1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy warto ryzykować? Tak!

Czy warto ryzykować? Tak!

Odwaga zawsze się opłaca. Bo nawet przy najgorszym obrocie spraw coś zyskujemy – nie żałujemy, że nie spróbowaliśmy.(Fot. iStock)
Odwaga zawsze się opłaca. Bo nawet przy najgorszym obrocie spraw coś zyskujemy – nie żałujemy, że nie spróbowaliśmy.(Fot. iStock)
Psycholog Wojciech Eichelberger mówi, że warto wziąć przykład z ludzi u schyłku życia. Choć żałują wielu rzeczy, to nie tego – że ryzykowali. Skoro badania i mądre książki podają, że ludzie pod koniec życia najbardziej żałują rzeczy, których zaniechali albo nie zrobili – to czemu wcześniej, kiedy to życie się toczy, tak trudno zebrać się na odwagę, by robić to, na co mamy ochotę, zaryzykować?

Odpowiedź jest prosta – stajemy się bardziej odważni wtedy, kiedy zdajemy sobie sprawę z tego, że życie nie trwa wiecznie. Myślimy: „Skoro i tak za chwilę nas nie będzie, szkoda czasu i energii na wahanie i roztrząsanie – można wreszcie zaszaleć”. Podobnie politycy pod koniec ostatniej kadencji są odważniejsi niż kiedykolwiek przedtem – bo nie mają nic do stracenia.

Dopóki żyjemy i wydaje nam się, że będziemy żyć jeśli nie wiecznie, to z pewnością bardzo, bardzo długo – jesteśmy bardziej nastawieni na bezpieczeństwo, wygodne urządzenie się, na unikanie silnych wiatrów i dużych fal. I jest to poniekąd zrozumiałe. Miotani przez oczekiwania innych: partnera, dzieci, szefa, państwa, systemu oraz kaprys losu – staramy się za wszelką cenę zachować równowagę i wystarczające poczucie bezpieczeństwa. Jednak im więcej czasu mija, a tym samym im więcej go mamy na wspominanie przeszłości – orientujemy się, że być może graliśmy z życiem zbyt ostrożnie. Powracają więc do nas te wszystkie zmarnowane, obiecujące okazje, z których nie skorzystaliśmy, na które machnęliśmy ręką albo których się przestraszyliśmy. Myślimy: „Czemu ja wtedy nie zaryzykowałem?! Może moje życie potoczyłoby się ciekawiej i dostarczyło mi więcej satysfakcji”.

Ciągle nas ciekawi, co by było, gdybyśmy podjęli inną decyzję, poszli inną drogą… Ale przecież tego nie wiemy. I się nie dowiemy.

To prawda. Ale gdy takie myśli się w naszej głowie pojawiają, to z pewnością oznacza, że nie jesteśmy zadowoleni z jakości dotychczasowego życia. Być może hołdowało ono wartościom i przekonaniom owocującym obsesją bezpieczeństwa i powiązanych z nim konformizmem i tchórzostwem. A to często znaczy, że na to, co naprawdę stanowiło dla nas wartość, dotychczas nie znaleźliśmy dość miejsca. Podobnie bywa, gdy u schyłku dnia oglądamy się za siebie z poczuciem frustracji, zawstydzenia i niesmaku, bo nie obroniliśmy czegoś, co było dla nas ważne, nie sięgnęliśmy po to, co było nam potrzebne, bo wstydziliśmy się wyrazić to, co domagało się wyrazu. Myślimy: „Mogło być tak mocno, ciekawie i kolorowo, a znowu wybrałem to, co bezpieczne, nudne i frustrujące”.

Niekiedy podobne myśli przychodzą u schyłku życia, a czasem w sytuacji granicznej: w chorobie, niebezpieczeństwie. Wtedy niejednokrotnie obiecujemy sobie, że jak uda nam się wyjść z tego cało, to będziemy więcej, częściej, bardziej... Nie zawsze dotrzymujemy tych obietnic.

Bo gdy niebezpieczeństwo minie, wracamy do kalkulowania, co się bardziej opłaci: sięgnąć po upragnione, ryzykując porażkę i utratę tego, co mamy, czy odpuścić i zachować niesatysfakcjonujące status quo. A najbardziej nam się marzy, by móc zjeść ciastko i nadal mieć ciastko – co, jak wiemy, nikomu się dotąd nie udało. Kończy się na tym, że przez całe życie chodzimy, a potem umieramy, z nienapoczętym ciastkiem w ręku, bo choć w ostatniej chwili nabraliśmy odwagi, by ugryźć spory kęs, to, niestety, zabrakło nam już sił, by je podnieść do ust.

Smak życia można poznać jedynie, wychodząc ze strefy komfortu?

Oczywiście. Jest nawet takie powiedzenie: „Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało”.

„Kto nie ryzykuje, nie pije szampana”…

„Do odważnych świat należy” i „Odważnym szczęście sprzyja”…

Czyli odwaga się opłaca?

Odwaga zawsze się opłaca. Bo nawet przy najgorszym obrocie spraw coś zyskujemy – nie żałujemy, że nie spróbowaliśmy. W najlepszym wypadku – rozbijamy bank, choć często okazuje się, że nagroda jest wypłacana w innej postaci niż ta, na którą liczyliśmy.

Podam może trywialny przykład, ale adekwatny do tego, o czym mówimy. W popularnym teleturnieju „Milionerzy” gracz ma możliwość wycofania się z dalszej gry – wtedy zachowuje wcześniej wygrane pieniądze, niezależnie od tego, czy na kolejne pytanie udzieli dobrej, czy złej odpowiedzi. Jeśli jednak zaryzykuje, może podwoić to, co do tej pory wygrał. I powiem ci, że po reakcjach publiczności i prowadzącego widzę, że bardziej szanuje się tych, którzy ryzykują. Ja też wolę, kiedy mówią: „Przyszedłem tu dla zabawy” albo „Raz się żyje”. Sądzisz, że tak samo jest w życiu?

Podobnie, choć nie tak samo. Ważna różnica polega na tym, że tu odwaga mniej kosztuje. Bo w „Milionerach” zawsze zyskujesz. Ryzyko polega tylko na tym, że możesz wygrać mniej, niż było do wygrania. Nie ryzykujesz więc straty. Strata jest tylko wirtualna. W życiu natomiast bywa tak, że jedyną, trudną do docenienia nagrodą za odwagę jest to, że wszystko tracisz i nie żałujesz, że spróbowałaś.

Można powiedzieć, że przychodząc na ten świat, też możemy tylko coś zyskać.

To prawda. Na fundamentalnym poziomie zawsze zyskujemy, bo nawet gdy zaryzykujemy i stracimy, to zyskujemy ważne doświadczenie odwagi podjęcia ryzyka, a także doświadczenie straty. Ale prawdę mówiąc, tracimy najwięcej, nie realizując naszych talentów, czyli możliwości umysłu, serca i ducha. I taką sytuację dramaturgia „Milionerów” trafnie ilustruje, gdy prowadzący mówi: „Możesz wybrać pozostanie przy tym, co do tej pory osiągnęłaś, ale i tak odczytam ci kolejne pytanie warte drugie tyle”. Jeśli okaże się, że odpowiedź na pytanie, z którego zrezygnowałaś, była ci znana, to tak jakbyś w grze z życiem nie wykorzystała swojego talentu. Z tym że w przeciwieństwie do teleturnieju, prawdziwe życie nigdy ci nie pokaże kolejnego pytania. Nie będziesz więc wiedzieć, czy dobrze, czy źle zrobiłaś, nie podejmując ryzyka. Wtedy zapewne na długie lata staniesz się neofitką swojej konserwatywnej i rozsądnej wiary, by u schyłku życia zwątpić w jej sens i słuszność, nazwać ją tchórzostwem i konformizmem i żałować tego, czego nie wybrałaś. Ale twój żal i tak karmić się będzie w najlepszym razie tym, co będziesz nazywać przeczuciem lub intuicją, choć tak naprawdę będzie to tylko życzeniowe myślenie i fantazje – bo przecież nadal nie będziesz wiedzieć, jakie było następne pytanie i czy znałaś na nie odpowiedź.

Gra z życiem jest o wiele trudniejsza niż gra o milion złotych. Ale mimo to ludzie kibicują tym, którzy dużo ryzykują – grają o wszystko nie tylko w „Milionerach”, ale też grają o wszystko w życiu. Kibicują, bo sami tęsknią za ryzykiem.

Warto stawiać wszystko na jedną kartę?

Wygląda na to, że warto. Tak jak w przypowieści o biednym rolniku Malinowskim, który tak długo modlił się o wielkie pieniądze, że w końcu zniecierpliwiony Bóg wychylił się zza chmur i huknął: „Malinowski, daj mi szansę! Przynajmniej kup, do cholery, los na loterii!”. W każdym razie warto pamiętać, że życie, los czy Bóg nie codziennie proponuje nam taki deal jak w „Milionerach”. W najlepszym wypadku – raz na jakiś czas. Warto więc uważać, żeby go nie przegapić.

