1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Uparte dziecko - czy upór należy oduczać?

Uparte dziecko - czy upór należy oduczać?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Uparte dziecko jest powodem wielu naszych frustracji. Nie wiemy, jak je traktować i jak reagować w konkretnej sytuacji. Nie chcemy tolerować złego zachowania. Zanim jednak zaczniemy działać, musimy zrozumieć, skąd się bierze jego upór.

Krzyczy, kopie, gryzie, pluje, wali pięściami – repertuar jego zachowa jest doprawdy imponujący. A wszystko po to, żeby postawić na swoim. Bo co by o małych uparciuchach nie mówić, jedno nie ulega wątpliwości – mają bardzo silne poczucie niezależności. To cecha skądinąd pozytywna. Sprawia, że ludzie nią obdarzeni są stanowczy, pewni siebie, zdecydowani i wytrwali. Niestety, silnemu poczuciu niezależności często towarzyszy nieustępliwość, kłótliwość i buntowniczość, a silna wola dzieci na ogół pozostaje w konflikcie z tym, co rodzice uważają za stosowne i dobre.

Dlaczego ono tak się upiera?

Wiele typowych cech uparciucha ma związek z jego temperamentem, czyli wrodzoną skłonnością do reagowania w określony sposób. Wyobraźmy sobie dwóch maluchów biegających po trawniku. Nagle się przewracają. ¯Żadnemu z nich nic się nie stało, ale jeden krzyczy i płacze, drugi natomiast sam wstaje i śmiejąc się, wraca do zabawy. Sposób, w jaki dzieci zareagowały na upadek, po części odzwierciedla różnice w ich temperamencie.

Jak uczyć spokojnego reagowania?

Niestety bywa, że pewne metody wychowawcze, jak na ironię, nasilają upór dziecka. Rodzice zapominają bowiem, że najskuteczniej uczymy się nie poprzez nakazy, napominanie, tylko przez obserwowanie przykładów (tak zwane modelowanie). Jeżeli więc sami wpadamy w złość w trudnej sytuacji, to jest wielce prawdopodobne, że dziecko zareaguje tak, jak my.

Często stosowana przez dorosłych filozofia „rób, jak mówię, nie jak robię” nie skutkuje, ponieważ modelowanie wpływa na dziecko silniej niż słowa. Dlatego nade wszystko trzeba dawać dziecku dobry przykład. Jeżeli, powiedzmy, zostaniemy wyprowadzeni z równowagi, reagujmy stanowczo, a nie agresywnie. Gdy robimy coś trudnego, bądźmy wytrwali. Niech maluch widzi, że mimo trudności, sukces jest możliwy do osiągnięcia.

Innym sposobem uczenia w ogóle, a w szczególności spokojnego reagowania, jest wzmocnienie (czyli nagradzanie, ale nie należy mylić go z nagrodami materialnymi). To klucz do umiejętności społecznych. Zasada wzmacniania jest prosta. Nagradza się zachowanie, które przynosi jakieś pozytywne efekty, co daje duże prawdopodobieństwo, że pojawi się ono w przyszłości. Trzeba jednak pamiętać, że żadne pojedyncze nagradzanie nie będzie miało istotnego wpływu na zachowanie. Pozytywne wzmocnienia działają bowiem powoli i – żeby w zauważalny sposób wpłynąć na czyjeś zachowanie – muszą się powtarzać.

W jaki sposób wzmacniamy pozytywne reagowanie dziecka? Poprzez dotyk, przytulenie, uśmiech, komplement, miłe spojrzenie, słowa zachęty. To o wiele skuteczniejsze metody niż nagrody materialne takie jak zabawki, słodycze czy pieniądze. I co ważne – takie wzmocnienia wracają potem od dzieci do rodziców. Dokładnie w takiej samej postaci, w jakiej zostały przekazane – uśmiechu, miłego słowa itp.

Jakich pułapek unikać?

Wielu rodziców najchętniej posługuje się jednak inną metodą oduczania uporu – karaniem. Ale trzeba być tu niezwykle ostrożnym, bo nadmiar kar rodzi więcej problemów, niż przynosi korzyści. Jest dla dziecka informacją, czego nie należy robić, ale nie uczy, co robić należy. Rodzi agresję. Częste stosowanie kary osłabia jej skuteczność, dlatego rodzice zaczynają karać coraz dotkliwiej, co może doprowadzić do przemocy.

Ale i wzmacnianie może mieć negatywne skutki, jeżeli nagradzamy (najczęściej w sposób nieuświadomiony) zachowania, które próbujemy wyeliminować.

Klasyczny przykład: Mama robi zakupy z malcem, a on nagle zaczyna domagać się nowej zabawki. Na nic zdają się tłumaczenia. Dziecko płacze, krzyczy, rzuca się na podłogę. Mama próbuje go uspokoić i pocieszyć. Ale to nie skutkuje. Więc zrezygnowana i zła, dla świętego spokoju, kupuje mu zabawkę.

Co się stało podczas tego zdarzenia? Nagrodzony został płacz i krzyk. Czego mały Jaś się nauczył? Że płaczem i krzykiem może nie tylko zwrócić uwagę, ale i dostać to, co chce. Następnym razem, gdy znowu czegoś zechce, prawdopodobnie zacznie płakać i krzyczeć. A my znów mu ulegniemy. Psychologia nazywa to pułapką pozytywnego wzmocnienia.

Podobny pojedynczy incydent nie wpłynie na zachowanie dziecka. Jeżeli jednak takie sytuacje będą się zdarzały częściej, może to prowadzić do eskalacji uporu. Ponieważ z pewnością nie chcemy wzmacniać złego zachowania dziecka, musimy przeanalizować swoje postępowanie. Czy nie nagradzamy złego zachowania dziecka? Jeżeli odkryjemy, że i owszem, musimy natychmiast zaprzestać tych praktyk. Nie dziwmy się jednak, że może okazać się to bardzo trudne. Stare nawyki nie tak łatwo bowiem zmienić.

Dzieci często upierają się, aby uniknąć tego, czego nie lubią. Częsty przykład: Mówisz dziecku, aby pozbierało porozrzucane zabawki. Ono tego nie robi, więc powtarzasz polecenie kilkakrotnie, aż w końcu tracisz cierpliwość i zaczynasz je strofować. Na co malec reaguje płaczem, mówi, że jesteś wstrętna i ucieka do innego pokoju. Dochodzisz do wniosku, że pozbieranie zabawek nie jest warte tylu nerwów. I w końcu robisz to sama.

Co się zdarzyło tym razem? Otóż malec nauczył się, że płacząc i uciekając od ciebie, osiąga to, że przestaje być strofowany i nie musi wykonywać poleceń. To z kolei przykład pułapki negatywnego wzmocnienia. Specyfika bliskich związków w rodzinie powoduje, że jej ofiarami są zarówno rodzice, jak i dzieci.

Amerykański psycholog Gerald Patterson przeprowadził na ten temat badania i odkrył coś, co nazwał procesem przymusowym. Zachodzi on w wielu rodzinach, w których są uparte dzieci. Ich zachowanie staje się coraz gorsze, a zdolność rodziców do kierowania dzieckiem maleje. Uparciuch coraz częściej ma napady złości, a rodzice częściej krzyczą i wymierzają coraz mocniejsze klapsy. I tak powstaje błędne koło.

Naukowcy zdefiniowali cechy, które obserwuje się u większości uparciuchów:

  • Gwałtowny sposób reagowania,
  • Trudności w przystosowaniu się do nowych sytuacji i zadań,
  • Wytrwałość. Ta cecha ma zazwyczaj pozytywne skutki, ale u uparciuchów przybiera negatywne formy. Takie dzieci są zazwyczaj zawzięte i bez przerwy czegoś się domagają,
  • Niestabilność emocjonalna. Nastroje uparciuchów ciągle się zmieniają, ale przeważają te złe. Dlatego uparty malec nieustannie marudzi i grymasi. Może to wynikać z jego temperamentu, ale także z wychowania. W jakich proporcjach? Tej kwestii nie da się rozstrzygnąć jednoznacznie. Wiele badań sugeruje, że cechy temperamentu upartego dziecka mogą się zmieniać w miarę jego rozwoju. A to znaczyłoby, że nie są one biologicznie utrwalone, ale że są to raczej pewne skłonności, które mogą być modyfikowane przez wychowanie i środowisko.

Co robić, żeby zmniejszać upór dziecka?

