1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Nie chcę mieć dzieci, nie mam instynktu macierzyńskiego

Nie chcę mieć dzieci, nie mam instynktu macierzyńskiego

Podejście do kobiet, które nie chcą dziecka w naszym społeczeństwie jest wciąż dość
Podejście do kobiet, które nie chcą dziecka w naszym społeczeństwie jest wciąż dość "staroświeckie". (Fot. iStock)
Kobieta, która powie, że nie chce mieć dzieci, wciąż jest dziwadłem. Kiedy to wszystko powie mężczyzna – ujdzie, dziwi, ale nie oburza. Kobiecie – nie przystoi. A przecież to XXI wiek. Dlaczego tak się dzieje?

Kobieta, która powie, że nie chce mieć dziecka, wciąż jest dziwadłem. Kiedy to wszystko powie mężczyzna – ujdzie, dziwi, ale nie oburza. Brak instynktu macierzyńskiego kobiecie – nie przystoi. A przecież to XXI wiek. Dlaczego tak się dzieje?

Choć współczesna koncepcja kobiecości odbiega od tej, do której jesteśmy przywiązani, czyli głęboko zakorzenionej w religii i pochodzącej jeszcze z XIX wieku, to podejście do kobiety, która nie che dziecka w naszym społeczeństwie wciąż bywa dość „staroświeckie”. – Niegdyś kult prawdziwej kobiecości koncentrował się na takich cechach, jak pobożność, uległość czy domatorstwo. Tylko to mogło dać szczęście i nadawało sens życiu kobiety – tłumaczy dr Krystyna Doroszewicz, psycholożka z SWPS. – Ponadto w okresie zaborów, w czasach wojen matki Polki, rodząc i wychowując dzieci, wypełniały wręcz patriotyczny obowiązek. Czasy i otaczająca nas rzeczywistość bardzo się zmieniły, jednak wciąż, na szczęście już „tylko” w niektórych środowiskach, kobieta, która nie jest matką, postrzegana jest jako, mówiąc oględnie, nietypowa – dodaje.

Jesteś nam to winna obywatelko

– Wiem, że to stereotyp, już niemalże stały element dowcipów o teściowych i matkach, ale koszmarnie upierdliwe pytanie: „Kiedy będziesz miała dziecko, bo chcę być babcią?”, to naprawdę zmora bezdzietnych kobiet – opowiada Katarzyna. – Najgorsze nie było nawet to natręctwo, ale poczucie bycia niezrozumianą. To chyba naturalna potrzeba, że człowiek chciałby, żeby najbliższe mu osoby umiały zrozumieć i zaakceptować jego decyzję. By dawały prawo wyboru. Jeśli takie pytania padają od osób trzecich, to mnie nie dotyka. Myślę, że bardzo istotny jest fakt, co dla nas samych znaczy bycie kobietą, jak my tę kobiecość definiujemy. Dla mnie wyznacznikiem kobiecości nigdy nie było posiadanie dziecka, nie to mnie określa. Moja autodefinicja, moja wizja siebie nigdy nawet nie ocierały się o ten obszar. Nigdy nie widziałam siebie prowadzącej wózek. I chyba właśnie dlatego pytania: „Kiedy dziecko?”; „Dlaczego go nie masz?”, nie dotykają mnie do żywego – mówi Katarzyna.

– Pamiętam początek mojego małżeństwa i wizyty u teściowej – wspomina po latach Agnieszka. – Za każdym razem, kiedy przekraczałam próg domu, widziałam, że wzrok teściowej ląduje na moim brzuchu. Nie witała się ze mną, tylko z moim brzuchem: „A może już?”; „A może przytyła?”. Strasznie mnie to wkurzało. Nigdy się nie odezwałam, żałuję, dziś już na pewno nie milczałabym potulnie. I stanowcze zabranie głosu szczerze polecam innym kobietom, które mierzą się z taką „dyktaturą” – dodaje.

– Choć wiele się zmienia, wciąż żyjemy w bardzo patriarchalnym społeczeństwie – mówi Katarzyna. –  I w tym sensie czuję się naznaczona. Wartością nadrzędną jest posiadanie rodziny: męża i dzieci. Więc bywa, że czuję się dyskryminowana jako obywatelka. Szczególnie ostatnimi czasy, kiedy dyskurs społeczny silnie nakierowany jest właśnie na rodzinę – mówi Katarzyna.

Dlaczego komuś tak zależy na tym, żebym miała dzieci? – to pytanie, które często zadają sobie bezdzietne kobiety. Dlaczego kogoś to, do cholery, w ogóle interesuje? Niech każdy zajmie się swoimi sprawami, tak myślą. – To nie jest bez znaczenia, ile nas będzie – mówi dr Krystyna Doroszewicz. – Kwestia demografii to temat, którym wszyscy siłą rzeczy jesteśmy żywo zainteresowani. To istotne dla przetrwania gatunku, czyli to „wtrącanie się” w cudze życie ma z jednej strony takie wręcz atawistyczne korzenie, a z drugiej – to po prostu dbanie o własną… kieszeń. „Jeśli kobiety nie będą rodziły dzieci, nie będzie z czego wypłacać emerytur”, słyszymy wciąż. I ten przekaz podprogowo na nas oddziałuje. Zaczynamy czuć, że w naszym interesie jest  „pilnowanie” kobiet – sióstr i sąsiadek – by rodziły dzieci. Dajemy sobie więc prawo, często zapominając choćby o kulturze osobistej, nie wspominając już o takcie i wrażliwości, by ich bezdzietność nazywać zachowaniem egoistycznym – dodaje psycholożka.

Ocena przez pryzmat bycia matką

– W moim mikroświecie – czyli wśród przyjaciół – nie czuję żadnego naznaczenia – opowiada Katarzyna. –  Prawdopodobnie z tej prostej przyczyny, że wybrałam sobie ludzi, z którymi czuję się komfortowo. I tyle. Jeśli ktoś chce oceniać mnie, określać mnie przez pryzmat tego, czy jestem matką, nie będę spędzać z nim wieczorów i weekendów. Więc jest pewnie coś takiego, że kobiety bezdzietne muszą dokładniej selekcjonować grono ludzi, którymi się otaczają. Choć, oczywiście, mam świadomość, że patrzę na świat z perspektywy, jak ja to nazywam, sojowego latte i placu Zbawiciela, czyli Warszawy, tu z pewnością łatwiej jest być bezdzietną i mieć przyjaciół, którym to nie przeszkadza. Dalej od dużego miasta nie jest tak łatwo spotkać się z tolerancją.

