1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czego pragną mężczyźni, czyli diagnoza współczesnego "rodzaju męskiego"

Czego pragną mężczyźni, czyli diagnoza współczesnego "rodzaju męskiego"

Podziwu, uznania, akceptacji, a może po prostu świętego spokoju i silnych męskich wzorców, zamiast kobiet mówiących im, co mają robić i czuć? Martyna Harland prosi psychoterapeutę Jacka Masłowskiego o diagnozę współczesnego "rodzaju męskiego".

Co to znaczy być dzisiaj silnym mężczyzną?

Sam nie jestem pewien, co to właściwie znaczy... Kobiety mają szeroki wachlarz oczekiwań, a mężczyźni żyją w dezorientacji. Być może silny facet to taki facet opoka. Stanowczy, o zdecydowanym charakterze. Ale także silny fizycznie, jak superbohater.

Mężczyźni nie wiedzą, jacy mają być, czego się od nich oczekuje?

Jest dużo gorzej. Współczesny mężczyzna nie wie, kim jest i jaki jest. Męskie wzorce zostały zdewaluowane lub przerysowane. Facet jest dziś albo kompletną ciamajdą - nieudacznikiem, wykastrowanym kotem, panem Kiepskim, który zapadł się w fotelu, zapuścił brzuch i wąsy, albo sueprbohaterem. Tyle tylko że ci herosi to są wzorce mężczyzn o głębokim zaburzeniu psychologicznym. Spójrz na mojego ulubionego superbohatera, czyli Iron Mana - to czysty narcyz i psychopata. Kiedy patrzę na męskich, pękniętych bohaterów pokazywanych w mediach, widzę, że ich słabości są szczelnie ukrywane. Musi się im przydarzyć coś niebywałego w życiu, najczęściej w towarzystwie kobiety, żeby ich rozmiękczyć. To znaczy uwrażliwić. Kobiety, z jednej strony karmią się obrazem superbohaterów, a z drugiej próbują nas, mężczyzn, trochę skruszyć. Wiele z nich ma misyjną postawę wobec życia i swoich bliskich. To one dzwonią i próbują umawiać na terapię swoich synów, partnerów, czy kolegów.

Wiesz, jaki największy błąd popełniają dziś mężczyźni? Otóż właśnie budują swoją męskość na podstawie oczekiwań kobiet, a nie według męskich wzorców. Dzieje się tak dlatego, że mężczyzn wychowują głównie kobiety. Matki, nauczycielki, które akceptują nas, pod warunkiem, że jesteśmy grzeczni. Tyle że potem wchodzimy w dorosły świat i okazuje się, że dla naszych partnerek zupełnie co innego jest ważne...

Czyli co? Jakie są oczekiwania kobiet wobec dorosłych mężczyzn?

Olbrzymie i sprzeczne, co potwierdzają sami mężczyźni w rozmowie w gabinecie czy na warsztatach, które prowadzę. Mamy podwójny obieg wartości. Z jednej strony kobiety pragną miłych i grzecznych facetów. Z drugiej, na pierwszym miejscu męskich cech wymieniają właśnie siłę. Nie da się tych rzeczy pogodzić... Dlatego mężczyźni po dekadach słuchania tego, że w sumie już nie są kobietom do niczego potrzebni, wpadli na pomysł, że patent mają, tylko muszą go na nowo pomalować. Zaczęli budować swoją pozycję wewnątrz małych społeczności, czyli swoich rodzin. Bycie ojcem staje się misją życia dla coraz większej grupy mężczyzn. Przestają uganiać się za dawnym wzorcem męskości, polegającym na budowaniu pozycji społeczno-ekonomicznej, a koncentrują się na funkcji rodzicielskiej. Nowoczesny ojciec ma kontakt ze swoimi emocjami, jest empatyczny... Tylko jest jeden mały problem - kobietom coraz częściej się to nie podoba...

Dlaczego? Przecież chcemy, żeby facet był partnerem w życiu, w domu, w opiece nad dzieckiem.

Ale taki czuły facet, zorientowany na dzieci i związek, według kobiet jest za miękki. Beksa-lala. Facet zrobił się dzisiaj mało interesujący. Nie ma w sobie tajemniczości. Nie ma o co się starać. Po prostu nuda.

I co teraz? Zatoczymy koło? Mężczyźni będą od tego odchodzić?

To oczywiście nie stanie się z dnia na dzień, ale najnowsze badania przeprowadzone przez IQS w ramach inicjatywy Women Power, pokazują, że młode Polki nie chcą się realizować w korporacjach. Aż 40% z nich deklaruje chęć powrotu do tradycyjnych wartości, ogniska domowego. Tyle tylko, że w tym czasie mężczyźni zaczęli się realizować w domu. Być może na koniec dnia, jako społeczeństwo, na nowo będziemy musieli ustalić, co jest kobiece, a co męskie.

A co jest, twoim zdaniem?

Role płciowe nigdy nie były definiowane indywidualnie, a raczej ustalane społecznie. To z kolei stanowiło pokłosie potrzeb, które dana płeć miała realizować w konkretnej społeczności. Etos wojownika powstał dlatego, ze społeczność potrzebowała ochrony przed atakami obcych. Okazało się, ze określone cechy lepiej predystynują do bycia wojownikiem, zatem w procesie wychowania zabijało się męską wrażliwość. Bo co to za wojownik, który mówi: "Słuchaj, stary, wzruszyłeś mnie, dzisiaj cię nie zabiję". Celowo budowało się takich Iron Menów. Na razie przyglądając się temu, jak zmienia się nasza sytuacja społeczno-ekonomiczna, nie da się jednoznacznie zdefiniować ról płciowych. Dlatego moja prywatna definicja współczesnej fajnej męskości to męskość sytuacyjna. Taka, która dopasowuje się do sytuacji w życiu. Inna męskość jest potrzebna na początku związku, gdy jeździmy na wycieczki, uprawiamy seks i pijemy wino. A inna, gdy pojawiają się w naszym życiu dzieci. Role w związku możemy zmieniać i dopasowywać czasowo. Ale do tego potrzebna jest ważna rzecz - duża samoświadomość partnerów.

A może mężczyzna, którego szukają kobiety, właśnie się urodził? Wychowuje go ojciec, który jest obecny w jego życiu.

Od zawsze istniała spora grupa dobrych i obecnych ojców. Żadnych tam bohaterów, tylko zwykłych gości, którzy chodzili do pracy, jeździli na rowerach, gotowali obiady. Ale o nich się nie mówi, bo media sprzedają krew i łzy. Nigdy też nie brakowało nieobecnych i negatywnych ojców, za miękkich, zbyt kontrolujących czy krytykujących.

Współczesny facet coraz częściej ma świadomość tego, co zrobił mu w życiu brak aktywnego i obecnego ojca. Właśnie dlatego często nie radzi sobie z kobietami, ze swoją sprawczością, nie ma zbudowanego kręgosłupa wartości. Robert Bly, amerykański przywódca Ruchu Mężczyzn, w książce "Żelazny Jan" pisze, że rana zadana przez ojca staje się dzisiaj bramą, przez którą mężczyzna zaczyna świadomie budować swoje ojcostwo. Zdaje sobie sprawę ze swoich braków, dostrzega to, co było toksyczne, i nie chce przenosić tego dalej. Dlatego przychodzi na psychoterapię, przyjeżdża na warsztaty. Chce zbudować świadomą męskość. Niekoniecznie odnaleźć dobry wzorzec, tylko sprawdzić, co jest u niego dobre, a co złe. Porównać się z innymi mężczyznami. Bo jedną z najbardziej wyzwalających rzeczy jest zdanie, które często słyszę na moich warsztatach: "Do tej pory sądziłem, że tylko ja mam ciągle pod górkę".

A co z wzorcami męskości kreowanymi przez media?

No to jest świat na sterydach. Włączamy Internet, gry, telewizję czy film i widzimy superbohaterów. Są nie do zreplikowania w rzeczywistości. A mężczyźni mają jedną ważną potrzebę, o której rzadko mówią: pragną podziwu, uznania. Jeżeli więc widzą, że kobiety zachwycają się silnymi postaciami, to próbują ich naśladować. Kłopot w tym, że jeżeli to pretendowanie im nie wychodzi, a na ogół tak jest, wtedy się poddają. Zupełnie.

Wycofują się, bo nie są w stanie dopasować się do idealnego wzorca. Z najnowszych badań Lamb, przedstawionych na Amerykańskim Zjeździe Towarzystwo Psychologicznego, wynika, że jeśli młodzi chłopcy fascynowali się dokonaniami superbohaterów zwalczających zło, jak Superman czy Batman, prawdopodobnie odbiło się to negatywnie na ich psychice. Taki mężczyzna myśli wtedy, że może być jedynie albo twardym graczem, albo obibokiem, unikającym odpowiedzialności.

To normalne, że chłopcy szukają swojej tożsamości. A tego rodzaju filmowe wzorce wpływają najsilniej, jeśli ojciec był nieobecny w ich życiu. Taki mężczyzna, gdy sam zostaje ojcem, myśli, że musi być jeszcze bardziej wyraźnym i silnym wzorem dla swojego dziecka. A on ma po prostu być sobą. Najważniejsze to być obecnym w życiu dziecka. Nie każdy ojciec uprawia sporty ekstremalne, jednak każdy potrafi zrobić kanapkę, podlać kwiatki, naprawić młotkiem szafkę. Tymczasem mężczyźni przychodzą do mojego gabinetu i mówią: "Partnerka namawia mnie na dziecko. Boję się, co ja mu przekażę?". Tak jakby do nowej roli musiał nagle zmienić całe swoje życie.

Lepiej być sobą, niż dążyć do jakiegoś wzorca męskości?

Dzisiaj mężczyzna nie może być do końca sobą. Wyrażać siebie tak, jak chce. Rozmawiałem niedawno ze znajomymi o przeszczepie włosów u mężczyzn. Wiesz, co usłyszałem? "Co ty, to jakaś wiocha". Widzisz, sama się uśmiechnęłaś, gdy o tym powiedziałem. Wy, kobiety, farbujecie włosy i to jest okej. To czemu facet z przeszczepem włosów nie może być sobą? Czy taki facet jest niemęski? Bądź sobą, pod warunkiem że będziesz męski?

A skąd współczesny mężczyzna ma wiedzieć, co to znaczy "męski"? Gdzie znaleźć ten wzorzec męskości? Kto nim może być?

Najlepiej, gdy mężczyzna czerpał wzorce od innych mężczyzn. Oni również budują i testują w życiu swoją męskość. Pytasz, czy lepiej być sobą, czy jednak wyrabiać się w oczekiwaniach innych. Jesteśmy zwierzętami stadnymi. W piramidzie potrzeb Maslowa jest taki punkt, który nazywa się potrzebą przynależności. Chcemy mieć grono ludzi, którzy wyznają podobne wartości i mają podobne cechy co my. Na samym szczycie piramidy jest jednak potrzeba samorealizacji.

Może dałoby się te wzorce odnaleźć w filmach? Ja bardzo lubię główną postać z "Braveheart. Waleczne serce" Mela Gibsona. 

Mel Gibson ma na swoim koncie wiele ciekawych, pod kątem męskości, ról: "Dzień ojca", "Czego pragną kobiety". Pod koniec filmu "Braveheart" mężczyzna nie odnosi przecież sukcesu. Widzimy jego miękkie strony, zakochuje się, tęskni, rozpacza, cierpi. To właśnie obraz pełnego, prawdziwego faceta.

