, wspierając, gdy zajdzie taka potrzeba, i prowadząc z nimi otwarty dialog. Próba planowania młodym ludziom ich przyszłości z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Jak widzieliśmy w ostatnim czasie, jedno wydarzenie może bardzo poważnie zmienić kształt naszej rzeczywistości. Do tego dochodzą takie procesy, jak postępująca automatyzacja i rozwój uczenia maszynowego, które jeszcze bardziej namieszają w świecie w najbliższych latach. Jeśli jednak ktoś podąża za tym, co budzi jego entuzjazm i co ma dla niego sens, odnajdzie się w każdych warunkach. I w tym przede wszystkim powinno się pomagać młodym ludziom.

Teoria autodeterminacji sugeruje, że mamy trzy podstawowe potrzeby psychiczne: kompetencji, autonomii i bycia z innymi ludźmi. Jeśli są one zaspokojone, jesteśmy zmotywowani, produktywni i szczęśliwi. Jeśli nie możemy ich zaspokajać, jesteśmy zdemotywowani, nieefektywni w działaniu i nieszczęśliwi.

Wrócę jeszcze do pandemii i wynikających z niej ograniczeń kontaktów. Czy dla młodzieży naprawdę dużo się w związku z tym zmieniło, czy jako dorośli wyolbrzymiamy problem?
Zmieniło się bardzo dużo. U niektórych są to zmiany na lepsze, u niektórych na gorsze. Ograniczenie kontaktów źle zniosły osoby, które są ekstrawertyczne, to musiał być dla nich duży problem, choć myślę, że wielu nastolatków sobie całkiem dobrze poradziło, patrząc na młodych ludzi w okolicach, w których mieszkam. Na dobre wyszło to tym, którzy męczyli się w szkole.

Czyli komu?
Na przykład introwertycy – dla nich to pewnie świetny czas. Myślę, że skorzystały również osoby, które mają w domu przestrzeń do samorozwoju i których rodzice mają mało rygorystyczny stosunek do edukacji. Znam wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich miesiącach odkryli nowe zainteresowania, podjęli się projektów, które odkładali, bo nigdy nie było na nie czasu.

Największy wpływ pandemia ma jednak na edukację jako taką. Jestem przekonany, że po jej zakończeniu nie będzie już powrotu do dawnej szkoły. I dobrze.

Uważasz, że szkoła cyfrowa to błogosławieństwo? Znam opinie, że to przekleństwo...
Jak dla mnie błogosławieństwo, choć oczywiście wszystko zależy od konkretnego przypadku. Przeniesienie „modelu pruskiego” do Internetu to koszmar – zarówno dla nauczycieli, jak i uczniów. Siedzenie po siedem godzin przed ekranem i słuchanie przemawiających nauczycieli nie ma oczywiście żadnego sensu i jest stratą czasu. Natomiast wykorzystanie możliwości, jakie daje edukacja cyfrowa, konkretnych narzędzi i zasobów w sieci – to już zupełnie inna historia.

Zresztą powinniśmy zacząć zupełnie inaczej myśleć o Internecie i świecie cyfrowym w kontekście edukacji, i nie tylko. Temu zagadnieniu razem z Zytą Czechowską, Nauczycielką Roku 2019, poświęciliśmy naszą nową książkę „Jak nie zgubić dziecka w sieci. Rozwój, edukacja i bezpieczeństwo w cyfrowym świecie”.

I jak widzicie nastolatki? Czy życie online ograniczyło ich zainteresowania?
Nie sądzę. Młodzi ludzie już od dawna nie dzielą świata na ten online i ten offline. Uczą się i rozwijają swoje zainteresowania dzięki Instagramowi czy Redditowi, oglądając filmy na YouTubie, słuchając piosenek i podcastów na Spotify. I grają w gry, gadając przy tym na Discordzie. Warto mieć to wszystko na uwadze, kiedy krytykujemy młodzież za to, że siedzi zbyt długo w Internecie. Podobnie jak należy pamiętać o korzyściach, jakie płyną chociażby z gier komputerowych. W ostatnich dekadach bardzo często demonizowaliśmy wpływ gier na umysły młodych ludzi, niemniej grając w nie, uczą się bardzo wielu rzeczy.

Czas okołomaturalny to moment, gdy rodzice szczególnie wywierają wpływ na decyzje dotyczące przyszłości nastolatków. Teraz, gdy siedzimy w domach, cierpliwości do siebie mamy coraz mniej. Czy którymkolwiek rodzicom udaje się w ogóle powstrzymać od sterowania dziećmi?
Myślę, że nawet całkiem sporej grupie rodziców to się udaje. Nie widzę żadnego sensu w wywieraniu presji w takich kwestiach. W poprzednich książkach pisałem sporo o tym, jak jest to szkodliwe w dłuższej perspektywie.

Ostatni rok pokazał, że nie ma w obszarze zawodowym niczego stałego. Jakie wnioski powinni z tego wysnuć rodzice nastolatków?
Że nikt nie wie, co przyniesie przyszłość i jakie zawody będą wtedy potrzebne, a jakie znikną z rynku. Yuval Noah Harari w książce „21 lekcji na XXI wiek” przekonuje, że warto inwestować w rozwijanie podstawowych umiejętności, które nazywa „4K”.

Od czego to skrót?
Komunikacja, kooperacja oraz kreatywne i krytyczne myślenie. W przyszłości kluczowe będą też zdolność do samokształtowania siebie, konsekwentnego rozwoju osobistego oraz umiejętność wymyślania planu na siebie, także pod względem zawodowym.

A jak młodych uczyć tego „wymyślania siebie”?
By młodzi mogli się tego wszystkiego nauczyć, muszą mieć jak najwięcej czasu i przestrzeni dla siebie. Obecnie czasach to jedna z najtrudniejszych rzeczy do zrobienia, ale według mnie rodzice powinni przede wszystkim odpuścić sobie bycie idealnymi rodzicami i pozwolić dzieciom prowadzić ich własne życie.

