1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy potrafisz pielęgnować kontakt ze swoimi zmysłami?

Czy potrafisz pielęgnować kontakt ze swoimi zmysłami?

Często zapominamy o tym, że zmysłowej radości doznajemy wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści. (Fot. iStock)
Często zapominamy o tym, że zmysłowej radości doznajemy wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści. (Fot. iStock)
Kiedy słyszymy: „zmysłowość”, myślimy: „erotyka”. To bardzo zubaża jej prawdziwe znaczenie, które mocno wykracza poza obszar sypialni.

Zmysłowość łączymy z erotyką niejako „z klucza”, bo w naszej rozpędzonej i skupionej na świecie zewnętrznym rzeczywistości seks jest najlepszą – a często jedyną – okazją do kontaktu ze zmysłami. To właśnie w sypialni pozwalamy sobie za nimi podążać, a wręcz się w nich zatracić. W ten sposób korzystamy tylko z maleńkiej cząstki naszych możliwości. Zmysłowość to coś znacznie więcej niż tylko intymność we dwoje.

Pierwszy kontakt ze światem

Zmysłowość w kontekście pozaerotycznym to pojęcie dość… ekskluzywne. Rzadkością jest pielęgnowanie kontaktu z własnymi zmysłami, podtrzymywanie świadomości ich przekazu. Dlaczego tak się dzieje? Przecież kiedy przychodzimy na świat, niczego nie odczuwamy bardziej intensywnie niż doznań, które płyną za pośrednictwem zmysłów. Dla maleńkiego dziecka zmysły to podstawowy komunikator ze światem. Tuż po narodzeniu jeszcze nic o świecie nie wie, nie umie go interpretować i wyciągać wniosków. Wszystko, co potrafi, to odczuwać. Dzieci są nieskażone i cieszy je każda rzecz, której dotykają, smakują, widzą. Ciepło powietrza, zapach skóry matki, smak mleka, głos opiekuna, który cicho nuci – to wszystko są zmysłowe informacje o tym, czy świat jest dobry czy zły. Dlatego tak ważny jest rodzicielski dotyk: przyjemny, opiekuńczy, ciepły i pełen miłości, za którego pośrednictwem rodzice przekazują dziecku tysiące informacji! Bo chodzi nie tylko o to, by zmienić maluchowi pieluszkę, ale też, by zrobić to z miłością. To, w jakim nastroju i z jakim nastawieniem czyni to matka, też dociera do dziecka. Jeśli jest zdenerwowana, podminowana i zła – wszystko jedno, czy na dziecko, bo to już trzecia pieluszka w ciągu godziny, czy na cokolwiek innego – ono czuje, że matczyna opieka niesie ze sobą szorstkość. W ten sposób, bez słowa, matka przekazuje dziecku sporo negatywnych emocji i dezaprobaty, które maluch musi jakoś ogarnąć. Może się czuć odrzucony czy przestraszony. Jeśli na tym pierwszym, zmysłowym etapie zaprzyjaźniania się ze światem będzie dotykany często, ale głównie szorstko, chłodno i mało delikatnie, to w przyszłości może mieć ze zmysłami gorszy kontakt, cenzurować je, zaprzeczać im – nawet doznając pozytywnych emocji – bo nie będzie ich znać i umieć interpretować. Jako dorosły może mieć też problemy w kontakcie z drugą osobą i własnym dzieckiem – bo kiedy ktoś będzie chciał go przytulić, poczuje się dziwnie: z jednej strony przyjemnie, z drugiej – niekomfortowo. Bo jeśli ktoś nie ufa swoim zmysłom, nie ufa też czyimś i przekazywanym za ich pośrednictwem informacjom.

Fałszywe, niewarte uwagi…

W toku wychowania jesteśmy oduczani zmysłowości, w znaczeniu pełnego wykorzystywania naszych zmysłów, ufania im. Kiedy dzieci mówią rodzicom o tym, co widziały czy słyszały, często na różne sposoby otrzymują sygnał przeczący ich zmysłowym doznaniom. Na przykład maluch gniotąc suchy liść mówi: „Mamo, zobacz jak fajnie chrupie”. Na to mama: „E tam, każdy liść tak chrupie, to nic nadzwyczajnego, nie ma się czym zachwycać”. To zaprzeczenie sposobu, w jaki dziecko odbiera bodźce. Jeśli często spotyka się z tym, że to, co widzi lub słyszy, nie jest warte jego uwagi albo jest nieprawdą, dostaje komunikat, że kontakt ze zmysłami nie jest istotny. A przecież dzieciństwo jest tak piękne i pełne przygód dlatego, że opiera się głównie na wiedzy zdobytej za pomocą zmysłów. Bo zarówno zimna woda w styczniu, jak gorący piasek w lipcu są doznaniami, które sprawiają, że czujemy smak życia. Niestety, na skutek takich negujących odczucia uwag, wyrastamy na dorosłych, którzy gubią kontakt ze zmysłowością. Wiemy na przykład, że smakowanie czekolady to wspaniałe zmysłowe doznanie, bo tak podpowiada nam reklama. Podobnie jak zapach żelu, którym myjemy ciało, jest ucztą dla zmysłów. Ale zapominamy, że zmysłowej radości doznajemy także wtedy, gdy chodzimy boso po trawie, przesypujemy piasek z ręki do ręki, zmywamy naczynia, w styczniu zanurzamy na chwilę stopy w Bałtyku, słuchamy tykania zegarka lub szumu muszli, dotykamy konopnego sznurka albo poczujemy zapach psiej sierści.

W służbie ludzkości

Zmysłom zawdzięczamy nie tylko przyjemności, ale także życie. Węch, dotyk, wzrok, smak, słuch – to nasi wierni słudzy. Przyjemność, jaką daje nam na przykład smaczne jedzenie czy piękna muzyka, jest z punktu widzenia natury drugorzędna. Zmysły od tysięcy lat zapewniają nam przetrwanie. Dzięki zmysłowi smaku czy węchu potrafimy wybrać świeże i zdrowe pożywienie, a uniknąć zepsutego, powodującego chorobę i zatrucie. Dzięki czujnemu wzrokowi czy słuchowi mogliśmy w przeszłości umknąć atakującym drapieżnikom, dziś – nadjeżdżającym samochodom. Wzrok pozwala nam wybrać na rodzica naszych dzieci zdrowego i najlepszego z punktu widzenia przedłużenia gatunku osobnika.

Ale człowiek to zabawna istota: zamiast czuć wobec zmysłów wdzięczność, postanowił je... okiełznać. Silny wpływ wielu religii, zwłaszcza chrześcijańskich, sprawiał, że zmysły długo były „na cenzurowanym”. Kościół przez wieki dyktował podejście surowe, ascetyczne i purytańskie. Zmysły jako źródło doznań traktowano jak narzędzie Złego; coś, co nas zwodzi, odwracając uwagę od tego, co ważne (myślenia o zbawieniu, umartwiania ciała i doskonalenia duszy) i wiodąc ku ziemskim rozkoszom. Przed laty ludzi, którzy ulegali zmysłowości, karano i napiętnowano. Największą cnotą była asceza, czyli odmawianie sobie wszystkiego, co przyjemne.

Skąd ten lęk przed zmysłowością? Zapewne stąd, że przecież od najwcześniejszego dzieciństwa zmysły są nierozerwalnie powiązane ze światem uczuć. Lęk przed nimi to tak naprawdę strach przed tym, co dzieje się z nami pod ich wpływem. Bo zmysły rzeczywiście są w stanie odciągnąć nas od rzeczy głębszych, duchowych wartości. Łatwo jest za nimi podążyć, bo korzystanie ze zmysłów daje ogromną przyjemność, a to może zrodzić nieumiarkowanie, ale tylko w przypadku, gdy brak nam wewnętrznej cenzury. Dzieci jej nie mają, więc w roli ich cenzora muszą wystąpić rodzice, którzy powiedzą: „Nie jedz tyle cukierków, bo roboli cię brzuch”. Jako dorośli już wiemy, że nadmiar słodyczy grozi żołądkowymi dolegliwościami i sami zatrzymujemy pociąg ku rozkoszom podniebienia. Najlepszym przykładem na nasze panowanie nad zmysłami jest fakt, że ludzie chorobliwie otyli lub seksoholicy nie objadają się czy nie uprawiają seksu dlatego, że daje im to zmysłową przyjemność. U podstaw ich zachowania leżą głębokie problemy emocjonalne, a nie zmysłowe rozpasanie. Jedzenie jest zmysłowe wtedy, kiedy jest przyjemne, co więcej, objadanie się może świadczyć o braku kontaktu ze zmysłami, bo nie potrafimy wyczuć momentu, kiedy jesteśmy nasyceni, kiedy mamy dość.

Jeśli wychowano nas w pewnych wartościach i sami umiemy zachowywać normy i granice, zmysły nie będą nam w niczym zagrażać, zachowamy właściwe proporcje między przyjemnością a nasyceniem, a instynkt będzie nas chronić przed nadmiarem. Zadbamy i o duchowość, i o cielesność.

