1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie chcę mieć dzieci, nie mam instynktu macierzyńskiego

Nie chcę mieć dzieci, nie mam instynktu macierzyńskiego

Podejście do kobiet, które nie chcą dziecka w naszym społeczeństwie jest wciąż dość
Podejście do kobiet, które nie chcą dziecka w naszym społeczeństwie jest wciąż dość "staroświeckie". (Fot. iStock)
Kobieta, która powie, że nie chce mieć dzieci, wciąż jest dziwadłem. Kiedy to wszystko powie mężczyzna – ujdzie, dziwi, ale nie oburza. Kobiecie – nie przystoi. A przecież to XXI wiek. Dlaczego tak się dzieje?

Kobieta, która powie, że nie chce mieć dziecka, wciąż jest dziwadłem. Kiedy to wszystko powie mężczyzna – ujdzie, dziwi, ale nie oburza. Brak instynktu macierzyńskiego kobiecie – nie przystoi. A przecież to XXI wiek. Dlaczego tak się dzieje?

Choć współczesna koncepcja kobiecości odbiega od tej, do której jesteśmy przywiązani, czyli głęboko zakorzenionej w religii i pochodzącej jeszcze z XIX wieku, to podejście do kobiety, która nie che dziecka w naszym społeczeństwie wciąż bywa dość „staroświeckie”. – Niegdyś kult prawdziwej kobiecości koncentrował się na takich cechach, jak pobożność, uległość czy domatorstwo. Tylko to mogło dać szczęście i nadawało sens życiu kobiety – tłumaczy dr Krystyna Doroszewicz, psycholożka z SWPS. – Ponadto w okresie zaborów, w czasach wojen matki Polki, rodząc i wychowując dzieci, wypełniały wręcz patriotyczny obowiązek. Czasy i otaczająca nas rzeczywistość bardzo się zmieniły, jednak wciąż, na szczęście już „tylko” w niektórych środowiskach, kobieta, która nie jest matką, postrzegana jest jako, mówiąc oględnie, nietypowa – dodaje.

Jesteś nam to winna obywatelko

– Wiem, że to stereotyp, już niemalże stały element dowcipów o teściowych i matkach, ale koszmarnie upierdliwe pytanie: „Kiedy będziesz miała dziecko, bo chcę być babcią?”, to naprawdę zmora bezdzietnych kobiet – opowiada Katarzyna. – Najgorsze nie było nawet to natręctwo, ale poczucie bycia niezrozumianą. To chyba naturalna potrzeba, że człowiek chciałby, żeby najbliższe mu osoby umiały zrozumieć i zaakceptować jego decyzję. By dawały prawo wyboru. Jeśli takie pytania padają od osób trzecich, to mnie nie dotyka. Myślę, że bardzo istotny jest fakt, co dla nas samych znaczy bycie kobietą, jak my tę kobiecość definiujemy. Dla mnie wyznacznikiem kobiecości nigdy nie było posiadanie dziecka, nie to mnie określa. Moja autodefinicja, moja wizja siebie nigdy nawet nie ocierały się o ten obszar. Nigdy nie widziałam siebie prowadzącej wózek. I chyba właśnie dlatego pytania: „Kiedy dziecko?”; „Dlaczego go nie masz?”, nie dotykają mnie do żywego – mówi Katarzyna.

– Pamiętam początek mojego małżeństwa i wizyty u teściowej – wspomina po latach Agnieszka. – Za każdym razem, kiedy przekraczałam próg domu, widziałam, że wzrok teściowej ląduje na moim brzuchu. Nie witała się ze mną, tylko z moim brzuchem: „A może już?”; „A może przytyła?”. Strasznie mnie to wkurzało. Nigdy się nie odezwałam, żałuję, dziś już na pewno nie milczałabym potulnie. I stanowcze zabranie głosu szczerze polecam innym kobietom, które mierzą się z taką „dyktaturą” – dodaje.

– Choć wiele się zmienia, wciąż żyjemy w bardzo patriarchalnym społeczeństwie – mówi Katarzyna. –  I w tym sensie czuję się naznaczona. Wartością nadrzędną jest posiadanie rodziny: męża i dzieci. Więc bywa, że czuję się dyskryminowana jako obywatelka. Szczególnie ostatnimi czasy, kiedy dyskurs społeczny silnie nakierowany jest właśnie na rodzinę – mówi Katarzyna.

Dlaczego komuś tak zależy na tym, żebym miała dzieci? – to pytanie, które często zadają sobie bezdzietne kobiety. Dlaczego kogoś to, do cholery, w ogóle interesuje? Niech każdy zajmie się swoimi sprawami, tak myślą. – To nie jest bez znaczenia, ile nas będzie – mówi dr Krystyna Doroszewicz. – Kwestia demografii to temat, którym wszyscy siłą rzeczy jesteśmy żywo zainteresowani. To istotne dla przetrwania gatunku, czyli to „wtrącanie się” w cudze życie ma z jednej strony takie wręcz atawistyczne korzenie, a z drugiej – to po prostu dbanie o własną… kieszeń. „Jeśli kobiety nie będą rodziły dzieci, nie będzie z czego wypłacać emerytur”, słyszymy wciąż. I ten przekaz podprogowo na nas oddziałuje. Zaczynamy czuć, że w naszym interesie jest  „pilnowanie” kobiet – sióstr i sąsiadek – by rodziły dzieci. Dajemy sobie więc prawo, często zapominając choćby o kulturze osobistej, nie wspominając już o takcie i wrażliwości, by ich bezdzietność nazywać zachowaniem egoistycznym – dodaje psycholożka.

Ocena przez pryzmat bycia matką

– W moim mikroświecie – czyli wśród przyjaciół – nie czuję żadnego naznaczenia – opowiada Katarzyna. –  Prawdopodobnie z tej prostej przyczyny, że wybrałam sobie ludzi, z którymi czuję się komfortowo. I tyle. Jeśli ktoś chce oceniać mnie, określać mnie przez pryzmat tego, czy jestem matką, nie będę spędzać z nim wieczorów i weekendów. Więc jest pewnie coś takiego, że kobiety bezdzietne muszą dokładniej selekcjonować grono ludzi, którymi się otaczają. Choć, oczywiście, mam świadomość, że patrzę na świat z perspektywy, jak ja to nazywam, sojowego latte i placu Zbawiciela, czyli Warszawy, tu z pewnością łatwiej jest być bezdzietną i mieć przyjaciół, którym to nie przeszkadza. Dalej od dużego miasta nie jest tak łatwo spotkać się z tolerancją.

Świat bez dzieci istnieje

– Wiem, że kobiety, które nie mają dzieci, słyszą, że są egoistkami. Mnie nigdy tego nikt nie powiedział, może dlatego, że bym sobie na to nie pozwoliła – mówi Katarzyna. – Jestem osobą, która od razu bardzo wyraźnie stawia granice. Kiedyś, wiele lat temu, usłyszałam w pracy skandaliczny tekst. Było wiele do zrobienia, ktoś musiał zostać „po godzinach” – i uznano, że to będę ja, bo „nie płaczą mi w domu dzieci”. Wściekłam się. Odpowiedziałam: „Zosi płaczą? Nie mam żadnych korzyści z tego, że Zosia ma dzieci, nie będę zatem ponosić także konsekwencji, że je ma”. Wychodzę z założenia, że dokładnie tak samo jak nie jest moją sprawą, że Zosia ma dzieci, tak samo nie jest Zosi sprawą, ani tym bardziej źródłem Zosi przywileju to, że ja ich nie mam – mówi Katarzyna. – Być może jest tak, że kobieta, która nie ma dzieci, musi być bardziej stanowcza – dodaje Agnieszka. – Ja mogę mieć i mam psa, z którym muszę wyjść na spacer, mogę mieć chorego męża albo po prostu bilety do teatru. Fakt, że komuś „płaczą w domu dzieci”, nie jest sensownym argumentem. Nie jest żadnym argumentem. Ja mogę zrobić komuś grzeczność, jeśli mnie o to poprosi, i akurat mam czas, ale nie będę robić niczego dlatego, że ktoś przykleja mi do czoła kartkę: „bezdzietna” – tłumaczy Katarzyna.

Bezdzietność może być wyborem

– Jeszcze bardziej niż to, że nie mam dzieci, oburzające jest dla ludzi, kiedy mówię, że dzieci nie lubię – opowiada Katarzyna. – Możesz powiedzieć, że nie lubisz zwierząt, nie wspierasz żadnych akcji charytatywnych, bo każda to złodziejstwo, że zdarza ci się wyrzucić śmieci do lasu, kiedy „nie masz innego wyjścia”. Możesz powiedzieć wszystko, ale kobieta, która powie, że nie lubi dzieci, że przeszkadza jej ich płacz, jest dziwadłem. Kiedy coś takiego powie mężczyzna – ujdzie – dziwi, ale nie oburza. Kobiecie – nie przystoi– tłumaczy się Katarzyna. – Kobiety, które nie mają dzieci, wciąż stanowią zdecydowaną mniejszość –  tłumaczy dr Krystyna Doroszewicz. – Są nietypowe, odbiegają od tej podstawowej roli związanej z płcią. Tu działa bardzo prosty mechanizm – coś, co jest nietypowe, przyciąga większą uwagę. Kobieta bezdzietna nie zlewa się z tłumem, więc to na niej koncentruje się uwaga otoczenia i to ona dostaje zdecydowanie więcej informacji zwrotnych. To coś, co nazwałabym efektem solisty – tłumaczy. – Chyba mam to szczęście, że nie mam problemu z odstawaniem od reszty – mówi Agnieszka. – Nie boję się być „inna” i myślę, że to bardzo pomaga w byciu bezdzietną.