Dziś niemal wszyscy rodzice przyszłych studentów chcą, żeby ich dzieci wybrały kierunki studiów związane z IT, ostatecznie grami komputerowymi. Czy to mas sens?
Ma to sens w przypadku osób, dla których IT i gry komputerowe są ważne w życiu. Z drugiej strony obawiam się, że dla wielu z nich – zwłaszcza tych bardzo zaawansowanych – studia mogą się okazać rozczarowaniem. Natomiast nie ma to sensu w przypadku osób, które zupełnie się tym nie interesują. Jeśli nastolatek kocha pisać, niech przyjdzie do nas na sztukę pisania na Uniwersytecie Śląskim. Jeśli chce walczyć o prawa zwierząt w przyszłości, niech zdaje na prawo. Jeśli kocha malować, niech wybierze Akademię Sztuk Pięknych, a jeśli fascynuje go biologia – biologię.

Niech każdy robi to, co jest mu bliskie i do czego czuje się stworzony, a nie studiuje to, co „powinno się” studiować. Wtedy naprawdę będziemy mieli lepszy świat i szczęśliwszych ludzi. Według mnie to jest bardzo proste i w sumie zastanawiam się, jakim cudem możemy o tym dalej dyskutować.

Czy naprawdę warto zachęcać dziecko, żeby było pisarzem, aktorem czy filozofem? Życie online sprawiło, że zaczynamy myśleć, że sztuka to grafika komputerowa, a koncertem jest transmisja z czyjejś kuchni. Szybko zgubiliśmy potrzeby kulturalne.
Nie wiem, czy to zły czas dla poetów i filozofów – sam jestem m.in. magistrem filozofii i nie jest mi z tym źle, a nawet całkiem mi to pomaga. A co do potrzeb kulturalnych, mam wrażenie, że oglądamy, słuchamy i czytamy więcej niż kiedykolwiek wcześniej. To też kwestia wymyślenia niektórych rzeczy na nowo, otwierania się nowych przestrzeni. Różne instytucje proponują rozwiązania, o których do tej pory pewnie nie myślały. Ostatnio widziałem billboard Opery Śląskiej, która zaczęła oferować usługę VOD.

Pamiętajmy, że koniec jest zawsze nowym początkiem. Dlaczego nie pomyśleć o potencjale aktorstwa na YouTubie czy TikToku? Judi Dench w czasie lockdownu zaczęła tworzyć viralowe nagrania na TikToku ze swoim wnukiem. Myślę, że to też może być nowe otwarcie dla kultury i sztuki, czego chyba coraz bardziej potrzebowaliśmy w ostatnich latach.

Mikołaj Marcela, dr nauki humanistycznych, nauczyciel akademicki, współautor i współkoordynator kierunku sztuka pisania na Uniwersytecie Śląskim. Pisarz i autor tekstów piosenek.

  1. Psychologia

Czy uda się, jeśli spróbujemy drugi raz?

Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? (Fot. iStock)
Dawna miłość to delikatny języczek naszych uczuć. Dotyka tego, co w nas intymne. Ale czy to znaczy, że jest możliwe drugie miłosne rozdanie dla tej samej pary? Pytamy psychoterapeutę Roberta Rutkowskiego.

Spotkać się czy nie z dawną miłością, która właśnie wróciła z zagranicy, rozwiodła się, zadzwoniła po latach – przecież mamy poukładane życie? Czy to miłość czy tylko wspomnienia? Czy nam się uda, jeśli drugi raz spróbujemy?
To wcale nie najważniejsze z pytań, jakie można sobie w takiej sytuacji zadać. Skupiając się jednak na szukaniu odpowiedzi na nie, łatwo pominąć to, co najważniejsze. Czyli zamiast zastanawiać się, czy kocham, chcę i akceptuję tego człowieka z mojej przeszłości - warto zapytać się czy: akceptuję, kocham i chcę samego siebie? Zanim spotkam się – lub nie spotkam z dawna miłością, trzeba najpierw spotkać się z samym sobą! Spotkanie to nam się jednak nie uda, jeśli będziemy przed nim uciekać w romanse z i te z przeszłości i te nowe. To droga do zatracenia. Aby być gotowym na dobry związek, trzeba być gotowym na samego siebie. Pokochać siebie. A często mijają lata, a my ani razu nie staniemy przed lustrem, żeby się sobie przyjrzeć.

To zaboli, podczas gdy wino z dawną miłością może uskrzydlić!
Samopoznanie zaczyna się od bólu, to prawda. Wynika on z zajęcia się tym, co się w moim życiu wydarzyło: czemu porzuciłem, zdradziłem, pozwoliłem odejść? Skąd się wzięły te moje zdrady, kłamstwa, przemoc, udawanie? Ale to tylko pierwszy krok, niezbędny do tego, by pojawiło się zrozumienie: dlaczego tak postąpiłem, czemu mnie to spotkało? To ważne, bo tylko wtedy, kiedy rozumiem, mogę sobie wybaczyć. A nie wybaczając sobie, nie stworzę dobrego związku z drugim człowiekiem.

Po co grzebać się w przeszłości, co było minęło! Możemy spróbować jeszcze raz!
I jeszcze raz przeżyć ten sam koszmar? W latach 90. byłem w burzliwej i atrakcyjnej relacji. Ale pewnego dnia wracam do domu, a tam moja partnerka grzebie w szafie. Myślałem, że układa rzeczy, ale ona zapytała, czy mógłbym jej pomóc spakować się, bo przeprowadza się do Piotrka. Zupełnie otępiały pomogłem nawet wynieść walizki. Potem bardzo tęskniłem, cierpiałem. Kiedy po roku, jak już nie było między nami żadnej relacji, zadzwoniła w sprawie naszego psa, pomyślałem, że jej chodzi o mnie, bo też tylko 12 miesięcy po ważnym związku, to za mało, żeby oprzytomnieć, choćbyśmy się rzucili w wir pracy, czy nowych relacji. No więc będąc jeszcze nadal pogrążony w iluzji miłości do niej, zacząłem z nią żyć, co zakończyło się zupełną katastrofą. Ja, oczekiwałem tamtej jej, sprzed roku. A ona po nieudanym związku, zmieniła się. Ja odwrotnie – nadal byłem taki jak przed naszym rozstaniem, a więc taki jaki ją rozczarowałem, skoro odeszła do innego. No, ale i ona przez chwilę myślała, że to co do mnie czuje, to miłość, a to był tylko … emocjonalny ślad dawnych uczuć. Jej rozczarowanie szybko odżyło i znów zostałem porzucony.