W zgodzie ze zmysłami

W podeszłym wieku nasze zmysły funkcjonują gorzej: słabnie smak, wzrok i słuch. Być może dlatego starsi ludzie cenią sobie te momenty w życiu, kiedy czują się radośni, które sprawiają im wiele przyjemności i już tak łatwo nie przechodzą nad nimi do porządku dziennego. Kontakt z własnymi zmysłami utrudnia też życie w mieście, w ciągłej obecności mediów, które bardzo „nakręcają” potrzebę zmysłowych przyjemności. Bombardują nas informacjami o rzeczach, które mogą nam sprawić przyjemność, ale nie biorą pod uwagę tego, że nie każdemu wszystko smakuje czy podoba się w takim samym stopniu. W ten sposób tracimy kontakt z tym, czego tak naprawdę chcą nasze zmysły i oddajemy się konsumpcji tego, co podobno czyni szczęśliwym każdego.

Współczesny świat wykorzystuje naszą zmysłową wrażliwość, by zmusić nas do różnych zachowań. Na przykład w niektórych japońskich korporacjach są rozpylane przez urządzenia klimatyzacyjne różne zapachy: w czasie pracy – pobudzające i ułatwiające koncentrację, w porze lunchu – relaksujące. W sklepach sączy się przyjemna, rytmiczna muzyka, przy czym najlepiej, by jej rytm był zgodny z rytmem bicia serca. To sprawia, że czujemy się lepiej, chce nam się żyć, a to zachęca nas do bardziej energicznego wybierania towarów i odważniejszych zakupowych decyzji. W wielu supermarketach otwiera się piekarnie – bo już dawno udowodniono, że zapach świeżego chleba do kupowania większej ilości jedzenia.

Pod wpływem zmysłów budzą się w nas pragnienia. Zwierzę przy wodopoju pije tyle, ile potrzebuje; człowiek powodowany zasadą przyjemności i chęcią posiadania weźmie więcej niż potrzebuje.

Zmysły są tylko narzędziem. Co z nich wyniknie, decyduje nasze „centrum dowodzenia”, czyli umysł, świadomość i wolna wola. Kiedy małe dziecko odczuwa przykrość czy coś mu dolega, natychmiast uderza w głośny płacz i krzyk. My, dorośli, umiemy znaleźć złoty środek pomiędzy akceptacją przyjemności i nieprzyjemności. Natomiast w podeszłym wieku nasza tolerancja nieprzyjemnych bodźców znacznie wzrasta. Potrafimy ze stoickim spokojem znosić uciążliwy ból krzyża, kręgosłupa czy stawów, który nie zamierza wcale odpuścić. Życie nas hartuje cierpieniem.

We dwoje

Z osobą zmysłową fajnie robić wszystko, nie tylko uprawiać seks. Miło zjeść z nią posiłek, bo jedzenie sprawia jej wyraźną frajdę. Przyjemnie pójść z taką osobą na koncert, by patrzeć, jak wspaniale przeżywa każdy dźwięk. Cudownie wybrać się razem na spacer, ponieważ obcowanie z przyrodą sprawia jej wielką radość. Fantastycznie się do niej przytulić, bo z takiego kontaktu czerpie radość i siłę, a nie sztywnieje w ramionach partnera.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kontakt z ciałem daje nam w życiu oparcie – przekonuje Wojciech Eichelberger

Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
Ciało pomaga nam się urealnić, być w kontakcie z tym, co jest tu i teraz. (fot. iStock)
W jakim świecie żyjemy, jeśli nie w realnym? Prawda jest szokująca: większość życia spędzamy bez kontaktu z rzeczywistością, w wirtualnej iluzji tworzonej przez nasz własny umysł. Jedynym sposobem ucieczki z tego matriksa jest urealnienie się. A to można osiągnąć tylko przez ciało – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Mówiliśmy o tym, jak ważna dla budowania oparcia w sobie jest świadomość ciała. A dziś?
Porozmawiamy o ważnym skutku zaakceptowania i uświadomienia sobie ciała, czyli o urealnieniu. Urealnienie to pozostawanie w zmysłowym kontakcie z tym, co tu i teraz. Bez zaprzyjaźnienia się ze swoim ciałem nie sposób tego doświadczać. Bo im lepiej uświadamiane jest ciało, działają nasze zmysły, tym większa szansa na pełny kontakt ze światem i życiem. Ludzki umysł ma dwie opcje. Może tworzyć wyobrażeniowe światy, w czym jest niewyczerpany, albo otwierać się na realny, zmysłowy świat. W tym też jest niewyczerpany. Umysł pozbawiony ciała i zmysłów oddałby się całkowicie tworzeniu wirtualnych światów.

Zajmowałby się sam sobą?
Przeżywał to, co produkuje, produkował to, co przeżywa – i można by go dowolnie programować. Trafnie to zilustrował film „Matrix”. By uczynić ludzi bezbronnymi wobec manipulacji, siły zła pozbawiały ich kontroli nad własnymi umysłami i trzymały w specjalnych kapsułach podłączonych do komputera. Ich mózgi przyjmowały każdy program, który w nich instalowano. Tymczasem antymatriksowe siły dobra toczyły walkę o przebudzenie uśpionych umysłów, o ludzkie ciało i zmysły, o urealnienie, o godność i suwerenność.

Tak więc gdy mamy nikłą świadomość ciała, nasz mózg ma zbyt wiele swobody i przestrzeni dla tworzenia własnego świata, w którym wszystko może być urojone. Dlatego to, na ile i jak często nasz umysł bywa w kontakcie z rzeczywistością, jest bardzo ważnym kryterium zdrowia psychicznego. Wszystko to nie oznacza, że powinniśmy  przestać cokolwiek sobie wyobrażać. To byłaby wielka strata. Chodzi tylko o to, żeby nam się myśli i wyobrażenia nie myliły z rzeczywistością, żeby używać ich celowo i świadomie. By żyć lepiej, pełniej, realniej – a więc mniej stresująco – musimy nauczyć się kontrolować i redukować spontaniczną działalność wyobrażeniową naszego mózgu, nasz mózgowy spam. Niezastąpionym, zasługującym na najwyższy szacunek sojusznikiem w tej sprawie jest ciało.

Wystarczy wrócić do ciała i wszystko się urealnia. Ale jak wrócić?
Najprościej przez oddech, który jest niezbędnym warunkiem urealnienia. Zasila energią zmysły i otwiera nas na świat. Ale uświadomienie sobie oddechu urealnia nas przede wszystkim w przestrzeni samego ciała. Potrzebny jest krok dalej: ciało może urealnić nas w przestrzeni zewnętrznej.

Jak to się dzieje?
Poprzez zmysły, które w każdej sekundzie dostarczają mózgowi tysiące megabitów danych. Jeśli mamy dobrze uświadomione ciało, to otwierając się na tę rzekę informacji, możemy danej sytuacji doświadczyć takiej, jaka jest – zanim emocje, oceny i interpretacje ją zniekształcą. To otwiera drzwi percepcji na upragnione chwile szczęścia, na bycie tu i teraz.

Dlaczego to takie trudne?
Bycie tu i teraz to w istocie najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. Oczywiście najpierw musimy odpuścić naszą wirtualną iluzję. A to łatwe nie jest. Przyjrzyjmy się, co się dzieje z człowiekiem we śnie. Na intensywne marzenie senne można spojrzeć jak na rodzaj krótkotrwałej psychozy, chwilę matriksa. We śnie ciało i zmysły zostają odłączone, więc mózg może sobie poszaleć i zajmować się sam sobą. Śpiący na ogół nie zdaje sobie sprawy, że śpi, jest przekonany, że sen jest prawdą, że uczestniczy w realnej sytuacji. Dopiero wtedy, gdy we śnie dzieje się coś bardzo groźnego, gdy pojawia się cierpienie, zaczynamy szukać ratunku.

I się budzimy?
To druga faza ratowania się. Pierwsza to uświadomić sobie, że śnimy. Wówczas do tego, co się dzieje we śnie, nabieramy nieco dystansu, a nawet możemy się tym trochę bawić. Jednak ostatecznym wyzwoleniem jest obudzić się – włączyć ciało i zmysły. Gdy umysł powraca do zmysłowej rzeczywistości, senna iluzja znika i odczuwamy ogromną ulgę. Marzenia senne spełniają jednak różne pożyteczne funkcje. Największym naszym kłopotem są sny na jawie, które śnimy czasami przez większość dnia i nawet o tym nie wiemy.