Świat bez dzieci istnieje

– Wiem, że kobiety, które nie mają dzieci, słyszą, że są egoistkami. Mnie nigdy tego nikt nie powiedział, może dlatego, że bym sobie na to nie pozwoliła – mówi Katarzyna. – Jestem osobą, która od razu bardzo wyraźnie stawia granice. Kiedyś, wiele lat temu, usłyszałam w pracy skandaliczny tekst. Było wiele do zrobienia, ktoś musiał zostać „po godzinach” – i uznano, że to będę ja, bo „nie płaczą mi w domu dzieci”. Wściekłam się. Odpowiedziałam: „Zosi płaczą? Nie mam żadnych korzyści z tego, że Zosia ma dzieci, nie będę zatem ponosić także konsekwencji, że je ma”. Wychodzę z założenia, że dokładnie tak samo jak nie jest moją sprawą, że Zosia ma dzieci, tak samo nie jest Zosi sprawą, ani tym bardziej źródłem Zosi przywileju to, że ja ich nie mam – mówi Katarzyna. – Być może jest tak, że kobieta, która nie ma dzieci, musi być bardziej stanowcza – dodaje Agnieszka. – Ja mogę mieć i mam psa, z którym muszę wyjść na spacer, mogę mieć chorego męża albo po prostu bilety do teatru. Fakt, że komuś „płaczą w domu dzieci”, nie jest sensownym argumentem. Nie jest żadnym argumentem. Ja mogę zrobić komuś grzeczność, jeśli mnie o to poprosi, i akurat mam czas, ale nie będę robić niczego dlatego, że ktoś przykleja mi do czoła kartkę: „bezdzietna” – tłumaczy Katarzyna.

Bezdzietność może być wyborem

– Jeszcze bardziej niż to, że nie mam dzieci, oburzające jest dla ludzi, kiedy mówię, że dzieci nie lubię – opowiada Katarzyna. – Możesz powiedzieć, że nie lubisz zwierząt, nie wspierasz żadnych akcji charytatywnych, bo każda to złodziejstwo, że zdarza ci się wyrzucić śmieci do lasu, kiedy „nie masz innego wyjścia”. Możesz powiedzieć wszystko, ale kobieta, która powie, że nie lubi dzieci, że przeszkadza jej ich płacz, jest dziwadłem. Kiedy coś takiego powie mężczyzna – ujdzie – dziwi, ale nie oburza. Kobiecie – nie przystoi– tłumaczy się Katarzyna. – Kobiety, które nie mają dzieci, wciąż stanowią zdecydowaną mniejszość –  tłumaczy dr Krystyna Doroszewicz. – Są nietypowe, odbiegają od tej podstawowej roli związanej z płcią. Tu działa bardzo prosty mechanizm – coś, co jest nietypowe, przyciąga większą uwagę. Kobieta bezdzietna nie zlewa się z tłumem, więc to na niej koncentruje się uwaga otoczenia i to ona dostaje zdecydowanie więcej informacji zwrotnych. To coś, co nazwałabym efektem solisty – tłumaczy. – Chyba mam to szczęście, że nie mam problemu z odstawaniem od reszty – mówi Agnieszka. – Nie boję się być „inna” i myślę, że to bardzo pomaga w byciu bezdzietną.

Kobieta bezdzietna mówiąca o swojej wolności i niezależności, narażona jest na krzywdząca określenia, takie jak: egocentryczka, niezdolna do poświęceń. (Fot. iStock) Kobieta bezdzietna mówiąca o swojej wolności i niezależności, narażona jest na krzywdząca określenia, takie jak: egocentryczka, niezdolna do poświęceń. (Fot. iStock)

Ryby, dzieci i bezdzietne głosu nie mają!

Stereotyp zazwyczaj dzieli bezdzietne kobiety na dwie grupy: pokrzywdzone i egoistki. Wbrew pozorom przedstawicielki obu grup bywają w jakiś sposób niewygodne. Choć, oczywiście, wobec tych drugich społeczeństwo jest zdecydowanie bardziej surowe. – Myślę, że postawa wobec bezdzietnych kobiet zależy także od tego, jak one same tę kwestię przedstawiają światu – tłumaczy dr Krystyna Doroszewicz. – Są kobiety, które starają się wręcz epatować swoim wyborem nieposiadania dzieci. Bywa, że prowokują otoczenie, demonstrując swoją wolność, którą daje niebycie matką. Inne pokazują ciągle, że bardzo cierpią z powodu tego braku. Wciąż mówią o tym, że nie mogą mieć dziecka, zaglądają do każdego wózka, powtarzają, jak bardzo zazdroszczą matkom. Być może robią to nieświadomie, ale mogą wzbudzać tym dyskomfort u otoczenia. To uciążliwe, to może wzbudzać poczucie winy: no bo ja mogę mieć dzieci. Są i takie, które potrafią okazywać wręcz pogardę wobec problemów związanych z rodzicielstwem. Dla otoczenia wtórne znaczenie ma fakt, czy jest to jedynie zbroja, jakiś rodzaj mechanizmu obronnego, do którego ucieka się być może cierpiąca w głębi kobieta. Liczy się sygnał, który wysyła. Bywa przecież, że kobieta bezdzietna w gronie matek opowiada o swojej niczym nieskrępowanej wolności i niezależności, o tym, ile czasu poświęca na swoje pasje, fryzjera czy rozwój.  To wtedy najczęściej może paść pod jej adresem ten cały wachlarz nieprzyjemnych określeń: egocentryczka, zadufana w sobie, niezdolna do poświęceń czy nawet niezdolna do wyższych uczuć, bo przecież zdarzają się i takie niesprawiedliwe, krzywdzące opinie – opowiada psycholożka.

Ale bywa i tak, że bez żadnego epatowania kobieta słyszy na przykład: „Co ty w ogóle możesz wiedzieć o życiu, skoro nie jesteś matką?!”, czyli kompletne deprecjonowanie. – Pamiętam taką nieprzyjemną sytuację – opowiada Agnieszka. – Kończyłam szkolenie z NLP (Neurolingwistyczne Programowanie) i w ramach dyplomowego zaliczenia razem z koleżanką (która ma dzieci!) przygotowywałam pracę. Dotyczyła ona kobiet w ciąży i przygotowania do porodu. Opowiedziałam o tym mojej znajomej, a ona wręcz się oburzyła. Uznała, że jest nie do pomyślenia, że mogłam podjąć się pisania czegokolwiek na ten temat, skoro sama nie mam dzieci. Poczułam się, jakby ktoś wystawił mnie poza zbiór: ludzie. Są osoby, które mają taką dziwną przypadłość – możesz wypowiadać się na każdy temat, nawet taki, o którym masz blade pojęcie. Możesz komentować jakość występu śpiewaczki operowej, nie mając nawet minimum wiedzy na ten temat, ale jeśli chodzi o to, co choćby jedynie krąży wokół macierzyństwa, jeśli nie jesteś matką, nie wolno ci mieć żadnych przemyśleń, obserwacji. Nie masz prawa głosu – opowiada Agnieszka.

