1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. 5 Rytmów – terapia poprzez taniec i ruch

5 Rytmów – terapia poprzez taniec i ruch

123rf.com
123rf.com
5 Rytmów według Gabrielle Roth to prosta, skuteczna i uzdrawiająca forma ruchu prowadząca do odkrycia swojego własnego, niepowtarzalnego tańca

- Potrzeba wiele przygotowań, aby odpuścić sobie bycie poruszającym i dać się poruszać - mówi Gabrielle Roth. - Ego nienawidzi się poddawać. 5 Rytmów stanowi zagrożenie dla ego, ponieważ nie daje się opanować ani kontrolować.

Ta praktyka jest dla każdego bez względu na wiek, kondycję fizyczną czy wcześniejsze doświadczenie. Nie uczymy się żadnych kroków, nie naśladujemy innych, nie ma niczego, co robimy dobrze czy źle. W rytm różnorodnej muzyki, czasami w ciszy, poruszamy się przez poszczególne rytmy.

- Ruch stał się dla mnie zarówno lekarstwem, jak i medytacją. Odnajdując się i uzdrawiając w tym dzikim uścisku, stałam się drogowskazem dla innych, ale nie poprzez moje ślady, lecz poprzez ich własne. Zaczęłam obserwować i w końcu nazywać łączące nas wzorce — przepływ, staccato, chaos, lirykę i ciszę. Tak zaczęło się moje praktykowanie 5 Rytmów. – opowiada Gabrielle Roth.

Każdy z rytmów ma inną jakość ruchu i energii. Tańczone razem tworzą energetyczną Falę (Wave) - medytację w ruchu.

Flowing- to kobieca, łagodna jakość, miękkie niekończące sie ruchy; to podążanie za stopami i szukanie kontaktu z ziemią, z korzeniami;Staccato - to męska, ognista energia; to wyrażanie siebie, jasne i zdecydowane ruchy; to stawianie granic, połączenie z rytmem serca;

Chaos - rytm odpuszczenia kontroli, poddania się, puszczenia tego, co niepotrzebne; to chaotyczne, nieprzewidywalne ruchy, fuzja żeńskiej i męskiej energii;

Liryka - to twój autentyczny ruch, taniec duszy. Jeśli pozwolisz na zrzucenie tego co obciążało cię do tej pory, poczujesz lekkość, wolność, swobodę. Pojawia się przestrzeń na coś nowego;

Stillnes - cicha pustka, powolne ruchy oddechu, połączenie z twoją wewnętrzną ciszą; to jedność ze wszystkim wokół.

- Żyjemy teraz w czasach zdominowanych przez rytm chaosu. Nauczenie się jak się w nim poruszać to nasza sztuka przetrwania. Świat przenosi się z rytmu staccato, w którym był przez 2000 lat, gdzie udawało nam się ukrywać za wszelkiego rodzaju strukturami. – wyjaśnia Gabrielle Roth. – W kosmologii 5 Rytmów chaos związany jest z okresem dojrzewania. Wprowadza nas na zupełnie nowy poziom twórczego myślenia, które pochodzi z naszych głębokich intuicyjnych, instynktownych zasobów.

Praktykując taniec 5Rytmów, pogłębiamy kontakt ze swoim ciałem, odnajdujemy swoją intuicję, źródło mocy, kreatywności, radości. Mamy szansę odnaleźć zagubione, zapomniane części siebie i zintegrować je wszystkie. Uczymy się ugruntowania, bycia bardziej elastycznym i płynnym w ciele, w życiu. Otwieramy swoje serca na siebie, na innych. Harmonizujemy ciało, umysł, duszę i ducha.

Więcej informacji

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan i samopoczucie

Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Obserwacje ptaków pozwalają osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, ale w pozytywnym sensie. Można je też porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół. (Fot. iStock)
Nie ma wątpliwości, że kontakt z przyrodą jest korzystny dla naszego zdrowia i psychiki. I nie ma co usprawiedliwiać się brakiem czasu na wyprawę za miasto. Wystarczy pójść do najbliższego parku na bezpłatną sesję ptakoterapii.

Na początku marca na stronie PAP pojawiła się depesza o czterech bocianach z okolic Siedlec, które zmierzają w stronę Polski. Dzięki nadajnikom GPS ich trasę monitorują przyrodnicy z Grupy Ekologicznej. (Kiedy oddajemy ten numer do druku, ptaki nadal są w podróży). Informację przekazałam wielu znajomym i każdego z nich ucieszyła w równym stopniu jak mnie. Czy tylko dlatego, że w zalewie doniesień o pandemii i wobec wynikającej z niej niepewności, daje namiastkę normalnego funkcjonowania? Rzeczywiście jesteśmy dziś spragnieni poczucia, że nie wszystko zależy od wprowadzania (lub nie) lockdownu, ale – jak przekonują Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec w książce „Ornitologia terapeutyczna” – obserwacja ptaków poprawia nasz dobrostan w każdych okolicznościach, nawet praktykowana na balkonie!

Autorzy przywołują wyniki badań na temat znaczenia kontaktu z ptakami dla samopoczucia mieszkańców miast, przeprowadzonych na kilku uniwersytetach w Szwecji, z których wynika, że już samo słuchanie śpiewu ptaków może stymulować tworzenie dobrych wspomnień i zmniejszać poziom odczuwalnego stresu. Bez trudu przychodzi mi w to uwierzyć, skoro samo doniesienie o lecących tysiące kilometrów boćkach nie mnie jedną podniosło na duchu.

Ptasie sesje

„Początki bywają trudne. Coś przeleciało, zaświszczało, zaśpiewało. Co? Miało być tak pięknie i może nawet pięknie jest, ale nie bardzo wiadomo, co i jak. By poznać źródło dźwięku, trzeba się nieco namęczyć” – czytamy w przywołanej książce. Jeden z autorów, dr Sławomir Murawiec, psychiatra i psychoterapeuta, postrzega jednak w początkowych trudnościach pozytywy, bo satysfakcja, której doświadczymy po znalezieniu odpowiedzi, zwykle zachęca do bardziej uważnej obserwacji przyrody.

Przygodę z ptasiarstwem warto zacząć od niespiesznych spacerów po okolicy. Nawet w dużym mieście mamy szansę dostrzec kilkanaście gatunków ptaków, choć dla niewprawnego oka wszystkie mogą wydawać się podobne. Wróbel czy mazurek? Sikorka bogatka czy modraszka? Dostrzeżenie różnic to dobre zadanie na początek.

Dla niektórych przebywanie sam na sam z przyrodą może być sporym wyzwaniem, na przykład wzmagać poczucie osamotnienia (badania wskazują, że z czasem przebywanie w naturze przyczynia się do osiągnięcia stabilności emocjonalnej). Ptasiarstwo nie wyklucza jednak bycia w towarzystwie – wprost przeciwnie. Miłośników ptaków jest więcej niż może nam się wydawać (a w trakcie pandemii pewnie ich jeszcze przybyło). A więzi społeczne w grupie osób mających wspólne zainteresowania łatwiej się rodzą.