 
 

Będę adwokatem diabła: co złego jest we śnie na jawie? Jawa bywa trudna do zniesienia, łatwiej się żyje, jak sobie człowiek nieco pofantazjuje.
Jeśli świadomie tworzymy wyobrażeniową odskocznię od trudów i zagrożeń dnia, to nic złego. Gorzej, gdy śnienie na jawie staje się nieświadomą, nawykową, a czasami wręcz obsesyjną ucieczką od życia. Wtedy możemy tak dalece utracić kontakt z rzeczywistością, że jedynym bezpiecznym dla nas miejscem będzie szpital psychiatryczny. Jeżeli chcemy prawdziwie doświadczać życia, komunikować się z ludźmi i reagować na sytuacje, które się nam wydarzają, musimy być urealnieni. Żyjemy w świecie realnym, który dzielimy z innymi. Nasze ciała i zmysły – w przeciwieństwie do wypaczonych egoizmem umysłów – łatwiej się dogadują co do kształtu rzeczywistości. To wspólne wszystkim ludziom doświadczenie życia i świata jest podstawą wszelkiego kontaktu, porozumienia i relacji. Dlatego w doświadczeniu ciała i zmysłów spotykać się możemy wszyscy bez względu na rasę, religię, przekonania, wiek czy płeć. Jeśli ktoś, odrzucając ciało, nie wchodzi na to wspólne forum, pozostaje samotny i nieszczęśliwy, zamknięty w swoim wirtualnym świecie.

Może jestem pesymistką, ale mam wrażenie, że ludzie głównie przebywają w swoich światach, śnią. A na tym wspólnym placu tylko od czasu do czasu się ktoś pojawia...
...i rozglądając się wokół, stwierdza, że tu nikogo nie ma! To prawda. Myślowo-wyobrażeniowa produkcja naszych mózgów ma wielką wydajność, siłę i żywotność. Jest bowiem wprzęgnięta w nieustanne podtrzymywanie iluzji naszego ego – oddzielenia od wszechświata i stwórcy. Konstruowanie i utrzymywanie tej budowli to mnóstwo roboty. W efekcie pozostaje nam tak mało czasu i energii, że nawet przestajemy odczuwać potrzebę urealnienia. Dlatego po tym świecie chodzą głównie osoby, które zamiast płynąć rzeką życia, pogrążają się we własnych skołowanych myślach.

Co to znaczy, że potrzeba czasu i energii na urealnienie się?
Potrzeba sił i determinacji, by tak radykalnie zakwestionować wszystko, co o sobie i o świecie przywykliśmy myśleć. Trzeba energii, wiary i determinacji, by podjąć trud uświadamiania sobie ciała, oddechu, codziennych ćwiczeń zmierzających do wyciszenia umysłu. To ciężka praca, czasami długi i żmudny proces. Na szczęście nasze wysiłki zaczynają procentować. Gdy coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę, że koszmar nam się tylko śni, zaczynamy odczuwać ulgę. A gdy to się stanie, już nic nas nie powstrzyma, prędzej czy później się obudzimy.

Pełen kontakt łapiemy dopiero, gdy ciało jest w pełni uświadamiane?
Gdy ciało jest częściowo uświadamiane, mamy częściowy kontakt z rzeczywistością. To stan, w którym znajduje się większość z nas. Nawykowy somnambulizm. To tak, jakbyśmy patrzyli na świat przez okulary zrobione z kliszy, na której są zapisane obrazy nakładające się na to, co widzimy. Zniekształcenia istnieją tylko na kliszy, ale nam się wydaje, że są wiernym obrazem rzeczywistości. Gdy wydarzy się w naszym życiu coś, co sprawi, że owa klisza się odklei, bywa to bardzo bolesne, ale po jakimś czasie czujemy, że się opłaciło. Bo zniekształcony obraz świata generuje cierpienie.

Dlatego tęsknimy za urealnieniem, a nawet prowokujemy czasami sytuacje, które nas urealniają. Przeczuwamy, że to nas zbliża do prawdy o nas samych i świecie. Ciało jest nam do tego niezbędne. Jest prawdziwą kotwicą dla umysłu. Bo ciała na szczęście nie można przenieść ani w przeszłość, ani w przyszłość. Jest dokładnie tu. Więc jeśli chcesz się urealnić, wyjdź ze swego wewnętrznego kina i zwróć uwagę na swoje rzeczywiste ciało. Jest do usług.

Jak urealnienie ma się do obecności?
Obecność jest końcową stacją procesu urealniania się. Obecność jest stanem umysłu, który osiągamy, gdy się urealnimy. Urealnianie się wymaga dyscypliny i praktyki. Jeśli chcemy być zdrowi, chcemy, by nasze życie nie niosło niepotrzebnego cierpienia własnej produkcji, to powinniśmy się urealniać i zmierzać do stanu obecności. Ci, którzy są obecni, mają do świata i ludzi stosunek zmysłowy i miłosny. Są rozsmakowani, zasłuchani, zachwyceni i zakochani we wszystkim, np. w widoku i smaku czereśni, w chlebie i winie, w dotyku ciała, w szumie morza, w strukturze piasku. Urealnianie się to zakochiwanie się w świecie. Obecność to miłość świata do świata.

  1. Zdrowie

Ajurweda i zmysł smaku - jak poszczególne smaki wpływają na nasze zdrowie i emocje?

Zapotrzebowanie na ostre przyprawy wskazuje na głód trawiennego ognia lub chorobę. Problem polega na tym, że zniekształciliśmy swój zmysł smaku w wyniku stosowania sztucznych substancji. (fot. iStock)
Zapotrzebowanie na ostre przyprawy wskazuje na głód trawiennego ognia lub chorobę. Problem polega na tym, że zniekształciliśmy swój zmysł smaku w wyniku stosowania sztucznych substancji. (fot. iStock)
Czy zaobserwowałeś, że w trakcie choroby tracisz apetyt i najczęściej zmysł smaku? To dlatego, że zarówno smak, jak i apetyt oraz tzw. siła trawienia (innymi słowy ogień trawienny zwany „agni”) są ze sobą ściśle powiązane. Zdaniem ajurwedy każda choroba (czyli nierównowaga w organizmie) bierze się właśnie ze złego trawienia – czytamy w książce „Przyprawy, które leczą” Karoliny i Macieja Szaciłło.

Smaki i emocje

„W ajurwedzie zioła są postrzegane przez pryzmat energetyki. Właściwości ziół są klasyfikowane ze względu na ich smak, powiązanie z żywiołami, właściwości rozgrzewające lub chłodzące, wpływ na trawienie oraz inne potencjalne właściwości. Ten prosty system energetyki jasno przedstawia podstawowe cechy ziół i różni się od złożonej analizy chemicznej, która sprawia, że często gubimy się w gąszczu szczegółów. System ten oferuje strukturę, w której zioła daje się łatwo zidentyfikować i zrozumieć. Dzięki temu można je dobierać stosownie do indywidualnej konstytucji i choroby.” – podkreślają dr Vasant Lad i David Frawley w książce „Joga ziół”. Sposób w jaki my, ludzie Zachodu, postrzegamy smak, bardzo odbiega od tego, jak patrzono na niego w starożytności. Jak piszą dwaj lekarze ajurwedyjscy, pionierzy tego systemu w Stanach Zjednoczonych, w sanskrycie słowo „rasa” wykracza poza „smak”. „Rasa” to również esencja danej rośliny. To ona świadczy o jej właściwościach zdrowotnych. O tym, jak wpływa na nasze ciało, na nasze emocje. Co ciekawe, słowo „rasa” to również „krążenie, poczucie ożywienia i taniec”. Zdaniem ajurwedy smak wpływa więc na nasz układ nerwowy, ożywia umysł i zmysły. Sprawia, że chce nam się żyć. Dobry smak jest również warunkiem naszego prawidłowego trawienia. Kiedy coś nam smakuje, automatycznie wzrasta nasz tzw. ogień trawienny. Ten ostatni wpływa bezpośrednio na wchłanianie, na florę jelitową. A co za tym idzie również na przyswajanie składników odżywczych…

Skupmy się teraz na sześciu podstawowych smakach i na tym, jak wpływają one na całą wielopoziomową strukturę, którą jesteśmy. Słodki, kwaśny, słony, ostry, gorzki i cierpki – to sześć podstawowych smaków, które wyróżnia się w ajurwedzie. Co ciekawe, idealna równowaga między nimi prowadzi do powstania tak popularnego dziś słonego, „rosołowego”, wręcz „mięsnego” smaku… umami. I choć między wymienioną „apetyczną szóstką” powinna panować harmonia, najbardziej wyczuwalnym smakiem opisanej wcześniej kuchni sattwicznej (podnoszącej nasz poziom energii) powinna być… słodycz! Już w tym momencie warto podkreślić, że rzadko się zdarza, aby zioło miało tylko jeden smak. Jeden jest jednak najczęściej dominujący. Maciek, odkąd „rozsmakował się” w ajurwedzie, gotuje w oparciu właśnie o smaki. Nie zastanawia się więc już do czego pasuje kurkuma czy kardamon. Wie natomiast, że słodkawy rosół potrzebuje gorzkiej kozieradki, a kwaśny sos pomidorowy dobrze będzie się komponował z ostrością chili i kremowym, słodkim mlekiem kokosowym. Kiedy wchodzi do kuchni, przyświeca mu jeden cel – równowaga smaków.