Brakuje mi dzisiaj takich męskich postaci w kinie...

Mam wrażenie, że kulturowo doszliśmy dzisiaj do skrajnego egocentryzmu i narcyzmu. Bohaterowie w filmach są skoncentrowani przede wszystkim na sobie. Żyjemy w poczuciu bycia wyjątkowymi. A wyjątkowość nie polega tylko na byciu superbohaterem. W życiu można mieć także wyjątkowo przesrane - wtedy też jesteśmy wyjątkowi.

Skoro mężczyznom ciężko jest utożsamić się z superbohaterami, może warto czerpać również z antywzorców i czarnych charakterów? Po to, żeby zobaczyć, że też możemy być źli, smutni, skrzywdzeni?

To cały czas jest ten sam superwzorzec, tyle że czarne lustro. Ciekawym antywzorcem mógłby być dla nas Lucas, bohater filmu "Polowanie" Thomasa Vinterberga. Dlatego, że pokazuje zupełnie inny rodzaj męskości, na dodatek bohater przegrywa, więc siłą rzeczy nie stanie się wzorcem dla wielu facetów. A szkoda.

A filmowe wzorce relacyjne?

Był taki film "Miłość ma dwie twarze" Barbry Streisand z Jeffem Bridgesem, gdzie dwoje wykładowców, on - matematyki, ona - literatury angielskiej, kładzie się razem do łóżka i czyta książki. To dla mnie przykład na elementarne dbanie o siebie. Przecież jesteśmy jednym z dwóch najważniejszych zasobów budujących naszą relację.

Najpierw powinniśmy poznać swoje potrzeby, żeby tworzyć zdrowy związek?

Dokładnie tak. Jeżeli znam moje potrzeby relacyjne, to czuję, czy mam je zaspokojone w związku, czy nie. Jeżeli lubię gotować, sprzątać lub chodzić do kina - to nie ma dla mnie znaczenia, jak często to robię, w porównaniu do mojego partnera. Problem pojawia się, jeśli w ogóle tego nie robię. Bo wtedy nie realizuję swojej potrzeby. Tymczasem wielu mężczyzn ma bardzo niską świadomość swoich potrzeb. Nie wykształcili tej umiejętności albo została wycięta z ich życia. Jak w anegdocie o tym, że mały Jasiu bawi się z dziećmi na podwórku, gdy woła go mama. Chłopiec podbiega pod balkon i mówi: "A co, mamo, jestem głodny?". "Nie, śpiący". Skoro kobiety mówią mężczyznom, co jest dla nich dobre, to siłą rzeczy faceci są z tymi potrzebami na bakier. Mężczyzna potrzebuje pretekstu, żeby zrealizować coś dla siebie - idzie wyrzucić śmieci, żeby spotkać się z kumplem. Bo żona musi pozwolić na spotkanie, tak jak mamusia. Mężczyźni wchodzą dzisiaj w relacje z poziomu chłopca, który patrzy na swoją kobietę i myśli: "Ojej, dzisiaj krzywo na mnie spojrzała". Masę pracy na terapii wkładamy w to, żeby mężczyźni potrafili w związku stawiać na swoim.

Mężczyźni zaczną masowo stawiać na swoim, a kobiety zaczną masowo ich zostawiać.

Wręcz przeciwnie. Kiedy mężczyźni zaczną stawiać na swoim, kobiety będą zachwycone. Bo wreszcie staną się dla nich wyraziści. Nie namawiam do ignorancji potrzeb drugiej osoby w związku. Chodzi o świadomość potrzeb i umiejętność rozmawiania o nich. A nie ich deprecjonowanie. Mężczyznom brakuje siły do tego, żeby w miękki sposób postawić na swoim, czyli nazwać to, co jest dla nich ważne.

A co jest najważniejsze dla mężczyzny w związku z kobietą?

Kiedy rozmawiam z mężczyznami o ich relacyjnych potrzebach, często mówią o akceptacji. Jakby się temu głębiej przyjrzeć, potrzeba akceptacji jest pokłosiem życia chłopców w tym sfeminizowanym świecie mam i babć. Potem mężczyzna wspina się na następne pola, które również są zdominowane przez kobiety. Bo to kobiety nadają ton temu, co dzieje się w związku, przynajmniej werbalnie. A już najmocniej mężczyźni pragną świętego spokoju. I to wcale nie jest żart.

 

 

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jakie czułości lubią mężczyźni? Jak okazywać uczucia swojemu partnerowi?

Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak być czułą dla mężczyzny? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom, co może przełożyć się później na ograniczone okazywanie uczuć przez mężczyzn. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak okazywać uczucia mężczyźnie? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

„Wrócił. Nic nie powiedział./ Było jednak jasne, że spotkała go przykrość./ Położył się w ubraniu./ Schował głowę pod kocem./ Podkurczył kolana./ Ma około czterdziestki, ale nie w tej chwili./ Jest – ale tylko tyle ile w brzuchu matki,/ za siedmioma skórami, w obronnej ciemności./ Jutro wygłosi odczyt o homeostazie/ w kosmonautyce metagalaktycznej./  Na razie zwinął się, zasnął” – tak czule pisze o swoim mężczyźnie Wisława Szymborska.
To jest czułość! Wiedzieć, co jest dla niego ważne, i to uszanować. I jeśli on pokaże swoim zachowaniem czy powie: „Teraz nie chcę rozmawiać, chcę pomyśleć”, to zamknąć buzię i iść poczytać. Nie męczyć: „Coś się stało! Ale co?! Tak chciałabym wszystko o nim wiedzieć”. Nie spieszmy się z wiedzeniem wszystkiego. Te, które najbardziej tego chcą, tak naprawdę chcą wiedzieć tylko tyle, żeby móc się wtrącać. A to wielka różnica wiedzieć po to, by uszanować, i po to, by kontrolować. Wtrącać się chcą mamuśki, takie kobiety wypytują: „A co się stało? A co on ci powiedział? A ty co mówiłeś? A kto przyszedł? A kto wyszedł?”. Jak mężczyzna odpowie, to wcale jej nie zaciekawi: „Aaaa... to nudne”, machnie ręką. On się odsłania, a ona go: buch! Ocenia...

Mężczyzna przyjaciółki stracił bliską osobę. Jego kobieta nie wiedziała, jak mu pomóc, jak okazać czułość mężczyźnie w tak trudnej dla niego sytuacji, nie zrobiła więc nic. A on położył głowę na jej kolanach i tak siedzieli godzinę. W ciszy...
Ha! Dostał się wprost do kobiecej świątyni czułości, bo ona zrobiła właśnie to, czego on potrzebował. Poszła za nim, nie narzuciła mu niczego. Żadnych słów, żadnych zbędnych gestów, żadnych pytań. Nic babskiego. Żadnego szukania na siłę tego, czego jej zdaniem on potrzebuje! Tego kobiecego „ja wiem lepiej”. Nie zamatkowała mu, wypytując, jęcząc, jaka to tragedia. Współczując, czyli kastrując i wiercąc dziurę w brzuchu. Nie próbowała też udawać kumpla: żartować, wyjąć wódkę. Zrobiła to, czego chciał, skoro przyszedł do niej. Nie ciągnęła go też do łóżka, bo „wiadomo, mężczyzna...”. Założę się, że będą razem, bo z taką kobietą każdy mężczyzna chce być.

Najlepiej więc, gdy nie wiemy, jakie czułości lubią mężczyźni. Ale to trudne przyznać, że w sprawie uczuć jesteśmy w kropce.
Nie w kropce, tylko w sednie, bo to „nicnierobienie” to ta czułość, której oni potrzebują. Jeśli kobiecie uda się przekroczyć jej przekonanie, że jest mistrzynią w czytaniu i obdarowywaniu czułością, to da radę. Najlepiej patrzeć i słuchać. Nie myśleć: „Co ja mam zrobić?”. A myślimy, i to jeszcze jak! I wymyślamy, i skupiamy się na tym, co nie ma znaczenia. Na przykład: kobiety myślą, że najważniejszy dla mężczyzny jest wygląd wybranki. Owszem, ale ma być w nim coś ciepłego: miły wyraz twarzy, uśmiech i brak zaczepności. Zaczepność krotochwilna, tak. Ale bez przepychania, siłowania, agresji, bo wtedy mężczyzna się przestawia na tryb rywalizacji. Może się pobawić w wojnę z kobietą, ale po rozgrywce pójdzie poszukać na życie tej, która da mu czułość. To są dwa absolutnie inne typy kobiet. Ta na romans, pokazuje swoje seksualnie walory. A ta na życie – ciepło...

Kokardki, wstążki, kolor różowy. Czy to może być sposób na to, jak okazywać uczucia mężczyźnie?
Nie banalizuj. Co mają do tego kokardki?! Mężczyźni też potrzebują poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza od tej „na stałe”, ona ma być odpoczynkiem wojownika. Wszystko jedno, czy on jest wojownikiem, czy nie bardzo. Mężczyzna lubi tak o sobie myśleć. Kobieta jest niezbędna do poczucia komfortu, spokoju i czułości. Czyli tego, czego od kolegów nie dostanie. Ma być spokojna, życzliwa, akceptująca – to wszystko razem składa się na czułość. Ma go lubić i on ma to czuć. Jak opowie siódmy raz ten sam dowcip, uśmiechnąć się, nie wytykać: „Już mówiłeś...”.

W książce „Jego orgazm później” nowojorski seksuolog Ian Kerner mówi, że mężczyzna wydziela więcej testosteronu, kiedy dotyka go ktoś inny, nic więc nie zastąpi mu intymności dotyku kobiety. One jednak nie poświęcają czasu na dotyk, nie zastanawiają się, jak okazać czułość mężczyźnie, myśląc, że partner chce tylko erekcji. A to dotyk jest niezbędną częścią poczucia jedności. Przez seks nie zbudujemy bliskości z mężczyzną, zbudujemy ją pieszczotami jego sutków, szyi, ust i uszu. Czy to dotyczy też polskiego mężczyzny?
Oczywiście, że tak. Mało tego! Nawet jak ona robi mu fellatio, to nie ma pożerać jego penisa, tylko naprawdę lizać jak loda. Nie ma być zachłanną drapieżnicą, ale kimś, kto okazuje właśnie czułość. W ten sposób przekazuje mężczyźnie pozytywne emocje, takie jak zachwyt, akceptacja i podniecenie nim. To, jak się pieścimy i jak kochamy, pokazuje, co naprawdę do siebie czujemy i kim dla siebie jesteśmy, tak podprogowo, nie słowami. Co więcej, te odczucia decydują o tym, czy on chce z nią zostać, choć nie są werbalizowane w męskim umyśle. Męski umysł w ogóle nie spieszy się do werbalizowania uczuć. Mężczyźni raczej czują i tym czuciem się kierują: „Czy przy tej kobiecie mogę być sobą?”. „Czy to, co robię, ona ocenia, czy akceptuje mnie takim, jakim jestem?”. On odczuwa, czy ona pragnie jego, czy jest głodną samicą, która chce go pożreć, jakby chciała pożreć każdego. Ważne, żeby on nie poczuł, że ona jest niezaspokojona, bo zacznie się obawiać, czy daje jej wystarczająco dużo seksu.

A więc nawet seks oralny ma być czuły, jeśli chcemy, żeby wszystko nie skończyło się na seksie, nawet świetnym?
Absolutnie tak, a seks może był i świetny, i czuły, bo kobieta przez mózg mężczyzny zostanie odczytana jako czuła, jeśli będzie nim zachwycona. Jego człowieczeństwem, owszem. Ale przede wszystkim jego ciałem. Mało tego, ja bym powiedziała, że za rzadko zdarza się kobietom okazywać sympatię właśnie penisom ich mężczyzn. Jakby ciągle nie chciały wiedzieć, że to oni sami. A przecież kiedy kochasz tego mężczyznę, to kochasz go całego, także jego członek.