Na przykład jesteś w jakimś związku i nagle się zakochujesz w kimś innym. Myślisz: „Kurcze, co tu zrobić? Na co postawić? Mogę iść za głosem serca i stracić to, co mam, ale nie mam gwarancji, że wygram tamten związek, a jak wygram, to nie wiadomo, czy będzie lepszy od dotychczasowego. Mogę zostać tam, gdzie byłam do tej pory, przecież było jako tako, ale co robić, skoro moje serce jest gdzieś indziej? Ryzykować więc czy nie ryzykować?”. Bywa, że angażujemy się w nowy związek, definitywnie zamykamy dotychczasowy, a po jakimś czasie okazuje się, że ten nowy jest jeszcze gorszy niż poprzedni. Myślimy wtedy: „Jaka byłam głupia! Po co mi to było?”. Ale nie wiesz i nigdy nie będziesz wiedzieć, co by się stało ze starym związkiem, gdybyś w nim została. Gra z życiem bywa okrutna jak poker, gdy rezygnujesz z podwyższania stawki nawet do poziomu „sprawdzam” i przegrywasz dużą sumę, nie wiedząc, co przeciwnik miał w kartach. Z drugiej strony często wolimy nie wiedzieć, by móc żyć w złudzeniu, że zachowaliśmy się rozsądnie.

Mówimy o relacjach miłosnych, ale niezależnie od sfery życia – odwaga chyba zawsze dotyczy podążania za podszeptami serca, w kontrze do głosu rozsądku.

W wielu wypadkach – tak. Myślę, że tym żałującym pod koniec życia tego, czego nie zrobili, o to właśnie chodzi – że nie poszli za głosem serca. Że zamiast wydać pieniądze, które tak oszczędzali na czarną godzinę, zostawiają je teraz w spadku niewdzięcznym dzieciom, które o nich zapomniały. To jest jeden z tych ważnych momentów gry z życiem: czy oszczędzać pieniądze na „czarną godzinę” i stare lata, by mieć za co się męczyć na starość, czy jak najszybciej na początku emerytury, póki sił starcza, przeznaczyć je na realizację marzeń i pasji, na które brakowało czasu w zapracowanym wcześniej życiu? Mieć czy zjeść to ciastko? Mieć czy być? Mieć czy żyć? Jakże ważna, niezwykle trudna decyzja. Ale skoro nie wiemy, co nas czeka, i gramy z życiem w ciemno, to może warto zaryzykować i poprosić o następne pytanie?

Sądzisz, że ludzie zwykle ryzykują?

Zależy jacy ludzie. Sądzę, że większość zachowuje się ostrożnie, zachowawczo i koniunkturalnie. Bezpieczeństwo jest naszą powszechną obsesją, podgrzewaną nieustannie przez marketing, bo lęk czyni nas spolegliwymi konsumentami. Ale z tego samego powodu gorąco kibicujemy tym, którzy często ryzykując wszystko, realizują swoje marzenia, aspiracje czy talenty, a także ludziom wybitnym i wielkim bohaterom naszej cywilizacji. Przecież prorocy wszystkich wielkich religii byli buntownikami na wielu poziomach i odważnie ryzykowali bardzo wiele, nawet życie, by otwierać ludziom oczy, uszy i serca na duchowy wymiar istnienia. Gdzie byśmy byli teraz w rozwoju naszej wiedzy o świecie, gdyby nie odwaga Galileusza, Kopernika, Einsteina, Pasteura, Darwina czy Marii Skłodowskiej?

„Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.” - łatwo powiedzieć.Bezpieczeństwo jest naszą powszechną obsesją, podgrzewaną nieustannie przez marketing, bo lęk czyni nas spolegliwymi konsumentami. (Fot. iStock) „Lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.” - łatwo powiedzieć.Bezpieczeństwo jest naszą powszechną obsesją, podgrzewaną nieustannie przez marketing, bo lęk czyni nas spolegliwymi konsumentami. (Fot. iStock)

Ale słyszymy też o tych, którzy przez całe życie próbowali i nic. Co ciekawe, często bliscy tych „niespełnionych” mówią, że oni właśnie byli spełnieni, bo całe życie podążali za marzeniami, za tym, co kochali.

I właśnie o to chodzi. Oni przynajmniej nie żałowali, że nie próbowali. Zrobili wszystko, co mogli, żeby podążać za swoimi potrzebami, aspiracjami czy impulsem serca. Niezależnie od efektu końcowego – to daje ogromną satysfakcję. Sukcesem dla wielu osób jest już samo to, że spróbowali. Wygląda na to, że u kresu życia niewielu żałuje, że ryzykując, przegrali. Najbardziej żałujemy niewykorzystanych możliwości. Porażka w starciu z losem nie boli, bo to przeciwnik potężny, z którym nie mamy żadnych szans. Najbardziej bolą porażki z własną słabością, lenistwem, tchórzostwem, asekuranctwem, z uzależnieniami i szkodliwymi nawykami. Jeśli nawet przegrywamy w starciu z potężniejszym przeciwnikiem, lecz zrobiliśmy w tej walce wszystko, na co było nas stać – to nie mamy poczucia porażki.

Czyli czym właściwie jest życiowa odwaga? Pokonaniem lęku przed porażką? Bo dochodzimy do wniosku, że nie ma porażek, są tylko lekcje?

Nie wszyscy potrafią sobie to tak ułożyć w głowie i przeżywają porażki bardzo depresyjnie. „No i po co ja się wychylałem? Mogłem zostać w tym bezpiecznym, fajnym miejscu, trzymać na koncie oszczędności, a tak zainwestowałem i nie mam nic”. W tej sprawie największy żyjący duchowy autorytet – Dalajlama ostrzega: (cytuję z pamięci) „Uważaj, bo gdy tracisz coś, do czego byłeś bardzo przywiązany, to prawdopodobnie w tej samej chwili dostajesz największy dar”.

Od czego zależy to, jaką mamy interpretację? Przychodzimy na świat z większą lub mniejszą dozą śmiałości? Czy to doświadczenia nas kształtują?

Moim zdaniem odwaga nie jest kwestią genetyczną. Raczej jest przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinnym systemie poprzez wychowywanie i wzorce. One sprawiają, że albo opowiadamy się za życiowym ryzykiem, albo dążymy za wszelką cenę do bezpieczeństwa.

Ci, których uznajemy za bohaterów, przyznają, że bali się jak cholera, ale udawali, że strach ich nie dotyczy.

Bo nie może być odważny ktoś, kto nie odczuwa strachu. Odwaga polega właśnie na jego pokonywaniu. Tych, którzy się nie boją, na przykład z powodu organicznych zaburzeń mózgu, skrajnej psychopatii lub maniakalnej psychozy – nie można nazwać odważnymi.

Są osoby, które ciągle balansują na granicy życia i śmierci.

Powtórzę raz jeszcze: jeśli igrają ze śmiercią, bo się nie boją, to nie jest to odwaga. To albo szaleństwo, albo chorobliwa brawura, albo po prostu głupota. Nie wolno niemożności przebierać w szaty cnoty. Choć często popełniamy ten błąd i osoby, które nie odczuwają lęku, nazywamy odważnymi.

A tych prawdziwie odważnych nazywamy szalonymi...

Kluczowe jest to, czy ci ludzie pokonują strach związany z określoną sytuacją albo jakiś niespecyficzny, uogólniony lęk. Jedni i drudzy są bohaterami. Jest takie powiedzenie: „Lęk jest złym doradcą”. To prawda. Bo lęk jest niespecyficzny i rozlewa się często na cały świat, wpycha nas do kąta sypialni i nie pozwala z niego w ogóle wyjść. Taki lęk trzeba więc testować, by nas nie obrabował z życia. Dla osoby zalęknionej samo wyjście z kąta jest aktem odwagi przewyższającym osiągnięcia herosów i zasługującym na najwyższy szacunek. Ale z pokonywaniem strachu musimy uważać, bo w przeciwieństwie do lęku może być trafnym ostrzeżeniem, które warto brać pod uwagę. Na przykład kiedy wiem, że nie potrafię pokonać stromej ściany nad przepaścią, bo nigdy tego nie robiłem, albo zamierzam przejechać się wyścigowym samochodem, a nie mam w tej mierze żadnego doświadczenia – to mój strach jest uzasadniony i lepiej go posłuchać. Chyba że mojemu życiu coś zagraża i jest to jedyna droga ucieczki. Wtedy odwaga będzie bardzo potrzebna.

A można w sobie wytrenować odwagę?