Instynkt macierzyński nie istnieje

– Uśmiecham się, kiedy pytają mnie o instynkt macierzyński, co się z nim stało, bo przecież: „każda kobieta go ma” – mówi Katarzyna. – Odpowiadam wtedy, w oparciu o moją wiedzę – jestem socjologiem – że instynkt macierzyński, taki jak my go dziś powszechnie rozumiemy, ludzkość „odkryła” w XIX wieku. Całkiem niedawno, prawda? Wcześniej kobiety oddawały dziecko po urodzeniu niańkom i jakoś nie miały owego instynktu. Ja nie mam instynktu macierzyńskiego. Dziwi mnie, że ktoś może mieć pomysł, żeby powiedzieć mi, co mam czuć. Ludzie wielokrotnie, szczególnie kobiety, próbowały mnie „nawracać”, bo „zbłądziłam”. Ja nigdy nie miałam nawet  pomysłu, by sugerować komuś, co ma czuć. Tymczasem mam czuć się gorsza, bo nie mam dziecka, albo mam czuć, że je chcę. Dziecko powinno być moim celem życiowym? – dziwi się Katarzyna. – Zawsze miałam wrażenie, że ludzie mi nie wierzą, kiedy zapytana o to, dlaczego nie jestem matką, odpowiadałam, że nie chcę mieć dzieci – mówi Agnieszka. – Ludzie zakładają, że kiedy kobieta nie ma dzieci, na pewno jest nieszczęśliwa, to bidulka pokrzywdzona przez los, i – to jasne – nie ma ich, bo nie może ich mieć, a ta wersja, że nie chce, to przykrywka, bo… przecież każda z nas o tym marzy. W rozmowach z ludźmi wyczuwam jeszcze jedno założenie, że to po mojej stronie leży powód tej „niemożności”. Zatem to z pewnością nie mężczyzna jest „niepełnowartościowy”, światło podejrzeń zawsze pada na kobietę. I zastanawia mnie coś jeszcze. Kiedyś pewna znajoma zapytała mnie: „Słuchaj, a co ze starością? Kto poda ci szklankę herbaty?”. Bardzo mnie to zdziwiło. To naprawdę po to niektóre kobiety mają dzieci, żeby one je potem obsługiwały? – pyta Agnieszka.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak brak posiadania dziecka wpływa na psychikę ?

Decyzja „chcę być rodzicem” jest trudna, bo jest nieodwracalna. (Fot. iStock)
Decyzja „chcę być rodzicem” jest trudna, bo jest nieodwracalna. (Fot. iStock)
Biologicznie dosyć łatwo jest zostać rodzicem, psychologicznie zaś to niemałe wyzwanie. Najtrudniejsza dla naszej psychiki jest jednak niemożność posiadania dzieci, coraz częściej diagnozowana. O tym, w jakim stopniu bycie i niebycie rodzicem określa nas jako ludzi, z psychologiem i psychoterapeutą Pawłem Droździakiem, rozmawia trenerka Renata Mazurowska.

Problem niepłodności w Polsce rośnie z roku na rok. Jak się zmierzyć z perspektywą, że nie będzie się miało potomka?
Zanim porozmawiamy o tym, czym jest być rodzicem lub nim nie być, powinniśmy porozmawiać o przyczynach bezpłodności, bo one na przeżywanie tego faktu mają kolosalny wpływ. Inaczej będą przeżywać swoją trudność ci, na których poziom płodności wpływa stres, uniemożliwiający w ogóle normalne współżycie, a inaczej ci, którzy mają trwałą, mechaniczną lub biologiczną niezdolność. Zdiagnozowaną i znaną. Jeszcze inaczej przeżywać to będzie ktoś, komu żaden lekarz nie potrafi wskazać fizycznej przyczyny. Taka sytuacja bywa szczególnie trudna, bo otwiera drogę do wielu przemilczanych domysłów i samoobwiniania oraz obwiniania drugiej strony.

Co ciekawe, gdy człowiek dojrzewa, gdy jest młody, stara się raczej dowiedzieć, jak dziecka nie mieć. Podejmujemy w tym celu mnóstwo wysiłku i mamy na ten temat ogromną wiedzę. O wiele mniej jest jednak wiedzy, jak dziecko mieć, i problem ten ujawnia się często wówczas, gdy decydujemy się na ciążę. Dochodzi do tego dość częsta współcześnie ambiwalencja. Czy naprawdę chcemy mieć dziecko, czy tylko odkrywamy w którymś momencie, że jeśli nie teraz, to nigdy?

Dla niektórych kobiet posiadanie dziecka staje się celem życiowym, nawet gdy nie mają partnera – albo wręcz zwłaszcza wtedy. Chcą mieć „kogoś dla siebie”, kto by je kochał i kogo mogłyby one kochać.
Kłopot ze znalezieniem partnera gotowego naprawdę na stałe się związać – a tym przecież jest w dużej mierze decyzja o dziecku – ma coraz więcej kobiet. Mężczyźni coraz niechętniej rezygnują z tych wszystkich możliwości, jakie daje nowoczesna kultura. Im większą mają wolność wyboru, tym bardziej odwlekają moment, kiedy ta wolność wyboru zostanie nieodwracalnie ograniczona. Jest to więc poniekąd problem cywilizacyjny. Ale nawet w ramach tego trendu są pewne różnice indywidualne. Część kobiet w końcu tego partnera jednak znajdzie, nawet w czasach takich jak dzisiejsze, pozostałym się to nie udaje i najczęściej rodzi to frustrację. Trudno się dziwić, że po licznych niepowodzeniach niektóre kobiety decydują się w końcu zrezygnować całkiem ze współpracy z mężczyznami w tym zakresie. Stać za tym może pragnienie powołania do życia osoby, która będzie nas bezwarunkowo akceptować i nigdy nas nie opuści. W odróżnieniu od kapryśnych partnerów nie zawiedzie nas ani w żaden sposób nie zrani. To pragnienie, by móc być matką, nie załatwiwszy niczego wcześniej z ojcem, może wiązać się z jakąś urazą w stosunku do mężczyzn, która może mieć początek w nierozwiązanych problemach z własnym ojcem. Stąd pomysł, by ojciec nie musiał istnieć. Starczy matka i dziecko i niczego więcej nie potrzebują do szczęścia. I tak jest.

Relacja matki i dziecka to relacja pełna, w której obie strony mogą niczego więcej nie potrzebować od świata. Absolutna, niczym niezakłócona symbioza. Gdzie jest pułapka? No właśnie w tych słowach: „relacja matki i dziecka”. Bo przecież dziecko nie zawsze będzie dzieckiem. Dopóki dzieckiem pozostaje, nic takiego związku nie zakłóca. Kiedy jednak zaczyna dorastać, pojawia się problem i to bardzo poważny. Jeśli matka nie ma innego, własnego życia oprócz tego, które wprost wynika z bycia matką, dziecko żyje z długiem niemożliwym do spłacenia.

I nie może przestać być dzieckiem.
Nie może dorosnąć, odseparować się, bo wówczas ją zostawi. Syn nie może też stać się mężczyzną, bo czuje, że z męskością matka ma jakiś problem (nie ma przecież partnera, więc pewnie jakoś tej męskości syna także nie chce), a córka, nawiązując dobrą relację z mężczyzną, może mieć niepokój, czy nie zdradza matki i „linii żeńskiej”. Ojciec potrzebny jest w rozwoju dziecka głównie po to, by jakoś matkę sobą zaabsorbował na tyle, żeby symbioza matka–dziecko nie mogła stać się absolutna.