Ian Kerner pisze: „Spójrz na jego ciało jak na obszerny erogenny krajobraz, który pulsuje światłem pod wpływem ciepła twojego dotyku”. Brzmi pięknie, ale czy to prawda?
Czemu my ich nie pieścimy? Bo myślimy, że oni myślą tylko o seksie... Ale jeśli nawet, to czy mężczyźni są zrobieni z czegoś innego niż my? Czy ciała nie mogą dostarczać im wielu wrażeń? Mogą. I właśnie wracając do sutków i uszu – to są miejsca intymne i erogenne, których moc kobiety znają świetnie. Ich własne sutki i uszy są rozbudzone erotycznie i one czerpią z nich masę rozkoszy. Ale mężczyźni nie są pod tym względem doinwestowani i dlatego wydaje się im, że inna część ciała niż penis nie może dać im rozkoszy. Miałam narzeczonego, który kiedyś wyszeptał: „Ja się nie spodziewałem, że moja klatka piersiowa jest taka czuła”. A ja się tą klatką zachwycałam, że taka szeroka, że taka silna, że taka męska. Całowałam ją więc, głaskałam, miziałam, patrzyłam w zachwycie.

Czyli czuła to znaczy pieszcząca?
Nie tylko. Ale wszyscy chcemy być pieszczeni, głaskani, dotykani. Mamy też ogromne pokłady czułości wobec innych i ich chcemy dotykać, głaskać. I słyszeć, i mówić, że jesteśmy wspaniali, fajni. Ale albo jesteśmy czule wychowywani – bo mieliśmy czułych rodziców, a wtedy bardzo dobrze – albo nie i zanim w dorosłym życiu dogrzebiemy się do pokładów czułości przysypanych nieprzyjemnym dotykiem, jakim częstowali nas rodzice, to trochę czasu minie.

Można przedawkować te pieszczoty? Jak okazać czułość mężczyźnie w nieprzesadny sposób??
Można kotka przepieścić. Ale też na początku bycia razem pary są tak spragnione czułości, że tylko by się miziały. Powiedzmy to sobie: potrzebujemy i chcemy tego oboje, ale możemy przesadzić i potem będziemy chcieli się od siebie odsunąć. I tego nie ma co się bać. To może niepokoić tych, którzy się boją, bo zaznali odrzucenia. Ale jeśli się kimś zachwycamy i strasznie blisko jakiś czas jesteśmy, to potem potrzebujemy dzień, dwa bez miziania. Nie można cały czas jeść truskawek, nawet jak człowiek ma na ich punkcie świra.

Jak nie zgubić seksualności w tej czułości? Skąd wiedzieć, czy to już nie za dużo dla niego?
Zapytać! Tak po prostu: „Czego chcesz?”. Nie masz mieć radaru w głowie, sercu i kroczu! Są dwie formuły na takie pytanie: „Czy to, co ja chcę zrobić, ci pasuje?”. A druga: „Czy ja cię dobrze odczytuję? Powiedz proszę, bo ja nie chcę robić czegoś, czego ty nie chcesz, no bo po co?”. I już wiemy, czy przytulić, czy upiec ciasteczka i postawić na stole. Kobieta czuła jest akceptująca. Jeżeli on lubi chodzić do sklepu, to fajnie. Jak nie, nie ciągnie go. Jak on potrzebuje iść na piłkę, to ona mu powie: „Kochanie, baw się dobrze”. Jeżeli on ma ochotę latać na motolotni, to nie usłyszy:  „Zabijesz się i zostanę sama”, ale: „Jaki ty jesteś dzielny i wspaniały! Może zabierzesz mnie kiedyś ze sobą?”. Nie ma kłamać, że lubi coś, czego nie lubi, bo to się da wyczuć, i na tym bliskości się nie zbuduje. Ale też niedobrze, gdy lekceważy jego zajęcia, bo wtedy może być źle. Miałam w terapii parę, która oddaliła się od siebie, bo on ją zapraszał wiele razy, żeby z nim pojechała w efektowne miejsca. Ona na to: „Eee.... nie”. No, to jeździł sam i w jednym z takich miejsc poznał efektowną damę. Wtedy dopiero do tej jego żony dotarło, że straci cudnego faceta, bo zawsze było tylko to „Eee... nie”. Pojechali wreszcie i się odnaleźli na nowo. To cudna para i rzadka – pan przyszedł pierwszy i teraz jest na nowo zakochany i zachwycony żoną: mądrą, miłą i czułą.

„Miła” to takie dwuznaczne określenie. Czy muszę być miła, żeby być czuła?!
Może to słowo ci się nie podoba, bo kojarzy się jak w piosence „Na zakręcie”: „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Choć gdybym chciała – bym się urządziła. Już widzę pieska, bieska, stół. Wystarczy, żebym była miła...”. I to można odebrać jako coś udawanego. Ale też z drugiej strony to rodzaj diagnozy mężczyzny. Otóż faceta nie rajcuje głęboka rozmowa, nie potrzebuje zwierzeń, nie potrzebuje afer. Chciałby mieć dobre, spokojne życie. No i jeśli kobieta też chce, to pasują do siebie i do słowa „miło”.

W tym kontekście „miła” brzmi dobrze. Czy taki sposób zachowania może wpłynąć też na okazywanie uczuć przez mężczyzn swoim partnerkom?
„Miła” wcale nie znaczy zawsze miła. Kobietom wydaje się, że miła nigdy nie powie „nie”. Powie. Ale miło. Powie też, czego od niego chce, tyle że nie w formie pretensji, tylko pragnienia. „Będzie mi z tobą dobrze, kiedy...”.  „Lubię, kiedy jesteś...”. „Podobasz mi się, kiedy... ”. Miła i czuła nie mówi: „Źle mi z tobą, kiedy nie dzwonisz!”. Jest spokojna i miła w takim sensie, że ma coś ważnego do roboty i nie siedzi przy oknie i nie gryzie palców, jeśli on się spóźnia, a potem na dzień dobry daje mu burę... Miła nie produkuje lęku, tylko spokój. A spokój jest potrzebny wszystkim – i kobietom, i dzieciom, i pieskom. I mężczyznom. Żeby on miał spokój, żeby sobie przyszedł, a ona była zajęta i nie pędziła do niego, ale się z daleka uśmiechnęła i haftowała dalej. A wtedy on sam podejdzie i pocałuje. Wszystko jest takie przyzwalające z jej strony, wtedy jest czułość... A jak chce być sexy, może włożyć mu do kieszeni karteczkę z napisem: „Czekam wieczorem na ciebie cała gorąca w naszym łóżku”.

Trzeba być liryczną, by być czule sexy?
Liryczną też warto. Ale jeśli oboje lubią ostry seks, to słowa mogą być pikantne. Nie trzeba tabu. Kobieta, która ma ochotę być szaloną kochanką, raczej nie pójdzie ze wstydliwym do łóżka, a jak pójdzie, to musi pomyśleć, czy stać się liryczna czy poszukać innego...

„Nigdy nie kłóć się w łóżku” – radzi Ian Kerner. „Możesz się w nim godzić. Pilnuj, żeby to, co ze świata, nie wchodziło między was przynajmniej tam. Noc ma być czuła”.
Otóż to. Potrzeba czułości i bliskości u mężczyzn jest więc niesamowicie istotna – tak samo jak u kobiet. Partnerzy powinni sobie wzajemnie okazywać miłość i zrozumienie na wiele sposobów, niezależnie od płci. Nie wiesz, jak okazywać uczucia mężczyźnie, wydaje ci się to trudne? Rób to szczerze, ze zrozumieniem jego potrzeb, ale i w taki sposób, aby go ukoić i zapewnić go, że jesteś tu dla niego.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, filozofka i poetka. Autorka i współautorka wielu książek, m.in. "Nie bój się życia", "Królowe życia i król", "W życiu jak w kinie", "Chcę być kochana tak jak chcę".

  1. Seks

Fantazje erotyczne - jakie skrywają o nas informacje?

To, o czym fantazjujemy w obszarze seksualnym, wiele mówi o naszych brakach, tęsknotach i niespełnionych pragnieniach. (fot. iStock)
To, o czym fantazjujemy w obszarze seksualnym, wiele mówi o naszych brakach, tęsknotach i niespełnionych pragnieniach. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W fantazjach nie chodzi tylko o podniecenie i rozładowanie jak w pornografii. To tajemniczy język, który kryje ważne treści. Warto go odszyfrować, bo pozwala poznać przyczyny niezadowolenia z życia, nie tylko erotycznego – mówi Karolina Strojecka, psychoterapeutka zaburzeń seksualnych.

W swoich fantazjach był… maskotką: białym puszystym króliczkiem z niebieską kokardką. Jakiś nieudacznik? Gdzie tam! Miał wiele kochanek i partnerek. Ale żadna kobieta nie była dla niego dość dobra. Przyszedł do seksuolożki, bo był już tym zmęczony. No i poznał Elizę. Smukłą, wysoką blondynkę w typie sportowym. Ideał. Po kilku miesiącach, najwyżej roku, zawsze dochodziło do rozstania. Bał się więc, że i tym razem tak będzie. I że to Eliza odejdzie. Dlaczego? Adrian nie lubił inicjować seksu, chciał, żeby kobieta pierwsza go całowała, dotykała. Żeby potwierdzała jego atrakcyjność. Podziwiała. Pieściła jak króliczka…

Fantazja pomogła nam poznać przyczynę jego problemów ze zbudowaniem trwałego i dobrego związku, a także tych seksualnych schematów – mówi Karolina Strojecka, terapeutka zaburzeń seksualnych. – Spoczywała ona ukryta głęboko pod stertą wspomnień, a zwłaszcza trudnych uczuć z czasu, gdy Adrian miał kilka, a potem kilkanaście lat.

Żadna partnerka nie mogła mu dogodzić, bo nie pragnął niczego, co którakolwiek kobieta mogłaby mu dać. Którakolwiek poza jego matką. Adrian chciał tego, czego nie dostał w dzieciństwie. Bezskutecznie zabiegał wtedy o uwagę matki, zakochanej i zapatrzonej w romansującego na lewo i prawo męża. Zwracała się ku synowi tylko wtedy, kiedy odnosił jakieś dziecięce sukcesy, np. pięknie zaśpiewał na akademii w przedszkolu, wygrał konkurs na wypracowanie o babim lecie w szkole. Ładnie ubrany, z aksamitką na białej koszuli, miał rumieńce radości, mogąc przejrzeć się w oczach mamy. Cieszyła się, klaskała, a potem opowiadała jego ojcu, jakiego to mają wspaniałego synka. Reflektor jej uwagi gasł, pogrążając chłopca w mroku smutku, kiedy był zwyczajnym dzieciakiem: bawił się samochodzikami na podłodze w pokoju czy wracał z katarem ze szkoły. Adrianowi brakowało codziennej, zwyczajnej uwagi i czułości matki przez całe dzieciństwo. Ten głód wyraził symbolicznie w swojej pluszowej fantazji.