Kobieta bezdzietna mówiąca o swojej wolności i niezależności, narażona jest na krzywdząca określenia, takie jak: egocentryczka, niezdolna do poświęceń. (Fot. iStock) Kobieta bezdzietna mówiąca o swojej wolności i niezależności, narażona jest na krzywdząca określenia, takie jak: egocentryczka, niezdolna do poświęceń. (Fot. iStock)

Ryby, dzieci i bezdzietne głosu nie mają!

Stereotyp zazwyczaj dzieli bezdzietne kobiety na dwie grupy: pokrzywdzone i egoistki. Wbrew pozorom przedstawicielki obu grup bywają w jakiś sposób niewygodne. Choć, oczywiście, wobec tych drugich społeczeństwo jest zdecydowanie bardziej surowe. – Myślę, że postawa wobec bezdzietnych kobiet zależy także od tego, jak one same tę kwestię przedstawiają światu – tłumaczy dr Krystyna Doroszewicz. – Są kobiety, które starają się wręcz epatować swoim wyborem nieposiadania dzieci. Bywa, że prowokują otoczenie, demonstrując swoją wolność, którą daje niebycie matką. Inne pokazują ciągle, że bardzo cierpią z powodu tego braku. Wciąż mówią o tym, że nie mogą mieć dziecka, zaglądają do każdego wózka, powtarzają, jak bardzo zazdroszczą matkom. Być może robią to nieświadomie, ale mogą wzbudzać tym dyskomfort u otoczenia. To uciążliwe, to może wzbudzać poczucie winy: no bo ja mogę mieć dzieci. Są i takie, które potrafią okazywać wręcz pogardę wobec problemów związanych z rodzicielstwem. Dla otoczenia wtórne znaczenie ma fakt, czy jest to jedynie zbroja, jakiś rodzaj mechanizmu obronnego, do którego ucieka się być może cierpiąca w głębi kobieta. Liczy się sygnał, który wysyła. Bywa przecież, że kobieta bezdzietna w gronie matek opowiada o swojej niczym nieskrępowanej wolności i niezależności, o tym, ile czasu poświęca na swoje pasje, fryzjera czy rozwój.  To wtedy najczęściej może paść pod jej adresem ten cały wachlarz nieprzyjemnych określeń: egocentryczka, zadufana w sobie, niezdolna do poświęceń czy nawet niezdolna do wyższych uczuć, bo przecież zdarzają się i takie niesprawiedliwe, krzywdzące opinie – opowiada psycholożka.

Ale bywa i tak, że bez żadnego epatowania kobieta słyszy na przykład: „Co ty w ogóle możesz wiedzieć o życiu, skoro nie jesteś matką?!”, czyli kompletne deprecjonowanie. – Pamiętam taką nieprzyjemną sytuację – opowiada Agnieszka. – Kończyłam szkolenie z NLP (Neurolingwistyczne Programowanie) i w ramach dyplomowego zaliczenia razem z koleżanką (która ma dzieci!) przygotowywałam pracę. Dotyczyła ona kobiet w ciąży i przygotowania do porodu. Opowiedziałam o tym mojej znajomej, a ona wręcz się oburzyła. Uznała, że jest nie do pomyślenia, że mogłam podjąć się pisania czegokolwiek na ten temat, skoro sama nie mam dzieci. Poczułam się, jakby ktoś wystawił mnie poza zbiór: ludzie. Są osoby, które mają taką dziwną przypadłość – możesz wypowiadać się na każdy temat, nawet taki, o którym masz blade pojęcie. Możesz komentować jakość występu śpiewaczki operowej, nie mając nawet minimum wiedzy na ten temat, ale jeśli chodzi o to, co choćby jedynie krąży wokół macierzyństwa, jeśli nie jesteś matką, nie wolno ci mieć żadnych przemyśleń, obserwacji. Nie masz prawa głosu – opowiada Agnieszka.

Instynkt macierzyński nie istnieje

– Uśmiecham się, kiedy pytają mnie o instynkt macierzyński, co się z nim stało, bo przecież: „każda kobieta go ma” – mówi Katarzyna. – Odpowiadam wtedy, w oparciu o moją wiedzę – jestem socjologiem – że instynkt macierzyński, taki jak my go dziś powszechnie rozumiemy, ludzkość „odkryła” w XIX wieku. Całkiem niedawno, prawda? Wcześniej kobiety oddawały dziecko po urodzeniu niańkom i jakoś nie miały owego instynktu. Ja nie mam instynktu macierzyńskiego. Dziwi mnie, że ktoś może mieć pomysł, żeby powiedzieć mi, co mam czuć. Ludzie wielokrotnie, szczególnie kobiety, próbowały mnie „nawracać”, bo „zbłądziłam”. Ja nigdy nie miałam nawet  pomysłu, by sugerować komuś, co ma czuć. Tymczasem mam czuć się gorsza, bo nie mam dziecka, albo mam czuć, że je chcę. Dziecko powinno być moim celem życiowym? – dziwi się Katarzyna. – Zawsze miałam wrażenie, że ludzie mi nie wierzą, kiedy zapytana o to, dlaczego nie jestem matką, odpowiadałam, że nie chcę mieć dzieci – mówi Agnieszka. – Ludzie zakładają, że kiedy kobieta nie ma dzieci, na pewno jest nieszczęśliwa, to bidulka pokrzywdzona przez los, i – to jasne – nie ma ich, bo nie może ich mieć, a ta wersja, że nie chce, to przykrywka, bo… przecież każda z nas o tym marzy. W rozmowach z ludźmi wyczuwam jeszcze jedno założenie, że to po mojej stronie leży powód tej „niemożności”. Zatem to z pewnością nie mężczyzna jest „niepełnowartościowy”, światło podejrzeń zawsze pada na kobietę. I zastanawia mnie coś jeszcze. Kiedyś pewna znajoma zapytała mnie: „Słuchaj, a co ze starością? Kto poda ci szklankę herbaty?”. Bardzo mnie to zdziwiło. To naprawdę po to niektóre kobiety mają dzieci, żeby one je potem obsługiwały? – pyta Agnieszka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak brak posiadania dziecka wpływa na psychikę ?

Decyzja „chcę być rodzicem” jest trudna, bo jest nieodwracalna. (Fot. iStock)
Decyzja „chcę być rodzicem” jest trudna, bo jest nieodwracalna. (Fot. iStock)
Biologicznie dosyć łatwo jest zostać rodzicem, psychologicznie zaś to niemałe wyzwanie. Najtrudniejsza dla naszej psychiki jest jednak niemożność posiadania dzieci, coraz częściej diagnozowana. O tym, w jakim stopniu bycie i niebycie rodzicem określa nas jako ludzi, z psychologiem i psychoterapeutą Pawłem Droździakiem, rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Problem niepłodności w Polsce rośnie z roku na rok. Jak się zmierzyć z perspektywą, że nie będzie się miało potomka?
Zanim porozmawiamy o tym, czym jest być rodzicem lub nim nie być, powinniśmy porozmawiać o przyczynach bezpłodności, bo one na przeżywanie tego faktu mają kolosalny wpływ. Inaczej będą przeżywać swoją trudność ci, na których poziom płodności wpływa stres, uniemożliwiający w ogóle normalne współżycie, a inaczej ci, którzy mają trwałą, mechaniczną lub biologiczną niezdolność. Zdiagnozowaną i znaną. Jeszcze inaczej przeżywać to będzie ktoś, komu żaden lekarz nie potrafi wskazać fizycznej przyczyny. Taka sytuacja bywa szczególnie trudna, bo otwiera drogę do wielu przemilczanych domysłów i samoobwiniania oraz obwiniania drugiej strony.

Co ciekawe, gdy człowiek dojrzewa, gdy jest młody, stara się raczej dowiedzieć, jak dziecka nie mieć. Podejmujemy w tym celu mnóstwo wysiłku i mamy na ten temat ogromną wiedzę. O wiele mniej jest jednak wiedzy, jak dziecko mieć, i problem ten ujawnia się często wówczas, gdy decydujemy się na ciążę. Dochodzi do tego dość częsta współcześnie ambiwalencja. Czy naprawdę chcemy mieć dziecko, czy tylko odkrywamy w którymś momencie, że jeśli nie teraz, to nigdy?

