1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zmień swoje życie z Pemą Chödrön – premiera książki "Rusz z miejsca"

Zmień swoje życie z Pemą Chödrön – premiera książki "Rusz z miejsca"

Bestsellerowa książka "Rusz z miejsca" oparta jest na buddyjskiej koncepcji shenpa, która pomaga nam dostrzec, jak lęki oraz zakorzenione w nas nawyki wywołują gniew, poczucie winy, nienawiść do samych siebie i skłonność do nałogów.

Mądrość buddyjska przekazywana w kolejnej książce Pemy Chödrön pomaga uwolnić się od lęków i nawyków. Uczyń swoje życie lepszym.

Bestsellerowa książka "Rusz z miejsca" oparta jest na buddyjskiej koncepcji shenpa, która pomaga nam dostrzec, jak lęki oraz zakorzenione w nas nawyki wywołują gniew, poczucie winy, nienawiść do samych siebie i skłonność do nałogów. Gdy zdiagnozujemy te negatywne wzorce – możemy rozpocząć walkę z nimi i ruszyć nową ścieżką.

Ścieżka ta pozwala odkryć trzy podstawowe ludzkie cechy wyjaśnia Pema Chödrön. Naturalną inteligencję, ciepło i otwartość. Każdy człowiek dysponuje tymi cechami i może wykorzystywać je do pomocy sobie samemu i innym.

Wielu ludzi, zatroskanych losem świata i szerzącym się cierpieniem, szczerze pragnie, by stan rzeczy się zmienił, a ludzie przestali krzywdzić i być krzywdzeni. Należy uczciwie przyznać, jak często kończy się na refleksji z powodu braku poczucia mocy sprawczej lub pomysłu jak pragnienie zamienić w działanie. Czy widzimy wystarczająco jasno wpływ naszych słów i działań na powstrzymanie cierpienia? A nawet jeśli dostrzegamy, ze sami tworzymy chaos, to czy potrafimy go powstrzymać? Praca nad sobą i pogłębianie świadomości swojego umysłu i emocji to najważniejsza droga jaką możemy podjąć na rzecz dobra swojego i wszystkich istot.

Książka Rusz z miejsca daje szereg wskazówek, jak uaktywnić trzy podstawowe ludzkie cechy. Pema Chödrön z właściwą jej życzliwością pomaga zrobić nam pierwszy śmiały krok w stronę nowego sposobu życia, które przyniesie pozytywną transformację nas samych i naszego świata.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Doświadczaj chwili obecnej - nauki Pemy Chodron

Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Pema Chödrön, Amerykanka, buddyjska mniszka, autorka wielu książek. (Fot. materiały prasowe)
Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. - pisze w książce "Twoje wspaniałe życie" Pema Chodron, buddyjska mniszka.

Kiedy nauczam o pustce lub otwartej świadomości i chcę, żeby uczestnicy od razu weszli w pewien rodzaj bezpośredniego doświadczenia, proszę wszystkich, aby wstali razem ze mną. Wszyscy jednocześnie robimy wdech i podnosimy ręce nad głowę. Następnie wszyscy razem robimy wydech, opuszczamy ręce i klepiemy się w uda. Robiłam to już z sześciuset osobami jednocześnie. Było bardzo głośno. Ćwiczenie to stwarza okazję do przeżycia chwili otwartości, wolnej od etykiet i znaczeń. Po klepnięciu po prostu rozluźniamy umysł na tyle, na ile możemy. Cokolwiek stanie się potem, jest w porządku. Niektórzy ludzie doświadczają pustki w szeroko otwartej przestrzeni. Niektórzy zaczynają mówić do siebie. Niektórzy stają się smutni, poirytowani lub senni. Niektórzy myślą: „Nie rozumiem tego”. Ale cokolwiek się stanie, nie ma problemu. Nie musi to być jakieś szczególne przeżycie. Najważniejsze jest, aby ludzie byli otwarci, mieli swobodne nastawienie pozwalające na to, żeby wydarzyło się cokolwiek, bez odrzucania czy wartościowania. Głośne uderzenie stwarza okazję do powstania luki w naszym procesie koncepcyjnym, ale jeśli nie doświadczymy tej luki, nie ma się czym martwić. Głębia praktyki polega na tym, aby pozwolić, by rzeczy się działy.

Doświadcz pustki

Jeśli postrzegasz pustkę jako coś, co warto rozwijać – lub w czym nawet warto się zakochać – zawsze możesz znaleźć sposób, aby połączyć się z nią w życiu codziennym. Jednym z prostych sposobów na praktykowanie pustki, jest po prostu zatrzymanie się. Możesz to zrobić, kiedy tylko zechcesz. Jest to bardzo proste. Zwolnij i od razu się zatrzymaj. Rozejrzyj się i skontaktuj się z obecną chwilą. W ten sposób przerwiesz strumień pomysłów i mentalnej paplaniny, które nakładają się na twoje doświadczenie. Pozwala to dotknąć ponadczasowości chwili obecnej – tego, co Trungpa Rinpocze tak umiejętnie nazwał „teraźniejszością”. Gdy jesteśmy zapracowani i każde kolejne opóźnienie jest niebywale irytujące, możemy wykorzystać takie sytuacje na praktykowanie zatrzymywania się. Na przykład, musisz iść na pocztę w przerwie na lunch. Stoisz w długiej kolejce, która w ogóle nie przesuwa się do przodu. Zamiast po prostu stać tam i kipieć z gniewu, możesz zrezygnować z tej mentalnej paplaniny, zrelaksować się i wejść w obecną chwilę. Wtedy poczta i obecni tam ludzie mogą stać się fascynującym doświadczeniem. Możesz naprawdę zobaczyć to, co jest przed twoimi oczami i usłyszeć to, co wpada do twoich uszu. To tak, jakby drzwi percepcji zostały dokładnie oczyszczone.
Przed chwilą dałeś się złapać, dygocząc z nerwów albo umierając z nudów, a teraz twoje doświadczenie przekształca się w coś barwnego i niespodziewanie cudownego. Jesteś wolny od konceptów takich, jak „biedny ja” czy „nie mam na to czasu” i zamiast tego, cieszysz się chwilą obecną. Słyszałam, że w przeszłości w Tybecie jedynym sposobem, w jaki kobiety mogły osiągnąć oświecenie, było praktykowanie w przerwach między licznymi obowiązkami. Były one jednak tak oddane przebudzeniu, że nauczyły się rozpoznawać i doceniać możliwości, które pojawiały się na ich drodze. Każda chwila „pomiędzy” – czekanie na kogoś, przechodzenie z jednego miejsca do drugiego, dojenie krowy – stawała się bezcenną okazją. Zamiast myśleć o tym, co się właśnie wydarzyło lub planować to, co wydarzy się później, cieszyły się przestrzenią, w której mogły zatrzymać wypełniony pojęciami umysł i nawiązać kontakt z teraźniejszością.