Z jakich powodów powinniśmy mieć dzieci, a z jakich je mamy? Oprócz podtrzymania gatunku.
Spełniony człowiek, jeśli ma dzieci, to ma je dlatego, że czuje się wpisany w rytm życia. Akceptuje swoich przodków i sam chce stać się czyimś przodkiem, bo czuje, że rodzina jest czymś dobrym i przekaz pokoleniowy niesie wartość. Ma dzieci, bo chce, żeby istniała przyszłość, w której kontynuowane będzie to, co on zna z przeszłości. Natomiast takie rozwiązania, by mieć dzieci po to, żeby nimi związać partnera, mieć dzieci po to, żeby mieć kogoś do kochania, lub mieć je po to, żeby już się poprzez nie stać dorosłym, albo żeby zdążyć, bo za chwilę już nie będzie można – to są próby załatwiania swoich problemów poprzez tworzenie nowego życia. Ale te problemy powrócą.

Biologicznie, na ogół, prosto jest rodzicem zostać, ale nie każdy jest do tej roli przygotowany.
Ja bym powiedział, że na bycie rodzicem w ogóle nie można być przygotowanym. Nawet jak się dzieci planuje. Tak jak nie można być przygotowanym na to, że pojawiają nam się zmarszczki. Teoretycznie można, ale praktycznie to rzadko jest ten właściwy moment. Często nadmiarowe dbanie o dzieci, nadmiarowy lęk o nie bierze się stąd, że tak naprawdę pragniemy ukoić niepokój o to, czy naprawdę chcemy być rodzicami.

I żeby się to nie wydało, tak o te dzieci dbamy?
Tak, bo pojawia się myśl: „To jest mała istotka, która mnie potrzebuje, a ja mam ochotę zająć się czymś całkiem innym. Może jestem niedobrą matką, złym ojcem?”. Jest w nas to pęknięcie. Musi być. Bo dzięki temu, że w XX wieku powstała antykoncepcja, poczuliśmy, że dana nam została władza i że to my możemy decydować. Ten wybór jest czymś, czego wcześniej nie było, i stąd pojawia się zupełnie nowa problematyka. Czy już dojrzeliśmy do bycia rodzicem, czy jeszcze nie? Po czym to poznać?

Jednak ludzie planują ciążę i cierpią, jak się nie udaje.
Planują, tak jak wszystko inne. Ale czy się uda właśnie wtedy? Im bardziej planują, tym bardziej może się nie udać… Pewnych rzeczy nie da się zaplanować. Po prostu się zdarzają. Planujemy karierę i czasem znika nam z oczu to, że życie nas powinno samo nieść. Decyzja „chcę być rodzicem” jest trudna, bo jest nieodwracalna. O ile ślub można anulować rozwodem, o tyle bycia rodzicem już nie, dlatego odwlekamy decyzję bez końca, żeby nie stracić tej kontroli.

A zegar biologiczny tyka. Dochodzi do tego presja – głównie rodziny, bo społecznie jest większe przyzwolenie, by żyć bezdzietnie, nawet w małżeństwie.

W niektórych krajach powstaje nowa świadomość oparta na tym, że można zdecydować: „Nie chcę mieć dzieci”. Takiego przyzwolenia nigdy wcześniej w historii nie było, tej świadomości podmiotu, który mówi: „Nie dam się biologii, nie dam się kulturze, nie dam się nikomu. Ja decyduję”. To jest coś niezwykle wyzwalającego, taka idea, że człowiek może się całkowicie wyłamać z tej powtarzalności, oczywistości kolejnych pokoleń. Stać się myślącą indywidualnością, która żyje na własny sposób. Sama sobie wyznacza standardy. Jeśli nie określam się poprzez ślub i dzieci, to co ma mnie określać? Kim jestem? Czego chcę ja, a czego chcą inni ode mnie? Co jest zwyczajowe, a co moje własne? Tylko jednostkowe

Równie ważne jest pytanie o sens i wartość życia, kiedy pomimo że pragniemy zostać rodzicami, być nimi nie możemy. Jak pogodzić się z takim brakiem?
To jest tak naprawdę pytanie o to, co ma określać naszą tożsamość. Czy sprostanie społecznemu wymaganiu? Czy bycie takim,  jak przodkowie? Czy może właśnie coś innego? Ludzie bardzo często próbują sobie odpowiedzieć na pytanie o to, kim są, jakie jest ich miejsce w świecie, przez przyjęcie pewnych zewnętrznych zwyczajowych kategorii. „Jestem już mężatką, jestem już magistrem, już mam dziecko, już mam pracę…”. Zwykle okazuje się, że kiedy spełnimy te warunki i zmieścimy się w normie, to jednak dalej czujemy się zagubieni. Stąd ten szok – sądziłem, że jak zostanę rodzicem, to zacznę wiedzieć, jak żyć. No i jestem rodzicem, a dalej wiem tyle samo. Nic zewnętrznego mi na to pytanie odpowiedzieć nie może.

Każdy człowiek snuje swoją indywidualną opowieść i nie ma żadnych uniwersalnych prawd, co powinno dziać się w „przeciętnym” umyśle. Jedni nie będą mieć problemu z adopcją dziecka i kochać je będą jak własne, inni nigdy w życiu nie pogodzą się z tym, że nie zostali biologicznymi rodzicami. Adopcja może, ale nie musi być rozwiązaniem, bo nie jest łatwo zastąpić jakiś brak poprzez wypełnienie go czymś innym. To jest współczesna baśń o człowieku, który myśli, że jest nieskończenie wolnym kreatorem swojego życia i może stwarzać sobie świat, jak tylko chce, w każdym momencie.

A nie może.
No nie.

  1. Psychologia

Jak losy kobiet w rodzinie wpływają na twoje życie?

Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać. (fot. iStock)
Czy wracając do losów swoich przodkiń, wzmacniam się? Czy życie prababek wpłynęło na mój portret? - z psychoterapeutką Małgorzatą Lipko rozmawia Katarzyna Droga.

Czy losy przodkiń wpływają na nasz charakter lub problemy?
Często wydaje nam się, że to, jak wygląda nasze życie, zależy w zupełności od nas. Tymczasem, gdy przyjrzymy się losom rodzin w kontekście systemowym, można zauważyć wiele podobieństw, wręcz powtarzających się faktów w kolejnych pokoleniach. Badanie własnych korzeni jest niezwykle inspirujące, pozwala w pełni zrozumieć, kim naprawdę jestem, skąd się wywodzę, jakie mam zasoby, z których mogę czerpać, a jakie obciążenia, na które trzeba uważać.

