1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mamo, jestem dorosła!

Mamo, jestem dorosła!

fot. iStock
fot. iStock
Moja matka nie potrafi być szczęśliwa. Mówi mi: „nie interesuj się moim życiem, skoro mnie odrzucasz”. Kocham mamę. Ale wystarczy pół godziny z nią i czuję się chora albo beznadziejna.

Moja matka nie potrafi być szczęśliwa. Mówi mi: „nie interesuj się moim życiem, skoro mnie odrzucasz”.

Kocham mamę. Ale wystarczy pół godziny z nią i czuję się chora albo beznadziejna. Cokolwiek zrobię, ona wzdycha, krzywi się i komentuje. Gotuję „nie tak”, córki wychować nie umiem, wyszłam za niedojdę…

„Troszczę się o ciebie po prostu” – powtarza, gdy próbuję przekonać ją, że to moje życie.

Wszystko wie lepiej, a każda dyskusja kończy się cichymi dniami. Mama nie krzyczy, ale jej słowa i zachowanie sprawiają, że czuję, że to ja ją krzywdzę i rozczarowuję. Przeze mnie skacze jej ciśnienie, płacze, jest jeszcze bardziej nieszczęśliwa, a przecież życie dało jej w kość. Poświęcała się dla mnie, brała nadgodziny, żeby zapewnić mi korepetycje, które pozwolą mi zdać na studia (zawiodłam ją, wybierając pedagogikę zamiast medycyny).

Ona wciąż próbuje być numerem jeden w moim życiu, osobą, bez której sobie nie poradzę. Mojego męża traktuje jak powietrze. Ja przed nim tłumaczę się za matkę, przed nią – za męża. W rezultacie cały czas czuję się nie w porządku wobec najbliższych.

„Jestem w pracy” – szepczę, gdy mama telefonuje po raz piąty. Ale ona chciała tylko powiedzieć, że zrobiła dla nas schabowe i jeszcze umyła mi okna, więc boli ją kręgosłup. „Nie prosiłam ani o obiad, ani o sprzątanie” – myślę, ale dziękuję. Nie umiem inaczej.

Słodkiego, ciężkiego życia

Czasem myślę, że mama nie cieszy się moim szczęściem. Pamiętam, jak ekscytowałam się urlopem w Chorwacji. „W moich czasach paszport i wyjazdy były luksusem” – westchnęła. I poprosiła: „Jak masz starą pościel, to mi daj”. „Przecież mogę ci kupić” – zapewniłam. „Szkoda wydawać na emerytkę” – machnęła ręką.

„Bidulka” – znowu czułam się winna. „Ona życzy ci ciężkiego życia, jakie sama miała” – powiedziała mi przyjaciółka. – Dlaczego to ty masz odpowiadać za jej szczęście?”.

Z dzieciństwa pamiętam mamę smutną, zmęczoną i samotną. Owszem, całowała mnie w czoło, gdy chorowałam. Pomagała w lekcjach, biła brawo, kiedy śpiewałam solówki w Gawędzie. Robiłam wszystko, żeby zasłużyć na takie gesty. Dziś życzliwą uwagę dostaję, gdy mówię jej o porażkach albo kłótniach z mężem. Wtedy nawet mnie przytuli.

Nie jestem idiotką, dostrzegam coś toksycznego w naszej relacji. Wiem, że mam prawo postępować, jak zechcę. Słuchać swoich potrzeb . W teorii, bo przy mamie wciąż czuję się głupią małolatą. A jej odpowiada taki układ. Ja jestem „gorsza”, ona czuje się aniołem, który mnie ratuje. Ale przecież nie zostawię 70-latki. To by ją zabiło. A ja nie uniosę poczucia winy.

Przymusowy odwyk

Mama nie odbiera ode mnie telefonu. Wysłała SMS: „Żyję, masz swoje sprawy”. Co oznacza: „Nie interesuj się mną, skoro mnie odrzucasz”.  Szantażuje i karze emocjonalnie. Nawaliłam? Rok temu postanowiliśmy z mężem zaadaptować strych nad naszą klitką. Nie mieliśmy zdolności kredytowej, więc mama namówiła nas na pożyczkę pod zastaw jej mieszkania. Nie spłaciliśmy dwóch rat, lamentowała, że „wpędzę ją do grobu”. Kiedy oddaliśmy całą sumę… nie była zadowolona. „Traci nad nami kontrolę, woli żyć konfliktem niż go rozwiązywać” – docierało do mnie.

Mąż ostro powiedział: „Zapraszamy mamusię raczej na imprezy rodzinne i święta. Czas się usamodzielnić”.

„Jak mogłeś?” – oskarżałam go, że jest bezwzględny. „Jeszcze mi podziękujesz za to, że nas uratowałem”, mówił.

I miał rację. Trudne to, martwię się o mamę, sięgam po komórkę, żeby do niej zadzwonić. Jakbym była uzależniona. Psychoterapia? Dla kogo? Dla mnie czy dla niej? Ona się nie zmieni, ale ja już mam dość obchodzenia się z nią jak z jajkiem. Ale na konfrontację nie jestem gotowa. Na razie uczę się być dorosłą kobietą, a nie małolatą pod jej wieczną kuratelą. Nie wiem, czy uda mi się odwyk od własnej matki.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wychowywanie przez strach i zawstydzanie - krzywda przekazywana z pokolenia na pokolenie

Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. (Fot. iStock)
Jeśli mały człowiek wychowuje się w domu pełnym pogody ducha i radości, to dostaje fantastyczne wyposażenie. Potem wie, że sobie poradzi, lubi i innych, i siebie. Natomiast jeśli przychodzi na świat tam, gdzie jest kupa lęku, przemocy, niepewności, to ten człowieczek doświadcza krzywdy. Cierpi. Radzi sobie, jak może, tworząc osobiste strategie przetrwania, które go jakoś chronią, ale nie są spontanicznym, zdrowym rozwojem.

Większość z nas nosi w sobie krzywdę, której źródło znajduje się w naszych domach. Myśmy się jako ludzkość nie dopracowali świadomego rodzicielstwa, czyli takiego, które korzysta z postępu wiedzy psychologicznej. Dzięki psychologii wiadomo, że człowiek jest pod ogromnym  wpływem tego, jak się go traktuje, gdy przyjdzie na świat. Robi się z tego żarty w stylu: „O, bandyta, pewnie miał trudne dzieciństwo, ha, ha”. Ale nie ma się z czego śmiać, bo to jest prawda.

Rodzice na ogół nie są z siebie zadowoleni, dumni, więc próbują się dowartościować kosztem własnych dzieci. Choćby tatusiowie, którzy powinni wychować synów w poczuciu fajności i sprawczości, mówią: „A ty ze mną nigdy nie wygrasz, kim ty jesteś przy mnie”, i ścigają się z nimi. Zamiast tego ojciec mógłby powiedzieć: „Synu, jestem z ciebie dumny”. Matki mówią często: „Ja życzę ci jak najlepiej”, ale tak naprawdę cierpią, ponieważ ich córkom żyje się łatwiej niż im samym, więc im tego zazdroszczą i wcale im dobrze nie życzą. Zbyt wielka liczba rodziców ulega przekazywanej z pokolenia na pokolenie epidemii wychowywania przez strach i zawstydzanie. Dziecko się umniejsza, bierze pod but. Krzywdą jest brak szacunku dla odrębności bytu ludzkiego, który przyszedł na świat. Krzywda to jest taki stan, że byłeś przestraszony, obolały, wściekły, zraniony, oburzony, samotny i kompletnie bezsilny. Pojawia się tam, gdzie władza, gdzie odbiera się wolność. Rodzice najczęściej nie mają władzy gdzie indziej, tylko właśnie nad dzieckiem, i nadużywają jej w sposób straszliwy, ponieważ wobec nich również jej nadużywano. Żeby zatrzymać to błędne koło, jedno pokolenie albo nawet dwa czy trzy pokolenia muszą zrobić ogromny wysiłek. Zdać sobie sprawę z tego, że w każdym z nas są pokłady takich cech czy takich możliwości, które oby się nie uruchomiły. Inny słowy, że można być jednocześnie kochającym rodzicem i potencjalnym oprawcą.