Nie tylko można, ale trzeba. Tym bardziej że w obecnych czasach straszenie nas jest narzędziem marketingowym. Jak chcesz komuś coś sprzedać, to najpierw musisz go nieźle nastraszyć, a potem powiedzieć, że masz coś, co pomoże ukoić jego lęk. To jest chore. Żeby podać skrajny przykład obsesji bezpieczeństwa, narzucanej dzieciom przez rodziców, a rodzicom przez marketing – wielu rodziców kupuje dziś specjalne kaski czy ochraniacze dla dzieci, które uczą się chodzić. Ale przecież one poprzez to, że tu się przewrócą, a tam uderzą, uczą się życia i rozumienia swoich granic. Jak one zdejmą te kaski i ochraniacze, to dopiero wtedy się zrobi niebezpiecznie. Grozi im to, że będą się bały zdjąć je do końca życia.

Często opowiadam o tym, co było dla mnie małym olśnieniem, gdy ojcowałem moim jeszcze małym dzieciom. Otóż zrozumiałem, że moim obowiązkiem wobec dzieci jest przekraczać swoje własne lęki i lenistwo i zamiast zakazywać im robienia czegoś ryzykownego, uczyć, jak to robić, by było bezpiecznie. Kiedyś jeden z moich synów – miał wtedy jakieś 8 lat – podszedł do mnie i spytał: „Tato, a czy ja mogę wejść na to wielkie drzewo?”. Ponieważ wróciłem właśnie do domu okropnie zmęczony, pierwszym moim odruchem było: „Ależ absolutnie nie, bo spadniesz i się zabijesz. Zabraniam wchodzenia na takie drzewa!”. Kiedy dotarło do mnie, co powiedziałam, dałem sobie w myślach solidną reprymendę: „Wojtek, co ty wyprawiasz! Przecież sam chodziłeś po drzewach jako młody chłopak. Nie strasz dziecka światem! Rusz tyłek i pokaż mu, jak to się bezpiecznie robi”. Wstałem więc z kanapy i zabrałem się do instruktażu.

Jako rodzice ciągle musimy pokonywać swoje lenistwo i swoje lęki…

Jeśli rodzic sam czegoś nie umie, to zwykle nie pozwoli swojemu dziecku tego robić, zarazi go swoim lękiem. Stąd biorą się te słynne „Nie biegaj, bo się przewrócisz”. I czego uczymy nasze dzieci? Że najlepiej siedzieć bezpiecznie na kolanach u mamy. Wszyscy powinniśmy pokonywać krok po kroku bariery, które chronią nas przed pełnym przeżywaniem życia, czyli sprawdzać, czy rzeczywiście było się czego bać.

Jedna rzecz to pokonywanie lęku, druga to umiejętność tłumaczenia porażek nie jako błędów, ale jako lekcji. Aktorka Jennifer Aniston powiedziała niedawno, że  choć jej oba małżeństwa zakończyły się rozwodami, to uważa, że były bardzo udane.

Widocznie starczyło jej odwagi, by odejść, zanim się popsuły, póki jeszcze sztylety złych uczuć nie latały w powietrzu. Tak, do tego też trzeba odwagi.

 

RZECZY, KTÓRYCH NAJBARDZIEJ ŻAŁUJĄ LUDZIE PRZED ŚMIERCIĄ 

  • Że nie mieli odwagi żyć tak, jak chcieli, a żyli tak, jak oczekiwali inni
  • Że tak dużo pracowali
  • Że nie mieli odwagi okazywać uczuć
  • Że stracili kontakt z przyjaciółmi
  • Że nie pozwolili sobie być szczęśliwymi

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak być w pełni sobą? 12 praktyk, które pomogą uwolnić się od ograniczeń

Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Codzienna praca z ograniczającymi przekonaniami pozwala się od nich uwolnić. (Fot. iStock)
Każdy pragnie żyć pełnią życia w zgodzie ze sobą. Blokują nas ograniczenia, które często tkwią w nas samych. Oto 12 kroków, dzięki którym droga ku wewnętrznej wolności stanie się prostsza.

1. Praktykuj akceptację

Pogódź się z tym, jak jest. Całościowo. Nie staraj się niczego zmienić, zrozumieć, uniknąć. Przyjmij każdą swoją myśl, emocję i okoliczności, w których się znajdujesz. Stań przed lustrem i powiedz do siebie: „Akceptuję siebie dokładnie taką, jaką jestem”. Powtarzaj kilka razy dziennie.

2. Ćwicz zaufanie

Nawiąż kontakt ze sobą -  jeśli masz poczucie swojej jaźni, duszy, jestestwa, jesteś bezpieczna.

3. Wzmacniaj poczucie bezpieczeństwa

Znajdź sobie miejsce, które jest dla ciebie schronieniem. Może to być twój pokój, sypialnia a tam półka z ulubionymi przedmiotami. Albo wizualizacja, która przenosi się w bezpieczne miejsce. Chodzi o azyl, w którym możesz się w każdej chwili schronić.

4. Rób rachunek sumienia

Zamiast kłócić się bezproduktywnie z krytykiem wewnętrznym, naucz się obiektywnie określać swoje mocne i słabe strony. Zrób listę trzech swoich cech, nad którymi chcesz popracować. Bądź jednak dla siebie łagodna, postępuj ze sobą życzliwie.

5. Słuchaj mądrych ludzi

Wybierz sobie kogoś w rodzaju mistrza. Osobę, która poprowadzi cię przez zwątpienia i zakręty mądrą wskazówką. Może to być ktoś znany ci z kart książki albo osoba z całkiem bliskiego otoczenia.

6. Bądź gotowa przejść własne ograniczenia Sporządź listę tego, co chcesz osiągnąć w życiu. Zastanów się, co cię ogranicza i co możesz zrobić, żeby przestało cię blokować.

7. Pielęgnuj poczucie pokory

Poznanie prawdy o sobie to ciężka praca. Poproś siłę wyższą, żeby pomogła ci na tej drodze samowiedzy. Licz się z tym, że zaliczysz upadki w poznawaniu siebie. Ale za każdym razem się podnoś.

8. Ucz się przebaczać

Trzeba mieć odwagę, żeby umieć przebaczyć. Jeśli tego nie zrobimy, głęboka uraza wnika w głąb naszej istoty. W naszym ciele powstają napięcia, które powodują zmęczenie i choroby. Wówczas nie ma możliwości, żeby żyć pełnią siebie.

9. Pomagaj, rób coś dla innych

Zastanów się, co możesz zrobić dla świata. Pomagaj, zajmij się wolontariatem lub rób to na własną rękę w najbliższym otoczeniu.

10. Myśl o sobie dobrze

Możesz powtarzać mantrę: „Jestem w porządku. Jestem w porządku. Jestem w porządku.” Te słowa uwalniają od strachu, który pochodzi z ego i otwierają na nowe możliwości. Jeśli jesteś w porządku, należy ci się wszystko, co do ciebie pasuje.

11. Dbaj o życie duchowe

Medytuj, uczęszczaj na warsztaty rozwojowe, czytaj lektury o tematyce duchowej, ćwicz jogę. Dbaj o swego ducha tak, jak pamiętasz o swoim ciele – które karmisz, myjesz, robisz mu badania. Sfera duchowa również wymaga starania.

12. Praktykuj bezwarunkową miłość

Do najbliższych, do przyjaciół, do świata. W słowach i myślach posyłaj im współczucie. Myśl również o tych osobach podczas medytacji, wysyłając w ich kierunku światło.

  1. Psychologia

Z czego bierze się potrzeba kontroli?

Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. (fot. iStock)
Kontrolujemy swoje zachowanie, bo chcemy być akceptowani i dobrze oceniani. Kontrolujemy bliskich, bo ich kochamy. A może chęć wpływu na życie innych wynika z własnych nierozpoznanych uczuć i źle nazwanych potrzeb?

Twarz Justyny zawsze jest precyzyjnie umalowana, bez względu na porę dnia i okoliczności.

– Nawet mojemu mężowi staram się nie pokazywać bez makijażu. Zmywam go dopiero, kiedy on zaśnie, a rano wymykam się do łazienki, żeby szybko się umalować – mówi 28 letnia Justyna.

Jest bardzo ładną kobietą i z łatwością można sobie wyobrazić, że bez starannego makijażu równie atrakcyjną. Mimo to nieumalowana wydaje się sobie brzydka i zaniedbana. Często jej się śni, że próbuje się umalować, ale nie może znaleźć szminki albo tuszu. Budzi się z uczuciem ulgi.

Równie pieczołowicie dba o swoją sylwetkę, kontrolując zawartość talerza i przeliczając kalorie. Ciągle próbuje nowych diet i mimo, że jest bardzo szczupła, jeśli tylko odrobinę przytyje, natychmiast wpada w panikę.

