1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. O matko i córko - jak zbudować dobrą relację?

O matko i córko - jak zbudować dobrą relację?

Anna Czarnota i 18-letnia Lena,
Anna Czarnota i 18-letnia Lena, "Nie jestem matką doskonałą, staram się być autentyczną", fot. Aleksandra Loska
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kolejne pokolenia matek i córek są niczym system luster. Odbijają się w nich wzory na macierzyństwo. Chłoną też epokę, w której żyją, a ona te wzory modyfikuje. Dziś matki chcą świadomie kształtować relację z córkami. Ale czy są w stanie przełamać stare schematy?

Matka i córka – najczulsza relacja, która może karmić albo niszczyć. Najeżona pułapkami i meandrująca między poczuciem odpowiedzialności za życie córki a daniem jej poczucia swobody. Między pielęgnowaniem rodzinnych rytuałów a buntem przeciwko temu, co matka odziedziczyła po swojej matce. Najważniejszy w budowaniu relacji z córką okazuje się stosunek matki do samej siebie, uporządkowanie tego, co sama dostała w swoim „bagażu”. – To, co mi pomaga i co przeszkadza w byciu z córką, to moja własna relacja z nieżyjącą już mamą – przyznaje Magda Konstantynowicz, specjalistka od komunikacji i współwłaścicielka kawiarni. Najpierw urodziła Janka, a trzy lata później Manię, dziś prawie dziewięcioletnią. – Bardzo pomogła mi w budowaniu relacji z córką terapia, refleksja nad sobą. Absolutnie nie jestem w tym mistrzynią, ale dzięki temu zrozumiałam, skąd przyszłam, kim jestem jako kobieta i matka córki, co chcę jej dać.

– Doświadczenie doznawania opieki we wczesnym okresie życia zazwyczaj dostajemy właśnie od matki, bo to ona nosi nas w ciąży, karmi i to się zapisuje w psychice dziecka – wyjaśnia psychoterapeutka Danuta Golec. – A ponieważ to córka wchodzi potem w rolę matki, dla niej matczyny wzorzec ma większe znaczenie niż dla syna i to ona przekaże go dalej. Jest nie tylko swego rodzaju emocjonalną bazą, ale też modelem tego, jak opiekujemy się same sobą. Staje się tym, co nazywamy „wewnętrzną matką”. Dlatego podczas terapii często zaczynamy pracę od tego, żeby zobaczyć, jaką matką kobieta jest dla samej siebie. Czy jest w niej głos, który wspiera i wybacza, czy też taki, który głównie wymaga i karci.

Nasz stosunek do siebie stanowi test na to, co przekazujemy dalej córkom. I jeśli chcemy zmienić coś w naszym wewnętrznym zapisie, przede wszystkim trzeba popracować nad samooceną.

Temat: BAZA

– Postanowiłam budować relację z córką na szczerości i nieukrywaniu nawet niewygodnych faktów – opowiada Magda.

Druga rzecz, którą wyniosła z przeanalizowania włas­nego dzieciństwa podczas terapii, to uważność wobec córki. – Chcę pamiętać, co mi się nie podobało w moim dzieciństwie po to, żeby podjąć próbę odbicia się od tego. Najważniejsze, co przez pierwsze trzy lata mogłam jej dać, to wyprzytulanie, wycałowanie, wygłaskanie, wypowiedzenie wszystkich najsłodszych słów do ucha małej dziewczynki. To ma stanowić mocne ukorzenienie. Teraz zależy mi, aby Mańka miała przekonanie, że nieważne, co zrobi, może powiedzieć: „Mamo, jest mi źle, narozrabiałam, przyjedź”. Moją rolą jest bycie materacem, na którym zawsze może bezpiecznie wylądować.

Najbardziej cieszą ją chwile szczerości ze strony córki. – Zawsze zaskakują mnie sytuacje, kiedy Mania oddaje mi coś, co chciałam przekazać, ale miałam wrażenie, że niekoniecznie do niej trafiłam. Czasem mówi coś mądrego, dorosłego na temat relacji z innym człowiekiem, np. o wrażliwości, empatii, ale też o równoważności w kontaktach z ludźmi. I okazuje się, że te ważne dla mnie rzeczy ona już ma w sobie.

– Nie jestem matką doskonałą, staram się być matką autentyczną – śmieje się Anna Czarnota, malarka, scenografka, fotografka, mama 18-letniej Leny  i rok starszego Ignacego. Dla niej też, jak mówi, po pierwsze, ważna jest szczerość, a po drugie, zaufanie w relacji z Leną, która zresztą bierze udział w naszej rozmowie. – Popełniam błędy, ale w przeciwieństwie do mojej mamy potrafię przyjąć krytykę bez przerzucania winy na córkę. Jeśli Lena zgłasza, że coś w naszym układzie nie działa, mówię: „OK, przemyślę to i spróbuję zmienić”. Ja od mamy słyszałam: „Trudno, już się nie zmienię”. A to zamykało dyskusję. Wieczne rozczarowanie mamy i porównywanie mnie do innych wspominam jako traumatyczne doświadczenie. Budowanie relacji, według mnie, powinno się odbywać bez wywoływania w dziecku nieustannego poczucia winy. Swoją córkę chwalę i doceniam. Nie krytykuję, bo to podkopuje poczucie własnej wartości, które decyduje o naszym dorosłym życiu. Oprócz tego, że kocham, szanuję jej odrębność, a ona odpłaca mi tym samym.

O ile Anna widzi siebie jako „matkę autentyczną”, Łucja Pawlik nazywa siebie półżartem „matką zamartwiającą się”. Dzieciństwo spędziła w Kanadzie, co dało jej nieco odmienne spojrzenie na polskie standardy kulturowe. Na co dzień pracuje jako reedukatorka w gimnazjum, w domu też ma dwie nastolatki: 11-letnią Hanię i 14-letnią Józię. – Świadomie podjęłam decyzję o tym, co chcę dać córkom, na podstawie tego, czego jako dziewczynka nie miałam. Zawsze być dostępną emocjonalnie i żeby nie było w domu tematów tabu. Moja mama dużo pracowała i ciągle była zmęczona, więc kiedy wieczorem chciałam porozmawiać z nią o czymś dla mnie ważnym, często nie dawała rady i zasypiała. Nie mogłam też pomówić z nią na wszystkie tematy, np. o sprawach damsko-męskich, o seksie. Mama była ciepłą osobą, ale tak ją wychowano, że z nią też nikt o tym nie rozmawiał. Marzyłam, żeby moje córki mogły mi tak zaufać, aby mieć we mnie źródło informacji. Sama dostałam okresu, kiedy miałam dziesięć lat – bardzo wcześnie. Dlatego gdy tylko moje córki skończyły dziewięć lat, czułam, że czas je wprowadzić w temat. Przygotowywałam je do tego, dawałam środki higieny, gdy jeździły na obozy. Małe rzeczy, ale ważne.

Temat: BLISKOŚĆ

Budowanie bliskości z córką to masa konkretnych działań – uważają matki.

Magda: – Kiedy córka mówi: „Nie mam ochoty na łaskotki”, to tego nie robię. Musi wiedzieć, że ma prawo powiedzieć „nie” i nie musi się z tym źle czuć. Moim sposobem na bliskość jest też wspólne przeżywanie sztuki – film, książka, obraz mogą być pretekstem do ważnej rozmowy. Zawsze, ale to zawsze działają opowieści z mojego własnego dzieciństwa. Daję świadectwo, a Mania nie czuje się sama ze swoimi przeżyciami.

– Nasz sposób na bliskość to wspólne twórcze działanie i społeczne zaangażowanie – wyjaśnia Anna Czarnota, która przez wiele lat współprowadziła recyklingowy festiwal Przetwory. Ma manualne zdolności i twórczą fantazję, co pozwala jej „widzieć świat jako sztukę”. Fotografuje, tworzy scenografie, instalacje, przedmioty i akcesoria ubraniowe. – Obserwowanie kogoś, kto robi coś własnymi rękoma, jest inspirujące. Myślę, że to miało wpływ na to, że Lena też ma taką potrzebę. Teraz wybiera się na architekturę.

Lena śmieje się, że nawet obowiązki szkolne mama zamieniała w sztukę. Kiedy mieli zrobić na zajęcia szopkę bożonarodzeniową, stworzyli wspólnie z nietypowych materiałów, resztek i odpadków modernistyczną budowlę, która zrobiła furorę.

Lena: – Wielu moich rówieśników wstydzi się zabrać głos, ja lubię coś wymyślać, proponować, muszę być aktywna. Tata jest kreatywny bardziej w sposób techniczny, organizacyjny, a mama – koncepcyjno-artystyczny. Od nich to dostałam.

– Kiedy bawiłam się z dziećmi, starałam się wchodzić na ich poziom, osiągać stan bycia dzieckiem – opowiada Anna. – Ale jednocześnie od małego traktowałam ich jak odrębne jednostki, nie umniejszałam ich, bo „są mali”. Właściwie wydaje mi się, że Lena urodziła się już dorosła i odkąd miała roczek, wyraźnie to widziałam. Ona jest tą rozważną, ja – romantyczną. Lena jest odpowiedzialna, uporządkowana, samodzielna, konkretna, a mnie brak trochę tej praktyczności, głowę mam zanurzoną w konceptach, artystycznych wizjach. Tak więc obie możemy się od siebie uczyć.