Obserwacje ptaków pozwalają też osiągnąć stan flow, czyli taki, w którym tracimy poczucie czasu, w pozytywnym sensie tego określenia. Doktor Murawiec uważa, że można je porównać z medytacją mindfulness, czyli stanem uważności, który jakby przenosi nas w inny wymiar, ale jednocześnie na tyle wyostrza zmysły, że jesteśmy w stanie doświadczać tego, co dzieje się wokół.

Ornitolodzy wskazują, że ptaki żyjące w miastach nasiliły głośność śpiewu, żeby mimo rosnącego hałasu w dalszym ciągu były słyszalne gołym uchem. Tym bardziej warto odpowiedzieć na ich wysiłek i skorzystać z prowadzonych przez nie bezpłatnych sesji mindfulness – zachęcam, powtarzając apel autorów „Ornitologii terapeutycznej”.

Ptasia autoterapia dla początkujących

  • Idź do najbliższego parku albo skupiska drzew. Wycisz się i spójrz na ptaki. Nawet najpospolitsze gatunki dostarczają wiele radości podczas ich obserwowania.
  • Zapamiętaj szczególne cechy ptaków, a potem porównaj je z opisem w Internecie lub przewodniku. Ile z nich dostrzegłeś w naturze? Ile z nich potrafisz wymienić z pamięci po upływie kwadransa?
  • Które z zaobserwowanych gatunków są twoimi ulubionymi? W jakich warunkach je widziałeś? Dlaczego właśnie te spodobały cię się najbardziej?
  • Czy pamiętasz śpiew ulubionego ptaka? Postaraj się wyobrazić go sobie, naucz się rozróżniać ten dźwięk. Słuchaj go z nagrań, szukając tego, co wyróżnia go spośród innych.
  • Włącz Symfonię „Pastoralną” Beethovena i spróbuj wychwycić ptasie dźwięki. Pamiętaj, że utwór trwa ok. 40 min, więc zarezerwuj sobie dość czasu, by go uważnie wysłuchać, wracając w razie potrzeby do wybranych fragmentów.

Więcej w książce: „Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe.

„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe„Ornitologia terapeutyczna”, Piotr Tryjanowski i Sławomir Murawiec, wyd. Bugucki Wydawnictwo Naukowe
  1. Zdrowie

Miara zdrowia

Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Można się z tego śmiać, ale na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się na Facebooku pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami.(Fot. iStock)
Czy umiemy żyć bez technologii? Trudno sobie wyobrazić bez niej świat. I może nie ma sensu sobie wyobrażać, biegu tej rzeki już nie zawrócimy. A jak technologia może wspierać naszą troskę o zdrowie i aktywność fizyczną?

Mój mąż biega regularnie. Dwa, czasem trzy razy w tygodniu, stałą trasą – cztery kilometry; wiem, bo zmierzyłam własnym zegarkiem. On zegarka nie chciał, bo po co. Przecież nie trenuje. Biega „przez rozum” i „dla zdrowia”. Nie dla przyjemności. Fakt, specjalnie za bieganiem nie przepada. Pomyślałam: spróbujemy. I kupiłam mu zegarek sportowy. Nie, nie stał się od razu entuzjastą biegania, ale sam przyznaje, że to dużo zmieniło. Sprawdza, jakie miał tempo, który kilometr był szybszy, który wolniejszy. Twarde dane, czyli liczby, prowokują do przemyśleń. OK, wczoraj było słabo, ale położyłem się późno, rano źle mi się wstawało – i trening wolniejszy. A dziś ładna pogoda, dobra nawierzchnia – cyferki od razu bardziej satysfakcjonujące.
I można by powiedzieć, że tylko o cyferki chodzi. O tempo, o dystans. To prawda, ale nie cała. Bo w ten sposób uczymy się obserwować siebie. Swój organizm. Swoje możliwości. Ograniczenia. Zależność między snem, dietą, nawodnieniem a wydolnością. Niby to wiemy, ale kiedy mamy czarno na białym, lepiej działa. Uczymy się monitorować swoją formę. Patrzeć na siebie jak na całość, a nie widzieć tylko fragmenty.

Zabawa i motywacja

Bywa tak, że kiedy postanawiamy: „Zaczynam się ruszać”, nasze pierwsze działania to kupno sportowego zegarka. Czy to dobra kolejność? Wojtek Staszewski, biegacz i trener z KS Staszewscy, mówi: – Lubię powiedzenie starych trenerów, że sprzęt nie powinien być lepszy od zawodnika. Ale z drugiej strony… Jeśli ktoś ma pieniądze, a dobry zegarek zmotywuje go do aktywności, to właściwie dlaczego nie?
Bo rzeczywiście fajny gadżet motywuje. Zegarek – na rynku jest sporo marek, jak choćby Garmin czy Polar – to właśnie taki gadżet. Wyrzuca mnóstwo liczb, które opowiadają nam naszą historię. – Można śledzić postępy, wyznaczać sobie cele i nieźle się przy tym bawić. Ja lubię taką zabawę – mówi Wojtek.
A jego żona Kinga, też trenerka, dodaje: – Widzę wśród podopiecznych, że wielu z nich fascynują „przyznawane” przez system nagrody. Najdłuższy bieg, najszybsze pięć kilometrów, najszybsza mila. Niektórych to bawi, niektórych mobilizuje. Jeśli chcesz, to kupuj, baw się tym, niech będzie to wspomagaczem sportu.
Wojtek twierdzi, że jest też coś, co leży na granicy zabawy i monitorowania postępów. – Garmin – ja z tej marki korzystam, ale właściwie wszystkie sportowe zegarki mają taką funkcję – po każdym treningu mówi mi, jaki jest mój pułap tlenowy. Pokazuje, kiedy rośnie, czyli rośnie moja wydolność, pokazuje, kiedy spada i powinienem się martwić. I zastanawiać się, czy to zmęczenie, czy może zaniedbywanie treningów.
Kinga potwierdza: – Jeśli znam swojego podopiecznego, wiem, w jakich tempach i tętnach biega, i nagle tętno jest bardzo wysokie, to sygnał. Trzeba sprawdzić, o co chodzi, czy może warto skonsultować się z lekarzem. Bo ważne są nie tylko o postępy bądź ich brak, lecz także bezpieczeństwo.
Doktor Anna Plucik-Mrożek, lekarka chorób wewnętrznych, dyrektor medyczny Exercise is Medicine Polska, mówi, że dla niej jako dla lekarki właś­nie pomiar tętna jest najważniejszy. – Można sobie wyliczyć maksymalne tętno treningowe (220 minus wiek). Kiedy kwalifikuję do aktywności fizycznej, mówię na przykład: „Proszę zaczynać od 60 proc. tętna maksymalnego”. Pacjent na zegarku może to spokojnie kontrolować, a ja wiem, że nie przesadzi. Albo mówię, jakiego tętna nie powinien przekraczać – i mam poczucie, że jest bezpieczny. Nie chodzi tu tylko o osoby przewlekle chore, ale także o te, które nigdy wcześniej nie ćwiczyły. Przy wymagającym treningu interwałowym proszę czasem pacjentów, zwłaszcza na początku, żeby dochodzili do 90 czy 100 proc. tętna maksymalnego. Jednym rzutem oka na nadgarstek łatwo sprawdzić, jak to wygląda. Także w spoczynku, w nocy można śledzić tętno; jeśli jest zbyt niskie, zastanawiamy się, o co chodzi, może za dużo leków, może coś trzeba zmienić.
Wiele zegarków ma też pulsoksymetr mierzący saturację. W czasie pandemii to jest rzeczywiście przydatne. Ale ma zastosowanie nie tylko teraz. – Jeśli ktoś jest przewlekle chory na płuca czy serce, tłumaczę, że kiedy w czasie treningu saturacja spada, to znak, że trzeba przerwać, skonsultować się z lekarzem – zaleca doktor Plucik-Mrożek.
Kinga Staszewska podkreśla jeszcze jedną zaletę zegarków: – Mogę na aplikacji Garmin Connect połączyć się z podopiecznymi i od razu widzę, gdzie biegli, jakie mieli tętno, jakie różnice wzniesień. Aha, zadałam trening wolno po płaskim, a tu się ktoś zbuntował i zrobił kros po lesie – a był na to zbyt zmęczony i nie powinien!
Czy umiemy jeszcze w ogóle ćwiczyć bez technologii? Umiemy, ale robimy to coraz rzadziej. Czy to dobrze? – Tak, oczywiście – uważa doktor Plucik-Mrożek. – Bo zegarki nie tylko liczą kalorie, dystans, tempo, czas, nie tylko mobilizują, ale wręcz przypominają o aktywności. I to nie tylko tej stricte sportowej. Po prostu o tym, żeby wstać z fotela, zrobić kilka skłonów czy wymachów ramion. Moja koleżanka na gwiazdkę dostała taki zegarek. Siedzieliśmy sobie kiedyś razem, nagle ona podrywa się z krzesła i wychodzi. Pytam, co się stało. Ona na to: „Zegarek powiedział, że muszę wstać. Zejdę po schodach, wejdę i możemy dalej gadać”. Niby śmieszne, ale często, przyznajmy z ręką na sercu, siedzimy godzinami przy komputerze i po prostu zapominamy, żeby się choć przez parę minut poruszać.