Niedawno byłam w bibliotece w pewnym małym mieście i jak zwykle zadałam pytanie zebranej publice: Kto ma szczęśliwą matkę? Nikt ze 120 kobiet i 3 mężczyzn się nie zgłosił. W Warszawie w 500-osobowych salach takie osoby się zdarzają. Mniej więcej dwie deklarują: „Moja mama jest fajna, szczęśliwa”, a kolejne dwie, trzy mówią: „A moja się uczy, bo ja już się rozwijam, i ona zobaczyła, że też może”. Co się dziwić, kiedyś książek psychologicznych nie było ani odpowiednich artykułów w pismach, teraz już są, więc kolejne pokolenia mają szansę już inaczej być potraktowane. Starsze pokolenia mają poczucie krzywdy: „Masz co jeść, masz w co się ubrać, nikt cię z domu nie wyrzuca, nam było gorzej”. To takie negatywne komunikaty, a najgorsze zdanie to: „Zobaczysz, jak będziesz miała własne dzieci”. Bo po cholerę mamy te dzieci, skoro to taki ciężar?! „Dlatego że ktoś mi musi herbatę na stare lata podać”. Nikt nie poda, jeśli będziemy postępować w ten sposób. Dziecko wyjedzie za granicę, byle być dalej od takich rodziców, i nie poda herbaty. Stan poczucia krzywdy może przynieść chwilową ulgę, kiedy się nad sobą użalamy. Jednak jeśli tkwimy w nim zbyt długo i bez samoświadomości, czasem zamienia się w strategię typu: ponieważ jestem skrzywdzona, należą mi się specjalne względy. Nie muszę się starać, nie muszę nic robić, to inni się mają starać, przeprosić mnie za tę moją krzywdę, zadośćuczynić. To bardzo częsty problem, w dodatku jedno z trudniejszych wyzwań dla terapeuty, bo ludzie nie chcą tego oddać, zapierają się kopytami. Wolą być nadal nieszczęśliwi, bo boją się, że jeżeli oddadzą to nieszczęście, nie będą mieli już praw. Potrzebują poczucia krzywdy po to, żeby żądać dla siebie korzyści. Aby poradzić sobie z taką osobą, która wymaga dla siebie specjalnego traktowania, należy bardzo wyraźnie pokazać jej granice i ich pilnować. Ona nie ma granic, więc będzie właziła, gdzie się da. Robić dobre rzeczy należy tylko tym, którzy nas o to poproszą i nam za to dziękują. Ci, którzy żądają i nie dziękują, to są roszczeniowe jamochłony. Lepiej ich unikać, ich nie da się nakarmić, zawsze będą głodni. Krzywda jest rzeczą intymną, o niej się nie rozmawia, ją się ukrywa nawet przed samym sobą, bo z taką ciągle obecną trudno żyć. Dobrze, gdyby ona została oddemonizowana, ale człowiek, który cierpi w samotności, ma poczucie, że nikt tak nie cierpi jak on. Dopiero sesje terapeutyczne, a najbardziej grupowe, pokazują, że inni też tak mają. Żeby wyrwać się z poczucia krzywdy, najlepiej zobaczyć i posłuchać innych. Wyjść z zaklętego kręgu „tylko mnie jest źle”. Lekarstwem jest zmiana perspektywy na szerszą, bo poczucie krzywdy wiąże się z tym, że widzimy tunelowo, jednowymiarowo. Dodatkowo pomaga poczucie humoru, trudne rzeczy też można obśmiać, chodzi mi o taki życzliwy, serdeczny śmiech z siebie. Jeśli trzymam się kurczowo krzywdy, to z niej nie wyjdę, nie zacznę działać, nie wezmę odpowiedzialności za siebie. A przecież mogę dostrzec, że jeżeli do dziś żyję i nie jestem wrakiem, to coś dobrego oprócz tej krzywdy dostałam, nie warto skupiać się ciągle na tym, czego mi brakowało.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.

  1. Psychologia

Wredni i toksyczni ludzie – dlaczego często im ulegamy?

Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie. (Fot. iStock)
Każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z wrednymi ludźmi. Co oni tak naprawdę robią, że po kontakcie z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie; wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. Co dzieje się we wrednych umysłach? I dlaczego im ulegamy?

„Zaprosiłam ją na lunch i po pięciu minutach pożałowałam tego. Na wstępie usłyszałam, że ubieram się nawet nieźle, ale fryzurę mam okropną, powinnam koniecznie ściąć włosy. Rozejrzała się po sali: kelnerka miała »kaczy kuper«, gość przy oknie po prawej »coś obrzydliwego w oczach, spójrz tylko…«, »blondynie« przy sąsiednim stoliku nie darowała niebieskiego makijażu i krągłych kształtów. Uwagi na temat nieszczęsnej dziewczyny, jej piersi, partnera, potraw i wszystkich obecnych w restauracji stawały się coraz bardziej grubiańskie. Co jakiś czas wybuchała niekontrolowanym śmiechem. Po godzinie tego miłego spotkania czułam się tak osłabiona, że najchętniej położyłabym się do łóżka”.

„Zadzwoniłem, żeby powiedzieć mamie, że w tym roku nie będę na jej urodzinach, bo zaplanowałem wyjazd integracyjny ze swoim zespołem. W słuchawce zaległa cisza, a po chwili usłyszałem znajomy zbolały głos: »Jak myślisz, ilu jeszcze urodzin dożyję?«. Zacząłem się tłumaczyć, że przecież odwiedzę ją za kilka dni, ale nie pomogło. Czułem się paskudnie, jak zwykle, gdy do niej dzwonię”.

„Powiedzieliśmy z mężem naszej 30-letniej córce, że czas, żeby wyprowadziła się z domu i zaczęła żyć na własny rachunek. Wybuchła gniewem: »Proszę bardzo, zostanę prostytutką i wtedy będziecie szczęśliwi!«. Zamilkliśmy”. To tylko trzy z dziesiątków historii, których wysłuchałam w ostatnich latach na temat trudności w relacjach z ludźmi. A przecież są jeszcze opowieści o toksycznych mężach, żonach, partnerach, przyjaciółkach, szefach, podwładnych, współpracownikach, braciach, siostrach, sąsiadach, księżach. Znawcy psychologicznej strony tematu twierdzą, że każdy z nas doświadczył w swoim życiu katastrofalnych skutków obcowania z toksycznymi ludźmi. I nie mówimy tu o patologii, gdy relacja z drugim człowiekiem zmienia życie w piekło i zagraża naszemu istnieniu, mówimy o normalnym życiu. Przez długi czas możemy nie mieć świadomości, co toksyczni ludzie tak naprawdę robią, ale po spotkaniu z nimi czujemy się pokonani emocjonalnie: wytrąceni z równowagi, zawstydzeni, przygnębieni i winni. W kontakcie z nimi myślimy: Znów przegrałam. Zawsze się poddaję. Nie powiedziałam tego, co naprawdę czuję. Dlaczego nigdy nie przedstawiam swojego punktu widzenia? Dlaczego nie potrafię się obronić? Toksyczni ludzie wyzwalają w nas to, co najgorsze.

Czarujący i zagrażający

To mogą być niewinne zdania: „Ach, dostałaś podwyżkę? Pracujesz w dobrej firmie, skoro daje podwyżki dla zachęty”. „Straciłaś na wadze? Świetnie, ale nie powinnaś chudnąć tak gwałtownie, bo się rozchorujesz”. „Weź jeszcze jedną bułeczkę, do twarzy ci z nimi. Hej, rozchmurz się, nie znasz się na żartach?”. Lillian Glass w książce „Toksyczni ludzie” pisze, że ktoś, kto mówi niemiłe rzeczy lub sprawia ci przykrość, po czym oświadcza, że to „tylko żart”, zdradza tym samym, jak nieprzyjazne uczucia żywi wobec ciebie. Podobnie dwuznaczne komplementy mówią: „Nie lubię cię. Zazdroszczę ci. Nie mogę na ciebie patrzeć. Za kogo ty się uważasz? Ktoś musi ci pokazać twoje miejsce”.

Glass na podstawie kilkudziesięciu lat pracy terapeutycznej twierdzi, że „niewyobrażalnie olbrzymie” jest znaczenie słów, które wypowiadamy. Cytuje biblijną Księgę Przysłów: „Życie i śmierć są w mocy języka”. Toksycznych ludzi definiuje jako tych, którzy nas ranią, dręczą, ciskają w naszą stronę słownym śmieciem, nie wspierają nas, nie zachęcają do rozwoju: „Ktoś, kogo nie cieszą twoje sukcesy, kto nie życzy ci dobrze, w istocie udaremnia twoje dążenie do szczęśliwego, twórczego życia”.

Toksyczni ludzie nie znoszą tych, którzy dobrze wyglądają i odnoszą sukcesy. Ale nie znoszą też tych, którym powodzi się źle. Atakują, robią złośliwe uwagi, podświadomie pragną innych zniszczyć. Czasem wyrażają radość z powodu czyjegoś sukcesu, jednak wyraz ich twarzy i gesty przeczą słowom.