Temat: BAGAŻ

W rozmowach z kobietami, matkami córek i córkami matek, często pojawia się to pytanie: Dlaczego właśnie ta relacja bywa tak gorąca i trudna? Chciałoby się, żeby dawała najwięcej tego, co dobre, ale nie zawsze tak się dzieje.

– Są pozytywne rzeczy, które pamiętam z domu, i staram się je przełożyć na naszą relację: bycie razem i chęć rozmowy – wspomina Magda. – Ale to, co mi ciążyło, to moje chorobliwe uwiązanie do matki, która chciała mnie zatrzymać blisko siebie. Nie chcę tego przekazać dziecku, jednak to zawsze było dużym wyzwaniem i tu przeczuwam zagrożenie.

– Chyba „odbiłam się” od mojej mamy – zastanawia się Anna. – Była nadopiekuńcza, przekazała mi tysiące swoich lęków. W najtrudniejszych sytuacjach mnie wspierała, ale była zbyt krytyczna, co podważało moją wiarę we własne umiejętności. Później człowiek musi w dorosłym życiu udowadniać sobie wiele rzeczy: że sobie poradzi, że nikt go nie porwie na lotnisku, że nie zgubi kluczy i dokumentów, nie zaśpi na egzamin, że w ogóle przeżyje następny dzień i kolejny. Uporanie się z tym zajęło mi dużo czasu, ale dzisiaj już tak surowo nie oceniam relacji między nami, staram się być wdzięczna za to, co dostałam od niej dobrego. Wybaczyłam, że nie jest matką idealną, zrozumiałam, że nie mogła mi pewnych rzeczy dać, choć na swój sposób się starała. Ważne, że sama mogę być matką bardziej świadomą. Daję córce przestrzeń do podejmowania własnych decyzji. Zachwycam się tym, że jest tak piękna i inna ode mnie.

Jak nie manipulować i nie przekazywać problemów „po matce”? – To jest cholerne wyzwanie – mówi Magda – i myślę, że pierwszym krokiem do tego jest świadomość własnych ograniczeń i tego, co się dostało od mamy. Poszłam na terapię przede wszystkim dlatego, że było mi ciężko w relacji z mamą i tatą, ale też dlatego, że czułam, że to wpływa na moją rodzinę, którą wtedy stanowili mój syn i mąż. Będąc w terapii, zaszłam w ciążę. Okazało się, że to córka. Kiedy terapeutka zapytała, co płeć dziecka dla mnie znaczy, nie rozumiałam. Urodziłam Manię i z perspektywy czasu widzę, że w ciąży i zaraz po urodzeniu trudno mi było zaakceptować to, że mam dziewczynkę. To zapewne z powodu moich doświadczeń z mamą, ale do dziś mam do siebie o to pretensje. Przed oczami stoi mi scena, kiedy Mania jako miesięczny niemowlak leżała na przewijaku, a ja się nagle na nią otworzyłam. Stało się to, kiedy poczułam, że ona ma taki sam kobiecy zapach! Od tego momentu popłynęła moja miłość. Niesamowite przeżycie, najbardziej wzruszający moment – jednocześnie zwierzęcy, biologiczny i głęboko emocjonalny. Dopiero wtedy zrozumiałam terapeutkę i tak naprawdę stałam się matką DZIEWCZYNKI.

Temat: ROZSTANIE

– Etap nastolatki to fajny czas, ale widzę, że one już mnie trochę odpychają – wzdycha Łucja. – Nagle z mamy ogarniającej trzeba się nastawić na rolę typu: „Gdybyś mnie potrzebowała, to jestem!”. W stanie gotowości, w razie czego, ale bez pytań w stylu: „Pomóc ci w czymś? A jak było w szkole?”. Im bardziej się wpycham, tym mocniej się odsuwają. To jest dobre, naturalne, ale dla mnie jeszcze trudne. Zwłaszcza że pojawiają się w tym ich dorastaniu smutki, trudności. Dziewczyny zmagają się z relacjami, z ciałem, z otoczeniem i chciałabym im pomóc. Ale mogę im coś dać tylko wtedy, kiedy któraś do mnie po to przyjdzie. Jak słyszę: „Mamooo!!!”, podskakuję z radości: „O, wołają mnie, potrzebują”. Chciałabym cały czas móc je obserwować, być w bliższym kontakcie, ale dostaję komunikat: „Już dziękujemy, czas się skończył”. Boli. Ale uśmiecham się, kiedy to mówię, bo to jest słodko-gorzkie. To fascynujące, kiedy dziewczynka staje się kobietą.

Czy można przeżyć dorastanie córki bez walki i nastoletniego buntu, który potrafi wykończyć wszystkich? – To, co na pewno w rozwoju potrzebne, to przejście przez fazę, w której dziecko, wchodząc w okres dojrzewania, buduje własną odrębną tożsamość – mówi Danuta Golec. – Często przebiega to wybuchowo, bo dziecko potrzebuje skonstruować własne przekonania, gusta – wszystko! Bywa totalna walka i nie tylko postawa matki na to wpływa, istnieje wiele czynników. Ale dziecko może się też spokojniej oddalać, zaznaczając odrębność swoich poglądów i gustów. Nie muszą latać pióra po całym domu. Niepokoi mnie więc nie tyle brak fazy ostrego buntu, ile sytuacja, kiedy nie ma fazy różnicowania, oddalania.

Najtrudniejsze są relacje z córkami bardzo podobnymi do swoich matek, bo tym mocniej muszą się „porozrywać”. Tych tarć nie należy się więc bać, z tego należy się cieszyć. To oznacza, że wychowujemy kobietę, która się oddzieli od nas, żeby założyć własną rodzinę bez wielkich problemów emocjonalnych w tym obszarze, i symbolicznie „wróci”, by mogły spotkać się z matką już jako dorosłe kobiety.

Lena twierdzi, że nie przeżyła buntu, bo nie potrzebowała. – Rodzice pozwalali mi na wiele, w razie problemów dyskutowali ze mną, podsuwali argumenty, przekonywali. Tak było z harcerstwem, które chciałam rzucić, ale dzięki nim tego nie zrobiłam, i po trzech latach powstało z tego coś super.

Anna z Leną uważają, że „rozstawały się” spokojnie, ponieważ od początku wiadomo było, że są całkiem różne. Anna: – W wielu kwestiach mamy inne poglądy, ale szanujemy to, nie próbuję rzeźbić jej na swoje podobieństwo. Lena: – Bo się nie daję! Jestem asertywna, choć wolę rozmawiać niż się kłócić. Lubię mieć wszystko uporządkowane, mama wręcz przeciwnie. I tutaj się spieramy, czasem jestem wręcz upierdliwa, powtarzając: „Posprzątaj, goście przyjdą” [śmiech].

– Jesteśmy osobne, nie układam jej życia, nie wybieram towarzystwa – stwierdza Anna. – Doświadczenie musi zdobyć sama. Całkowicie jej ufam, wierzę w jej mądrość i intuicję. Akceptuję jej wybory, kibicuję, a w razie potrzeby jestem tuż obok. Może z dwojga rodziców to ja byłam tym dobrym policjantem, niespecjalnie zabraniałam, sama zresztą nie lubię zakazów, ale też trafił mi się dojrzały egzemplarz.

Temat: CIAŁO

Ciało to w przypadku matek i córek temat rzeka: a w nim kobiecość, fizjologia, seks, stosunek do własnej cielesności. Według psychoterapeutki to podstawa, do której potem dołączają wpływy zewnętrzne. – Na początku matka stwarza to, jak dziecko czuje się ze swoim ciałem. Wpływają na to dotyk, czułość czy niechęć, nawet skrywana. Na dalszym etapie można córkę wzmocnić albo zranić słowami (nie garb się, za gruba jesteś etc.). Jednak jakkolwiek dobre byłyby relacje z dziewczynkami, w okresie dojrzewania może być z nimi więcej tarć niż z chłopcami. Córka, tak podobna do matki, nieświadomie jest przez nią traktowana jak przedłużenie jej samej.

– To ekstremalnie ważny temat w naszym domu – mówi Magda. – Mam w sobie głód, który pewnie wynika z doświadczeń związanych z emocjami i przekłada się na moje ciało, a to jest mniej lub bardziej okrągłe. Jako dziecko też byłam okrąglaskiem, przeżywałam to, uważałam, że jestem gruba. A u mnie w domu nie było tematu ciała. To więc wyzwanie w moich relacjach z Manią i widzę, że dla niej to też niełatwy temat. Jest za to bardzo sprawna fizycznie, czego ja nie miałam. Wypycham ją na różne treningi i rozmawiamy o ciele, ona na szczęście dzieli się ze mną swoimi rozterkami. Zdaję sobie jednak sprawę, że z jednej strony mówię jej o akceptacji ciała, a z drugiej – pokazuję coś trochę innego własnym ciałem. Dostaje niespójny komunikat.