Nie wyobrażam sobie, aby w procesie terapeutycznym pominąć z pacjentem kontekst systemowy – otoczenie, w którym dorastamy, przekazy transgeneracyjne „wyssane z mlekiem matki” mają na nas ogromny wpływ. Kształtują system wartości, sposób przeżywania, patrzenia i komunikowania się ze światem, a wreszcie – obraz samego siebie (to najpierw od najbliższych dowiadujemy się, jacy jesteśmy).

Jakie znaczenie dla kobiety może mieć fakt, że jej matka, babka i prababka nie realizowały swoich ambicji zawodowych, a poświęciły się wychowaniu dzieci?
Jeśli ta kobieta pragnie zrealizować ambicje zawodowe, może przeżywać nieświadomy wewnętrzny konflikt pomiędzy lojalnością wobec własnego systemu (do którego przynależy i jest jego potomkinią) a własnymi pragnieniami, które nie są w zgodzie z wzorcami rodzinnymi – choć ma do nich prawo. Wybór, przed jakim stoi, jest dramatyczny – jakkolwiek bowiem by zdecydowała, wyklucza w sobie część siebie, co rodzi w efekcie frustrację, złość, smutek, a te często prowadzą do depresji, poczucia niespełnienia w życiu.

Jeśli spróbuje pogodzić te obszary, może przeżywać poczucie winy, że robi coś dla siebie, a w tym czasie powinna być przy dzieciach, dbać o dom itp.Realizując model Matki Polki, niechęcią obdarza kobiety, które pracują i dbają o swój obszar rozwoju zawodowego. Często, żeby poczuć się lepiej, rywalizuje, wyższościowo ocenia i użala się nad biednymi, „niezaopiekowanymi” mężami i dziećmi tychże żon… Tak naprawdę im zazdrości, ale nie ma odwagi wyjść ze schematu, w którym tkwi – staje się jego uciemiężoną niewolnicą, palącą na stosie powinności swoje potrzeby, pragnienia, marzenia i fantazje.

Decydując się na kontrę do wzorca systemowego, czyli: „będę singielką i w pełni poświęcę się karierze zawodowej” – odcina się od kobiet w swoim systemie, patrzy na nie z pogardą. Zdecydowanie bliżej jej do mężczyzn, którzy są dla niej autorytetami, wzorcami. Jednak nie szanując kobiet, nie może od nich czerpać, być z nimi blisko, cieszyć się z bycia kobietą. Z impetem wchodzi w świat męski – chętnie zakłada „męskie buty”. Odżegnuje się od kobiecości, bo ta kojarzy jej się ze słabością, poświęceniem, zbytnią emocjonalnością, brakiem ambicji, tanimi serialami… Nie chce, żeby ktoś ją tak postrzegał – staje się zimna, skoncentrowana na sobie, i w efekcie – samotna.

Czy fakt, że narzeczony babki zaginął albo że druga babka była żoną zdradzaną – może jakoś ukształtować losy wnuczki czy córki? Jak?
Jeśli tak było, córka i wnuczka wychowały się z przekazem systemowym: „Mężczyznom nie można ufać”. Konsekwencje takiego przekazu mogą być przeróżne. Począwszy od powtórzenia losów babki czy matki, po różnego rodzaju wariacje na ten temat, typu: „stanę się narzędziem sprawiedliwości i zemszczę się na mężczyznach za krzywdę babki, matki…”, „nie zaufam żadnemu mężczyźnie, nie dam się skrzywdzić – nie zwiążę się z nikim”, „będę czujna – będę go sprawdzać, kontrolować”, „będę się o niego bać, skupiać się na nim, żeby nic mu się nie stało”, „mężczyzna jest słaby – nie ma co traktować go poważnie, jak zawiedzie, nie będę rozpaczać”.

Niejednokrotnie w swojej pracy terapeutycznej widziałam skutki takich wariacji. Jeśli kobieta jest związana w sposób szczególny ze swoją babką, która utraciła narzeczonego, istnieje prawdopodobieństwo, że powtórzy jej los, czyli że dobierze sobie partnera, który też w pewien sposób ją opuści. Forma może być nieco inna, ale sam fakt utraty będzie obecny. Przykłady: babka straciła pierwszego męża, UB zamordowało go podczas przesłuchiwań. Jej wnuczka traci narzeczonego miesiąc przed ślubem – zabijają go bandyci okradający dom. Innej kobiecie rozpadają się związki partnerskie po dwóch latach, traci mężczyzn podobnie jak ojca, którego ledwie pamięta, bo umarł nagle na zawał serca, gdy miała dwa lata. Kobieta przychodzi z problemem braku akceptacji przez rodzinę jej narzeczonego, który jest wyznawcą innej wiary, okazuje się, że babka popełniła mezalians, wiążąc się z mężczyzną z klasy niższej. Podobnie z sytuacją doświadczania zdrady. Z lojalności do zdradzonej babci, systemu – wnuczka wybiera mężczyznę, który nie będzie jej wierny, a nawet jeśliby chciał, to ona go do tego nieświadomie sprowokuje – żeby się „wypełniło”…

Małgorzata Lipko: psychoterapeutka, trenerka, współzałożycielka Ośrodka Psychoterapii i Rozwoju Osobistego FENIKS.

  1. Psychologia

Od jakich emocji uciekasz będąc w związku?

Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje? (fot. iStock)
Miłość nie oznacza odczuwania nieustannie tego samego. Jej bogactwo wynika z pozwolenia sobie na przyjmowanie tego, co się pojawia, bez oceniania, co jest dobre, a co złe. Kiedy jesteś świadoma emocji, które wywołuje w tobie partner, masz szansę na poznanie siebie.

Najbliższe nam osoby pełnią dość niewdzięczną rolę: to na nie projektujemy swoją bezsilność, swoje lęki, pustkę i wszystko to, do czego nie chcemy się przyznać. One niejako zgodziły się wyświetlić obraz nas samych, naszych przekonań, tego, w co wierzymy, co sobie wyobrażamy. Właśnie z tego powodu wiele związków się nie udaje albo nie trwają one długo, ponieważ w którymś momencie już nie możemy wytrzymać patrzenia na siebie poprzez partnera, czujemy tyle lęku przed bólem wywołanym niektórymi emocjami, że wolimy odejść, zamiast pozwolić sobie czuć. Dlatego to, w jaki sposób reagujemy na ból wywołany niektórymi uczuciami, pokazuje nam, jak wyglądają nasze relacje.

Powiedz STOP

Zwróć uwagę, jak reagujesz na niechciane emocje: czy pozwalasz sobie poczuć jądro bólu, czy wręcz przeciwnie – kurczysz się i zamykasz? Jeśli denerwujesz się na partnera lub irytują cię niektóre jego zachowania, możesz być pewna, że to upomina się o uwagę emocja, której nie chcesz odczuwać. Kiedy świadomie przyznasz się, że to, co czujesz, jest twoje, możesz otworzyć serce na tego człowieka, a potem na to, co czujesz. I tym samym uzdrowić siebie. Jeśli wpadłaś w sidła wewnętrznego dialogu, w którym krytykujesz cały czas partnera, to najwyższy czas powiedzieć „STOP” i zadać sobie pytanie: Do jakiej mojej emocji nie chcę się przyznać, czego nie chcę przyjąć jako swoje?

