1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Projekt wychowanie. Czy współczesne dzieci są szczęśliwe?

Projekt wychowanie. Czy współczesne dzieci są szczęśliwe?

Dziecko ma wszystko, ale nie ma pięknych przeżyć. Pozwólmy mu pożyć choć trochę własnym życiem. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)
Dziecko ma wszystko, ale nie ma pięknych przeżyć. Pozwólmy mu pożyć choć trochę własnym życiem. (Ilustracja: Piotr Kowalczyk)
Wiadomo, szczęśliwe dzieci to dzieci kochane, akceptowane, bezpieczne, mogące się rozwijać. Tylko że dziś te pojęcia zmieniły znaczenie. Kochanie to często nadopiekuńczość. Akceptowanie – przyzwalanie na wszystko. Bezpieczeństwo – kontrola. Rozwój – nadmierne obciążenia. Dzieci – zwłaszcza te ambitnych rodziców i te w dużych miastach – mają wszystko, ale nie mają dzieciństwa.

 

Franek, lat 11, uczeń piątej klasy, na pytanie, kiedy czuje się najszczęśliwszy, odpowiada: „Gdy jestem chory”. „Chory?” – upewniam się. „Tak, bo mogę wtedy posiedzieć w domu”, wyjaśnia chłopiec. Zdarza się to rzadko, bo – jak cieszy się mama, urzędniczka – syn już się wychorował, a zajęć ma tyle, że strach pomyśleć, co by było, gdyby musiał nadrabiać zaległości. Trzy razy w tygodniu przed lekcjami jeździ na basen (trenuje pływanie). W szkole ma dodatkowo kółko matematyczne i szachy. Poza szkołą – angielski. Wraca do domu około 18, je i siada do lekcji. Weekendy spędza z tatą (biznesmenem), rodzice są rozwiedzeni. Tata bardzo się stara. Jeżdżą razem na rowerach, chodzą do kina, kręgielni. Franek wraca po weekendzie pełen wrażeń. Chciałby odpocząć, ale nie ma kiedy, bo szkoła, zajęcia dodatkowe. A potem kolejny pełen wrażeń weekend.   

Czy dzieci czują się kochane?

Większości rodzicom, podobnie jak mamie i tacie Franka, trudno odmówić miłości do dzieci. Psychoterapeutka Małgorzata Rymaszewska od lat prowadzi warsztaty na temat umiejętności rodzicielskich, które zaczyna od ankiety z pytaniami, co według nich warunkuje poczucie szczęścia, zdrowie i sukcesy dzieci. Miłość jest w czołówce odpowiedzi. Podobne wnioski płyną z badań Roberta Epsteina i Shannon Fox, ogłoszone na kongresie Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego w 2010 roku, w których wzięto pod lupę rodzicielstwo ostatniego 50-lecia i współczesne. Okazało się, że najważniejszą umiejętnością rodziców była i jest umiejętność kochania.

– Sęk w tym, że naszym zdaniem bardzo kochamy dzieci, ale często one nie czują się kochane. Bo trudno, żeby czuły się kochane, kiedy na nie krzyczymy, wytykamy, że robią coś gorzej niż inni, gdy w odpowiedzi na prośbę o pomoc słyszą: „Nie mam czasu”. Myślą wtedy, że mama i tata zawsze mają coś fajniejszego do zrobienia niż poświęcenie im uwagi. Dziecko powinno nie tylko słyszeć, że jest kochane, ale czuć się takie. To nie znaczy, że mamy cały czas być dla niego, nadskakiwać mu, wyręczać je. Chodzi o to, żeby być dostępnym wtedy, gdy tego potrzebuje. Myślę, że wiele dzieci czuje się kochanymi, jeżeli wiedzą, że po prostu jesteśmy. I że w nie wierzymy, doceniamy je, że przytulimy, gdy będzie taka potrzeba, że pomożemy, gdy będzie dziecku bardzo trudno, że lubimy z nim spędzać czas. Budowanie poczucia bycia kochanym polega na tym, że dzielimy z nim jego smutki, radości, rozczarowania. Ale o tym na ogół nie myślimy, zwykle pamiętamy o zabawkach, ubraniach, nowych telefonach, drogich wyjazdach. Tymczasem dzieci nie muszą mieć tego, czego chcą, ale to, czego potrzebują.