Pustka w codziennym życiu

Mamy wiele podobnych okazji w naszym własnym życiu. Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność. Można połączyć się z chwilą obecną, gdy tracimy orientację, gdy czujemy się wytrąceni z równowagi. Są to sytuacje, kiedy nie wiadomo, co robić i jakie będą skutki naszych działań. Często zdarza się to wtedy, gdy masz problemy z podjęciem ważnej decyzji. Nie wiesz, czy przyjąć ofertę pracy, gdzie się przeprowadzić, z którego lekarza porady skorzystać. Chcesz pomóc komuś w potrzebie, ale nie wiesz jak. Nie jesteś pewien, czy nadszedł czas, aby zaryzykować, czy masz grać ostrożnie. A może jest to tylko nieistotna wątpliwość, typu jak się ubrać lub jakie danie wybrać z menu. W tych wszystkich przypadkach chciałbyś dojść do konkretnego wniosku, ale nie ma sposobu na dotarcie do czegoś określonego. W związku z tym czujesz się bezbronny i bezzasadny. Ale jeśli skupisz się i pozostaniesz obecny w tych sytuacjach, możesz znaleźć sposobność, by zetknąć się z mądrością chwili obecnej – z otwartą, nieprzewidywalną właściwością tego, czym rzeczy zawsze są.
Kiedyś byłam na wykładzie Khenchena Thrangu Rinpocze, opata Gampo Abbey. Kiedy skończył mówić, jeden z mnichów uderzył w gong dając sygnał, że wykład się zakończył. Chociaż taki jest zwyczaj w Gampo Abbey, Thrangu Rinpocze uważał, że gong oznacza początek sesji medytacyjnej. Przez następne półtorej godziny siedział więc na swojej poduszce, całkowicie rozluźniony, od czasu do czasu poruszając się lekko. My, słuchacze, nie byliśmy do końca pewni, co się dzieje, więc też siedzieliśmy tam cały czas, w stanie niewiedzy. Czy czekał, aż skończymy, czy też my czekaliśmy na niego? Każdy z nas musiał mieć własny sposób znalezienia się w tej sytuacji – od odprężenia się w bezzasadności do chęci wykrzykiwania – ale obserwowanie swobody Thrangu Rinpoczego dało mi poczucie głębokiej wdzięczności za to, jaki spokój można poczuć w kontakcie z chwilą obecną – z pustką w codziennym życiu.

Pytania bez odpowiedzi

W tradycji zen nauczyciele wykorzystują koany, czyli pytania, na które nie ma odpowiedzi – w każdym razie odpowiedzi nie są możliwe w przypadku utrwalonego umysłu i dualistycznego myślenia. Być może najbardziej znanym koanem zen jest: „Jak brzmi klaskanie jedną ręką?”. Może to wyglądać na wysoce ezoteryczną praktykę, ale jeśli jesteśmy w harmonii z tym, jakie w rzeczywistości są sprawy tego świata – wolne od nadanych znaczeń i niemożliwe do sprecyzowania – zauważymy, że życie nieustannie podsuwa nam koany. Dla większości z nas takie niejednoznaczne sytuacje należą do zjawisk negatywnych i mamy tendencję do uciekania od nich. Ale dla duchowych praktyków koany mogą stanowić sposób, dzięki któremu budzimy się i uświadamiamy sobie pełny potencjał naszych serc i umysłów. Zamiast od razu próbować odpowiedzieć na otwarte pytania, jakie stawia przed nami życie, możemy, choćby na chwilę, poeksperymentować z odnalezieniem spokoju w uczuciu ambiwalencji. Ale nawet wtedy, gdy życie nie daje nam możliwości doświadczenia bezzasadności i bezbronności, wciąż możemy znaleźć sposoby na nawiązanie kontaktu z codzienną pustką – nawiązanie kontaktu z chwilą obecną.

Kadry nowych znaczeń

Jedną z praktyk, którą szczególnie lubię, jest robienie mentalnych zdjęć. Możesz zacząć od zamknięcia oczu. Następnie obróć głowę w dowolnym kierunku – w górę, w dół, na boki. Nie ma znaczenia, w którą stronę. Chodzi o to, żebyś nie miał pewności co zobaczysz, gdy otworzysz oczy. Następnie szybko otwórz oczy i zobacz, co jest przed tobą. Prawie natychmiast powrócisz do etykietowania wszystkiego, ale postaraj się obserwować ten moment, zanim zaczniesz etykietować. Spokojnie i z otwartością spróbuj zrobić mentalne zdjęcie momentu, który nie ma przypisanego znaczenia. Możesz to robić przez cały dzień, gdziekolwiek jesteś. Niekoniecznie musisz najpierw zamykać oczy, ale to może pomóc ci w opanowaniu tej praktyki. Jeśli jesteś fotografem lub artystą w innej dziedzinie sztuki, ten rodzaj aktywności może wydawać się naturalny, ale spróbuj wykorzystać to jako praktykowanie pustki – sposób na połączenie się z chwilą obecną. Możesz również wykonywać tę praktykę, posługując się innymi zmysłami. Na przykład, nagle uświadomisz sobie dźwięki, które słyszysz i spróbujesz zauważyć ten moment, zanim je zidentyfikujesz i zdecydujesz, czy ci się podobają, czy nie. Praktyka robienia zdjęć daje nam wgląd w umysł osoby medytującej, która zdobyła doświadczenie w widzeniu rzeczy takich, jakie są. Taka osoba doświadcza uczucia ciągłego zaskoczenia. Jesteś zaskoczony, że rzeczy nie są takie, jak myślałeś, że są – albo, że są takie, jak myślałeś, że są. To jest świeże, niekonwencjonalne spojrzenie artysty, który medytuje. Trungpa Rinpocze, który nauczył nas praktyki robienia zdjęć, był pasjonatem sztuki. Fotografie jego autorstwa są bardzo interesujące. Na jednym z nich widać ostatnie dwie litery wielkiego napisu na stacji benzynowej. Potem jest ogromna przestrzeń, a w przeciwległym rogu zdjęcia znajdują się dwie pierwsze litery innego szyldu. To wszystko stanowi piękny, ponadczasowy moment.

Świeżość chwili

Wszystkie sposoby praktykowania codziennej pustki polegają na połączeniu się ze świeżością każdej chwili. Dla małych dzieci ta świeżość jest znacznie bardziej dostępna. Ale jest ona dostępna również dla dorosłych. Czasami ta świeżość jest nam narzucana, jak przy nagłym szoku. Innym razem musimy ją celowo uaktywniać. Ale niezależnie od tego, jak się tam dostaniemy, chodzi o to, aby doceniać te chwile jako przebłyski większej prawdy, która kryje się za naszym nawykowym etykietowaniem. Jeśli nadal będziemy szukać i korzystać z tych możliwości, nasz układ nerwowy zwiększy swoją zdolność do utrzymywania niepewności, niejednoznaczności i braku bezpieczeństwa. Jeśli nadal będziemy wychodzić z naszej strefy komfortu i zwiększać naszą tolerancję dla takich uczuć, nasze życie ulegnie zmianie. Zamiast czuć się tak, jakbyśmy musieli nosić zbroję aby nas chroniła w codziennym życiu, będziemy się czuć, jakbyśmy oglądali film. Jednym z ważnych efektów takiej praktyki jest to, że czujemy się tak, jakbyśmy nie mieli nic do stracenia.