  • Staraj się dawać dziecku możliwość wyboru. Dzieci niemogące się spełnić, próbują osiągnąć cel upartymi naleganiami, natomiast gdy są pewne siebie – negocjują. Kiedy jednak dokonają dobrych wyborów, powinny usłyszeć słowa pochwały.
  • Nie dyskutuj, gdy dziecko coś wymusza. Wstrzymaj nalegania: „Już mi wszystko powiedziałeś, teraz muszę się nad tym zastanowić”.
  • Mów jasno o regułach postępowania, oczekiwaniach i ograniczeniach. Godzina na placu zabaw i ani chwili więcej. Dwa ciasteczka. Dla upartych dzieci chwila twojego wahania jest oznaką słabości, a jednocześnie sygnałem, co by tu można jeszcze wskórać.
  • Pozwól dziecku samemu wyznaczać granice, których nie należy przekraczać. Czasami rodzice narzucają nieposłusznym dzieciom tyle ograniczeń, że czują się one zbyt skrępowane.
  • Zachęcaj do zaprzestania marudzenia. Starszym dzieciom tłumacz, że nikt nie lubi marud.
  • Zamieniaj wadę w zaletę: Naucz dziecko, jak uporem zdobywa się laury.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Mamo, jestem brzydka

Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jak w głowie dziewczynki powstaje obraz własnego ciała? Czemu tak często jest negatywny? O tym, jaki wpływ na to mają matki – z dr hab. Katarzyną Schier rozmawia Ewa Pągowska. 

"Jestem brzydka”. Jak takie przekonanie powstaje w głowie kilkuletniej dziewczynki? Jednym z głównych powodów może być zaburzony proces kształtowania się obrazu ciała. Obraz ciała jest częścią „ja cielesnego”, czyli pierwszego „ja”, jakie buduje człowiek. Przyjmuje się, że powstaje około 6. roku życia. Przez pierwsze lata zyskujemy wiedzę m.in. o tym, jak jesteśmy zbudowani, świadomość, że np. mamy twarz, chociaż możemy ją zobaczyć tylko w lustrze. Budujemy stosunek emocjonalny do ciała i jego poszczególnych części. Co ważne – to wszystko tworzy się relacyjnie, a więc w bliskości z drugą osobą.

Jak to się dokładnie odbywa? Ogromną rolę w kształtowaniu obrazu ciała odgrywa dotyk. Dowiedziono, że jeśli jest częsty i czuły, małe dziecko otrzymuje informację, że jego ciało, a więc ono samo, jest piękne i warte miłości. Pomiędzy niemowlęciem a jego głównym opiekunem, czyli najczęściej matką, dochodzi do bardzo dużej liczby epizodów interakcyjnych – małych, codziennych sytuacji, w których dziecko uczy się, jak jego ciało jest odbierane. Dotyk pomaga też nauczyć się granic, czyli tego, gdzie kończy się ono samo, a gdzie zaczyna druga osoba. Ma to bezpośredni związek z późniejszą umiejętnością określania granic na poziomie emocjonalnym. Dlatego zabiegi pielęgnacyjne, takie jak przewijanie i kąpiel, nie powinny być tylko mechanicznym wykonywaniem koniecznych czynności. Ani, co gorsze, wykonywane z dezaprobatą, jak to zdarzyło się w przypadku pewnej dziewczynki. Kiedy była niemowlęciem, rodzice nie radzili sobie z zapachem jej kupy i przewijając dziecko prychali z obrzydzeniem. Dziewczynka później, w wieku kilku lat, myślała, że jest wstrętna, bo śmierdzi, chociaż nie miało to nic wspólnego z prawdą.

Czyli dziewczynce, która czuje się brzydka, we wczesnym dzieciństwie zabrakło dotyku matki? Możliwe, ale dotyk to jeden z wielu elementów. Jak twierdził brytyjski pediatra i psychoanalityk Donald Woods Winnicott, szalenie ważne jest to, co dziecko widzi w oczach matki. Czy siebie jako wcielenie Wenus lub Apolla – czy przerażenie, chęć rywalizacji, depresję, wycofanie lub nawet echa konfliktu z partnerem. Jeśli nie ma tam miejsca na miłość i akceptację, to emocjonalny ból, jaki odczuje dziecko, można porównać do sytuacji porzucenia.

A kiedy dziewczynka ma już kilka lat, znaczenia nabierają słowa, zwłaszcza mamy… Dziewczynki identyfikują się z mamami, ważne więc, jaki my, dorosłe kobiety, mamy stosunek do własnego ciała, co o sobie mówimy. Łatwo sobie wyobrazić, jak będzie myśleć o sobie córka matki, która wiecznie się odchudza. Takiej, która wciąż narzeka na swój wygląd, nigdy nie ma się w co ubrać i za każdym razem, kiedy staje przed szafą, dochodzi niemal do katastrofy.

Przekazami, które mogą utrudniać dziewczynce akceptację jej ciała, są też te negujące kobiecość np.: „kobiety mają ciężko”, „zobaczysz, urodzisz dziecko, to też przytyjesz”. Często wypowiadają je mamy, które podświadomie są niezadowolone z tego, że urodziły córkę. Mogą postrzegać ją jako rywalkę. Zachowują się więc jak macocha z bajki, która chce usunąć Królewnę Śnieżkę, żeby pozostać najpiękniejszą. To wcale nie taka rzadka sytuacja, kiedy matka nie radzi sobie z tym, że córka dorasta, i próbuje nieświadomie zniszczyć w niej kobiecość. Z zazdrości o jej młodość i szanse, jakie ma przed sobą. Oczywiście na kształtowanie się prawidłowego obrazu ciała źle wpływają też negatywne uwagi na temat wyglądu, jak np.: „z takim kołtunem na głowie nie wyjdziesz”, „fatalnie wyglądasz w tych spodniach”, „jesteś za gruba – mówię to dla twojego dobra”.

Na forach internetowych znalazłam sporo wypowiedzi mam, które pisały, że ich córki są „grubasami” i „nie mogą przestać się obżerać”. Jeśli nie stwierdzono, że przyczyną otyłości czy nadwagi dziecka (te dwa stany należy różnicować) jest jakaś choroba, a tylko, jak określa to mama, fakt, że jej dziecko „się obżera”, to ja pytam: dlaczego to dziecko musi się obżerać? Dlaczego poprzez jedzenie musi regulować swoje napięcie? W psychologii klinicznej otyłość prosta jest często wiązana nie tylko ze złymi nawykami żywieniowymi i brakiem ruchu, ale także z zaburzeniami więzi. Zamiast koncentrować się na technikach odchudzania, zajęłabym się poszukiwaniem rzeczywistych przyczyn takiej otyłości. Zwłaszcza gdy mama używa określeń, jakie pani zacytowała. Jeśli ona jest wściekła, że ma „grubego, brzydkiego bachora”, to nawet gdy nie powie tego dziecku, ono to wyczuje i tak właśnie będzie o sobie myśleć.

Skąd u matki biorą się takie odczucia? Prawdopodobnie z jej osobistych doświadczeń. Być może w dzieciństwie wstydziła się otyłej mamy albo sama cierpi z powodu nadwagi – szczególnie gdy słyszy krzywdzące komentarze od partnera. Z moich doświadczeń terapeutycznych wynika, że zatrważająco często mężczyźni mówią do swoich kobiet „gruba babo” lub „znów się nażarłaś”. Nic dziwnego, że później widok córki z nadwagą budzi w tych kobietach lęk, niechęć i wstyd, że są złymi mamami, skoro do tego dopuściły.

Na kształtowanie się obrazu ciała ogromny wpływ mają też rówieśnicy. Ostatnio słyszałam o czterolatce, która chciała się odchudzać, bo usłyszała w przedszkolu, że ma duży brzuszek. Podobała mi się reakcja jej taty. Nazwał to wszystko grandą, a potem pokazał córce w gazetach i książkach jej rówieśniczki. Wytłumaczył, że w tym wieku wszystkie dzieci mają podobne brzuszki. To wystarczyło. Tata zadziałał jak tarcza.

Rodzice muszą pełnić funkcję korektywną wobec informacji z zewnątrz. Także tych płynących z mediów. Przecież już małe dziewczynki starają się dopasować do lansowanego wzorca piękna. Chcą wyglądać jak Barbie, a to przecież niemożliwe. Ta lalka ma proporcje, które w naturze nie występują! Proszę zobaczyć, jak trudno w takiej sytuacji być zadowoloną ze swego wyglądu. Czasem zdarza się wręcz, że mała dziewczynka obejrzy konkurs piękności dla małych dzieci, oceni, że nie miałaby w nim szans i stwierdzi: „jestem brzydka”. Przy okazji chciałabym stanowczo odradzić wysyłanie małych dziewczynek na konkursy piękności. One nie rozumieją tego, co się dzieje i bardzo przeżywają porażkę. Czują, że sprawiły zawód mamie i tacie, i cierpią.

A jeśli dziewczynka mówi: „jestem brzydka” i to nie ma nic wspólnego z konkursem piękności?! Trzeba dowiedzieć się, dlaczego uważa się za brzydką. Można poprosić, żeby siebie narysowała. Potem razem obejrzeć rysunek i porozmawiać o poszczególnych częściach jej ciała. Zapytać, co konkretnie i dlaczego jej się nie podoba. Odpowiedzi mogą być naprawdę zaskakujące. Może na przykład nie podoba jej się fakt, że rosną jej piersi. To z kolei jest spowodowane lękiem przed dorosłością, którego dziecko sobie po prostu nie uświadamia.