Projekt dziecko

Wielu współczesnych rodziców poważnie traktuje swoją rolę. Świadomie wybierają zabawki, dietę, przedszkole, potem szkołę. Dużo czytają na temat wychowania, rozwoju dziecka, chodzą na warsztaty. To wspaniała zmiana w porównaniu z wychowaniem sprzed dekad – oceniają eksperci. Z jednym zastrzeżeniem: że nie można utożsamiać potrzeb dziecka z naszymi potrzebami i projektować jego życia według siebie. Joanna Białobrzeska, nauczycielka, właścicielka przedszkola i szkoły podstawowej Didasko, mama czworga dzieci, obserwuje właśnie taki trend – że bardzo się staramy, ale traktujemy wychowanie jak projekt, którego efektem będzie dobrze wykształcony, a w przyszłości świetnie zarabiający człowiek. I kolejny trend – że chcemy dać dziecku wszystko.

Karolina, 37-letnia dr biologii, po urodzeniu Jasia (ma pięć lat) nie może wrócić do pracy na uczelni. To znaczy wróciła po trzech latach urlopu wychowawczego, ale zaraz musiała ratować się zwolnieniami. – Synek nie jest w stanie beze mnie funkcjonować. Płacze, nie je, nie zaśnie, choruje – tłumaczy zatroskana. – Psycholog zdiagnozował u niego lęk separacyjny. Czekam, aż mu przejdzie. Nie poświęcę jego zdrowia dla pracy.

Profesor Roman Dolata z Wydziału Pedagogicznego UW: – Niektórzy rodzice oczekiwania i zachcianki dziecka traktują jak nakaz, nie nakładają na to, czego chce dziecko, żadnego filtra. Dziecko rośnie, a wraz z nim rosną jego oczekiwania, którym w pewnym momencie nie sposób sprostać. To nie jest recepta na szczęście. Ani dla dzieci, ani dla rodziców. Życie rodzinne powinno być fajne dla wszystkich.

Carl Honoré, autor książki „Pod presją. Dajmy dzieciom święty spokój!”, uważa, że dzieci stały się dzisiaj przedłużeniem rodzicielskiego ego, czymś, co się ma, żeby podbić swoją wartość i zaspokoić swoje potrzeby emocjonalne. Życie współczesnej rodziny kręci się wokół dziecka w sposób dotąd niespotykany. Rodzice utożsamiają małego człowieka ze sobą. Niektórzy mówią nawet w liczbie mnogiej: „Zdaliśmy świetnie maturę, dostaliśmy się do najlepszego liceum”. Honoré nazywa to zjawisko dzieciocentryzmem. Tłumaczy je tym, że w czasach, kiedy rozwodzi się ponad jedna trzecia małżeństw, związek z dziećmi wydaje się jedyną stałą relacją.   

Wychowanie pod kloszem

Joanna Białobrzeska dostrzega coraz więcej dzieci nieporadnych życiowo, nieradzących sobie ze stresem. Taki przykład: Czwartoklasista pokłócił się z kolegą. Przychodzi do domu i opowiada o zdarzeniu mamie. Co powinna zrobić mama? Powiedzieć, że czasami tak bywa, że ktoś zrobi nam przykrość, że dobrze jest wtedy porozmawiać, powiedzieć, jak się czuliśmy, że było nam smutno. A co robi? Wykręca numer telefonu lub pisze mejl do rodziców kolegi i, nie przebierając w słowach, atakuje ich dziecko. Czasem na tym nie poprzestaje i następnego dnia w szatni mówi mu coś do słuchu. – Kiedyś rodzice czekali, aż emocje opadną, w tym czasie przemyśleli sprawę, potem skontaktowali się z nauczycielem, próbowali rozmawiać z innymi rodzicami. Teraz działają natychmiast. Według nich szczęśliwe dziecko nigdy nie może być smutne, nie może zapłakać, zmęczyć się, doznać porażki – konstatuje Joanna Białobrzeska. – Wyjechałam niedawno z uczniami szóstej klasy na dwa dni do wynajętego domu. Plan był taki, żeby dzieci się zintegrowały i poćwiczyły samodzielność. Okazało się, że niektóre po raz pierwszy w życiu obierały ziemniaki, zmywały naczynia. A gdy zabrakło płynu, ktoś zapytał: „Mogę umyć mydłem?”. To był smutny obraz pozornie szczęśliwych dzieci, które nie zetknęły się dotąd z prawdziwym życiem. Dzieci są dzisiaj wysyłane na różne zajęcia, ale nie są uczone życia. Powinny przynosić piątki i szóstki, ale nie mają żadnych innych obowiązków – dodaje Białobrzeska.

Ostatnio pewna mama zrobiła w szkole straszną awanturę. Poszło o to, że jej córka popłakała się, opowiadając, że na lekcji widziała zdjęcia chorych na trąd. Nauczycielka powiedziała mamie: „Ma pani wrażliwą córkę, która potrafi współczuć drugiemu człowiekowi”. Mama zareagowała oburzeniem. Rodzice chronią dzieci przed trudnymi tematami. Gdy ptaszek padnie, trzeba natychmiast kupić takiego samego, żeby dziecko się nie zorientowało. Mama siedmiolatka ukrywała przed synkiem fakt, że zmarł jego ukochany dziadek.