Fragment książki Pemy Chodron "Twoje wspaniałe życie", którą kupicie w naszym sklepie internetowym. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

  1. Psychologia

Lekcja spokoju w niespokojnych czasach

W trudnych chwilach wcale nie potrzebujemy zapewnień, że wszystko będzie dobrze. (Fot. iStock)
W trudnych chwilach wcale nie potrzebujemy zapewnień, że wszystko będzie dobrze. (Fot. iStock)
Jak twierdzi buddyjska mniszka Pema Chödrön, w trudnych chwilach wcale nie potrzebujemy zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Bo co to znaczy „dobrze”? Przecież wszystko jest w ciągłym ruchu, nie pozwoli się pochwycić w siatkę twoich oczekiwań. A ty jesteś tu po to, by poznawać siebie w tym doświadczeniu – własne serce i umysł.

Niemal wszyscy wkładamy wiele wysiłku w to, by uniknąć nieprzyjemnych zdarzeń. Pema Chödrön w łagodny, acz stanowczy sposób pozbawia nas złudzeń: to marzenie nigdy się nie spełni. Dopiero, kiedy to pojmiemy, wkroczymy na prawdziwą duchową ścieżkę... „Dopóki nie zaczniemy zbliżać się do zrozumienia tej rzeczywistości, trudno nam będzie otworzyć się na pełnię życia” – czytamy w jej najnowszej książce „Twoje wspaniałe życie” (Wydawnictwo Zwierciadło). Jej zdaniem oświecenie, którego tak pragnie wielu poszukiwaczy czy tzw. adeptów duchowości, to nic innego jak „pełne poznanie tego, kim naprawdę jesteśmy”. Bo kiedy poznajemy siebie, poznajemy też innych – pochylamy się nad ich tęsknotami, lękami, ich bólem, pięknem, wściekłością... Poznajemy cały świat i przyjmujemy go takim, jaki jest. W tym sensie obecna sytuacja... jest dla nas szansą na oświecenie.

Pocałuj ropuchę

Zanim przyszła do mnie ta książka, sporo myślałam o tym, co tak naprawdę wiemy o nas samych. Jak w słynnym wierszu Wisławy Szymborskiej:
„Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”
Kiedy atakują nas sprawy tego świata, a my zaczynamy je interpretować; kiedy dzielimy się naszymi obserwacjami i wnioskami – można odnieść wrażenie, że jesteśmy ekspertami od wszystkiego. Tworzymy kolejne wersje zdarzeń, oceniamy, krytykujemy, udzielamy rad...

A gdyby tak wykorzystać tę sytuację, by stać się ekspertem od siebie? Od własnego systemu wierzeń, własnych emocji, możliwości i ograniczeń? Od tego, z czym chętnie wychodzimy do innych, i tego, co wolelibyśmy przed nimi ukryć? Od wszystkiego, co – mniej czy bardziej jawnie – wnosimy do świata: naszych talentów, emocji, działań?

Jacy zatem jesteśmy? Ponoć – zgodnie z naukami Buddy – dobrzy i kochający. Pema Chödrön mówi o naszej „podstawowej dobroci”. O tym, że chcemy nieść innym pomoc, dawać otuchę. Przyczynić się do złagodzenia strachu, złości, poczucia bezsensu. Tyle że często coś nas blokuje – wewnętrzny chaos, stare nawyki, lęki. Wolimy zamknąć serce, nie czuć, poszukać rozwiązań w umyśle. „Ucieczka przed cierpieniem – naszym i innych – nigdy nie działa” – twierdzi Chödrön. „Każdy chce się uwolnić od cierpienia, ale większość z nas robi to w sposób, który tylko pogarsza sytuację”. Kiedy odcinamy się od życia, od doświadczania, nasz świat się kurczy. Postrzegamy innych jako zagrożenie. „A kiedy wiele osób i całe narody przyjmują taką postawę, jej skutkiem jest globalny chaos, który przynosi mnóstwo cierpienia i konfliktów” – podsumowuje mniszka.

Czy zastanawiałeś się kiedyś, co motywuje nas do pomagania innym? Zdaniem Pemy Chödrön może to być poczucie obowiązku albo poczucie winy, idea bycia „dobrym”, jaką nam zaszczepiono, perspektywa nagrody, a nawet złość czy potrzeba kontroli. Kluczową motywacją jest podobno ucieczka przed własnym bólem. Nie musimy obwiniać się z tego powodu – to naturalny odruch. Dobrze jednak wiedzieć, że mechanizmy obronne nie pozwalają nam działać z tego najprawdziwszego, najczulszego, transformującego miejsca – z miejsca serca. Bo ostatecznie – jak mówi inna amerykańska nauczycielka, Gangaji – chodzi o otwarcie serca. W pierwszym rzędzie na siebie. Choć trudno się do tego przyznać czy nawet rozpoznać, jest w nas dużo nienawiści do samych siebie. Mamy sobie za złe nasze ludzkie słabości, egoizm. Walczymy z nim, projektując tę wojnę na zewnątrz. Tymczasem jedyna droga to „pocałować ropuchę”. Wejść w największy mrok, prześwietlić go światłem świadomości. Dla umysłu to przerażające, dla serca – naturalne. Bo serce – zapewnia Gangaji – może unieść wszystko.

Tak jak ja

A gdyby wszystkie problemy tego świata miały związek z polaryzacją? Z tym, że dzielimy ludzi, rzeczy, idee na silnie kontrastujące kategorie: „my” i „oni”, „dobry” i „zły”, „godny” i „niegodny”? Tak właśnie działają nasze umysły – tłumaczy Pema Chödrön. To uczucie opozycji (wewnątrz siebie, w stosunku do innych, do świata) sprawia, że nigdy nie jesteśmy do końca zadowoleni. Z siebie, z innych, z życia. Często odczuwamy to jako niechęć, która może przyjąć formę irytacji, gniewu, nienawiści... Możemy też uwikłać się w polaryzację, bardzo czegoś pragnąc, zabiegając o to. „Niezależnie od tego, czy jesteśmy za czy przeciw, naszym umysłom brakuje otwartości i spokoju” – pisze mniszka. I zwraca uwagę, że polaryzacja staje się szczególnie niebezpieczna, gdy poprzez krytykę, osądy zaczynamy odczłowieczać tych, z którymi się nie zgadzamy. Kiedy zapominamy, że tak jak my są ludźmi – z ich odmiennymi, może „dziwnymi” czy „ograniczonymi” poglądami i zachowaniami. Kiedy tworzymy bariery.