Większość z nas w sposób kontrolowany prezentuje taki wygląd, jaki wydaje nam się najatrakcyjniejszy i oczekiwany przez innych. Nie ma nic złego w tym, że o siebie dbamy i chcemy ładnie wyglądać. Szczególnie my, kobiety, przechodzimy w dzieciństwie ostry trening dotyczący tego, co nam wypada robić, a czego nie. Oczekuje się od nas, że będziemy miłe, ładne i grzeczne. Często słyszymy: nie krzycz, zobacz, jak brzydko wyglądasz, kiedy tak wykrzywiasz buzię.

Zdaniem trenera i psychoterapeuty Mariusza Bonka przypadek Justyny to jednak coś więcej niż wyuczone dbanie o siebie. To dowód wielkiego lęku, że sama w sobie nie jest dość atrakcyjna i dobra, żeby inni ją akceptowali. Za tym nieakceptowaniem swojego naturalnego wyglądu może się również kryć brak akceptacji dla różnych trudnych emocji, które Justyna w sobie nosi, np. smutku, lęku czy zazdrości. Wówczas perfekcyjny makijaż jest formą kontrolowania, czy wszystko jest z nami w porządku. Skoro tak doskonale panujemy nad swoim wyglądem, to również z innymi rzeczami radzimy sobie sprawnie.

– Kontrolowanie, żeby ładnie wyglądać, samo w sobie nie jest problemem – tłumaczy Dariusz Tkaczyk, psychoterapeuta z Ośrodka Pomocy i Edukacji Psychologicznej „Intra”. – Każdy z nas ma prawo nawet do takich zachowań, które w oczach innych uchodzą za dziwactwo. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy robimy coś nie dlatego, że sprawia nam to przyjemność, ale ze względu na nieadekwatne poczucie zagrożenia. A w przypadku Justyny kontrola wyglądu jest zogniskowana na tym, żeby nie być odrzuconą, a nie żeby ładnie wyglądać. Sztywność i zakres jej zachowań sugerują, że są one warunkiem samoakceptacji.

W poszukiwaniu bezpieczeństwa

Ukojeniem dla wewnętrznego niepokoju może być również nadmierna kontrola przestrzeni, w której żyjemy. Mieszkanie Grzegorza, 30-letniego muzyka, przypomina muzeum. Dyktatowi nietykalnych eksponatów poddał wszystkich, którzy go odwiedzają. Koledzy nieraz żartują z niego i celowo przesuwają jakąś rzecz o kilka centymetrów. Grzegorz natychmiast to zauważa i się denerwuje.

– Nienawidzę bałaganu i nieładu. Chcę, żeby każda rzecz miała swoje wyznaczone miejsce. Co w tym dziwnego, że nie położę się spać, jeśli mieszkanie jest nieposprzątane?

Nieraz zdarza mu się wstać w nocy, bo myśl o nierozwieszonym praniu albo nieposkładanych ubraniach nie daje mu spokojnie zasnąć. Być może to nieustanne porządkowanie otoczenia pozwala mu udawać, że podobny porządek ma również w sobie. Widok porozrzucanych rzeczy konfrontuje go z chaosem, jaki ma w sobie. Grzegorz nie lubi rozmawiać o swoich emocjach i niechętnie je okazuje. Jest skryty, ale łatwo wpada w złość. Czasem wybucha niewspółmiernie do sytuacji.

Zdaniem Dariusz Tkaczyka ciągłe porządkowanie przestrzeni może być niespecyficznym regulowaniem emocji. – Jeśli ktoś ma słabe rozeznanie w tym, co się z nim dzieje, słabą umiejętność nadawania znaczenia sytuacjom życiowym, czuje silny niepokój. Przenosi go wtedy w obszar, który jest mu lepiej znany i nad którym uważa, że panuje. W końcu łatwiej ułożyć książki na półce, niż skonfrontować się świadomie ze swoimi emocjami.

– Kontrola daje nam poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza lęk przed nieznanym i niespodziewanym – tłumaczy Mariusz Bonk. – Im bardziej świat wydaje nam się pełen zagrożeń, a jednocześnie boimy się w sobie różnych emocji i nie dopuszczamy do ich odczuwania, tym bardziej staramy się trzymać kontrolę, nad czym tylko się da. Ten lęk ma bardzo różne przyczyny. Mogą go wywoływać traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa, ale również wyniesione z domu nauki i ostrzeżenia rodziców typu: uważaj, bo sobie zrobisz krzywdę! Nie dasz rady! Nie uda ci się! Bądź ostrożny i nie ufaj nikomu! Wszyscy tylko czyhają, żeby cię wykorzystać!

 

Pragnienie wpływu

Nadmierna kontrola to nie tylko brak zaufania do świata, to również dowód braku wiary we własne siły, mądrość, możliwości i intuicję. Pesymiści nie wierząc w sprzyjający los i swoje siły, starają się wszystko kontrolować. Czasami pod linijkę ma być już nie tylko wygląd i mieszkanie, ale również partnerzy i bliscy kontrolerów.

– Mam dość bycia wieczną animatorką – skarży się 35-letnia Beata prowadząca prywatne przedszkole. – To wiecznie ja muszę decydować, co zrobimy z wakacjami, kiedy odnowimy mieszkanie i jak spędzimy święta. Mąż jest tylko wykonawcą moich projektów. Czekanie na jego inicjatywę trwałoby w nieskończoność. Czasem proszę go, żeby coś zrobił, ale zanim doczekam się reakcji, wolę sama się tym zająć.

Kobiety kontrolerki z jednej strony skarżą się na nadmiar obowiązków i odpowiedzialności za związek, ale z drugiej strony nie starcza im cierpliwości, aby poczekać na inicjatywę partnera. Bycie niezastąpioną daje im poczucie własnej wartości. Trudno wówczas zrezygnować z próby poddania kontroli całego życia rodzinnego.

Nie mniej trudne jest rezygnowanie z kontroli w stosunku do własnych dzieci. Początkowo nieustanna, z czasem powinna stawać się coraz bardziej dyskretna, aż wreszcie ustąpić całkowicie. Często jednak rodzice nie chcą zrezygnować ze swoich praw do kontroli, traktując ją jako narzędzie nieograniczonej władzy.

– Chwilami nie daję już rady – zwierza się Iwona, świeżo upieczona mężatka. Mój mąż jest wspaniałym mężczyzną – czułym, troskliwym i wyrozumiałym. Mam jednak wrażenie, że wraz z nim poślubiłam jego matkę. Nie ma dnia, żeby do nas nie zadzwoniła. Uważa, że ma święte, niczym nieograniczone prawo przychodzić do nas bez zapowiedzi o każdej porze. Ciągle słyszymy tysiące rad i wskazówek, jak mamy spędzać wakacje, urządzać mieszkanie, z kim się przyjaźnić, jakie książki czytać i co jeść. To prawda, że traktuje mnie jak córkę, dba o mnie, martwi się moimi kłopotami w pracy, nieustannie obdarowuje prezentami, ale jest tak ekspansywna w okazywaniu troski, że naprawdę trudno to wytrzymać.

Matki silnie kontrolujące swoje dorosłe dzieci zazwyczaj nie są usatysfakcjonowane związkiem ze swoim mężczyzną. Jednak konfrontacja z tym może być dla nich zbyt bolesna. Dlatego dużo łatwiej im myśleć o sobie: jestem wspaniałą, opiekuńczą i poświęcającą się matką, zamiast: jestem nieszczęśliwą kobietą tkwiącą w małżeństwie, które nie przynosi mi radości.

– Osoby zbyt skoncentrowane na innych często mają problem z własnymi potrzebami. Ważne, żeby teściowa Iwony zamiast: zostaw nas w spokoju, nie jesteś nam do niczego potrzebna, usłyszała od nich, że bez względu na to, co i ile dla nich robi, jest ważna i kochana. To może jej pomóc zobaczyć, że o jej wartości i kobiecości stanowi nie tylko nieustanna próba uszczęśliwiania syna i synowej, a im pozwoli zmniejszyć napięcie w kontaktach z nią i łagodnie, choć konsekwentnie stawiać pewne granice dotyczące jej zaangażowania – tłumaczy Dariusz Tkaczyk. – Sama kontrola nie jest problemem, ten pojawia się, gdy pragniemy kontrolować, czyli panować nad tym, na co możemy mieć jedynie częściowy wpływ. Bardzo słusznie, jeśli kontrolujemy tor jazdy naszego samochodu, gorzej, jeśli chcemy kontrolować czyjeś zachowania i decyzje.