Dziura w koszyku

Brak miłości w dzieciństwie, kiedy dorośniemy, staje się jak dziura w koszyku, do którego zbieramy radość życia, poczucie bycia wartym miłości i kochanym. Cokolwiek tam wrzucimy, wyleci i koszyk pozostaje pusty, a my emocjonalnie głodni i niepewni siebie. Żadna kobieta, choćby nie wiadomo ile głasków ofiarowała Adrianowi, nie była w stanie zaspokoić jego pragnienia bycia widzianym i kochanym. Pomóc mogło tylko załatanie dziury w jego sercu. Łatą było zobaczenie tego, co odczuwał jako chłopiec. Odreagowanie trudnych emocji z dziecięcego pokoju: złości na matkę, smutku. A potem pogodzenie się z tym, że tamten czas już nie wróci i Adrian nie dostanie miłości mamy. To powinno wystarczyć, by mógł przyjąć miłość erotyczną kobiety.

Fantazje to poważna sprawa – mówi Karolina Strojecka. – Wydaje się, że mówiąc o nich, możemy tylko zawstydzić siebie i innych swoją perwersją. Otóż nie. Ujawnienie i analiza obrazów z naszej wyobraźni pomaga odkryć przyczyny braku zadowolenia z życia, nie tylko seksualnego.

Macho proszony na salony

Fantazja o dominującym kochanku, który łapie kobietę w pół, rzuca na łóżko i trzymając za włosy, bierze nawet wbrew jej woli, nie mówi wcale, że Zuza chce takiego kochanka. Że chce go mieć na co dzień. Ustalać z nim, kto rano idzie pierwszy do łazienki! Albo czy kupić auto w kolorze jej oczu, czy takie, które jest dobrze widoczne na drodze. No nie. Zuza kocha męża – ciepłego misia. Macho to tylko fantazja. Czyli co? – Zazwyczaj odpowiedź na konflikt wewnętrzny i trudności, z jakimi psychika się mierzy – stwierdza Karolina Stojecka. – Warto się zastanowić, dlaczego w lnianej pościeli w błękitne drobne kwiatki obok Zuzy i jej męża pojawia się macho?

Nie wystarczy opowiedzieć misiowi o tej fantazji? A potem wspólnie odegrać takie oto przedstawienie: misio – wciśnięty w drogi garnitur (bo to konieczny kostium macho mana z korporacji) – po przyjściu do domu bierze Zuzę. Trochę siłą, ale zgodnie z jej wolą. Na stole w kuchni albo na podłodze w salonie, byle nie w pościeli w kwiatki.

Karolina Stojecka: – Powiedzieć o swoich fantazjach partnerowi i je zrealizować? Jasne! Tylko że nie umiemy rozmawiać o seksie. Żartować z koleżankami o tym, czego byśmy posmakowały w seksie – tak. Ale odsłonić się przed partnerem? Czemu to takie trudne?

Kochanie, marzę, żebyś...

Ewa chce być jak kwiat. Związana sznurkiem, unieruchomiona. Zatrzymana w pięknie i zmysłowości. Naga. Bondage – zabawa seksualna polegająca na tym, że jeden z partnerów krępuje drugiego sznurem. Jego zwolennicy mówią, że związana tak kobieta wygląda jak bukiet. Takie fantazje ma Ewa, odkąd zobaczyła album japońskiego fotografa Arakiego. A w nim zdjęcia kobiet: jak pudełka prezenty z ciała i seksu. Poczułaby się wtedy bezpieczna. Poddana całkiem woli mężczyzny. Sama myśl ją podnieca, ale czy powie o tym Robertowi?

Kobieta mówi o fantazjach tylko wtedy, gdy ma poczucie bezpieczeństwa i bliskości w związku. Jest pewna, że partner akceptuje ją taką, jaka jest – mówi Karolina Stojecka. – Nie zaatakuje: „No co ty? Jak możesz?” albo „Takie świństwa mnie nie interesują”. Pacjentki obawiają się takiej reakcji partnera i pytają mnie często, jak sobie z tymi obawami radzić. „A jak popłaczę się i ucieknę?!” – mówią, kiedy radzę im mimo lęku opowiedzieć partnerowi o fantazjach. Odpowiadam: „Łzy to nie jest zła rekcja na »nie«”. Niech mężczyzna zobaczy, że jego partnerka ma miękki brzuszek, że jest jej przykro, a więc to dla niej ważne. Byleby odpowiedzią na jego „nie” nie była agresja: „I tak byś nie dał rady!”. Jeśli nawet partner ostro utnie propozycję sekszabawy, to wcale nie znaczy, że źle myśli o swojej kobiecie. Może naprawdę się obawiać, czy sprosta jej oczekiwaniom, czy da radę. A jak dwie osoby się przestraszą, to konflikt może pójść na noże.

Ewa powiedziała o swojej fantazji Robertowi i choć za pierwszym razem ją zbył, nie poddała się. Za radą terapeutki ponowiła prośbę po tygodniu. Robert w tym czasie zaciekawił się tym, czego pragnęła, bo też taka propozycja może rozpalić wyobraźnię mężczyzny. Trzeba mu tylko dać czas, by się z nią oswoił. By przejął kontrolę nad tym, czego chce jego kochanka, zaplanował i umiał zrealizować to, czego ona chce. Tak też się stało, bo Robert powiedział: „Dobrze, w weekend”. A jeśli mówienie o fantazji jest niemożliwe lub zbyt trudne? Albo partner naprawdę nie chce jej spełnić, ale jest otwarty na zmiany w relacji? Są inne sposoby na skorzystanie z mądrości, jaką niesie erotyczna wyobraźnia.

Zobaczyć w Misiu Rozpustnika

Dlaczego, kiedy Zuza zamknie oczy, jak diabeł z pudełka wyskakuje z jej wyobraźni macho? Łapie ją w pół i ciągnie ku całkowitemu zatraceniu zmysłów. Zuza chciała zrozumieć siebie, dlatego znalazła się w gabinecie specjalisty. Ojciec? O to zapytał ją seksuolog. Zuza miała dominującego i wybuchowego ojca. A i z mamą nie było jej lekko. Bała się ojca i czuła dystans do zimnej i wycofanej matki. Wybrała więc na partnera ich przeciwieństwo. Mimo jednak niechęci do powtórki emocjonalnej z dzieciństwa dla Zuzy, tak jak dla każdej kobiety, nieświadomym symbolem męskości pozostał ojciec. Wybuchowość i impulsywność podnieca więc Zuzę, a zarazem ją odrzuca. Odkrycie, kto tak naprawdę ukrywa się w postaci macho, to pierwszy krok. Drugi, dopełnienie jej związku o brakujący męski aspekt. Mąż daje jej poczucie bezpieczeństwa, ale nie ma w sobie nic z macho – nie ma nawet grama spontaniczności. Nie wykazuje też w świecie zmysłów żadnej inicjatywy. Jeśli Zuza chce być z nim szczęśliwa, musi w misiu odnaleźć rozpustnika. Czy to możliwe? Z odkurzaczem w ręku na co dzień nie prezentuje tego męskiego aspektu. Co nie znaczy, że go nie ma. Ona męski aspekt męża może też zobaczyć, kiedy pójdzie do jego firmy. Wyjęty z pościeli w drobne kwiatki misio okazuje się czasem szefem, który potrafi zdominować wielu mężczyzn. Dostrzec w mężu aspekt, którego w domu nie realizuje, to najprostsze rozwiązanie. Udało się: misio jest szefem firmy logistycznej, ma pod sobą kilkunastu kierowców. Uzupełniony o aspekt męskiej dominacji partner otworzył Zuzie drzwi do szczęścia we dwoje.

Dlaczego rozpustnik?

Mężczyźni rozdzielają często miłość i seks, żonę i kochankę. Kobiety czasem nie dostrzegają w mężu namiętnego kochanka. Takie rozszczepienie to efekt podwójnej moralności, odrzucania seksu jako czegoś złego i brudnego. To rozszczepienie (nazywane w seksuologii zespołem rycerza i rozpustnika albo madonny i ladacznicy) staje się powodem, dla którego mężczyźni szukają kochanki. Kobiety zazwyczaj tylko fantazjują, bo kultura nadal uczy je, że seks nie powinien być dla nich tak ważny jak macierzyństwo czy pomoc rodzicom. Dlatego wyobraźnia kobietom zazwyczaj wystarcza. Jednak i kobiety, i mężczyźni powinni starać się połączyć dwie postaci, na które rozpada się w ich doświadczeniu partner, aby być szczęśliwym, mieć poczucie wewnętrznej spójności. Jak połączyć rycerza i rozpustnika? Zuza przyjrzała się swoim wspomnieniom o tacie i zrozumiała, że wybuchowy ojciec był jej o wiele bliższy niż zimna matka. Bywał czuły i ciepły. Przypomniała sobie, jak jeździła z nim na żużlowe zmagania i jak się bawili, kibicując. Dopiero kiedy zaczęła dorastać, ojciec przestał mieć dla niej czas, zajęty pracą, alkoholem i konfliktem z matką. Zobaczenie ojca jako człowieka, który był i dobry, i zły, zintegrowało w wyobraźni Zuzy obraz mężczyzny. Celem jej fantazji nie był seks z macho, ale właśnie to wewnętrzne połączenie dwóch męskich aspektów.

Kiedy to on chce

Czerwone pończochy... Strój stewardesy! Mogę ci kupić! – jeśli mężczyzna przyzna się przed żoną do swoich fantazji, to, co wtedy nastąpi, zależy od tego, czy kobieta ceni siebie, czy nie. Jeśli jest pewna swojej wartości, uważa się za atrakcyjną, założy czerwone pończochy. Jeśli ma kompleksy, zrobi awanturę, że czerwone pończochy nosi żona jego brata! A w samolocie, którym lecieli do Egiptu, widziała, jak ślinił się na widok rudej stewardesy! A następnie wyciągnie z tego krzywdzące wnioski, dopasuje fantazje partnera do swoich kompleksów. Lepiej kupić pończochy i bawić się życiem we dwoje. – Wielu mężczyzn fantazjuje o kobiecych kostiumach. Takie przebieranki mogą im dać poczucie posiadania wielu kochanek, choć tak naprawdę pozostaną wierni jednej – mówi Karolina Strojecka. – Warto iść za ich wyobraźnią. Nawet jeśli żona brata nosi czerwone pończochy, a spotkana podczas lotu stewardesa była piękna, nie ma sensu tego wypominać. Wyobraźnia mężczyzny użyła tych obrazów, by pomóc mu dowiedzieć się, czego mu potrzeba.

Mężczyźni i kobiety miewają dziś często fantazje o męskiej dominacji. Czy to znak czasu? Czy mówi o jakimś wewnętrznym konflikcie toczącym się w kulturze? Mężczyźni czują się dziś niemęscy. Nie mają poczucia wpływu na rzeczywistość. Dowodem na to jest ich gremialna ucieczka w rzeczywistość wirtualną, w Internet, w gry i w pornografię – pisze prof. Philip Zimbardo w książce „Gdzie ci mężczyźni?”. Fantazje o macho są też odpowiedzią na męski kryzys. Kobiety stały się silne, decyzyjne. Kierują ludźmi w pracy i planują życie domu. Chcą więc chociaż w sypialni poczuć się małe, bezbronne i pożądane. Jak Ewa fantazjują więc o byciu bukietem kwiatów, a nie panią wiceprezes. – Kocham Roberta jeszcze bardziej, od kiedy zupełnie mu się oddałam, realizując fantazję w klimacie bondage – mówi Ewa.