– Istnieje coś takiego, jak przekaz nieświadomy – potwierdza Danuta Golec. – Często obserwuję to w pracy z pacjentkami. Jeśli przychodzi kobieta, która widzi, że w jej rodzinie od paru pokoleń dominuje negatywny przekaz w stosunku do ciała, a ma córkę i chce uniknąć wrzucania jej na plecy tego bagażu, mogę jedynie zasugerować: „Trzeba to samej przepracować, na swoim terenie”. Mówi się, że gdy matka karmi piersią, to oprócz mleka przekazuje uczucia. To nie magia, z tego wynika praktyczny wniosek. Dla matek. Jeśli czujesz, że jest problem, to nie czytaj następnego poradnika, tylko przyjrzyj się sobie.

Temat: DOJRZEWANIE

Łucja: – Znasz swoje ciało i nagle, z dnia na dzień, ktoś je zabiera i daje ci coś obcego. Nie mieścisz się w niczym, pachniesz inaczej. To brutalne i szybkie zmiany. Dużo myślałam, jak moim dziewczynom w tym pomóc, zwłaszcza starszej córce. I wtedy spojrzałam na swoje koleżanki: są chude, okrągłe, wysokie, niskie. Tak różne i tak w tym piękne, a do tego już w momencie, kiedy osiągnęły pełnię kobiecości. Zabieram więc Józię na te spotkania, bo chcę, żeby oprócz sztucznych kobiet z Photoshopa zobaczyła prawdziwą kobiecość.

Rozmowę o sferze seksu Łucja uważa za wyzwanie, bo dzisiejsze dzieciaki są bardziej narażone na różne treści: – W Wielkiej Brytanii co czwarty ośmiolatek miał kontakt z pornografią, w Polsce tego nie zbadano, ale ja się nie oszukuję. Trzeba ośmielać córki i zachęcać do rozmowy, ale kiedy to robisz, możesz usłyszeć: „A co to jest seks analny?”. I wtedy każdą matkę zatyka, a przecież nie wykręcisz się bocianem, musisz mówić delikatnie, z wyczuciem, ale wprost. One wstydzą się trochę i ja też się wstydzę, zwłaszcza że sama tego nie dostałam. Ale wiem, że i tak się dowiedzą przez Internet, od koleżanek. A że to niekoniecznie będzie prawdą, wolę wcześniej przekazać swój pogląd.

Anna z pewnym żalem mówi: – Nie mamy dogłębnie przerobionego tematu ciała i seksu. U babć był on wyparty. Ja nie napierałam na rozmowy, uważałam za coś oczywistego – chyba błędnie – że samemu sięga się w miarę potrzeby po takie wiadomości. Zajmują mnie inne rzeczy – sztuka, kreatywność, podążanie za marzeniami. To staram się przekazywać. „Lena, jak było z okresem?” Lena: „Przyszłam do ciebie, spytałaś, czy wszystko w porządku, i tyle. Nie odczułam, żeby było za mało rozmowy. Gdybym czegoś nie wiedziała, to przyszłabym zapytać, zawsze powtarzasz, że mogę. Ale jak mam kłopot w innej sferze, to najpierw idę przegadać problem z bratem, jesteśmy trochę jak bliźniaki”.

Lena uważa, że często to ona uczy mamę cielesności, wyrażania kobiecości: – Mama czasem podgląda, jak się maluję, albo pyta, czy pożyczę jej krem. Ale jeśli chodzi o dobór ubrań, to ona robi to fajniej.

– Nie przewracajmy oczami, że dziewczynki są powierzchowne, bo myślą o ciuchach – mówi psychoterapeutka. – Nie przypadkiem najpierw wszystkie odkrywają, że są lalkami Barbie, a potem wszystkie są w glanach, bardzo oryginalne, czyli takie same. One są takim stadem. Zanim dziewczyna się wyodrębni, to się po drodze zidentyfikuje z koleżanką, z aktorką, z mamą.

Temat: ZMIANA WZORCA

Rozmówczynie czują, że ich model macierzyństwa, mimo że zanurzony w doświadczeniach z własnymi matkami, jest już inny. – Nasze matki były matkami ofiarnymi, które składały się na ołtarzu rodziny, często ze szkodą dla siebie i dzieci, bo takie miały wzorce – uważa Anna. – Sądzę, że matka też ma prawo się realizować, a córka może wziąć z niej dobry przykład. Bo osoba spełniona jest lepszą matką. Nowoczesne macierzyństwo według mnie polega m.in. na tym, żeby nie wychowywać córek w poczuciu, że muszą odgrywać jakąś konkretną rolę, której tzw. społeczeństwo od nich oczekuje. Jeśli Lena będzie chciała mieć stado dzieci, psów i kotów – OK, jeśli będzie chciała być architektką, być niezależna – też dobrze.

Lena odpowiada: – Mam już plan na życie. Chcę założyć rodzinę, ale na pewno nie będę kobietą, która tylko siedzi w domu, przejęłam od rodziców gen aktywności!

Magda też dostrzega pokoleniowe różnice w podejściu do macierzyństwa, choć chce mówić tylko za siebie. – Wychodzę z założenia, że Mania nie jest mi nic winna. Może życie to zweryfikuje, ale teraz nie uważam, że kiedy się zestarzeję, to ona będzie miała obowiązek coś dla mnie robić. Jeśli będzie miała taką potrzebę, to super, ale nie ma to być relacja wymagająca poświęcenia. Ja się dla córki nie poświęcam.

Co dla Łucji znaczy być matką kobiet, które za chwilę ruszą w świat? – To dodatkowo oznacza, że muszę zaprotestować przeciw opiniom, że kobiety czegoś nie mogą. To, że są kobietami, nie oznacza też, że coś muszą. Czuję, że to ja mam być osobą, która także swoją postawą pokaże im, że w przekazie, który płynie z mediów, „czynników oficjalnych”, społeczeństwa, nie wszystko jest prawdą. W radiu, telewizji, w kinie czy Internecie nadal dominują napompowane celebrytki, dziewczyny lalki do zabawy. A jest przecież mnóstwo kobiet, które robią odkrywcze rzeczy w rozmaitych dziedzinach i pokazują różne modele kobiecości oraz sposoby życia. Mój przekaz jest taki: mogą być sobą, decydować o sobie i swoim ciele.

Łucja przyznaje, że sama wciąż nie ma pewności, czy wszystkie jej matczyne koncepcje wychowawcze wydadzą wyłącznie dobre owoce. Magda mówi, że w tak bliskiej relacji jak ta matki i córki nie da się nie przekazać także niechcianych wzorców, które nosi się pod skórą. Wszystkie znają koncept „wystarczająco dobrej matki”, ale wiedzą, że realizowanie go nie jest proste.

– Bo to nie tylko chwytliwe hasło poradnikowej poppsychologii, ale coś prawdziwego, niezwykle ważnego – mówi terapeutka Danuta Golec. – Chodzi o to, że ta prawdziwa dobra matka i nasza wewnętrzna dobra matka to właśnie matka wystarczająco dobra. Taka matka popełnia błędy, ale nie boi się tego, ponieważ zdaje sobie sprawę z tego, że one są nieuniknione. Potrafi się nad tymi błędami zastanowić, naprawić, co się da, a jednocześnie wie, że dziecko nie jest z cukru. Pozwala, żeby córka mogła się sama podnieść. Biegnąc za każdym razem z pomocą, wysyłamy komunikat: „Nie poradzisz sobie”. A nie to chcemy im przekazać. Chcemy, żeby wiedziały: „Dasz sobie radę, a w razie czego ja tu jestem”.

Warto przeczytać:

Leszek Talko, Nastolatek dla początkujących, Wydawnictwo Zwierciadło, 2017 Co robić, gdy zamiast uroczego, czasem kapryśnego, ale znanego dziecka pojawia się w domu ktoś, kogo właściwie nie znamy? Talko wyrusza z dziećmi do ich świata, a raczej cyberświata, by pomóc sobie i nam zrozumieć nastolatka.

Nuanprang Snitbhan, Między nami dziewczynami. Dziennik mamy i córki, Wydawnictwo Zwierciadło, 2017 Zanim dziewczynka stanie się nastolatką, trzeba dać jej umiejętność rozpoznawania emocji i przekazać, że zawsze może liczyć na wsparcie mamy. Jak nawiązać więź, jak zbudować relację matka – córka? O tym pisze psycholożka kliniczna z wieloletnim doświadczeniem.

Między nami dziewczynami Nuanprang Snitbhan Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co to znaczy być dziś feministą – pytamy psychoterapeutę Piotra Pietuchę

"Ja czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androgeniczny. W pewnym sensie ponadpłciowy" - mówi psychoterapeuta Piotr Pietucha. (Fot. archiwum prywatne)
Jeśli podchodziłbym do mojego związku rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. A ja powinienem być sfrustrowanym dupkiem – mówi Piotr Pietucha, psychoterapeuta, partner Manueli Gretkowskiej.

Co to znaczy być dzisiaj feministą?
Już w samej deklaracji, że mężczyzna jest feministą, jest coś żenującego. Dla mnie to oczywistość, tak jakbym afiszował się z tym, że jestem normalnym człowiekiem, a nie półgłówkiem czy rasistą. Myślę, że w polskim świecie feminista oznacza nie tylko, że jesteś za równością i przeciw dyskryminacji, ale też, że nie jesteś seksistą, mizoginem ani patriarchalnym debilem. Natomiast w świecie normalnym, liberalnym i obyczajowo cywilizowanym, np. w Szwecji, gdzie żyją moi synowie, feminista oznacza rozgarniętego, wrażliwego faceta, który nie potrzebuje w żaden sposób tego podkreślać ani deklarować.