Cios w czułe miejsce

Jeśli miałabym jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie, jaka jest recepta na szczęśliwy związek, powiedziałabym: „Bądź wdzięczna za to, co jest, a szczęśliwych dni w twoim związku będzie coraz więcej”. Ta prosta rada jest niczym magiczne zaklęcie, które każdy ma w zasięgu ręki. Jednak do momentu, kiedy nie przejmę odpowiedzialności za to, czego doświadczam, będę nieustannie wciągana w te same tryby, schematy będą się powtarzać, to, z czym nie chcę się skonfrontować, będzie domagało się uwagi poprzez stwarzanie okoliczności, w których nie będę mogła więcej przeoczyć uczucia, przed którym uciekam. Jedynym antidotum na tę sytuację jest przyjęcie tego, co czuję, uznanie, że to po prostu chce być zauważone i zaakceptowane. Tylko tyle.

Jeśli na przykład boimy się odrzucenia w związku, wchodzimy w relacje, które nie dadzą nam satysfakcji, albo żyjemy cały czas w lęku przed odrzuceniem. Wówczas partner może swoim zachowaniem zmuszać nas niejako do przyznania się do bólu, ponieważ jeśli chronimy się przed bólem, zawsze otrzymamy cios właśnie w to miejsce.

Ty, on i lęk

Przyjąć to, co czuję, nie oznacza rozpamiętywania starych historii i na ich podstawie tworzenia nowych. Przyjęcie oznacza pozwolenie na odczuwanie bez dołączania złowieszczych treści, przestawienie się na czyste odczuwanie. Mroczne historie przyklejają się do nas wtedy, kiedy to, co czujemy, uznajemy za złe. Wtedy tak naprawdę odrzucamy część siebie. Ale ta część chce na nowo zostać przyjęta, abyśmy mogli stać się całością, oddychać bez wstrzymywania powietrza, żyć bez ciągłego napięcia wynikającego z potrzeby kontroli, zburzyć mur, który wybudowaliśmy z lęku przed pełnym doświadczaniem siebie.

W słynnej książce „Biegnąca z wilkami” Clarissa Pinkola Estés pisze: „Jeśli jesteś w związku z osobą, którą bardzo kochasz, nigdy nie będziecie szli we dwójkę, będziesz w trójkącie: ty, on i lęk”. Dlatego jedyne, czego potrzebujesz, to zaakceptować to, co czujesz, a wtedy emocje, nie tylko lęk, przestaną mieć nad tobą władzę, a ty będziesz gotowa, aby prawdziwie rozluźnić się i otworzyć z ufnością serce na partnera, który już nigdy cię nie zawiedzie.

Dorota Hołówka, prezeska Stowarzyszenia Nowa Psychologia, terapeutka pracy z ciałem, certyfikowana terapeutka pracy z traumą Somatic Experiencing.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Czy można być dobrym rodzicem, jeśli samemu nie zaznało się dobrego rodzicielstwa?

Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Wychowanie to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. (Fot. iStock)
Bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy.

Fragment książki „Matka niedostępna emocjonalnie”

Choć prawdą jest, że większość rodziców, którzy emocjonalnie zaniedbują swoje dzieci lub stosują względem nich psychiczną przemoc, przekazuje dalej to, czego sami doświadczyli, z radością stwierdzam, że na przestrzeni lat wielu spośród moich pacjentów, którzy byli poszkodowani na tym polu, zostało wspaniałymi rodzicami. Większość kobiet, które nie zdecydowały się na macierzyństwo, cierpi na deficyt matki i obawia się, że nie będą wiedziały, jak to się robi. Czasem boją się, że „spaprzą” swoje dzieci tak samo, jak w ich odczuciu same zostały spaprane. (Choć nie zapominajmy, że istnieją inne ważkie powody, dla których ktoś może zdecydować, że nie chce zostać rodzicem). Kobiety żywiące takie obawy zapewniam, że potrafią to zrobić inaczej. Po pierwsze, istnieje coś takiego jak instynkt macierzyński, który przy braku czynników zakłócających włącza się samoczynnie. Znam kobiety, które z zachwytem otworzyły się na energię Dobrej Matki i miłość, spływające na nie, gdy zostały matkami. Po drugie, jesteś zapewne wrażliwsza od swojej matki – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Większość mam, które wypełniają swoją rolę znacznie lepiej od kiepskiego wzorca, jest z natury wrażliwszych i dodatkowo wyczulonych z powodu tego, przez co same przeszły. Chcą mieć pewność, że ich dzieci dostaną to, czego im tak brakowało.

Po trzecie, można się tego nauczyć. I zachęcam do tego. Bycie dobrym rodzicem wymaga dogłębnego zrozumienia poziomów rozwojowych i rozeznania, jak radzić sobie w nowych sytuacjach. Czemu nie skonsultować się z ekspertami: autorami, lekarzami i innymi autorytetami, którzy sprawdzili się jako opiekunowie własnych lub cudzych dzieci?

Jak zauważyłam na początku, jest to prawdopodobnie najważniejsza praca na świecie, więc logiczne, że wymaga wsparcia. Nie ulega wątpliwości, że bycie dobrym rodzicem będzie wymagać od ciebie należytego dbania o siebie, abyś zachował czujność i nie działał na autopilocie. Właśnie wtedy jesteśmy narażeni na powielenie rodzinnych błędów, postępując w sposób, którego solennie się wyrzekliśmy. Im bardziej wyzwolimy się spod wpływu dysfunkcyjnej rodziny, tym pełniej zerwiemy z niechlubną tradycją. Choć słyszałam opinie, że dawanie dzieciom tego, co samemu chciało się mieć, ma działanie terapeutyczne, nie zawsze tak jest. Wspomniałam już, że może być trudniej zapewnić to, co drażni twoje czułe miejsca, rozpalając utajony ból.

Spotkałam także wiele kobiet będących wspaniałymi matkami dla własnych dzieci, co jednak ani trochę nie pomogło im zagoić ich własnych „pomatczynych” ran. Wynika to między innymi z naszej złożonej psychicznej struktury – zakapsułkowanych zranionych dziecięcych części, które jako takie nigdy nie będą w pełni wyleczone, jeżeli sami aktywnie nie otoczymy ich matczyną opieką. Tak więc chociaż bycie dobrym rodzicem dla własnych dzieci jest naturalnie czymś, co wspomaga rozwój zdrowej psychicznej konstytucji, to tylko jeden z elementów układanki. Choć zwracam się tutaj bezpośrednio do kobiet, odnosi się to w równym stopniu do mężczyzn będących dobrymi ojcami.