Ukrywane pocałunki

Dorota fantazjuje często. Lubi to. Ale dziś jej marzenia wymknęły się spod kontroli. Dorocie „wyobraził się” pocałunek z... Kamą!? Przestraszyła się: „Czyżbym była lesbijką?”. Niekoniecznie. Może to być sygnał, że przeciwna płeć stała się dla Doroty zagrażająca. Dorota pokłóciła się z Tomkiem i od miesiąca nie śpią razem, nawet ze sobą nie gadają, poza technicznymi ustaleniami. Tomek pchnął ją tak, że kobieta ma siniaki na plecach. Jej mózg idzie więc na skróty i daje Dorocie czułość bezpieczną, bo płynącą od kobiety.

Fantazja o pocałunku z kobietą to wyraz złości i lęku, jakie budzi w niej mąż. Dorota potrzebuje namiętności i seksu, ale nie chce jej teraz od mężczyzny. Ta kobieta z jej fantazji, to… sama Dorota w masce Kamy. Bywa, że kiedy kobieta spotka swój ideał kobiecości, gdy marzy, by być tak piękną, atrakcyjną, niezależną i kobiecą jak tamta, to śni, że uprawia z nią seks, staje się więc nią.

Odkrywając fantazje, odkrywamy prawdę o człowieku – mówi Karolina Stojecka. – Jeśli tylko odważymy się im przyjrzeć. Zechcemy zrozumieć. Dorota powinna porozmawiać z Tomkiem i postawić granicę w ich relacji, by nie dochodziło do przemocy. Ale nie jest to proste, bo ojciec Doroty był „smutnym pijakiem”. Nie radził sobie ze sobą, a co dopiero z pracą, karierą. Dorota chce sobie skompensować ten brak męskiego wzorca właśnie eleganckim, ale za to agresywnym mężem. Tomek jest zadbany i silny. Agresja? To znak, że nie jest taki jak jej tato…

Internet niszczy fantazje

Pornografia podnieca. Owszem. Pokazuje kobiety zdominowane, jakimi bywają w fantazjach. Owszem. Ale tu podobieństwa się kończą. Porno to droga do szybkiego podniecenia i zaspokojenia. W fantazjach nie o to chodzi. Niosą także istotne nieświadome treści. – Fantazja pozwala poznać i rozwinąć swoją seksualność – mówi Karolina Strojecka. – Wzmocnić relację z partnerem. Podpowiada, co w niej uzdrowić. Pomaga się rozerotyzować. Otwiera na prawdziwą seksualną naturę.

Karolina Strojecka: psycholożka, psychoterapeutka, terapeutka zaburzeń seksualnych. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Seksuologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Poznawczej i Behawioralnej. Współpracowała z prof. Zbigniewem Lwem-Starowiczem w Instytucie Seksuologii PTS.

  1. Psychologia

Męska rywalizacja

Jedni rywalizują po to, aby zdobyć jakieś zasoby. Drudzy chcą wywrzeć na innych wpływ. Jeszcze inni pragną coś udowodnić sobie lub innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania. (Fot. iStock)
Jedni rywalizują po to, aby zdobyć jakieś zasoby. Drudzy chcą wywrzeć na innych wpływ. Jeszcze inni pragną coś udowodnić sobie lub innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania. (Fot. iStock)
Niektórzy twierdzą, że jest kwintesencją męskości, że sączy się do krwiobiegu razem z testosteronem. Inni podkreślają, że to raczej produkt wychowania i społecznych oczekiwań. Co dziś daje, a co zabiera mężczyznom rywalizacja? Z kim teraz toczą boje? I o co? Odpowiedzi szuka psycholog dr Dariusz Parzelski, wspierany przez terapeutę Roberta Milczarka.

Czy rywalizacja to typowo męska cecha?
Przez wiele stuleci do rywalizacji potrzebna była siła fizyczna, która ściśle związana jest z płcią. Współczesna technika daje jednak pewne możliwości, żeby to równoważyć. Dlatego powiedziałbym, że dziś rywalizacja nie ma płci, chociaż faktycznie przez wiele lat miała.

Gdy myślę o mężczyźnie, który z kimś rywalizuje i o coś walczy, to w moich oczach jest on męski.
No tak, ale czy kobiety, które rywalizują i zapewniają zasoby rodzinie, są niekobiece? W różnych czasach co innego będziemy nazywali męskością. Obecnie definiuje ją nie tylko siła, spryt i pokonywanie innych. Nie chodzi o to, by przetrwać, ale też by dobrze żyć: być partnerem, ojcem, przyjacielem, autorytetem.

No właśnie, rywalizacja ma dzisiaj złą prasę. Obecnie stawia się na współpracę. Nawet w sporcie...
Możemy sobie używać innego słowa, ale wiadomo, o co chodzi... W sporcie liczy się przede wszystkim wygrana. Kilkanaście lat temu jedna z moich studentek przeprowadziła badanie w zakresie psychologii sportu na temat idealnego trenera i trenerki. Wybieraliśmy typowo męskie i kobiece cechy oraz pewną liczbę cech neutralnych płciowo. Okazało się, że to trener w porównaniu z trenerką uważany jest za bardziej zdyscyplinowanego, pracowitego i punktualnego, czyli definiowany jest przez neutralne płciowo cechy. Ciekawe, jak te badania wyglądałyby dzisiaj? Z moich obserwacji wynika, że w sporcie nadal istnieje szklany sufit, bo jeśli popatrzymy na żeńskie sporty, to mężczyźni prowadzą większość kadr narodowych – to oni dbają o kobiecy duch rywalizacji.

Zajmował się pan psychologią sportu, teraz zajmuje się pan biznesem – czy w tych dwóch obszarach można mówić o dobrej i złej rywalizacji?
To jest pytanie natury filozoficznej. Przywykliśmy myśleć, że w biznesie, by wygrać, trzeba prowadzić nieczystą grę albo wypracowywać zysk kosztem pracowników. Jednocześnie zachwycamy się odnoszącym sukcesy sportowcem, współczesnym gladiatorem, i myślimy, że to dlatego, że ma talent. Nie widzimy jego wysiłku, czyli setek godzin treningów i wypruwania sobie żył, a czasem także patologii, w jakiej funkcjonuje, żeby ten sukces osiągnąć. Złoty medal to jest tylko wisienka na torcie.

W serialu Netfliksa „Ostatni taniec”, opowiadającym o drużynie koszykarskiej Chicago Bulls, Michael Jordan mówi, że jego duch rywalizacji zniknął, gdy zabrakło mu motywacji. Wtedy musiał odejść ze świata koszykówki.
Jeden może rywalizować po to, żeby zdobyć jakieś zasoby. Drugi chce wywierać wpływ na innych. Jeszcze inny pragnie coś udowodnić sobie albo innym. Rywalizacja ma czasem wymiar finansowy, innym razem wymiar porównywania się. To nie tylko chęć wygrywania.

Czym jeszcze różni się rywalizacja sportowa od tej w biznesie?
Mówca motywacyjny Simon Sinek w książce „The Infinite Game” pisze, że sport jest skończoną grą o jasnych regułach. Wiadomo, kiedy się zaczyna i kończy, kiedy się wygrywa, kiedy remisuje, a kiedy przegrywa. Tymczasem biznes jest grą, która nie ma żadnych reguł ani skończonej rywalizacji. Nie ma jednej formuły ligi mistrzów, więc jak się w tym odnaleźć? Myślę, że podobnie jest w świecie kultury, tam również rywalizacja jest grą o nieokreślonych regułach. Bo osoby, które coś tworzą – przedstawienie, muzykę, film, książkę, tekst – chcą, żeby to miało wpływ na innych. Czy ten wpływ jest elementem rywalizacji? Moim zdaniem tak, bo chodzi o władzę nad ludźmi. Potwierdza to zresztą narzędzie do badania motywacji – Profil Motywacyjny Reissa.

Mam wrażenie, że artysta rywalizuje przede wszystkim z samym sobą. W biznesie czy w sporcie zawsze jest drugi rywal.
Pamiętam historię, którą opowiadał mi jeden z amerykańskich psychologów sportu, kiedy ze zdziwieniem zauważył na igrzyskach olimpijskich, że złoty medalista biegu na 200 metrów po zejściu z podium zdjął medal i rzucił go o ziemię. Wyobraża to pani sobie? Swój złoty medal! Inni daliby sobie uciąć ręce, żeby tylko ten medal powąchać... Okazało się, że dla niego celem był nie sam medal, tylko pobicie rekordu olimpijskiego, a tego nie zrobił. Rywalizacja w sporcie oznacza więc także wygranie z samym sobą, bo każdy z nas jest dla siebie największym przeciwnikiem.

A z jakimi emocjami wiąże się rywalizacja?
Z zazdrością, ale także chęcią uznania i zaspokojenia swoich ambicji.

Chyba też z potrzebą triumfu, a czasem nawet pogardą dla przeciwnika – zwłaszcza w sporcie?
Przecież sport jest piękny, uduchowiony, tam się zdobywa medale!

Rozumiem, że mówimy to z przymrużeniem oka.
No właśnie nie. I to jest ta ważna różnica, bo w sporcie rywalizacja jest kwintesencją. Sport bez rywalizacji to jedynie aktywność fizyczna.

Harówka w biznesie nie przynosi medali, a może jednak powinna?
Prawda jest taka, że ludzi trzeba cisnąć i w sporcie, i w biznesie – aby osiągnąć sukces, trzeba się przyłożyć. To nie jest tak, że sportowcy, nawet ci na wysokim poziomie, zawsze robią to z chęcią i zaangażowaniem... Nie ma jednego i najlepszego sposobu zarządzania. Są różne w zależności od sytuacji i osoby. Zarządzanie siłą bywa skuteczne, ale ma wiele ograniczeń. Z kolei demokratyczne podejście często okazuje się nieefektywne. Najlepsza jest hybryda. No i trudniej też powiedzieć o biznesie, że jedna firma współzawodniczy z drugą, to nie jest ten język.

Bo w rywalizacji biznesowej chodzi głównie o pieniądze? A w sporcie niby o co chodzi?
Co tak naprawdę daje sportowcowi medal?

Poczucie, że jestem panem świata, sprawczym, męskim, no, najlepszym!
Tak, ale medal również daje dzisiaj pieniądze. To trochę przypomina mi film „Testosteron” na podstawie scenariusza Andrzeja Saramonowicza. O co faceci rywalizują? O samochody. A po co im te samochody? Żeby zwrócić uwagę kobiet. Oczywiście jest pewna grupa sportowców, którzy robią to dla idei i momentów na podium, ale tym nikt się nie naje. Mam doświadczenie pracy z zawodnikami na wysokim poziomie, którzy gdy tylko poznawali perspektywę tego, ile można zarobić w biznesie, mówili: „to po co ja w ogóle trenuję?!” i przynajmniej przez chwilę zastanawiali się nad zmianą profesji.

Czyli mężczyźni rywalizują głównie o pieniądze?
Nie tylko mężczyźni, kobiety też. Gdybyśmy rozmawiali 30 lat temu, to kierownicze stanowiska w większości zajmowaliby mężczyźni, dzisiaj te proporcje się wyrównują i, co ciekawe, w Polsce są mniej wyraźne niż w krajach starej Europy. Zróżnicowanie płacowe w biznesie jest u nas dużo mniejsze niż w krajach starej demokracji.

To czym różni się rywalizacja męska od tej kobiecej? Wiele badań psychologicznych pokazuje, że mężczyźni rywalizują głównie o zasoby, a kobiety o uwagę.
Wie pani, co się okazało, kiedy w latach 70. badaliśmy zjawisko lęku przed sukcesem? Wyniki pokazywały go jako typowo kobiecą cechę osobowości. Tymczasem obecnie niektóre badania sugerują, że nie tylko przestaje być typowo kobiecą cechą, a wręcz przesuwa się w kierunku...