W Polsce mężczyźni też się z tym nie afiszują. Pytani o to, czy są feministami, odpowiadają zdziwieni: kim?!
Nie wiem, co oznacza feminizm dla przeciętnego Polaka, jak on to sobie definiuje, odczuwa i jak sobie z tym radzi. Podejrzewam, że ma z tym kłopot. Dla mnie feminizm jest jednoznaczny z humanizmem. Jest wyrazem współcześnie pojmowanego człowieczeństwa. Być może wielu facetów rozumie to kompletnie inaczej. Feminista to dla nich symbol ,,miękkiszona’’, który poddaje się lub ulega kobietom, godzi się na tę fałszywą interpretację patriarchatu – że to mężczyźni zniszczyli świat, a teraz powinni się kajać. Część mężczyzn reaguje na feminizm wściekle alergicznie jako na przejaw kobiecej niezrozumiałej agresji, ataku na męskość.

To w jaki sposób rozpoznać w sobie, że jest się feministą?
Już sam fakt, że ktoś ma potrzebę takiego rozpoznania, jest bardzo cenny. Świadczy o pewnym poziomie autorefleksji, mentalnym nadążaniu za współczesnością. Fajnie jest chyba mieć jakiś klarowny pogląd na tak ważny temat, nie być durniem, ślepym na połowę ludzkości.

Czuję się człowiekiem i feministą, może dlatego, że w pełni zaakceptowałem swoją męskość i kobiecość. Jestem duchowo androginiczny. W pewnym sensie ponadpłciowy. A moja kobiecość, cokolwiek się pod tym słowem kryje, nie przeraża mnie, nie neguję jej. Nie zagraża mojej męskości, nie muszę być dzielny ani dumny ze swojego pawiego ogona. Maczyzm – czyli taka stereotypowa, przesadna męskość – to karykatura człowieka.

A może być tak, że facet z przekonaniem mówi: „jestem feministą”, a nieświadomie gotuje się w sobie, jeśli kobieta jest krok przed, a nie za nim?
Świadoma nieświadomość, czyli nasza kultura, jest przesiąknięta mizoginią. Z jakiegoś powodu mężczyźni od zawsze czuli wrogość i niechęć do kobiet, bali się ich. Kobieca seksualność im zagrażała, dlatego chcieli ją zawłaszczyć, zdominować i kontrolować. To siedzi do dzisiaj w mężczyznach na nieświadomym poziomie. Kultura patriarchalna jest mocno przesiąknięta przekonaniem o naturalnej wyższości męskiej płci. Kobiety są gorsze – słabsze, grzeszniejsze, mniej rozumne. Zasługują więc na gorsze warunki i traktowanie. Tysiące lat takiej dominacji odcisnęły w umysłach obu płci ogromne piętno. Niestety, to siedzi także w kobietach, nawet w sposobie, w jaki wychowują chłopców. Widziałem sztandarowe feministki, które miały kompletnego fioła na punkcie swoich synków. W ich narcystycznej nadopiekuńczości było mnóstwo nieświadomego ubóstwienia męskiej płci, gruntującego w tych chłopczykach poczucie nie tylko wyjątkowości, ale lepszości. Jakie to może mieć skutki dla równouprawnienia i partnerstwa? Jak będzie funkcjonował ten niuniuś – prywatny ideał nowoczesnej mamusi – w przyszłości?

My z Manuelą, wychowując Polę, raczej nie programowaliśmy jej na jakieś mocne poczucie tożsamości płciowej, nie podkreślaliśmy jej kobiecości. A ona jednak, już jako malutka dziewczynka, odrzucała ze wzgardliwą niechęcią niektóre zabawki, książeczki, kolory jako ,,za bardzo chłopaczywe”. Ciekawe, gdzie tym nasiąkała?

'Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej' - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne) "Mimo życiowych niepowodzeń czy związkowych porażek nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej" - wyznaje Piotr Pietucha. Na zdjęciu ze swoją żoną, Manuelą Gretkowską. (Fot. archiwum prywatne)

To jest chyba w powietrzu, w mentalnej atmosferze naszego świata.
Wystarczy się rozejrzeć. Moja przyjaciółka obserwowała ostatnio grupę jedenastolatków na basenie. Wszystkie dziewczynki samodzielnie suszyły i czesały swoje długie włosy, a babcie były skoncentrowane jedynie na wnukach. Z suszarkami i grzebyczkami robiły cyrk wokół tych chłopców, jakby byli bezradnymi idiotami. Właśnie takie, często nieświadome zachowania, podkreślające ważność i uprzywilejowanie męskiej płci, spychają kobiety do podrzędności i uległości. Skazują od początku na zaradną, wymuszoną samodzielność. To jest bardzo mocny podprogowy przekaz. Uważam, że kobiety w Polsce dostają często podwójny, niemożliwy do spełnienia komunikat: „Musisz w siebie wierzyć i jednocześnie nie wierzyć. Masz być silna i niezależna, ale też uległa i słuchać swojego pana. Masz liczyć na siebie, umieć o siebie zadbać, ale nie wyobrażaj sobie szczęśliwego życia bez mężczyzny, wokół którego będziesz tańczyć”.

Komu udaje się wyjść z tego gadziego mózgu? Mężczyznom, którzy zdają sobie sprawę z nieuświadomionych stereotypów w sobie?
Jestem wielkim fanem świadomości. Ona potrafi przenosić góry – nawet jeśli to góry stereotypowych śmieci. Wydobywa z bagna uprzedzeń. Daje kopa w dupę kompleksom, fałszywym przekonaniom. Pokazuje środkowy palec głupiemu, automatycznemu osądzaniu.

Weźmy mnie samego. Jeżeli podchodziłbym do mojego związku nieświadomie rywalizacyjnie, to musiałbym uznać, że Manuela jest górą. Jest utalentowana, bogata, sławna i lepiej sobie radzi w życiu. I teraz jako mężczyzna, który żyje w jej cieniu, powinienem być sfrustrowanym dupkiem, który tylko udaje, że jest feministą i chce ją wspierać. Tak naprawdę siedzi w kącie, chlipie nad sobą i marzy o kobiecie, przy której będzie mógł brylować, ponapawać się własną męską zajefajnością. Dziękuję, ale nie mam takich potrzeb. Realizuję się po swojemu i jestem w tym spełniony. Uszczęśliwia i fascynuje mnie to, że potrafimy być szanującymi siebie nawzajem partnerami.

Jednak nieczęsto mężczyzna czuje się dobrze u boku silnej partnerki. Jak ci się to udało?
Nikt nie jest do końca silny ani słaby. Co do Manueli, to pozytywnego kopa daje mi to, że zdobyłem jej wzajemność i jestem jej wart. Podziwiam ją i uwielbiam od pierwszego wejrzenia. Mimo życiowych niepowodzeń, związkowych porażek czy osobistej niepewności, nie straciłem wiary w siebie. Było we mnie poczucie, że jestem spoko facetem. Na tyle mądrym, zaradnym czy zabawnym, że mogę mieć kobietę na swoją miarę. Albo nawet wyżej. Bo życiowy partner mówi o nas wszystko. Pokaż mi, z kim jesteś, to powiem ci, kim jesteś.

Czyli podstawą udanego, partnerskiego związku jest to, jak się czujesz sam ze sobą?
Moim zdaniem tak. Partnerstwo, czyli dojrzała miłość, jest nagrodą za pracę nad sobą. Najpierw trzeba jednak uwierzyć w siebie, nie podkopywać własnej męskości i człowieczeństwa, tego poczucia, że jesteś okej. Później najważniejsza jest otwarta komunikacja. Taka nawet wulkaniczna jak w filmie „Malcolm i Marie”, dostępnym teraz na Netfliksie. Oglądamy w nim dwoje ludzi, którzy mają w sobie mnóstwo gniewu, niewdzięczności i niezrozumienia dla siebie nawzajem. Mają też siłę, żeby w otwarty sposób to z siebie wyrzucić. Jakie to piękne, oczyszczające! Lepsze niż fochy, zamykanie się czy zamiatanie bolesnych spraw pod dywan. Taka odważna, uczciwa walka o siebie jest też walką o związek. Nie prowadzi do rozstania, tylko do większej bliskości. Powoduje, że nie boisz się ani nie wstydzisz powiedzieć partnerowi, co cię boli. W końcu chodzi o to, żeby zrozumieć się nawzajem. Nie bać się prawdy, nawet kiedy jest nie do zniesienia.