Według ajurwedy w procesie leczenia ważne jest wyostrzenie smaku. (fot. iStock) Według ajurwedy w procesie leczenia ważne jest wyostrzenie smaku. (fot. iStock)

Słodki

To prawda, że słodki smak pada najczęstszą ofiarą wszystkich osób chcących zrzucić nadmiar kilogramów. Zwyczajnie eliminują go z diety. Jednak zdaniem ajurwedy słodycz jest najbardziej sattvicznym (w od powiednich ilościach i przy dobrym trawieniu dającym jasność umysłu i lekkość) ze smaków. Warunkuje ona przyjemność i poczucie bezpieczeństwa. Jest to pewnie związane z tym, że mleko matki jest właśnie słodkie. Sprzyja też długowieczności i dodaje energii. Słodki wychładza i odżywia wszystkie komórki w naszym ciele. Jego nadmiar prowadzi jednak do otyłości, cukrzycy, odkładania się wody, zmęczenia i ospałości. W tym momencie warto dodać, że najlepszym sposobem na dostarczenie sobie słodyczy nie jest biały rafinowany cukier. Zdecydowanie lepiej sprawdzi się ta płynąca z całości pokarmowych, czyli pokarmów, które oprócz słodkiego smaku mają inne cenne wartości. W przypadku depresji genialną substancją słodzącą (która nie powinna być poddawana obróbce termicznej powyżej 40°C) jest naturalny miód, który nie tylko rozgrzewa, ale również osusza. Ajurweda gloryfikuje też wszystkie słodkie warzywa, takie jak dynia czy słodkie ziemniaki oraz posiadające słodki smak przyprawy (jak np. cynamon) czy ghee, masło sklarowane. Jakie przyprawy są słodkie? Cynamon, kardamon, koper włoski czy lukrecja.

Kwaśny

Oglądaliście kiedyś programy kulinarne Jamiego Oliviera? Ja przed laty pasjami. Zawsze z mieszaniną zadziwienia i fascynacji patrzyłam na ilość oliwy, chili oraz… soku z cytryny, który dodawał do praktycznie wszystkich swoich potraw I choć Jamie nie miał ugruntowanej wiedzy na temat ajurwedy, kierował się intuicją. Na jakimś poziomie czuł, że kwaśny poprawia smak potraw. Mało tego, rozgrzewa, a co za tym idzie podsyca ogień trawienny (ułatwia więc trawienie pokarmu). Wzmacnia nasze ciało oraz ożywia i rozbudza umysł. Nawilża. Pobudza wydzielanie śliny i ułatwia przełykanie. Dodaje nam również sił. Punkt widzenia współczesnej fitoterapii jest podobny. Podkreśla, że kwaśny pobudza, sprzyja trawieniu, zwiększa apetyt i jest wiatropędny. Jednak ajurweda podkreśla, że w nadmiarze osłabia nasze zęby (zbyt duża ilość soku z cytryny lub octu niszczy przecież szkliwo), potęguje pragnienie i uwaga: powoduje gromadzenie się toksyn we krwi. Co ciekawe, u osób osłabionych może również prowadzić do obrzęków. Emocjonalnie, kwaśny (pozytywny aspekt) zwiększa naszą umiejętność oceniania. Ocena (nie osąd) jest przecież istotnym aspektem naszego życia. Jednak nadmierne ocenianie (a tym samym zbyt duża ilość kwaśnego) może prowadzić do zazdrości, a nawet zawiści.

Jakie przyprawy są kwaśne? Tamarynda i sumak.

Słony

Na wstępie zaznaczę, że słony występuje rzadko w świecie przypraw i ziół. Jest raczej smakiem minerałów, a nie roślin. I  choć nasza współczesna dietetyka nie przepada za słonym smakiem, ajurweda ma do niego dużo bardziej ambiwalentne podejście. Z jednej strony zauważa, że słony rozgrzewa i sprzyja trawieniu. Uspokaja, a jeśli jest takie wskazanie, również przeczyszcza (w dużych ilościach ma nawet działanie wymiotne). Doskonale uziemia. Łagodzi więc nadmiar żywiołu powietrza i przestrzeni (wata). Oczyszcza również naczynia krwionośne i nadaje smak pożywieniu (dzieci najczęściej ubóstwiają wszystko co słone). Jakie są konsekwencje nadmiernych ilości słonego? Wywołuje pragnienie i osłabia (również męskość). Nasila infekcyjne choroby skóry i nadkwasotę. Może wywoływać krwotoki oraz m.in. dnę moczanową. Emocjonalnie, w odpowiednich ilościach słony wywołuje radość życia. W namiarze zwiększa jednak nasze pragnienia i może prowadzić do hedonizmu.

Ostry

Nietrudno się domyślić, że ostry smak rozgrzewa, ale również wysusza. Pobudza, zwiększa apetyt oraz ma działanie napotne i wykrztuśne. „Działa oczyszczająco na jamę ustną, pobudza ogień trawienny, oczyszcza pożywienie, pobudza wydzielanie substancji w jamie nosowej, powoduje łzawienie oczu oraz oczyszcza zmysły. Pomaga w leczeniu chorób związanych z powolną pracą jelit, otyłością, opuchlizną w podbrzuszu oraz nadmiarem płynów w ciele. Nadaje smak pożywieniu, łagodzi swędzenie (…) zabija robaki i zarazki (…) udrażnia naczynia krwionośne” – piszą dr Frawley i Lad (cytując fragment Czaraka Samhita, jednego z najbardziej znanych traktatów poświęconych ajurwedzie). Później dodają, że ostry stosowany w nadmiarze osłabia męskość, wywołuje ospałość i wyczerpanie. Jego dominującymi żywiołami są ogień i powietrze. Sprawia to, że ostry odpowiada za pieczenie, „wysuszenie” organizmu, podrażnienia, stany zapalne i  przeszywające bóle w ciele. Emocjonalnie, ostry pobudza nas do działania. Kieruje naszą uwagę od środka na zewnątrz. Jednak w nadmiarze prowadzi do gniewu i rozdrażnienia. Jakie przyprawy są ostre? Lista jest dość długa, a na niej m.in. asafetyda, czarny pieprz, kardamon, cynamon, goździki, kolendra, imbir, chrzan, oregano czy cebula.

Uwaga: ostry smak jest najczęściej efektem występowania w roślinach olejków eterycznych.

Gorzki

Choć sam w sobie nie jest przyjemny, spełnia niezwykle ważną funkcję. Jaką? Odrobina gorzkości równoważy wszystkie pozostałe smaki. Uwypukla słodycz. Maciek zawsze powtarza, że słodkie dania (jak np. pierogi ruskie) potrzebują gorzkiego (w tym przypadku reprezentowanego przez mocno przypieczoną cebulkę). Podobnie w naszym życiu. Niewielka ilość bólu, pomaga nam docenić szczęście… Zastanówmy się teraz, jaką funkcję pełnią wszystkie gorzkie zioła? Oczyszczającą i ściągającą. Podobnie działa gorzki smak. Obniża gorączkę, wychładza, działa przeciwzapalnie i antybakteryjnie. Jak podkreślają wielokrotnie już cytowani autorzy Jogi ziół gorzki (…) „oczyszcza krew i wszystkie tkanki oraz powoduje zmniejszanie się guzów. Na ciało oddziałuje w sposób redukujący, wyniszczający oraz uspokajający, choć w niewielkich ilościach działa pobudzająco, zwłaszcza na trawienie”. Podobnie jak ostrość, gorzkość jest częstym smakiem wśród roślin. Gorzki, jak już wspomniałam, pomaga docenić to, co piękne w naszym życiu. Jako smak wychładzający kieruje naszą uwagę od zewnątrz do środka. Pomaga nam skonfrontować się z rzeczywistością. Jednak w nadmiarze wywołuje żal, gorycz i frustrację! Jakie rośliny mają smak gorzki? Na przykład aloes.

Cierpki

Podobnie jak gorzki (i słodki) wychładza. Kieruje więc naszą energię do środka. (…) „smak cierpki ma działanie uspokajające, powstrzymuje biegunkę, działa leczniczo na stawy (ale nie na osteoporozę), sprzyja zabliźnianiu się oraz leczeniu ran i skaleczeń, działa wysuszająco, ujędrniająco i ściągająco. Łagodzi kapha i pitta, hamuje krwawienie oraz sprzyja wchłanianiu płynów” (…) – czytamy w Czaraka Samhita. Okazuje się, że cierpki ma działanie przeciwzapalne. Jednak w nadmiarze prowadzi do zaparć, bólu serca, osłabienia i przedwczesnego starzenia. Z natury jest suchy, nieprzyjemny i oczyszczający. Emocjonalnie, cierpki sprawia, że stajemy się bardziej świadomi siebie (tego co w środku). Jednak w nadmiarze zwiększa lęki, prowadzi do introwertyzmu i braku poczucia bezpieczeństwa. Jaki jest przykład cierpkiej przyprawy? Sumak, ale również kurkuma.