Rozpoznać uczucia

Jak w sposób dojrzały kontrolować swoje życie? Punktem wyjścia mogą być słowa słynnej modlitwy Reinholda Niebuhra:
„Boże, daj mi spokój, abym zaakceptował to, czego nie mogę zmienić, odwagę, abym zmienił to, co zmienić mogę, oraz mądrość, abym potrafił te sprawy od siebie odróżnić”.
Jeśli mamy tendencję do nadmiernego kontrolowania naszego wyglądu, zachowania czy też naszych bliskich, to pierwszym krokiem do zmiany jest uświadomienie sobie tego, co tak naprawdę kontrolujemy. Zdaniem Mariusza Bonka odpowiemy na to pytanie dopiero wtedy, gdy skomunikujemy się ze swoimi uczuciami i nauczymy się je rozpoznawać. Wówczas mamy szansę na wyrażanie ich w bezpiecznej dla innych osób formie. Nie odbierajmy sobie prawa do złości, lęku, obaw, gniewu, niechęci czy smutku. Pozwólmy też sobie na wyrażenie tych uczuć, ale tak, aby nikogo nie ranić. W sprzyjających warunkach choć trochę poluzujmy kontrolę. Pozwólmy ponieść się sytuacji i decydować innym choć w niewielkim stopniu za nas. Wówczas okaże się, że sympatia, jaką nas obdarzają, nie maleje, gdy wyglądamy mniej atrakcyjnie, mamy bałagan w mieszkaniu i nie sprawujemy nad wszystkim pieczy. Paradoksalnie może ona nawet wzrosnąć.

  1. Psychologia

Biznesplan nie działa w miłości!

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. (fot. iStock)
Wielu kobietom odnoszącym sukcesy w życiu zawodowym nie układa się życie prywatne. Siła i decyzyjność, które w pracy są ich mocną stroną, w związku generują tylko ból. O tym, jak przestać podchodzić zadaniowo do miłości, z psychoterapeutą Michałem Dudą rozmawia Aleksandra Nowakowska.

Czy wszystkie kobiety sukcesu mają pecha do mężczyzn? Te, z którymi rozmawiam, żalą się, że są albo słabi, albo je odrzucają. A najczęściej i jedno, i drugie.
Mówimy o pewnym rodzaju silnych kobiet, które mają duże problemy ze stworzeniem relacji. Ich siła jest głównie społeczna, wykorzystywana do funkcjonowania w świecie, ale nie jest siłą psychologiczną potrzebną do tworzenia relacji. Kobiety te wewnętrznie czują się słabe, odrzucone, potrzebujące. I z tego powodu trudno im otwarcie wchodzić w relacje. Często stosują w nich metody, które działają w pracy. One zarządzają relacjami.

W jaki sposób?
Egzekwują różnego rodzaju prawa i obowiązki z pozycji asertywności, która znajduje zastosowanie na przykład w korporacjach. Czyli: stałe monitorowanie, intensywna kontrola, domaganie się uwagi i zaangażowania, oczekiwanie określonych zachowań. Z jednej strony chcą być dostrzegane przez partnera i zrozumiane także w swoich słabościach, a z drugiej – używają do tego siły. To podwójny komunikat, na który nie wiadomo, jak reagować. I nie chodzi tu o kierowanie oczekiwań, domaganie się czegoś w związku. Mamy przecież prawo do swoich pragnień i potrzeb. To kwestia sposobu, w jaki to się robi. Na pewno nie powinien on polegać na wchodzeniu w rolę znaną z pracy. Ludzie nie są w związku po to, żeby wypełniać zadania wyznaczone na dzisiejszy dzień. Nie na tym polega relacja między dwoma kochającymi się osobami.

Często tzw. kobiety sukcesu mają wysokie mniemanie o sobie i na temat tego, z kim chciałyby być, a kończą w relacjach, które są przeciwieństwem ich planów. Po części wynika to z tego, że one same sobie wszystko organizują. A facet, którego da się zorganizować, nie jest tym, o co im chodzi. To jest raczej facet, którym się będzie trzeba zajmować, którego być może trzeba będzie utrzymywać, którego można sobie kupić.

Przez jakiś czas ta strategia jednak działa.
Tak, ale one liczą, że przyniesie konkretny rezultat. Że zainwestowana energia sprawi, że on się w końcu zacznie jakoś inaczej zachowywać. Natomiast mężczyzna będzie korzystał z dobrodziejstw tak długo, jak się da, i raczej nie odwzajemni się spełnieniem jej życzeń. Tylko koszty będą coraz wyższe.

Kobiety, które znam, twierdzą, że marzą o silnym mężczyźnie.
A on zwykle ma jakiś walor – albo jest ładny, ma jakiś talent, coś potrafi. Ale na ogół jest zainteresowany sobą, nie ma specjalnie ochoty, żeby angażować się w tę relację. Najczęściej słabo radzi sobie w świecie, dlatego też odpowiada mu ta znajomość. W tym przypadku kobieta zapewnia mu wiele, a on zaczyna się przyzwyczajać i chce coraz więcej. Nie jest to dobry sposób na „wychowanie sobie mężczyzny”. Jednak silne kobiety nie są zwykle w stanie przestać dawać, zarządzać, organizować. One w ten sposób kontrolują i robią to jakby z automatu. A jednocześnie czują się porzucone, niedostrzeżone, bo dla nich nikt się nie stara. Naprawdę jest to kłopot. Niezwykle trudno jest przekonać je do zmiany stylu bycia w relacji, ponieważ ta metoda osiągania sukcesów bardzo często gra ważną rolę w ich życiu. One potrzebują mieć kontrolę.

Skąd ta potrzeba?
Chodzi o poczucie zagrożenia. Wszyscy radzimy sobie z brakiem bezpieczeństwa na dwa w miarę konstruktywne sposoby. Pierwszy z nich to wejście w związek. Jeśli uda się stworzyć relację, która jakoś funkcjonuje, do pewnego rodzaju lęków się nie wraca. Jeżeli jednak w związku coś się chwieje, często wpadamy w rodzaj otchłani, paniki, depresji. Tak się dzieje, jeśli związek ma być drogą do osiągnięcia stabilności wewnętrznej. Drugim sposobem ratowania się jest robienie kariery, budowanie sobie lepszego losu poprzez pozycję społeczną. Taki ktoś musi cały czas wkładać wysiłek w to, żeby nie osunąć się z powrotem w stan lękowy. Karierę robi z desperacją, doskonaląc tylko te narzędzia, które są skuteczne i pozwalają iść naprzód, ale trzyma się jedynie znanych rozwiązań. Poza tym najczęściej odczuwa niewielką satysfakcję z tego, co osiągnął, nie potrafi identyfikować się ze swoimi sukcesami. Korporacje uwielbiają takich pracowników, bo są oni w stanie bardzo dużo zrobić, żeby zasłużyć na uznanie. Odrzucenie jest dla nich czymś niesamowicie trudnym, dlatego tak bardzo się starają. Bezpieczeństwo to silna motywacja.

Czego boją się kobiety zarządzające relacjami?
Kieruje nimi lęk przed pustką, samotnością, odrzuceniem, brakiem uwagi. Żeby tego nie przeżywać, używają siły wobec mężczyzny. A siła zawsze budzi reakcję obronną. Gdy partner je odpycha, one sięgają po coraz więcej siły. Spirala się nakręca i kończy się zwykle odrzuceniem. Po kilku takich próbach czują się poranione i już nie chcą relacji. Tęsknią jednak za bliskością i jak patrzą na szczęśliwe pary, coś im się zaciska w środku. Ale zamiast to przeżyć, wolą iść do pracy i zająć się kolejnym arkuszem Excela.

Albo dzieje się tak, że w miejsce jednego mężczyzny, który odrzucił, pojawia się następny, bardzo podobny. I historia się powtarza.
Bo one aktywnie poszukują, starają się, dążą, stosują strategie. Ich potrzeba jest prawdziwa, to nie jest coś mało ważnego. Jeśli ktoś nie ma poczucia bezpieczeństwa, ciężko mu przestać poszukiwać go na zewnątrz.

Czasami wpadają w pewien rodzaj słabości, który kojarzy mi się z niedojrzałością.
Nawet dziecinnością. To niepokój, o którym mówiłem. Często zdarza się, że zostały w jakiś sposób odrzucone przez rodziców, którzy nie byli nimi zainteresowani. Teraz mają podobny styl życia jak oni – są skoncentrowane na pracy. Tam szukają matki, ojca. To jest oparte na realnym cierpieniu. Z tymi uczuciami muszą sobie poradzić i radzą sobie tak, jak potrafią. Stąd się bierze ta dziecinna słabość, ona jest po części regresywna. Słabość i delikatność są doświadczeniem, którego te kobiety potrzebują. To uczucie niezbędne do odczuwania szczęścia. Jako „dzieci” mogą sobie na te uczucia pozwolić. Jako osoby dorosłe zaprzeczają im i trudniej jest im kochać.

A jednocześnie jest w nich sporo agresji.
Tak. A mężczyźni bombardowani tym agresywnym zarządzaniem sami stają się bierno-agresywni. Przyciśnięci do muru, zaczynają odpowiadać przemocą. Mogą sprawiać ból psychologiczny, ale zagrożenie przemocą fizyczną w tych relacjach też występuje. Ci mężczyźni, bywa że uzależnieni, czują się skrzywdzeni i uważają, że wiele im się należy. I wymagają, bo tak sobie radzą z bólem z przeszłości. A kobiety dają, nic nie dostając w zamian, i w końcu zaczynają atakować, trafiając w bolesne miejsca. Zdarza się, że faceci odpowiadają ogniem i to generuje niebezpieczne sytuacje. Ale często nawet to nie zraża tych kobiet, żeby brnęły dalej w relację. Przynajmniej czują kontakt. To lepsze niż samotność i bezpieczniejsze niż bliskość. Siła to ich mocna strona.