1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)1. Inteligentna waga Index S2 GARMIN mierzy masę ciała, mięśni i kości, pokazuje poziom nawodnienia ok. 800 zł. 2. Zegarek Venu Sq GARMIN 849 zł 3. Nadajnik do pomiaru tętna na klatkę piersiową H 10 POLAR 319 zł.(Fot. materiały prasowe)

Lajki na fejsie

Wojtek Staszewski dodaje: – Fajne są też zdjęcia, które można sobie wstawić na Facebooka. Na pewno wiele osób motywuje pochwalenie się pierwszymi przebiegniętymi pięcioma kilometrami. Wrzucasz zdjęcie, które robisz na trasie, przez aplikację możesz na nim umieścić informację, ile przebiegłaś kilometrów, w jakim tempie, w jakim czasie. A potem kolekcjonować lajki. I super. Ale to też z mojej strony prosta informacja. Chcę na przykład napisać, że warto biegać dłuższe dystanse, ale nie należy robić tego zbyt szybko. Wrzucam więc swoją fotkę, trochę się chwalę, ale też przekazuję komunikat: „Biegam w tempie 6'30", wolno, wy też się nie spieszcie”.
Nowoczesne zegarki sportowe mają wiele funkcji. Nie tylko tych ściśle ze sportem związanych. Na przykład ocenią stopień nawodnienia organizmu. Znowu: przecież wystarczy regularnie pić wodę, ludzie przez wieki radzili sobie z tym bez zegarka. Tak, ale jeśli ktoś nie czuje pragnienia, przypominajka w zegarku nie zaszkodzi.
– Mój syn – opowiada doktor Plucik-Mrożek – używa zegarka do monitorowania snu. Jak długo, czy sen mocny, czy dominują fazy płytsze. A wielu pacjentów korzysta z funkcji liczenia kalorii.
Kolejna sprawa: liczenie kroków. Niektórzy uważają, że minimum to 10 tysięcy kroków dziennie, inni, że wystarczą 3 tysiące. Sprawa jest otwarta, ale górnej granicy raczej nie ma. I jeśli technologia pomoże ci cel osiągnąć, nie ma co szukać dziury w całym. Niektóre zegarki powiedzą ci też, jaki jest poziom naładowania baterii. Twojej. Ocenią – na podstawie zapisu pulsu – ile tego dnia zostało ci energii. Czy jest szansa na efektywny trening, czy raczej na spokojny spacer? Albo pomagają kontrolować twój poziom napięcia. Jeśli będzie za wysoki, powiadomienia na zegarku przypomną o ćwiczeniach oddechowych, dzięki którym się rozluźnisz.
Żaden gadżet zdrowia oczywiście nam nie zagwarantuje. I nie załatwi dobrej formy. Ale może pomóc. 

  1. Styl Życia

Hortiterapia – mindfulness nad grządką

"Obecnie ogrodnictwo utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie" – czytamy w książce „Kwitnący umysł”. (Fot. iStock)
Oczyszczenie duszy, obudzenie ciała, odreagowanie emocji, uwolnienie od traumy – to wszystko można zyskać dzięki kontaktowi z naturą. Czy uprawianie ziemi będzie wkrótce zapisywane na receptę? Bardzo prawdopodobne. Na razie warto zafundować sobie hortiterapię – ogrodową autoterapię.

Terapeutyczny sens ogrodnictwa odsłania przed nam Sue Stuart-Smith, psychiatra, psychoterapeutka, autorka książki „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”. Odkryła go, spacerując, a następnie pielęgnując własny kawałek ziemi. Jak podkreśla, hortiterapia (czyli ogrodowa terapia) sprawdza się przede wszystkim w pracy z osobami po przeżyciu straty. Czyli właściwie z każdym z nas, bo, owszem, ta najbardziej bolesna związana jest ze śmiercią czy odejściem kogoś ważnego, ale przecież od chwili narodzin ciągle coś tracimy... choćby złudzenia.

Niezawodne lekarstwo

Praca w ogrodzie była ważnym elementem zdrowienia w rodzinie Sue Stuart-Smith. Najpierw uratowała jej dziadka, który wrócił do domu wyniszczony fizycznie i psychicznie po pierwszej wojnie światowej, potem pomogła mamie pozbierać się po śmierci ojca Sue. Mimo to ona sama ogrodnictwem zajęła się dość późno, bo w wieku 35 lat, głównie pod wpływem męża, także ogrodnika. Stopniowo coraz bardziej wciągała się w to zajęcie, a także – jako psychoterapeutka – znajdowała w nim coraz więcej podobieństw do terapii psychoanalitycznej. Zaczęła od hodowli ziół i roślin jadalnych. Zafascynowana procesem powoływania do życia, ale i niszczenia; jak wyznaje – w ogrodnictwie jest bardzo wiele z agresji, bo ciągle musisz coś zabijać, a to chwasty, a to mszyce, a to ślimaki. Jest w nim też kojąca powtarzalność i zaufanie do cyklu przyrody. „Teraz traktuję uprawianie ogrodu jako sposób na wyciszenie i odciążenie mojego umysłu. Jakimś sposobem ten szum sprzecznych myśli w mojej głowie oczyszcza się i uspokaja w miarę, jak moje wiadro napełnia się chwastami. Pomysły, które znajdowały się w stanie uśpienia, wychodzą na powierzchnię, a myśli, które nie były jeszcze uformowane, łączą się w całość i nieoczekiwanie nabierają kształtu. W takich chwilach mam poczucie, jakbym wykonując te wszystkie prace fizyczne, jednocześnie uprawiała ogród własnego umysłu” – pisze w książce. Jej zdaniem posiadanie ogrodu to ciągłe poznawanie tego, co działa, a co nie, ale też budowanie relacji z danym miejscem: jego klimatem, rodzajem ziemi i jego roślinami.