Wytrwać w drodze do uleczenia

Jeżeli zainicjowałeś ten proces i jesteś na drodze do uzdrowienia, wiesz, że to ciężka praca. Gruntowna przebudowa. Przenicowujemy się na tak wielu poziomach: od połączeń w obrębie mózgu limbicznego po sztandarowe przekonania; od koncepcji samego siebie po relacje z innymi; od wywołanego niepokojem ucisku w klatce piersiowej po zdolność kochania, zarabiania pieniędzy i spokojnego przesypiania nocy. Prawdopodobnie proces ten zajmie kilka lat, jeżeli nie kilka dekad. Mówię to otwarcie, choć nie bez obawy, że cię to zniechęci. Lecz byłbyś równie rozgoryczony, gdybyś sądził, że wszystko pójdzie raz-dwa, a tak się nie stanie. Żadna znana mi osoba, która przepracowała swoje „pomatczyne” rany, nie dokonała tego szybko. Ważne więc, aby wyznaczyć sobie umiarkowane tempo, robić przerwy, dostrzegać poczynione postępy i się nimi chlubić.

Nie imituj matki, która nigdy nie doceniała twoich osiągnięć, nie wspominając o ich świętowaniu. Wzrost nie jest procesem liniowym, lecz spiralnym. Te same kwestie będą się w nim przewijać wielokrotnie. Jeżeli dany cykl nie przyniesie żadnej zmiany, to znak, że potrzebujesz większego wsparcia, lecz poza tym nastaw się, że będziesz musiał kilka razy opłakać to, co utracone, odżałować niesprawiedliwości i zaspokoić zignorowane potrzeby. Nie będzie to trwało wiecznie. Proces leczenia idzie swoim tokiem, i chociaż to, że raz porządnie się wypłaczesz, nie zrekompensuje lat tłumionego smutku, przybliży cię do upragnionego celu bardziej, niż mógłbyś przypuszczać.

Dobra Matka rozumie, że proces wzrostu nie jest równomierny i nie wyśmiewa ani nie karci dziecka za przestoje. Ważne, aby mieć dla siebie współczucie i wyrozumiałość. Robimy, co w naszej mocy, i niektóre dni są po prostu cięższe niż inne.

Czy jest możliwe pełne uleczenie?

Choć proces leczenia nigdy definitywnie się nie kończy, ból mija, a poczucie bycia dzieckiem pozbawionym matki może ustąpić całkowicie. Nigdy jednak nie będziemy w stanie ostatecznie zamknąć tego rozdziału, a to dlatego, że nieustannie się zmieniamy. Sam bieg czasu daje nam nową perspektywę i pozwala zdystansować się do przeszłości. W rok czy dwa lata po tym, jak zaleczymy większość ran, będziemy czuć się inaczej niż dziesięć lat później, kiedy przeszłość będzie jeszcze odleglejsza. Głęboki uraz zawsze pozostawia choćby delikatną bliznę: pozostaje przynajmniej wspomnienie rany lub pewna tkliwość. Lecz moc tej rany słabnie wraz z postępami terapii i zmienia się reakcja na podrażnienia tego obszaru. Zamiast dać się usidlić dziecięcym uczuciom za każdym razem, gdy zostaną wyzwolone, uczymy się delikatnie przekierowywać uwagę i pytać wewnętrzne dziecko, czego aktualnie potrzebuje. Umiemy odpowiedzieć na uczucia, zamiast pozwolić, aby nas zniewoliły.

W miarę pracy nad „pomatczynymi” ranami nasza tożsamość również ewoluuje. Ostatecznie nasza historia się zmienia. Nasze życie się zmienia. Czas, aby zmianie uległa również nasza wewnętrzna narracja. Jak powiedziała mi pewna osoba: „Rana pozostała, lecz nie kieruje już moim życiem. Nie definiuje tego, kim jestem”. U tych, którzy zostaną otoczeni opieką przez kogoś, kto zastąpi im Dobrą Matkę, lub potrafią stać się Dobrą Matką dla własnych wewnętrznych dzieci, w miejscu poczucia deficytu matki może pojawić się poczucie dostatku. Możesz czuć się kochany, wspierany i zadbany. Nie, nie możesz cofnąć się w czasie i przeżyć przeszłości od nowa, lecz możesz mieć teraz to, na co zasługiwałeś wtedy. Jak powiedział powieściopisarz Tom Robbins: „Na to, żeby mieć szczęśliwe dzieciństwo, nigdy nie jest za późno”

Psychoterapeutka Jasmin Lee Cori w książce „Matka niedostępna emocjonalni” pomoże ci lepiej zrozumieć twoją matkę i wyleczyć ukryte rany niedostatecznego macierzyństwa. Lektura pomaga zrozumieć m.in.: czym jest „deficyt matki” i dlaczego twoja matka nie była w stanie dać ci w dzieciństwie miłości, jak odnaleźć dziecko w sobie i wypełnić „matczyną lukę”, czym jest zaniedbanie i przemoc emocjonalna i jak sobie z nimi radzić w dorosłym życiu, jak uzdrowić „pomatczyne” rany i zadbać o szczęśliwszą przyszłość dla siebie (i być może dla swoich dzieci).

  1. Psychologia

Odkryj swoje wewnętrzne piękno – 6 kroków do samoakceptacji

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka Beata Markowska. (Fot. iStock)
Znów jakiś głos w twojej głowie mówi ci, że jesteś za gruba, za stara, niedoskonała? Naucz się z niego śmiać, ignorować go, a czasem konstruktywnie z nim rozmawiać.

Co przeszkadza nam ujrzeć naszą prawdziwą twarz, rozwinąć skrzydła kobiecości? – Brak odwagi, by spotkać się ze swoimi zranieniami. Żeby zrobić miejsce na nową kobietę, trzeba wyrzucić stare ograniczenia – odpowiada Beata Markowska, trenerka rozwoju osobistego.

Jeśli myślisz o sobie: „mam małe oczy, wąskie usta, wydatny nos, cofnięty i w dodatku podwójny podbródek…” – to taka informacja dociera do nieświadomej części ciebie samej i staje się źródłem kompleksów i zahamowań. Oczywiście, nie robisz tego świadomie. Taki komunikat już dawno usłyszałaś od swojej matki, ciotki, przyjaciółki. Przyzwyczaiłaś się myśleć w ten sposób i nawet nie wiesz, że opinia innych stała się twoją własną. Podpowiada ci ją twój wewnętrzny krytyk. Dopóki nie rozprawisz się z jego poglądami, twój nadajnik będzie emitować fałszywy sygnał. Będziesz czuła się źle ze światem, a świat z tobą.

– Pracując z kobietami nad ich rozwojem, widzę jak pięknieją, gdy odrzucają role, które odgrywają bez wewnętrznej zgody, gdy zaczynają tworzyć swoją nową tożsamość – mówi trenerka.