Dla niektórych kobiet posiadanie dziecka staje się celem życiowym, nawet gdy nie mają partnera – albo wręcz zwłaszcza wtedy. Chcą mieć „kogoś dla siebie”, kto by je kochał i kogo mogłyby one kochać.
Kłopot ze znalezieniem partnera gotowego naprawdę na stałe się związać – a tym przecież jest w dużej mierze decyzja o dziecku – ma coraz więcej kobiet. Mężczyźni coraz niechętniej rezygnują z tych wszystkich możliwości, jakie daje nowoczesna kultura. Im większą mają wolność wyboru, tym bardziej odwlekają moment, kiedy ta wolność wyboru zostanie nieodwracalnie ograniczona. Jest to więc poniekąd problem cywilizacyjny. Ale nawet w ramach tego trendu są pewne różnice indywidualne. Część kobiet w końcu tego partnera jednak znajdzie, nawet w czasach takich jak dzisiejsze, pozostałym się to nie udaje i najczęściej rodzi to frustrację. Trudno się dziwić, że po licznych niepowodzeniach niektóre kobiety decydują się w końcu zrezygnować całkiem ze współpracy z mężczyznami w tym zakresie. Stać za tym może pragnienie powołania do życia osoby, która będzie nas bezwarunkowo akceptować i nigdy nas nie opuści. W odróżnieniu od kapryśnych partnerów nie zawiedzie nas ani w żaden sposób nie zrani. To pragnienie, by móc być matką, nie załatwiwszy niczego wcześniej z ojcem, może wiązać się z jakąś urazą w stosunku do mężczyzn, która może mieć początek w nierozwiązanych problemach z własnym ojcem. Stąd pomysł, by ojciec nie musiał istnieć. Starczy matka i dziecko i niczego więcej nie potrzebują do szczęścia. I tak jest.

Relacja matki i dziecka to relacja pełna, w której obie strony mogą niczego więcej nie potrzebować od świata. Absolutna, niczym niezakłócona symbioza. Gdzie jest pułapka? No właśnie w tych słowach: „relacja matki i dziecka”. Bo przecież dziecko nie zawsze będzie dzieckiem. Dopóki dzieckiem pozostaje, nic takiego związku nie zakłóca. Kiedy jednak zaczyna dorastać, pojawia się problem i to bardzo poważny. Jeśli matka nie ma innego, własnego życia oprócz tego, które wprost wynika z bycia matką, dziecko żyje z długiem niemożliwym do spłacenia.

I nie może przestać być dzieckiem.
Nie może dorosnąć, odseparować się, bo wówczas ją zostawi. Syn nie może też stać się mężczyzną, bo czuje, że z męskością matka ma jakiś problem (nie ma przecież partnera, więc pewnie jakoś tej męskości syna także nie chce), a córka, nawiązując dobrą relację z mężczyzną, może mieć niepokój, czy nie zdradza matki i „linii żeńskiej”. Ojciec potrzebny jest w rozwoju dziecka głównie po to, by jakoś matkę sobą zaabsorbował na tyle, żeby symbioza matka–dziecko nie mogła stać się absolutna.

Z jakich powodów powinniśmy mieć dzieci, a z jakich je mamy? Oprócz podtrzymania gatunku.
Spełniony człowiek, jeśli ma dzieci, to ma je dlatego, że czuje się wpisany w rytm życia. Akceptuje swoich przodków i sam chce stać się czyimś przodkiem, bo czuje, że rodzina jest czymś dobrym i przekaz pokoleniowy niesie wartość. Ma dzieci, bo chce, żeby istniała przyszłość, w której kontynuowane będzie to, co on zna z przeszłości. Natomiast takie rozwiązania, by mieć dzieci po to, żeby nimi związać partnera, mieć dzieci po to, żeby mieć kogoś do kochania, lub mieć je po to, żeby już się poprzez nie stać dorosłym, albo żeby zdążyć, bo za chwilę już nie będzie można – to są próby załatwiania swoich problemów poprzez tworzenie nowego życia. Ale te problemy powrócą.

Biologicznie, na ogół, prosto jest rodzicem zostać, ale nie każdy jest do tej roli przygotowany.
Ja bym powiedział, że na bycie rodzicem w ogóle nie można być przygotowanym. Nawet jak się dzieci planuje. Tak jak nie można być przygotowanym na to, że pojawiają nam się zmarszczki. Teoretycznie można, ale praktycznie to rzadko jest ten właściwy moment. Często nadmiarowe dbanie o dzieci, nadmiarowy lęk o nie bierze się stąd, że tak naprawdę pragniemy ukoić niepokój o to, czy naprawdę chcemy być rodzicami.

I żeby się to nie wydało, tak o te dzieci dbamy?
Tak, bo pojawia się myśl: „To jest mała istotka, która mnie potrzebuje, a ja mam ochotę zająć się czymś całkiem innym. Może jestem niedobrą matką, złym ojcem?”. Jest w nas to pęknięcie. Musi być. Bo dzięki temu, że w XX wieku powstała antykoncepcja, poczuliśmy, że dana nam została władza i że to my możemy decydować. Ten wybór jest czymś, czego wcześniej nie było, i stąd pojawia się zupełnie nowa problematyka. Czy już dojrzeliśmy do bycia rodzicem, czy jeszcze nie? Po czym to poznać?

Jednak ludzie planują ciążę i cierpią, jak się nie udaje.
Planują, tak jak wszystko inne. Ale czy się uda właśnie wtedy? Im bardziej planują, tym bardziej może się nie udać… Pewnych rzeczy nie da się zaplanować. Po prostu się zdarzają. Planujemy karierę i czasem znika nam z oczu to, że życie nas powinno samo nieść. Decyzja „chcę być rodzicem” jest trudna, bo jest nieodwracalna. O ile ślub można anulować rozwodem, o tyle bycia rodzicem już nie, dlatego odwlekamy decyzję bez końca, żeby nie stracić tej kontroli.

A zegar biologiczny tyka. Dochodzi do tego presja – głównie rodziny, bo społecznie jest większe przyzwolenie, by żyć bezdzietnie, nawet w małżeństwie.

W niektórych krajach powstaje nowa świadomość oparta na tym, że można zdecydować: „Nie chcę mieć dzieci”. Takiego przyzwolenia nigdy wcześniej w historii nie było, tej świadomości podmiotu, który mówi: „Nie dam się biologii, nie dam się kulturze, nie dam się nikomu. Ja decyduję”. To jest coś niezwykle wyzwalającego, taka idea, że człowiek może się całkowicie wyłamać z tej powtarzalności, oczywistości kolejnych pokoleń. Stać się myślącą indywidualnością, która żyje na własny sposób. Sama sobie wyznacza standardy. Jeśli nie określam się poprzez ślub i dzieci, to co ma mnie określać? Kim jestem? Czego chcę ja, a czego chcą inni ode mnie? Co jest zwyczajowe, a co moje własne? Tylko jednostkowe

Równie ważne jest pytanie o sens i wartość życia, kiedy pomimo że pragniemy zostać rodzicami, być nimi nie możemy. Jak pogodzić się z takim brakiem?
To jest tak naprawdę pytanie o to, co ma określać naszą tożsamość. Czy sprostanie społecznemu wymaganiu? Czy bycie takim,  jak przodkowie? Czy może właśnie coś innego? Ludzie bardzo często próbują sobie odpowiedzieć na pytanie o to, kim są, jakie jest ich miejsce w świecie, przez przyjęcie pewnych zewnętrznych zwyczajowych kategorii. „Jestem już mężatką, jestem już magistrem, już mam dziecko, już mam pracę…”. Zwykle okazuje się, że kiedy spełnimy te warunki i zmieścimy się w normie, to jednak dalej czujemy się zagubieni. Stąd ten szok – sądziłem, że jak zostanę rodzicem, to zacznę wiedzieć, jak żyć. No i jestem rodzicem, a dalej wiem tyle samo. Nic zewnętrznego mi na to pytanie odpowiedzieć nie może.

Każdy człowiek snuje swoją indywidualną opowieść i nie ma żadnych uniwersalnych prawd, co powinno dziać się w „przeciętnym” umyśle. Jedni nie będą mieć problemu z adopcją dziecka i kochać je będą jak własne, inni nigdy w życiu nie pogodzą się z tym, że nie zostali biologicznymi rodzicami. Adopcja może, ale nie musi być rozwiązaniem, bo nie jest łatwo zastąpić jakiś brak poprzez wypełnienie go czymś innym. To jest współczesna baśń o człowieku, który myśli, że jest nieskończenie wolnym kreatorem swojego życia i może stwarzać sobie świat, jak tylko chce, w każdym momencie.

A nie może.
No nie.

  1. Psychologia

Czy można zmienić swój charakter w dorosłym życiu? Na czym polega jego siła?

Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Nasza odporność psychiczna w dużej mierze zależy od charakteru. (fot. iStock)
Czy można zmienić charakter? Psychologia dowodzi, że w dojrzałym wieku to trudne. Ale z pewnością można wzmacniać jego mocne strony. Na czym polega związek między emocjonalnością a silnym charakterem – wyjaśnia neuropsycholog Daniel Jerzy Żyżniewski. 