„Ogrodom przypisywano uzdrawiającą moc od czasów starożytnych. Obecnie ogrodnictwo stale utrzymuje się w pierwszej dziesiątce najbardziej popularnych hobby w wielu krajach na całym świecie. Zasadniczo pielęgnowanie ogrodu jest doświadczeniem, które karmi i dla wielu ludzi, obok posiadania dzieci i założenia rodziny, proces uprawiania działki jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”. Może dzieje się tak też dlatego, że uprawianie ogrodu jest bardzo twórczym rytuałem. Przemieniamy zewnętrzną rzeczywistość i tworzymy wokół siebie piękno. A jak często mamy taką możliwość?

Niczym ogród

Przekonanie o tym, że powinniśmy pielęgnować swoje ciała, serca i dusze niczym ogród, sięga czasów starożytnych i coraz częściej stosuje się je we współczesnej nauce w odniesieniu do mózgu. Komórki, które tworzą sieci połączeń neuronalnych, rozrastają się, a ich rozgałęziające się struktury przypominają drzewa, dlatego nazywają się dendrytami (gr. dendron – drzewo). I na podobnej zasadzie się rozwijają. Na początku życia mózg stanowi dziki gąszcz ponad 500 miliardów neuronów. Po to, by osiągnął dojrzałość, 80 proc. tych komórek musi zostać usuniętych. W ten sposób robi się przestrzeń dla pozostałych, które mogą utworzyć połączenia neuronalne i rozbudować je w skomplikowane sieci. Sieci te są kształtowane i przebudowywane przez cały cykl życia (to tzw. plastyczność mózgu), a będące częścią układu odpornościowego komórki mikrogleju pełnią w naszym mózgu rolę ogrodnika: najczęściej w nocy pielą i wyrywają z korzeniami słabe połączenia nerwowe i uszkodzone komórki. Odkwaszają, sprzątają, zmniejszają stan zapalny, przycinają zbędne synapsy, a nawet „nawożą” mózg.

Ja i nie-ja

Donald Winnicott, psychoanalityk i pediatra, podkreślał, że małe dziecko może istnieć tylko w związku z opiekunem, a w ich relacji najważniejsza jest przestrzeń „pomiędzy”, w której matka odczuwa emocje dziecka, a dziecku wydaje się, że ono i matka to jedno (symbioza). „Podobnie jest z ogrodem, który nie może istnieć bez ogrodnika. I zawsze stanowi odzwierciedlenie umysłu człowieka i efekt jego opieki. W procesie uprawiania ogrodu również nie da się jasno określić, gdzie kończy się ‹ja› i zaczyna ‹nie-ja›. Kiedy pracujesz w ogrodzie, natura żyje w tobie i przez ciebie przepływa” – pisze Sue Stuart-Smith.

Autorka wyjaśnia, że zaangażowanie w pracę w ogrodzie sprawia, że z czasem staje się on częścią naszej tożsamości – jakbyśmy zapuszczali korzenie w jednym miejscu. Poczucie zapuszczenia korzeni to ważny atrybut więzi, według teorii przywiązania Johna Bowly'ego – przywiązujemy się poprzez specyficzne zapachy, faktury, dźwięki, doznania. Ogród jest do tego idealnym środowiskiem.

Lepsze skupienie

Szereg badań nad wpływem natury na naszą reakcję na stres przeprowadził Roger Ulrich, profesor architektury zdrowia na Uniwersytecie Technicznym Chalmersa w Göteborgu. Już po kilku minutach przebywania w naturze zmniejsza się aktywność współczulnej części autonomicznego układu nerwowego, odpowiadającej za reakcję stresową, a wzrasta aktywność części przywspółczulnej, odpowiedzialnej za stan odprężenia. Zmiany pulsu i ciśnienia krwi są widoczne w ciągu kilku minut, a poziom kortyzolu spada po 20–30 min.

Niemal automatyczne wejście w stan odprężenia, na przykład podczas spaceru po parku, to efekt spuścizny po przodkach; z przyczyn ewolucyjnych przebywanie na łonie natury wyłącza myśli lękowe i sprzyja poczuciu tzw. odprężonej czujności, która pozwalała przetrwać w naturalnym środowisku. Współczesne życie skupia się na zawężonej formie uważności, choćby wynikającej z wielogodzinnego skupiania się przed monitorem komputera. Kiedy nadużywamy świadomych procesów poznawczych, stajemy się podatni na zjawisko zmęczenia uwagi, a nasz mózg ma wtedy mniejszą możliwość zahamowania rozpraszających bodźców.

Kontakt z naturą działa jednocześnie uspokajająco i ożywczo. Ponadto jeśli wykonujemy na łonie tej natury jakąś pracę – na przykład kopiemy grządki czy sadzimy kwiaty, poprawia się nasza zdolność koncentracji uwagi na tym, co robimy, a cisza i brak nadmiarowych bodźców zmieniają naszą uważność. Cichną niespokojne myśli, obniża się lęk, co pozwala poczuć się bezpiecznie i otworzyć się na świat zewnętrzny.

Moc zieleni

Ogród ułatwia organizmowi wejście w stan fizjologicznego relaksu. Rośliny nigdy nie wywołują gwałtownych ruchów, nie trzeba mieć się na baczności. „Dźwięk wiatru szumiącego w drzewach działa kojąco. Kolor zielony w połączeniu z niebieskim automatycznie obniża poziom pobudzenia” – czytamy w „Kwitnącym umyśle”.

Esther Sternberg, lekarka medycyny, pisząca o właściwościach uzdrawiających przestrzeni, nazywa zieleń „domyślnym trybem naszego mózgu” – gen kodujący pigment fotoreceptora pojawił się jako pierwszy na drodze ewolucji i ma największą czułość na rozkład widmowy światła słonecznego i na długość fal światła odbitego od roślin zielonych. Dlatego zielony nas wycisza, uspokaja i daje nadzieję na lepszy czas.

Hildegarda z Bingen, dwunastowieczna przeorysza, teolożka i zielarka twierdziła, że ludzie mogą rozkwitać tylko wtedy, kiedy rozkwita świat przyrody. Pielęgnowanie ogrodu to, jej zdaniem, jedna z najprostszych form samouzdrawiania. „Odpowiednia uprawa ziemi oznacza poświęcenie uwagi, zauważenie pierwszych oznak niedomagania, zrozumienie, czego rośliny potrzebują” – puentuje Stuart-Smith. Kiedy uprawiamy ziemię, pielęgnujemy postawę troskliwości wobec świata, a także wobec samych siebie.