Jay Carter we „Wstrętnych mężczyznach” i „Wstrętnych kobietach” pisze, że najbardziej niebezpieczni są ci, którzy próbują nas kontrolować i manipulują nami; obniżają naszą samoocenę insynuacjami, subtelnymi oskarżeniami, poniżaniem lub tzw. szczerością, czyli „powiem ci, co z tobą nie tak”.

Wredny jest oczywiście tyran, co widać na pierwszy rzut oka, ponieważ jest grubiański, uparty („ma być tak, jak ja chcę albo wcale!”), wybuchowy, gwałtowny. Jednak równie wredny może być mężczyzna kulturalny, przystojny, towarzyski, czarujący i błyskotliwy. Toksyczni ludzie mogą być geniuszami intelektu, mogą być utalentowani artystycznie i podziwiani, a jednak gdy z nimi przebywamy, czujemy się zdezorientowani i bezsilni. Najczęściej nie zdają sobie sprawy z tego, że stanowią dla innych zagrożenie. Twój wstrętny facet może nawet wyglądać na czułego i wspierającego, pisze Carter. Dopóki nie przekonasz się, że twoje uczucia i potrzeby nic dla niego nie znaczą. Są ważne o tyle, o ile można nimi manipulować. Lojalność, oddanie, współczucie i miłość postrzega jako słabości, które można wykorzystać.

Zgadnij, co mi zrobiłeś?

Co oni robią? Są bezlitośni w dążeniu do własnego celu naszym kosztem. Życie traktują jak walkę i nienawidzą przegrywać. Stare powiedzenie: nieważne, czy przegrasz, czy wygrasz, liczy się, jak grasz, przekształcili w: nieważne, jak grasz, bylebyś wygrał.

Wiele kobiet mówi o takim doświadczeniu, które przywołuje Carter we „Wstrętnych mężczyznach”. Gdy kobieta robi to, co on chce, jest względny spokój. Ale któregoś razu wyraża swoje zdanie. „To, co nastąpiło później, było najgorszym, najbardziej poniżającym strumieniem wyzwisk, jaki kiedykolwiek usłyszałam, i miało na celu zabicie mojej duszy” – opowiada jedna z bohaterek książki. Inna: „Traktował mnie jak księżniczkę i jak więźniarkę. Pozwoliłam mu mieć absolutny wpływ na to, jak się czuję”.

„Jeśli nie będziesz zachowywać się tak, jak chcę, będziesz cierpieć” – o tej niebezpiecznej w skutkach groźbie pisze Susan Forward w książce „Szantaż emocjonalny”. Jeśli nie podporządkujesz się jego woli, jesteś samolubną, nieczułą egoistką, a nawet wredną suką, dziwką, złą matką. Przypomina to tresowanie psa. To dlatego przeciwstawienie się szantażowi emocjonalnemu jest tak trudne: trzeba uznać, że być może jestem suką, ale dłużej nie zgadzam się na takie traktowanie. W ten sposób odzyskuję swoją siłę – to ja i tylko ja decyduję, co jest dla mnie dobre, a co złe. Najbardziej niebezpiecznymi manipulatorami mogą być nasi najbliżsi. Mogą grozić, że utrudnią nam życie, jeśli nie zrobimy tego, czego chcą. Będą zaniedbywać siebie, obowiązki, zrobią sobie krzywdę, popadną w depresję. Chcą więcej niezależnie od tego, ile im dajemy. Wpadamy w poczucie winy i ulegamy. Toksyczni ludzie – kochankowie, szefowie, rodzice – mogą obiecywać nam miłość, prezenty, pieniądze, karierę, ale tylko wtedy, gdy będziemy zachowywać się zgodnie z ich wolą. Niekończąca się seria testów i żądań, mnóstwo obietnic, ale trzeba spełnić warunki, warunki, warunki, ciągle nowe i bardziej wyrafinowane.

Są jeszcze cierpiętnicy. „Zgadnij, co mi zrobiłeś?” – tę grę opanowali do perfekcji. Przygnębieni, milczący, często ze łzami w oczach wycofują się, kiedy nie realizujemy ich oczekiwań. Cierpiętnicy mogą z pozoru wydawać się słabi, ale tak naprawdę to odmiana tyranów.

Wredni stosują negatywne porównania: „spójrz na nią, ona to potrafi!”. Nie jesteśmy tak dobrzy jak inni, niepokoi nas to i czujemy się winni. Często postępują w ten sposób ci, którzy zarządzają ludźmi w pracy. Negatywne porównania wywołują fatalną atmosferę, zazdrość i rywalizację. Możemy nagle zauważyć, że staramy się osiągać nierealistyczne normy wyznaczane przez szefa, który podjudza pracowników przeciwko sobie nawzajem. Wredni ludzie manipulują nami tak, że koncentrujemy się na ich potrzebach, natomiast opuszczamy siebie; ulegamy chwilowej iluzji bezpieczeństwa, jakie uzyskaliśmy, poddając się.

Przychodzi lęk do głowy

Trudno w to uwierzyć, ale ci silni, kontrolujący, manipulujący ludzie są zalęknieni i głodni bliskości, bezradni, obawiają się, że ich zranimy albo opuścimy. W swoich głowach słyszą przewijającą się taśmę: „To się nie uda. Nigdy nie dostanę tego, czego chcę. Nie wierzę, że innych obchodzi, czego pragnę. Nie mam tego, co jest mi niezbędne, bym mogła realizować moje potrzeby. Nie wiem, czy potrafię znieść sytuację, w której stracę coś, czego pragnę. Nikt nie dba o mnie tak, jak ja dbam o innych. Zawsze tracę tych, na których mi zależy”. Pełni niechęci, a nawet pogardy w stosunku do siebie, czują się zagrożeni. Postawą: „jestem lepszy od ciebie”, maskują przekonanie: „jestem od ciebie gorszy”.

Dlaczego więc im ulegamy? Ponieważ nadmiernie pożądamy aprobaty. Boimy się złości. Pragniemy mieć spokój za wszelką cenę. Przejmujemy przesadną odpowiedzialność za życie innych. Nie czujemy się dobrze ze sobą, nie wierzymy, że zasługujemy na miłość. Ustępujemy, bo przecież on miał takie straszne życie; lepiej ustąpić, niż zranić jego uczucia. Jednak cena za uległość jest bardzo wysoka. Ciągłe przebywanie w towarzystwie toksycznej osoby może być przyczyną licznych chorób psychosomatycznych – piszą wszyscy autorzy książek o wrednych ludziach. Mogą męczyć nas chroniczne bóle głowy, nudności, bóle krzyża, możemy odczuwać suchość w gardle, skarżyć się na wysypki, ataki astmy, alergiczny kaszel, ospałość, utratę energii, depresję. Możemy cierpieć na bóle żołądka, zaburzenia łaknienia, choroby serca, a nawet wyhodować raka z powodu tłumionego sprzeciwu czy gniewu. Ulegając, nagradzamy i wzmacniamy wrednych ludzi.

Wredność jest niebezpieczna, bo zaraźliwa. Jeśli jesteśmy szantażowani w pracy, często po przyjściu do domu odgrywamy się na dzieciach. Jeśli mamy złe relacje z rodzicami, negatywne emocje przelewamy na partnera. Sami stajemy się toksyczni, odreagowując swoje frustracje na kimś słabszym czy bardziej wrażliwym.

Lillian Glass zwraca uwagę, że w każdej chwili sami jesteśmy narażeni na wredność. Uratować może nas jedynie… uczciwość wobec siebie, która oznacza, że w żadnych okolicznościach nie będziemy zgadzać się na towarzystwo innych tylko dlatego, że mogą być dla nas użyteczni. Ludzie potrafią odebrać subtelne sygnały ukryte w naszych gestach i tonie głosu, wiedzą, czy ich lubimy, czy nie; czy mamy na względzie ich dobro, czy – wręcz przeciwnie – chcemy ich wykorzystać do własnych celów. „Ludzie nie są kamieniami w rzece, po których przechodzi się, po czym je odtrąca” – przypomina Glass. I radzi: „Wiąż się tylko z osobami, które wzbogacają cię, które cenisz, szanujesz i podziwiasz”.