One wówczas tłumaczą, że ci mężczyźni potrzebują ich pomocy.
Opiekowanie się biednymi stworzeniami jest nieskomplikowaną formą relacji. To jest łatwe źródło energii, a dodatkowo spełniają sen o troskliwej uwadze, której nie dostają. Część osób opiekuje się innymi dlatego, że przynajmniej do pewnego momentu dają się im kontrolować. Takie opiekowanie się to zupełnie inna relacja niż związek dwóch osób, które są samodzielne, czegoś ciekawe, czegoś poszukują, bo sprawę wewnętrznego poczucia bezpieczeństwa mają już za sobą. Spotkanie dwóch osób, które nie potrzebują pomocy, tylko chcą relacji, to jest zupełnie inny świat. Natomiast kobiety, o których mówimy, tak naprawdę nie szukają relacji, bo się ich boją.

Przychodzi moment, że kobieta sukcesu naprawdę ma już dosyć bólu, który przeżywa. Jak może sobie pomóc?
To nie będzie proste. Drogą wyjścia jest zmiana orientacji z ulgi, w którą uciekają z miejsca lęku, zarządzając mężczyznami, na przyjemność. Chodzi o zastanowienie się, co lubią. Nie w związku, ale w ogóle. Takie osoby podchodzą zadaniowo właściwie do wszystkiego – do jedzenia, do wyglądu, do sprawności fizycznej, do seksu. Jedzą, ćwiczą, kochają się tak jak powinno się to robić, ale niekoniecznie tak, żeby sprawiało im to przyjemność. Posiadanie władzy i osiąganie celów wydaje się przyjemne, ale nie jest. Daje rodzaj haju, lecz nie poczucia kontaktu ze sobą. One potem czują się bardziej zmęczone i puste niż szczęśliwe.

Rzeczywiście – trudno im poczuć przyjemność.
Jeden z przywilejów, który ociera się o pewien rodzaj przyjemności, to możliwość kupienia sobie tego, na co ma się ochotę. Te kobiety mają do tego dostęp. Ale nawet jeżeli ubierają się w drogich sklepach, jedzą w dobrych restauracjach, nie sądzę, że są w stanie poczuć do końca przyjemność. Przyjąć ją. To jest bliższe jakiemuś rodzajowi dumy, ambicji, samozadowolenia, ale nie przyjemności. One permanentnie się doskonalą, interesują je zajęcia, które mają je czegoś nauczyć. Robią to, bo czegoś im brakuje, nie sięgają po to dla przyjemności. Z jednej strony kiedy taka osoba jest w tym trybie, czuje się pewnie, jest nie do ruszenia. Bo to są naprawdę bardzo silne osoby. Z drugiej strony jednak można szybko je doprowadzić do „rozpadu”. I to jest realne, one naprawdę się rozpadają psychicznie. Bo starają się, starają, cały czas zasługują na coś, czego nie można dostać. A im bardziej się starają, tym bardziej czują się odrzucone.

Czego im brakuje?
Kontaktu ze sobą, ze swoimi prawdziwymi potrzebami. To jest początek zmiany, potem w relacji mogą już odpowiedzieć sobie na pytania: „Czy ja lubię to, co on robi, czy też nie? Czy to jest dla mnie, czy ja tego chcę, czy ja w tym jestem? Co czuję przy nim i co czuję do niego?”. Sądzę, że one już wcześniej dostają dużo sygnałów z ciała, pojawiają się w nich emocje, silne reakcje, które je ostrzegają, że droga, którą zmierzają, nie jest właściwa. Zdarza się, że ich przyjaciółki sugerują, że ten związek jest pomyłką. One zresztą same to czują, ale wolą nie skupiać się na uczuciach, bo to wiąże się z lękiem. Po prostu nie chcą czuć.

Jeśli miałbym dać im konkretną radę – co jest ryzykowne, bo każda rada może przez nie zostać zamieniona w program – powiedziałbym: „Na początek zacznij być ciekawa tego, co sprawia ci przyjemność, a co nie. Nie myśl o tym, nie pytaj innych, tylko próbuj i ucz się siebie. Zastanów się na przykład, co naprawdę miałabyś ochotę zjeść dzisiaj na kolację”.

Michał Duda: psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie  Psychologii Procesu. Pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Jak odzyskać poczucie wpływu, bezpieczeństwa i dobrostanu?

Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Grecki filozof Epiktet mówił:„Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. (Fot. iStock)
Czarny łabędź to pojęcie z dziedziny ekonomii. Oznacza zmiany, których nie rozumiemy. Dla wielu z nas takim łabędziem była pandemia, bo pozbawiła nas kontroli nad swoim życiem. A jednak, jak twierdzi coach Piotr Bucki, możemy odzyskać utracone poczucie wpływu i bezpieczeństwa. A nawet poczucie dobrostanu…

Kiedy myślę o szczęściu odczuwanym tu i teraz, to rozumiem to jako adaptację do zmian. Tak zwana sprężystość czy elastyczność to dzisiaj droga do szczęścia? Da się tego nauczyć?
Szczęście widzę podobnie jak kilka tysięcy lat temu widział to grecki filozof Epiktet, który mówił: „Jest tylko jedna droga do szczęścia – przestać się martwić rzeczami, na które nie mamy wpływu”. Dodałbym jeszcze, żeby świadomie kształtować rzeczy, na które ten wpływ mamy. A akurat nad naszą sprężystością, którą w psychologii nazywamy też „rezyliencją”, możemy pracować. Badaczka szczęścia prof. Sonja Lyubomirsky twierdzi, że 50 proc. w naszym kapitale szczęścia to geny, 10 proc. to środowisko, a reszta zależy od nas, od naszego podejścia. W tych 40 proc., które zostały, kluczowe są nasze podejście i sposób postrzegania świata. Nie zakłamywanie rzeczywistości, tylko uznanie jej taką, jaka jest, oraz praca nad tym, co faktycznie możemy w życiu zmienić.

To szczególnie istotne w naszej sytuacji, bo zupełnie nie spodziewaliśmy się tego, co nas spotkało, a co ekonomista Nassim Taleb nazywa „czarnym łabędziem” (chociaż sam Taleb nie zgodziłby się, że koronawirus jest czarnym łabędziem, bo dało się go przewidzieć). Czarne łabędzie to zmiany, których nie rozumiemy. Nagle okazuje się, że wszystko, w co wierzyliśmy i co dawało nam poczucie kontroli oraz poczucie bezpieczeństwa, jest niezwykle kruche. Że nasze rytuały, obyczaje, sposób, w jaki budujemy relacje z ludźmi, nie są trwałe.

Jedni żyją dzisiaj w lęku, co nie daje szczęścia. Drudzy w wyparciu – udają, że nie ma problemu, co już jest odrobinę lepszą strategią, tylko nadal daleko jej do akceptacji rzeczywistości.
Jak to bywa w reakcji na szokującą zmianę, przechodzimy przez kolejne etapy: szoku i zaprzeczenia. Dlatego nie dziwię się ludziom, którzy wierzą w teorie spiskowe. Człowiek ma w tym momencie potężną potrzebę wyjaśnienia sobie zjawisk, których nie rozumie. Trudno jest pogodzić się nam z tym, że zarażenie się wirusem i przedostanie patogenu ze zwierzęcia na człowieka jest tak przypadkowe. Stąd pomysły, że to wszystko sprawa reptilian (humanoidalnych gadów – przyp. red.) lub Billa Gatesa. Gdy już mamy jakieś wyjaśnienie, czujemy się z tym bezpiecznie. Tyle że to niczego nie zmieni, ponieważ jest niezgodne z rzeczywistością.

W późniejszym etapie pojawia się mobilizacja i faza przystosowania, która polega na tym, że nadal dobrze funkcjonujemy, jednak nadmiernie czerpiemy z naszych zasobów psychologicznych i fizycznych, bez regeneracji. Dzisiaj weszliśmy już w fazę wyczerpania, chwilowo przerwaną letnim wytchnieniem, która charakteryzuje się całkowitym poddaniem się organizmu. To reakcja na stres.