Jak korzystać z ogrodowej terapii?

  • Jeśli nie masz dostępu do prawdziwego ogrodu, popracuj z tym wymyślonym, zapamiętanym albo wyobrażonym. Zamknij oczy i zobacz, co w nim rośnie. Jakie rośliny, drzewa, kwiaty... Poczuj zapach ulubionych kwiatów czy ziół i dotyk wiatru na twarzy. Pospaceruj w wyobraźni po swoim magicznym ogrodzie.
  • Dobrą alternatywą są ogrody w szkle. Zwłaszcza takie, w których rośliny żyją zgodnie z cyklami przyrody: jest czas opadania liści i czas kwitnienia. Taki ogródek możesz kupić albo zapisać się na warsztat i wykonać go samodzielnie.
  • Jak najczęściej spędzaj czas w naturze; spaceruj po lesie, przytulaj się do drzew, oddychaj.
  • Weź ołówek i kartkę papieru i narysuj drzewo owocowe tak, jak je sobie wyobrażasz. Przyjrzyj się swojemu rysunkowi i sprawdź, czy twoje drzewo sprawia wrażenie silnego, czy ma mocne oparcie. Pień odzwierciedla postawę życiową, gałęzie to relacje ze światem a owoce – osiągnięcia życiowe.

Więcej w książce: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora

Polecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. AgoraPolecamy książkę: „Kwitnący umysł. O uzdrawiającej mocy natury”, Sue Stuart-Smith, wyd. Agora
  1. Kultura

Siergiej Połunin - pierwszy bad boy baletu

Siergiej Połunin, jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Kadr z teledysku Hoziera
Siergiej Połunin, jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Kadr z teledysku Hoziera "Take Me to Church". (Fot. Forum)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przepowiadano mu ostateczny koniec kariery. Zresztą on sam bardzo się do tych przepowiedni przyczynił. Dziś pierwszy „bad boy baletu” twierdzi, że zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym wkroczył w nowy etap. Coraz częściej gra w filmach, urodził mu się syn. – Zaczynam od początku. Jako tancerz, jako aktor, jako ojciec – deklaruje Siergiej Połunin.

Stawiano go w jednym szeregu z Wacławem Niżyńskim, Rudolfem Nuriejewem czy Michaiłem Barysznikowem. Ale też nazywano „trudnym” i „nieprzewidywalnym”. Po raz pierwszy – po nagłej rezygnacji z prestiżowego stanowiska głównego tancerza Baletu Królewskiego w Londynie, które zaproponowano mu jako najmłodszemu w historii.

W wieku zaledwie 19 lat Połunin tańczył główne partie w „Bajaderze”, „Manon”, „Onieginie” i oczywiście „Dziadku do orzechów”, ale już wtedy czuł się zmęczony i wypalony. W końcu od dzieciństwa spędzał na treningach po kilkanaście godzin dziennie. Jeszcze kilka lat wcześniej miał nadzieję, że jego rozkwitająca kariera zbliży do siebie rodziców, którzy podporządkowali wszystko talentowi syna. Rozjechali się po Europie w poszukiwaniu pracy, by móc go wspierać, podczas gdy on chodził do Royal Ballet School w Londynie. Rozłąka nie sprzyjała jednak trwałości małżeństwa, które w końcu się rozpadło. Nastoletni Sierioża bardzo to przeżył. Mimo to cały czas pracował trzy razy ciężej od kolegów, bo zwyczajnie nie mógł sobie pozwolić na porażkę. Nie chciał wracać do rodzinnego Chersonia na Ukrainie. Z kolei nauczyciele bardzo szybko poznali się na jego talencie, więc wymagali jeszcze więcej.

Po raz drugi kariera Połunina zawisła na włosku, kiedy zdecydował się na powrót do Rosji i udział w telewizyjnym programie rozrywkowym „Bolshoi Ballet”, a potem na przyjęcie angażu w Moskiewskim Akademickim Teatrze im. Stanisławskiego i Niemirowicza-Danczenki, gdzie tańczył w „Jeziorze łabędzim”, „Giselle” czy „Don Kichocie”. I kiedy wydawało się, że Połunin zostanie już na Wschodzie i nie zdecyduje się na powrót na sceny Londynu, Mediolanu czy Paryża – jeśli w ogóle będzie dalej tańczył – on przyjął propozycję słynnego amerykańskiego artysty Davida LaChapelle’a i przygotował choreografię do poruszającej piosenki Hoziera „Take Me to Church”. Na YouTubie utwór w interpretacji Siergieja odtworzono do dziś niemal 30 mln razy. Potem reżyser Steven Cantor zrealizował świetny dokument o baletmistrzu pod tytułem „Tancerz”, szukając, między innymi w domu rodzinnym i szkole baletowej, przyczyn jego trudnego charakteru i wybuchowego temperamentu. Wyglądało na to, że Sierioża dość niespodziewanie zaczyna wychodzić na prostą. Najsłynniejsze teatry na świecie znowu go zapraszają – na początku na gościnne występy, ale kilka udanych sezonów mogło szybko zmienić ogólne nastawienie i atmosferę skandalu wciąż unoszącą się wokół Połunina. W 2019 roku Paris Opera Ballet zaproponowała mu nawet angaż w roli księcia Zygfryda w „Jeziorze łabędzim”. To mógł być zupełnie nowy start. Stało się jednak inaczej. Połunin wyraził w mediach społecznościowych podziw dla Władimira Putina, opublikował też kilka homofobicznych i seksistowskich komentarzy, by na koniec odsłonić tatuaż prezydenta Rosji wykonany na klatce piersiowej w okolicach serca. W ciągu 48 godzin Paris Opera Ballet odwołał swoje zaproszenie i nagle znowu przestały się liczyć nieprzeciętny talent, wdzięk i gracja w powietrzu, idealne proporcje ciała, niespotykana charyzma i świadomość ruchu. Tancerzowi przestała przysługiwać taryfa ulgowa.

Ostatnie dwa lata były dla ciebie dość trudne z osobistego i zawodowego punktu widzenia. Czy gdybyś mógł cofnąć czas, coś byś zmienił? Siergiej Połunin: To prawda, dużo się działo, w mojej głowie i w sercu. Podjąłem sporo kontrowersyjnych decyzji, trudno było mi się potem z nich tłumaczyć.

Rzeczywiście kilka twoich postów na Instagramie wzbudziło ogromne emocje. Na przykład ten, w którym otwarcie poparłeś Władimira Putina, albo ten, w którym wyraziłeś podziw dla polityki Donalda Trumpa. Do tego jeszcze ten twój słynny już tatuaż na sercu z twarzą Putina. Nie dziwisz się chyba, że takie działanie mogło urazić wiele osób. Jestem być może jedyną osobą na świecie, której pandemia nie zaszkodziła, tylko pomogła. Cała afera przez ten czas ucichła, a ja miałem okazję się nad tym wszystkim zastanowić z dystansu i przemyśleć to, co zrobiłem.