Polecamy książki: Lillian Glass „Toksyczni ludzie”, Rebis; Susan Forward „Szantaż emocjonalny”, GWP; Jay Carter: „Wstrętni mężczyźni” i „Wstrętne kobiety”, Helion; John Hoover „Trudni ludzie”, Helion; Susan Forward „Toksyczni rodzice”, Santorski & Co; Patricia Evans „Toksyczne słowa”, Czarna Owca; Roy H. Lubit „Toksyczni ludzie. Jak z nimi współpracować”, One Press.

  1. Psychologia

Style przywiązania - jak związek z matką wpływa na późniejsze relacje?

Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności (fot. iStock)
Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców.

Wiele problemów w naszych bliskich związkach ma swoje źródło we wczesnych relacjach z rodzicami. Ale to nie znaczy, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy powielali błędy swoich rodziców. Jakie wyróżniamy style przywiązania i jaki mają one wpływ na naszą relację z partnerem?

Ewa, lat 34, mama sześcioletniej Marty. Pewnego dnia, po awanturze z mężem, widzi w sobie swoją matkę. Silną, dominującą, wiecznie zagniewaną. Przypominają jej się kłótnie matki z ojcem, gdy była dziewczynką. Chowała się wtedy pod stołem i zatykała sobie uszy. W Martusi widzi małą Ewę – zalęknioną, ale też rozhisteryzowaną, roszczeniową. Odkrywa jeden ze stylów przywiązania u dzieci. Szuka ratunku u terapeuty. Terapia nie ocala wprawdzie małżeństwa, ale pomaga na nowo budować relacje z córką.

Część wspólna zbioru

Nie każdy z nas ma szczęście zobaczyć jak na dłoni siebie w swoim dziecku. To dlatego większość psychoterapeutów proponuje rozpoczęcie terapii od spojrzenia w siebie, choć to, co tam zobaczymy, bywa często skutkiem relacji z naszymi rodzicami. Nie znaczy to, że oni są wszystkiemu winni. Ich przecież też wychowywali rodzice, którzy popełniali błędy.

Często dopiero własne dzieci pokazują, jacy naprawdę jesteśmy. Uświadamiają nam style przywiązania z przeszłości. Są lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Marta, córka Ewy, z byle powodu wpadała w histerię. Swoim zachowaniem pokazywała jednak nie to, „jak paskudny ma charakter” (cytat z ojca), ale to, co fundowali jej rodzice.

Dzieci są czymś w rodzaju wspólnego zbioru pomiędzy ojcem a matką, czyli są tym, co daję na rzecz związku ja i co ofiarowuje mój partner. Z czasem granice tej „części wspólnej” powiększają się o wszystko, co wnosi dorastające dziecko. Przez pierwsze lata życia jest ono jednak swoistą walizką, którą rodzice – często nieświadomie – zapełniają. Są pierwszymi osobami, z jakimi dziecko wchodzi w doświadczenie bliskich związków. Według Johna Bowlby’ego, brytyjskiego lekarza i psychoanalityka, od przebiegu relacji dziecka ze znaczącymi dla niego osobami we wczesnym okresie życia zależy jego funkcjonowanie psychiczne i społeczne w przyszłości. Style przywiązania u dzieci mają niebagatelne znaczenie.

Psycholog rozwojowy Mary Ainsworth przeprowadziła badania, które miały odpowiedzieć na pytanie, jak emocje matki wpływają na relacje z dzieckiem. Badania polegały na tym, że sprawdzano reakcję dziecka, gdy matka znikała z jego pola widzenia. Na tej podstawie określono trzy tak zwane style przywiązania u dzieci.

Mamo, zaopiekuj się mną, czyli style przywiązania u dziecka a późniejsze relacje z partnerem

Pierwszy, oparty na poczuciu bezpieczeństwa, prezentuje około dwóch trzecich dzieci. Co je wyróżnia? To, że ufają matce, czują się przy niej bezpiecznie, wierzą, że jest dostępna, wrażliwa i gotowa do wsparcia i opieki. Taka relacja buduje w małym człowieku poczucie własnej wartości oraz przekonanie, że ma prawo do miłości. A to z kolei sprawia, że chce on potem poznawać świat z dużą dozą pewności siebie, jest ciekawy nowych zjawisk i angażuje się w relacje społeczne. Dzieci prezentujące bezpieczny styl przywiązania jako osoby dorosłe potrafią tworzyć trwałe, zdrowe relacje. Umieją wspierać innych, ale też zwracać się o pomoc. Nie sprawia im trudności bycie zależnym od innych, potrafią również stawiać wyraźne granice. Po latach opisywali swoich rodziców jako troskliwych, uczuciowych, sprawiedliwych.

Badania Ainsworth pokazują, że około 20 procent dzieci przejawia inny styl przywiązania – lękowo-ambiwalentny. Aż tyle nie ma pewności, czy dostanie pomoc i pocieszenie! I dlatego stale upewniają się, czy aby mama jest blisko. Gdy próbuje się oddalić, gwałtownie protestują. A po jej powrocie z jednej strony się cieszą, a z drugiej – demonstrują gniew i opór. W dorosłości zamartwiają się o to, czy są naprawdę kochani i czy nie kochają za bardzo. Mogą stać się chorobliwie zazdrośni i czuć się niedoceniani przez partnera i inne ważne osoby, na przykład współpracowników. Badani o takim stylu przywiązania opisywali swoich rodziców jako agresywnych, kontrolujących.

Kolejne 20 procent dzieci cechuje unikający styl przywiązania. Takie dzieci mają poczucie odrzucenia przez matkę. A nabierają go dlatego, że są karane za próby nawiązania z nią bliskiego kontaktu fizycznego. Jako dorośli czują się skrępowani bliskością innych ludzi, stają się w ich obecności nerwowi, unikają intymności, nie ufają partnerowi. Wikłają się w przelotne związki seksualne i nadmiernie koncentrują, na przykład na pracy zawodowej. Wspominali rodziców jako wymagających, krytycznych i pozbawionych troskliwości.

Zamiana ról

Badania pokazują, że u 70 procent dorosłych (21-latków) styl nawiązywania relacji z partnerem jest taki sam jak styl przywiązania u dzieci do matki w wieku 12 miesięcy.

John Bradshaw, amerykański psycholog (ten, który ukuł termin „wewnętrzne dziecko”), twierdzi, że błędne koło powielania tego schematu da się przerwać. Zacząć trzeba od powrotu do swojego dzieciństwa, od obejrzenia go jak na zwolnionym filmie, przeanalizowania wspomnień i faktów. Dobrze jest przeprowadzić coś w rodzaju wywiadu ze sobą. Czy czuliśmy się wystraszeni, gdy mama znikała? Czy mieliśmy żal do rodziców, że wyjechali? Kto się nami opiekował, przytulał? Byliśmy chwaleni czy tylko karani?

Ewa przeprowadziła ze sobą taki wywiad. I co się okazało? Że panicznie bała się rozłąki z mamą, ponieważ ta postraszyła ją kiedyś (gdy była niegrzeczna): „Wyjdę z domu i więcej nie wrócę”. Odtąd lęk towarzyszył jej zawsze, gdy traciła matkę z oczu. Potem panicznie bała się zdrady i odejścia męża.

Ale aby przerwać przymus powielania schematu, nie można poprzestać tylko na uświadomieniu sobie tego, co jako dzieci przeżyliśmy. Trzeba też spróbować zrozumieć rodziców, spojrzeć na swoje dzieciństwo ich oczami. Żyli przecież w innych czasach, borykali się z różnymi trudnościami, nie mieli takiego dostępu do wiedzy na temat wychowania, jaki teraz mamy. A my chcieliśmy widzieć w nich bogów, którzy są w stanie wszystko dać i wszystko wiedzieć.

Gdy więc stajemy się dorosłymi, podziękujmy rodzicom za to, że kochali nas tak, jak potrafili, nie obarczajmy winą, tylko wybaczmy im i weźmy swoje życie w swoje ręce. Teraz to my jesteśmy rodzicami. Pamiętajmy: od chwili narodzin uczymy dziecko niezależności, a ono uczy nas... zależności. To taka naturalna wymiana – ono pobiera od nas lekcje stawania się autonomiczną osobą, a w zamian daje nam lekcje stawania się odpowiedzialnymi za drugiego człowieka.

Co się dzieje, gdy powstaje zbyt duża zależność rodzica z jednej strony i zbyt duża niezależność dziecka z drugiej? Ilustruje to taka oto sytuacja: Mama z dzieckiem przechodzą obok stoiska z zabawkami. Synek domaga się samochodu. Mama tłumaczy, że nie kupi mu autka. Synek krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama czerwona ze wstydu, dla świętego spokoju, kupuje samochód i wściekła wyciąga malca ze sklepu.