Jak bardzo mózg wpływa na to, jaki mamy charakter?
Raczej to, jak kształtowany jest charakter, wpływa na mózg. Charakter to składnik naszego wnętrza, bardziej podstawowy niż osobowość. Są 24 składniki wytrzymałościowe charakteru zwane mocnymi stronami, zgrupowane w sześć tzw. Zalet charakteru, zwanych cnotami. Opisali je Christopher Peterson i Martin Seligman oraz David Goldberg. Są to: Mądrość (albo Wiedza), Odwaga, Człowieczeństwo (albo Humanitaryzm), Umiar (inaczej Powściągliwość), Sprawiedliwość i Transcendencja. Każdy ze składników rozwija się w zależności od indywidualnego doświadczenia, tworząc zróżnicowane konfiguracje, które wiążą się również z aktywnością naszego mózgu. Czy charakter będzie słaby, czy silny, czyli z prawidłowo wykształconymi wszystkimi mocnymi stronami – zależy od wpływu środowiska. A to ważne, bo charakter tworzy tzw. odporność psychiczną.

Mocne strony charakteru

  • Mądrość: kreatywność, ciekawość, uczenie się, otwartość umysłu, perspektywa;
  • Odwaga: waleczność, wytrwałość, witalność, spójność;
  • Człowieczeństwo: zdolność do kochania, życzliwość, inteligencja społeczna;
  • Umiar: przebaczenie, pokora, roztropność, samoregulacja;
  • Sprawiedliwość: uczciwość, przywództwo, zespołowość;
  • Transcendencja: wdzięczność, docenianie piękna, nadzieja, duchowość, poczucie humoru.

Od kiedy zaczynamy kształtować nasz charakter?
Etap od narodzin do około szóstego roku życia jest decydujący dla rozwoju zdolności regulowania własnych emocji, a to wpływa na charakter. Uczymy się tego, obserwując i naśladując reakcje najbliższych opiekunów. Mogą oni reagować destrukcyjnie na to, co czują, i na przykład deprecjonować siebie lub innych albo wchodzić w tryb pretensji wobec życia i ludzi, czyli przejawiać negatywne schematy przeżywania siebie i świata. Mogą też, mimo rosnącej amplitudy emocji, sięgać po konstruktywne reagowanie. Przykładowo w destrukcyjnym reagowaniu wyłaniają się schematy typu: „ten, kto się boi, jest tchórzem, a kto płacze, jest słaby”. Natomiast w konstruktywnym reagowaniu emocje traktuje się niepiętnująco, jako zupełnie naturalne, a ich dynamika oraz skutki zależą od tego, kto ich doświadcza. Obserwacja emocjonalności opiekunów w połączeniu z komunikatami na temat siebie, ludzi, świata, życia, które oni generują, wpływa na kształtowanie się charakteru poprzez podstawowy mechanizm związany z emocjami, tzw. afekt.

Czym jest afekt?
Jest to siła, tempo i czas trwania pobudzenia psychofizjologicznego w związku z emocją. Afekt trwa krótko: narasta, osiąga szczyt, opada, więc i emocje są krótkotrwałe. Tylko że afekt jest stymulowany reakcjami innych ludzi, w tym ich własnym afektem. Może więc szybko narastać, szybko osiągać szczyt, ale wolno opadać. Wtedy pojawiają się impulsywność i trudności z uspokojeniem się. Może to oznaczać trudności ze świadomym doświadczaniem emocji, a na tej bazie pojawia się dodatkowy niepokój, co nasila rozregulowanie emocjonalne. To utrudnia rozwój silnego charakteru, a więc odporności psychicznej.

A jakie konkretnie czynniki mogą zakłócić rozwój silnego charakteru?
Po pierwsze, wychowanie w rodzinie i w szkole, w którym regularnie stosuje się kary, a nagrody – sporadycznie. Gorzej, gdy karanie jest nieadekwatne i z zaskoczenia – impulsywne. A jeśli kary są sporadyczne, charakter osłabia brak nagród (niezauważanie, ignorowanie). Taki negatywny bilans skutkuje tym, że „ja” danej osoby silnie koncentruje się na oczekiwaniach innych ludzi. Własne poczucie bezpieczeństwa staje się bardziej zależne od czynników zewnętrznych. To mocno ogranicza zdolność samodzielnego myślenia. Człowiek samodzielny wewnętrznie może trafnie określać emocjonalność zarówno własną, jak i drugiego człowieka. Dzięki temu łatwiej dbać o własne i cudze emocje, bez konieczności ulegania lub dominowania w relacji z drugim człowiekiem.

To silny charakter odpowiada za zdolność trafnego rozpoznania swoich myśli i umiejętność ich wyrażania?
Tak, a zwłaszcza jedna z jego mocnych stron – spójność wewnętrzna, nazywana Koherencją (albo Autentycznością). To składnik cnoty Odwagi. Jeśli będzie ona rozwijać się słabo, stracą także inne aspekty charakteru zgrupowane w Odwadze: Wytrwałość (albo Zaradność, Pracowitość), Waleczność (albo Dzielność) i Witalność (czyli Zapał). Dzieci mają w sobie dużą witalność, czyli spontaniczną chęć życia, niezależnie od biegu zdarzeń, ale jest ona zniekształcana systemem kar, zachęcaniem do rywalizacji zamiast kooperacji, różnicowaniem na lepszych i gorszych poprzez ocenianie i krytykowanie. To główne czynniki osłabiające charakter. To, jak ukształtowany w ten sposób człowiek ocenia siebie, jest zdominowane przez reakcje i oceny innych ludzi. Ciągle myśli się o innych ludziach i ich oczekiwaniach.

Wydawałoby się, że zorientowanie na innych ludzi to dobra postawa...
W tym wypadku chodzi o brak wewnętrznie stabilnego „ja”, które uniemożliwia rozpoznanie, co narusza, a co nie narusza nasze wzajemne granice emocjonalne. Gdy wewnętrzne „ja” osoby utożsamiane jest z zewnętrznymi oczekiwaniami, to taki człowiek nie jest wcale bardziej uważny na własne i cudze uczucia, tylko kontroluje swoje reakcje, by wpisać się w schematy bycia takim, jakim powinien być według innych. To braki związane z niestabilnym „ja” tworzą postawę wrogości i agresji wobec siebie oraz innych, co może być nieuświadomione, ale przejawiać się w reakcjach i zachowaniu. Trudno wtedy rozwijać kolejną cnotę – Człowieczeństwa (czyli: Zdolność do kochania; spontaniczną Życzliwość, również wobec nieznanych osób, oraz Inteligencję społeczną). Wtedy reaguje się w czarno-biały sposób, awersją, a nawet wrogością. Siła jest wtedy utożsamiana z dominacją.

Czy to wpływa na inne składowe charakteru?
Tak, przy słabo rozwijanej Odwadze i Człowieczeństwie nie może rozwijać się prawidłowo cnota Sprawiedliwości, czyli poczucie, że zaangażowanie społeczne polega na codziennym dbaniu o siebie nawzajem i przestrzeń wspólnego życia. Nie jest to więc narzucanie reguł, na przykład większości wobec mniejszości. Dlatego w Sprawiedliwości kluczowe jest odruchowe myślenie, że wszyscy ludzie powinni mieć równe prawa, do czego trzeba dobrze rozwiniętej składowej zwanej Równością (albo Uczciwością). Sprawiedliwość to również skłonność do brania spraw w swoje ręce, tzw. Przywódczość – nie tylko gdy jest to w naszym interesie, ale ze świadomością, że wiele aspektów codzienności to wspólne społeczne dobro. Postawy autorytarne poważnie zakłócają rozwój Sprawiedliwości.

A jak przejawia się siła charakteru?
Choćby w cnocie Mądrości, na przykład odruchem zadawania sobie w różnych sytuacjach pytania o to, co mogę zrobić innego niż dotychczas, innego niż każą, proponują ludzie wokół. To składnik Mądrości nazywany Otwartością umysłową. Dzięki temu trenuje się inny jej składnik – Zaciekawienie, i jeszcze kolejny – Kreatywność. A to jest konieczne do rozwoju następnego składnika Mądrości, którym jest Chęć uczenia się. Gdy człowiek lubi się uczyć i częściej doświadcza wsparcia płynącego z kooperacji zamiast zagrożenia płynącego z rywalizacji, to jest bardziej odporny psychicznie. Dzięki temu powstaje tzw. Szeroki horyzont umysłowy – kolejna mocna strona charakteru i składowa Mądrości. To sprzyja myśleniu o przyszłości, że będzie lepsza, nie dlatego, że zdarzy się cud, tylko dlatego, że można mieć na nią choćby częściowy wpływ. W efekcie łatwiej jest uchronić się w przeżywaniu porażki i przed depresją w obliczu życiowych potknięć.