…typowo męskiej?!
To mężczyźni obawiają się dzisiaj osiągnąć sukces. Bo facet odnoszący sukces to barbarzyńca, a to już nie jest społecznie poważane. Niech pani zobaczy, jak komentuje się to, że ktoś jeździ bardzo drogim samochodem. Że jest pusty, płytki…

Kiedyś mówiło się, że mężczyźni lubią rywalizować między sobą, ale kobietom wolą imponować... To czysta socjobiologia, tyle że dzisiaj to już nie działa. Ewolucja nie nadąża za zmianami społecznymi, bo imponować można komuś, kto jest ode mnie słabszy, tymczasem dziś kobiety stają się równe mężczyznom. Jak więc im zaimponować? Zastanawiam się nawet, czy to wcale nie mężczyźni rywalizują dzisiaj najmocniej, a kobiety. Rywalizują z facetami o należne im miejsce. A jak mężczyźni się z tym czują?
Wielu wymięka. Część musi się na nowo poukładać, a część czuje się zalękniona. To naturalny przejaw szukania odpowiedzi na pytanie: jak sobie poradzić ze zmianą? Trochę jak w sporcie, gdy mówimy, że trzeba znaleźć czas na przegrupowanie i przemyślenie swojej taktyki. A później, przynajmniej tak dzieje się w sporcie, trzeba będzie przygotować się na walkę z przeciwnikiem.

Rywal powinien wiedzieć, że nim jest?
To chyba nie ma większego znaczenia. Często widzę mężczyzn, którzy płyną swoim torem na basenie i gdy dopływają do końca, unoszą ręce w geście zwycięstwa. Podczas gdy ktoś, kto płynął obok, nawet nie wiedział, że się ścigał. „No, ale płynął wolniej… Czyli ja wygrałem” – tak myśli czterolatek, ale i czterdziestolatek. Może my naprawdę się z tym rodzimy?

Dariusz Parzelski, doktor psychologii. Certyfikowany psycholog sportu kasy mistrzowskiej Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Współpracuje z zawodnikami i trenerami w przygotowaniu mentalnym do treningów i startów.

O co dziś warto walczyć? Rozmowa z terapeutą Robertem Milczarkiem

Współczesny mężczyzna ma już wybór, może rywalizować ale nie musi. Tradycyjne modele społeczne wywierały na mężczyzn presję: nie można było pokazywać swoich słabości, trzeba było walczyć o swoje. Tymczasem w obecnym modelu na wielu polach rywalizacja nie jest już konieczna. A mimo to część mężczyzn nadal to robi, testując w ten sposób swoją męskość. Robią to jednak w sposób cywilizowany, czyli rywalizują w sporcie czy biznesie. Myślę, że dlatego przeżywamy dzisiaj wysyp maratonów czy klubów sztuk walki, które pozwalają skanalizować w zdrowy sposób męski pierwiastek agresji. Mam też poczucie, że w dzisiejszym świecie mówi się najczęściej negatywnie o rywalizacji, a przecież to ona warunkuje nasz rozwój. Trochę jak w cyklu życia jakiejś idei, np. w związku dwojga ludzi czy w społeczeństwie. Najpierw jest motywacja deficytu jakichś potrzeb, potem są starania, walka o lepsze życie; następuje realizacja potrzeb, stabilizacja, a później rozpad – i cały cykl zaczyna się od początku. Rywalizacja może napędzać nas do rozwoju, jednak gdy nie obowiązują żadne zasady, staje się bezwzględną agresją. Miarą męskiej dojrzałości emocjonalnej jest umiejętność dostępu do pokładów zdrowej rywalizacji i zdrowej współpracy.

Inna sprawa, że dzisiaj wielu mężczyznom trudno jest odpowiedzieć sobie na pytanie: „o co właściwie warto jeszcze walczyć?”.
Życie jest jasno zdefiniowane: szkoła, dom, praca, rodzina; bywa ciężko, ale nie trzeba już tak mocno skupiać się na przetrwaniu. To wymaga poznawania siebie, swoich wartości i marzeń, o które warto powalczyć w świecie, w którym osobiste zaangażowanie, wychodzenie z inicjatywą i znoszenie dyskomfortów nie jest oczekiwane. Jesteśmy jak najedzony kot, któremu nie chce się już polować. Ale męskość może mieć przecież wymiar bycia solidnym w słowie i czynie, dbania o innych, dotrzymywania obietnic. Obecnie to właśnie mężczyźni stereotypowo postrzegani jako męscy i silni fizycznie, mają trudności z tym, żeby sprostać codzienności życia w relacjach i związkach. Ciężej jest im być wspierającymi partnerami czy ojcami, tym bardziej że oczekiwania partnerek wzrosły i ubiegają się one o swoje prawa. Mężczyźni stają się pogubieni, nie potrafią zdefiniować siebie w nowej rzeczywistości i zdarza się, że uciekają od odpowiedzialności, raniąc bliskich. To kobiety prowadzą ich do psychologów, aby nauczyli się tam nowego wymiaru męskości: komunikacji, wyrażania potrzeb, kontaktu z emocjami. Taka praca nad sobą wspiera budowanie wspomnianego balansu pomiędzy zdrową współpracą a zdrową rywalizacją.

Robert Milczarek, psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności psychospołecznych  www.robertmilczarek.pl.

Rywalizacja kobiet w sporcie. Rozmowa z Ewą Serwotką - psychologiem sportu i Aleksandrą Zienowicz-Wielebską - certyfikowanym Psychologiem Sportu. 

Z jakich powodów kobiety rywalizują ze sobą w sporcie? ES: Współzawodnictwo i rywalizacja, uznawane są za synonimy ale niosą za sobą inną narracje. Pierwsza podkreśla wspólnotę, silniej wybrzmiewa tu wzajemna zależność między zawodniczkami. Bo właśnie dzięki osobie z drugiej strony siatki, planszy bądź boiska, mamy możliwość wzrostu sportowego. Kobiety bardzo często zaznaczają szacunek do współzawodniczki jako tej, która pozwala im czuć adrenalinę i mobilizację.

Czym rywalizacja kobiet różni się od rywalizacji mężczyzn? AZ: Męska rywalizacja powszechnie traktowana jest „bardziej serio”, a damskiej umniejsza się wartość. Może gdybyśmy podchodzili z większą akceptacją do rywalizacji kobiecej to spotykalibyśmy się z mniejszą ilością zaburzeń psychicznych, depresji wśród zawodniczek. Poza tym poczucie więzi, relacyjności i inne aspekty społeczne oraz emocjonalne są wyjątkowo ważne właśnie w sporcie kobiecym.

ES: To głównie zawodniczki rywalizują o uwagę, szacunek, zainteresowanie mediów i sponsorów czy kibiców, żeby pokazać, że to co robią jest równie wartościowe.

Czego uczy, co daje kobietom rywalizacja? ES: Często wśród kobiet podkreślana jest rola lekcji życiowych, które można wyciągnąć ze sportu. Ten transfer umiejętności ze sportu na życie prywatne dotyczy takich aspektów jak: zarządzenie czasem, sumienność, spryt w poszukiwaniu różnorodnych rozwiązań w dążeniu do określonych celów. A to na ile potencjał budowania charakteru poprzez sport będzie wykorzystany, zależy w dużej mierze od otrzymywanego wsparcia ważnych osób: rodzina, trener.

Kobieca rywalizacja jest bardziej ukryta? AZ: Rywalizacja w sporcie z zasady jest otwarta. Natomiast każda zawodniczka posiada swoje indywidualne powody bycia w sporcie, które są bardziej jawne albo ukryte, świadome czy podświadome. Wynika to z wielu rzeczy, m. in. wychowania, przekazywanych wartości od dzieciństwa, poziomu pewności siebie czy poczucia własnej wartości.

Ciekawy przykład przedstawia serial „Przegrani” (odcinek z Sury Bonaly), gdzie motywem przewodnim jest odpowiedź na pytanie: Jak poradzić sobie z porażką w świecie, w którym liczy się tylko zwycięstwo? Surya Bonaly zachwycała fanów łyżwiarstwa figurowego swoimi umiejętnościami. Jednak ze względu na swoje pochodzenie, była jedną z pierwszych czarnoskórych łyżwiarek w światowej czołówce, przez co musiała mierzyć się z uprzedzeniami sędziów.

W życiu często myślimy że nam, kobietom, z rywalizacją nie do twarzy. Rywalizuje każdy, to czysta biologia. ES: W sporcie jest inaczej, pracując z zawodniczkami dostrzegam spójność ich wizji samych siebie jako kobiecych i rywalizujących. Gest zwycięstwa kobiety jest równie mocno odbierany jak gest zwycięstwa mężczyzny

W byciu najlepszą wpisane jest poczucie samotności. Dlaczego kobiety chcą być jednocześnie najlepsze ale jednocześnie takie same jak inne, nie chcą za bardzo odstawać. AZ: Bycie najlepszą i najgorszą wiążę się z poczuciem samotności. Sukces i porażka mają podobne konsekwencje psychologiczne. Warto zwrócić uwagę iż sportowiec niezależnie od wyników spotyka się z samotnością na różnych etapach swojej kariery.

Mężczyźnie łatwiej przychodzi bycie w profesjonalnym sporcie? ES: Czy w ogóle warto dzielić rywalizację na męską i kobiecą? Jedni i drudzy mierzą się ze wszelkimi wyzwaniami uczestniczenia w sporcie: kontuzje, przetrenowanie, życie z dala od rodziny, nieprzewidywalny rozwój kariery. Dbajmy o to jaką my budujemy narracje o sporcie kobiet.

Ewa Serwotka - psycholog sportu, współautorka ,,Poradnika pozytywnego trenera. Model i7W w sporcie" oraz ,,Psychologii osiągnięć dla twórców filmowych", kierownik studiów podyplomowych ,,Psychologia sportu dzieci i młodzieży" na Uniwersytecie SWPS w Katowicach.

Aleksandra Zienowicz-Wielebska - certyfikowany Psycholog Sportu II Klasy Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Od pięciu sezonów związana z drużyną superligi piłki ręcznej kobiet Młyny Stoisław Koszalin. Współpracuje z Akademią Leszka Blanika AZS AWFiS w Gdańsku. Współautorka „Poradnika Pozytywnego Trenera – Model i7W w Sporcie” (2019 r.) oraz "Psychologii osiągnięć dla twórców filmowych (2017 r.). Wykładowca na studiach podyplomowych "Psychologia sportu - w nurcie sportu pozytywnego" na Uniwersytecie SWPS Warszawa.

  1. Psychologia

Co świadczy o męskości? Mit twardziela obala seksuolog

Czym jest męskość? Jaki stereotyp kojarzy nam się ze stwierdzeniem
Czym jest męskość? Jaki stereotyp kojarzy nam się ze stwierdzeniem "prawdziwy facet"? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Długo panowało przekonanie, że męski znaczy silny, a więc „prawdziwy facet” nie rozczula się nad sobą i zbytnio się sobą nie zajmuje. Efekt? Mężczyźni nie potrafią, a często wręcz wstydzą się dbać o zdrowie i o swoje czułe strefy. Razem z seksuologiem Michałem Pozdałem staramy się odczarować mit faceta twardziela.