Powroty czasem się udają. Znajoma jest od kilku lat z kimś, kogo zawsze z wzajemnością, choć platonicznie kochała. Jak twierdzi, było to możliwe dlatego, że dorosła, przestała być lekkomyślna i nieobliczalna.
Jeśli się spotkamy, tak jak mówiłem, sami ze sobą, to wtedy realne staje się nierealne. To jednak rzadkość. Paradoks zmiany polega na tym, że nie można z przeszłości iść w przyszłość, pomijając teraźniejszość. Czyli: nie jesteśmy w stanie wpływać pozytywnie na swoją przyszłość, jeśli nie zaakceptujemy siebie tu i teraz, nie wybaczymy sobie. Poczucie winy, ból odrzucenia, jakie dźwigamy, wciąż rozpatrując, co mogliśmy zrobić, ile zmarnowaliśmy – nic nie dają. Nic nie zmarnowaliśmy! Wszystko to była lekcja.

Piękne słowa, ale…
Nie tylko słowa. Widzę po swoich pacjentach, że pierwszy krok, to dać sobie prawo do bycia takim, jakim jestem: pogubionym, niepoukładanym, płaczącym w gabinecie psychoterapeuty. Te chusteczki tu, na stoliku, to nie dekoracja. Częściej używają ich zresztą mężczyźni niż kobiety.

I bywa, że właśnie z powodu dawnej miłości?
Tak. Jako młokos poznałem dziewczynę, w której się zakochałem i byłem przez jakiś czas. Niestety, rozstaliśmy się, bo ja byłem niedojrzały. I musiałem sam przejść psychoterapie, do pewnych rzeczy dojrzeć, żebyśmy mogli - kiedy się znów spotkaliśmy - być razem. I teraz ta kobieta jest moją żoną, mamy dziecko i jesteśmy szczęśliwi. Ale dużo czasu mi zajęło to, żebym zrozumieć, że ten chłopiec, który nadal we mnie mieszka, dowartościowuje się kolejnymi romansami, i że to go ogranicza, jest jak każde inne uzależnienie. Że kolejne romanse są dla niego jak heroina, a więc to jego śmierć na raty. Prawdziwe życie to wolność od uzależnień…

Różne są jednak miłosne powroty. Może wrócić ktoś, z kim nigdy nie byliśmy blisko. Albo z kim mieszkaliśmy, a nawet byliśmy małżeństwem… Czy przy drugim rozdaniu, któraś z tych miłości ma większe szanse?
Jeśli tylko do kogoś wzdychamy, oczy za nim wypatrujemy i o nim fantazjujemy, to ta nasza miłość raczej nie wytrzyma konfrontacji z rzeczywistością. A to dlatego, że stan oczarowania miłosnego polega na idealizowaniu. I taki nieprawdziwy obraz ukochanej osoby zachowa nasz mózg. A że wydeptaliśmy tym wzdychaniem i fantazjowaniem tzw. ścieżkę neuronalną w naszym mózgu, kiedy więc tylko zobaczymy obiekt naszej fascynacji, mózg odpali stare emocje i poczujemy to same euforyczne uniesienie, jak wtedy kiedy gapiliśmy się na nią czy za niego na szkolnym korytarzu. Jednak, jak obliczyła pewna amerykańska badaczka, Nancy Kalish z California State University w Sacramento, statystycznie nic z tego nie będzie. Właśnie dlatego, że mamy zbyt wygórowane oczekiwania.

Fantazja pryska kiedy spotykamy realnego człowieka?
Tak, bo przez te lata nie „kochaliśmy” prawdziwego człowieka, z jego wadami i niedoskonałościami, ale wymyślony obraz, ideał! A miłość nie ma nic wspólne z ideałem! W pięknej scenie „Buntownika z wyboru” terapeuta zwierza się studentowi, że tęskni za zmarłą żoną, która – przez sen … puszczała bąki! I to jest miłość. Nie jest to zapach róż, czy skomplikowane frazy poetyckie. To praktyka dnia codziennego. Dlatego, wracając do pytania – łatwiej reaktywować miłość, kiedy było się razem, miało to szare życie: ona budziła się rano bez makijażu, a on stłukł jej kubek. Bo to znaczy, że coś głębszego się między nami pojawiło. Życie czasem jednak niesie takie scenariusze, że mimo to ludzie bliscy rozstają się: bo on za dużo pracował, albo ona dała się oczarować innemu.

„Nie kupował mi ani leków, ani kwiatów. Nie było go od czasu studiów, a mój mąż był” – powiedziała moja przyjaciółka, kiedy nagle zjawił się „mężczyzna jej życia”. Czy odrzuciła miłość?
Miłość, to obecność. Mówisz o dojrzałości, o decyzji podjętej przez osobę dojrzałą. A możemy też mówić o dojrzałym i niedojrzałym uczuciu. Niedojrzałe porusza się w przestrzeni teoretycznej. Czyli on mógł nawet przez te lata uważać, że ją kocha. Ale to była tylko teoria. Teoria bez praktyki? Bywa świetna, porywająca! Umysł potrafi tworzyć fantastyczne koncepcje. Ale co nam po nich, jeśli życie i tak wszystkie je zweryfikuje? Dojrzałe uczucie porusza się w przestrzeni praktyki i dlatego powrót do wyśnionej miłości sprzed lat okazuje się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem.