Wspomniany kwaśny, słony i ostry kierują naszą uwagę ze środka na zewnątrz. Z kolei smaki wychładzające (słodki, gorzki i cierpki) sprawiają, że energia skierowana jest do wewnątrz. Gdy zjemy coś intensywnie rozgrzewającego, krew dopływa do skóry, która automatycznie staje się rumiana. Z kolei, gdy jest nam zimno, gdy jesteśmy wycofani, krew odpływa od powierzchni skóry. Stajemy się bladzi. Wyglądamy trochę jakby „kropelka po kropelce”, „oddech po oddechu” uchodziło z nas życie. Dlatego osoby pogrążone w depresji mają najczęściej słabe krążenie, zimne nogi, ręce i blady, prawie biały odcień skóry.

Zastanówmy się teraz, kiedy możliwe jest osiągnięcie prawdziwego szczęścia (i zdrowia)? Jeśli w naszym życiu panuje równowaga między tym co w środku, a tym co na zewnątrz. Jeśli mamy za co żyć, spełniamy się zawodowo, ale również od czasu do czasu przyglądamy się naszym emocjom. Jesteśmy ich świadomi. Nie wypieramy ich. Potrafimy nimi zarządzać. Bardzo pomocne w osiągnięciu owej harmonii są właśnie smaki.

Jak tłumaczy Robert Swoboda w Prakriti. Odkryj swoją pierwotną naturę „Twoja osobowość zawsze stara się zapewnić sobie jak największy komfort. Dąży do zaspokojenia, które daje słodki smak. Aby to uzyskać, wykorzystuje także inne, niezbędne smaki – rozgrzewające lub wychładzające, w zależności od potrzeby. Smaki kwaśny, słony i ostry są rozgrzewające. Natomiast słodki, gorzki i cierpki – wychładzające. Każda z odpowiadających im emocji jest odpowiednio gorąca lub zimna. Gorąco powoduje rozszerzanie się, a zimno kurczenie się. Ze zdrowiem jest tak samo jak z zasadami fizyki. Chłód zwęża kanały fizyczne i mentalne, a ciepło je rozszerza”.

Fragment z książki „Przyprawy, które leczą” Karoliny i Macieja Szaciłło.

  1. Styl Życia

Lonni Pike: "Mam 56 lat, tatuaże i tak właśnie wyglądam"

Lonni Pike (Fot. archiwum prywatne)
Lonni Pike (Fot. archiwum prywatne)
Chciałam pokazać ludziom w moim wieku, że nie jesteśmy nieistotni, wciąż mamy swoje cele, nadal możemy coś zmieniać.

Kiedy jeden z internetowych trolli skomentował jej wygląd i zasugerował, że w takim wieku nie powinna ubierać się jak nastolatka, nagrała swoją odpowiedź w krótkim filmiku i opublikowała go na TikToku. Wideo 56-letniej Lonni Pike wyświetlono ponad 3,7 miliona razy, a wytatuowana i siwowłosa kobieta z Kalifornii została gwiazdą mediów społecznościowych. Dziś stara się wykorzystać swoją popularność, aby przekonać inne kobiety do tego, że mogą wyglądać i ubierać się tak jak chcą.

“Nie odpowiadam na komentarze tego typu zbyt często. Szczerze? Mam to gdzieś, co myślą na mój temat inni. Ale wiem, że takie uwagi powstrzymują wiele osób przed tym, żeby ubierać się tak jak chcą”. Lonni Pike, która w mediach społecznościowych funkcjonuje jako @grayhairandtattoos, jak sama nazwa wskazuje ma siwe włosy (przestała je farbować kilka lat temu) przystrzyżone w modnego boba oraz kolorowe tatuaże, które pokrywają całe ręce. Ma 56 lat, dwóch dorosłych synów i ubiera się w taki sam sposób jak dwadzieścia lat temu. I choć wbrew pozorom jej styl nie jest jakoś szczególnie ekstrawagancki - Lonni nosi kolorowe bluzy, bluzki odsłaniające ramiona, proste jeansy i Martensy - to w opinii wielu internetowych komentatorów, w takim wieku nie powinna ubierać się jak nastolatka.

Zapytałam Lonni jak to się stało, że pewnego dnia postanowiła zaistnieć na TikToku, platformie społecznościowej, na której średnia wieku użytkowników nie przekracza 24 lat i co poradziłaby osobom, którym brakuje odwagi, aby ubierać się tak, jak chcą. Moja przygoda z mediami społecznościowymi zaczęła się pod koniec 2019 roku. Założyłam wtedy konto na Instagramie, które nazwałam "Life Doesn’t Stop at 50” (Życie nie kończy się na pięćdziesiątce). ieniać i żyć w taki sam sposób, jak wcześniej. Szybko zdałam sobie sprawę, że niewiele łączy mnie z typową kobietą po pięćdziesiątce. Mogłam znaleźć tylko garstkę kobiet w moim wieku, które miały tatuaże. Zaczęłam szukać takich osób w społeczności związanej z tatuażami, ale okazało się, że tam nie ma ich zbyt wiele. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się między dwoma światami.

Pamiętam, jak opowiadałam o tym mojemu synowi, wtedy on powiedział "Cóż, myślę, że będziesz w takim razie musiała utorować drogę dla nowej normalności. Pokazać światu, że jest w nim miejsce dla takich osób, jak ty - wytatuowanych kobiet po pięćdziesiątce”. Tak rozpoczęła się moja podróż."

Na Instagramie robiłam postępy, ale wciąż czegoś mi brakowało. Nadal nie czułam się połączona z tymi dwoma światami, w taki sposób, w jaki chciałam i w końcu zrozumiałam dlaczego tak się dzieje. Moja nazwa w social mediach nie była właściwa, nie mówiła światu o tym, kim jestem. Dlatego w sierpniu zmieniłam ją na Grayhairandtattoos . Od tego czasu wszystko zaczęło zmierzać w takim kierunku, o jaki mi chodziło i nie wiem, czy wpłynęła na to tylko zmiana nazwy, czy może energia, którą wtedy poczułam, ale to zadziałało.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Lonni (@grayhairandtattoos)

Idąc za ciosem postanowiłam założyć konto na TikToku (planuję wkrótce uruchomić mój kanał na YouTube). Zebrałam się na odwagę, nakręciłam dwa krótkie filmy i zamieściłam je na moim profilu. Moje drugie wideo w ciągu jednej nocy stało się viralem i dziś ma już ponad 3,7 mln wyświetleń. To był prosty, 15-sekundowy filmik, w którym w zasadzie powiedziałam tylko “Hej, mam 56 lat, tatuaże i tak właśnie wyglądam”. Ilość pozytywnych reakcji była oszałamiająca. Wydaje mi się, że dzięki temu filmowi młodsze pokolenie spojrzało w przyszłość i ujrzało tam kogoś, kto przypomina ich, dzięki temu zdali sobie sprawę, jak mogą wyglądać, kiedy będą starsi.

W Polsce, żeby ubierać się odważnie i oryginalnie, potrzeba sporo odwagi. Jak to wygląda w twoich rodzinnych stronach, czyli Kalifornii? Mam to szczęście, że tu gdzie mieszkam, odważne i niepowtarzalnie wyglądajace osoby nie są rzadkością. Zauważyłam jednak, że im ludzie są starsi, tym mniej odważnie się ubierają. Tak jakby w pewnym wieku uważali, że nie potrafią lub nie mogą wyrazić siebie w taki sposób, w jaki robili to, gdy mieli trzydzieści czy czterdzieści lat. Tak jakby się bali, że ktoś posądzi ich o to, że ubierają się nieodpowiednio do swojego wieku. Nie spotyka się również zbyt wielu kobiet po 50,. które mają tatuaże. Dlatego zauważyłam, że się wyróżniam. Często ludzie rzucają mi jakieś dziwne spojrzenia, przyglądają mi się, czasem komentują na głos mój wygląd.

Codziennie powtarzam ludziom, żeby ubierali się tak, jak chcą. Spędzamy tak dużo czasu zastanawiając się nad tym, co na nasz temat mają do powiedzenia inni, że zapominamy posłuchać siebie. Moda i to, co masz na sobie to bezpośredni komunikat, który mówi o tym, kim jesteś. Kiedy wybierasz ubrania, dzięki którym nie będziesz wyróżniać z tłumu, nie pozwalasz błyszczeć swojej indywidualności. Tak, to prawda, że czasem trudno jest być tą osobą, która się wyróżnia, ale to jest również wzmacniające. Podoba mi się to, że nie wyglądam jak inni. Lubię wysyłać komunikat, gdy wchodzę do pokoju i pokazywać światu, kim jestem.