Kobiety stały się też bardziej świadome, wymagające. Wiedzą, czego chcą, co im się słusznie należy. Jak do tych większych wymagań odnosi się feminista? Męska duma cierpi?
Jest taki seksistowski dowcip, kiedy po kochaniu on ją pyta: „Miałaś orgazm?”. Ona odpowiada: „Nie”. On na to: „I co się mówi?”. Ona: „Przepraszam”. Ohydny sarkazm – bo niby on się interesuje tym, co ona przeżyła, a kiedyś faceci mieli to gdzieś. Ale nadal dbałość o kobiece spełnienie bywa dla wielu mało kręcąca. Teraz to się nieco zmieniło, oczekiwania i presja kobiet wzrosły, a mężczyźni są w defensywie. A one atakują: „Nie zrobiłeś tego, nie byłeś taki!”. Wyrzuty, pretensje, domaganie się. Jest w tym dużo agresji wobec mężczyzn. Nic dziwnego, nawarstwiała się wiekami. Mężczyźni źle się z tym czują, nie wiedzą, jak reagować. Co z tym zrobić? A jeśli odrobinę myślą, to wiedzą, że jest w tych wybuchach dużo słusznego gniewu. Głupio wtedy bystrej, świadomej kobiecie zaprzeczać. Udawać niefrasobliwego, zadowolonego z siebie idiotę, który nic nie kuma. Tak czy owak, faceci mają trochę przekichane.

Myślę, że łatwiej jest być feministą wobec koleżanki z pracy niż wobec partnerki. „Niech kobiety się realizują, ale jeśli moja kobieta za wiele energii wkłada w świat zewnętrzny, to czuję się niekochany”.
To tylko świadczy o mężczyźnie. Powinien się zastanowić, skąd ta jego niepewność, ciągła potrzeba uwagi, troski i dominacji. Siła patriarchatu jest monstrualna, między innymi dlatego, że bywa wygodna i użyteczna dla mężczyzn. Oczywiście tylko pozornie, bo za te zacofane schematy też płacą ogromną cenę: nałogów czy przymusu bycia męskim, czyli często bezwzględnym i niewrażliwym, wypierającym uczucia emocjonalnym zakalcem.

Często myślimy, że po partnersku znaczy po równo. Ty zmywarkę, to ja pranie, a nie da się tak. Zawsze ktoś czuje się wyrolowany.
To jest problem każdego, kto ma określoną ilość snu i energii. My z Manuelą również mieliśmy z tym kłopot, dopóki w pewnym momencie kategorycznie nie podzieliliśmy się obowiązkami. Teraz włączam trzy zmywarki dziennie, wynoszę śmieci, piorę. Ale zakupy i sprzątanie, czyli coś, czego nienawidzę, mam w nosie. Gotujemy sobie sami, jemy o różnych porach. Nie prasujemy. I od kilku lat nie mamy poczucia, że ktoś kogoś wykorzystuje, kradnie mu czas czy energię lub jest bardziej uprzywilejowany. To typowo relacyjna rozkminka, obowiązki, ani lepsze, ani gorsze, ani męskie, ani kobiece, po prostu codzienne.

A jakich kobiet szuka feminista? Czy nie jest tak, że podobają mu się silne i niezależne, a później okazuje się, że tak naprawdę oczekuje od partnerki rozwiązania wszystkich swoich problemów?
Jeśli trzymamy się mojej definicji feministy, czyli człowieka, który nie racjonalizuje swojego lęku przed kobietą, tyko jest w harmonii ze swoją animą, animusem i cieniem – to taki mężczyzna nie będzie szukał sobie partnerki matki, on już dorósł. Myślę, że wrażliwy, rozgarnięty człowiek szuka drugiego wrażliwego, rozgarniętego człowieka. I choć mam się za taoistę, to nie ortodoksyjnego – wcale nie uważam, że męskość jest aktywna i dominująca, a kobiecość bierna czy oddająca się. Widzę to jako anachronizm, który może czasem odnosi się tylko do naszej biologii, ekonomii hormonów, seksualności. W aspekcie humanistycznym, czyli ludzkim, już tak tego nie pojmuję. Bo nie ma silnych kobiet lub słabych mężczyzn. Wszyscy jesteśmy trochę silni i trochę słabi.

A jak definiujesz męskość?
Nie miałem realnego wzorca mężczyzny, nie był nim mój ojciec. Miałem literackich i filmowych bohaterów, fantazje, wizje, tęsknoty, ideały. Męskie aspekty we mnie kultywowały sport, harcerstwo, zabawy w Indian. Byłem szczęściarzem, bo nigdy w swoją męskość nie wątpiłem. Mimo że byłem nieśmiały i delikatny, na swój sposób kobiecy, to podobałem się dziewczynom. Zaakceptowałem takiego siebie – swoją androginiczność uznałem za pełnię. Uważam, że stereotyp kobiecości i męskości bardziej nam dzisiaj przeszkadza niż służy. Na moim seminarium zapyta­łem kiedyś studentów, co jest najbardziej kobiecą, a co męską cechą. Uznali, że jest to – w obu wypadkach – opiekuńczość. To wymowne i symboliczne. W końcu opiekuńczość, czyli mądre dbanie o siebie i innych, to istota człowieczeństwa.

Piotr Pietucha, psychoterapeuta, autor książek "Stróż obłąkanych", "Dożywotni kochankowie", "Miłość klasy średniej".

  1. Psychologia

Kobieca moc niejedno ma imię

Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. (Fot. iStock)
Czasami myślimy o niej jak o kobiecej naturze, energii animy albo intuicji. Bardziej potrafimy ją poczuć ciałem niż rozpoznać umysłem. Kobieca moc niejedno ma imię... Psychoterapeutka Ewa Klepacka-Gryz inauguruje nowy cykl artykułów w miesięczniku "Sens".

Wiele z nas doświadczyło szczególnych momentów, w których wyraźnie poczułyśmy swoją moc np. w trakcie narodzin dziecka, ukończenia artystycznego dzieła (to tzw. euforia ostatniego pociągnięcia pędzlem) czy podjęcia jakiejś bardzo ważnej i brzemiennej w skutkach decyzji. Co najważniejsze, ta moc pojawia się zwykle wtedy, kiedy głowa odpuszcza, a czasami nawet budzi się rezygnacja: „trudno, nie dam rady”, „nie wiem, co robić”, „to wszystko, na co mnie stać”... – i nagle gdzieś w głębi siebie już wszystko wiesz!

Siła czy moc?

Męska siła kojarzy nam się z działaniem w świecie zewnętrznym, z myśleniem analitycznym. Kobieca siła to moc płynąca z emocji, cielesności, intuicji, wglądu w siebie, proroczych snów. Mężczyzna czuje się silny, kiedy ma osiągnięcia i uznanie w zawodzie, w sporcie, w życiu. Kobieta czuje swoją moc, jeśli żyje w zgodzie z własną legendą podąża świadomie wybraną przez siebie drogą, jest obecna w „tu i teraz”, potrafi zintergrować głowę, serce i ciało... Jednak taki sposób odczuwania przychodzi z wiekiem.

Jako nastolatki czy dwudziestoparolatki chętnie próbujemy swoich sił w sportach, często ekstremalnych, lubimy rywalizować z mężczyznami. Kickboxing, MMA czy choćby zwykłe sztuki walki – czemu nie? Dieta ketogeniczna, płaski brzuch i „kaloryfer” wyćwiczony w siłowni, morsowanie czy wejście zimą na Śnieżkę w spodenkach i sportowym biustonoszu – czemu nie? Przed trzydziestką nadal realizujemy swoją moc bardziej „po męsku”: w rywalizacji, wspinaniu się po szczeblach kariery, sięganiu po eksponowane stanowiska. Momentem przełomowym często bywa ciąża. Być może to wtedy po raz pierwszy zaczynamy odróżniać siłę od mocy. Moc „z brzucha” pojawia się także w momentach, kiedy budzi się nasza energia twórcza: pragnienie namalowania obrazu, napisania książki czy ekspresji emocji poprzez ruch. Pojawia się świadomość, że siła wynika z naszego działania na zewnątrz a moc płynie z ekspresji tego, co wewnątrz.

Około czterdziestki wiele kobiet nagle odczuwa potrzebę radykalnje zmiany życia. Bywa, że bilans przeszłości wcale nie wypada na plus albo pojawia się tęsknota odnalezienia czy odkrycia celu i sensu życia. Czujemy, że dotąd żyłyśmy zgodnie z nieswoim scenariuszem. Doskonale tłumaczy to Paulina Młynarska, autorka rocznego planeru „Moc kobiet” pisząc, że jedyne, co może każda z nas, to wprowadzić korektę do wręczonego nam w chwili narodzin scenariusza – gotowca, który przypisuje określone z góry role, zadania i ograniczenia. Trzeba wiele odwagi i buntowniczej energii, aby je zakwestionować. I jeszcze więcej, aby rozpoznać czy też powołać do życia nowe wewnętrzne postaci, których energia pozytywnie zasili nasze życie psychiczne”.

Po pięćdziesiątce, kiedy siła działania w zewnętrznym świecie nie jest już taka oczywista, coraz częściej i wyraźniej zdarza nam się słyszeć głos wewnętrznej mocy. Na początku to bardziej szept: ,,Czy na pewno musisz tak dużo pracować?”, „Czy dzisiaj zrobiłaś coś, co nakarmiło twoją duszę, a jeśli nie dzisiaj, to kiedy ostatnio ci się udało?”. Dopóki traktujemy wycofanie się z jakiejkolwiek aktywności za oznakę słabości, nadal bardziej jesteśmy w energii siły niż mocy. Ale pewnego dnia, kiedy coraz częściej łapiemy się na tym, że wolimy być niż mieć, być tak prosto z brzucha; zachwycić się słońcem na twarzy, wąchać deszcz, popłakać się nad zdjęciem wnuczka tuż po narodzeniu – czujemy, że wróciłyśmy do domu. Swoją moc zaczynamy odczuwać jako wewnętrzny zew, którego nie sposób nie usłyszeć.