I do jakich doszedłeś wniosków? Wiem, że wszystko, co teraz powiem, może być opacznie zrozumiane, postaram się po prostu odpowiedzieć szczerze. Nigdy nie ukrywałem swojej sympatii dla Putina, podobnie jak tego, że chociaż urodziłem się na Ukrainie, zawsze czułem się Rosjaninem. Myślę, że komuś, kto pochodzi z zachodniej Europy czy w ogóle z innego miejsca na świecie, trudno jest mnie zrozumieć i zaakceptować, przynajmniej takiego, jakim byłem jeszcze dwa lata temu. Moje życie zmieniło się od tego czasu diametralnie. Wiem, i wiedziałem też wtedy, jak to jest, kiedy wokół człowieka kumulują się negatywne emocje, kiedy z godziny na godzinę stajesz się wrogiem publicznym numer jeden. Moje posty na Twitterze czy Instagramie, które doprowadziły do nasilonych ataków na mnie, miały tak naprawdę dość niewinny początek. Były akurat moje urodziny i zasugerowałem swoim fanom na Instagramie, by zamiast wysyłać mi życzenia i pozdrowienia, przekazali je także Putinowi. Napisałem wtedy, że widzę w nim światło i nadzieję. Chodziło mi wyłącznie o optymistyczny przekaz, o wzajemny szacunek i zrozumienie. Jednak po sekundzie od publikacji postu wylała się na mnie krytyka gigantycznych, przytłaczających rozmiarów. Ludzie zaczęli życzyć mi śmierci. To nie miał być post polityczny, nie o to mi chodziło. A tatuaż zrobiłem sobie już rok wcześniej, ale nikt go wtedy nie zauważył.

Myślę, że poruszając temat Putina, a szczególnie poparcia dla niego, nie da się uniknąć politycznego kontekstu. Jestem niestety uparty i uznałem, że skoro już to napisałem, muszę przy tym trwać. Doprowadziło to tylko do większych szkód. Ukraiński rząd uznał mnie za terrorystę, nie mogę tam teraz spokojnie pojechać. W swoim rodzinnym kraju nie jestem już mile widziany.

Nie miałeś wtedy momentu zatrzymania, refleksji, że to, co robisz, szkodzi najbardziej tobie samemu? Autorefleksja przyszła po pewnym czasie, pewnie za późno. Udowodniłem całemu światu i sobie, że potrafię w mgnieniu oka zniszczyć wszystko, na co pracowałem od lat. Nie jestem z tego dumny. To doświadczenie bardzo mnie zmieniło. Widzę, że wcześniej rozpraszało mnie zbyt wiele rzeczy, bodźców. Tatuaże są ich zewnętrznym śladem, którego chcę się pozbyć, usunąć wszystkie. Pragnę stać się naprawdę nowym człowiekiem, już bez tych rysunków. Dziś uważam je za rodzaj nastoletniego buntu, którego przez taniec byłem w znacznym stopniu pozbawiony.

Zmieniłeś też podejście do mediów społecznościowych. Używasz ich teraz inaczej niż kiedyś. Rozsądniej? Wielu ludzi uważa, że media społecznościowe są nic niewarte. Że to śmietnik. Z drugiej strony, co dostrzega też coraz więcej osób, to użyteczne narzędzie, jeśli się wie, jak z niego korzystać. Każdy z nas przeżywa w ciągu dnia wiele emocji i odczuwa potrzebę podzielenia się nimi z ludźmi. Jakiś jednostkowy wpis, dla mnie ważny w danym momencie, dla kogoś innego okazuje się obrazoburczy, szkodliwy, kontrowersyjny. Ale cóż, co zostało opublikowane, jest już w sferze publicznej. I zostanie tam na zawsze, niezależnie od tego, co byśmy potem robili.

A czy twoim zdaniem osoby publiczne powinny się w tak otwarty i czasem dość bezrefleksyjny sposób wypowiadać na tematy polityczne, społeczne, historyczne? Przekonałem się, że nie zawsze jest to dobre. Ale jestem tylko człowiekiem i popełniam błędy. Codziennie. Był czas, kiedy właśnie ze względu na zaciekłą krytykę moich poglądów i zachowania nienawidziłem Internetu, mediów społecznościowych i wszystkiego, co się z tym wiąże. Ale też dzięki nim poznałem swoją życiową partnerkę, z którą teraz wychowujemy syna. Angażuję się też w różne społeczne inicjatywy, o których mogę poprzez nie głośno mówić.

Siergiej Połunin z partnerką życiową Jeleną Iljinych, rosyjską łyżwiarką figurową, i z ich synkiem, którego nazwali Mir [z ros. „spokój”, „pokój”]. (Fot.Stephanie Pistel)Siergiej Połunin z partnerką życiową Jeleną Iljinych, rosyjską łyżwiarką figurową, i z ich synkiem, którego nazwali Mir [z ros. „spokój”, „pokój”]. (Fot.Stephanie Pistel)

Jak się odnajdujesz w nowej dla siebie roli taty? Codziennie rano wstaję z inną, nową energią. Na pewno dojrzałem, przestałem szukać sobie jakichś tematów zastępczych, staram się nie zajmować głupotami. Chcę być dobrym ojcem, motywacją i inspiracją. Chcę naprawdę poświęcić się synowi, dać mu swój cały czas i miłość. Wszystko, co teraz robię, jest w pewnym sensie o nim i dla niego. Przestałem myśleć o sobie, preferuję kompletnie inny styl życia.

Ostatnio rzadziej występowałeś na światowych scenach, nawet jeszcze przed pandemią częściej angażowałeś się w role filmowe. Jakie to uczucie – wyzwolić się z ram dopracowanych do najdrobniejszego gestu choreografii? Taniec znam od podszewki, zajmuję się tym całe swoje życie. Chyba tylko pływanie jest dla mnie bardziej naturalne. Nauka kroków w tańcu, czucie muzyki każdym nerwem, każdym pojedynczym mięśniem, intuicyjne wyczuwanie akcentów i niuansów – przychodzi mi z dużą łatwością. Role filmowe traktuję jak wyzwania. Film to praca zespołowa, czuje się wspólnotę, a odpowiedzialność rozkłada się na wiele osób, więc dla mnie to psychiczny odpoczynek, nawet jeśli na planie wciąż nie czuję się pewnie. Jestem jednym z trybików w machinie, do tego nigdy nie tym najważniejszym. Kiedy tańczę jako solista na scenie, zdaję sobie sprawę, że ci wszyscy ludzie na widowni przyszli tylko po to, żeby zobaczyć, co ten Połunin potrafi. Wiem, że nie mogę pozwolić sobie na słabszy dzień. W kinie nikt nie wymaga ode mnie bycia najlepszym. W tym sensie to bardzo uwalniające uczucie.