Jak ta reakcja na stres ma się do naszego poczucia szczęścia?
Ta reakcja jest powiązana z tym, że stresują nas rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podobnie kiedy mówimy: „znowu jest kiepska pogoda”. Oczywiście można się frustrować złą pogodą (na którą i tak nie mamy wpływu) albo ubrać się odpowiednio – na co wpływ już mamy. Tak samo możemy przygotować się na zmiany i kryzys, które powodują wahnięcia naszego nastroju. Tyle że trzeba się tym zająć wtedy, kiedy jest jeszcze dobrze. Nie możemy wzmacniać kości u osoby, która już ma osteoporozę i jest po pięciu złamaniach, należy to zrobić wcześniej. Oczywiście można powiedzieć, że nigdy nie jest za późno i zawsze można poprawić naszą sprężystość. Ale głównie radziłbym zmienić to nasze podejście: „jakoś to będzie, później się pomyśli”.

To cała ja! Podobną prokrastynację stosowała Scarlett O'Hara w „Przeminęło w wiatrem“, czyli: „pomyślę o tym jutro, na razie jest fajnie, to po co się martwić?”.
Tyle że „jakoś to będzie” doprowadziło już do kilku katastrof narodowych. Można to zachować jako rodzaj naszego folkloru, ale wzmocnić o praktykę „dwójmyślenia”. To strategia przebadana i zweryfikowana przez profesor Gabriele Oettingen, badaczkę postaw, takich jak optymizm i pesymizm. Twierdzi ona, że przesadny optymizm nie dopuszcza pełnego obrazu rzeczywistości, tak że cały czas łudzimy się, że wszystko będzie dobrze. Co, brutalnie mówiąc, jest w tym momencie kretyńską postawą. Rzeczywistość nie postępuje jako ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym co chwilę wydarza się coś przyjemnego. Wręcz odwrotnie, dlatego zamiast łudzić się, że różne rzeczy się wydarzą, trzeba pomyśleć, co zrobię, gdy jednak tak się nie stanie. Przewidywać również negatywne scenariusze wydarzeń.

Tylko nie chcemy się zamartwiać, kiedy jest nam dobrze. Przewidywałam zimowy nawrót wirusa, dlatego latem na chwilę wróciłam do wcześniejszego trybu życia: spotykałam się z ludźmi, chodziłam do restauracji, podróżowałam. W tamtej chwili byłam tu i teraz, nie w przyszłości.
Jasne, wspomnienia są fajne i możemy się nimi pozytywnie ładować. W swoich badaniach prof. Philip Zimbardo pokazał, że ludzie mają obsesję przechowywania swoich wspomnień w postaci historii. Chwil, które stanowią często kilka sekund z naszego życia. To może nam dawać hedonistyczną przyjemność, jednak prawdziwym szczęściem nie jest.

A może dla każdego szczęście co innego znaczy?
Chodzi o to, że często uzależniamy swoje szczęście od czynników zewnętrznych. „Będę szczęśliwszy, jeśli... będę zdrowy, chudszy, będę mieć większe mieszkanie, dłuższe włosy, więcej pieniędzy na koncie etc.” To wszystko rzeczy, na które mamy pośrednio wpływ, ale po ich osiągnięciu czujemy jedynie chwilową satysfakcję. Daleko temu do szczęścia, które nie jest stanem, tylko pewnego rodzaju postawą, prowadzącą do dobrostanu i pełnego życia tu i teraz. Szczęście leży pomiędzy tym, co daje nam hedonistyczną przyjemność, a tym, co obiektywnie radosne nie jest, jednak potrafimy dać sobie z tym radę. Dlatego szczęściem nie jest brak choroby ani brak nieszczęścia. Według mnie szczęściem jest raczej umiejętne reagowanie w obliczu tego właśnie nieszczęścia.

A co to znaczy: umiejętnie reagować na nieszczęścia?
Zacznijmy może od czynników, które mają znaczący wpływ na nasze poczucie szczęścia. Profesor Martin Seligman ustalił model PERMA, w którym pod każdą literą kryje się jeden czynnik istotny dla szczęścia. Pierwszy to P – czyli pozytywne emocje. Dobre chwile, o których mówiłaś wcześniej, które łączą się z przeżywaniem rzeczywistości, dają nam takie emocje, jak radość, uznanie, komfort, inspiracja, nadzieja, ciekawość. Nadzieja jest jedną z najciekawszych, ale czasem mylimy ją z ułudą, czyli iluzją kontroli i bezpieczeństwa.

Dla mnie szczęście to życie w zgodzie ze sobą. A obecnie średnio mi się to udaje, bo wszystko to, co sprawia mi radość, jest zakazane: podróże, poznawanie nowego, spotkania z ludźmi, życie kulturalne. No i muszę odnaleźć to szczęście w innych rzeczach...
Ale czy powiedziałabyś, że jeżeli do końca życia nie będziesz mogła podróżować, to staniesz się nieszczęśliwa? Bo jeśli tak, to znaczy, że ładowałaś sobie próg szczęścia czymś z zewnątrz. Tymczasem możemy mieć potencjał szczęścia na jednym, tym samym poziomie i tylko czasem go trochę podładowywać.

W jednym z badań sprawdzano wpływ wysokiej wygranej na loterii na nasze poczucie szczęścia (P. Brickman, D. Coates, R. Janoff-Bulman Lottery winners and accident victims: is happiness relative?), w porównaniu z grupą kontrolną osób, które przeżyły ciężki wypadek samochodowy kończący się stałym kalectwem. I co się okazało? W jednej i drugiej grupie poziom szczęścia w podobnym czasie wracał do poziomu wyjściowego. Tak samo było u ciebie – potencjał zadowolenia i pozytywnych emocji wzrastał po każdej podróży, jednak po powrocie spadał do tego poziomu co zwykle. Nad swoim potencjałem szczęścia można pracować, ale nie za pomocą czynników zewnętrznych.

Czyli jak? Nie da się przecież zmienić swojego temperamentu. Co, jeśli ktoś jest ekstrawertykiem, napędzają go bodźce, ludzie, pęd, życie w świecie? Teraz jest lepszy czas dla introwertyków.
To prawda. Ale można zająć się rzeczami, które dają nam pełne zaangażowanie i wykorzystanie naszej kompetencji, w kierunku szlifowania swojego mistrzostwa. To właśnie drugi element modelu, czyli E – zaangażowanie (engagement). Chodzi o poczucie sprawczości i kontroli tam, gdzie tę kontrolę mamy, w nauce czy pracy. O ile jeszcze tej pracy nie straciliśmy. Jednak zawsze mamy pewną autonomię w doborze środków: jak chciałbym się angażować, w co lub w kogo i w jakie zajęcie? To może być naprawdę wszystko: szybsze pisanie lub czytanie, praca z dziećmi, muzykowanie, lepsze korzystanie z Excela...

Co z kolejnymi czynnikami wpływającymi na szczęście?
Dzisiaj bardzo utrudniony jest czynnik R – czyli zaangażowanie w relacje, przebywanie z innymi ludźmi i współpraca. Dlatego nie jestem zwolennikiem sformułowania „dystans społeczny”, który może być odbierany jako oddalenie społeczne, osamotnienie i wykluczenie. Wolałbym mówić „dystans fizyczny”, czyli stoimy od siebie w odległości 1,5 metra, ale nadal jesteśmy w tym razem. Warto pomyśleć, jak mówimy o sobie i otaczającym nas świecie; to ma na nas duży wpływ. Dalej w modelu PERMA jest M – poczucie sensu (meaning) i znaczenie wykonywanych przeze mnie aktywności. Czy to, co robię, ma sens? Zdaję sobie sprawę, że nie we wszystkich zawodach ludzie odnajdują sens, ale mogą spróbować to zrobić. Znam fantastyczną kobietę, która sprząta w mojej wspólnocie mieszkaniowej, i jestem przekonany o tym, że wie, po co to robi.

Można powiedzieć, że to dorabianie ideologii do zwykłej czynności, ale naprawdę łatwiej się coś wykonuje, jeżeli wiadomo, po co się to robi. A nawet najbardziej doniosłe rzeczy trudno zrealizować, jeżeli nie wiemy, jaką częścią tego jesteśmy. Uważam, że to bardzo ważne zadanie dla liderów zespołów przy pracy zdalnej, kiedy pracownicy mają poczucie oddzielności i tracą wgląd w całość projektu.

Trudno dzisiaj stawiać sobie cele, a dzięki temu czujemy się sprawczy. Mam wrażenie, że sytuacja „zamrożenia” nie sprzyja naszemu rozwojowi.
Na pewno w kryzysowych momentach lepiej skupiać się na tym, co dziś, nie planować takich rzeczy jak podróż do Brazylii za pół roku. Raczej zastanowić się, jak to będzie, jeśli nie polecę i już teraz zabezpieczyć się na wszelki wypadek, żeby nie wpaść w czarną dziurę. Ostatnie w modelu – A – to osiągnięcia (accomplishment), czyli to, co jest dla mnie ważne i co daje mi satysfakcję. Jeżeli zadbamy o wszystkie elementy modelu, spojrzymy na nie obiektywnie, jak na coś, na co albo mamy wpływ, albo nie mamy, i się z tym pogodzimy – powinniśmy poczuć w życiu coś, co lubię nazywać dobrostanem.