My jednak możemy się domyśleć, że ta postawa wynika np. z matczynej dezaprobaty dla własnej kobiecości i swojego życia. Bez względu na przyczyny, warto częściej powtarzać córce, że dla nas jest najpiękniejsza. Ale takie słowa muszą wypływać z potrzeby chwili i być wypowiadane z miłością.

A starsze dziewczynki? Mam wrażenie, że „zadowolona ze swego wyglądu nastolatka” to oksymoron. Trochę tak. Ale pamiętajmy, że z okresem dojrzewania wiąże się też wiele dobrego, jest uważany za drugą rozwojową szansę. W tym czasie wszystko się przebudowuje, kształtuje się osobowość, zmienia sposób widzenia świata. Mama może wtedy stanowić ważne wsparcie w rozwoju „ja” seksualnego. Jeśli we wcześniejszym okresie były jakieś problemy w relacji mama – córka, to teraz można je naprawić.

Dorastające córki ze swoimi matkami najczęściej się kłócą. Może lepiej powstrzymać się od wszelkich uwag dotyczących wyglądu nastolatki? To zależy, czego dotyczą i w jaki sposób będą wypowiedziane. Warto zachować delikatność, ale nie milczenie. Wczesną wiosną widziałam w metrze dziewczynkę w okresie dorastania, która była bardzo lekko ubrana. Dekolt jej bluzki był tak duży, że niemal wychodził z niego biust. Jej strój nie pasował ani do miejsca, ani do temperatury. W moim odczuciu ta dziewczynka była całkowicie niezaopiekowana. Zabrakło kogoś, kto by z nią porozmawiał, zanim wyszła z domu. Mama w trosce o bezpieczeństwo i zdrowie córki musi czasem pozwolić sobie na pewne uwagi. Nie tyle krytykować i zabraniać, ile mówić o ewentualnych konsekwencjach.

Czasem wydaje nam się, że córka ubrała się po prostu brzydko. Zasada jest prosta: małe dzieci się ubiera, starszym daje ubrania do wyboru, a strój nastolatka się toleruje. Styl ubierania tego ostatniego jest częścią poszukiwań własnej tożsamości, sposobu wyrażania siebie. Warto powstrzymać się od komentarzy: „znów na czarno, nałóż wreszcie coś kolorowego”. Nie ma nic gorszego niż matka, która ma w głowie idealny obraz nastolatki. Tego, jak powinna wyglądać, ubierać się i zachowywać. I która do takiego wyimaginowanego obrazu stara się dopasować swoją córkę.

A jeśli rodzice od zawsze powtarzają, że jest najpiękniejszą dziewczyną na świecie. To źle? Skąd. Dziewczynka powinna żyć w przekonaniu, że dla swoich rodziców jest najpiękniejsza na świecie, że jest ich królewną. Trzeba więc prawić jej komplementy, prawdziwe. Koncentrować się na tym, co ma dobrego, ładnego... Ona nie może żyć w iluzji, bo kiedyś ktoś powie jej prawdę i zupełnie nie będzie umiała sobie z tym poradzić. Trzeba pokazać jej, że ma np. piękną buzię i trochę mniej zgrabne nogi. Powiedzieć prawdę.

Jeśli uwagi matki wynikają z jakichś nie do końca uświadomionych uczuć – lęku, zazdrości czy złości – to wtedy bolą. Ale jeśli kieruje się dobrymi intencjami i troską o córkę i jej wygląd, to zwykle bez problemu potrafi sformułować zdania, które nie ranią. Niedobrze mówić np.: „masz brzydką cerę”. Lepiej powiedzieć: „coś ci się zrobiło na buzi, chodź pójdziemy z tym do kosmetyczki”. I iść!

Dr hab. Katarzyna Schier psycholożka, psychoterapeutka. Podstawowe obszary jej zainteresowań naukowych: relacja psychika – ciało, czyli problematyka rozwoju i zaburzeń Ja cielesnego oraz geneza i leczenie zaburzeń psychosomatycznych; ukryte formy przemocy w rodzinie (odwracanie ról czyli parentyfikacja); mechanizmy rządzące psychoterapią. 

  1. Psychologia

Ojciec i syn - ktoś taki jak ja

Wszyscy synowie świata wiedzą: bez mądrego ojca życie syna nie ma smaku. (Fot. iStock)
Wszyscy synowie świata wiedzą: bez mądrego ojca życie syna nie ma smaku. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Świat przez wieki odciągał mężczyzn od ojcostwa, stawiał przed nimi inne zadania: polowania, wojny, pracę. A mężczyźni wnoszą do wychowania, zwłaszcza synów, coś, czego nie da się zastąpić.

Robert, lat 36, właściciel firmy budowlanej, ojciec 16-letniego Kacpra: – Dość wcześnie zostałem rodzicem, więc na początku były same obawy, czy sobie poradzimy. Potem przyszły pytania o to, jakim powinienem być ojcem. Sam wychowywałem się tylko z mamą, tata odszedł od nas, jak miałem niecałe dwa lata i potem w ogóle się mną nie interesował. Moja żona od początku podkreślała, że mam być dla synka taki jak ona – czuły, opiekuńczy, a już na pewno inny niż jej ojciec, który był silny i autorytarny. Nie zawsze mi to wychodziło, ale bardzo się starałem. Od początku równo dzieliliśmy się z żoną opieką nad Kacprem. Wstawałem, gdy w nocy płakał, kąpałem go, wychodziłem na spacery. Ale nie czułem się w tej roli pewnie. Gdy zostawałem z nim sam, byłem mokry ze strachu, że coś źle zrobię. Gdy syn płakał, dwoiłem się i troiłem, ale nic to nie dawało. A wystarczyło, że żona brała go na ręce i od razu się uspokajał.

Toczą się spory na temat roli ojca w pierwszym okresie życia dziecka. Czy potrzebny jest niemowlęciu tak jak matka? Czym różni się macierzyństwo od ojcostwa? Efektem tych sporów jest niepewność ojców co do swojego miejsca przy niemowlęciu.

Tymczasem psychologowie nie mają wątpliwości, że ojciec potrzebny jest synowi od początku. Lothar Schon, niemiecki psycholog i psychoterapeuta, w książce „Synowie i ojcowie” pisze, że wyłączne relacje niemowlęcia z kobietami prowadzą między innymi do tego, że mężczyźni są odbierani przez nie jako obcy i budzący lęk. Zdaniem niemieckiego psychologa rola świeżo upieczonego ojca polega więc na tym, że jest inny niż matka. „Choć czasami ojcowie mogą postępować ze swoimi dziećmi »po matczynemu«, a matki »po ojcowsku«, z punktu widzenia dziecka ważne jest tu doświadczenie różnicy w triadycznej relacji ojciec – matka – dziecko” – pisze. Według psychologa dopiero w tym trzyosobowym związku syn może doświadczać samego siebie jako autonomiczną istotę.

Jak hałasować i kiedy przestać

Robert: – Nie do końca odnalazłem się w roli ojca niemowlęcia, ale już ojcostwo przedszkolaka sprawiało mi dużą radość. Na początku dogadywaliśmy się bez słów (Kacper zaczął późno mówić). Wyciągał ręce i to był znak, że mam go podrzucać do góry. Uwielbiał turlanie, zapasy, potem boksowanie. Gdy grzebałem w samochodzie, siadał za kierownicą. Lubił ze mną majsterkować i kopać piłkę. Ale miał też okres zakochania w mamie. Mawiał, że się z nią ożeni, odpychał mnie, gdy się do niej zbliżałem. Wstyd się przyznać, ale byłem zazdrosny o tę ich miłość.

– Ojciec na początku jest kimś w rodzaju wybawcy syna z ramion matki, intruza zakłócającego ich bliskość – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Z punktu widzenia emocjonalnego rozwoju syna rola ojca jest niezwykle ważna, bo wkracza on między nich jako ten trzeci, co otwiera syna na nowe doświadczenia.

Jednym z tych odmiennych doświadczeń są typowo męskie zabawy, np. siłowanie. Bardziej gwałtowne niż zabawy z matką. Stąd też obawy, że ojcowie wyrządzą synom krzywdę. To są jednak zabawy wspólne ojcom i synom na całym świecie. Australijski psycholog Paul Whyte powiedział nawet: „Jeśli chcesz, żeby ci się dobrze układało z synami, naucz się mocować”. O co w tym męskim siłowaniu chodzi? Steve Biddulph, amerykański psycholog w książce „Wychowywanie chłopców” pisze: „Takie mocowanie na niby to bardzo istotna lekcja dla wszystkich chłopców: uczy, jak się bawić, hałasować, a nawet złościć, a jednocześnie, kiedy przestać. Dla mężczyzny, który musi żyć z testosteronem, to bardzo ważne. Jeśli żyjesz w męskim ciele, musisz nauczyć się nim kierować”.