Oto praktyka – Chödrön nazywa ją „Tak jak ja”. Skupiasz się na wybranym człowieku i mówisz do siebie: „Tak jak ja, ta osoba nie chce czuć się nieswojo”, „Tak jak ja, ta osoba czasem coś traci”, „Tak jak ja, ta osoba nie chce być nielubiana”... Kiedy patrzysz na innych z tego miejsca, czujesz, że możesz pozostać z nimi w połączeniu – nawet jeśli dopuścili się okrutnych czynów i niechęć, odrzucenie wydawałyby się w pełni uzasadnione. Pema Chödrön wyznaje, że ma przyjaciela, który od 1985 roku przebywa w celi śmierci w Kalifornii. Nietrudno się domyślić, kim są jego sąsiedzi. Mimo to twierdzi: „Nigdy nie spotkałem nikogo, w kim nie zobaczyłbym podstawowej dobroci”.

Czy jesteśmy gotowi patrzeć w ten sposób? Czy raczej mamy dla każdego gotową etykietkę? Już w XIV wieku jogin Longchenpa zauważył coś bardzo znamiennego: etykietowanie rzeczy sprawia, że takie się stają. Pema Chödrön sprawdziła to na przykładzie kuchni klasztoru, którym zarządzała. Nie potrafiła pogodzić się z panują- cym w niej nieporządkiem. Uznała ją za brudną i tego się trzymała – zawsze znalazła coś, co było nie na miejscu. Nie pomagały nowe środki czystości ani wymiana personelu. Dopiero, kiedy zmieniła swoje myślenie o kuchni, kiedy zaczęła zwracać uwagę na to, jak projektuje na świat własną wersję rzeczywistości, sytuacja się zmieniła. Kuchnia była czysta! Cud czy obniżenie standardów? „Szczerze mówiąc, nie potrafię stwierdzić z całą pewnością, na ile w kuchni zapanował większy porządek, a na ile przestał mi przeszkadzać bałagan” – przyznaje. „Ale w pewnym sensie nie ma to znaczenia”. Czy nie podobnie jest z ludźmi? Skupiamy się na wybranej cesze ich osobowości, przyklejamy im etykietkę i zaczynamy w nią wierzyć. Zapominamy, że otaczająca nas rzeczywistość jest otwarta, płynna, że podlega ciągłym modyfikacjom...

Wyjdź z bańki

Czy zauważyłeś, że każdy z nas żyje w bańce – we własnej wersji rzeczywistości? Tę bańkę tworzy nasze ego, usiłujące zachować to, co znane. „Wszystko w naszej bańce jest dość przewidywalne i wydaje się mieć sens. Nawet jeśli przechodzimy przez trudny okres, na pewnym poziomie potrafimy utrzymać to wszystko razem” – tłumaczy Pema Chödrön. Czasem jednak jakieś nagłe zdarzenie sprawia, że bańka nie wytrzymuje ciśnienia. Pojawia się tzw. grom z jasnego nieba, skrzętnie podtrzymywana konstrukcja rozpada się, wkracza poczucie bezsensu. To ważny moment. Jak zapewnia nauczycielka, łączysz się wtedy z pewnego rodzaju mądrością, jesteś na drodze do prawdy. Odrzucasz etykiety i uprzedzenia. Zaczynasz doświadczać rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Uwalniasz się od iluzji.

Sęk w tym, że w sytuacji, kiedy świat, jaki znaliśmy, chwieje się posadach, zwykle próbujemy uchwycić się czegoś rozpaczliwie, odzyskać utracone status quo. Czyż nie jest to opis właśnie tego, co obecnie przeżywamy? Ego dostało prztyczka w nos i krzyczy „nie, nie zgadzam się!”. W końcu taka jego rola – stawiać opór. Odwołujemy się wtedy do różnych strategii, które pozwalają nam się znieczulić, odciąć od tego, co jest.

„Gdy dzieci potrzebują pocieszenia, zaczynają ssać kciuk” – mówi Chödrön. „Dorośli, kiedy sprawy stają się trudne, zazwyczaj znaj- dują odpowiednik ssania kciuka. Zatem pytanie, które należy sobie zadać, brzmi: Co jest moim kciukiem?”. No właśnie: co? Oglądanie seriali? Objadanie się? W co uciekasz? Masz do tego prawo, ale bądź ze sobą szczery, nazwij rzeczy po imieniu – zachęca nauczycielka. Zanim sięgniesz po pilota czy do lodówki, złóż dłonie i powiedz: „Przyjmuję schronienie w Netflixie”, „Moim schronieniem jest lodówka”. Albo: „Ukrywam się w tej kanapce z masłem orzechowym, którą zjem o drugiej w nocy”.

Co możemy wybrać zamiast seriali, masła orzechowego, udostępniania nowych, objawionych prawd w sieci, kompulsywnego mówienia...? Obecność. Zatrzymanie się, bez odpowiedzi i planów. Oswajanie uczucia ambiwalencji, uznanie własnego „nie wiem”, do- cenienie jego tajemnicy. „Zawsze, gdy jesteśmy gdzieś pomiędzy tu i tam, gdy coś się właśnie skończyło i czekamy, aż coś się rozpocznie, gdy kusi nas, by odwrócić uwagę lub poszukać drogi ucieczki, możemy zamiast tego pozwolić sobie na otwartość, ciekawość, niepewność, bezbronność” – sugeruje Pema Chödrön. To szansa na zanurzenie się w pustce. Na prawdę. Na zmianę.

Jestem kompletny

Otworzyć się na życie to otworzyć się na siebie. Jesteś w środku burzy emocjonalnej? Sprawdź, czy możesz zostać w tym, co niewygodne, pobyć z bezbronnością w sercu przez trzy sekundy – proponuje autorka „Twojego wspaniałego życia”. A następnym razem chwilę dłużej. I jeszcze trochę... Niewykluczone, że uczucie, które uznałeś za strach czy złość, przeżyte bezpośrednio, przekształci się, ukaże inne oblicze. Doświadczysz nieustannej zmienności rzeczy, rodzenia się i umierania. To może być bardzo wyzwalające. „Możemy powoli zwiększać naszą zdolność do rozszerzania, a nie ścieśniania, do puszczania, a nie kurczowego trzymania się” – podpowiada nauczycielka. I dodaje:
„Istnieje ogromne, nieograniczone bogactwo i zachwyt, którego moglibyśmy doświadczyć, gdybyśmy w pełni przyzwyczaili nasz układ nerwowy do otwartej, niepewnej rzeczywistości, w jakiej żyjemy”
Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, jacy jesteśmy wielcy: mamy zdolność pomieszczenia w sobie najtrudniejszych emocji. I możliwość zwiększania własnej pojemności. Siedząc w środku niewygodnych uczuć, możesz na przykład skupić się na przestrzeni twojego ciała – od czubka głowy aż po podeszwy stóp. Możesz poczuć, że to, z czym się zmagasz, objęte jest przez przestrzeń twojego pokoju, mieszkania, a nawet przez całą ogromną przestrzeń na zewnątrz. Kiedy czujesz, że się zamykasz, spinasz, gotów przeciwstawić się losowi, światu czy jakiejś części siebie – możesz też powiedzieć po prostu: „To doświadczenie jest kompletne takie, jakie jest”. Albo: „Jestem kompletny taki, jaki jestem”.