Co poradziłabyś kobietom, którym może jeszcze brakuje odwagi, ale powoli zastanawiają się nad tym, żeby ubierać się po swojemu i dla siebie? Osobom, które chcą ubierać się odważnie czy wyjątkowo, sugeruję zacząć od zmiany jednego elementu w swojej garderobie. Przyzwyczaić się do niego i dopiero wtedy próbować z kolejnymi rzeczami. W ten sposób możesz budować swoją pewność siebie i z czasem nauczyć się nie przejmować opiniami innych ludzi na swój temat. Pamiętaj, że życie jest zbyt krótkie, żeby przeżyć je dla kogoś innego.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Lonni (@grayhairandtattoos)

  1. Psychologia

Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Fragment książki "To, co musimy utracić" Judith Viorst

Nie ominie nas żałoba z powodu utraty naszych bliskich. Ale czeka nas także żałoba z powodu utraty dawnych form naszego „ja” – wszystkich wcześniejszych sposobów określania samych siebie. Potrzebę definiowania siebie na nowo rodzą zmiany w naszym ciele. Prowadzi do niej wszystko, co przeżyliśmy do tej pory. Kierują wszystkie formy, w jakich postrzegają nas inni ludzie. I jest kilka takich chwil w życiu, kiedy będziemy musieli zrezygnować z dawnego obrazu nas samych i żyć dalej bez oglądania się wstecz.

Różne okresy i fazy w życiu człowieka, ich charakter i wiążące się z nimi zadania, zostały określone i opisane między innymi przez Konfucjusza, Solona, Talmud, Szekspira, Erika Eriksona, Gail Sheehy, Elliota Jaquesa, Rogera Goulda i Daniela Levinsona. Współczesne badania pokazują, że w rozwoju dorosłego człowieka istnieją dające się przewidzieć stadia, chociaż trzeba dodać, że poszczególni ludzie przechodzą przez nie w skrajnie odmienny sposób. Z badań tych wynika też, że w ramach ogólnej struktury, wewnątrz której wypracowuje się odrębny los każdego z nas, mamy do czynienia na przemian z okresami stabilizacji i transformacji.

W okresach stabilizacji nadajemy pewien kształt własnemu życiu – dokonujemy kluczowych wyborów, dążymy do pewnych celów. W okresach transformacji podważamy fundamenty zbudowanej przez nas struktury – stawiamy pytania, badamy nowe możliwości. Każda poważna przemiana to kres poprzedniej formy naszego życia, z którym wiąże się – jak pisze Levinson „pewne zakończenie, proces rozłąki lub utraty”. Następnie mówi: „Zadanie, jakie czeka nas w okresie przemiany rozwojowej, to położyć kres realizacji czegoś w naszym życiu; nauczyć się akceptować straty, jakie to położenie kresu możliwościom niesie ze sobą; zrewidować i ocenić własną przeszłość; zdecydować, które jej aspekty należy zachować, a które odrzucić; rozważyć własne pragnienia i możliwości odnośnie do przyszłości. Musimy wyrzec się sporej części naszej przeszłości, musimy się od niej odciąć, oddzielić ją od naszego życia, odrzucić ją z gniewem i zrezygnować z niej ze smutkiem i żalem. Wiele elementów przeszłości może jednak stać się fundamentem przyszłości. Musimy dążyć do zmian zarówno w nas, jak i w otaczającym nas świecie”.

W trakcie tych zmian z niemowlaka stajemy się dzieckiem, potem nastolatkiem, a następnie wchodzimy w kolejne stadia dorosłości. Pierwsze stadium to transformacja z okresu wczesnej dorosłości, czyli stadium zrywania ze światem poprzedzającym dorosłość, przypadające między siedemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia. W trzeciej dekadzie życia podejmujemy pierwszą stałą pracę, obieramy konkretny styl życia i wstępujemy w związek małżeński. Rewizji naszych decyzji dokonujemy pod koniec lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych w fazie transformacji lat trzydziestych, kiedy to dopełniamy nasze życie o to, czego mu brakuje, modyfikujemy część własnych postaw i poglądów, a część odrzucamy. Między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia stabilizujemy się, angażujemy w pracę, w życie towarzyskie, w życie rodzinne, w życie społeczności lokalnej i tak dalej. Około czterdziestego roku życia dochodzimy do okresu w życiu, będącego pomostem między wczesną dorosłością a wiekiem średnim. Levinson nazywa ten czas okresem przejściowym wieku średniego. Dla większości z nas to czas kryzysu wieku średniego. Ja też miałam taki kryzys:

Co począć mam z kryzysem wieku średniego? Dopiero co rankiem miałam siedemnaście lat. Ledwie zaczęłam tańczyć, a już słyszę Dobranoc, miłe panie. Tak szybko. Jeszcze zastanawiam się, kim zostanę, jak dorosnę, A już trądzik zniknął mi z twarzy i strzyka mi w kolanie; Tak szybko. Dlaczego mam wrażenie, że pamiętam Pearl Harbor? Na pewno byłam wtedy za mała. Kiedy chłopcom, z którymi niegdyś szłam pod ramię, Zaczęły wypadać włosy? Dlaczego nie mogę już chodzić boso po parku i nie przeziębić nerek? Tyle we mnie jeszcze poezji i dlatego zdaje mi się, że to niesprawiedliwe. Podczas gdy myślałam – „Jestem jeszcze dziewczyną” Przyszłość zmieniła się w przeszłość. Czas na szalone pocałunki płynie szybko i pora już na Neskę bez kofeiny. Tak szybko.

Są tacy, którzy wypowiadają się wciąż z niczym niezmąconym optymizmem o tym okresie naszego życia, kiedy nasza skóra i małżeństwo tracą swój blask, kiedy tyle młodzieńczych marzeń zamieniło się w proch i kiedy, mimo iż w głębi serca mamy zaledwie siedemnaście lat, reszta nas dociera powoli do zenitu życia. Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Jeśli Sophia Loren to przykład wieku średniego, to nie jest tak źle, jak ludzie mówią. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, czekających na nas po drugiej stronie szczytu, na który się wspinamy, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Możemy oczywiście starać się wmówić sobie, że nie zmieniliśmy się od czasów studiów, ale będzie to trudne. Ponieważ – czego nie da się ukryć – gdy byliśmy na studiach nie mieliśmy obwisłych powiek, a gdy przestawaliśmy się śmiać, na twarzy nie zostawały zmarszczki. Możemy też próbować przekonywać siebie, że mamy tyle lat, na ile się czujemy, ale ten idiotyczny slogan to jedynie odsunięcie problemu na dalszy plan. Jeśli bowiem dziś przed pójściem do łóżka wypijemy kawę, to obudzimy się o drugiej w nocy i nie będziemy mogli zasnąć. I jeśli przed snem zjemy pizzę, zerwiemy się nad ranem z bólem żołądka. I jak tu czuć się młodo? Możemy wreszcie wmawiać sobie, że w połowie życia jesteśmy bardziej sexy niż kiedykolwiek przedtem. To może być prawdą. Ale musimy się też zmierzyć z inną prawdą, że być może wzbudzamy teraz więcej szacunku niż pożądania. A jesteśmy niezbyt przygotowani na to, by zadowolić się jedynie szacunkiem. (…)

Utrata korzystnego wyglądu w wieku średnim jest o wiele boleśniejsza dla kobiet niż mężczyzn, ponieważ ci mogą mieć zmarszczki, być łysi i posiadać inne piętna czasu, a nadal będą postrzegani jako osoby seksualnie atrakcyjne. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę może znaleźć wiele gotowych odpowiedzi na zaloty trzydziestolatek; ma teraz pieniądze i władzę, których nie miał w młodości. I chociaż zestarzał się, może wyglądać atrakcyjniej dzięki swej pewności siebie, zmarszczkom pod oczami i włosom przyprószonym siwizną.

Inaczej sprawa się ma – jak pisze Susan Sontag – z kobietą.

„W życiu kobiety, o wiele bardziej niż w życiu mężczyzny, liczy się atrakcyjność fizyczna. Tymczasem piękno, utożsamiane w przypadku kobiet z młodością, nie dotrzymuje kroku wiekowi. (...) Kobiety stają się seksualnie nie do zaakceptowania znacznie wcześniej niż mężczyźni”.

Dlatego właśnie kobieta boi się starości, bo postępujące lata pozbawią ją jej mocy seksualnej zdolnej zwabić mężczyznę. Jedna z kobiet, która w wieku czterdziestu pięciu lat nie porażała już mężczyzn swym widokiem, przyrównała z goryczą ten fakt do kastracji. Jednak ani ta moc, ani gorączkowe współzawodnictwo o to, by być zawsze najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, które właśnie zebrały się w tym pokoju, nie tłumaczą do końca tego, że wiele kobiet przygląda się swemu gasnącemu pięknu ze świadomością nieuchronnego wyroku, jaki wydał na nie czas. Musimy bowiem pamiętać także i o tym, że skoro młodość łączy się z urodą, uroda z atrakcyjnością seksualną, a ta z kolei pozwala zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę, zatem upływ lat, odciskający swe piętno na urodzie, może wywołać w kobiecie przeraźliwy lęk przed porzuceniem.