Poczucie więzi z tym, z kim jestem, jest takie kobiece. Mężczyzna spróbuje zdobyć tę, która kiedyś mu odmówiła, choćby miał żonę i dzieci.
I co dalej? Wróci do żony? No właśnie… Mężczyzna może się łatwo przekonać, czy jest mężczyzną. Męskość to wierność. I to mówi ci facet, który do tego stwierdzenia dojrzewał trzy czwarte swojego życia. Ale teraz nie mam kłopotu z decyzją. To kwestia wartości. Ale też rozsądku, bo sam wiem, że poczułem się wolnym człowiekiem, dopiero kiedy przyrzekłem swoje obecnej żonie wierność i jej dotrzymuję.

Ale kiedy się spotykamy z narzeczonym ze studiów, czujemy się tak jakbyśmy znów mieli te 20 lat, więc idziemy z nim na wino zamiast z mężem – choć byliśmy umówieni do kina i choćby on nawet już pod tym kinem stał! A więc może to miłość nami kieruje? To szaleństwo to jej najlepszy dowód?
Czujemy się na 20., ale mamy znacznie więcej. I to jest pierwsza prawda. Druga pomaga zrozumieć, co się z nami zadziało i dlaczego nie warto nazywać tego z punktu miłością. Otóż każdy z nas, niezależne od wieku, ma w sobie irracjonalne pragnienie, by zrobić coś szalonego, by narozrabiać. Pragniemy tego nawet po siedemdziesiątce, bo w głębi siebie zawsze mamy dziecko. No, ale dziecięce chęci u dorosłego, mogą łatwo stać się przebranym w krótkie spodenki destruktorem. Nabrojenie może więc być piękne, dopóki nie przekroczymy, pozwalając sobie na nie, poczucia bezpieczeństwa drugiego bliskiego nam człowieka. Nie obudzimy jego lęku. A więc zadajmy sobie pytanie, czy pędząc na spotkanie z dawna miłością kogoś nie krzywdzę? Kaptur na głowie, żeby nikt nie widział, i marsz do hotelu po seks z dawną partnerką – to słabe. Zostawienie męża pod kinem? Sama sobie odpowiedz… Miłość ma w sobie element wolicjonalny, czyli świadomej decyzji. A więc ten z kim jestem i którego znam, czy tamten z przeszłości i idealizacji? Sprawy zamknięte takimi powinny pozostać. Inaczej skazujemy siebie i drugiego człowieka na szarpaninę.

Zazwyczaj opowiadamy o miłości z punktu widzenia zakochanych, nie patrzymy z perspektywy tych, którzy są z nimi…
Mówi się, że jeśli w naszym związku nie układa się, to wtedy ulegniemy czarowi dawnej miłości. Nie zawsze, bo to po sutym obiedzie mamy ochotę na deser, a potem rozglądamy się jeszcze za czymś słonym. Taką mamy naturę i to ona pcha nas do tego, żeby się nam chciało przeżywać coś na odwyrtkę… Dawna miłość to delikatny języczek uczuć. Można je poznać, ale nie zaczynać od spotkania z dawną miłością. Bo ten ktoś może liczy na twój powrót, a ty tylko sobie chcesz powspominać, czy poczuć się jak dwudziestolatka. Jeśli wiesz że ten ktoś cię kocha, nie spotykaj się. Bo sama twoja obecność możesz zadawać ból nadal kochającemu…

Na jak długo wystarcza nam miłości, jeśli się nie spotykamy?
To zależy, jeśli zakochaliśmy się w gwieździe rocka, po pół roku zazwyczaj nam mija. Ale jeśli, kiedyś powiedzmy w studenckich czasach, widywaliśmy się często, to ten człowiek może stać się naszą obsesją. I nawet gdy zaczniemy żyć z kimś innym, jak kochankowie, pozostaje wzorcem choćby urody. Możemy sobie z tego nie zdawać sprawy, ale jeśli to była blondynka z długimi włosami, taka zapewne będzie nasza żona. Ponieważ, jak mówiłem, nasz mózg pamięta wszystko, to gdy nagle spotykamy dawną miłość - wszystko wraca. Mózg uruchamia dawne uczucia tak jakby zapalił światło w dawno nieotwieranym pokoju. Tyle, że to oczarowanie, fantazja, które tam żyją, niewiele mają wspólnego z człowiekiem, który teraz staje na naszej drodze. Niewiele też z nami samymi, takimi jakimi dziś jesteśmy.

Zdarza się, że ona, dumna z męża i dzieci, przeczyta na Facebooku wyznanie danego partnera i myśli: co nim kieruje? Na co liczy? Co czuje? Po co to pisze? Czy to miłość?
Może nie dał wtedy rady i dlatego jej szuka? Chce, żeby pojawiła się szansa na odzyskania dobrego zdania o sobie? Na to by tym razem sprostał sytuacji. Albo wrócił, by tak naprawdę zawalczyć ze swoimi poczęciem winy i wstydu. No i jest ryzyko, że znów może odejść, jak tylko zaspokoi swoją potrzebę dowartościowania albo zmazania winy. Po prostu bywa, że ktoś w przeszłości szuka „prawdziwej” miłości po burzliwym rozwodzie, bo wmówił sobie, że się nie udało, bo nadal kochał kogoś z przeszłości. A jakby zadałby mu to najważniejsze pytanie: czy kocha siebie i czy chce spędzisz swoje życie z kimś, kto jest mu najbliższy, czyli ze sobą?

  1. Psychologia

Gdy widzę pole do negocjacji, widzę więcej – na czym polegają negocjacje?

Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Negocjacje - przykłady z życia, które pomagają inaczej spojrzeć na wiele spraw. (fot. iStock)
Wszędzie widzi pole do negocjacji, to pozwala jej marzyć. Uważa, że jednym z najgorszych rozwiązań jest kompromis, a politycy nie są dobrymi negocjatorami. Wygrać w negocjacjach z własnymi dziećmi to według psycholożki Ewy Kastory ponieść porażkę. Słowo „nie” oznacza dla niej: teraz nie, bo wszystko, co zdarzy się za chwilę, jest przyszłością, a negocjuje się zawsze przyszłość. Na czym polegają negocjacje? I jakie mogą być przykłady negocjacji w życiu codziennym?