Z kolei niemiecki psychoanalityk James Herzog badający znaczenie dziecięcych zabaw odkrył, że te z ojcami uczą synów radzenia sobie z silnymi emocjami. Okazuje się, że siłowe zabawy nie tylko wywołują emocje, ale też pokazują, jak je opanować. Jest jeszcze jedna ważna ich zaleta – pomagają synom identyfikować się z ojcem, czyli postrzegać go jako „kogoś takiego jak ja”.

W poszukiwaniu męskiej tożsamości

Robert: – Wszystkie poprzednie problemy to nic w porównaniu z obecnymi. Kacper jako zbuntowany nastolatek stał się nie do zniesienia. Nie szanuje matki, mnie lekceważy. Ma nam wszystko za złe. Najważniejsi są koledzy, tylko z ich zdaniem się liczy. Opuścił się w nauce. Bywa agresywny. Łapię się na tym, że wolę zostawać dłużej w pracy niż walczyć z nim i wysłuchiwać pretensji żony. Mimo starań ojcostwo mi chyba nie wyszło.

Bycie ojcem nastolatka wymaga nie tylko cierpliwości i spokoju, ale przede wszystkim wiedzy na temat męskiego dorastania. Za większość zmian fizycznych i psychicznych odpowiada testosteron (jego poziom u nastolatka wzrasta niemal 800 razy). Większość chłopców w tym wieku staje się konfliktowa, niespokojna i humorzasta.

To normalne, że nastolatek krytykuje ojca, że najważniejsze jest dla niego zdanie kolegów. Odcinając się od niego, syn szuka swojej męskiej tożsamości. Psychoanalitycy mówią nawet o potrzebie symbolicznego zabójstwa ojca (deidealizacji), która stanowi najważniejsze zadanie tego okresu w męskim rozwoju.

Syn na ogół przerasta ojca. W jego głowie rodzi się więc niepokój: jeśli ojciec nie może mnie już chronić, ponieważ sam jestem od niego silniejszy, to kto powinien to robić? Staje się dla ojca pod wieloma względami (sport, kobiety) rywalem, co w obydwu budzi lęk. Skutkiem tych lęków może być zarówno wzmożenie agresji w ich wzajemnych kontaktach, jak też ich unikanie. Lothar Schon uważa, że obydwaj muszą przejść przez okres żałoby: syn musi odżałować stratę wszechmocnego i opiekuńczego ojca, podczas gdy ojciec powinien pogodzić się z tym, że nie będzie synowi potrzebny tak jak wcześniej. Dojrzewanie syna stanowi dla ojca tak samo groźne i trudne do opanowania zadanie jak dla dorastającego chłopca. Ojciec krok po kroku traci rolę opiekuna. Syn – nagle rezygnuje z jego opieki, podważa jego autorytet, kwestionuje jego siłę.

Steve Biddulph uważa, że w tym okresie ojcowie (także matki) najczęściej zawodzą chłopców. Co im bowiem oferują? Więcej nauki, rutynowych działań, traktowanie jak małe dzieci, nieustanną kontrolę. Tymczasem oni są gotowi do podjęcia poważnych zadań. Czasem potrzebne jest zainspirowanie syna do czegoś, co go zafascynuje, nakłoni do twórczego wysiłku, wciągnie w jakąś pasję, która doda mu skrzydeł. Biddulph pisze: „Wszystkie kłopoty, o których rodzice śnią w sennych koszmarach (ryzykanctwo, alkohol, narkotyki), pojawiają się, ponieważ nie znajdujemy ujścia dla pragnień młodych ludzi marzących o sławie i bohaterstwie. Chłopcy obserwują otaczającą ich społeczność i nie widzą nic, w co mogliby uwierzyć lub do czego chcieliby się przyłączyć. Chcieliby skoczyć w jakiś lepszy świat, gdzieś wyżej, ale wokół siebie nie widzą takiego miejsca”.

Uwolnić syna

Robert szuka dziś pomysłu na relacje z synem. Sam wychował się bez ojca, więc nie ma się do czego odwołać. – Kacper kontestuje wszystkie moje pomysły. Na razie zdezerterowałem. Żona podsuwa mi książki o dorastaniu, ale w nich są same komunały: czekać, rozumieć, wspierać. Pytam: jak?

Na dobre relacje ojca z dorastającym synem nie ma przepisu. Są wypadkową ich charakterów, drogi życiowej, inteligencji, poczucia humoru. To jednak ojciec powinien być przewodnikiem przeprowadzającym syna do dorosłości. Dawniej praktykowano inicjację chłopców w świat męski. Mężczyźni z plemienia Lakota (które poznaliśmy dzięki filmowi „Tańczący z wilkami”), szczycącego się wyjątkowo dobrymi relacjami między mężczyznami a kobietami, zabierali 14-latka w góry. Siedział na szczycie i pościł, czekając na wizję, a raczej na halucynacje spowodowane głodem. Słyszał rzekome ryki pum, a w rzeczywistości krzyki mężczyzn z plemienia, czuwających, aby nic mu się nie stało. Gdy w końcu młodzieniec powracał do plemienia, odpowiednio świętowano jego odwagę. Od tego dnia przez dwa lata nie wolno mu było zwracać się bezpośrednio do matki. Lakotowie wierzyli, że gdyby chłopiec zaraz po przejściu rytuału inicjacji zwrócił się do świata kobiet, nigdy nie przekroczyłby progu dorosłości. Po dwóch latach odbywała się ceremonia ponownego połączenia matki i syna. Już jako dorosłego mężczyzny. Dla matek Lakotów nagrodą za „uwolnienie synów” była pewność, że powrócą do nich jako pełni szacunku i przyjaźni ludzie. – Dzisiaj oczywiście trudno polecać podobne rytuały – mówi Jarosław Przybylski. – Ale jakaś forma męskiej inicjacji pod okiem ojca bardzo by chłopcu pomogła stać się mężczyzną. Może wyprawa rowerowa z plecakami i z namiotem? W góry? Na żagle? Ważne, żeby byli razem (może być z chłopcem inny przyjazny dorosły) i aby ta wyprawa wymagała nieco wysiłku. Bo to między innymi wysiłek, pokonywanie słabości i lęków budują w chłopcu poczucie własnej wartości.

Psychologowie zauważają, że współcześni mężczyźni tkwią często w pozbawionych bliskości albo infantylnych relacjach przez całe życie. Powód? Między innymi to, że nie przechodząc męskiej inicjacji, nigdy do końca nie uwalniają się od matek. Dlatego wobec kobiet zachowują się niedojrzale i są od nich zależni. Obawiają się zaangażowania w związki, gdyż to kojarzy się im z nieustanną kontrolą, tak jak w relacji z matką. Nie wchodzą też do społeczności mężczyzn, traktują ich nieufnie i mają niewielu prawdziwych przyjaciół. Wyrastają więc na ludzi, którzy nie przynależą ani tu, ani tam. W dużej mierze dlatego, że w ich życiu zabrakło ojca.

Nigdy nie jest za późno na zmiany, choć trudniej naprawiać źle zbudowane relacje, niż budować je od początku na mocnych fundamentach. Ojciec nie powinien odkładać niczego na później, bo kiedyś nastoletni syn zamknie drzwi swego pokoju i nie będzie zainteresowany kontaktem. Ojciec musi w końcu uwierzyć w siebie i pozbyć się kompleksów. Mimo napięć relacje syna z nim mogą być bardziej stabilne niż te z emocjonalną matką. Ojciec może zbudować autorytet, stać się ostateczną instancją, do której syn będzie się odwoływał. Wszyscy synowie świata wiedzą: bez mądrego ojca życie syna nie ma smaku.

  1. Psychologia

Skąd się biorą zestresowane dzieci?

Siłę i odporność psychiczną mogą budować u dzieci rodzice, którzy zbudowali te cechy u siebie. (Fot. iStock)
Siłę i odporność psychiczną mogą budować u dzieci rodzice, którzy zbudowali te cechy u siebie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Za radzenie sobie ze stresem odpowiedzialne są siła i odporność psychiczna. A one nie są dane raz na zawsze. Dlatego rodzice nadwrażliwych dzieci powinni podejść do tego problemu zadaniowo: Co muszę dla dziecka zrobić, żeby sobie lepiej w życiu radziło – mówi Katarzyna Kloskowska-Kustosz, coach i właścicielka firmy badawczo-doradczej 4 Business & People, mama dorosłej Zosi.