„Mój mąż z pewnością przehandluje mnie na młodszy i ładniejszy egzemplarz – tak mniej więcej brzmi okrutna myśl rodząca się w wielu kobiecych głowach. – Żaden inny facet mnie nie zechce i będę musiała spędzić resztę życia w samotności”.

To jeden z koszmarów wieku średniego, które często się urzeczywistniają.

„Większość mężczyzn, gdy się starzeje, przeżywa smutek i obawy – pisze Sontag. – Ale kobiety przeżywają własne starzenie się boleśniej, bo ze wstydem. Dla mężczyzny starzenie się to przeznaczenie, coś, co musi się zdarzyć, bo przecież jest się człowiekiem. Dla kobiety to nie tylko przeznaczenie, lecz także stan całkowitej bezbronności”.

Nawet jeśli kobieta nie zostanie porzucona przez mężczyznę, gaśnięcie urody odbierane jest przez nią – bo rzeczywiście tak jest – jako strata. Odbierane jest jako utrata swej władzy i możliwości. (…)

I być może zaczną nachodzić nas myśli, że teraz będzie już tak zawsze i że będziemy musiały rezygnować ze wszystkiego po kolei. (…) Czujemy się rozbici. Przerażeni. Nie czujemy się bezpiecznie. Zdaje się nam, że „wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze”. Nagle naszym przyjaciołom, a może i nam samym, przytrafiają się romanse, rozwody, ataki serca, rak. Niektórzy z nich – mężczyźni i kobiety w naszym wieku! – już zmarli. I kiedy także i u nas pojawiają się bóle i dolegliwości, zaczynamy z konieczności odwiedzać internistów, kardiologów, dermatologów, ortopedów, urologów, stomatologów, ginekologów i psychiatrów, i od każdego z nich oczekujemy uspokajającej porady: „Proszę się nie martwić, będzie pan/pani żył/żyła wiecznie”. (…)

Każdy doświadczany ból i każda zmiana i zmniejszenie się możliwości naszego organizmu to oznaki naszej śmiertelności. I kiedy przyglądamy się, jak łagodnie, a czasem raptownie, podąża ku schyłkowi życie naszych ojców i matek, zaczynamy pojmować, że wkrótce zniknie tarcza oddzielająca nas od śmierci, że kiedy oni znikną, przyjdzie kolej na nas.

Co więcej, gdy nad naszymi rodzicami bierze górę starość, ich potrzeby zaczynają pochłaniać nasz czas i burzyć nam spokój. Zostajemy znowu wplątani w ich życie, a nasze rozmowy z nimi przez telefon obracają się bez przerwy wokół pieniędzy i zdrowia. Nasze dorosłe już dzieci same mogą zatroszczyć się o siebie, ale czy owdowiała mama lub ojciec mogą żyć bez niczyjej opieki? Z niecierpliwością i niechęcią, towarzyszącymi naszej miłości, a czasem biorącymi nad nią górę, a także ze smutkiem i poczuciem winy, zaczynamy przystosowywać się fizycznie i emocjonalnie do rosnącej zależności rodziców od nas.

Gdy wchodzimy w wiek średni, dostrzegamy, że naszym przeznaczeniem jest stać się rodzicami własnych rodziców. Niewielu z nas włączyło dotąd ten fakt do swego życiowego planu. Jako odpowiedzialni dorośli ludzie staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, chociaż nie ulega wątpliwości, że bardziej nam się podobało, gdy byliśmy rodzicami naszych dzieci.

Ale i to – jak się przekonujemy z rosnącymi wciąż mieszanymi uczuciami – powoli zbliża się do kresu. Dzieci bowiem stopniowo nas teraz opuszczają, wyprowadzając się do innych domów i miast lub wyjeżdżając do innych krajów. Ich życie toczy się tam, dokąd nie sięga nasza kontrola i troska. To prawda, że puste gniazdo ma też swoje dobre strony, niemniej będziemy musieli przystosować się do tego, by stać się na powrót tylko połówką pary, a nie głową tętniącego życiem domu, gdzie w pokoju walają się czyjeś adidasy, nie tą jedyną i szczególną osobą, którą już nigdy nie będziemy, a o której mówi się: „Spytam mamy”.

Gdy stary świat wali się w gruzy, zaczynamy podważać dotychczasowe definicje samych siebie, podtrzymujące nas przy życiu, dochodząc do wniosku, że rozgrabieniu ulec może dorobek całego naszego życia, kwestionując to, kim jesteśmy i czym staramy się być oraz pytając siebie, czy w naszym życiu, jedynym jakie zostało nam dane, nasze osiągnięcia i cele mają jeszcze jakąkolwiek wartość? Czy nasze małżeństwo ma sens? A praca, czy jest czegoś warta? Dojrzeliśmy wewnętrznie, czy sprzedaliśmy się? Czy nasze więzi z rodziną i bliskimi opierają się na miłości, czy są tylko rozpaczliwym uzależnieniem? Do jakiego stopnia wolni i silni pragniemy lub ośmielamy się być?

A jeśli przypadkiem mamy dopiero zamiar zdecydować się na ten śmiały krok, wiemy, że musimy zrobić go teraz, bo w naszym życiu zaczęło się już odliczanie czasu, który nam pozostał. Wiemy, że licznik biegnie nieubłaganie, że możliwości wyboru z każdą chwilą kurczą się i że mimo to, iż wiele jest jeszcze rzeczy, które chcielibyśmy dać i otrzymać, niektóre, cenne dla nas aspekty naszego życia, należą nieodwołalnie do przeszłości. Skończyło się dzieciństwo i młodość i trzeba zatrzymać się chwilę nad nimi i opłakać ich stratę, zanim ruszymy dalej w życie.

Może nam to sprawić pewną trudność. Co prawda Dorothy Dinnerstein twierdzi, że „wyrzeczenie się tego, co nieodwracalnie minęło w naszym życiu, jest z samej swej definicji pozytywne”, i że „wyzbywając się gorącego, pełnego nadziei młodzieńczego podniecenia, otrzymujemy w zamian bogactwo wrażliwości oraz zdolność i swobodę roztaczania opieki nad drugimi, które niesie z sobą wiek średni”; jednak rzadko kiedy udaje nam się pozostawić za sobą własną młodość bez walki. Kiedy staje nam przed oczyma to, co już utraciliśmy w wieku średnim lub co niebawem utracimy, kiedy doświadczamy poczucia skończoności i śmiertelności, tylko garstka będzie w stanie odrzucić młodość w oczekiwaniu na to, co można zyskać w zamian. Wielu zmagać się będzie z problemem straty cały czas.

Dlatego bywa, że ociągamy się, trwamy sztywno w miejscu, zostawiamy rzeczy takimi, jakie są i opieramy się wszelkim zmianom. Albo podejmujemy rozpaczliwe wysiłki, by na powrót stać się młodym. Lub padamy ofiarą dolegliwości psychosomatycznych. Bywa też, że z uporem maniaka odwracamy uwagę od tego problemu, stawiając sobie cele, narzucając rygory i snując plany samodoskonalenia.

Ci, którzy opierają się zmianom, buntują się przeciwko rzeczywistości, jaką niesie z sobą czas, trzymając się kurczowo swej władzy i niezmiennego podejścia do życia. Będą twardo wierzyć w to, że dzieci pozostaną posłuszne ich życzeniom, że ich młodsi koledzy w pracy „co tak sobie plotą piąte przez dziesiąte – jak określił to pewien mężczyzna – zawsze będą pamiętać, gdzie ich miejsce”, że współmałżonkowie nie ruszą – jak to ujął ktoś inny – „w jeden diabeł wie, w jakim nowym kierunku”. (…) Nie potrafią i nie chcą się przystosować do nowej sytuacji i gwałtownie ją odrzucają.

Z kolei ci, którzy poszukują młodości, dalecy są od tego, by sztywno opierać się wszelkim zmianom; oni chcą cofnąć się w czasie. Lubili to, co mieli dawniej, i chcieliby dostać to z powrotem. Z tego powodu część żonatych mężczyzn i coraz większa liczba kobiet znajduje nowych, młodszych partnerów lub decyduje się na romans i skok w bok, by przynajmniej przez chwilę zapomnieć o wiotczejących członkach i piersiach. Inni chcą odzyskać młodość dzięki chirurgii plastycznej, pobytom w uzdrowiskach, wizytom u kosmetyczki i zajęciom z aerobiku. Nie mam tu na myśli podejmowanych przez większość nas w tym wieku prób zrobienia wszystkiego, co się da, by pozostać sprawnym i zdrowym. Myślę o czymś więcej, o tym, że ludzie poszukujący straconej młodości chcieliby odzyskać życie i wygląd sprzed lat dwudziestu.