Na czym polegają negocjacje? Można negocjować codzienność?
Trudno mi znaleźć taki obszar życia, który nie jest związany z negocjacjami. Wszędzie tam, gdzie są ludzie, trzeba uzgadniać swoje decyzje z innymi. Jest cały obszar możliwości, który ludzie odrzucają już na samym początku, właśnie dlatego, że nie widzą pola do negocjacji. Wchodzą do hotelu i widzą złotą tabliczkę z napisem, że o godzinie 12 kończy się doba hotelowa. 90 procent uznaje, że doba hotelowa kończy się o 12. Bez względu na to, czy mają samolot o 20, czy o 16, zaczynają sobie organizować rzeczywistość tak, by od 12 siedzieć w holu. Na początku trzeba zobaczyć pole do negocjacji, pójść i poprosić o przechowanie bagażu, dostęp do łazienki, a najlepiej, by doba hotelowa trwała dłużej.

Czego nie da się negocjować?
Wyłącznie obszaru wartości. Nawet konstytucję można negocjować, czyli najważniejszy zbiór praw. Gdy widzę pole do negocjacji, w ogóle widzę więcej. Za każdym razem, gdy traktuję cenę w salonie samochodowym lub gdziekolwiek indziej jako niezmienną rzeczywistość, osłabiam własną tendencję do kreowania rzeczywistości. Tak samo jest z rolami w rodzinie, to pewna umowa podlegająca zmianom. W życiu biznesowym widzenie wszędzie pola do negocjacji pozwala marzyć, bo to oznacza wchodzenie na nowy rynek bez ograniczeń. Bo jeszcze nie wiem, czy się nie da. Coś fantastycznego dzieje się na świecie, nie myślę ograniczeniami, jakie istnieją w Polsce, obawą, że istnieje bariera językowa. Raczej kombinuję, co zrobić, by splot decyzji poszczególnych osób pomógł mi być tam, gdzie pragnę.

Gdzie są granice?
Tam, gdzie mogę komuś zrobić krzywdę. Ale filozofia negocjacji zakłada, że ludzie są dorośli. I gdy dochodzi do jakiejkolwiek transakcji, obie strony muszą po jej zakończeniu czuć się lepiej niż przed. Bo przecież inaczej by do transakcji nie doszło. A to, czy ja się czuję sto razy lepiej, a ta druga strona tylko pięć razy lepiej, jest kłopotem drugiej strony. Jesteśmy dorośli i nawet po skończeniu transakcji możemy przecież rozmawiać dalej.

Negocjacje traktujesz jak pracę?
Tak. Wstaję i ćwiczę wytrwałość. Zadzwonię jeszcze raz, pójdę tam jeszcze raz, porozmawiam jeszcze raz. Ale negocjacje to również zabawa. Jestem na urlopie, negocjuję, za ile z dziećmi przejedziemy się po morzu na dmuchanym bananie. Daję im w ten sposób przekaz, że nawet jak nie masz, staraj się mimo to i sprawdź. Oczywiście, nie negocjuję odjazdu pociągu na kolei. Ale lubię poszerzać granice swojego wpływu. Moja córka przez długi czas chciała wyjechać do Stanów, co kilka miesięcy temat wracał, zależało jej bardzo. Słyszała ode mnie, że jest za młoda, że się nie zgadzam. W pewnym momencie już jako pełnoletnia poprosiła o rozmowę. Powiedziała, że sama jej mówiłam, że „nie” oznacza „teraz nie”. Odświeżyła temat, przekonała mnie, pojechała do Stanów, a ja byłem z niej dumna. W życiu tysiące razy słyszymy „nie”, a to, jak i ile razy możemy się podnieść po usłyszeniu odmowy, decyduje o sprawstwie.

Zawsze ignorujesz pierwszą odmowę?
Nie. Czasami zwycięża szacunek do odmowy. Czasami pojawiają się negocjacje problemowe, czyli wtedy, gdy dwie strony szukają rozwiązania, które może usatysfakcjonować wszystkich negocjujących. Przychodzi do mnie klient i mówi, że chce szkolenie za 5 tys. zł, a ono kosztuje 10 tys. Pozycyjne negocjacje są wtedy, gdy mówię 7 500. To jest kompromis, a z nim jest tak, że wszyscy są i tak niezadowoleni. Problemowo negocjuję, gdy pytam ich, po co im to szkolenie, okazuje się, że oni chcą się przygotować do negocjacji z ważnym klientem. Proponuję im, że wejdę do ich zespołu, zrobię to za 5 tys. zł plus prowizję od sukcesu.

Jakie są jeszcze przyklady negocjacji? Unikasz kompromisów?
To adekwatne rozwiązanie w sytuacji negocjacji pozycyjnych. Gdy kupuję papier do biura, to ekonomicznie jest wysłać zapytania do dostawców, wybrać najtańszą ofertę, zadzwonić, wynegocjować obniżkę 20 proc. i koniec transakcji. Nie ma potrzeby spotykać się, nie ma potrzeby relacji. Ale w codzienności, pracy z bliskimi tak nie można. Negocjacje problemowe wymagają inwestycji czasu, zaufania. Jestem gotowa to robić na parkingu pod domem, gdzie codziennie stawiam auto, ale nie na wakacjach, wtedy mogę iść na kompromis.

A nie boisz się, że tak wyuczysz swoje dzieci negocjacji, że niczego nie uda ci się od nich... wynegocjować?
Przeciwnie, to by była sama przyjemność. To, co stanowi o umiejętnościach negocjacyjnych, jest na ogół uniwersalną umiejętnością, taką jak dążenie do celu. Do tego dochodzi niezłomność, wspomniana wytrwałość, nieobrażanie się, cierpliwość, dbanie o samopoczucie drugiej strony, to wszystko pomaga nie tylko negocjować, ale żyć.