Co jeszcze tworzy charakter?
Cnota Umiaru (albo Powściągliwości) niesie ze sobą składnik Wielkoduszności (albo Wybaczania), czyli odruch pochylania się nad słabszym w jego krzywdzie i odruch wybaczania krzywdy. Inne składowe Umiaru to Skromność (albo Pokora), czyli wewnętrzna zgoda na to, że drugi człowiek ma prawo do swojej odrębności odczuwania, reagowania, zachowania. W cnocie Umiaru jest jeszcze Samoregulacja, czyli uważność no to, co czuję i robię, przy jednoczesnej uważności na to, co czuje i robi drugi człowiek. Ostatnia grupa mocnych stron charakteru jest w cnocie Transcendencji. Należy do niej spontaniczna Wdzięczność, uważność na pozytywne aspekty codzienności nazywana Docenianiem piękna, a także Nadzieja, czyli traktowanie przyszłości poprzez możliwości, a nie ograniczenia. W tej grupie jest też Poczucie humoru rozumiane jako skłonność do spontanicznej reakcji na dowcipy, które swoją treścią nie naruszają granic innych, oraz dostrzeganie pozytywów rozmaitych zdarzeń. I wreszcie Duchowość definiowana jako własny wewnętrzny system wartości stosowanych, by doświadczać na przykład pocieszenia oraz umieć je okazać innym.

Wróćmy jeszcze do czynników kształtujących charakter…
To przede wszystkim wymuszanie przemocą i krytykowanie, gdyż wywołuje reakcje obronne bezpośrednio w mózgu. Te natomiast zakłócają afekt: napięcie gwałtownie rośnie, zbyt długo pozostaje nasilone i powoli opada, i jest ciągle stymulowane do kolejnych skoków w podobnym schemacie. Dynamika reakcji obronnych wiąże się z podziałem dróg emocjonalnych w mózgu na niską i wysoką. Na drodze niskiej dominuje ciało migdałowate, które jest przedsionkiem do emocjonalności, to tam jest epicentrum reakcji obronnych. Są bardzo szybkie, łatwo osiągają parametry wysokiego pobudzenia i dają wyraźne objawy fizjologiczne, takie jak pocenie się, rosnący puls, drżenie kończyn czy wiele innych. W rezultacie reakcje obronne mogą być stymulowane bez przerwy, a mimo to można mieć trudność w uświadomieniu sobie, o którą emocję chodzi. Do tego potrzeba drogi wysokiej, którą tworzą tzw. ośrodki korowe mózgu. Ich aktywność wiąże się ze świadomością zmieniającego się napięcia. Dzięki niej pojawiają się złożone myśli towarzyszące napięciu. Ośrodki korowe są niezbędne, by umieć nazwać to, co się czuje. Tymczasem przemoc i krytykowanie tak silnie stymulują drogę niską, że ten wzorzec wysokiego pobudzenia obronnego utrwala się i poważnie utrudnia dostęp do pełnej świadomości tego, co się czuje, a zatem i do panowania nad tymi reakcjami.

Kiedy kończy się kształtowanie charakteru?
Najważniejszy dla kształtowania charakteru jest okres rozwojowy, który trwa do około 20.–25. Roku życia. Nabyte wzorce zachowania znajdują wtedy swoje odzwierciedlenie w równowadze neurochemicznej i w fizjologii. Jeśli więc jest się silnie stymulowanym ciągłym krytykowaniem i karaniem, to regularnie wywoływany jest w organizmie wzrost adrenaliny i kortyzolu, a spadek serotoniny, dopaminy, acetylocholiny. To trwała skłonność do reagowania niepokojem i awersją, nawet gdy jest spokojnie. Ludzie tak ukształtowani nietrafnie określają, co czują, i mylą się również, określając, co czuje drugi człowiek. Wzorce powstałe w okresie rozwojowym są silne i trudno je zmienić, ale można je przeciwważyć, rozwijając słabe aspekty charakteru.

Co więc możemy zrobić, jeśli zależy nam na zmianie postaw?
Przede wszystkim nie robić tego, co osłabia charakter, a więc zrezygnować z reagowania z poziomu władzy na rzecz partnerskiego. Uczyć się emocjonalności własnej oraz innych ludzi. Ćwiczyć się w odróżnianiu opinii od faktów i w nieocenianiu na podstawie opinii. Starać się rozumieć różnice między ludźmi, a jeśli trudno jest je zrozumieć, to przynajmniej akceptować ich istnienie. Współpracować, a nie rywalizować. Uwrażliwiać się na krzywdę – nie tylko własną, ale również innych ludzi, także tych daleko poza naszym bezpośrednim zasięgiem. Każdego dnia być bezinteresownie życzliwym wobec różnych osób. No i przebywać w mocno zróżnicowanym środowisku – wtedy uczymy się nowych strategii reagowania i zachowania, co rozwija siłę charakteru lub przeciwważy jego słabości. W ten sposób wydeptujemy nowe ścieżki neuronalne. Mózg jest plastyczny przez całe życie, więc taki trening daje efekty.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Byłam chora z miłości

Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. (Fot. iStock)
Uzależniająca relacja, obsesja na punkcie byłego partnera, myśli samobójcze. Jak wyrwać się ze spirali cierpienia? Docierając do traum dzieciństwa. Przypadek Heleny komentuje coach Beata Markowska.

Związek z Piotrem Helena traktowała najpoważniej na świecie. Wewnętrzny głos szeptał jej, że to miłość życia. Ten, któremu chce urodzić dzieci i którego będzie nazywać „mężem”. Jej umysł wyreżyserował w szczegółach scenariusz, pozostało go tylko zrealizować. Przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Nieistotne było to, że Piotr otwarcie mówił, że pchanie wózka w sobotnie przedpołudnia wcale go nie interesuje, że woli przeznaczyć go na unoszenie się nad ziemią na paralotni. Jeszcze bardziej pochłaniała go błyskotliwa kariera i podróże do Ameryki Południowej. Helena uważała jego pasje za dopust boży oraz nieszkodliwe fanaberie, które miną jak katar, gdy za niego wyjdzie.

Minęły trzy lata ich wspólnego pożycia, Helena skończyła 35 lat. Usłyszała nie tyle nawet tykanie biologicznego zegara, co jego głośno nastawiony budzik. Żeby osiągnąć swój cel, czyli stanąć na ślubnym kobiercu i zostać matką, postanowiła działać. Jak?

– Jeszcze bardziej się poświęcać – wspomina. – Ubierałam się w stonowane kolory, bo kiedyś wspomniał, że tak lubi. Wydawało mi się, że jak będę piękna, miła, dobra, urocza – nasza miłość będzie kwitła. Zasłużę sobie na szczęście. Wypracuję je sobie.

Beata Markowska: Kobiety często łudzą się, że zmienią mężczyznę, że będą tą pierwszą, która go „uratuje”, uwolni od używek, nadmiaru pracy, egocentryzmu, introwertyzmu i wielu innych przywar. Nie chcą zobaczyć w nim człowieka z krwi i kości, ponieważ nie pasowałby do mitu, który stworzyły. Podobnie postępuje Helena. Jak długo będzie żyła w swojej iluzji, tak długo będzie doznawać rozczarowań. Czasem takie kobiety wywierają emocjonalny szantaż na partnerze, po to, żeby osiągnąć swój cel. I czasem im się udaje. Nie oznacza to jednak udanego związku.

Rada: Słuchaj uważnie partnera, gdy mówi o tym, co jest dla niego ważne. Jeśli wasze priorytety i plany życiowe znacznie się różnią, nie licz na to, że uda ci się go przekonać do zmiany zdania. Jeżeli kompromis nie jest możliwy, rozejrzyj się za kimś, kto zmierza w podobnym kierunku.

Dla niego wszystko, co najlepsze

Piotr wracał późno z pracy, nigdy przed dwudziestą. Helena czekała na niego z ciepłą kolacją, pamiętała też, by w domu zawsze był budyń, koniecznie śmietankowy. Piotrowi kojarzył się z dzieciństwem, ciepłem i bezpieczeństwem. A Helena chciała, żeby ukochanemu było jak najlepiej. Pytała: „Jak minął ci dzień? Co nowego w pracy?”. I Piotr opowiadał. A ona słuchała i nie mogła wyjść nad nim z podziwu.

B.M.: Helena wybrała tzw. strategię idealnej partnerki. Wszystkie jej działania zmierzały do tego, żeby pokazać, że jest najlepsza, najbardziej atrakcyjna, potrafiąca zadbać o mężczyznę, gotować mu, wspierać i słuchać. Chciała uzależnić partnera od siebie. Spełnianie jego nawet niewypowiedzianych pragnień dawało jej złudne poczucie kontroli nad sytuacją. Co więcej, Helena – świadoma tego czy nie – weszła w rolę matki Piotra. Taki związek gwarantuje wprawdzie partnerowi wygodę, ale mężczyzna jest przecież typem łowcy.

Rada: W związku bądź partnerką, nie staraj się wcielać w inne role. A jeśli już to robisz, bądź tego świadoma, po to, żebyś nie zapomniała, jaka jesteś i przede wszystkim – kim naprawdę jesteś. Ktoś, kto traci swoją tożsamość, indywidualizm, przestaje być dla drugiej osoby atrakcyjny.

Nagle w ich związku zaczęły się niesnaski i drobne zgrzyty. – Niby wszystko było w porządku – opowiada Helena. – Czułam jednak, że Piotr oddala się. Mimo to nadal się bardzo starałam. Oprócz gotowania budyniu, wymyślałam też różne rozrywki. Polecieliśmy nawet na Wyspy Kanaryjskie w środku zimy, ale Piotr przez cały czas był jakiś marudny: nie podobał mu się hotel, jedzenie nie smakowało. Wróciliśmy zmęczeni.