Męskość nie jest łatwa do zdefiniowania. Penis jest, oczywiście, bardzo ważny, o czym pisaliśmy już w zeszłym numerze, ale wyobraźmy sobie mężczyznę, który stracił narządy genitalne w wypadku. Czy przestaje być mężczyzną? To niemożliwe. Albo dziewczynki z hipertrofią łechtaczki (powiększona do rozmiarów penisa). Czy są chłopcami? Wykluczone. Jądra też są istotne. Ale pamiętajmy, że są również kobiety, które je mają, nawet o tym nie wiedząc. I są kobietami. Testosteron się liczy, bo odpowiada za poczucie męskości. Za męską budowę ciała, za jego rozwój i jego nastroje. Ale jeśli mężczyzna ma raka prostaty, w pierwszej kolejności w leczeniu poziom testosteronu sprowadza się do zera. Mimo to pozostaje mężczyzną. Również seks w układzie heteroseksualnym nie świadczy o męskości. Osadzony, który w więzieniu podjął zastępcze kontakty homoseksualne, nie przestaje być mężczyzną. Jak również nie staje się nim na nowo, gdy wraca do swojej partnerki. Podobnie z mężczyznami całkowicie homoseksualnymi, nie stanowią odrębnej płci.

Czym jest męskość?

Nasza tożsamość płciowa kształtuje się w przeciągu kilku pierwszych lat życia, zarówno pod wpływem oddziaływania czynników wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Gdy mówimy o tych ostatnich, to mówimy o gender, czyli o tym, co jest uznawane w danej kulturze przez daną grupę ludzi za męskie i kobiece. Dlatego chłopców ubiera się u nas na niebiesko, a dziewczynki na różowo, ale kolory te mogą się różnić w zależności od kultury. Tożsamość zależy jednak głównie od czynników wewnętrznych, czyli od naszego przekonania, kim tak naprawdę jesteśmy.

Męskość zatem to świadomość, że jestem mężczyzną, plus akceptacja, że właśnie taką płeć mam. Oba aspekty są ważne, bo niektóre osoby mają daną płeć fizyczną, ale jej nie akceptują. Nie uznajemy ich wtedy za mężczyzn czy kobiety ze względu na ich narządy płciowe. Tylko zgodnie z tym, za kogo sami siebie uznają. Bo nasza tożsamość płciowa jest najważniejsza.

Przed drugim rokiem życia dziecko wie, czy jest chłopcem, czy dziewczynką. A w wieku lat trzech chłopiec rozumie, że będzie tatą, a dziewczynka – mamą. Około 6–7 roku życia pojawia się poczucie stałości swojej płci. Chłopiec wie, że nawet przebrany za królewnę nadal pozostaje chłopcem. I ta stałość płci jest kluczowa dla jego poczucia męskości.

Męskie” stereotypy

Mężczyźni mogą zupełnie odmiennie rozumieć swoją męskość, zależnie od tego, gdzie ją plasują. Wielu umieszcza ją w karierze zawodowej i jej miarą staje się dla nich sukces, który osiągają. Inni swoją męskość warunkują zdolnością do utrzymania rodziny. Jeszcze inni określają ją na podstawie wyglądu i siły fizycznej. Ale wyobraźmy sobie, że mężczyzna ląduje na bezludnej wyspie. I co? Przestaje być mężczyzną, bo nie pracuje? Albo dlatego, że nie zarabia? Bądź dlatego, że nie może odpowiednio wyglądać?

W wielu przypadkach o męskości decyduje sprawność seksualna i cały seksualny życiorys mężczyzny – ile miał kochanek, kiedy rozpoczął współżycie i jaki ten seks był. Gdy do mojego gabinetu trafiają mężczyźni, którzy są jeszcze prawiczkami, mówią o tym z głębokim poczuciem porażki i wstydu. Albo gdy przychodzą z problemami z erekcją, zażenowani opowiadają, że nie są już mężczyznami.

Żyjemy w kulturze, w której rodzaj męski został z góry usytuowany na wyższej pozycji społecznej, ale też jest poddawany wielu wymogom. Często chłopcom powtarzamy: „Nie zachowuj się jak baba”. Jest w tym ukryte przesłanie: „Nie zachowuj się tak, bo jesteś lepszą płcią. Dziewczynka może płakać, piszczeć, narzekać, załamywać się. Ty nie. Bo ty jesteś lepszy, ty jesteś męski”. Chłopcy od małego są uczeni, jak mają wyglądać, żeby nie prezentować się jak kobiety. Dziewczynki mogą nosić glany, moro i czapki z daszkiem. Chłopcy nie założą sukienki. Nawet transgenderowi chłopcy ubierają się z zachowaniem męskiego wizerunku. Żyjemy w czasach opresyjnej kultury w stosunku do mężczyzn. I mężczyźni bardzo uważają na to, co jest męskie, co zaś nie. A to ważne, by sobie uświadomić, że moja płeć nie zależy od koloru czy kroju moich spodni. Jeżeli czuję się mężczyzną, to sam definiuję, co jest męskie. Nie inni. Nie warsztaty z męskości. Oczywiście, fajnie jest być z innymi facetami w grupie i dzielić się wspólnotą doświadczeń bycia mężczyzną. Wsparcie grupy dla wielu osób może być pomocne, ale już warsztaty z męskości są, moim zdaniem, nieporozumieniem. Zwłaszcza jeśli ich uczestników uczy się tego, co zrobić, żeby być bardziej męskim, odwołując się do zaprzeszłych doświadczeń, że mężczyzna to potrafił naprawić samochód albo wybudować dom i zrobić stół z desek. Warunki gospodarcze na tyle się zmieniły, że wystarczy, że on na stół zarobi. Bo czy wszystkie kobiety umieją robić swetry i piec chleb? Więc dlaczego facet musi sam naprawiać samochód? Przecież dziś to jest zazwyczaj automat, do którego potrzeba specjalisty i komputera. Paradygmat męskości zmienił się, bo inne są nasze warunki bytowe.

Długo panowało przekonanie, że męski znaczy twardy, a więc facet nie rozczula się nad sobą i zbytnio się sobą nie zajmuje. Przez to zaniedbana jest profilaktyka zdrowia mężczyzny. Myśląc o męskości, mężczyzna powinien zadbać o wszystkie swoje atrybuty. A więc poddawać się regularnym badaniom jąder i prostaty oraz badać poziom hormonów, który z wiekiem się obniża. Testosteron jest odpowiedzialny m.in. za nasze mięśnie i siłę, a więc też za sprawność seksualną. Kobiety słyszą tyle o menopauzie i biorą terapie hormonalne. Mężczyźni nie mają andropauzy, bo to by oznaczało, że męskie gonady przestają pracować tak jak żeńskie. A pracują do końca życia, tylko testosteronu jest w nich mniej. Suplementacja testosteronem jest możliwa i skuteczna, pacjenci bardzo to sobie chwalą.

Różnice między kobietami i mężczyznami

Jest dużo różnic między kobietami i mężczyznami – w tym, jak wyglądamy, jak się czujemy, co dzieje się z nami na poszczególnych etapach naszego życia. Mężczyźni przechodzą mutację, a kobiety miesiączkują. Wy możecie rodzić i karmić dzieci, my jesteśmy silniejsi, mamy więc predyspozycję do pracy fizycznej, ale o tę tężyznę też trzeba dbać. Utrzymywać w dobrej kondycji ciało i mięsień sercowy. Na starość poczucie siły i męskości szybko się obniża, mądrze jest temu przeciwdziałać. Nikt nie stanie się od tego „mięczakiem”. Nie stanie się nim również, gdy zadba o profilaktykę zdrowia seksualnego.

Mężczyźni potrzebują własnych obszarów, w których mogą odpoczywać i się realizować. Wchodząc w związki, nie powinni rezygnować ze swoich pasji, żeby potem nie mieć poczucia straty. Jeśli on przed ślubem jeździł na ryby, niech jeździ dalej. Gdy trwają mistrzostwa świata w piłce nożnej, to panowie zbierają się na piwie, krzyczą, bluzgają i razem przeżywają kolejne spotkania. Piłka nożna to sport rywalizacyjny i agresywny, a to są pierwotne męskie cechy, dlatego na trybunach i przed telewizorami szaleją głównie faceci. I takiego doświadczenia przynależności do swojej grupy też bardzo potrzebują.

Te słowa chciałbym skierować wprost do mężczyzn: O sprawność seksualną najlepiej możecie dbać poprzez regularne wizyty u lekarza, zaufanego urologa. Ale musicie też pogodzić się z tym, że ona zmienia się z wiekiem i do kondycji z okresu wczesnej młodości nie da się wrócić. Akt seksualny jest wysiłkiem fizycznym, dlatego utrzymywanie ciała w dobrej formie psychofizycznej da wam lepszą sprawność seksualną. Zabezpieczajcie się przy tym, żeby się nie zakażać. I masturbujcie się bez poczucia winy, o ile nie jest to kompulsywne i nie zastępuje bliskości seksualnej z partnerką. Unikajcie używek. Alkohol, papierosy, narkotyki wpływają na obniżenie libido. I uznajcie swoje emocje. Możecie być smutni, zniechęceni i nie chcieć lub nie móc się kochać. Nie musicie, nawet nie możecie, być sprawni cały czas.

A teraz prośba do kobiet: Stymulujcie swoich partnerów do tego, żeby sami o siebie dbali. Wam wszystkie media powtarzały o mammografii wiele razy, a badania jąder i piersi są do siebie bardzo podobne. Sugerujcie im to, ale nie wywierajcie na nich presji. Pozwólcie im nie zawsze być w formie i odpoczywać w ich własny sposób. Pamiętajcie, że i oni się czasami boją albo czegoś nie chcą. Nie oceniajcie ich i nie wywierajcie na nich presji w łóżku. Zobaczcie, co się wydarzy. Pamiętajcie też, że męski mózg działa trochę inaczej. Panowie są wzrokowcami i dlatego lubią porno i czasami oglądają się za inną kobietą na ulicy. Dlatego też kręcą ich różne fetysze i bardzo ich podnieca, gdy widzą was w szpilkach czy pończochach. A jeżeli nie odpowiadają na jakieś pytania, nie naciskajcie. Mężczyźni nie lubią rozmawiać, zwłaszcza o „męskich sprawach”.

Michał Pozdał, psychoterapeuta, seksuolog, wykładowca Uniwersytetu SWPS. Prowadzi terapię indywidualną oraz par w warszawskim Instytucie Psychoterapii oraz w Katowicach w Instytucie Psychoterapii i Seksuologii. Współautor książki „Męskie sprawy. Życie, seks i cała reszta”.

  1. Psychologia

„Czy to właśnie ta?” – gdy mężczyzna wiecznie szuka idealnej partnerki

Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Właściwej partnerki można szukać w nieskończoność. Dlaczego jednak mężczyźni w podejmowaniu decyzji rzadko słuchają serca? (Fot. iStock)
Mężczyźni często zastanawiają się, czy jest szansa, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. I bardzo dobrze – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

„On nie może się zdecydować, nieustannie szuka, rozgląda się, odchodzi i wraca” – mówią mi młode kobiety. Jakby ciągle pytał: „Czy ta dziewczyna jest tą właściwą, z którą chcę się związać?”. Jak to sprawdzić? Ta czy nie ta?
Wątpliwości są zrozumiałe i naturalne. Mogą świadczyć o tym, że mężczyzna poważnie traktuje zobowiązania. To bardzo dobrze, ponieważ związek pociąga za sobą daleko idące skutki szczególnie wtedy, gdy rodzą się dzieci. Pary, które się rozstają, w dalszym ciągu utrzymują ze sobą kontakt, bo wspólnie te dzieci muszą wychować. Decyzja o związaniu się z kimś określa więc sporą część życia.