A co z emocjami, nie trzeba ich schować, negocjator może powiedzieć, że jest wściekły?
Mówienie o emocjach nie jest zabronione, ale trzeba z tym uważać. Czasami lepiej jest powiedzieć: „To mnie zaskoczyło, wróćmy do tego jutro”. Albo: „Ta propozycja jest dla mnie bardzo trudna”. Można też powiedzieć: „Jestem wściekła, proszę o przerwę”. Nie jest najmądrzejsze negocjować pod wpływem dużych emocji, bo można wtedy złożyć niekorzystną dla siebie propozycję. Na pewno negocjator nieświadomy tego, co czuje, działa przeciwko sobie, samoświadomość jest potrzebna. Czasami lepiej powiedzieć, że coś mnie złości, chcę to sprawdzić, niż przeczekać wylew emocji i odejść od stołu. Skutecznym narzędziem jest odroczenie reakcji.

Co to znaczy?
Umiejscowienie siebie pomiędzy akcją a reakcją, nie bycie bezwolnym. Obserwowanie tego, co się dzieje dookoła mnie i wewnątrz. Na przykład podczas negocjacji ktoś mnie prowokuje albo obraża, to jest akcja. Zanim pojawi się reakcja, dobrze zabrać sobie trochę czasu na sprawdzenie tego, co naprawdę chcę osiągnąć i co mogę stracić, reagując impulsywnie. Dlatego Szkołę Negocjacji rozpoczynam treningiem interpersonalnym. Moje reakcje bywają najsilniejszą barierą. Ktoś coś mówi, ja się wściekam i chcę szybko reagować. Do tego dochodzi wrodzona w nas presja, żeby odpowiedzieć na zadane pytanie. Walczę z tym. Na każde pytanie zawsze mogę odpowiedzieć po czasie, uprzejmie informując mojego rozmówcę, że potrzebuję chwili do namysłu. To zaszłość ze szkoły, pani się pyta i kto szybciej podniesie rękę, ten inteligentniejszy. A to nie tak. Ważna jest zasada słonia, to znaczy – nigdzie się nie śpieszyć. Nawet kiedy idę na bardzo trudną rozmowę, ważne spotkanie, powtarzam sobie w myślach: „Nie musisz tam nic powiedzieć”.

A zdarza ci się negocjować pozycyjnie z własnymi dziećmi?
Tak, bo dzieciom potrzebne są granice, a ja nie zawsze muszę tłumaczyć dlaczego, chociażby wtedy, gdy wytłumaczyłam już to dziesięć razy. Rzadko jednak negocjuję w relacjach pozycyjnie, bo będąc z kimś blisko, szukam rozwiązań. Nawet gdy ustalam godzinę powrotu dziecka do domu. Interesuje mnie nie tylko czas, ale – jak wróci, z kim i to, by dziecko zrozumiało, dlaczego mi zależy, by było wcześniej.

Mówienie dziecku: „Nie, bo nie, i koniec”, to nie są przykłady negocjacji pozycyjnych?
Zachowując się w ten sposób, narażam się na to, że swoje decyzje będę musiała wielokrotnie powtarzać. Głównym zadaniem rodzica jest uczyć dzieci życia, jeśli nie mówimy im, dlaczego coś robimy albo po co, to trudniej im będzie samym znajdować rozwiązania. Dobrze jest, by dzieci zachowywały się tak, jak chcemy, nawet wtedy gdy nas nie ma w pokoju, a to jest możliwe tylko wtedy, gdy jesteśmy z nimi w relacji. Szczególnie podczas negocjowania decyzji, które oceniamy jako błahe i drobne, a dla nich są bardzo istotne. Jeśli dziecko siedzi prosto przy stole na obiedzie rodzinnym, ale u kolegi już nie, to prawdopodobnie nie rozumie, dlaczego ma to robić.

Przegrałaś kiedyś w negocjacjach z dziećmi?
Użycie słowa „przegrać” jest wbrew mojemu myśleniu o negocjacjach. Możemy dojść do porozumienia lub nie. Jeśli moje dzieci przegrały w negocjacjach ze mną, to i ja przegrałam. Jeśli postawiłam na swoim, ale mam obrażony cały dom, to nikt nie wygrał, to się prawie nigdy nie opłaca.

Dzieci są dla ciebie partnerami podczas negocjacji, mimo że masz więcej doświadczenia, władzy, wiedzy?
W świecie zawodowym podczas biznesowych negocjacji na ogół ktoś ma więcej władzy, doświadczenia, wiedzy i wciąż możemy być partnerami. Czasami negocjuję ze słabszej, czasami z silniejszej pozycji, ale skoro siedzę z kimś przy stole, czy to z rodziną, czy klientem, znaczy to, że jest jakiś obszar, w którym siebie nawzajem potrzebujemy. Jeśli mam przewagę, to nie znaczy, że mi nie zależy.

Uczysz negocjacji, ale czy nie jest tak, że część umiejętności składających się na negocjacje jest wrodzona?
Oczywiście. Dzieci negocjują od małego, wymagają, tupią, obrażają się, potem trzaskają drzwiami, przymilają się, sprawiają prezenty, wypróbowują różne narzędzia wywierania wpływu. Pomimo naturalnych skłonności można się w negocjacjach szkolić, zdobywać nowe doświadczenia i umiejętności. Źródłem sukcesu jest umiejętność zobaczenia jak największej ilości perspektyw w danej sytuacji. To zwiększa możliwe manewry, zrozumienie dla drugiej strony, kreowanie nowych rozwiązań.

Kiedy opłaca się przerwać negocjacje, odejść od symbolicznego stołu? Masz przykłady z życia?
Jest coś takiego jak pułapka konsekwencji. Negocjator wie, że jak popełni błąd, to może się z niego wycofać. Jeśli przeszarżował, może wrócić na stare miejsce. Nie ma nic złego w stwierdzeniu: „Przesadziłem, pomyliłem się, żałuję, przepraszam, czy możemy wrócić do tej rozmowy”. Czasami, odchodząc od stołu, sprawdzam granicę, dowiaduję się, czy ci po drugiej stronie nie blefują, ryzykuję tyle, że być może za chwilę będę musiała wrócić, wycofać się z decyzji.