Prawdziwy dialog

W tej próbie sił wygrywa dziecko, ale czy na pewno? Widząc poirytowaną matkę, zastanawia się: „Niby wygrałem, ale dlaczego mama jest taka zła?”. Satysfakcję z postawienia na swoim mącą synkowi wątpliwości, czy wobec tego mama go jeszcze kocha. Tak rodzi się brak poczucia bezpieczeństwa. Bo to poczucie budują rodzice, którzy kochają, ale stawiają granice, uczą, czego wolno, a czego nie, którzy w swoich reakcjach są przewidywalni, konsekwentni.

Ulegamy dzieciom między innymi dlatego, że nie radzimy sobie z gniewem – chcemy ukryć irytację i złość, którą one bardzo wyczuwają. A wszystko to z lęku przed ich reakcją!

Z kolei skutki zbyt małej niezależności dziecka i zbyt małej zależności rodziców ilustruje taka oto sytuacja: Synek wygląda przez okno samolotu i nagle woła: „Tato, popatrz, jaki piękny stadion!”. Na co tata: „Co ty pleciesz, tu nie ma żadnego stadionu”. „Ale ja go widzę!” – upiera się synek. Tata: „Stadionu nie ma w tym mieście”. „Widocznie lecimy nad innym” – odpiera rezolutnie chłopiec. „Nie dyskutuj ze mną!” – ucina ojciec. Po chwili kapitan samolotu informuje, że lecą nad Manchesterem. A w tym mieście stadion na pewno jest. Tata jednak udaje, że nie słyszy. Synek słyszy doskonale, ale już wie, że tata musi zawsze mieć rację.

Wszechwiedzący rodzice, którzy decydują, co jest prawdą, a co nie, sprawiają, że dziecko nie ma poczucia sprawczości, czyli nabiera przekonania, że nic od niego nie zależy. Nie ma więc ochoty, by się zmieniać, rozwijać, podążać za swoimi pragnieniami i talentami, bo po co, skoro kontrolujący rodzice i tak wiedzą lepiej. Ale w głębi duszy pozostaje złość i żal oraz głębokie poczucie niesprawiedliwości. W życiu dorosłym takie skrzętnie skrywane uczucia mogą mieć opłakane konsekwencje – jak niesamodzielność, trudności w radzeniu sobie z codziennymi problemami, zbyt duża zależność od zdania innych osób, niskie poczucie własnej wartości. Takie style przywiązania mają wpływ na relacje z partnerem.

Dziecko powinno móc wyrazić każdą swoją emocję. Być zauważone i bezwarunkowo kochane. A jednocześnie znać granice, których nie wolno przekraczać, i konsekwencje, jakie poniesie, gdy jednak nie będzie ich respektować. To wszystko daje mu poczucie równowagi i stabilności. Nawet jeśli odzywa się w nas stara płyta ze znanymi ze swojego dzieciństwa melodiami, starajmy się włączyć nową. I powtarzajmy dziecku: „kocham cię”. Bo ono zawsze potrzebuje takiego zapewnienia.

Konsultacja psychologiczna: Monika Myszka.

  1. Psychologia

Miłość i wściekłość - o trudnej relacji matki i córki

badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
Dwie najbliższe sobie kobiety od pokoleń wzajemnie się obwiniają i wpędzają w poczucie winy. Tracą przy tym mnóstwo energii, która zamiast na budowanie idzie na niszczenie, hamuje ich rozwój. Dlaczego tak trudno im się porozumieć? I co zrobić, żeby porozumienie było możliwe?

Tekst pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło".

Kinga, 25 lat, właśnie skończyła polonistykę, urodziła Olę. Jej mama Ewa, lat 55, w tym czasie odeszła na wcześniejszą emeryturę (była nauczycielką polskiego). Wreszcie ma czas, także dla wnuczki. Kiedy dwóm starszym synom rodziły się dzieci, pracowała. Zresztą synowe o pomoc zwracały się do swoich matek. I tak zdaniem Ewy ma być. Matka to matka. Kingę i Ewę łączy bardzo silna, skomplikowana więź. Nie mogą bez siebie żyć, ale ciągle się kłócą. Codziennie do siebie dzwonią (mieszkają na dwóch końcach miasta), ale zawsze kończy się wzajemnymi oskarżeniami. Pomagają sobie, jednak nie mają skrupułów, żeby się ranić. Konflikty zaczęły się w okresie dorastania Kingi.

Duży ładunek ambiwalencji

Kindze trudno było się połapać, o co mamie chodzi, bo raz traktowała ją jak małą dziewczynkę („włóż czapkę”, „nie zapomnij o kluczach”), a innym razem irytowała się, gdy była mało samodzielna.

Ann F. Caron, autorka poradnika dla matek dorastających córek („Matki i córki”), zauważa, że te dwie najbliższe sobie kobiety mają sprzeczne oczekiwania. Matki wymagają od córek samodzielności, a jednocześnie chcą mieć nad nimi kontrolę. Córki natomiast ciągle mówią matce: „ty nic nie rozumiesz, daj mi spokój”, a skrycie przyznają, że marzą o jej wsparciu, akceptacji i rozmowie.

Paula Caplan w książce „Nie obwiniaj matki” podkreśla, że większość relacji matka – córka cechuje duża ambiwalencja. Matka jest cudowna i okropna. Czuła i bezwzględna. Córka ukochana i nie do zniesienia. Miła i pyskata. Nic dziwnego, że te dwie kobiety kochają się i nienawidzą. Uciekają od siebie i za sobą tęsknią. Jak to wytłumaczyć? Tym, że związek matki z córką jest najbardziej intymnym ze wszystkich bliskich związków. Dla większości córek matka pozostaje najważniejszym punktem odniesienia, zwłaszcza w dzieciństwie, a bywa, że również w dorosłym życiu. Mała dziewczynka naśladuje jej gesty, przymierza przed lustrem jej stroje, bawi się w dom, wcielając się w jej rolę. Na tym etapie życia mama jest najwspanialszą osobą na świecie.

 
Ten obraz radykalnie zmienia się w okresie dorastania. Córka szuka wtedy dzielących je różnic, kwestionuje racje matki. A wszystko po to, aby zdefiniować siebie. Ale to nie znaczy, że matka nie jest jej już potrzebna. Wprost przeciwnie – to matka dostarcza jej informacji zwrotnych potrzebnych do budowania relacji ze światem. Mówiąc: „akceptuję twoje wybory” lub „kocham cię, choć nie podoba mi się to, co robisz”, daje jej to, co matka może dać córce najlepszego.

Ewa: – Starałam się z Kingą zaprzyjaźnić, wiedzieć, czym żyje, znać jej koleżanki, być taką jej psiapsiółą. Pożyczałyśmy sobie ciuchy, kosmetyki, chodziłyśmy razem do kina i na spacer. Wszystko to się skończyło, gdy poszła do liceum, a właściwie gdy poznała Kubę, swojego obecnego męża. Izoluje mnie od niego, jakby była o niego zazdrosna.

Kinga: – Pamiętam, że jako dziewczynka zwierzałam się mamie ze wszystkich swoich tajemnic. Mama z kolei wylewała mi swoje żale związane z pracą, przyjaciółkami, a przede wszystkim z ojcem, z którym rozstała się, gdy miałam pięć lat. Całe życie towarzyszyło mi poczucie, że wszyscy mamę krzywdzą – i przyjaciółki, i koledzy, a już najbardziej tata.

Mama godzinami opowiadała mi, jaki to tata był dla niej niedobry, jak strasznie ją traktował. A ja nie wiedziałam, jak reagować, bo przecież to mój ojciec, którego kocham. Chciałam jej to jednak jakoś wynagrodzić, więc spędzałam z nią dużo czasu, starałam się być posłuszna, nie sprawiać problemów. Efekt był taki, że nie miałam przyjaciółek, a kolegów traktowałam podejrzliwie.

Być matką kumpelką to ogromna pokusa wielu matek. Ale w takim modelu kryje się dużo niebezpieczeństw. Córka czuje podświadomy nakaz zaopiekowania się matką, ponieważ wydaje jej się, że matka jest niedojrzała, nieżyciowa. Bierze za nią odpowiedzialność, przez co sama ma zaburzone dojrzewanie. Tak naprawdę boi się dojrzeć, bo podejrzewa, że w dorosłości musi być coś okropnego, skoro matka postanowiła na zawsze pozostać nastolatką.

Wina w rodzaju żeńskim

Niektóre matki chcą dorównać córkom, a nawet z nimi rywalizują. O wygląd, seksualną atrakcyjność, powodzenie u mężczyzn. Gdyby jednak popatrzyły na siebie z odpowiedniej perspektywy, mogłyby dostrzec w swoim wieku dużo atutów.