Za radzenie sobie ze stresem odpowiedzialne są siła i odporność psychiczna. A one nie są dane raz na zawsze. Dlatego rodzice nadwrażliwych dzieci powinni podejść do tego problemu zadaniowo: Co muszę dla dziecka zrobić, żeby sobie lepiej w życiu radziło – mówi Katarzyna Kloskowska-Kustosz, coach i właścicielka firmy badawczo-doradczej 4 Business & People, mama dorosłej Zosi.

Artykuł archiwalny.

Czy współczesne dzieci są zestresowane? Tak. Czasami słyszy się opinie: Dzieci to mają fajnie, bo żyją bezstresowo. Ja się z tym nie zgadzam. Bo co to jest stres? Reakcja organizmu na stawiane mu wymagania, przy czym dużą rolę odgrywa tu rozbieżność między wymaganiami a wynikami. A wymagania stawiane dzieciom są ogromne. Zdecydowanie więc stres dotyczy również dzieci, i małych, i dużych.

Jakie są jego przyczyny? Presja sukcesu, rywalizacja, zbyt duże nastawienie na wyniki. Drugie źródło to poczucie winy, że nie spełniam oczekiwań. A często spełniać nie mogę, bo te oczekiwania są wygórowane. Kolejna przyczyna stresu – wymaganie od dzieci, że będą się zachowywać, myśleć jak dorośli, co nie daje im szansy na to, żeby pobyły dziećmi.

Szkoła też dostarcza sporej dawki stresu. To prawda. Dzisiaj dzieciom jest trudniej, bo wymaga się od nich nie tylko zwykłego odrabiania lekcji, ale większego zaangażowania, myślenia całościowego. I to dobrze. Szkopuł tylko w tym, że dzieci nie otrzymują wsparcia, że nie uczy się ich, jak się uczyć, że często są pozostawione same sobie.

Jak pomóc dzieciom w radzeniu sobie ze stresem? Moja firma 4 Business & People prowadzi badania nad siłą i odpornością psychiczną. Badamy ich wpływ na różne sfery życia, także dzieci. Okazuje się, że siła i odporność psychiczna przekładają się na sukcesy, na radzenie sobie w życiu. Jeśli są duże, to radzimy sobie ze stresem, a jeśli radzimy sobie ze stresem, to udaje nam się osiągnąć tyle, ile zamierzaliśmy.

Co składa się na naszą siłę i odporność psychiczną? To zdolność do osiągania wyników i szczytowej formy pomimo presji, trudności i przeszkód. Dlatego jest to jeden z ważniejszych sposobów radzenia sobie ze stresem. Na siłę i odporność psychiczną składa się kilka czynników. Po pierwsze, podejście do wyzwań. Osoby z wysokimi wynikami w tym zakresie lubią zmiany, widzą w nich szansę na rozwój, na przeżycie czegoś fajnego. Osoby unikające zmian czują się dobrze w znanym, przewidywalnym środowisku. I tu rodzice mogą zrobić bardzo wiele, bo podejście do wyzwań to jeden z ważniejszych elementów decydujących o radzeniu sobie w życiu.

Jak możemy wpłynąć na dzieci, by chciały podejmować wyzwania? Duże znaczenie ma kształtowanie wzorów właściwych postaw wobec tego, co się dzieje w świecie. Bo jak się na ogół do czegoś ustosunkowujemy? Przyjmujemy postawę krytyków albo wchodzimy w rolę ofiary i biernie obserwujemy albo też stajemy się nawigatorami: jest, jak jest, pomyślę, co w tej sytuacji mogę zrobić. Rodzice powinni pokazywać, że można podchodzić do zadań konstruktywnie.

Czyli zaświadczać to własnym przykładem? Tak. Siłę i odporność psychiczną mogą budować u dzieci rodzice, którzy zbudowali te cechy u siebie. Warto przy tym pamiętać, że zachowania negatywne mogą nam się zdarzać. Chodzi o to, żeby nauczyć się przez nie przechodzić i sobie z nimi radzić. Dziecko płacze, krytykuje nas, bo jest w trudnej sytuacji? Prezentuje dość typową postawę. Nie wolno wtedy robić tego, co ono, czyli na przykład krzyczeć, tylko spokojnie tłumaczyć, co zaszło, i wspólnie szukać wyjścia. Postawa nawigatora, który myśli konstruktywnie i działa, powoduje, że problem udaje się rozwiązać. A kiedy rozwiązujemy problem, znika też stres. Dzieci stresuje to samo, co nas, tylko my mamy wypracowane, mniej lub bardziej skuteczne, sposoby radzenia sobie w takich sytuacjach. Dzieci natomiast ciągle się tego uczą, dlatego bardzo potrzebują wsparcia, przytulenia, powiedzenia: teraz czujesz się skrzywdzony, ale zastanówmy się, co możemy zrobić. Takie kreowanie inicjatywy jest niesłychanie ważne.

Wróćmy do siły i odporności psychicznej. Drugim czynnikiem jest tu poczucie wpływu. Czy mam wpływ na własne życie? Na to, co mnie otacza? Czy umiem kontrolować emocje? Z kontrolowaniem emocji u dzieci może być trudno ze względu na labilny system nerwowy, ale można i trzeba uczyć je spokojnych reakcji. Na przykład zaproponować: Zanim coś powiesz, weź kilka głębszych oddechów, policz do dziesięciu. Osoby z niską siłą i odpornością psychiczną często trzymają emocje na wodzy, ale potem wybuchają i przenoszą złość na innych. Natomiast te z wysoką potrafią zarządzać emocjami, przyglądać się, co się z nimi dzieje. I jeśli chcą, to je wyrzucają na zewnątrz, a jeśli nie, to je powstrzymują. Dzieci często nie wiedzą, co się z nimi dzieje. Dlatego warto uczyć je nazywania emocji: Wygląda na to, że jesteś zła, rozżalona, zazdrosna i tak dalej. Dajemy im w ten sposób możliwość bardziej świadomego przyjrzenia się swoim reakcjom i porozmawiania o tym, co przeżywają. Trzeba też pokazywać, że są czynniki, na które nie mamy wpływu, więc nie ma sensu się nimi denerwować. Tu natomiast, gdzie wpływ mamy, trzeba podjąć działania. Kolejnym czynnikiem siły i odporności psychicznej jest wytrwałość, zaangażowanie w dążeniu do celu. Osoby z wysokimi wynikami w tym obszarze nie poddają się pod wpływem przeszkód, co więcej – te przeszkody je motywują. I tu znowu ogromna rola rodziców, żeby motywować dzieci do wytrwałości. Najbardziej sprawdzają się pochwały, nagrody.

 
A nam, niestety, na usta zawsze ciśnie się krytyka. Krytyka, nakazy, zakazy zabijają poczucie wpływu, rodzą wyuczoną bezradność. Dzieci przyjmują rozkaz i nie ma już miejsca dla nich, ich inicjatywy, kreatywności. Oczywiście najlepszy jest złoty środek – równowaga pomiędzy dyscypliną a swobodą, wyznaczaniem granic a dawaniem wolności, strefą naszego wpływu a samodzielnym decydowaniem dzieci.

Czy badania mówią coś o wpływie poczucia wartości na to, jak dziecko radzi sobie w szkole i życiu? Tak. Poczucie wartości to czwarty składnik siły i odporności psychicznej – składają się na nie pewność swojej wiedzy i umiejętności oraz pewność siebie w relacjach interpersonalnych. Nasze badania pokazały, że obydwa te rodzaje poczucia wartości bardzo przydają się w życiu. Osoby pewne siebie podejmują się nowych zadań, mimo że często nie mają odpowiedniej wiedzy i umiejętności, ale wierzą, że zdobędą je w trakcie realizacji zadania. Z drugiej strony bywa, że ludzie o wysokich umiejętnościach i kompetencjach wycofują się z działania, bo nie wierzą, że im się uda. Dlatego tak ważne, żeby rodzice wzmacniali w dziecku przekonanie, że potrafi, że w danej dziedzinie jest świetne. Przecież u każdego dziecka można znaleźć taki obszar, w którym się wyróżnia.

Rodzice pilnują, żeby dziecko uczyło się, kształtowało umiejętności. Siłą i odpornością psychiczną raczej nie zaprzątają sobie głowy. I to, niestety, okrutnie się mści. O sukcesie decydują oczywiście wiedza, umiejętności, ale także siła i odporność psychiczna. Słyszymy czasem o sportowcach mających te same umiejętności, na treningach osiągających te same wyniki. Co sprawia, że podczas zawodów jedni potrafią zwyciężyć, a inni przegrywają? Decydują o tym właśnie siła i odporność psychiczna. Podobnie dzieje się w pracy, w szkole. Marzy mi się, żeby rodzice i nauczyciele znali techniki pomagające dzieciom wzmacniać siłę i odporność psychiczną. W Wielkiej Brytanii, z którą współpracujemy, uczy się już tego nauczycieli. To ważne, bo nasze badania pokazują, że dzieci z wyższą siłą i odpornością psychiczną osiągają w szkole lepsze wyniki, są nastawione do życia optymistycznie. Co ciekawe, do pewnego momentu siła i odporność psychiczna rosną wraz z wiekiem tak samo u chłopców, jak i u dziewczynek, ale od 12. roku u chłopców rosną dalej, natomiast u dziewczynek zaczynają spadać.