A co, jeśli okaże się, że nie ma powrotu?
Jeśli odchodzę na krótką chwilę, prawie zawsze jest powrót. To na pewno nie może być stała strategia negocjacyjna, bo wtedy traci się wiarygodność. Ale daję sobie prawo do pomyłek.

Nigdy nie miałaś poczucia, że straciłaś twarz?
Nie, w negocjacje nigdy nie angażuję twarzy. Ważne jest oddzielanie ludzi od problemu. Jeśli ktoś podczas negocjacji mówi mi, że jestem niekompetentną idiotką, mogę powiedzieć, że rozumiem, iż złożona propozycja nie odpowiada na oczekiwania, zobaczmy, co trzeba by zmienić. Nie zależy mi na tym, by ten człowiek uważał mnie za mądrą, godną, chcę coś osiągnąć. A dla wielu ludzi kluczowe jest to, jak wypadną, a nie – czy wypadną.

Tak jak w świecie polityki?
Sprawa, o którą walczą, jest tylko ułamkiem tego, na czym im tak naprawdę zależy, czyli pozostanie na scenie. Polityk, który jak każdy dobry negocjator przemilczałby, wysłuchał, zrozumiał drugą stronę, skazałby się na niezaistnienie. Bo przeczekaliby tak trzy spotkania i nikt by ich nie zaprosił na kolejne, oni nie mogą zapomnieć o nadrzędnym celu, którym jest utrzymanie władzy. Gdy to stracą, już niczego nie osiągną. Gdy Pawlak podczas rozmowy z Tuskiem wstał od stołu przy negocjacjach emerytur, użył narzędzia z negocjacji pozycyjnych, czego nie robi się w sytuacji pozostawania z kimś w relacji, do której trzeba będzie wrócić. Stało się to narzędziem pokazowym, a nie negocjacyjnym.

A dobre przykłady negocjacji ze sceny politycznej?
Okrągły stół. Ludzie, którzy wcześniej mówili sobie, że się powieszą na latarniach, usiedli do stołu, schowali swoją dumę, swoje odsiedziane lata w więzieniu. I rozmawiali. Wiedzieli, że dokonanie rachunku krzywd nie doprowadzi do rozwiązania.

Bo negocjuje się przyszłość?
Gdy zaczynasz negocjować przeszłość, skazujesz się na porażkę. Negocjuje się zawsze przyszłość. Tak jest nie tylko w polityce, ale w każdej codzienności, w rodzinie, przyjaźni, miłości, w rysowaniu marzeń.

Ewa Kastory: psycholożka i trenerka rekomendowana przez Polskie Towarzystwo Psychologiczne, certyfikowany coach ICC, absolwentka Université Des Sciences Humaines de Strasbourg oraz Uniwersytetu Warszawskiego.

  1. Psychologia

Semantyka – słowa mają moc. Czy wypowiadasz je z uważnością?

Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. (Ilustracja: iStock)
Słowa dają i odbierają życie. Są błogosławieństwem i przekleństwem. Niszczą i leczą. Bywają jak uderzenie kamieniem i jak miód na serce. Napastliwe są przyczyną depresji i chorób, zachwytu – uskrzydlają. Jakich słów używamy? Jakich chcielibyśmy słuchać? Dlaczego tak łatwo wypowiadamy te, które ranią, a tak rzadko słowa uznania?

Używamy raniących słów, a nawet dopuszczamy się słownej agresji. Chyba nie ma nikogo, kto byłby od tego wolny. Kierowani lękiem i bezsilnością staramy się uzyskać władzę i kontrolę nad ludźmi, aby poczuć się lepiej. Często nie jesteśmy ani trochę świadomi, co kryje się za słowami, które wypowiadamy, ponieważ zjawisko słownej agresji jest w pewnym sensie częścią naszej kultury, jak pisze w książce „Toksyczne słowa” [Jacek Santorski & Co 2002] Patricia Evans.

„Dominacja, wymuszanie uległości, umniejszanie cudzych osiągnięć i zawyżanie własnych, dławienie oporu, manipulacja, krytyka, stosowanie nacisku i zastraszanie to akceptowane przez wielu reguły gry”.

Możemy poddać się dyktaturze kultury, jednak dobrze wiedzieć, że agresja słowna jest źródłem niezliczonych cierpień, ponieważ odcina od życia, od stanu współczucia. Wyklucza bliskość. Napastliwe słowa są przyczyną depresji i chorób. Głębokiego bólu. Smutku. Ciężaru w żołądku. Dławienia w gardle. Ściśniętego serca.

Gdy doktor Marshall B. Rosenberg, psycholog, założyciel Ośrodka Porozumienie bez Przemocy, zastanawiał się, jakie czynniki decydują o tym, że wzmacniamy w sobie życiodajny stan współczucia, uderzyła go kluczowa rola języka i sposobu, w jaki posługujemy się słowami. Posłuchajmy siebie: jakich słów używamy i w jaki sposób to robimy? Jakie słowa kierują do nas ludzie?

Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem

Komunikaty odcinające od życia to – wśród ogromnego bogactwa form, które mamy do dyspozycji – osądy, czyli stwierdzenia sugerujące, że ludzie, których działanie jest niezgodne z naszym systemem wartości, nie mają racji lub są źli. „Sęk w tym, że jesteś strasznym samolubem”, „Ona jest leniwa”, „Oni mają mnóstwo uprzedzeń”.

Zaprząta nas, kto jest dobry, zły, normalny, nienormalny, odpowiedzialny, nieodpowiedzialny, bystry, ograniczony, leniwy, głupi. Jeśli bliska osoba prosi mnie o więcej czułości, niż od niej dostaję, jest „zachłanna i niesamodzielna”.