Po powrocie narzekał coraz częściej, zwłaszcza na kuchnię Heleny, więc zaczęła popłakiwać po kątach. Gdy napomknęła, że jej przyjaciółka, Miśka zaszła już w drugą ciążę, kiedy oni nic, Piotr wykrzyczał, że przecież jej mówił, że nie chce rodziny i że ma kłopoty w pracy. Często rozmawiali o jego okropnej szefowej. Wstrętne babsko ciągle podnosiło mu w pracy poprzeczkę, namawiało do wyzwań i było kłótliwe. Helena zawsze brała stronę Piotra i podsuwała mu argumenty do dyskusji z nią. Nie wiedziała, że w rzeczywistości jej mąż ma z szefową romans.

B.M.: Nawet najlepszy budyń na świecie w zbyt dużych ilościach potrafi zemdlić. Każdego. Helena przyzwyczaiła Piotra, a przede wszystkim siebie, do tego, że jest zawsze miła, dobra, nadskakująca, kochająca, zgodna… W relacji z nią Piotr stawał się nudnym pantoflarzem, a wcale go w sobie nie lubił. Każdy z nas ma w sobie ciemną stronę, która musi być w jakiś sposób odkryta i dopełniana. Helena sądziła, że prezentując tylko jasną część, uszczęśliwi Piotra, tymczasem on potrzebował zrównoważyć nadmiar spokoju i bezpieczeństwa czymś z przeciwległego bieguna. To oferowała mu relacja z szefową. Ognista, realizowana w ukryciu. Ta część osobowości Piotra, która lubiła ryzyko i wyzwania, mogła dojść do głosu przy kochance.

Rada: Nie bój się pokazywać partnerowi swojej „gorszej” strony – nie zgadzać się z nim, od czasu do czasu pokłócić, ujawnić swoją słabość. To tylko wzmocni waszą relację i ją ugruntuje. Gdy zdarzy się, że jakaś stłumiona część twojej tożsamości ujawni się w sposób gwałtowny, po latach bycia „uporządkowaną księgową”, nie wstydź się tego, tylko świadomie postaraj się tę nową jakość dopełnić. Jeśli jej źródłem jest jakiś brak – spróbuj go wypełnić, jeśli traumatyczne wspomnienie – przepracować. Inaczej stłumiony aspekt może poczynić w twoim życiu naprawdę sporo szkód.

On odchodzi

– Zorientowałam się, że z Piotrem coraz rzadziej się kochamy – wyznaje Helena. – Pomyślałam, że może za mało dbam o siebie, że dawno nie kupiłam sobie nowej bielizny. Kiedyś było nam w łóżku super. Może wystarczy trochę zadbać o klimat i to wróci?

Jak pomyślała, tak zrobiła. Sporą część pensji wydała w sklepie z ekskluzywną bielizną. Wieczorem długo czekała na Piotra, ale on się spóźniał. W końcu zasnęła. Rano, widząc go śpiącego obok siebie, wybuchnęła płaczem. Ze łzami wyrzuciła mu, że już się nie kochają, że właściwie nie ma go w domu, że jest mu wszystko jedno, co robi . Ku jej zaskoczeniu Piotr równie podniesionym głosem oznajmił jej, że owszem, nie ma go w domu, bo woli być poza nim. Że coś się wypaliło, zabrakło chemii. Że ma dosyć nudnego życia z nią, że się dusi w tym związku. I odchodzi. Ma nawet upatrzone mieszkanie do wynajęcia. I wyszedł.

B.M.: Relacja z szefową obudziła w Piotrze tęsknotę za czymś szalonym i nieprzewidywalnym. Trudno go obwiniać za to, że poszedł za głosem stłumionej natury. Gdyby Helena pozwoliła sobie być bardziej różnorodna, zmuszała go czasem do wysiłku, konfrontacji, wówczas część Piotra, która łaknie przygód, zostałaby usatysfakcjonowana. Uwalniając dzikość, którą nosi w sobie każda kobieta, Helena mogłaby poczuć się bardziej sobą, co przełożyłoby się pozytywnie nie tylko na relacje, ale też na inne dziedziny życia.

Rada: Gdy w związku pojawi się kryzys, nie próbuj tych samych metod, co zwykle. Zmień postawę. Jeśli do tej pory byłaś uległa – zbuntuj się, gdy byłaś przede wszystkim egocentryczna, poszukaj w sobie altruistki.

„Nie mogę się z tym pogodzić”

Zrozpaczona Helena wydzwaniała do Piotra i błagała, by wrócił. Próbował ją pocieszać, że jeszcze wszystko będzie dobrze, że jeszcze ułoży sobie z kimś życie. Mówił, że gdyby wrócił, powodowałaby nim jedynie litość. A to by było nie fair, także w stosunku do niej. W końcu przestał odbierać od niej telefony.

Helena zaczęła szukać wsparcia u przyjaciółek. Opowiadała, jaki Piotr jest zły, że ją zostawił. Jak tak mógł, tak nagle. Potem wychwalała go, wspominała, jak im było dobrze. Bezustannie analizowała ich wspólną przeszłość. Przyjaciółki powiedziały: „dość”. Helena postanowiła więc nawiązać kontakt ze znajomymi Piotra. Poprzez nich dążyła do kontaktu z dawnym ukochanym. Chciała, żeby wiedział, co się z nią dzieje. Łudziła się, że on też o niej myśli i tęskni, że żałuje odejścia. Gdy była w kinie, wyobrażała sobie, że on siedzi obok niej. Nie rozstawała się z telefonem, co chwilę sprawdzała, czy aby się nie odezwał.

– Nie potrafiłam pogodzić się z tym, że moje marzenia o idealnym związku i rodzinie pękły jak bańka mydlana – mówi Helena.

Przyczyny rozpadu związku nie widziała w sobie, tylko na zewnątrz. Wydawało jej się, że tu tkwi klucz do zagadki, jak odzyskać Piotra. I przypomniała sobie, że na jakiejś imprezie Piotr tańczył z Joanną, koleżanką z pracy. A po trzech wspólnych tańcach przyniósł jej kieliszek wina. Tak, musiał mieć z nią romans!

Helena zaaranżowała spotkanie w większym gronie znajomych, na które zaprosiła Joannę. Wypytała ją o Piotra. Jedno ciepłe zdanie o nim upewniło Helenę o ich zażyłości. Zrozpaczona zaczęła nękać ją telefonami. Krzyczała, żeby zostawiła w spokoju jej mężczyznę, że jest szmatą, że zniszczyła im życie.

B.M.: Uzależnienie od partnera jest tym większe, im większy był wkład własny w związek. Posługując się metaforą biznesową: jeśli dużo inwestujemy, a mało dostajemy na bieżąco – żal nam wycofać się z interesu, bo wciąż liczymy, że może tak zmieni się koniunktura, żeby wreszcie odbierzemy to, co włożyliśmy. Gdyby Helena była sobą w tym związku, gdyby dbała o swoje potrzeby – dużo szybciej pozbierałaby się po rozpadzie relacji. Druga sprawa to jej silne uzależnienie od partnera i gwałtowność reakcji wobec kobiety, którą posądzała o romans z Piotrem. Jeśli osoba zwykle tłamsząca własną złość czy frustrację, nagle straci nad sobą kontrolę, może ujawnić ukrywane wcześniej cechy i to w przerysowanej formie. Staje się wówczas agresywna, używa wulgaryzmów, manipuluje, grozi. To stało się udziałem Heleny.

Rada: W relacji miłosnej zawsze dbaj o swoje potrzeby. W razie rozstania nie pozostaniesz z niczym, poza tym zmniejszasz ryzyko wpadnięcia w obsesję i spiralę cierpienia.

„Odkręcę gaz”

Joanna poprosiła Piotra, żeby interweniował. Gdy zadzwonił, Helena była zachwycona. Osiągnęła cel, zainteresował się nią. Szybko pobiegła do fryzjera ufarbować włosy na nowy kolor. Spotkali się w restauracji. Helena wszystkiego się wyparła, ale Piotr jej nie uwierzył. Znów przestał odpowiadać na jej esemesy, więc wydzwaniała do Joanny. Wreszcie w przykrych i stanowczych słowach powiedział, że nie chce jej znać. Wtedy palnęła, że popełni samobójstwo.

– Naprawdę myślałam, by odkręcić gaz – mówi Helena. – I wyobrażałam sobie, jak Piotr mnie ratuje. Dziś wiem, że było ze mną naprawdę źle. Nie chcę nawet myśleć, co mogłoby się stać, gdyby Piotr nie skontaktował się z moją mamą i nie opowiedział, co się ze mną dzieje.

Matka namówiła Helenę na terapię. Zaczęły więcej ze sobą rozmawiać o przeszłości. Związek rodziców nie był udany, ojciec – wpatrzony w żonę, jednocześnie oplatał ją jak bluszcz. Ona nie mogła znieść jego uległości, stawała się coraz bardziej apodyktyczna i bezlitosna. Kiedy się rozstali, Helena miała 16 lat. Przeżyła to boleśnie, zwłaszcza, że zawsze była córeczką tatusia. Kilka lat potem ojciec zmarł na raka.