Dlaczego? Bo chłopcy silni i odporni psychicznie traktowani są jako przedsiębiorczy, przebojowi, a dziewczynki o takich cechach postrzega się jako niegrzeczne, pyskate, takie, które należy usadzić. Dlatego rodzice powinni szczególnie u córek wzmacniać poczucie własnej wartości, a nie strofować ich za asertywność, odwagę, nonkonformizm.

W ten sposób pomogą też córkom w opanowaniu stresu? Kiedy poczucie wartości rośnie, stres maleje. Podobnie jest z poczuciem wpływu i wytrwałością. Jeżeli te czynniki rosną, maleje stres, wszystkie badania nam to potwierdzają.

Nadwrażliwcy bardziej się stresują? Ktoś zdefiniował stres w postaci równania matematycznego – to wrażliwość emocjonalna podzielona przez zasoby plus wsparcie. Dzieci nadwrażliwe muszą mocniej budować swoje zasoby, powinny także otrzymywać większe wsparcie. Rodzice, którzy zauważają, że ich dzieci są nadwrażliwcami, nie powinni się denerwować, tylko podejść do tego zadaniowo: Co muszę dla dziecka zrobić, w co je wyposażyć, żeby sobie lepiej w życiu radziło.

Ograniczać nadwrażliwcom sytuacje stresujące? Nie. Myślenie, żeby chronić takiego wrażliwca, nie jest dobre. Każde dziecko musi nauczyć się radzenia sobie z trudnościami, a nie ich omijania. Dziecko wrażliwe trzeba tylko „poobkładać poduszkami”. Zawsze należy przyjrzeć się własnym pociechom, zastanowić się, w czym powinniśmy im pomóc. Czasem pracy wymaga poczucie wartości, czasem wytrwałość. Nasze badania pokazują, że młodzi ludzie mają bardzo często dużą pewność siebie, ale ich zaangażowanie i wytrwałość są niskie, co przekłada się na niskie efekty działań, a w konsekwencji rodzi stres. Trzeba też pamiętać, że siła i odporność psychiczna nie są dane raz na zawsze – mogą się rozwijać, ale też spadać. W pierwszym przypadku stres maleje, w drugim – rośnie. Dlatego tak ważne jest wzmacnianie psychiki dziecka.

  1. Psychologia

Jak nauczyć dziecko reagować na przemoc ze strony rówieśników?

Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Rówieśnicy są dziecku niezbędni do prawidłowego rozwoju. Dlatego, gdy w jego środowisku pojawia się problem przemocy, bardzo ważne jest właściwe podejście i rozwiązanie problemu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Dziecko samo z siebie nie wie jak się prawidłowo reaguje na przemoc. Nauczy się tego po reakcji rodziców. To wy wysyłacie informację, co trzeba robić, a co ważniejsze - co trzeba o sobie myśleć.

Dziecko samo z siebie nie wie, jak się prawidłowo reagować na przemoc. Nauczy się tego po reakcji rodziców. To wy wysyłacie informację, co trzeba robić, a co ważniejsze - co trzeba o sobie myśleć.

Dziecko, które doświadcza przemocy, rodzice instynktownie chronią. Przepełnione miłością i troską działania często przybierają formę spędzania z dzieckiem niemal całego dnia; jest ono odprowadzane do szkoły, zabierane zaraz po ostatniej lekcji, organizuje mu się różne atrakcje i tym samym jeszcze bardziej alienuje ze środowiska rówieśniczego. Nadopiekuńczość nie ma dobrych stron w żadnej sytuacji. Jeśli rodzice mają silną potrzebę ochrony dziecka, lepiej się wyprowadzić (nawet jeśli to naraża rodzinę na spore koszty i zamieszanie), ale nigdy nie zastępować sobą świata kolegów — niezbędnego do prawidłowego rozwoju.

Wszystko zależy od ciebie

Poniżej wskazówki, które warto mieć na względzie, mierząc się z problemem przemocy:
  • Nie zmienisz zachowania innych dzieci w klasie twojego dziecka, nie zapobiegniesz agresji. Jedyne, co możesz pokazać dziecku, to jak na nią reagować i wytłumaczyć skąd się bierze.
  • Zapytaj, co się stało i spokojnie wysłuchaj. Nie wierz we wszystko. Pamiętaj, o czym dziecko starsze już wie: nie warto od razu przyznawać się, że to była sprzeczka, a nie jednostronne pobicie.
  • Nie przesłuchuj dziecka („O której to było? Kto to widział? A gdzie była pani? Pokaż mi, jak on cię kopnął”). Pozwól mu spokojnie opowiedzieć to powoli, swoimi słowami, z uwzględnieniem tylko tych rzeczy, które dla niego były ważne.
  • Nie podsuwaj dziecku gotowego scenariusza: „Ty tylko stałeś, a on zaczął bez żadnego powodu, tak?”. Dziecko, zdając relację z takiego zdarzenia, jest wytrącone z równowagi. Żeby sprawę szybciej zamknąć, potwierdzi wszystko, co tylko ty chcesz usłyszeć!
  • Zapytaj, co chce teraz zrobić. Być może dziecko wzruszy ramionami i powie: „Nic, przecież bez przerwy ktoś się z kimś bije”. Nie pochwalaj tego, zrób pogadankę na temat szkodliwości wszelkich form agresji, ale zrozum, że jeden incydent nie zrobi dziecku krzywdy.
  • Jeśli dziecko doświadczyło poważnej szkody (jest na przykład ranne) idź do szkoły, ale nigdy w charakterze prokuratora. Zgłoś problem, a nie żądaj najwyższej możliwej kary. Uważaj na swoją postawę. Dość często okazuje się, że twoje dziecko nie było takie całkiem niewinne, a w połowie wypadków to ono wszczęło bójkę, sprzeczkę i jego zachowanie też pozostawia wiele do życzenia.
  • Jeśli rozbierasz włos na czworo, masz do dziecka pretensje, obarczysz je winą, że niepotrzebnie podeszło, powinno zareagować inaczej itd. — twoja agresywna reakcja wyrządzi więcej emocjonalnej szkody niż samo zajście, bo dziecko poczuje, że nie jesteś po jego stronie, że masz pretensje o coś, na co ono nie miało wpływu. Zrozumie, że nie sposób cię zadowolić.
  • Oskarżanie dziecka, ostra interwencja w szkole, pretensje wobec agresora i jego rodziców, a nawet samodzielne ukaranie sprawcy jest typowym zachowaniem człowieka wzburzonego. Gdy buzują w nas emocje, mamy silną potrzebę działania. Chcemy coś zrobić, mieć poczucie, że walczymy o dziecko, że go bronimy. Wielu rodziców idzie do szkoły z pretensjami, bo uważa, że jeśli tego nie zrobi, zyska sobie opinię niezainteresowanego, patologicznego, nieczułego rodzica.
  • Pamiętaj, żeby twoja reakcja nie obciążyła nadmiernie dziecka. Nie przynieś mu wstydu i nie skonfliktuj go z kolegami na dobre. Pamiętaj, że gdy ty — zadowolony, że „nie dasz swojemu dziecku zrobić krzywdy” — po ostrej interwencji wyjdziesz ze szkoły, ono będzie musiało nadal egzystować w swojej klasie.
  • Zawsze gdy chcesz pilnie interweniować w sprawie dziecka (zwłaszcza dziecka powyżej dziesiątego roku życia), pomyśl co by było, gdyby do ciebie do pracy przyszła twoja siostra i zrobiła koleżance awanturę, że jest dla ciebie niemiła albo popchnęła cię, biegnąc do bufetu.

Przemoc długoterminowa

Jeśli dziecko jest w szkole szykanowane i doświadcza przemocy długoterminowo, należy dać mu możliwie najsilniejsze wsparcie:
  • Miej dla dziecka czas, bądź do jego dyspozycji, zapewnij mu w domu obszar całkowitego bezpieczeństwa
  • Rozmawiaj o tym z dzieckiem, ale nie oskarżaj, że dopiero teraz ci mówi. Ono się bało ujawnić prawdę, ponieważ było zastraszone; agresor zawsze grozi, że najważniejsze to nikomu nic nie mówić. Ofiara, zwłaszcza małe dziecko, wierzy we wszystkie groźby, bardzo się nimi przejmuje i żyje w obawie, że jeśli się poskarży, to tylko pogorszy jego sytuację. Dlatego zamiast mówić:„Czemu mi nie powiedziałeś?”, daj dziecku nagrodę: „To bardzo mądrze, że mi o tym powiedziałeś”.
  • Zaproponuj jakieś możliwe do realizacji rozwiązanie, na przykład, żeby mijało agresora, żeby starało się nie przebywać samo.