Siergiej Połunin z Laetitią Dosch w filmie „Passion Simple”. (Fot. Forum)Siergiej Połunin z Laetitią Dosch w filmie „Passion Simple”. (Fot. Forum)

Poza baletem niewiele jest dziedzin, w których panuje tak ostre współzawodnictwo i taka presja sukcesu. Wielu tancerzy, mimo niezaprzeczalnego talentu, sobie z nimi nie radzi. Ty też masz za sobą słabsze momenty. Presja jest ogromna, od najmłodszych lat. Dla mnie wyrażała się ona nawet niekoniecznie nieustannymi ćwiczeniami, które najczęściej sprawiały mi jednak radość, co podróżami. Przez co najmniej 20 lat swojego życia przebywałem tak naprawdę z dala od ludzi, przemieszczając się z miejsca na miejsce, zmieniając domy, kraje, teatry. Tancerze to tacy współcześni nomadowie. Ale kiedy żyje się w odosobnieniu, człowiek staje się odludkiem, inaczej reaguje. Zawsze bardzo lubiłem studiować charaktery, ale też obserwować innych i formułować na tej podstawie jakieś sądy. Najbardziej cieszy mnie jednak rozmowa, spotkanie. Bardzo przeżywam ten stan zamknięcia.

Nie boisz się mówić otwarcie o swoich uczuciach. Mężczyźni z Rosji czy Ukrainy rzadko ujawniają się ze swoimi emocjami. Wydaje im się chyba, że to niemęskie, uwłaczające. Każdy z nas ma jednak słabsze momenty, a ukrywanie ich przed bliskimi może negatywnie odbić się na naszym zdrowiu psychicznym. Ja w zasadzie nie mam z tym problemu. Kiedy tańczę, emocje wyrażam całym sobą, choć zupełnie o tym nie myślę. To się dzieje organicznie, naturalnie. Nawet najbardziej skomplikowane układy choreograficzne mam jakby wgrane na twardy dysk mojego mózgu i obudzony w środku nocy potrafię zatańczyć najtrudniejsze partie. Mam bardzo dobrze wykształconą pamięć ciała, nawet trzygodzinne choreografie nie sprawiają mi większych trudności. Z kolei w filmach gram niemal wyłącznie twarzą, co jest dla mnie czymś zupełnie nowym. W kinie startowałem z poziomu absolutnego amatora, cały czas się uczę. Czasami mam trochę łatwiejsze zadanie, bo sporo moich ról wciąż zakłada, żebym tańczył, na przykład w „Czerwonej jaskółce” z Jennifer Lawrence czy w „Białym kruku” Ralpha Fiennesa. Ale ruch ciała a słowo to zupełnie inne materie, odpowiadają za nie inne części mózgu.

Co sprawia ci największą trudność w graniu w filmach? Ilość tekstu, który muszę przyswoić i wygłosić. Z drugiej strony w moim ostatnim skończonym filmie, francuskiej „Passion Simple” Danielle Arbid, miałem do zagrania bardzo dużo scen miłosnych, rozbieranych. Do tego przy całej ekipie! To nigdy nie są łatwe sytuacje. Nawet dla profesjonalisty.

Nazywano cię „Jamesem Deanem baletu”, „pełną wdzięku bestią”, „bad boyem tańca klasycznego”. To dość osobliwe określenia, przyznasz. [śmiech] To o bestii wymyślił mój przyjaciel, rzucił to kiedyś mimochodem, a dziennikarze usłyszeli i podchwycili. Nie zastanawiam się nad tym zbyt często, chociaż pewnie to jeden z elementów, które sprawiają, że widzowie mnie zapamiętują. Takie przezwiska są dość nośne. Ale prawdę mówiąc, teraz już nie chcę, żeby cokolwiek mnie rozpraszało. Zaczynam od początku. Jako tancerz, jako aktor, jako ojciec. Potrzebuję oczyszczenia i spokoju. Już czas.

Siergiej Połunin, rocznik 1989. Jeden z najbardziej cenionych tancerzy na świecie. Wiosną ukaże się bogato ilustrowany album – autobiografia Połunina „Free: a Life in Images and Words” ze wstępem autorstwa Helen Mirren i Alberta Watsona.

  1. Psychologia

Demony przeszłości pozbawiają cię energii? Sprawdź, jak odkryć w sobie wewnętrzną moc

Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Historie z przeszłości pętają nas niewidzialną linią. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, uruchamiają scenariusz wina-krzywda i pozbawiają nas energii. Aby raz na zawsze się z nimi rozprawić, należy odkryć w sobie wewnętrzną moc. (Fot. iStock)
Nogi jak z waty, brak energii, uwięzły w gardle głos... Kto lubi tak się czuć? A jednak to dar od ciała, które, skarżąc się na brak oparcia, skłania nas do odkrycia wewnętrznej mocy – pisze psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz.

Każda z nas nosi w sobie wiele historii o krzywdzie: nadopiekuńcza matka, nieobecny ojciec, nieczuła babcia, nielojalna przyjaciółka, partner, który porzucił… Wtedy jakoś dałyśmy sobie radę, przeżyłyśmy, podniosłyśmy się z kolan, choć wydawało się, że gorzej już być nie może. Jednak te historie z przeszłości nadal pętają nas niewidzialną liną. Odzywają się w najmniej odpowiednim momencie, zupełnie jakby ktoś nagle pociągnął za sznur, i uruchamiają scenariusz wina-krzywda, który ujawnia się w stwierdzeniach: „Byłam wyjątkowo niegrzecznym dzieckiem”, „Mój ojciec chciał syna” czy „Znów wybrałam niewłaściwego mężczyznę”. Powroty do przeszłości, w której przecież nic już się nie da zmienić, naprawić – pozbawiają nas energii, a złudna nadzieja, że w dorosłym życiu ktoś da nam to, czego nie dali rodzice, odbiera moc.

Moc przychodzi z niemocy

„Chcę ruszyć do przodu, ale coś mnie zatrzymuje”... „nogi mam jak z waty, brakuje mi energii”... „ostatnio często tracę głos” – to kłopoty, z którymi przychodzą do mnie silne kobiety. Silne, bo w świecie zewnętrznym nie ma na nie mocnych, udaje im się wszystko załatwić, zorganizować, zaplanować, dopilnować. Silne, bo wiedzą, czego potrzebują: „Muszę tylko przepracować dzieciństwo”, „muszę zamknąć ostatni toksyczny związek”, „jestem DDA i dlatego nie mogę stanąć na własnych nogach”. Jak Marta, z którą miałam sesję w zeszłym tygodniu.

– Byłam molestowana seksualnie przez ojczyma – wyznała na samym początku spotkania. – Muszę to wreszcie załatwić. Jak długo można rozpamiętywać przeszłość?! – Ile miałaś lat? – Siedem… to się stało w dzień moich urodzin. Wierzysz mi?

Jasne, że wierzyłam.

Marta kilka razy rozpoczynała terapię. Przerywała, kiedy zbliżał się temat ojczyma, bo nie była gotowa się z nim zmierzyć. Twierdzi, że teraz już jest. – Nie jesteś. Bo wspomnienie przeszłości ciągle wrzuca cię w rolę krzywdzonego dziecka – stopuję ją. – To co mam zrobić? – Wstań z krzesła, stań mocno na ziemi, lekko ugnij kolana, zamknij oczy i poczuj moc swoich ud, bioder, brzucha.