B.M.: Postawa i problemy Heleny wiązały się z dawnymi relacjami w jej rodzinnym domu. W swoim dorosłym związku chciała być inną kobietą niż jej mama. Obsesyjnie wręcz zabiegała o zadowolenie Piotra, chcąc w ten sposób zrekompensować braki emocjonalne, jakich doświadczał jej ojciec. Rozwój emocjonalny Heleny doznał głębokiego uszczerbku w wieku dziecięcym. Nie mając pozytywnego wzorca, stworzyła sobie iluzję szczęśliwego związku, gdzie kobieta obdarza mężczyznę miłością absolutną, a potem żyją długo i szczęśliwie. Piotr był w tej bajce księciem.

Odgrywanie ojca

– Zaczęłyśmy z mamą lepiej się poznawać – mówi Helena. – Dowiedziałam się, że zanim wyszła za ojca, przeżyła nieszczęśliwą miłość. Została porzucona, ojciec ją pocieszał i tak zostali razem. Nie kochała go. Nagle zobaczyłam ją w innym świetle, jako słabą kobietę, która cierpiała. Przestała być katem ukochanego tatusia. Zrozumiałam, że w relacji z Piotrem weszłam w rolę ojca, manipulowałam nim poprzez uległość. Kogoś takiego trudno zostawić.

Konfrontacja z matką dała Helenie poczucie wewnętrznej siły. Wyszła z roli małej, urażonej, zalęknionej dziewczynki. Zaczęła się zmieniać. Inaczej się ubierała, przemalowała mieszkanie, wyrzuciła pamiątki po Piotrze. Nie od razu zniknął z jej serca, ale wreszcie zaczęła zajmować się sobą. Na służbowym wyjeździe integracyjnym, gdy przechodziła przez most linowy, odkryła, że nie ma lęku wysokości. Poczuła ogromną frajdę. Tak dużą, że wkrótce spróbowała skoków ze spadochronem. Tego było jej trzeba. W powietrzu poczuła się wreszcie wolna, silna, odważna, wreszcie była „nad”, nie „pod”.

Z kolegą ze zjazdów spadochronowych połączyła ją na początku przyjaźń, potem seks. Rafał był uroczym mężczyzną i miał niesamowite poczucie humoru. Helena weszła z nim w tak zwany wolny związek, bo taki układ najbardziej jej odpowiadał. Pogodziła się z tym, że nie będzie już mogła mieć dzieci. Gdy pojawiła się możliwość rocznego kontraktu w Stanach, postanowiła wyjechać.

Miała wykupiony bilet na początek lutego. Obiecała jeszcze Rafałowi, że spędzi z nim sylwestra w górach i tam pójdą na bal. Nalegał. Zaraz po północy wszedł na scenę i podszedł do mikrofonu. Poprosił ją o rękę. Zgodziła się. Została w Polsce.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z zazdrością o partnera?

Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
Zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, postarajmy się, aby nasza relacja była atrakcyjna. (Fot. iStock)
To nie sama zazdrość jest problemem, a zachowanie, jakie może z niej wyniknąć. Jak podkreśla dr Robert L. Leahy, psycholog i autor książek poradniczych, ta emocja nie zniknie z naszego życia... Warto zatem zrobić dla niej miejsce i przygotować strategię na czas, gdy da o sobie znać.

Trudna sprawa z tą zazdrością...
Ale interesująca, uniwersalna. Zazdrość występuje nawet u zwierząt. Spotkałem w życiu wielu nieszczęśliwych ludzi, niszczących swoje związki i siebie właśnie z powodu zazdrości.

Skąd bierze się zazdrość?
Z punktu widzenia ewolucji takie emocje jak zazdrość były kiedyś potrzebne, pełniły pewną funkcję, w końcu w grę wchodziło pytanie, czy opiekuję się swoim czy cudzym dzieckiem. Kobiety zawsze wiedzą, że to ich dziecko, a mężczyźni nigdy nie mogą być pewni. Stąd męska zazdrość i będąca często jej pokłosiem kontrola.

Ale prawda o romantycznej zazdrości jest taka, że doświadczają jej zarówno mężczyźni, jak i kobiety, tyle że one są bardziej zazdrosne o emocjonalną bliskość partnerów w stosunku do innych kobiet, a oni – o seksualną bliskość, intymność, jaką partnerki mogą obdarować kogoś innego. Kiedy jesteśmy na początku związku, podchodzimy dużo bardziej swobodnie i wyrozumiale do drugiej osoby, ale gdy związek się rozwija i mamy więcej do stracenia, wtedy robimy się zazdrośni.

Jednak nieraz zachowujemy się tak, jakbyśmy chcieli wzbudzić zazdrość u partnera.
Są takie momenty w związku, kiedy nie jesteśmy pewni, czy nasi partnerzy są do nas przywiązani, i wtedy możemy chcieć wywołać w nich zazdrość. Nie twierdzę, że powinniśmy, ale to sprawdzian w rodzaju: „jeśli naprawdę mnie cenisz, to powinieneś być zazdrosny o moich eks albo o kogoś, kto ze mną flirtował lub z kim ja flirtowałam”.

To brzmi jak manipulacja czy przemoc emocjonalna.
Ludzie nie zawsze są mili, to prawda. Badania pokazują, że zazdrość jest częstym prognostykiem przemocy domowej oraz zabójstw kobiet przez mężczyzn, jeśli w grę wchodzi jej agresywna odmiana, związana z władzą i kontrolą. Ludzie czasem popełniają samobójstwa, bo nie mogą sobie z nią poradzić. To silna, powszechna i czasem zabójcza emocja, ale będziemy się z nią w życiu spotykać, więc musimy mieć strategię.

Ale jest spora różnica między uczuciem zazdrości a zachowaniem podejmowanym pod wpływem tej emocji.
Ktoś może powiedzieć, że czuje zazdrość, ale to nie oznacza, że na przykład śledzi partnera czy partnerkę, próbuje jego lub ją kontrolować, grozić czy ograniczać wolność. To te zachowania, a nie odczuwanie zazdrości, stają się problemem. Bo zazdrość sama w sobie może prowadzić do dobrych rzeczy, na przykład pomaga uświadomić sobie, że cenimy nasz związek, że nasz partner czy partnerka są dla nas bardzo ważni, że chcemy wierności. Zazdrość to uniwersalna emocja, ale trzeba rozróżnić emocje od działań.

Jak to zrobić?
Zacznijmy od rozmowy o tym, co się dzieje, o tym, na ile obie strony są zaangażowane w związek, czego chcemy i oczekujemy od naszego związku, a także od partnera czy partnerki. Powiedzmy o tym, że jesteśmy zazdrośni o różne zachowania drugiej strony, na przykład o to, że on albo ona wciąż z kimś się spotyka bez nas lub jest w kontakcie ze swoim eks. Wyznanie zazdrości może być początkiem negocjacji, kontraktu, jaki ze sobą ustalamy. Jeśli jedna osoba chce zaangażowania, a druga woli spotykać się także z innymi ludźmi, to nie sposób stworzyć związku, w którym możemy sobie ufać.

Trudno się przyznać do zazdrości, to trochę upokarzające.
I ludzie czasem czują wstyd z tego powodu, zastanawiają się, co jest z nimi nie tak, co partner o nich pomyśli... Z kolei z jego strony potrzebne jest wsparcie, powiedzenie, że każdy czasem czuje zazdrość, że wszystko w porządku. No bo przecież jasne, że czujemy ukłucie na widok partnera czy partnerki, którzy z kimś flirtują. Ale ja zawsze proponuję, żeby – zamiast starać się pozbyć zazdrości – znaleźć dla niej przestrzeń. Używam wtedy metafory związku jako pokoju, w którym gromadzone są wszystkie doświadczenia z partnerem, a zazdrość jest po prostu jednym z nich. Zróbmy miejsce dla zazdrości, postawmy ją na półce, bo będziemy co jakiś czas ją stamtąd zdejmować.

Jednak powiedział pan także, że niezdrowa zazdrość może zmienić się w kontrolę czy agresję. Jak rozpoznać, czy nasz partner nie zmierza w tym kierunku?
Różnica sprowadza się do tego, jak dana osoba wyraża zazdrość oraz na ile jest otwarta na rozmowę, negocjacje. Warto mówić wprost: „widzę, że jesteś zazdrosny, widzę, że jesteś zaniepokojona”. Z jednej strony możemy potraktować to uczucie jako coś dobrego i przyznać, że czujemy się przez to wyjątkowi i docenieni, ale warto też dodać, że przeszkadza nam sposób, w jaki partner czy partnerka okazują tę zazdrość: nie chcemy być kontrolowani, obrażani, bo to nas odstręcza, odsuwa.