Technika pozbawiania mocy

  • Małoletnia ofiara przemocy jest przekonana, że agresor jest znacznie silniejszy niż jest w rzeczywistości. Warto pokazać, że się myli, że agresor to takie samo dziecko jak wszystkie inne.
  • Mów o agresorze jego zwyczajnym imieniem. Wszyscy w rodzinie wymyślcie, co można zrobić, żeby nie traktować go jak kogoś niezwykłego.
  • Poproś dziecko, żeby stanęło przed lustrem i powiedziało: „Nie boję się nikogo”. Stań koło niego i postawą dawajcie do zrozumienia, że się nikogo nie boicie. Pokaż dziecku, że za pomocą odpowiedniego trzymania brody i odpowiedniej postawy ciała może się wydawać znacznie większe niż jest w rzeczywistości. Nawet siedmiolatek zobaczy różnicę w wyglądzie kogoś, kto się boi i tego, kto się nie boi.
  • Namów dziecko, żeby w razie kłopotów krzyczało wniebogłosy. Razem naróbcie sporego wrzasku i poćwiczcie okrzyki: „Odejdź! Puść mnie!”.
  • Możecie też subtelnie ponaśmiewać się z agresora: „Ale zbyt ładny to on nie jest”. Nie jest to zachowanie wychowawcze, ale przy takim problemie bardzo ofierze potrzebne.
  • Naucz dziecko nie odwracać wzroku. Patrzenie ludziom w oczy odbiera im część odwagi i jest najlepszym sposobem okazywania odwagi własnej. Proś dziecko, żeby patrzyło w oczy wszystkim osobom, z którymi ma kontakt. Nie nabędzie tego nawyku od razu, ale niech zacznie od dwóch osób dziennie, a z czasem patrzenie w oczy podświadomie przekuje się w pewność siebie.
  • Pokaż dziecku moc słów: „Nie zgadzam się! Puść mnie! Odejdź! Daj mi przejść! Mam na imię Michał!”.
  • Koniecznie zadbaj, aby dziecko miało jakiś inny punkt oceny samego siebie w postaci kolegów, które je lubią. Gdy jesteś nielubiany tylko w jednym środowisku, to jeszcze nie dramat. Dramat zaczyna się, gdy to twoje jedyne środowisko rówieśnicze. Dbaj więc, by dziecko w każdym wieku miało kolegów spoza szkoły: sąsiadów, kuzynów, dzieci waszych znajomych, kolegów z poprzedniej szkoły. To bardzo cenna odskocznia od trudnych szkolnych relacji.
  • Na pewno nie jest błędem zabranie dziecka z obszaru oddziaływania agresora. Jest to często znacznie lepszy pomysł niż zmuszanie osłabionego psychicznie doświadczaną przemocą człowieka, aby koniecznie „postawił się” agresorowi. Najważniejsze jest, żeby dziecko odzyskało poczucie bezpieczeństwa.

Dziecko może być zamieszane w przemoc w trzech rolach: agresora, ofiary i świadka przemocy. Każda z nich niesie za sobą możliwość obciążenia emocjonalnego i chociaż z punktu widzenia rodzica najbardziej martwimy się, gdy dzieci są ofiarami przemocy, warto zdawać sobie sprawę, że obciążenia wynikające z tego, że widziało się zło, a nic się nie zrobiło, mogą odbić się na przyszłym życiu dziecka nawet bardziej niekorzystnie niż bycie ofiarą.

  1. Psychologia

Podstawą szczęśliwego wychowywania jest prawda

Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. (Fot. iStock)
Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Terapeuta Daniele Gargano podkreśla, że dzieci najwięcej chłoną, obserwując swoich rodziców. Dlatego najlepsze, co możemy dla nich zrobić, to być prawdziwymi. – Jeśli jesteś radosny, śmiej się; jeśli jest ci smutno, płacz. W ten sposób nauczysz dziecko, że na świecie istnieje także ból czy żal, i że wcale nie jest on zaprzeczeniem szczęścia – mówi w rozmowie z Julią Wollner.

Psycholodzy powtarzają, że szczęśliwe dzieci to te, które są wychowywane przez szczęśliwych rodziców. Tylko co to tak naprawdę znaczy? Jacy powinni być ci szczęśliwi rodzice? Myślę, że warto na użytek naszej rozmowy spróbować ukuć pewną definicję szczęścia. Będzie ona dosyć prosta: szczęście możemy zdefiniować jako stan, w którym jest nam po prostu dobrze. Stan, w którym widzimy świat w sposób pozytywny. Szukając synonimu, moglibyśmy określić ten stan dobrobytem – pamiętając jednak, że nie chodzi o dobrobyt w sensie ekonomicznym, ale o dobrobyt psychofizyczny. Osoba szczęśliwa to osoba pogodna, budująca dobre relacje z innymi, zadowolona z tego, co ma, niepopadająca w skrajności, wolna od nałogów. Szczęściu blisko jest do równowagi, do stabilności.

Dla wielu z nas szczęście to raczej coś, do czego się dąży, niż coś, co jest nam dane raz na zawsze. Ja powiedziałbym, że jest to coś, czego można się nauczyć. Najpierw jednak warto uświadomić sobie, że wszystko, co przeżywamy, ma swoje odbicie w naszych relacjach. Jeśli z jakiegoś powodu nie jest nam dobrze, to będziemy mieli kłopot ze spełnieniem się w swoich życiowych rolach, w tym w roli rodzica; co więcej, możemy wręcz źle wpływać na innych.

Nasze dzieci uczymy nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy – one bacznie nas obserwują, stając się poniekąd naszym lustrem, naszym odbiciem. A skoro mowa o nauce, to warto podkreślić, że „uczenie się” jest w kwestii szczęścia terminem kluczowym. Szczęście zależy bezpośrednio od edukacji, od swego rodzaju instrumentarium, które otrzymujemy w dzieciństwie. Osoby szczęśliwe niekoniecznie wyrastały w rodzinach majętnych czy w warunkach, które można określić jako idealne, ale otrzymały od rodziców wiedzę o tym, jak wykorzystywać pewne narzędzia.

Jakie na przykład? Przede wszystkim poczucie własnej wartości. To jego brak jest źródłem wszelkiego zła: kompleksów, napięć, depresji. Drugim istotnym narzędziem jest asertywność i umiejętność komunikowania własnych potrzeb. Na szczęśliwych ludzi wyrosną te dzieci, które nauczono być świadomymi samych siebie i którym pokazano metodę osiągania celów, które są dla nich ważne.

Szalenie istotna jest także zdolność wybrania i utrzymania właściwej perspektywy. Podam przykład: pracowałem wiele lat w szpitalu z rehabilitantami i poznałem tam chłopca, który stracił w wypadku jedną nogę. Wszyscy z góry uznawali go za nieszczęśnika; on jednak, mimo swojego inwalidztwa, wydawał się naprawdę pełen radości, ponieważ nie traktował tego jako przekleństwa. Wręcz przeciwnie, podchodził do swoich ograniczeń jak do wyzwania, które pozwala na wykorzystanie wspomnianych narzędzi. Wybrał perspektywę pozytywną. Warto pamiętać, że – jak nauczał już sam Platon – rzeczywistość jest swego rodzaju iluzją. To od nas zależy, jak na nią spojrzymy.

Załóżmy więc, że świadomi rodzice starają się patrzeć pozytywnie. Z drugiej strony, kiedy rozglądam się wokoło, większość dzisiejszych dorosłych albo jest w trakcie terapii, albo się do niej przymierza... Nie wydają mi się szczególnie szczęśliwi. Czy w takiej sytuacji jest w ogóle szansa, żeby szczęśliwe były nasze dzieci? Oczywiście, że tak. Zamiast śledzić porady wychowawcze i wynajdywać coraz nowe trendy w wychowaniu, które zmieniają się co sezon, można zdecydować się właśnie na terapię. Jest to wybór, który podejmuje osoba świadoma, że coś w jej życiu wymaga naprawy, naprostowania. Odczuwa potrzebę zmiany. To już bardzo wiele; powiedziałbym nawet, że to pierwszy krok do szczęścia. Terapia służy bowiem dekonstrukcji pewnych mitów, w ramach których funkcjonujemy, które wtłoczono nam do głowy w dzieciństwie, nie respektując naszej prawdziwej natury. Teraz, zajmując się sobą, mamy szansę ją odkryć i nauczyć się ją pielęgnować.

Mamy więc nauczyć się szanować własną naturę, a jednocześnie szanować także naturę dziecka. Co jednak, jeśli wzajemnie się one wykluczają? Szukanie konfliktu na tej linii jest moim zdaniem zabiegiem sztucznym. Jeśli jesteś osobą nauczoną szczęścia, posiadającą narzędzia, o których mówiłem wcześniej, równie ważna jak twoje dziecko, jesteś ty sama. Dziecko nie jest dla ciebie ciężarem, kimś, dla kogo musisz poświęcać siebie. Analogicznie jest na przykład z pracą i wypoczynkiem: osoba zrównoważona wie doskonale, że relaks i przyjemność są jednakowo istotne jak czas wzmożonego wysiłku.