To one bowiem wiedzą, co to znaczy urodzić i wychować dziecko. To one przeszły przez konflikty ze swoją matką i przez różne związki z mężczyznami. Są bogate w życiowe doświadczenie, którego córki nie mają. I tym powinny dzielić się z córką. Tylko matka, która akceptuje swoją kobiecość i dojrzałość, może dać córce prawdziwe oparcie i poczucie bezpieczeństwa.

Psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska podkreśla, że to dzięki matce dziewczynka, a potem młoda kobieta uczy się rozpoznawać i nazywać swoje uczucia. Więź z matką ma duży wpływ na jej relacje z osobami obojga płci. Jeśli ta najważniejsza kobieta w życiu córki zaczyna z nią rywalizować, manipulować nią albo ją odrzuca, to potem wszystkie relacje z kobietami mogą wydawać się jej ryzykowne. Ale równie ważny jest wpływ matki na jej relacje z mężczyznami. Bo to od niej córka uczy się kobiecości. Jeśli matka nieustannie narzeka na mężczyzn, kpi z nich i widzi w nich nieudaczników, to córka może traktować ich podobnie. Co więcej – okazuje się, że nawet gdy córce nie podobają się związki matki, to często w dorosłości buduje podobne.

Kinga: – Koleżanki powtarzały mi, że gdy urodzę swoje dziecko, moje stosunki z mamą się poprawią. Z jednej strony tak się stało, bo rzeczywiście mama bardzo mi pomaga, ale z drugiej – nie, bo nie zna w tym umiaru. Dźwiga zakupy z drugiego końca miasta, jakby na naszym osiedlu nie było sklepu. Przywozi obiady, których my tak naprawdę nie chcemy, bo lubimy co innego. Ja jeszcze jakoś to znoszę, ale mój mąż coraz bardziej jawnie protestuje. Staram się słuchać jej wskazówek – choć wydają mi się staroświeckie – bo przecież wychowała trójkę dzieci. Mąż powiedział mi ostatnio, że jestem taka sama jak ona. I chyba ma rację, bo łapię się na tym, że niby wyrażam swoje zdanie, a tak naprawdę „lecę mamą”.

Badania potwierdzają, że dziewczynki podzielają poglądy matek w znacznie większym stopniu niż chłopcy. Dotyczy to różnych sfer życia, także sądów na temat relacji między kobietą a mężczyzną, seksu. Czasem córka staje się zakładnikiem norm przekazanych jej przez matkę.

Zofia Milska-Wrzosińska w książce „Bezradnik” opisuje pacjentkę, która tak mocno uwewnętrzniła pogląd matki, jakoby wszystkie zachowania związane z seksem czy płcią były złe i wstydliwe, że jej małżeństwo na długie lata pozostało białe. Zasady, które przejęła od matki jako swoje, spowodowały, że całkowicie odrzuciła seksualną sferę życia.

Inne badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. Z kolei naukowcy kanadyjscy udowodnili, że matki i córki w zadziwiająco podobny sposób opowiadają, przedstawiają wydarzenia, komentują, przytaczają szczegóły, nawet jeśli wcześniej nie uzgadniały zeznań. Takie podobieństwo nie występuje pomiędzy nikim innym w rodzinie – ani pomiędzy matkami a synami, ani ojcami a synami czy ojcami a córkami.

Wszystkie te badania dowodzą niesłychanie silnej więzi pomiędzy matką a córką. I co za tym idzie – wielkiej odpowiedzialności matki za wychowanie córki. Ale stąd tylko krok do obarczenia matek całą winą za nieudane życie córek. Zdaniem Pauli Caplan obwinianie o to matki jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Matki czują tego brzemię.

Ewa: – Moja córka wie, że jednym spojrzeniem lub słowem może sprawić, że poczuję się głupia, stara, brzydka i zdołowana. W pierwszym odruchu odpłacam jej tym samym, ale w głębi duszy pozostaje przekonanie, że widocznie nie zasłużyłam na dobre słowo.

Kinga: – Wiem, ile zawdzięczam mamie, jak bardzo jest nam oddana, szczególnie teraz. Ale czasami marzę, żeby jej nie widzieć i nie słyszeć. Chyba nie jestem dobrą córką.

Paula Caplan pisze o niszczącej sile wzajemnego wpędzania się w poczucie winy: „Energia zużyta na gniewne obwinianie matki (i siebie samych zarówno w roli córki, jak i matki) wstrzymuje nasz rozwój. Jednym z największych źródeł źle wykorzystanej energii emocjonalnej jest wściekłość, którą miliony kobiet czują wobec matek. Gdybyśmy zamiast obsesyjnie przypisywać winę matce, wykorzystały siły w bardziej produktywny sposób, powstałyby wielkie dzieła sztuki, rozwiązałybyśmy problemy socjalne i kryzysy tożsamościowe. Ale taką zmianę skutecznie uniemożliwia powszechne przekonanie, że źródłem naszych największych problemów są matki”.

Uczłowieczyć jej obraz

Jak wyjść z tego błędnego koła wzajemnych oskarżeń? Matki mają tu dużo lekcji do odrobienia, zwłaszcza w okresie dojrzewania córki. Powinny zrozumieć, że ma ona potrzebę okazywania swojej odmienności, i nie brać jej krytycznych uwag do siebie. A już w żadnym razie nie odpłacać jej pięknym za nadobne. Krytykuje nas? Buntuje się?

Zapytajmy najspokojniej, jak umiemy, dlaczego. Być może ma słuszne powody. Słuchajmy jej bez oceniania. Wymagajmy od córki odpowiedniej do wieku odpowiedzialności za swoje postępowanie. Nie wyręczajmy we wszystkim, bo odbieramy jej okazję do rozwoju. Nie oczekujmy, że będzie się nam zwierzała jak kiedyś. Zaakceptujmy granice, jakie nam stawia. Obserwujmy ją, zachowajmy z nią bliski kontakt, a zarazem pozwalajmy podejmować własne decyzje. Miejmy do niej zaufanie. W końcu to jej życie. Tylko w ten sposób możemy przeprowadzić ją przez ten trudny okres od pełnej identyfikacji z nami do osiągnięcia autonomii.

A co mogą zrobić córki? Paula Caplan radzi, aby uczłowieczyły obraz matki, czyli uświadomiły sobie wszystkie cechy jej charakteru i motywy postępowania. Może okaże się, że matka też miała krytykującą matkę i trudne dzieciństwo. Wiele matek stara się sprostać wyidealizowanemu obrazowi macierzyństwa i ukrywa przed córkami swoje trudności, bo nie chce ich tym obciążać. Dlatego większość z nas tak mało o nich wie, a brak tej wiedzy jeszcze bardziej utrudnia wzajemne porozumienie.

Ważne jest nie tylko zrozumienie błędów matek, ale także dostrzeżenie ich zalet. W każdej matce można znaleźć coś, co powinno budzić szacunek. Na przykład to, że nie pracowała, aby nas wychować. Albo pracowała i łączyła codzienne obowiązki macierzyńskie z zawodowymi. Nawet jeśli matka bardzo nas zraniła, można zobaczyć w niej po prostu człowieka. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ nieustanne obwinianie matki szkodzi przede wszystkim nam. Zwalnia z odpowiedzialności za swoje życie. Utwierdza w przekonaniu, że ponieważ problem tkwi w niej, więc ze swoim życiem nie możemy nic zrobić.

Bert Hellinger zauważa, że córki oczekują od matek, by były jak Bóg. A ponieważ to niewykonalne, pociągają je za to do odpowiedzialności. Hellinger powtarza, że uzdrowić relacje z matką możemy poprzez wzięcie jej do serca taką, jaka jest, ze wszystkimi zaletami i wadami.

  1. Styl Życia

Żeglarz, nasza miłość

Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Od lewej: Dagmara, Patrycja i Urszula. Trzy pokolenia kobiet, które mają wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Fot. Bartosz Bańka/ Agencja Gazeta)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Babcia, mama i córka. Dawniej musiały się mierzyć z szaleństwem kaset wideo i multipleksów, dzisiaj stawiają czoła platformom streamingowym i pandemii. – Ja co roku chcę zamknąć kino, bo to się nie opłaca. To jest idiotyzm, fanaberia nasza. A na wiosnę i tak znowu je otwieramy – mówi Urszula „Babinex” Blindow, najstarsza z właścicielek kina Żeglarz. Jedynego, jakie zostało na Półwyspie Helskim.