W podróży do siebie

Od czasu covidowej zawieruchy większość moich pacjentek przychodzi z kłopotami, które tak naprawdę są opowieściami o mocy – o tym, że czasami ona je przeraża, że nie czują się gotowe do przyjęcia, otworzenia się na tak intensywną energię, że jest jakaś ogromna siła, która próbuje się wydostać z ich wnętrza, że nagle poczuły potrzebę odmienienia całego swojego życia...

Nic w tym dziwnego, kobieca moc ma potężną energię, zarówno do działania jak i bycia w swojej prawdzie, wizji, osobistym micie. Pandemia, która w każdym z nas uruchomiła najbardziej pierwotne lęki, zmiany w tzw. ustawie antyaborcyjnej, które ,,dotknęły” kobiecych brzuchów, i era Wodnika (odpowiedzialnej wolności) – sprawiły, że nie mamy innego wyjścia jak dopuścić do głosu swoją moc. I to bez względu na wiek.

Jak przekonuje Maureen Murdock, analityczka jungowska, zadaniem, jakie dziś mają do spełnienia kobiety, jest wewnętrzna podróż ku całkowitej integracji, równowadze i pełni. Dziś, wszystkie jesteśmy w podróży „do siebie i po siebie”. Dla wielu z nas wyjście na ulice i głośny protest był początkiem tej ważnej podróży. Inne, dotknięte chorobą własną lub w rodzinie przeżyły poważne kryzysy: drobne śmierci iluzji, całkowite załamanie się dotychczasowych wartości. Niektóre, na początku nieśmiało, w oczekiwaniu na pozwolenie czy akceptację zaczęły, czasami po raz pierwszy w życiu, opiekować się sobą. Pielęgnować własne potrzeby, zagłębiać się w świat książek czy muzyki. Tańczyć, oddychać, tworzyć, być. Konfrontować się z demonami przeszłości i z lękiem.

Już czas…

Agnieszka Maciąg przekonuje, że tę moc czerpiemy ze swojego duchowego Ja, które jest pełne spokoju, pewności i siły. „Świat ducha istnieje w przestrzeni pomiędzy bodźcem i reakcją. W tej przestrzeni pojawia się świadomość. To właśnie ona daje nam możliwość dokonania wyboru reakcji” – pisze w książce „Twoja wewnętrzna moc”. Czas na porzucenie, choćby symboliczne, wszystkich ról życiowych, zmierzenie się z własnymi ograniczeniami i lękami. Czas na powrót do kontaktu z własnym ciałem i odkrycie, kim tak naprawdę jestem, co chcę albo co mogę dać światu i co chcę dostać.

Przyda nam się w tym pomoc od innych kobiet. Wiele z nas już odnalazło swojej miejsce w kręgu kobiet czy innej grupie rozwojowej. Praca z baśniami, taniec 5 rytmów, medytacje, malowanie intuicyjne – każda metoda, która porusza naszą duszę jest dobra.

Potrzebujemy wysłuchania a właściwie usłyszenia swojej indywidualnej narracji o mocy, poczucia i uwierzenia, że naprawdę ją mamy. Każda z nas musi sama odkryć swój wzorzec. Ale warto słuchać opowieści, zarówno tych przekazywanych w baśniach, jak i opowieści kobiet, które chcą się dzielić swoim doświadczeniem.

Opowieści o mocy zaczniemy od tej, która budzi się w reakcji na krzywdy z przeszłości. To moc, którą czujesz w biodrach, brzuchu, udach… To ona pozwala ci mocno stanąć na ziemi, poczuć jej energię. Odwrócić się za siebie, otworzyć drzwi do dziecięcego pokoiku i poczuć tamten ból. Popatrzeć na matkę i ojca, którzy nie umieli ochronić przed krzywdą a może nawet byli jej sprawcami i przede wszystkim zrozumieć i zaakceptować, że w dorosłym życiu nikt nie da ci tego, czego nie dostałaś od rodziców. Ty już to wiesz, bo czujesz swoją moc.

Gdzie czujesz swoją moc?

Mocno stań na nogach. Poczuj kontakt z podłożem. Lekko ugnij nogi w kolanach, zamknij oczy. Pozwól ciału odkryć swój balans i poddaj się kołysaniu. Poczekaj cierpliwie, aż poczujesz się wygodnie w tej pozycji. Lewą dłoń połóż na brzuchu, prawą na sercu. Poczuj, gdzie znajduje się twój ośrodek mocy. Czy leży w brzuchu? W sercu? A może jeszcze w innym miejscu? Jak to jest czuć moc w ciele?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.

Zapraszamy do dzielenia się swoimi opowieściami o budzeniu mocy. Czekamy na listy od kobiet, które odkryły swoje własne metody pracy z mocą, również te, które pracują w tym temacie z innymi kobietami. Piszcie na adres sens@grupazwierciadlo.pl.

  1. Seks

Inteligencja seksualna – na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Psychologia

Kobiece i męskie - skąd się biorą stereotypy płci?

- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
- Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym - mówi Wojciech Eichelberger. (Fot. iStock)
Co jest kobiece, a co męskie? A po co się nad tym zastanawiać, skoro mamy równość? Wszystko jest uniseks. A jeśli nie wszystko? I czy chcemy, żeby tak było? O tym, czy jesteśmy wolni od stereotypów i czym są antystereotypy – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Artykuł archiwalny. 

W książce „Królewicz Śnieżek. Baśniowe stereotypy płci” (Agnieszka Suchowierska, Wojciech Eichelberger, wyd. Czarna Owca) pozamieniane są płcie bohaterów. Czy stare baśnie i bajki nam się nie podobają? Ja chciałabym sobie pobyć królewną, odsapnąć od tej cudnej równości! Ale wy, proszę bardzo, psujecie bajki.
Nic nie psujemy, zainteresowało nas tylko pytanie, czy baśnie przekazują stereotypy płci, czy są nośnikiem tego, co archetypowe. Hipoteza była oczywiście taka, że lansują patriarchalne stereotypy. Ale nie byliśmy tego pewni, dlatego Agnieszka w większości bajek na opak bawi się, tworząc język, w którym wszystkie rzeczowniki są rodzaju żeńskiego. Ale tak opisany świat wydaje się absurdalny – przegięty w drugą stronę. Szukajmy więc równowagi. Jeśli jednak jest więcej takich kobiet jak ty, które tęsknią za baśniowymi prototypami, to może bajki nie były narzędziem indoktrynacji. Przypuszczam jednak, że twoja reakcja spowodowana jest tym, że pod płaszczykiem wolności i dostępu do kariery liberalny patriarchat zaprzągł kobiety do pracy ponad siły, wpuścił w kredytowo-konsumpcyjny kołowrotek.

Królewna nie musiała zakładać firmy, płacić ZUS-u.
Ale nie wiem, czy dobrze czułabyś się jako królewna? W bajkach kobiety są nijakie i naiwne albo zawistne i mściwe. Natomiast mężczyźni to silni, mądrzy, szlachetni przywódcy. No w najgorszym razie – czarnoksiężnicy. Wygląda więc na to, że baśnie jednak nie lansują archetypów, lecz stereotypy. Księżniczka to jeden z nich. Spójrz na reklamy. Tam przygłupia kobieta potrzebuje pomocy mądrego doradcy. Ten stereotyp nadal żyje – po części za sprawą bajek – ale myślę, że udało się nam go częściowo skompromitować.

Mam wrażenie, że wszyscy to robimy, zamieniając się rolami. I mamy: silne kobiety, ale samotne i sfrustrowane. I wrażliwych mężczyzn, ale z pretensjami do tych kobiet, że są kastrowani. I jak tu żyć razem długo i szczęśliwie?
Może tak się dzieje, bo nadal tkwimy w stereotypach? Mówimy: „Ona wchodzi w rolę męską, on w kobiecą”. Gdybyśmy byli wolni od stereotypów, tak byśmy nie mówili. Nawet gdy on nie ma pracy, czy jest leniuchem, a ona programistką i go utrzymuje, to i tak nie zamienili się rolami. Bycie bez pracy czy lenistwo nie jest przypisane do jednej płci.

Odwrócenie ról to nie droga do szczęścia, bo trzeba przestać myśleć w kategoriach płci i reagować adekwatnie do okoliczności. Jeśli kobieta pracuje na utrzymanie domu czy dowodzi armią, ale ma przekonanie, że występuje przeciwko świętej regule kobiecości, to na pewno cierpi. Nie cierpiałaby, gdyby czuła, że jest wolnym człowiekiem, który decyduje o sobie. Oczywiście, kobieta może dojść do wniosku, że dowodzenie nie jest tym, co chce robić. Ale jeśli wycofuje się tylko dlatego, że uważa to za sprzeczne ze społecznie zdefiniowaną płcią, to sama siebie dyskryminuje.