Mam wrażenie, że odnosisz się do sytuacji idealnej. Jestem przekonana, że wielu rodzicom zdarzają się decyzje powodujące wewnętrzne konflikty. Załóżmy na przykład, że rozwiodłam się z ojcem moich dzieci i chciałabym wyjść ponownie za mąż, a syn czy córka nie akceptują mojego nowego partnera. Przede wszystkim trzeba im dać do tego prawo. To doskonała okazja, by nauczyć dziecko ważnej kwestii: wspomnianego już szacunku do samego siebie. Dziecko jest samodzielną jednostką, może kogoś lubić lub nie lubić i warto nauczyć je respektowania tego, co czuje.

Brzmi pięknie, ale co mam powiedzieć dziecku, które nie chce, by mój ukochany zamieszkał z nami? Jeśli dziecko nie akceptuje takiej decyzji, to robi to zapewne z obawy, że nowy mężczyzna będzie próbował zastąpić kogoś niezwykle ważnego. W tej sytuacji matka powinna przede wszystkim wytłumaczyć dziecku, że o żadnym zastępowaniu ojca nie ma mowy, a następnie pracować nad komunikacją malucha i nowego partnera – tak, aby stworzyć im możliwość nawiązania pozytywnej relacji.

Zostawmy kwestie uczuciowe, a przyjrzyjmy się niebezpiecznym pasjom. Mój brat jest zapalonym spadochroniarzem. Czuje się rozdarty, bo uwielbia dreszcz ryzyka, który daje mu ten sport; z drugiej strony wie, że jego córeczka bardzo się o niego niepokoi i wolałaby, żeby zrezygnował ze swojego hobby. Podobnie jak w kwestii nowego partnera, chciałabyś usłyszeć ode mnie gotową receptę: trzeba wybrać to, a nie tamto. Osobiście zupełnie nie wierzę w taką dwubiegunowość. Kiedy urodziła się moja córka, w sposób naturalny zacząłem starać się ograniczać wszelkie ryzyko do minimum. Przestałem na przykład jeździć na motorze. To kwestia wartości. Dla mnie najważniejsze na świecie jest moje dziecko, a żadne hobby nie może się z nim równać. Możemy także potraktować tę sytuację jako lekcję i okazję do rozmowy – o tym, czym jest ryzyko, czym jest pasja. Spróbuj wytłumaczyć dziecku, dlaczego twoje hobby jest dla ciebie tak istotne. Być może przy takim postawieniu sprawy będzie potrafiło je zaakceptować?

Każda okazja jest dobra do tego, by zastanowić się, jakie nauki o życiu przekazuję swojemu dziecku. Z drugiej strony świadomość tego może stanowić nie lada obciążenie. Życie nie jest usłane różami, a ja jako rodzic mogę przechodzić kiepski moment w życiu. Czy powinnam starać się ukryć to przed dziećmi, oszczędzając im stresu? Zdecydowanie nie! Dzieci rozumieją wszystko, jeśli tylko odpowiednio im się to wytłumaczy. Są w stanie pojąć każdy kłopot, wojnę, chorobę, śmierć. To nie problemy przychodzące z zewnątrz niszczą relacje rodziców i dzieci; robią to niedopowiedzenia. Oczywiście ważny jest dobór odpowiednich słów i przykładów, dostosowanych do wieku i wrażliwości dziecka, jednak z całą pewnością nie warto przed dziećmi niczego ukrywać, chować czy maskować.

Skoro mówimy o trudnościach, to warto wspomnieć, że sama koncepcja szczęścia też łączy się z pewnymi obciążeniami, czasem nawet z dramatami. Warto pokazać dzieciom tę prawidłowość. Szczęście ma swoją cenę. Kosztują nas nasze wybory, kosztuje wysiłek wkładany w pozostanie lojalnym wobec samego siebie. Patrzenie na świat własnymi oczami – a nie oczami reszty społeczeństwa – nie przychodzi zupełnie bez trudu. Trud jest wpisany w naszą egzystencję. Nie ma jednak innej drogi do szczęścia niż prawda. Człowiek szczęśliwy to taki, który znalazł odpowiedź na pytanie: co jest moją prawdą, a co tylko formą narzuconą przez innych? Czego ja właściwie chcę? Jaka jest moja prawdziwa natura?

Znalezienie odpowiedzi na te pytania nie jest jednak proste, szczególnie w dzisiejszych czasach. Każdy z nas ma setki możliwości, a wiele z nich wzajemnie się wyklucza. Właśnie dlatego często podkreślam, że jeśli mielibyśmy nauczyć nasze dzieci tylko jednej rzeczy, to być może powinna być nią medytacja. Żyjemy coraz szybciej, robimy dziesięć rzeczy naraz, gubimy się we własnych myślach. Medytacja pozwala nam odnaleźć sens prostych, codziennych czynności, przywraca zagubioną gdzieś umiejętność do bycia tu i teraz, pomaga odnaleźć świadomość samego siebie. Aby zacząć medytować, nie trzeba wcale zapisywać się na drogie kursy ze wschodnimi guru, wyjeżdżać do dalekich krajów ani nawet siadać w pozycji kwiatu lotosu. Warto zacząć od prostej metody zwanej walking meditation, czyli zwykłego spacerowania, podczas którego staramy się skupić wszystkie myśli na wykonywanych krokach. Medytacją może być też sprzątanie pokoju albo krojenie cebuli. Wystarczy, że przypomnimy sobie – i pokażemy dzieciom – jak bardzo uspokajający wpływ może mieć zanurzenie się w chwili obecnej. Tylko ona jest w pełni prawdziwa, a powiedzieliśmy już, że to prawda jest podstawą szczęścia.

Przypomina mi się pewna ważna historia, która wiele mnie nauczyła. Kiedy pracowałem w szpitalu, na oddziale onkologicznym przebywał młody chłopak, któremu zostało zaledwie kilka miesięcy życia. Wysłano mnie do niego z jakimś kwestionariuszem, którego wypełnienie miało zająć około godziny. Pukając do jego pokoju, zapytałem, czy znajdzie dla mnie trzy-cztery kwadranse, na co odpowiedział, że nie bardzo, ponieważ właśnie uczy się do egzaminu. Nie rozmyślał o tym, ile czasu da mu jeszcze choroba – koncentrował się na chwili obecnej, na tym, że na uczelni czeka go ważny sprawdzian. Porozmawialiśmy chwilkę; opowiedział mi, jak bardzo lubi swoje studia, jak wiele przyjemności sprawia mu nauka. Formularza nie wypełniliśmy. Nie było zresztą po co – traktował on o kwestii bycia tu i teraz, a ten chłopak ewidentnie był w tym po prostu mistrzem.

Aby osiągnąć szczęście, powinnam więc być świadoma własnych potrzeb, asertywna, umiejętnie komunikować się z otoczeniem, znać swoją wartość i skupiać się na chwili obecnej. Osiągnięcie tego stanu warunkuje też szczęście mojego dziecka. Dla niektórych może to brzmieć jak ciężkie i skomplikowane zadanie... Wiesz dlaczego? Dlatego, że wielu z nas stosuje w życiu rodzaj imperatywu – koncentrujemy się na słowie „muszę”. Muszę być asertywny, muszę znać swoją wartość, muszę uczynić moje dzieci szczęśliwymi. To narzuca nienaturalny – czyli nieprawdziwy – punkt widzenia. Zamiast skupiać się na tym, co muszę, lepiej starać się być prawdziwym. Jeśli jesteś radosny, śmiej się; jeśli jest ci smutno – płacz. W ten sposób nauczysz dziecko, że na świecie istnieje także ból czy żal, i że wcale nie jest on zaprzeczeniem szczęścia. A smutek jest po prostu emocją, która, jak wszystko inne, przemija. Obok prawdy to właśnie pojęcie przejściowości może być najważniejsze dla nauczenia się szczęścia. Odkrycie faktu, że prawie nic nie jest w życiu ostateczne, daje ogromną ulgę. Podobnie jak współodczuwanie, dzielenie się zarówno rozpaczą, jak i radością. „Ja muszę” zupełnie je wyklucza, a przecież prawdziwe szczęście to coś, co mnoży się, jeśli je dzielimy. Wtedy właśnie jest najprawdziwsze.

Daniele Gargano włoski psycholog i psychoterapeuta poznawczo-behawioralny mieszkający i pracujący w Warszawie. Prowadzi terapię indywidualną, rodzinną, dla dzieci i dla młodzieży; zajmuje się także problemami związanymi z wielokulturowością i życiem poza własnym krajem.