Za ekranem kina przy ulicy Portowej znajduje się tajemne „przejście do Narnii”, czyli do małego mieszkanka właścicielek – babci „Babinex” Urszuli, mamy Dagmary i córki Patrycji. Kiedy rozmawiamy, towarzyszy nam ścieżka dźwiękowa filmu „Sokół z masłem orzechowym”, ponieważ za ścianą odbywa się akurat seans. Repertuar w kinie jest codziennie inaczej ustawiony: co godzinę można zobaczyć inny film. – Nie możemy wstawić jednego tytułu na wyłączność – mówi Dagmara. – Raz grałam cały weekend „Shreka” i widzowie do tej pory mi to wypominają. Ale to był wówczas warunek dystrybutora. Ci dystrybutorzy, którzy współpracują z nami od lat, znają specyfikę miejsca i wiedzą, że ludzie przyjeżdżają na kilka dni, czasem tylko na weekend i nie chcą codziennie oglądać tego samego.

W prezencie

Bogdan Blindow – bo od niego ta przygoda się zaczęła – w roku 1966 został kierownikiem Powiatowego Zespołu Kin w Wejherowie. A kiedy zlikwidowano powiaty, odpowiadał za kino Świt. – Jak Dagusia była dzieckiem, zajmowałam się tam wszystkim: sprzedawałam bilety, układałam razem z Bogdanem repertuar, sprzątałam, byłam bileterką, zajmowałam się papierologią – mówi „Babinex” Urszula. Dagmara, wychowana w Świcie, znała każdy jego odgłos. – Siadałam w ciągu dnia na pustej widowni i potrafiłam powiedzieć, kto, gdzie i co robi – wspomina. Latem rodzina Blindowów wyjeżdżała do zaprzyjaźnionych kin w kraju, przy których były pokoje gościnne dla pracowników. Tak po raz pierwszy trafili do Jastarni. Dagmara: – Jak przyjechaliśmy tu w 1986 roku, tak już zostaliśmy, bośmy się wszyscy w tym miejscu zakochali. W czasach małej prywatyzacji oddawano kina w ajencje i dzierżawy. W roku 1991 Bogdan Blindow, w tajemnicy przed rodziną, podpisał umowę na prowadzenie Żeglarza. Urszula: – Musiało mu być ciężko utrzymać to w tajemnicy, bo on był straszny gaduła, wszystko zawsze wygadał. A wtedy tylko zabrał mnie do samochodu i ani słowa. Skręcamy już na półwysep, pytam go: „Gdzie my jedziemy?”. A on: „Nie mogę ci jeszcze powiedzieć”. Ale jak już byliśmy blisko, nie wytrzymał: „Załatwiłem ci kino w Jastarni!”. To był taki prezent dla mnie. Bardzo się cieszyłam, skakałam w samochodzie, krzyczałam, klaskałam. Jechał z nami nasz kinooperator Henio, który był głuchoniemy. On już wiedział, więc jak się odwróciłam, cieszył się razem ze mną. Od tej pory cała rodzina prowadziła Świt w Wejherowie i sezonowo Żeglarza w Jastarni. Na Półwyspie Helskim działały wówczas jeszcze trzy inne kina: Wicher Hel, Albatros Władysławowo i Mewa Puck. Dziś z tej czwórki został tylko Żeglarz. Już po śmierci ojca Dagmara w roku 1997 przejęła dzierżawę, a chwilę później Żeglarza wykupiła. To kino prywatne, sezonowe, prowadzone przez trzy pasjonatki.

Patrycja: 'To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się'. (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta) Patrycja: "To jest nasze życie, skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i paliło, nie poddamy się". (Fot. Bartosz Bańka/Agencja Gazeta)

Dagmara: Powitanie z Afryką

Niektóre filmy widziałam tak wiele razy, że znam je prawie na pamięć. Cytatami z „Seksmisji” przerzucaliśmy się z ojcem przy porannej jajecznicy. W filmie „Pluton”, po 22 projekcjach, jestem w stanie wyłapać wpadki, na przykład najpierw koszulka jest porwana, w następnym ujęciu cała. Pewnych wrażeń i scen filmowych nie da się przenieść z kina na mały ekran. Kadr z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, kiedy auto z rozświetlonymi reflektorami przejeżdża przez całą szerokość ekranu, nie robi już takiego wrażenia w telewizorze. Podobnie jest z moim ukochanym filmem „Pożegnanie z Afryką”. Oglądając go w kinie, za każdym razem czuję powiew gorącego afrykańskiego powietrza, które wprost wylewa się z ekranu. W telewizji tego nie ma, a lecące po niebie różowe flamingi są tylko jedną wielką plamą. Na moje 50. urodziny Patunia zorganizowała mi przyjęcie niespodziankę, a goście złożyli się na prezent: bilet do Kenii. Jak się wreszcie skończy pandemia, spełnię swoje największe filmowe marzenie i odwiedzę dom Karen Blixen.

Przesłuchanie za "Przesłuchanie"

Latem przez kino Żeglarz przewijają się ludzie z całego kraju oraz goście z zagranicy. Przychodzą nie tylko na filmy, lecz także na organizowane tu imprezy, koncerty i wernisaże. Nie brakuje znanych nazwisk. To, co wydaje się tak przyjemne i towarzysko atrakcyjne, nie przynosi jednak dochodów. Na turystów na tyłach kina czekają więc sezonowe domki i pokoje na wynajem, które dają finansową podporę właścicielkom. Przez lata, aby utrzymać kino, Dagmara jeździła do pracy do Holandii: – Pracowałam przy produkcji sałatek, przy kwiatach, mięsie, pakowałam PlayStation. Byłam w tylu miastach i robiłam tyle rzeczy, że nie zliczę, i wszystko, co zarobiłam, szło na edukację Patrycji i na rachunki w kinie. Walka o utrzymanie Żeglarza wydaje się w tej rodzinie priorytetem, bo utratę kina już znają i wspominają z bólem. Był początek XXI wieku, w Gdyni pojawiły się multipleksy, widzowie zaczęli odchodzić z małych kin. – To było najgorsze doświadczenie w moim życiu. Czułam się przez wiele lat, jakby ktoś mi złamał życie, kompletnie nie mogłam się odnaleźć – wspomina Dagmara. – W kinie Świt w Wejherowie zaczynaliśmy, spędziłam w nim całe życie, jego zamknięcie przypłaciłam depresją. Siadałam wtedy sama na sali i kazałam sobie puszczać filmy, wyłącznie po to, żeby ludzie przechodzący obok słyszeli, że kino żyje. I żeby nie oszaleć. – Od tamtej chwili minęło ze 20 lat, a ja nadal nie mogę chodzić po ulicy, na której stoi ten budynek i marnieje – dodaje Urszula. – Do tego stopnia jest to obciążające. O innym traumatycznym „filmowym” doświadczeniu swojej babci opowiada Patrycja Blindow, choć wydarzyło się ono na wiele lat przed jej narodzinami i zna je tylko z opowieści. – Babcia rzadko o tym mówi, bo nie cierpi tego wspominać. Dziadek był działaczem Solidarności, więc był pod większą obserwacją. Kiedyś znaleziono u niego w kinie taśmę VHS, czyli nawet nie taką do dystrybucji, z filmem „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego. Został zatrzymany, były naloty w domu, babcia była przesłuchiwana. Jedyne, co pamięta, oprócz strachu, to lampę wycelowaną prosto w oczy.

Urszula: serce kina

Mam coś takiego, że nawet jeśli film nie jest wybitny, mądry czy chwytający za serce, to i tak go oglądam, żeby podziwiać kraj­obrazy lub podpatrywać zachowania ludzi, bo wiem, że w wielu miejscach na świecie nie będę. Dlatego nawet w najgorszym filmie potrafię sobie znaleźć coś, co mnie zaciekawi. Zawsze kochałam kino, jeszcze zanim poznałam Bogdana. Gdy studiowałam prawo, chodziłam do DKF-u. Lubiłam tę ciemność, to zapadanie się w fotelu, kiedy człowiek odcina się od wszystkiego i wchodzi w inny świat. W domu można oglądać film na kanapie nawet na największym telewizorze, ale to nie to samo: bo po herbatę się idzie do kuchni, bo ktoś zadzwoni, ktoś przyjdzie. A tu człowiek jest wyizolowany z realnego świata. Ostatnio taką magię poczułam na „Zimnej wojnie”. Wyszłyśmy z kina i nie rozmawiałyśmy ze sobą, tak byłyśmy zaczarowane. A ja w szczególności, bo poczułam wtedy to serce kina.