– Potem przychodzi zetknięcie z problemami i jest dramat – mówi Białobrzeska.

Z jednej strony chroni się dzieci przed bolesnymi sprawami, a z drugiej – pozwala grać w gry, w których leje się krew. W tym pozornie szczęśliwym dzieciństwie nie ma jasnych drogowskazów, co jest dobre, a co złe, co wolno, a czego nie. Nie uczy się, że czyny mają konsekwencje. Że jak syn pobije kolegę, to wyrządzi mu krzywdę. Gdy nauczyciel rozmawia potem na ten temat z rodzicami, to oni mają gotową odpowiedź: „Niemożliwe, moje dziecko nie mogło tego zrobić, widocznie kolega kiedyś go walnął, a on teraz wyrównał rachunki”. Czyli kładzie się pod dzieckiem taką poduszkę, żeby się nie potłukło, usprawiedliwia, zamiast powiedzieć prawdę: „Nie przygotował się do klasówki, bo był zmęczony”. – Znam rodziców, którzy wyciągają zeszyty z tornistra i sami odrabiają lekcje. A wszystko w imię szczęśliwego dzieciństwa. Bo dzieci są pępkiem świata – przyznaje Joanna Białobrzeska.

Małgorzata Rymaszewska: – Wyręczanie dziecka to tak naprawdę rzucanie mu kłód pod nogi. Bo w przyszłości nawet mała trudność może budzić jego przerażenie, frustrację, histerię.

Wychowuję, czyli kontroluję

Bezpieczeństwo dziś spędza nam sen z powiek. Szczęśliwe dzieciństwo równa się bezpieczne. Krążymy nad głowami dzieci jak helikoptery – stąd nazwa: wychowanie helikopterowe. Instynktowny strach, że dzieciom może coś zagrażać, jest stary jak świat. Ale dzisiaj zagraża wszystko: zabawa na podwórku, jazda autobusem do szkoły, wyjście na zakupy. „Skutek bywa taki, że dziecko XXI wieku jest wychowywane w niewoli, trzymane w zamknięciu w domu i wożone z jednych zajęć na drugie. Dwie trzecie brytyjskich dzieci w wieku od ośmiu do dziesięciu lat nigdy nie poszło samo do sklepu czy do parku, a jedna trzecia nigdy nie bawiła się na dworze bez nadzoru dorosłych” – pisze Carl Honoré w książce „Pod presją…”. Dzieci w dużych polskich miastach żyją podobnie.

Małgorzata Rymaszewska: – Badania pokazują, że bezpieczeństwo znajduje się dopiero na dziesiątym miejscu pod względem wpływu na szczęście, zdrowie i sukces dziecka. Nie znaczy to, że jest nieważne, ale są rzeczy, którym powinniśmy poświęcić więcej uwagi i czasu, jeśli zależy nam na dobru dziecka. Dwoimy się i troimy, żeby włos nie spadł mu z głowy, a to przecież niemożliwe. Tak samo jak niemożliwe jest to, żeby dziecko spotykało samych przyjaznych ludzi. Tak naprawdę każde trudne spotkanie to dla niego błogosławieństwo, bo dzięki temu może się nauczyć, jak sobie radzić w kontakcie z taką osobą: czy postawić granice, dogadywać się, czy unikać danej osoby. Bezpieczeństwo jako kontrolowanie każdej minuty życia to niebezpieczeństwo! Nie daje dziecku możliwości doświadczania, że na przykład coś zrobiło nie tak i musi samo to naprawić. Może to mieć niedobry wpływ na jego rozwój, w tym społeczny i emocjonalny. Już widzimy efekty takiego wychowania – przeczytałam w podręczniku dla psychoterapeutów dzieci i młodzieży, że okres adolescencji (dorastania) trwa teraz do 23. roku życia.

Nadopiekuńczość to błąd

W gimnazjum GJB (właśnie wygaszanym) uczniowie sami mogli zrobić sobie herbatę. I ten fakt okazał się największą atrakcją szkoły dla zwiedzających ją dzieci ze starszych klas podstawówki.

– Do czego to doszło, że atrakcją jest prawo do samodzielności i wolności – zżyma się Joanna Białobrzeska. – Rodzice pytają mnie, czy w moim przedszkolu są kamery, bo chcieliby podglądać swoje dzieci. Za żadne pieniądze się na to nie zgodzę. Ale na librus, czyli dzienniczek elektroniczny, zgodzić się musiałam. Niestety, bo zabiera resztki wolności ucznia. Jak dziecko dostanie uwagę, to mama i tata od razu to wiedzą. Nie dają mu szansy, żeby samo powiedziało, wyjaśniło, zmierzyło się z problemem. Odbierają dziecko ze szkoły i już jest reprymenda.