Tak, odkrywanie w sobie pewnych emocji, skłonności bywa bolesne. Ale – przypomnijmy – na tym polega droga do przebudzenia. Jeśli wierzyć Pemie Chödrön, „ostatecznym rezultatem tej drogi jest bycie w pełni człowiekiem”. Praktyka nieodrzucania zmiękcza serce i pozwala wyjść poza polaryzację. Przyjmując w pełni siebie, możemy wreszcie całkowicie przyjąć innych. Możemy ujawnić i rozmontować ten głęboko skrywany wstyd, że coś jest z nami nie tak. „Kiedy miliony lub miliardy ludzi oczerniają samych siebie, masz miliony lub miliardy ludzi, którzy stają się nieświadomi, ponieważ nie chcą czuć tego, co czują. Łatwo zauważyć, że rezultat tego nie jest przyjemny” – pisze Chödrön. I nie waha się oznajmić, że o przyszłości świata przesądzi nasze postrzeganie siebie:

„To, czy na całym świecie rozprzestrzeniają się szaleństwo i agresja, czy też większego znaczenia nabierają spokój i harmonia, zależy od tego, co my, jako mieszkańcy świata, myślimy o sobie”
To czyni nas wszystkich odpowiedzialnymi za Ziemię, jaką tworzymy. I przekierowuje do wnętrza. Do naszych serc.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Samorealizacja versus związek – czy to musi oznaczać wybór?

Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Rozwiązaniem wielu konfliktów okazuje się kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak należy pamiętać, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. (Fot. iStock)
Co robić, gdy dochodzi do kolizji tych dwóch fundamentalnych wartości? Takie pytania zadają sobie Hubert i Hanna. Ich sytuację komentuje psychoterapeuta.

Na komodzie w sypialni Huberta i Hanny stoi fotografia. Obydwoje są na niej uśmiechnięci, objęci, w tle góry. – To wejście na Orlą Perć – mówi Hania. – Dawne czasy, jeszcze studenckie. Nieważne, czy to były polskie Tatry czy włoskie Dolomity – było nam dobrze, byliśmy razem. Łączyły nas przeżycia, przygoda...

Wspólna pasja sprawiła, że już na samym początku znajomości pojawiła się cudowna nić porozumienia. Zaiskrzyło między nimi właśnie na szlaku.

– Góry obnażają człowieka, bezlitośnie odsłaniają słabości. A, w moich oczach, Hubert ich nie miał. Odważny, silny, pomysłowy, z poczuciem humoru i do tego opiekuńczy. Po prostu nie sposób było się w nim nie zakochać – wspomina Hania. – Imponowało mu, że ja, taka drobna kobieta, wspinam się bez użalania i strachu.

Jej miłość do gór wygasła z końcem studiów. Zdecydowała się zostać na uczelni. Doktorat, dziecko, życiowy zwrot, nie dało się tego pogodzić ze wspinaczką. Po urodzeniu Michała życie stało się bardziej cenne. Mówi, że nie żałuje i nie tęskni. Za górami. Bo za tamtym Hubertem ze szlaku – tak. On nadal się wspina i to coraz wyżej, coraz częściej. Wyjeżdża na coraz dłużej i coraz dalej.

– Góry są dla mnie przeciwwagą tego, co robię na co dzień. W agencji reklamowej pracuję głową, siedzę za biurkiem – mówi Hubert. – Wspinaczka to dla mnie wyzwanie. Kiedy trzeba zmagać się z wysokością, zmęczeniem, kiedy wydaje ci się, że nie postawisz kolejnego kroku… Uzależniłem się od tego pokonywania słabości. Dzięki temu czuję, że żyję. Nie umiem tego przełożyć na żadne inne doświadczenie. Gdy widzę wysoką górę, wiem, że muszę na nią wejść. A Hania jest o to zła.

„Dla ciebie pasja jest ważniejsza”

Kiedyś łączyły ich góry, teraz kłótnie o nie. Ona ma do niego dużo żalu. Może długo wymieniać sytuacje, kiedy choroba dziecka, problemy na uczelni czy po prostu święta pokazały, że rodzina przegrywa z pasją męża. Czuje, że w udziale przypadł jej kierat codziennego życia. Narzeka, że Hubert nie daje jej poczucia bezpieczeństwa. Jego wyprawy postrzega jako zabawę, nieodpowiedzialność. Im bardziej nakłania go, by zrezygnował z wyjazdu, tym on więcej uwagi i czasu poświęca górskim wspinaczkom. Na zarzuty Hanki Hubert odpowiada, że przecież rodzina jest dla niego bardzo ważna. Według niej to puste słowa.

Dlaczego Hanka jest rozgoryczona?

Jarosław Józefowicz: Zrozumiała jest złość Hanki. Wartość rodzicielska leży u sedna człowieczeństwa. Wydaje się naturalne, że kobieta oczekuje, żeby jej partner podzielał taki sposób patrzenia na życie. Aby w momencie, gdy pojawia się dziecko, inne sprawy, na przykład samorealizację, postawił na drugim miejscu. Góry, jej zdaniem, są dla Huberta dziecięcą zabawką. Tymczasem to nie same zabawki są tu istotne, ale stan ducha kogoś, kto umie się nimi bawić.

Tak naprawdę jest dwóch Hubertów. Jeden, który pragnie żyć na łonie rodziny, i drugi, który pozwala sobie nie patrzeć na zobowiązania, tylko iść w góry. Hanka jest jedna i to właśnie ta jednostronność jest dla niej tak trudna. Relacja z Hubertem dostarcza jej cennej informacji: jak chce poszerzyć swój sposób funkcjonowania. Nasze marzenia, ale i frustracje, kryją w sobie głębokie tęsknoty. Za ich pośrednictwem coś w nas woła o zaistnienie. Pytanie, czy potrafimy usłyszeć ten głos?

Hanka boi się, bo nie wie, jak się rozwinąć, i swoje obawy przenosi na męża, próbując ściągnąć go do poziomu swoich ograniczeń. To zawsze łatwiejsza droga – ja czegoś nie mam, to ty też nie będziesz mieć. O wiele trudniejsze jest przedzieranie się przez własne blokady i lęki oraz sięganie po coś, czego potrzebuję, by spotkać się w punkcie: ty coś masz i ja też mam, cieszmy się tym. Chodzi oczywiście o wymiar psychiczny, a nie o to, że ona ma wrócić do wspinania się po górach. Dla Hanki mogłoby to oznaczać na przykład wprowadzenie do życia nuty szaleństwa albo wyjście poza zwykłe poczucie kontroli lub nieprzywiązywanie się w tak dużym stopniu do codzienności.