Wiele osób, kiedy słyszy, że są zazdrosne, przyjmuje postawę defensywną, bo czują się jeszcze mniej pewnie. Z drugiej strony temu, kto jest celem zazdrości, niełatwo znaleźć w sobie zrozumienie i współczucie dla drugiej strony. Utrzymanie takiego związku może być prawdziwym wyzwaniem. Wtedy trzeba zastanowić się, czy może lepiej byłoby rozstać się na chwilę, uspokoić i przemyśleć, co dalej.

Kiedy powiedzieć: „dość” i zrezygnować ze związku?
To indywidualna decyzja, ale gdy czujemy, że sobie nie radzimy, zawsze przyda się pomoc specjalisty. A kiedy w związku zaczyna się przemoc, gdy partner podważa nasze poczucie wartości, gdy jesteśmy odcinani od systemu wsparcia, czyli od rodziny i przyjaciół – trzeba poważnie zastanowić się nad rozstaniem. Może nawet takim raz na zawsze.

Powiedzmy to sobie krok po kroku: jakie strategie powinniśmy stosować, gdy mamy do czynienia z zazdrością?
Pierwszy krok to nazwać tę emocję, powiedzieć wprost: czuję zazdrość. Drugi krok to uznać ją za normalną reakcję. Trzeci to zrozumieć, że naszym celem nie jest pozbycie się zazdrości, tylko zrobienie dla niej przestrzeni, żeby nie zniszczyła związku.

Pamiętajmy, że zazdrość to tylko jedno z uczuć, jakie czujemy w stosunku do naszego partnera czy partnerki, obok radości, szczęścia, ciekawości, nudy czy podekscytowania. Kolejna rzecz to rozróżnienie na emocję i zachowanie. Cały czas pamiętamy o rozmowie, negocjujemy granice zachowania: na co się zgadzamy, na co nie.

No właśnie, to zachowanie...
Dobrym rozwiązaniem może być wyznaczenie sobie czasu na zazdrość czy czasu na martwienie się, na przykład co dzień o konkretnej godzinie przez 15 minut. Wtedy dajmy upust wszystkim uczuciom i myślom związanym z naszym partnerem czy partnerką. A po tym czasie zajmijmy się już innymi rzeczami.

Kolejną przydatną rzeczą, którą możemy zrobić, kiedy cały czas zastanawiamy się, co robi moja ukochana czy ukochany albo z kim się spotyka, jest odwrócenie ról. Wydaje nam się, że nikt nie powinien flirtować z naszym partnerem, a on powinien myśleć tylko o nas, ale czy tak samo jest w drugą stronę? Czy ja myślę tylko o mojej partnerce, czy nie flirtuję z innymi, czy nie miałem romansów?

Wreszcie, zamiast roztrząsać potencjalne zdrady, skupmy się na wzmocnieniu związku. Jeśli chcemy, by partner czuł się z nami wyjątkowo, popracujmy nad tym, aby nasza relacja stała się atrakcyjna. Zamiast okazywania złości mówmy drugiej osobie, za co ją kochamy, co w niej lubimy i cenimy i jakbyśmy się czuli, gdyby odeszła.

Wymaga to zupełnej zmiany w postrzeganiu świata. Innego sposobu myślenia.
Dobrze to pani nazwała. Kluczem jest zaakceptowanie, że mamy w sobie uczucie zazdrości, ale podejmujemy wybór, żeby mimo to nie zrobić nic przeciwko ukochanej osobie. Nie musimy jej kontrolować, krzywdzić, prześladować. Możemy po prostu wyrażać uznanie, miłość, zrozumienie, docenić i przyjąć jej perspektywę. Zamiast oskarżać, okażmy miłość i serdeczność.

dr Robert L. Leahy, psycholog, autor wielu poradników. Regularnie publikuje w serwisie „Psychology Today”, występuje na międzynarodowych konferencjach oraz w programach telewizyjnych i radiowych.

  1. Psychologia

Odpuść sobie! 6 kroków do wewnętrznego spokoju

Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. (Fot. iStock)
Nie wzdychaj do wolności, nie zamykaj jej w sferze marzeń. Zamiast tego zrób coś, by poznać jej smak…

Kto lub co ogranicza naszą wolność? Zwykle winowajcy szukamy na zewnątrz. Tymczasem on kryje się w samym środku, w naszych głowach i sercach. Sądzisz, że byłbyś wolny, gdyby wszyscy dali ci święty spokój i nikt niczego od ciebie nie chciał? To nieprawda. Twoja wolność nie zależy od innych, a jedynie od ciebie. I tylko ty sam możesz dać sobie na nią przyzwolenie.

Uwolnij się...

1. ...od negatywnych emocji! Najpierw naucz się je rozpoznawać. Obserwuj siebie przez najbliższych kilka dni, kierując uwagę na to, jak odczuwasz pierwsze symptomy rozdrażnienia, żalu czy smutku. Może to być kłucie w żołądku, lekki ból głowy… Postaraj się je zlokalizować i zdusić w zarodku. Jak? To proste. Skoro tylko poczujesz, że robisz się coraz bardziej rozdrażniony, powiedz o tym głośno: „Jestem lekko poddenerwowany” – i weź głęboki wdech, a potem zrób naprawdę długi wydech. Używaj słów, które naprawdę odzwierciedlają twój stan ducha oraz siłę negatywnych emocji. Gdy już je nazwiesz, znikną szybciej, niż się pojawiły.

2. ...od monologu wewnętrznego krytyka! W naszej głowie rozbrzmiewa wiele głosów, niektóre aż z czasów dzieciństwa. Zwykle przeważają komunikaty negatywne, takie, jak: „no i co zrobiłeś?!”, „musiałeś to powiedzieć?”, „do niczego się nie nadajesz”, „ale z ciebie frajer”, „nikt nie potraktuje cię poważnie”... Uprzykrzają nam tylko życie. Na szczęście można się ich pozbyć. Podobnie jak w poprzednim punkcie, najlepiej wypowiedzieć je na głos i natychmiast zakwestionować. Prosty przykład: rozlałeś mleko na świeżo umytą podłogę. Co mówi twój wewnętrzny głos? – „kretyn!”. „Czyżby?” – spytaj swojego krytyka. Przypomnij mu, że dziś usłyszałeś od szefa, że świetnie wykonałeś zadanie, a wczoraj doskonale poradziłeś sobie z pewnym problemem w bardzo stresującej sytuacji. W ten sposób wytrącisz mu argument z ręki i wreszcie będzie cicho.

3. ...od schematów, w których żyjesz! Weź kartkę i napisz na niej 5 swoich największych marzeń. Nie zastanawiaj się, dlaczego jeszcze się nie spełniły, tylko puść wodze fantazji. Niech od dzisiaj będzie to twoja lista rzeczy do zrobienia. Zacznij od pierwszej. Chcesz wyruszyć w podróż dookoła Europy? Usiądź do komputera i znajdź w sieci zdjęcie, które obrazuje to marzenie. Wydrukuj je i powieś w widocznym miejscu. Czego potrzebujesz do jego realizacji? Sporządź kolejną listę. Tak postąp z każdym z kolejnych punktów. A teraz pomyśl, jaki będzie twój pierwszy krok. Pamiętaj: wszystko jest możliwe!

4. ...od krzywego lustra! Nie jesteś zadowolony ze swojego wyglądu? Weź swoje ulubione zdjęcie sprzed, powiedzmy, 10 lat. Co czujesz, gdy na nie patrzysz? Myślisz: „jaką byłam piękną kobietą”, „ale ze mnie był przystojniak”… ? Teraz przypomnij sobie, co wtedy o sobie myślałeś? Coś zupełnie przeciwnego, po prostu masa kompleksów. Oto, jak łatwo nabijamy sobie głowę mylnymi przekonaniami. Czas zaakceptować swoje ciało! Zamiast się krytykować:

  • Codziennie rano popatrz na swoje odbicie, uśmiechnij się do niego i powiedz: „dobrze wyglądasz”,
  • Zamów sobie sesję fotograficzną. Poproś przyjaciela lub idź do profesjonalnego fotografa,
  • Zacznij uprawiać sport. Wybierz dyscyplinę, która sprawia ci największą przyjemność, nie musisz bić rekordów, wystarczy sama radość z ruchu,
  • Zrób sobie przyjemność, np. kup jakiś prezent. Nie stać cię na kabriolet? Na początek mogą być kolczyki.

5. ...od potrzeby otaczania się ludźmi! Naucz się czerpać frajdę z bycia ze sobą. To jedna z najważniejszych umiejętności w życiu każdego człowieka. Uwolnij się od presji spędzania każdej wolnej chwili w czyimś towarzystwie. Nie musisz tego robić. Nawet jeśli żyjesz w związku czy dużej rodzinie, znajdź czas, by pobyć ze swoimi myślami, we własnej przestrzeni. Nie planuj tego, co będziesz wtedy robić. Zdaj się na intuicję.

6. ...od chorobliwej zazdrości! W ten sposób podarujesz wolność innym. Jeśli ci na kimś zależy, pomyśl o tym, co go uszczęśliwi. Daj mu szansę, by cieszył się tym, co lubi... Gdy przyjaciółka odwoła spotkanie, bo przyjechał do niej przyjaciel z Madrytu, pożycz jej z serca: „Baw się cudownie".