Babcie takich rzeczy nie robią

Codziennie o 21.15 przez 68 dni w czasie trwającego wiosną lockdownu w mediach społecznościowych pojawiało się zdjęcie zagadka. Był to zainscenizowany przez panie Blindow kadr z filmu, którego tytuł należało odgadnąć. Kalambury kinowe na czas #ZostańwDomu przyniosły kinu Żeglarz sławę i rzesze nowych fanów. Zagadki nie były łatwe, kadry – nieoczywiste. Wymyśliła je Patrycja jako formę promocji kina, choć nikt nie miał pewności, czy otworzy się ono latem. – Patrycja wybierała kadry z filmów i reżyserowała, ja byłam stroną techniczną: rekwizyty, makijaż, zestaw policjanta z kiosku Ruchu za dziesięć złotych albo maseczka z drogerii – opowiada Dagmara. – Długi czas nie zdawałyśmy sobie sprawy, jakim echem to się rozniesie. Pierwszy był „Ojciec chrzestny”, obśmiałyśmy się jak norki!
W czasie wiosennego lockdownu w mediach społecznościowych codziennie pojawiał się nowy kalambur. Internauci zgadywali, za bohaterów których słynnych filmów są wystylizowane Urszula, Dagmara i Patrycja.
 

Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz) Na większości zdjęć główną rolę gra Urszula Blindow: ucharakteryzowana na Śmierć z „Siódmej pieczęci” Bergmana, na E.T., American Psycho, Mistrza Yodę czy… Hannibala Lectera z „Milczenia owiec”. (Fot. archiwum kina Żeglarz)

– Babinex wszystko dla mnie zrobi – mówi Patrycja – więc wiedziałam, że się zgodzi na kalambury, że to tylko kwestia czasu. Pod koniec doszłyśmy do takiej wprawy, że robiłyśmy zdjęcia w dziesięć minut, razem z przebiórką. Dagmara: – Mama czasami mówiła: „Ja już mam tego dosyć, jestem zmęczona”, a na drugi dzień wstawała i pytała: „No to co dzisiaj gram?”. Nasza główna gwiazda! Urszula: – No bo ja się tam najbardziej wygłupiałam! Normalne babcie takich rzeczy nie robią na pewno. Latem do kina Żeglarz przyjechał jeden z najbardziej aktywnych uczestników kalamburów z pretensjami, że to się tak z dnia na dzień skończyło, i z prezentem – muzyką z filmu „Łowca androidów” na winylu. Podobno do Jastarni przyjeżdża się i serce zostawia na zawsze albo nie wraca nigdy więcej. Wydaje się, że najbardziej zakochana w tym miejscu jest Patrycja, przy wymyślaniu kalamburów dopiero się rozgrzewała. Jej plany na rozwój i modernizację kina Żeglarz obejmują najbliższe dziesięć lat, a marzenia to budowa w Jastarni „imperium kultury”. Na pewno jest do tego merytorycznie przygotowana: skończyła prawo, dziennikarstwo i medioznawstwo oraz dwa kierunki podyplomowe – management kultury i prawo autorskie. – Patrycja po maturze miała trip po Europie – wspomina Urszula. – Dostałam od niej kartkę z Lizbony: „Babciu, Lizbona jest przepiękna, ale najpiękniejsza jest Jastarnia”. My jesteśmy zakochane w Jastarni, ale ona jest uzależniona od tego miejsca. Tutaj jest najlepiej, i nikt jej nie przekona, że jest inaczej.

Patrycja: rząd 1, miejsce 6

Pierwszy film, który pamiętam z kina, to był „Titanic”. Oglądałam go w warszawskiej Skarpie. Miałam może cztery lata, siedziałam u Dagusi na kolanach. Dziewczyny na zmianę czytały mi napisy, a bileterki robiły zakłady, że nie wytrzymam do końca seansu. Ale wytrzymałam. W Żeglarzu potrafiłam jako dziecko siedzieć w pierwszym rzędzie na szóstym miejscu nawet osiem godzin z rzędu, wychodząc tylko na picie i do łazienki. Dziewczyny pozwalały mi oglądać większość filmów, oprócz „Hannibala”. Mam tylko jedno traumatyczne wspomnienie z sali kinowej, film „Babe – świnka z klasą”. Byłam kilkuletnim dzieckiem i gdzieś w dwudziestej minucie seansu wpadłam między oparcie a siedzisko fotela. Stałam już tak do końca filmu, bo byłam nauczona, że jestem „z kina” i nie mogę przeszkadzać w trakcie projekcji. Jednym z najważniejszych filmów jest dla mnie „Za wszelką cenę” Eastwooda. Na takie filmy mówimy „ciężarówa”, bo nie jest to łatwa rzecz. Obejrzałam go, mając 11 lat, kiedy ostro trenowałam karate. Tak mnie ten film zdeterminował, że nie mogłam się doczekać kolejnego treningu. Jestem pokoleniem lat 90., więc na kreowanie mojego systemu wartości ogromny wpływ miały bajki. Niektóre cytaty, okraszone mądrościami wychowujących mnie dziewczyn, stanowią do tej pory podstawę moich zasad moralnych: „Ohana znaczy rodzina, a w rodzinie nikogo się nie odtrąca ani nie porzuca” z bajki „Lilo i Stich” albo „Miarą prawdziwego bohatera nie jest siła mięśni, ale siła serca” z „Herkulesa”.

Życie, skarb, pamiątka

W kinie Żeglarz panuje niepisany podział obowiązków oraz preferencji filmowych. Patrycja przegląda box office i wyłapuje dobre tytuły. Babinex lubi kino rosyjskie i koreańskie, ogólnie – niszowe, żeby nie powiedzieć „niszę niszy”. Dagmara jako wielbicielka kina hollywoodzkiego wybiera filmy, które są blisko tej estetyki. – W zeszłym roku bez zająknięcia powiedziałam: „Green Book” to jest to! – opowiada. – Ludzie przyjeżdżają, żeby odpocząć, i chcą też trochę lżejszego kina. – Tak wybrałaś i to był czarny koń w zeszłym roku – dodaje Urszula. Ich Fundacja Kina Żeglarz powstała dla pozyskiwania funduszy na trzy najważniejsze cele: zmodernizować, scyfryzować, działać przez cały rok. Kino nie ma ogrzewania, stąd unoszący się zapach wilgoci. Fotele są stare, a sprzęt do projekcji znacznie ogranicza możliwości repertuarowe. – Wielcy dystrybutorzy nie chcą z nami współpracować, bo nie mamy specjalnego sprzętu DCP – tłumaczy Urszula. – Jest on tak drogi, że pewnie jeszcze Patrycji wnuki musiałyby go spłacać.

– Wierzę w to, że sezon się rozciąga i nie trwa tylko od 1 lipca do 31 sierpnia – mówi Patrycja. – Ludzie zaczynają przyjeżdżać na weekendy nawet zimą, żeby przejść się pustą plażą. A nie ma nic lepszego niż po takim spacerze przyjść do kina na dobry film i pyszną kawę.

Trzy pokolenia kobiet, które, jak mówią, „mają bzika”, mają też wokół siebie i Żeglarza wielu przyjaciół, wręcz całą społeczność gotową w razie potrzeby iść z pomocą. Patrycji, która zajmuje się obecnie nie tylko strategią rozwoju, lecz także akceptacją ulotek, pieczątek, plakatowaniem i organizacją imprez, udało się przekonać mamę i babcię, że z wad trzeba robić zalety. – Przy pandemii Żeglarz może mimo wszystko wyjść na zero, co nie stawia nas już na szarym końcu w rankingu innych kin – tłumaczy. – Mówili: „Zamknijcie to, sprzedajcie, tutaj fotele skrzypią i podłoga się rusza, po co wam to?” – uśmiecha się Urszula Blindow. – Ale jak już przetrwałyśmy tyle, i te VHS-y, i te internety, Netflixy i pandemię, to już teraz chyba przetrwamy wszystko. Z czego żyjemy? Z miłości do kina i mojej emerytury. Patrycja: – Nie wyobrażam sobie zamknięcia kina. To jest nasze życie, nasz skarb i największa pamiątka po dziadku. Choćby się waliło i trzeba było do kina tysiące dopłacać, a w sumie już jesteśmy po tym etapie, nie zamkniemy go. „Babinex”: – Patrycja jest teraz dyrekcją. Wczoraj napisała nam SMS-a: „Ale bez was nic nie znaczę, musicie dotrwać do 159 lat”. A ja się zastanawiam, czemu nie do 160?!