Ale jak zadbać o ten dobrostan w obliczu kryzysu?
Ktoś może powiedzieć: „będę szczęśliwy, jeśli moja rodzina będzie zdrowa”. A jeśli ktoś zachoruje, to co wtedy? Nie ma szczęścia? Dobrostan polega na tym, że jestem silny również w obliczu straty i porażki. Ze stratą wiążą się naturalne emocje, jak zaprzeczenie, gniew, frustracja, smutek i rezygnacja. Mamy prawo je odczuwać, co wcale nie wyklucza pełni szczęścia, rozumianego jako dobrostan. Chodzi o budowanie mądrego spokoju w życiu. Czyli o stoicyzm. Dla wielu to brzmi jak bardzo odległa filozofia, ale taka postawa ma dzisiaj sens. Wcale nie wyklucza odczuwania emocji i nie oznacza bezduszności. Po prostu jeśli nie mamy na coś wpływu, to nie jest to dla nas ważne.

Nie mamy problemu z określeniem tego, jak będzie, jeśli wszystko pójdzie dobrze. Najtrudniej przygotować się na najgorszy scenariusz.
Bo nie lubimy myśleć o tym, co złe. W dodatku niektórzy twierdzą, że jeśli będziemy brali pod uwagę to, co najgorsze, to na pewno przyciągniemy to na zasadzie samospełniającego się proroctwa. To bzdura. Nie chodzi o to, żeby siedzieć i się zamartwiać, tylko pomyśleć: czego najbardziej się obawiam i jak mogę się na to przygotować? To ćwiczenie, które stoicy nazywają „prekontemplacją nieszczęścia”. Spisujemy to sobie na kartce, żeby lęk tam został, i rozmyślamy nad tym, co zrobimy, jeśli tak się stanie. Wiem, że na niektórych może to zadziałać paraliżująco. Ale sam pomyślałem ostatnio: „Miałem trzydzieści lat fajnego życia od upadku komunizmu do pandemii. Teraz czekają mnie inne ciekawe rzeczy, tylko będzie trochę trudniej, i wolę się na to przygotować, niż żyć ułudą, że jeszcze wróci stare. A jeśli nawet się mylę, to lepiej przygotować się na to, że jednak może nie wrócić”.

Piotr Bucki, coach, menedżer, strateg, szkoleniowiec, wykładowca. Autor popularnych książek z zakresu psychologii i zarządzania oraz fiszek wspomagających rozwijanie kompetencji komunikacyjnych, np. „Fiszki. Jak znaleźć szczęście”.

  1. Materiał partnera

Zadbaj o bezpieczeństwo swojego dziecka – sięgnij po szyte na miarę ubezpieczenie

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Ubezpieczenie dziecka zapewnia kompleksową ochronę od skutków nieszczęśliwych wypadków i różnych urazów. Na rynku działają różni ubezpieczyciele, którzy oferują zróżnicowane ubezpieczenia. Każdy zainteresowany może wybrać coś dopasowanego do swoich indywidualnych potrzeb.

Ubezpieczenie dziecka powinno być „uszyte na miarę”, by jak najlepiej oddać indywidualną potrzebę zabezpieczenia. Przed podpisaniem umowy z ubezpieczycielem warto zwrócić uwagę na kilka podstawowych kwestii.

Urazy, które są objęte ochroną ubezpieczeniową

Pierwszą istotną kwestią jest zakres ochrony ubezpieczeniowej, a więc to, jakie przypadki są objęte umową i kiedy otrzymamy odszkodowanie. Informacja na temat zakresu ochrony jest integralną częścią Ogólnych Warunków Ubezpieczenia (OWU). Lektura OWU ułatwi podjęcie właściwej decyzji. Urazy, które są objęte zakresem, wymieniane są w kilku różnych pakietach. Dzięki temu, biorąc pod uwagę nasze możliwości finansowe oraz charakter dziecka, możemy wybrać ubezpieczenie idealnie dopasowane do naszych potrzeb.

Pakiety rozszerzające ochronę ubezpieczeniową

Ubezpieczenie „szyte na miarę” obok odszkodowania za uraz dziecka pozwala również na uzyskanie szeregu innych świadczeń. Wystarczy tylko przed podpisaniem umowy z ubezpieczycielem dokładnie przeanalizować świadczenia dostępne ramach dodatków. W takich pakietach rozszerzających powinny się znaleźć m.in.:

- wizyty lekarskie w placówce medycznej lub w miejscu pobytu dziecka,

- wizyty pielęgniarki,

- pomoc psychologiczna (szczególnie przy ciężkich urazach),

- transport medyczny dziecka oraz transport leków,

- transport artykułów spożywczych do mieszkania (po ich uprzednim opłaceniu),

- konsultacje lekarzy specjalistów różnych specjalności,

- badania laboratoryjne,

- badania radiologiczne i ultrasonograficzne,

- zabiegi ambulatoryjne,

- tomografia komputerowa i rezonans magnetyczny,

- świadczenia rehabilitacyjne.

To jednak nie wszystko, na co możemy liczyć w ramach ubezpieczenia dziecka! Ubezpieczyciele wychodząc naprzeciw oczekiwaniom klientów, coraz bardziej rozszerzają swoją ofertę w kwestii dodatkowych świadczeń, określonych w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia.

Ubezpieczenie z odszkodowaniem bez względu na miejsce, w którym wystąpił uraz

„Szyte na miarę” ubezpieczenie dla dziecka powinno zapewniać odszkodowanie bez względu na miejsce, w którym wystąpił wypadek. Często do złamań, skręceń, zwichnięć lub urazów innych narządów może dojść również wtedy, gdy dziecko przebywa za granicą. Z takim ubezpieczeniem, nawet gdy wycieczka szkolna do Hiszpanii lub rodzinne narty w Alpach skończą się urazami u dziecka, możemy liczyć na sprawną wypłatę odszkodowania. Wystarczy tylko wypełnić odpowiednie formularze i dokonać zgłoszenie do ubezpieczyciela w formie zdalnej.

Ubezpieczenie szyte na miarę w Nationale-Nederlanden – skuteczna ochrona, dopasowana do potrzeb rodziców i opiekunów

Dobór ubezpieczenia z dopasowanymi warunkami zapewnia skuteczne wsparcie w razie następstw wypadków dziecka, które często wymagają nakładu finansowego. Z takim ubezpieczeniem nie trzeba się martwić o to, że nie uzyskamy odszkodowania lub dodatkowych świadczeń po wystąpieniu określonego zdarzenia. Szyte na miarę ubezpieczenie dostępne jest np. w Nationale-Nederlanden TU. S.A. „Ubezpieczenie dziecka bez przerwy”, o którym mowa, oferuje 3 pakiety z różnym zakresem ubezpieczenia i ceną (Standard, Optimum i Premium). To ostanie zapewni szerokie wsparcie przy łagodzeniu skutków bardzo wielu urazów. Oprócz złamań, zwichnięć, skręceń, oparzeń i ran wymagających szycia wypłata odszkodowania następuje również przy jednoczesnych urazach wielu narządów. Ubezpieczenie w Nationale-Nederlanden TU S.A. zapewnia także szeroki zakres świadczeń w zaawansowanych pakietach. Czy wiesz, że przy skorzystaniu z zaawansowanych pakietów dostępnych w ramach ubezpieczenia dodatkowego w Nationale-Nederlanden TU S.A., uzyskasz zwrot niektórych kosztów wycieczki, w której dziecko nie mogło uczestniczyć ze względu na wypadek? Ciekawą opcją dostępną w ramach ubezpieczenia dodatkowego w Nationale-Nederlanden TU S.A. jest również organizacja imprezy urodzinowej dziecka na koszt ubezpieczyciela (obejmująca np. rezerwację pomieszczeń i ich dekorację, DJ-a, catering i transport gości), jeśli dziecko było długo hospitalizowane i w tym okresie przypadały jego urodziny.

Wymieniona umowa ubezpieczenia dostępna jest Nationale-Nederlanden Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. Szczegółowe informacje na temat wymienionej umowy znajdują się w: Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia Dziecka Bez przerwy. Wszystkie powyższe dokumenty dostępne są na https://www.nn.pl/dla-ciebie/ubezpieczenie-dziecka.html Nationale-Nederlanden Towarzystwo Ubezpieczeń S.A.; ul. Topiel 12, 00-342 Warszawa; tel. +48 22 522 71 24, fax +48 22 522 11 11, www.nn.pl; Sąd Rejonowy dla m.st. Warszawy; XII Wydział Gospodarczy Krajowego Rejestru Sądowego KRS 0000647311, NIP: 525-26-85-595; Kapitał zakładowy – 28 500 000 zł, wpłacony w całości. Materiał nie stanowi oferty w rozumieniu przepisów Kodeksu cywilnego.