Marta ma mocny brzuch i silne uda, bo od dziecka ćwiczyła lekkoatletykę. Zosia, pacjentka, która zgłosiła się w sprawie „niemocy” po przemocowym związku, nie cierpi swojego brzucha. Jej partner powtarzał, że „spasła się jak świnia”, kilka razy uderzył ją w brzuch, który po ciążach sama nazywa „sflaczałym”.

– Najgorszy był ostatni poród. Dziecko było duże i dwóch lekarzy dosłownie rzuciło mi się na brzuch. Od tamtej pory niewiele czuję od pępka w dół – opowiada.

Biedne te nasze brzuchy, biodra, uda. Bywa, że wiele muszą znosić, ale… „Nasze ciała są jak ziemia, która ma swój krajobraz zmieniający się pod wpływem zabudowywania, parcelowania, kopania i burzenia” – tłumaczy Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”. W historii o Kobiecie Motylu rytualny taniec, na którego pokaz ściągają do Meksyku podróżni z całego świata, wykonuje stara, gruba kobieta. Ma wielki brzuch, cienkie nogi, ciało naznaczone bliznami i rozstępami, szerokie biodra.

„Biodra są szerokie nie bez powodu – w nich mieści się miękko wyścielona kołyska dla nowego życia. Biodra kobiety są dźwignią dla ciała znajdującego się nad i pod nim; są bramą, miękką poduszką, podstawą miłości, schronieniem dla dzieci. Nogi muszą być silne, bo mają dobrze nieść, czasem popędzać, dźwigać w górę, są anillo – obręczą obejmującą kochanków. Natura chce, by ciało czuło, by miało kontakt z przyjemnością, sercem, duszą, dzikością” – wyjaśnia Estés.

Era kobiet bez brzucha

– Och, w naszych brzuchach jest tak wiele: ogień, seksualność, twórczość, energia życia – tłumaczy Ania Rogowska, psycholożka, terapeutka pracująca z ciałem, kobieta zwołująca kręgi, współzałożycielka Szkoły Wrażliwości. – A moc? – Jest moc, ale niekoniecznie rozumiana jako coś mocnego, bywa, że w brzuchu jest coś bardzo delikatnego, wrażliwego, można powiedzieć, że taka mała dziewczynka. Kobiecie trudno jest się spotkać z czymś tak delikatnym. Jedna moja pacjentka odkryła w swoim brzuchu ogień, który miał różne aspekty: był zimny, ale też gorący. Wystarczyło go poznać, zaufać mu, by łatwiej wyrażać siebie.

Zdaniem Ani kobieca moc nie zawsze musi być intensywna, dzika, dynamiczna. Jeśli jest subtelna, czuła – uczy wrażliwości i delikatności wobec siebie. Czucie siebie w ten sposób sprawia, że już nie można się zgadzać na wszystko czy wyrządzać sobie krzywd.

Ania mówi, że żyjemy w kulturze kobiet bez brzucha; „nie wypinaj się”, „wciągnij brzuch”, a przecież brzuch nawet bardzo szczupłej kobiety jest lekko wypukły. Chyba że kobieta żyje na wdechu, np. z lęku, że wypuszczenie powietrza oznacza deformację figury. Życie „na wciągniętym brzuchu” sprawia że nogi są słabe: drżące uda, sztywne kolana, niestabilne kostki. Kulisz się: szyję chowasz w ramiona, zamykasz klatkę piersiową, ręce nie mają odwagi ani sięgać, ani wyznaczać granic. Głos ci drży, każde „nie’’ więźnie w gardle. W twoim ciele „bez brzucha” nie ma mocy. Bez niej nie ruszysz do przodu, bo przeszłość będzie ściągać cię do tyłu. Bez niej nie rozliczysz się z przeszłością, bo będąc w tamtej roli – krzywdzonego dziecka czy krzywdzonej kobiety – nie zrobisz nic więcej, niż zrobiłaś wtedy.

Kiedy puścisz brzuch, poczujesz swoją moc, dogrzebiesz się i do ognia, i do wrażliwości, i do traum małej dziewczynki, która w przeszłości nie mogła się obronić, bo była dzieckiem.

Ja chcę czuć

– Niedawno przyszła do mnie kobieta, która nie mogła wyrazić samej siebie, nie czuła siebie – opowiada Ania Rogowska. – Okazało się, że blokada była właśnie w brzuchu. To był ogień, którego się bała. Po tym odkryciu kobieta zaczęła malować.

Zdaniem terapeutki pierwszym krokiem w procesie odkrywania mocy w brzuchu jest decyzja, że „ja chcę czuć”. To postanowienie, którego już nie da się odwrócić czy zignorować. Drugi krok to ciekawość, która daje odwagę do wyruszenia na spotkanie z brzuchem. Kolejny to wchodzenie w głąb, poczucie siebie od środka i słuchanie tego. To uczy zaufania. Brzuch staje się wtedy czułym narzędziem do nawigowania i portalem do kontaktowania się z różnymi siłami.

– A co z lękiem? – pytam, wspominając te wszystkie dzielne i silne kobiety, które spotkałam na swojej drodze.

Aneta, pilotka samolotu, w wieku 35 lat przestała miesiączkować, a kiedy poprosiłam, żeby położyła dłoń na brzuchu, wybiegła z gabinetu, szlochając. Mirka od 13. roku życia cierpiała na zaburzenia odżywiania, w trakcie sesji oddechowej puściła brzuch, a kiedy jej ciało zaczęło drżeć, powiedziała, że się boi, bo nie wie, co się z nią dzieje.

– Lęk przed schodzeniem w głąb brzucha jest naszym sprzymierzeńcem, ponieważ wymaga niezwykłej uważności na to, czy ja naprawdę mogę już tam wejść, czy jestem gotowa – tłumaczy psycholożka. – Podpowiada, jakie powinny być spełnione warunki: bardzo bezpieczna przestrzeń, odpowiedni czas, wolne tempo. Nie można tego procesu popędzać, a przecież żyjemy w czasach, gdzie wszystko ma być szybciej.

Odkrycie kobiecej mocy wymaga odwagi dotknięcia tego, co boli, i czucia. Czasami łatwiej jest czuć to, co było kiedyś, a nie to, co jest teraz. Dlatego tak bardzo wrzuca nas w role z przeszłości. Bezpieczniej jest czuć rodowe cierpienia niż „tu i teraz”. Trudno jest przytrzymać się w tym: położyć się i czuć, nie robić nic, tylko być.

–Nie pomogą ci w tym żadne superwarsztaty, supermetody terapeutyczne czy superterapeuci, jeśli nie odkryjesz swojego świadomego „chcę”, nie poczujesz gotowości, granic, które możesz przekroczyć, tajemnic, które możesz ujawnić – tłumaczy Ania.

W kontakcie z brzuchem - ćwiczenie

  • Połóż jedną dłoń na brzuchu, a drugą na sercu.
  • Poczuj, czy to już ten czas, żeby posłuchać, co w tobie tu i teraz.
  • Pamiętaj, jeżeli nie będzie w tobie gotowości, żadna metoda nie pozwoli ci skontaktować się z prawdziwą mocą.
  • Jeśli naprawdę chcesz, brzuch cię poprowadzi; nie spiesz się, bądź uważna, delikatna, rób to z miłością.

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet; www.terapiavia.com.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.