Ale jeśli ja zapragnę więcej czułości, niż od niej dostanę, uznam, że jest „wyniosła i niewrażliwa”. Jeśli koleżanka z pracy bardziej niż ja przejmuje się detalami, jest „małostkową pedantką”, lecz jeśli to mnie detale bardziej leżą na sercu niż jej, będzie „niechlujną bałaganiarą”.

Patricia Evans w „Toksycznych słowach” wyróżnia rodzaje słownej agresji. To nie tylko wyzwiska („idioto”, „głupku”), wybuchy gniewu („zamknij się!”), zastraszanie, rozkazywanie, ale także nasze całkiem zwyczajne, niewinne powiedzonka. Wycofywanie się: „co mam ci powiedzieć?”, „o co ci chodzi, przecież rozmawiamy?”, „nigdy nie dopuszczasz mnie do głosu”. Sprzeciwianie się: „ależ skąd, wcale tak nie jest”, „mylisz się”. Lekceważenie: „jesteś przewrażliwiona”, „wyciągasz pochopnie wnioski”, „przesadzasz”, „masz zbyt bujną wyobraźnię”, „nie wiesz, o czym mówisz”, „wydaje ci się, że zjadłaś wszystkie rozumy”, „kiedy nie narzekasz, jesteś nieszczęśliwa”, „opacznie wszystko pojmujesz”. Słowna agresja ukryta w żartach („niedługo zapomnisz własnej głowy”, „czego można się spodziewać po kobiecie?”) rani do żywego, trafiając w najczulsze punkty.

Gdy mówimy, że jest nam przykro, możemy usłyszeć, że nie znamy się na żartach, bierzemy wszystko zbyt poważnie, robimy z igły widły. Wszystkie te stwierdzenia mają charakter napastliwy. Przerywanie i odwracanie uwagi: „zawsze musisz mieć ostatnie słowo!”, „nie rozumiem, do czego zmierzasz! Koniec dyskusji!”, „to stek bzdur!”, „odczep się ode mnie!”, „daj spokój!”, „przestań gadać!”, „skąd ci przyszedł do głowy tak szalony, głupi (dziwaczny, kretyński) pomysł?”, „przestań zrzędzić!”. Krytykowanie: „nie potrafisz wygrywać”, „zwariowałaś”, „nie wiesz, kiedy przestać”, „następnym razem powinnaś...”, „zobacz, co przegapiłaś”. Stwierdzenia zaczynające się od słów: „kłopot z tobą polega na tym, że...”, „twój problem polega na tym, że...”, są formą krytycznego, agresywnego osądu.

Podważanie opinii: „kto cię pytał?”, „zawsze musisz dorzucić swoje pięć groszy!”, „to cię przerasta”, „nigdy ci się to nie uda”, „myślisz, że jesteś taka mądra!”, „kogo chcesz zadziwić?!”.

Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba?

Co z tym robić? Co robić z nawykiem oceniania, krytykowania, obwiniania? Marshall B. Rosenberg w książce „Porozumienie bez przemocy” [Jacek Santorski & Co 2003] proponuje, abyśmy spróbowali „języka serca”. Teoretycznie to proste: zamiast osądzać i stawiać diagnozy, skupiamy się na jasnym wyrażaniu swoich spostrzeżeń, odczuć i potrzeb. Zamiast obrażać się na ludzi za ich nieprzemyślane słowa, wsłuchujemy się w nie i wydobywamy z nich uczucia, którymi są podszyte, ponieważ za każdym komunikatem kryją się uczucia i potrzeby. Nie mamy w tym wprawy, ponieważ raczej nie uczono nas ufać uczuciom, więc odcinamy się od tego, co się w nas dzieje. Nasza uwaga zwrócona jest na zło i niedostatki „nieprawidłowej” natury, nad którą musimy zapanować.

Tymczasem nasza natura jest jak najbardziej w porządku– w sposób naturalny jesteśmy zdolni czerpać radość ze współczującego dawania i brania. Gdy osądzamy i interpretujemy cudze zachowanie, tym samym ujawniamy własne pragnienia i oczekiwania. Reagujemy zgodnie z nawykiem: skoro moje potrzeby nie zostały zaspokojone, poszukam winy w tobie. Jeśli ktoś mówi: „Nigdy mnie nie rozumiesz”, tak naprawdę informuje tylko o tym, że pragnie być rozumiany.

Słuchaj, czego ludzie potrzebują, a nie co o tobie myślą – to jedna z głównych tez porozumienia bez przemocy. Każdy napastliwy komunikat może być dla nas jedynie informacją o drugim człowieku, o jego niezaspokojonych potrzebach.

Zadajemy sobie wówczas pytania: Co ten człowiek czuje? Czego mu trzeba? Jakie budzi we mnie uczucia i jakie potrzeby kryją się za tymi uczuciami?

Rosenberg przywołuje historię, która mu się przydarzyła. Prowadził zajęcia o języku serca w meczecie na terenie obozu dla uchodźców w Betlejem. Słuchało go 170 palestyńskich muzułmanów. Nagle jeden z nich nazwał go „amerykańskim mordercą”. „Na szczęście zdołałem skupić się na jego uczuciach i potrzebach”, pisze Rosenberg. Zaczęli rozmawiać i usłyszał o jego bólu, rozpaczy, pragnieniu lepszego życia i złości na Amerykanów. „Kiedy ten człowiek nabrał pewności, że go rozumiem, zdołał wysłuchać moich wyjaśnień, dlaczego przyjechałem do obozu uchodźców. Gdy minęła kolejna godzina, ten sam człowiek, który nazwał mnie mordercą, zaprosił mnie do siebie do domu na świąteczną kolację, bo działo się to akurat w czasie Ramadanu”.

Polecamy: Theodore Zeldin „Jak rozmowa zmienia twojeżycie”, W.A.B. 2001; Samuel Shem, Janet Surrey „Musimy porozmawiać”, Jacek Santorski & Co 2002; Arthur H. Bell „Nie musisz tego słuchać”, Rebis