Któż z nas zresztą nie miał wątpliwości? Kobiety i mężczyźni w długoletnich dobrych związkach mówią, że milion razy zadawali sobie pytanie, czy właściwie wybrali. Jeden z mężczyzn, patrząc na swoją piękną żonę, pół żartem, pół serio powiedział mi: „Codziennie dziękuję i codziennie żałuję!”. Może więc uznajmy, że te wątpliwości są wpisane w ludzką kondycję?
Co innego, gdy wybraliśmy sercem, a potem w chwilach kryzysów rodzą się wątpliwości. Jest tu inna sprawa: mężczyźni na ogół nie ufają swojemu sercu. Bardzo dużo główkują, analizują, porównują, co sprawia, że wpadają w pętlę, z której nie ma wyjścia; nie mogą dokonać wyboru. Tak zwany zdrowy rozsądek podpowiada im, żeby jeszcze poczekali, bo to jednak jeszcze nie ta. A ten zdrowy rozsądek jest najczęściej kształtowany przez innych. Gdy nie ufamy wewnętrznej wiedzy, czyli temu, co czujemy, sercu, wtedy bardzo łatwo przejąć się tym, co mówią koledzy, mama, tata, różnymi radami, sugestiami, opiniami, ocenami. To tak jak we wschodniej przypowieści o ojcu i synu, którzy wędrowali z osiołkiem. Najpierw ojciec jechał na osiołku, a syn szedł obok. Przechodzący ludzie wyrzekali: „Jaka bezduszność! Chłopak ledwo nogami powłóczy, a ojciec sobie jedzie!”. Więc zamienili się miejscami – syn jechał na osiołku, a ojciec szedł obok. Ludzie nie mogli się nadziwić: „Jaka bezduszność! Siedzi sobie jak na latającym dywanie, a zmęczony ojciec idzie obok!”. Usiedli na osiołku obaj. „Jak można w ten sposób męczyć zwierzę!”. Zsiedli z osiołka i szli obok niego. „Po co wam ten osioł, skoro go nie używacie!”.

Ktoś z zewnątrz patrzy przez własne doświadczenia, przeszłość, potrzeby, własną mapę świata, swoje filtry, przekonania, ograniczenia, zranienia, przeniesienia. Bardzo ważne więc, abyśmy wspierając się informacjami od innych ludzi, ostatecznie podejmowali decyzję w oparciu o to, jak my się czujemy, bo ta wewnętrzna wiedza nigdy nas nie zawiedzie.

Jak to sprawdzić, że właśnie teraz kieruję się sercem, ufam sobie?
Co czuję do tej kobiety? Co czuję, gdy jej nie ma? Czy mi jej brakuje? Co czuję na myśl o tym, że będziemy razem? A co, gdy sobie wyobrażam, że moglibyśmy się rozstać? Odpowiadając na te pytania, zwracam uwagę, co dzieje się w moim wnętrzu. To jest nieracjonalne, dlatego dla wielu mężczyzn może stanowić wyzwanie. Dla naszych przodków kierowanie się sercem było czymś naturalnym.

Co się stało, że serce straciło w męskich notowaniach?
Jesteśmy wychowywani, kształtowani i edukowani w sposób, który ma rozwijać racjonalne myślenie, intelekt. Tyle tylko, że intelekt nie jest w stanie odpowiedzieć na pytania, które dotyczą głębokich uczuć. To jedna przyczyna. Druga: mamy bardzo dużą podaż wszystkiego. Niedawno rozmawiałem z mężczyzną, który miał problem z zakupem żelazka; nie mógł się zdecydować, które wybrać. Gdy już – po długim czasie sprawdzania dziesiątków modeli – wybrał to najlepsze, doszedł do wniosku, że przydałaby się promocja. Gdy doczekał do promocji, na rynku pojawiły się nowe modele. I znów wątpliwości! Jesteśmy trenowani do tego, żeby kupić najlepsze, idealne.

I w promocji. Dziewczyna też ma być najwyższej jakości?
Tak, idealna. Piękna urodą z okładek kolorowych czasopism. Seks z nią jak z baśni z tysiąca i jednej nocy. Zdrowa pod każdym względem, odporna. Gotuje. Rokuje na dobrą matkę. Zarabia, ambitna, stabilna. Idealni rodzice; teściowa do rany przyłóż, z teściem zawsze się można dogadać.

A promocja?
Są bonusowe dodatki – wnosi do związku dom albo samochód, albo jedno i drugie. I wyobraźmy sobie, że on już „nabył”, zdecydował się. A po roku, dwóch przychodzą wątpliwości: „I na co mi to było! Na rynku taki wybór!”.

Gdzie ogień namiętności?
Mężczyzna może potem do końca życia żałować, że coś ważnego przeoczył. Bo namiętność bywa groźna. Ogień ogrzewa, ale może też spalić, zniszczyć. Traci się kontrolę, racjonalność. Tutaj ważny jest element decyzji, wyboru: „Tak, otwieram się na ten żywioł”. Jeśli jednak się otwieram, to za nim podążam i nie wiem, dokąd mnie doprowadzi.

Wszystko może się zdarzyć. Nigdy nie ma sto procent pewności, jak potoczy się relacja. Życie bywa nieobliczalne. Najzdrowsza kobieta może poważnie zachorować, może się nam urodzić niepełnosprawne dziecko. Mimo najlepszych chęci możemy nie odnieść sukcesu. To przecież całkowita katastrofa dla racjonalnego męskiego umysłu, który kocha planować, kontrolować, wytyczać i osiągać cele.
Jeśli już myślimy w kategoriach sukcesu o związkach, o miłości, musimy przyjąć zupełnie inne kryteria niż te powszechnie obowiązujące; że sukces jest wtedy, gdy wszystko świetnie się układa. Co może być tym nowym kryterium? To, że podążyłem za sercem, a nie sugestiami i namową otoczenia. To prawdziwy sukces – mimo tylu różnych wpływów odważyłem się zaufać sobie. Podjąłem decyzję samodzielnie, czyli z akcentem na dzielność. Kolejnym kryterium sukcesu jest wspólne przechodzenie przez różne kryzysy, radzenie sobie z trudnymi sytuacjami. To, że potrafimy sobie wybaczać. Że potrafimy przechodzić przez rozczarowanie, które w istocie jest przemijaniem idealistycznej fazy miłości. Ani kobieta, którą pokochaliśmy, nie jest taka, jak myśleliśmy, ani my nie jesteśmy tacy, jak mogłoby się wydawać. A wtedy odkrywamy jeszcze większe bogactwo rzeczywistości. Kolejne kryterium sukcesu – gdy wzajemnie uczymy się siebie wciąż od nowa, poznajemy sposoby na to, jak mimo tych różnic, rozczarowań budować związek w oparciu o nowe możliwości.

Jedno jest pewne, jeśli decydujemy się być razem jedynie dla przyjemności, z góry skazujemy siebie i związek na nieszczęście.

Ale przecież trudy życia, konflikty, kryzysy pojawiają się także dlatego, że oboje jesteśmy indywidualistami, którzy czasem ścierają się ze sobą. To dobrze, że związek jest dynamiczny. Dobrze mieć partnerkę, która jest indywidualnością. Mężczyźni, mimo że tego nie werbalizują, często zastanawiają się, czy jest szansa na to, żeby z tą kobietą było im zawsze przyjemnie. Niestety, z żadną nie ma na to szans. Jesteśmy więc otwarci na radość, ekstazę, a jednocześnie na znoszenie trudów, które na pewno się pojawią.

Popatrz na rodzinę, zanim się zdecydujesz – radzą czasem mądrzy ludzie. To ma sens? Czy depresyjna matka niedobrze rokuje, jeśli chodzi o związek z jej córką?
Najważniejsze, co czujemy do siebie i jak czujemy się ze sobą. Na tym się opieramy. Aczkolwiek poznanie rodziny, oczywiście, ma sens. Mężczyzna ma okazję przyjrzeć się temu systemowi, jego mocnym i słabym stronom. Jeśli zdecyduje się na związek, wkrótce zacznie do tego systemu należeć. Lepiej, żeby wiedział, co to za ludzie, jak się komunikują, bo wtedy ma większą możliwość dostrojenia się do nich tam, gdzie to możliwe, i postawienia granic tam, gdzie to potrzebne. Znając system rodzinny kobiety, będzie też lepiej ją rozumiał.

A kwestia dzieci – powiedzmy, że ona bardzo chce je mieć, on absolutnie nie chce. Chociaż zdarza się też na odwrót. Co wtedy? Kochamy się, ale w tej sprawie jesteśmy na dwóch różnych biegunach.
Wtedy on może zadać sobie pytanie: „Czy zależy mi na tej kobiecie wystarczająco mocno, żeby zrezygnować z tego, czego chciałem? Być może nie chciałem dzieci, nie planowałem ich, jednak bardziej zależy mi, żebyśmy byli razem, więc decyduję się na nie”. Tym bardziej że często potem okazuje się, że tacy mężczyźni są bardzo dobrymi ojcami i po latach nie wyobrażają sobie, jak mogłoby wyglądać ich życie bez dzieci. Ważne, żeby mężczyzna od początku wiedział, miał jasność, czy jest gotów zaakceptować siebie jako ojca w rodzinie. Jeśli nie będzie miał takiej jasności i zgody, unieszczęśliwi kobietę, a związek wystawi na poważną próbę.

Co z miłością do kobiety z chorobą alkoholową albo uzależnionej od leków czy narkotyków? Jak w takiej sytuacji decydować o przyszłości?
Wtedy trzeba postawić warunek: kobieta musi się leczyć. I że to ma być poważne leczenie, a nie „no, to się powstrzymam”. Grupy wsparcia, intensywna indywidualna psychoterapia, przejście przez cały proces odwykowy. Ważne, aby kobieta robiła to z zaangażowaniem, żeby jej zależało. Podjęcie leczenia dotyczy wszelkiego rodzaju uzależnień, zaburzeń i chorób. Fatalnie, gdy mężczyzna zakłada, że to on będzie lekarstwem, że on ją uzdrowi. To nie jest jego rola.

Miłość góry przenosi, wybacza i uzdrawia.
To prawda i tego bym się trzymał. Miłość leczy, koi, wspiera i wybacza, jednak nie zastępuje profesjonalnej pomocy, terapii odwykowej czy jakiejkolwiek innej. Nie wchodzimy w rolę terapeutów dla swoich partnerów.

Ona nie je mięsa, on mięso pożera. Ona buddystka, on katolik.
To szansa dla obojga na rozwijanie większej otwartości, elastyczności, akceptacji; na poszerzanie świadomości. Na pierwszy rzut oka to są różnice, jednak wiele łączy tych dwoje, na przykład to, że pozostają wierni swoim wartościom. Że wzajemnie akceptują swoją inność. Przypuśćmy, że w takim związku rodzą się dzieci. Jak je wychowywać? Rdzeń wszystkich ścieżek religijnych i duchowych jest taki sam: mamy być współczujący, nie szkodzić innym, szanować życie itd. W tym duchu możemy wychowywać dzieci, ponieważ wartości są wspólne. Dobrze rozmawiać nie tylko o tym, co nas dzieli, ale także o tym, co nas łączy; co jest dla nas ważne i cenne. Wbrew pozorom wszystkich nas, kobiety i mężczyzn, łączy bardzo wiele. Pod powierzchnią różnic możemy odczuć odprężenie i ciepło.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.