„Nie żyjesz naszym życiem”

Gdy Hubert wraca z wyprawy, przez jakiś czas w domu jest wesoło. Hanka lubi słuchać śmiechu synka, kiedy bawi się razem z tatą. Hubert ma niesamowite pomysły na zabawy z Michałem. Nagle dom zapełnia się ludźmi, którzy oglądają slajdy i zdjęcia z gór. Małżonkowie wychodzą na kolacje, stęsknieni cieszą się seksem… Ale nagle czar pryska, na scenę życia wkracza codzienność. Psuje się pralka, dziecko zapada na kolejną tej jesieni anginę. I Hubert traci swoją kreatywność, luz i dobry humor, staje się złośliwy, rozdrażniony, smętny. Słyszy od żony: „Tak, zbudować z synkiem wieżę z klocków do samego sufitu to potrafisz, ale nie wiesz, na co ostatnio chorował. Nawet nie pamiętasz, że ma alergię na laktozę. Nie masz pojęcia, gdzie w domu jest mąka ani ile płacimy za czynsz. Orientujesz się tylko, gdzie są twoje zabawki”.

Skąd się bierze pasja Huberta?

J.J.: Poprzez fascynację górami Hubert może konsekwentnie bronić tego, co dla niego ważne, świadomie nie dawać się ograniczać. A może cały czas pozostaje dużym chłopcem, który umie podążać jedynie za swoimi marzeniami i ma trudność z byciem dorosłym? W takim wypadku wyjaśnieniem będzie jakiś defekt wyniesiony z domu rodzinnego. Przykładowo dla mężczyzny wychowanego przez nadopiekuńczych rodziców, który nie miał nigdy okazji zmierzyć się z życiem, wszystko, co wykracza poza postawę chłopca, jest przerażające. Mógł też w dzieciństwie być zmuszany do odpowiedzialności, np. jako starszy brat opiekujący się rodzeństwem. Dlatego w dorosłym życiu codzienne trudności straszą go przymusem, pojawia się reakcja zastałego buntu.

Aby odnaleźć się w tym konflikcie, trzeba pamiętać o zasadzie równowagi. Wartości, które rozdzielają Hankę i Huberta – codzienna odpowiedzialność i uskrzydlająca samorealizacja powinny w zharmonizowany sposób istnieć w życiu każdego z nich, nie zaś rozdzielać się na dwa przeciwstawne obozy. Konflikt między nimi może prowadzić do oddalenia. Mogą pojawić się takie uczucia jak zazdrość o zainteresowania, niezrozumienie, złość – szczególnie wtedy, gdy stoi za nimi poczucie odrzucenia. A także lęk przed rozstaniem.

Hanka musi poczuć się ważna

J.J.: Mówiąc: „nie jedź”, Hanka wysyłała Hubertowi komunikat: „pokaż mi, że jestem ważniejsza niż te góry”. Nie pomoże sama rezygnacja z wyjazdu, bo Hanka żyje z deficytem poczucia bycia ważną. Tak się dzieje, kiedy w odpowiednim czasie nie zostaliśmy w wystarczającym stopniu obdarzeni miłością, akceptacją. W tym przypadku oznacza to, że Hania musi wykonać porządną pracę nad sobą. Postawa Huberta może złagodzić trudne uczucia i jedynie pomóc rozwiązać sytuację.

Frustracja Hanki nie musi być wynikiem jej trudnej przeszłości, lecz teraźniejszych problemów, usprawiedliwionego poczucia zagrożenia. Hubert wysyła jej sprzeczne sygnały. Mówi, że jest ważna, natomiast zachowuje się w sposób, który wcale tego nie potwierdza. Dobrze by było, żeby Hubert zastanowił się, skąd wzięła się ta niespójność. Może mu coś w ich relacji przestało pasować? A może boryka się z problemem, który go przerasta i nie potrafiąc sobie z nim poradzić, ucieka w Himalaje?

Nasuwa się proste rozwiązanie: wspólna pasja. Ale to niekoniecznie musi zadziałać. Tu bardziej chodzi o rodzaj bycia. O to, czy kiedy przebywamy razem, to jesteśmy dla siebie ważni. I nie ma znaczenia, czy osiągamy ten stan jeżdżąc na nartach czy przygotowując wspólnie posiłek, siedząc razem na kanapie i rozmawiając czy nie mówiąc nic. Nieważne gdzie, ważne jak. A do tego nie potrzebujemy gór, tylko siebie.

Jak rozmawiać z partnerem o swoich pasjach?

To ćwiczenie pozwoli ci reagować na marzenia partnera, ale też wyrażać własne. Słuchając, nie omawiaj poszczególnych spraw z partnerem, ani ich nie komentuj. Ćwiczenie nie ma służyć udowadnianiu racji. Kiedy jedna strona skończy, zamieńcie się rolami.

Zapytaj partnera:

  • Dlaczego to marzenie jest dla ciebie ważne?
  • Jaki jego aspekt jest dla ciebie najważniejszy?
  • Dlaczego jest on tak ważny?
  • Czy wiąże się z tym jakaś historia? Jeśli tak, to jaka?
  • Czy coś w twoim życiu ma z nim związek?
  • Powiedz mi, co czujesz w związku z tym marzeniem.
  • Czy nie powiedziałeś mi jeszcze o jakichś uczuciach związanych z tym marzeniem?
  • Czego teraz pragniesz?
  • Jakie jest w tej chwili twoje największe marzenie?
  • Jakbyś się czuł, gdyby udało się je zrealizować?
  • Czy jest w nim jakiś głębszy zamysł lub cel?
  • Czy wiąże się ono z twoimi wierzeniami lub systemem wartości?
  • Czy obawiasz się tego, że ktoś odrzuci twoje marzenia? A może boisz się czegoś innego?

Gdy opowiecie sobie już o swoich marzeniach, sprawdźcie, do jakiego stopnia jesteście elastyczni, by wspomóc partnera w jego dążeniach.

Jaki poziom jesteś w stanie osiągnąć?

Poziom pierwszy: Szanuję twoje marzenia.
Poziom drugi: Szanuję twoje marzenia i chcę się więcej o nich dowiedzieć.
Poziom trzeci: Mogę do pewnego stopnia wspomagać cię w twoich dążeniach finansowo lub w inny sposób.
Poziom czwarty: Możemy do pewnego stopnia wspólnie realizować twoje marzenia.
Poziom piąty: Jestem gotowy. Zróbmy to razem.

Pamiętaj, że chodzi tu o kompromis, który często nie wydaje się idealny dla żadnej ze stron. Jednak, gdy oboje partnerzy coś dają z siebie, automatycznie otrzymują. W ćwiczeniu chodzi przede wszystkim o to, by mieć poczucie, że partner rozumie, szanuje i popiera nasze marzenia. To może uzdrowić konflikt o pasję.

Źródło: John M. Gottman, Julie Schwartz Gottman, Joan DeClaire, „10 sposobów, które pomogą naprawić nasze małżeństwo”, wyd. Media Rodzina.