U osób uskarżających się na różne dolegliwości przygnębienie psychiczne prowadzi do schorzeń somatycznych, łącznie z zawałem serca, a nawet rakiem. (…)

Osoby zajęte samodoskonaleniem odwracają swą uwagę od problemu, wypełniając szczelnie swój czas; biegną zbyt szybko, by zauważyć, co straciły. Nikt nie przeczy, że uczenie się nowych rzeczy i powrót do szkoły mogą być doświadczeniem pozytywnym, jednak gorączkowa aktywność ma swą cenę. Dla niektórych ludzi, angażujących się w zewnętrzne, a nie wewnętrzne formy rozwoju, może to być sposób na uniknięcie konfrontacji z tym, co niesie wiek średni. Taka aktywność może być także szalenie wyczerpująca.

Ozdobiłam już sześć poduszek na kursie koronczarstwa, Czytam Kanta i Jane Austin. Z kursu chińskiej kuchni dla zaawansowanych Wiem, jak przyrządzić wieprzowinę z czarną fasolą. Nie muszę męczyć się dłużej, by odnaleźć siebie, Bo wiem już, czego chcę. Być zdrową, mądrą i bardzo dobrze wyglądać. Na kursie ceramiki uczę się, jak polerować garnki, na lekcjach gitary nowych chwytów, na jodze coraz lepiej wychodzi mi kwiat lotosu. Nie muszę zastanawiać się nad tym, co najważniejsze w mym życiu, Bo już wiem: Dobrze wyglądać, być zdrową i mądrą. I podziwianą. Z byłym mistrzem tenisa ćwiczę serwy Wkuwam koniugacje z greki i daję ujście frustracjom w czasie terapii pierwszego krzyku. Nie muszę pytać samej siebie, czego szukam, bo wiem już, że chcę być atrakcyjna, zdrowa i mądra. I podziwiana. I zadowolona. Rozkwitam na zajęciach z ekologicznej uprawy roślin, Na lekcjach tańca poprawiłam sobie uda, Na zajęciach budzenia świadomości nikt nie jest lepszy ode mnie Pracuję pilnie dzień i noc, bo chcę być atrakcyjną, zdrową i mądrą. I podziwianą. I zadowoloną. I dzielną. 1 oczytaną. I cudowną gospodynią, Fantastyczną w łóżku, Poliglotką, Wysportowaną, Uzdolnioną artystycznie... Halo, czy ktoś mógłby mnie zatrzymać?

Spotyka się także inne, nie tak gorączkowe reakcje, charakterystyczne dla wieku średniego i odzwierciedlające panujący w nas chaos i lęk, ponieważ mimo iż jesteśmy być może u szczytu swych możliwości, wiemy, że znajdujemy się w kleszczach czasu, że nasz „postój na ziemi – jak przypomina nam o tym pewna poetka i wiele stewardes – będzie krótki”. Dlatego wielu z nas może doświadczać przygnębienia lub goryczy: „A więc całe życie to tylko tyle?” Albo bolesnego rozczarowania, zwłaszcza gdy nie udało się nam sięgnąć własnych ideałów i zrealizować zamierzeń. Wielu będzie powtarzać ze znudzeniem i zniecierpliwieniem: „I co dalej?”, jeśli udało nam się je osiągnąć i zrealizować. U wielu innych zaczyna się proces samodestrukcji – piją, łykają pigułki, za szybko prowadzą samochód lub świadomie próbują popełnić samobójstwo. Wielu z nas zazdrości w tym okresie młodszemu pokoleniu – nawet własnym, rozkwitającym teraz seksualnie, synom i córkom. Wielu dręczy poczucie winy z powodu popełnionego zła i zaniedbanego dobra. Albo ogarnia rozpacz; znaleźliśmy się w „głębi ciemnego lasu”, niepewni, czy kiedykolwiek odnajdziemy właściwą ścieżkę.

Psychoanalitycy przyznają, że nie potrafią dokładnie przewidzieć wszystkich reakcji na kryzys wieku średniego. Każdy człowiek posiada jakieś słabe i mocne strony. Jeśli jednak osiągamy ten zwrotny punkt w naszym życiu, nie rozwiązawszy wcześniej najważniejszych konfliktów albo nie ukończywszy wcześniejszej fazy rozwoju, istnieje – ich zdaniem – większe prawdopodobieństwo tego, że w naszych obecnych doświadczeniach powtórzą się lęki z przeszłości i dawne niewłaściwe rozwiązania. (…)

Jeżeli chodzi o naszą pracę, przyjdzie nam być może zaakceptować ze smutkiem ograniczenia i rozczarowania związane z naszymi osiągnięciami. Może się zdarzyć, że pragnąc uzyskać więcej satysfakcji zawodowej, porzucimy dawne zajęcie, by obrać zupełnie nową drogę kariery. I w sercu, i w kalendarzu mniej miejsca rezerwować będziemy na pracę, a więcej na swoje prywatne sprawy i na potrzeby lokalnej społeczności. Niektórzy, zrezygnowawszy częściowo z marzeń o władzy i sukcesie, mogą stać się na tyle wolni, by pomagać w karierze młodszym kolegom i stać się dla nich inspirującym oraz życzliwym nauczycielem i doradcą.

Zdarzyć się może i tak, że kobiety pracujące dotąd całe życie i nie rezygnujące z zawodu, nawet gdy wychowywały dzieci, także dokonają rewizji swojej kariery. Naukowcy nie mogą nam jeszcze powiedzieć zbyt wiele na ten temat, bowiem dla większości zamężnych kobiet z klasy średniej praca zarobkowa nie stanowiła przymusu. Ruch feministyczny radykalnie zmienił punkt widzenia na rolę kobiety i już w połowie lat siedemdziesiątych każda znana mi kobieta w wieku średnim snuła plany zawodowe lub powrotu do pracy po urodzeniu dziecka. U podłoża tego leżały przyczyny zarówno negatywne, na zasadzie: „Muszę mieć pracę, bo gdy spytają mnie na przyjęciu, kim jestem, nie będę wiedziała, co powiedzieć”, jak i pozytywne – kobiety czuły się społecznie uprawnione, a nawet przynaglane do tego, by dać pełniejsze ujście swym zdolnościom i kompetencjom.

Trzeba jednak dodać, że wielu mężów nie uważało powrotu żon do pracy za błogosławieństwo, a niektórzy nadal tak myślą. Co więcej, wielu mężów, których żony od niedawna pracują, czuje się opuszczonych i ma wrażenie, że nikt się o nich nie troszczy i że zostali odstawieni na boczny tor. „Równie dobrze mógłbym mieszkać z kolegą w akademiku” – skarżą się niektórzy z nich. „GDY ONA PRACUJE POZA DOMEM ON, W WOLNYM CZASIE, MOŻE CZUĆ SIĘ WYIZOLOWANY”, głosi nagłówek w „The Wall Street Journal”. Dzieje się tak dlatego, że w czasie, gdy wielu mężów zaczyna zwalniać tempo życia i koncentruje się na domu, uwaga ich żon kieruje się poza domowe ognisko i zaczynają się one skupiać na karierze zawodowej.

Psychologowie nazywają to zjawisko niezgodnością faz lub trajektorią kariery. Jak twierdzą naukowcy, zmiana stosunków między mężczyzną a kobietą wiąże się z tym, że kobiety w wieku średnim stają się bardziej męskie, mężczyźni zaś tracą częściowo swą agresywność i chęć osiągnięcia sukcesu i stają się pod wieloma względami bardziej „kobiecy”. Niezależnie od tego, czy żona podejmie pracę czy nie, to zachwianie równowagi płci może doprowadzić do ostrych napięć w małżeństwie. Z drugiej jednak strony, unifikacja biegunów naszej seksualności jest źródłem ogromnych korzyści dla nas i dla naszych związków. (…)

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. Wkroczyliśmy w jesień życia; wiosna i lato są już za nami. I – inaczej niż w kalendarzu – gdy dojdziemy do końca, nie będzie na nas czekał nowy początek.

Albowiem nie potrafimy także zatrzymać czasu. „Udało mi się pogodzić ze stratami wieku średniego, ale wylałam przy tym wiele łez – zwierzyła mi się niedawno pięćdziesięcioletnia przyjaciółka. – Jestem już dojrzała i wystarczająco przystosowana do tego, by darzyć sympatią okres życia, w którym się teraz znajduję. Chciałabym tylko, żeby jakieś nadziemskie moce pozwoliły mi pozostać już na zawsze na tym etapie”.

My wszyscy, którym udało się przeżyć kryzys wieku średniego, także bylibyśmy wdzięczni, gdybyśmy mogli „pozostać na tym etapie” teraz, gdy w dojrzały sposób patrzymy na świat, gdy płonie w nas zapał, przed nami nowe perspektywy, a wokół ludzie, których kochamy i praca, którą chcemy wykonać. Teraz, kiedy zostawiliśmy za sobą dawne „ja”, jeszcze bez zmarszczek i nieśmiertelni, sądzimy, że dość się już napracowaliśmy i chcielibyśmy skończyć już na zawsze z wyzbywaniem się, utratą i zostawianiem za sobą przeszłości.

Jednak to jeszcze nie koniec.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"