Każdy nosi w sobie – mniej lub bardziej świadomie – jakiś ideał samego siebie. Przez całe życie próbujemy sprostać swoim wyobrażeniom. Być takie, jak to sobie wymyśliłyśmy. Dlatego przez długie lata nie zmieniamy naszego stylu ubierania się czy sposobu, w jaki się malujemy. Zamiast trwonić energię na kogoś, kim nie jesteśmy, poświęćmy trochę czasu na to, aby lepiej poznać siebie.

Kim jest ta osoba, którą codziennie widzę w lustrze? O czym myśli, jakie są jej marzenia, potrzeby? Co jest dla niej ważne, co lubi, a czego nie? Tak rzadko dajemy sobie szansę, by się poznać. A przecież w tym wypieranym aspekcie naszej kobiecości tkwi prawdziwy skarb. Nasionko, z którego rozwinie się kwiat.

– Wewnętrzne piękno to samoakceptacja, zgoda na siebie taką, jaką jestem, na sukces taki, jakim go rozumiem, poczucie spełnienia – uważa Beata Markowska. – To siła, która bierze się ze zgody na słabość, świadomość własnych ograniczeń i umiejętność życia z tą wiedzą. Radość, optymizm i szczypta pewności, a może właśnie niepewności siebie.

Ćwiczenia - 6 kroków do samoakceptacji

1. Twarzą w twarz z wrogiem

Przypomnij sobie sytuację, w której źle o sobie myślałaś. Naprzeciwko krzesła, które zajmujesz, postaw drugie. Wyobraź sobie, że siedzisz tam ty sama, chwilę po jakimś zdarzeniu, w którym „nie popisałaś się”. Przyjrzyj się sobie. Jaka jest twoja postawa ciała, gestykulacja, mimika? Powiedz do niewidzialnej siebie, co o niej myślisz. (Możesz położyć na krześle lalkę albo misia, jeśli miałoby ci to ułatwić dalszą część pracy). Powiedz jej, jaka jest beznadziejna. Użyj określeń, którymi zwykle siebie łajasz.

Zaobserwuj, w jaki sposób mówisz, gestykulujesz. Skieruj uwagę na ton głosu i pojawiające się emocje. Zastanów się, kim jest twój wewnętrzny krytyk? Kto traktował cię w taki sposób? Zmień miejsce. Teraz spójrz na swojego krytyka. Co masz mu do powiedzenia? Co chciałabyś zrobić? Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?

2. Wyśmiej go!

Bardzo dokładnie wyobraź sobie swojego wewnętrznego krytyka. A teraz zacznij proces nadawania mu niechcianych cech. Najpierw wyciągnij go z jego nory. Jeśli zadomowił się w twojej głowie, wyjmij go stamtąd i przenieś tam, gdzie masz ochotę: na stół, pod krzesło, do kubka po kawie... Bądź kreatywna. Następnie zmień jego głos. Jeśli do tej pory mówił cicho, niech zacznie głośno, a kobiecy sopran zamieni się w męski bas. Może nawet kwiczeć jak świnia, kwakać jak kaczor Donald, piszczeć jak mysz. Możesz jego głos odtworzyć na taśmie, na przyspieszonych lub zwolnionych obrotach. Dobrze także dać krytykowi trochę helu z balonu.

A teraz chwila dla oczu. Zabaw się ze swoim krytykiem w przebieranki. Jeśli to mężczyzna, pewnie niezbyt dobrze będzie się czuł w reformach i wałkach na głowie. Może zrobisz mu trwałą…?

Czas na ubranie. Legginsy czy może raczej baletki? Eksperymentuj, baw się, popuść wodze swojej fantazji. Masz nieograniczone możliwości. Możesz zmieniać do woli całą jego postać. Warunek jest jeden – twój wewnętrzny krytyk ma być śmieszny.

Jak się czujesz po tej krótkiej terapii? Rozbawiona? Dobrze. Następnym razem, gdy twój wróg pojawi się na horyzoncie, przypomnij sobie jego najśmieszniejsze wydanie. Obdarz go najzabawniejszym z głosów i powiedz, żeby powtórzył to, co usłyszałaś przed chwilą. Kiedy przestaniesz się śmiać, zrób to, co chciałaś zrobić.

3. Lubię, nie lubię

Wpisz co najmniej 15 zakończeń następujących zdań: „Lubię siebie za…”, „Nie lubię siebie, bo…”. – Musimy wybaczyć sobie niepowodzenia i unikać wyolbrzymiania swoich wad. Umieć zażartować z nich, a przede wszystkim nie starać się na siłę ich pozbyć – mówi Beata Markowska. – Im bardziej przed czymś uciekamy, tym bardziej to coś nas goni i w efekcie dopada. To brzmi jak absurd, ale jeśli nie damy sobie zgody na bycie nadmiernie obfitą, ze zbyt małym biustem, za to za dużą pupą, nie mamy szans na to, że kiedyś w odbiciu w lustrze zobaczymy atrakcyjną kobietę.

4. Co myślą inni

Przystąp do konfrontacji swoich lęków i ocen z tym, jak jesteś postrzegana przez innych. Wypisz 10 swoich atutów, z czego 5 niech dotyczy ciała, pozostałe intelektu. Według podobnego wzorca wypisz 10 swoich wad. Następnie poproś kilka zaprzyjaźnionych osób, żeby sporządziły podobną listę na twój temat. Sprawdź, w których punktach się rozminęliście i jak bardzo.

5. Pożyczona umiejętność

Poszukaj cechy, której najbardziej ci brak. Może to być coś, czego w sobie nie akceptujesz, a jest ci potrzebne. Znajdziesz ją w osobie, której najbardziej nie lubisz. Wynotuj sobie na kartce: „Nie znoszę jej, bo jest wyniosła, przemądrzała, wyzywająca, bezmyślna, kapryśna…”.

Nie chodzi o to, byś epatowała tą cechą, ale żeby wzbogacić siebie o coś nowego. Na przykład: od zapatrzonej w siebie koleżanki wziąć więcej wiary w siebie, od butnego szefa – umiejętność stawiania granic, od narcystycznej bratowej – więcej dbałości o ciało i troski o wygląd zewnętrzny.

– Może się okazać, że teraz bogatsza o jakąś cechę, nagle zupełnie inaczej spojrzysz na swoje odbicie w lustrze. Dręczy cię fałdka na brzuchu? Jeśli przestaniesz się na niej koncentrować, zwrócisz energię do wnętrza, okażesz sobie zainteresowanie, to pewnego dnia zniknie nie tylko z twojej głowy, ale i z twojego brzucha – tłumaczy trenerka.

6. Wywiad z ciałem

Rozluźnij się... Zapytaj swoje ciało, czy jest zadowolone z właściciela. Czy czuje się dobrze traktowane, zadbane, lubiane. Zagadnij je o potrzeby, pragnienia, oczekiwania. Sprawiaj sobie przyjemności, obdarowuj się prezentami – mogą to być nawet drobiazgi, które sprawią ci radość. Tak przecież postępujesz w stosunku do osób, które cenisz i lubisz. Potraktuj to jako nagrodę za każdy, nawet najmniejszy sukces, jaki cię w życiu spotka.