  1. Psychologia

Trudne dzieciństwo nie odbiera szansy na szczęśliwe życie

W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej tym zrobić? (Fot. iStock)
Trudne dzieciństwo nie odbiera nam szansy na pełne, szczęśliwe życie. Wręcz przeciwnie – może stanowić kapitał, dawać niebywałą siłę. Ale nie zawsze to wiemy. Przetransformować ból i wstyd w miłość i wdzięczność – tak, można to zrobić. I trzeba.

Być może zastanawiasz się, czy warto czytać ten tekst; czy temat dotyczy twojego doświadczenia. Bo właściwie co to znaczy mieć niełatwe dzieciństwo? „Nikt mnie nie bił, seksualnie nie wykorzystywał, no, był alkohol, a mama miała depresję, ale to przecież nic takiego, życie po prostu” – często słyszę takie stwierdzenia. John Bradshaw, autor książek o potencjale trudnego dzieciństwa (m.in. „Powrót do wewnętrznego domu”, „Twórcza moc miłości”), uogólnia je w hasło: „Nie było tak źle, był dach nad głową”. „Uwierzcie mi, naprawdę było źle – pisze w »Powrocie do wewnętrznego domu«. – Zadano nam duchową ranę. To, że rodzice nie pozwalali nam być sobą, było najgorszą krzywdą, jaka mogła nas spotkać. Jestem pewien, że gdy mówiliście coś w gniewie, ostrzegano was: »Nie waż się więcej podnosić głosu!«. Nie było w porządku się gniewać, odczuwać lęk, smutek, a nawet radość. Nie było w porządku dotykać sromu lub penisa, nawet jeżeli bardzo to intrygowało. Nie w porządku było nie lubić księdza; myśleć to, co myśleliście; chcieć tego, czego chcieliście; czuć to, co czuliście, lub wyobrażać sobie to, co sobie wyobrażaliście. Niekiedy nie było w porządku widzieć to, coście widzieli, lub wąchać to, coście wąchali. Nie było w porządku być sobą”. Rodzice często mówią dzieciom wprost: „Bądź silny! Nie bądź taki samolubny! Nie miej potrzeb, zapomnij o sobie, zapomnij o swoich chęciach i uczuciach!”. Wielu „wyczynowców”, ludzi tak zwanego sukcesu, czuje, że podają się za kogoś innego. Czują, że nie będą kochani, jeżeli nie będą mieli osiągnięć. Po czym poznać, że nasza indywidualność i wyjątkowość nie były szanowane? Skrzywdzone wewnętrzne dziecko w nas zatruwa dorosłe życie napadami złego humoru, dąsami, nieufnością, przeczuleniem, skłonnością do nałogów i zachowań kompulsywnych, toksycznym rodzicielstwem, napiętymi, niszczącymi stosunkami z ludźmi, nadmierną uprzejmością i posłuszeństwem, niezdolnością do nawiązywania bliskich relacji. W mniejszym lub większym stopniu wszyscy mieliśmy trudne dzieciństwo, ponieważ nasi rodzice byli tylko ludźmi. Pytanie, co dalej? Co z tym zrobić?

Miałem być księdzem, śniłem o dziewczynach

Bradshaw pokazał, w jaki sposób dramat przemienić w siłę. Wychowywany w dysfunkcyjnej rodzinie, porzucony przez ojca alkoholika pisze o sobie: „Byłem zastępczym mężem mojej matki, stałem się więc ofiarą niefizycznego kazirodztwa. Jako dziecko byłem niedostrzegany. W ciągu 14 lat przeprowadzaliśmy się dziesięć razy. Mieszkaliśmy u dalszych i bliższych krewnych. Mój ojciec nie udzielał nam żadnego wsparcia. Już jako dziecko pojąłem, że nie jestem kochany, gdy wyrażam swoje potrzeby”. Jako nastolatek był młodym gniewnym należącym do gangu sobie podobnych młodych ludzi bez ojców. W szkole – nadobowiązkowym prymusem, w domu – opiekunem matki. Chcąc dochować jej wierności, wstąpił do zakonu, gdzie żył w celibacie przez ponad dziewięć lat, by stwierdzić: „Dziś patrzę ze zgrozą na ten okres mojego życia”. Popadł w stan zaawansowanego alkoholizmu. Jego cztery kolejne partnerki były ofiarami kazirodztwa. Zaczął szukać dla siebie ratunku, między innymi w grupach AA. Gdy odzyskał pełnię zdrowia, poświęcił się pomaganiu innym w dochodzeniu do zdrowia i siły. Jego książki zostały przetłumaczone na 27 języków i uznane za najlepszą literaturę dotyczącą uzdrawiania zranionego dziecka. Gdy Bradshaw prowadzi zajęcia z ludźmi, prosi, by zrzucili maski i się odsłonili. By dotknęli swoich ran. Na nowo odczuli dziecięcy ból, lęk, wstyd, gniew, żal i smutek. To jest zabieg bolesny i najczęściej trudny do przeprowadzenia bez kogoś z zewnątrz – terapeuty, mądrej przewodniczki, przyjaciela. I trwa jakiś czas. Jednak otoczenie opieką wewnętrznego dziecka prowadzi do bezwarunkowej miłości do siebie i staje się źródłem odnowy i witalności.

– Miałem być idealnym dzieckiem, a potem doskonałym mężem, ojcem i trenerem – opowiada Marek Karpiński, trener piłkarek ręcznych. – Gdybym nie rozeznał się w sobie, nie skonfrontował z rozpaczą i wstydem we mnie, najpewniej marnie bym skończył: alkohol, zawał, rozpad rodziny, te rzeczy. Osiągałem sukcesy, byłem trenerem kadry narodowej, uchodziłem za silnego faceta, na którym można polegać zawsze, bo uniesie wszystko. Ale płaciłem za to najwyższą cenę – zdrowia. No więc w kółko operacje, alergie, problemy z sercem, z żołądkiem, z jelitami, z gardłem, wrzody na dwunastnicy.

Wychowywał się w niezamożnej kolejarskiej rodzinie, wśród trzech braci. W wieku dwóch lat został posłany do przedszkola, więc potem już wszystkie etapy rozwoju przechodził w przyśpieszonym tempie – szkołę podstawową skończył w wieku 13 lat, a maturę zdał jako 17-latek. Tam, gdzie się znalazł, był przywódcą – w szkole, na podwórku, w drużynie harcerskiej, na zawodach sportowych, w studium wojskowym. Tata kupował synom rękawice bokserskie, mieli wygrywać, nie pokazać nigdy słabości. Mama marzyła, że Marek zostanie lekarzem, spełni jej niespełnione życie; albo księdzem.