Jednak nawet w bajkach na opak widać różnice między nami. Jedna nosi tytuł: „Dziewczynka z zapałkami i chłopiec z petardami”, bo jak pisze autorka, do chłopca zapałczany smutek nie pasuje. Chłopiec, gdy jest mu źle, łobuzuje.
To też stereotyp. Możemy spotkać chłopca z zapałkami, który umrze z głodu i zimna bez słowa skargi czy próby buntu. Możemy spotkać też dziewczynkę, która – jak na ilustracji Lidii Dańko – podpali spodnie facetowi, który, nie zważając na jej prośby, minie ją obojętnie. Choć prawdą jest, że statystyczny chłopiec częściej złość, strach, odrzucenie odreaguje petardami. Jednak naszym zachowaniem w coraz mniejszym stopniu sterują stereotypy, a coraz bardziej osobowość. Ale tu się sprawa komplikuje: bo osobowość kształtuje się w ogniu wpływów rodziców, wychowania  i kultury, a one są przesiąknięte stereotypami płci.

Gdy jednak sięgniemy poza odziedziczony stereotyp, do najgłębszych pragnień i kobiet, i mężczyzn, to okazuje się, że różnice znikają. Im dłużej pracuję z ludźmi, tym wyraźniej widzę, że na poziomie podstawowym, egzystencjalnym między kobietami a mężczyznami nie ma żadnej różnicy.

Mamy trochę inne ciała, więc też inne możliwości, i przyzwyczailiśmy się adekwatnie do nich dzielić obowiązkami, ale tak naprawdę nie ma to znaczenia. W istocie obie strony potrzebują tego samego: wolności, autonomii, miłości, samorealizacji, szczęścia. Nie ma osobnej dla mężczyzn i osobnej dla kobiet drogi do ich zaspokojenia. Wszystkie przepisy na to, co jest właściwe (oprócz ciąży, porodu, karmienia piersią), są przejawem kulturowego stereotypu zależnego od świadomości społeczności, polityki i ekonomii. Dlatego trzeba konfrontować obowiązujące stereotypy z tym, co w nas archetypowe, podstawowe i ponad podziałami.

A może bajki to dowód, że się różnimy, tylko strach o tym mówić, bo to grozi dyskryminacją
? Weźmy Kopciuszka. Bohaterka to kobieta, która haruje w poczuciu upokorzenia w jakiejś komórce i marzy, żeby znaleźć się na balu. Ale przecież wielu mężczyzn też jest Kopciuszkami, też marzy o jakimś „balu”. W dodatku dzielenie ludzi na upokorzonych, aspirujących Kopciuszków i na książąt, od których szczęście Kopciuszków zależy, też tworzy stereotyp i pozór. Bo na podstawowym poziomie każdy z nas jest jednym i drugim. Każdy ma jakąś swoją udrękę i jakiś bal. Tylko – w zależności od charakteru, a nie od płci – na różne sposoby sobie z tym radzimy. Jedni zaciskają zęby i walczą, żeby kupić sobie bilet na wymarzony bal. A inni myślą, żeby ich ktoś tam zabrał, jakaś wróżka, książę albo księżna. Niektórzy, gdy się tam dostaną, czują się na jasnych salonach głupio, nie u siebie. Są też tacy, którzy nie dają rady i żyją w poczuciu krzywdy. Inni znowu dochodzą do wniosku, że to OK być Kopciuszkiem i w tym odnajdują szczęście.

Skoro tego samego pragniemy, to dlaczego się nie dogadujemy?
Bo nam się mylą stereotypy z tym, co podstawowe, egzystencjalne, wspólne. To są kulturowe filtry, przez które patrzymy na siebie. I to one są przyczyną niesprawiedliwości i nieporozumień. „Bo kobieta nie powinna być władcza”, „bo mężczyzna powinien być silny”. I już po porozumieniu, bo kobieta też potrzebuje być silna, a mężczyzna słaby. „Zawsze... nie wolno inaczej” – to stereotypowe myślenie.

Żeby się dogadać, iść razem na bal i dobrze bawić, trzeba dostrzec, że jesteśmy tacy sami, tego samego pragniemy, takie same pytania stawiamy. Trzeba odrzucić sztance naszego rozwoju i stawać się w pełni sobą. Nie rezygnujmy z siły dlatego, że jesteśmy kobietami, i nie rezygnujmy z empatii dlatego, że jesteśmy mężczyznami.

O uzupełnieniu siebie mówi „Książę na ziarnku prochu”. Księżniczka wybiera na męża supermacho. Ale ten po nocy spędzonej na płatku róży staje się poetą. Ofiarowuje księżniczce wiersz i wyznaje miłość. Ale ona go nie odrzuca!? Czy to możliwe, że kobieta, która chciała samca alfa, zaakceptuje w mężczyźnie wrażliwość i słabość?
Właśnie o tym mówi nowa wersja bajki, o możliwościach wyrwania się z kleszczy stereotypów zarówno kobiecych, jak i męskich. Wybranek królewny był mężczyzną świadomym tego, że kobiety cenią siłę, waleczność, odwagę, odporność na ból i zdolności seksualno-rozrodcze. Rozwinął więc w sobie te cechy aż do absurdu: „Będę taki, bo to najlepszy przepis na to, żeby podobać się najlepszym kobietom”. Chodził więc na siłownię, ćwiczył, wojował, obojętniał na ból, a przy okazji na wszystko. Być może już wcześniej poczuł, że ten mięśniak w lustrze to nie on, ale wolał o tym zapomnieć. Jednak po nocy spędzonej na płatku róży nastąpiła chwila prawdy. Supermacho odkrywa, że ma wrażliwe serce. Gdy odczytał księżniczce swój niezdarny, lecz szczery poemat, wzruszona władczyni uwalnia się od własnego – zapewne pseudofeministycznego – stereotypu zimnej suki. Oboje więc wyszli ze stereotypowych ról. I to jest wielki krok w ich rozwoju i poszukiwaniu szczęścia.

On stał się naszym ideałem: mężczyzną silnym i wrażliwym.
Mężczyzną z łamiącej stereotypy reklamy, który do wielkiej, umięśnionej klaty tuli niemowlę. Morał z bajeczki o „Księciu na ziarnku prochu” jest taki, że dopiero gdy mężczyzna zapomni o przechowywanym także w umysłach kobiet ideale męskości i stanie się prawdziwym człowiekiem, to wtedy kobieta w pełni otworzy na niego swoje wytęsknione serce. Zasada ta działa też w odwrotnej konfiguracji.

Płatek róży, który zakłócił męski sen księcia i wywołał tę przemianę, podłożył król, ojciec księżniczki.
Najwyraźniej zorientował się, że jego córka brnie w ślepą uliczkę, reagując wyłącznie na wymiary, rozmiary i twardość wybranka. Podejrzewał, że ta zbroja mięśni chroni jakieś wrażliwe, współczujące serce, i postanowił to sprawdzić, a właściwie dać temu szansę. Pewnie sam był za młodu macho okrutnikiem i uczestniczył w castingu na zięcia. Zrozumiał też, jak bardzo skrzywdził własną córkę, nie pokazując jej swojej wrażliwej strony.

Dziś bywa odwrotnie, nie serca brakuje mężczyznom. Sam w tej książce przyznajesz, że jako chłopiec przegrywałeś w rywalizacji o dziewczyny z innymi chłopakami, bo choć byłeś silny i sprawny, to wychowany przez matkę, za mało przebojowy. Dziewczyny wolały zuchwałych łobuzów... I co?
Musiałem w sobie rozwinąć macho, wojownika, czyli zrobić coś odwrotnego niż książę. Ale to nie był gwałt na sobie. Dzięki temu poczułem się bardziej kompletny, bo po drodze udało mi się zachować również wrażliwość i inteligencję. Nasze ludzkie poszukiwania prawdziwego siebie nie mogą polegać tylko na kultywowaniu tego, co nam łatwo przychodzi – np. jakiegoś talentu – lecz przede wszystkim na przekraczaniu naszych słabości i ograniczeń.

A co dzisiejsza kobieta może zrobić, żeby rozwinąć się w pełni?
Bohaterka tej nowej bajki ma coś, czego nie mają stereotypowe księżniczki z tradycyjnych bajek: naturalną, zuchwałą seksualność, siłę i władzę. Pewnie postanowiła kiedyś, że nie będzie taką nijaką i bezpłciową osobą jak tamte księżniczki. Nie zauważyła, że antystereotyp też jest stereotypem, który ją ogranicza, i zgubiła po drodze swoją wrażliwość. Ten sam błąd popełniają współczesne kobiety. Odnajdują w sobie dawno zapomniane siłę, autonomię, twardość i nieposkromioną seksualność. To dobrze. Problem w tym, że zapominają o całej reszcie. Słuszna i sprawiedliwa emancypacja kobiet sprawia, że kobiety zyskują siłę, ale tracą wrażliwość serc – a młodzi mężczyźni wprawdzie odzyskują wrażliwe serca, ale tracą tzw. jaja. Młodszy o pokolenie znajomy zwierzył mi się kiedyś: „Moja partnerka oszalała. Gdy jedziemy na rowerach, to się ze mną ściga, gdy idziemy do łóżka, to się ze mną ściga, a gdy kupuje samochód, to nie ten, który jej się podoba, tylko lepszy od mojego”. I tak jest dziś w wielu związkach, i tak byłoby w związku księżniczki, gdyby król nie podłożył płatka róży.