– Z pozoru bardzo łatwo wchodziłem w rolę silnego i odpowiedzialnego. Ale w środku przeżywałam dramat: czy sobie poradzę, czy nie zawiodę? Dla dziecka to było o wiele za dużo. I zawodziłem. W szkole miałem dwóje, na medycynę się nie dostałem. A zamiast myśleć o duchowym powołaniu, śniłem o dziewczynach, co było kolejnym horrorem. Obiecywałem przecież w konfesjonale, że nie będę grzeszył myślą, mową i uczynkiem. A grzeszyłem. Matka o tym nie wie, ojciec nie wie, ale przecież Boga nie oszukam! Bóg widzi wszystko. Nie mogłem spać, nie mogłem odpędzić natrętnych myśli. Zżerało mnie poczucie winy i wstydu; zaraz się wyda i przepadłem, koniec ze mną, będę się smażył w piekle. Miałem być najlepszy i święty, a kim jestem?

Dajemy z siebie wszystko, reszta jest bez znaczenia

W dorosłym życiu został trenerem sportowym, a w sporcie wymagana jest doskonałość; wygrywasz – jesteś Bogiem, przegrywasz – jesteś zerem.

– W polskim wydaniu bycie trenerem to bycie katem – mówi Marek. – Rozgrywki były co sobotę. Już w czwartek czułem skurcz żołądka. Z niedzieli na poniedziałek nie spałem z lęku, co napiszą w gazetach. Co tydzień ocena, czyli walka o życie. I tak przez 20 lat. Im twardsza skorupa na zewnątrz, tym człowiek słabszy w środku.

Pamięta przegrany mecz w Hiszpanii jednym punktem, co wykluczyło piłkarki z udziału w olimpiadzie w Atenach. To znaczyło, że jako trener jest skończony. „Co czujesz?” – zapytała żona. „Rozpacz, smutek” – odpowiedział. „Co najchętniej byś zrobił?” – pytała dalej. „Usiadłbym i płakał” – usłyszał. „Więc płacz”. Od tego się zaczęło: a więc można nie bać się słabości, łez, lęku, wstydu i bólu? Zainteresował się szkoleniami z zakresu rozwoju osobistego, nowoczesnego przywództwa, zapisał się na zajęcia w szkole trenerów, uczył się, jak rozmawiać, jak rozumieć emocje.

– Otworzyłem się na to, co wewnątrz mnie – mówi. – Po raz pierwszy zacząłem pytać siebie, po co robię to, co robię. Czemu i komu to służy? Co daję z siebie innym? Jaką to ma wartość? Zapragnąłem być z ludźmi inaczej niż do tej pory, nie w sposób kontrolujący i dominujący.

Od 2005 roku jest trenerem piłkarek z klubu studenckiego AZS AWF Wrocław. W tym roku dostały się do czołówki krajowej, do ekstraklasy. Cieszy się jak dziecko: – Świętujemy zwycięstwo, grając na bębnach! Otwartość i komunikacja, wspólne tworzenie procesu treningowego, zabawa, nie walka; partnerstwo, nie dryl i tresura, o to chodzi. Nie pracując więcej, osiągnęliśmy najwięcej, w naturalny sposób, poszło jak z płatka. Mówiłem dziewczynom: dajemy z siebie wszystko, ale to nie znaczy, że musimy wygrać. Mamy prawo przegrać, pogratulujemy zwycięzcom. W to, co robimy, angażujemy całe serce, dlatego nie ma znaczenia, co inni powiedzą czy napiszą.

Pod bólem jest zawsze miłość

Pisałam reportaże o rodzicach zastępczych dla dzieci osieroconych i chorych. Pokłady miłości i siły tych ludzi wręcz onieśmielały. Ze zdumieniem w ich przeszłości odkrywałam prawdziwe tragedie, na przykład śmierć własnego dziecka. Zdarza się, że ci, którzy adoptują dzieci, sami jako dzieci stracili rodziców. Terapeutka Małgorzata Rajchert-Lewandowska wyjaśnia to tak: – Ci ludzie dokonali czegoś nadzwyczajnego, zaakceptowali ból, którego doznali, zgodzili się na swój los. To daje niebywałą siłę. Łatwo poznać takich ludzi, bo są charyzmatyczni, skuteczni. Przekroczyli próg cierpienia i w kontakcie z nimi to się czuje od razu. Stają się dla innych źródłem siły. W naturalny sposób zajmują się w życiu tym, co kiedyś było ich raną.

– Pod bólem jest zawsze miłość – dodaje terapeutka. – Jeśli nie dotykamy bólu, wtedy pozostajemy jak zamrożeni, ponieważ jednocześnie odcinamy się od wszystkich uczuć, także od miłości i wdzięczności. Jeśli odważymy się zmierzyć z bólem, wtedy rusza fala. Ku własnemu zdumieniu możemy nagle poczuć miłość do ojca, który bił, do matki, która upokarzała. Byłam świadkiem, jak ludzie nie mogli w to uwierzyć, a przecież to czuli. To jest pierwszy krok do przyjęcia swojego losu, a później – co rzadko się zdarza, ale jednak – wdzięczności za swój los. Zaczyna się od uznania, że w każdym doświadczeniu tkwi siła.

– Co dobrego może płynąć z tego, że co najmniej połowa z nas wychowywała się i wychowuje w rodzinach, w których nadużywa się alkoholu? – pytam. – Dzieci z takich rodzin są samodzielne, niezależne i odpowiedzialne, łatwo koncentrują się na zadaniu, nawet w trudnych sytuacjach, ponieważ nauczyły się funkcjonować w stresie. A więc potencjał istnieje. Z drugiej strony takie dzieci są obciążone bólem, lękiem i nadmiarową odpowiedzialnością za cały świat, i oczywiście lepiej by było, gdyby nie musiały przechodzić przez piekło uzależnienia rodziców. Jeśli jednak jako dorośli uporają się z tym dziedzictwem, odzyskają spokój i równowagę, i mnóstwo siły.

Małgorzata Rajchert-Lewandowska opowiada o pacjencie w terapii, mężczyźnie, który pracował jako antyterrorysta. W dzieciństwie był świadkiem fizycznej i emocjonalnej przemocy ojca wobec mamy. Jako dziecko chronił ją, interweniował, wzywał policję. Dzisiaj rozbraja bomby, chroni innych przed zagrożeniem. Opowiada też o charyzmatycznej lekarce, która w dzieciństwie nie była w stanie uratować umierającego brata, a teraz ratuje dzieci. Daje przykład Andrzeja Wajdy, którego ojciec zginął w Katyniu. Uważa, że gdyby syn nie przetransformował w sobie związanego z tym bólu, nie dotarłby do miłości i nie byłby w stanie nakręcić o tym filmu.
– W jaki sposób to, co trudne, może przysłużyć się mojemu rozwojowi, mojej pracy dla innych? To istotne pytanie – mówi terapeutka. Wśród psychologów pracujących z ludźmi są i tacy, którzy gratulują, gdy słyszą o krzywdach doznanych w dzieciństwie. Gratulacje szokują. Ale też intrygują, bo to całkiem inne spojrzenie.

Artykuł archiwalny