A jeśli nie ma króla, nie ma róży, nie ma księcia, który przeczyta wiersz, to co może zrobić królewna suka? Jak samej sobie pomóc osiągnąć pełnię człowieczeństwa, odnaleźć serce?
Błąd polega na tym, że myślimy w stereotypowych, wykluczających się kategoriach: kobiece versus męskie. Każdy, kto urodził się człowiekiem, jest i tym, i tym. Kobieta nosi w sobie mężczyznę, a mężczyzna kobietę. Jeśli uwolnieni od stereotypów płci będziemy rozwijać cały swój ludzki potencjał, to nie będzie się o co kłócić ani rywalizować. Wszyscy – bez względu na płeć – mamy te same podstawowe potrzeby, aspiracje, lęki. Wszyscy – bez względu na płeć – wybieramy różne sposoby na poszukiwanie swojego szczęścia. Wszelkie formy ideologizowania płci: feminizm i maskulinizm, matriarchat i patriarchat, nas ograniczają i niepotrzebnie antagonizują. W swej istocie są antyludzkie.

Skąd mamy wiedzieć, czy coś wynika z archetypu, czy stereotypu?
Pytanie za milion dolarów! Możemy się tylko domyślać i sprawdzać na sobie. Aby mieć pewność, musielibyśmy całkowicie utracić społeczną i indywidualną pamięć i zobaczyć, czego wtedy chcemy. I większość tych, którzy ją utracili, zmienia całkowicie swoje życie. To znaczy, że ich wartości i wybory rozmijały się z tym, co było ich indywidualną drogą do szczęścia. Ale to nie znaczy, że autonomia, wolność, miłość, szczęście i nieustraszoność przestały być najważniejszymi potrzebami. Ci ludzie przed utratą pamięci chcieli tego samego, tylko szli narzuconą im przez kulturę i wychowanie ścieżką. To, czego najbardziej potrzebujemy, jest ludzkie – ani kobiece, ani męskie. Ale prowadzą do tego miliardy dróg. Tyle dróg, ilu ludzi.

  1. Psychologia

Kiedy boimy się bliskości i zaangażowania?

Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Konflikt psychiczny, związany z bliskością, często uaktywnia się przy osobach, które są dla nas interesujące (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Czy wspólna codzienność może przerażać? Czy życie dzień po dniu z drugą osobą może być czymś tak trudnym, że aż niewykonalnym? Czy zaangażowania można się bać i przed nim uciekać? Na ile zjawisko singli jest wynikiem przemian społecznych i świadomych wyborów, a na ile to oznaka wzrastającej niezdolności ludzi do bycia ze sobą?

Decydująca jest tak naprawdę motywacja, dla której wybieramy życie w pojedynkę. Można żyć samemu z miejsca wyboru, ale można również dlatego, że nie potrafi się inaczej.

Co dzieje się w przypadku, kiedy mamy do czynienia z dysfunkcją emocjonalną? Osoby, które wpisują się w taką charakterystykę, doświadczają wewnętrznego zapętlenia, konfliktu sprzecznych uczuć – chcą być z kimś blisko i jednocześnie obawiają się tego. Sytuacja wejścia w pełnowymiarową relację kojarzy im się z czymś niezwykle groźnym: z utratą tożsamości, mentalnym zniknięciem, zatraceniem siebie. Związek oznacza dla nich pozbawienie kontroli, sprawczości, integralności wewnętrznej. I nie jest to jedyne zagrożenie. Lękiem napawa również możliwość odtrącenia, odrzucenia. To, że osoba, którą obdarzę uczuciem, której zaufam i którą zaproszę do swojego świata powie – nie chcę cię, nie chcę cię takiego, jakim jesteś. - Tego typu konflikt psychiczny dosyć często uaktywnia się wobec osób w jakiś sposób dla nas interesujących. Właśnie ich atrakcyjność jest czynnikiem wyzwalającym lęk. A pochodzi on z przeszłości.

Gdy zabrakło akceptacji

Ci, którzy lękiem reagują na potencjalną bliskość, prawdopodobnie doświadczyli zranienia w ważnej relacji. Zwykle dotyczy to wczesnego okresu życia, kiedy kształtuje się psychika. Najczęściej chodzi o relację z rodzicem, opartą przykładowo na dominacji i nadmiernej symbiozie. W takim układzie autonomia dziecka nie jest szanowana, natomiast funkcjonuje wzorzec niezdrowej zależności, kiedy rodzic jest przekonany, że potrzeby dziecka i jego są tożsame. Wówczas niezbędny etap oddzielania się córki czy syna traktuje jako zagrożenie względem siebie, nie zauważa odrębności małego człowieka. Czym to skutkuje dla dziecka? - Ktoś taki, jako dorosły, może bać się tego, żeby zbliżyć do partnera. Będzie rządził nim lęk, że nie zdoła się obronić, tak jak kiedyś przed rodzicem.

Równie trudne są konsekwencje wybiórczej akceptacji, doświadczonej w dzieciństwie. To tak naprawdę manipulacja emocjonalna, kiedy rodzic daje siebie w ramach nagrody za spełnienie czegoś, co uważa za słuszne. Jeśli dziecko nie spełnia jego oczekiwań, wycofuje się – emocjonalnie, mentalnie czy fizycznie – w ramach kary. Nie ma tu miejsca na akceptację dziecka takiego, jakie ono jest. Później skutkuje to lękiem przed odrzuceniem, który na nowo przeżywamy w relacjach, gdzie dwie strony co jakiś czas się wycofują.

Działania „zamiast”

Jak wyglądają relacje osób, które boją się bliskości? To spotkania przelotne, okazyjne, dotyczące tylko życia zawodowego czy hobby. Zwykle oparte są na jakiejś zależności, na przykład tylko na seksie, przynależności do grupy, wspólnym biznesie. Właśnie takie pozwalają utrzymywać relację na pewnym poziomie powierzchowności, na zaangażowaniu ograniczonym jedynie do wybranej sfery, wycinka życia. Ktoś, kto funkcjonuje w taki sposób, porusza się w obrębie konwecji, dającej bezpieczne ramy. Są to zabiegi „zamiast”, pozwalające nie schodzić na taki poziom relacji, który jest zagrażający, a jednocześnie pozwalają ukryć trudność, usprawiedliwić przed samym sobą wycofanie.

Ten sposób radzenia sobie, kompensowania rzeczywistości ma bardzo wiele twarzy. Wspinamy się na skałki, podróżujemy, działamy w fundacjach, pracujemy zbyt ciężko, wchodzimy w wiele relacji i znikamy z nich. Jesteśmy osobami niosącymi pomoc, realizującymi wspólne pasje, buntującymi się, odgrywamy role, wypełniamy czas. Po co to wszystko? Po to, aby ochronić się przed pełnym napięcia stanem emocjonalnym, kiedy obawa przed zatraceniem tożsamości miesza się lękiem przed brakiem akceptacji, byciem odrzuconym.

Znikający punkt

Czy wycofywanie się z relacji jest złe? Na pewno jest to mocno rozbudowany mechanizm obronny i zastępczy, czasami jednak nie należy go zwalczać czy omijać. Człowiek może mieć potrzebę doświadczania go i stosowania, po to, aby zbudować w sobie podwaliny poczucia bycia niezależną, integralną jednostką. Zasadnicza jest tutaj świadomość własnych motywacji, samowiedza na temat: co mną kieruje.

Można nie wchodzić w relację z powodu strachu. Można również dlatego, że wszystkie znane sposoby radzenia sobie z problemami, które w nich zwykle występują, zawodzą i potrzeba tak radykalnego rozwiązania jak odejście, aby się obronić. Ten drugi przypadek to rozwój, budowanie siebie. Tego typu niedostępność, bycie świadomym „znikającym punktem” prowadzi do klarowania się wewnętrznego przekonania, że w pokonywaniu problemów nie jest się kimś bezsilnym, bezwolnym, zdanym jedynie na zewnętrzny wpływ. To wzrastające przekonanie pozwoli w przyszłości nie sięgać do ostatecznych rozwiązań polegających na unikaniu.

Paradoksalnie, zrozumienie i świadoma zgoda na to, co jest (czyli w tym momencie zgoda na dysfunkcję) pozwala na pójście dalej, transformuje, umożliwia funkcjonowanie w bardziej zaawansowanych formach współzależności. Podążanie w takim kierunku stopniowo przewartościowuje stan bliskości z zagrożenia w doświadczenie wzbogacające. Relacja coraz bardziej staje się okazją do zaspokojenia ciekawości drugim człowiekiem, odbierania go w rzeczywistym wymiarze, czucia się z kimś dobrze, dzielenia chwilą, codziennym życiem, byciem obok, wzajemnej wymiany. Kolejne dni kojarzą się z więzią, a nie z uwięzieniem.

Jarosław Józefowicz, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog. Prowadzi terapie indywidualne, par i małżeństw, pracuje z dziećmi, rodzinami, grupami, organizacjami. Prowadzi treningi psychologiczne, grupy i warsztaty, zajęcia rozwojowe.