Joanna Białobrzeska kiedyś na zielonej szkole zabierała dzieci na długie piesze wędrówki. Szli, deszcz, nie deszcz, bywało ciężko, ale jaką potem mieli satysfakcję!

– Dzisiaj to niemożliwe, następnego dnia połowa rodziców przyjechałaby po swoje pociechy. Zarzucamy je zabawkami, gadżetami, a nie dajemy szansy na satysfakcję z trudu, wysiłku. Zabraliśmy im to, co sprawia, że są naprawdę szczęśliwe: prawo do tego, żeby mogły się pobrudzić, pobiegać po kałużach, popisać patykiem na piasku. Niektórzy rodzice, zabierając dziecko z przedszkola, interesują się tylko dwiema sprawami: czy wszystko zjadło i dlaczego jest takie brudne. Dziecko ma dziś wszystko, a nie ma pięknych przeżyć. Pozwólmy mu pożyć choć trochę własnym życiem – apeluje Białobrzeska.

Zdaniem psychologów i pedagogów wyręczanie dziecka to prosta droga do unieszczęśliwienia go jako dorosłego. Białobrzeska opowiada taką historię: W jej szkole zabrakło kiedyś plastikowych kubeczków. Dziewczynka z piątej klasy poskarżyła się mamie, że z tego powodu cały dzień nie piła. Mama siadła do komputera i wysmażyła list do dyrekcji, że to skandal. Nie przyszło jej do głowy, że przecież w szkole jest stołówka i stos normalnych kubeczków, o które córka mogła poprosić. Ale ona tego nie potrafi, bo za nią wszystko się w domu załatwia.

– Jak poradzi sobie potem w życiu? Co z tego, że przeżyła dyskomfort? – pyta retorycznie Białobrzeska. – Ta „trudna” sytuacja więcej ją nauczyła niż nadopiekuńczość mamy.

Dzieci nie muszą mieć tego, czego chcą, ale to, czego potrzebują. A potrzebują poczucia, że są kochane.(Ilustracja: Piotr Kowalczyk) Dzieci nie muszą mieć tego, czego chcą, ale to, czego potrzebują. A potrzebują poczucia, że są kochane.(Ilustracja: Piotr Kowalczyk)

Jak poradzić sobie ze stresem?

Małgorzata Rymaszewska proponuje: – Przypomnijmy sobie szczęśliwe chwile z dzieciństwa. Co pamiętamy? Takie obrazki: My i rodzice, my i dziadkowie, my i rodzeństwo lub koledzy. Tak też mówią badania: szczęśliwe dzieciństwo ma związek z bliskimi. Z poczuciem, że przynależę, jestem częścią całości, że mam wsparcie, czuję się bezpieczny, akceptowany. Dostatek nie ma większego znaczenia. Szczęścia nie rujnują także choroby ani nawet śmierć jednego z rodziców. Z badań wynika, że jeśli dziecko dostało wtedy wsparcie i miłość, to ten fakt nie wpłynął na jego poczucie szczęścia. Natomiast z całą pewnością na poczucie bycia nieszczęśliwym dzieckiem wpływają odrzucenie, izolacja, bycie niekochanym, brak bezpieczeństwa (również z powodu kłótni między rodzicami).

Badania pokazują, że drugą najważniejszą umiejętnością rodziców, która czyni dzieci szczęśliwymi (po umiejętności kochania), jest to, jak mama i tata radzą sobie ze stresem. A często sobie nie radzą. Małgorzata Rymaszewska słyszy w gabinecie: „Nie mam chwili wytchnienia, bo praca, zakupy, lekcje. Wracam umęczona do domu i się wściekam na dziecko: buty nie w tym miejscu, bałagan w pokoju, ćwiczenia nieuzupełnione. Chyba się napiję”.

– Alkohol i krzyk to nie są dobre sposoby radzenia sobie ze stresem – mówi psychoterapeutka. – A szczęśliwe dziecko to dziecko, które umie sobie ze stresem radzić.

Jak tego uczyć? Przede wszystkim przez modelowanie. Gdy jesteśmy zmęczeni, poprośmy kogoś o zaopiekowanie się dziećmi, a sami odpocznijmy: prześpijmy się, idźmy na spacer, czyli zróbmy to, co nas wyluzuje i doładuje nam baterie. Gdy dzieci są trochę starsze, mają pięć lat i więcej, możemy poprosić je o chwilę ciszy i zadbanie o nas w ten sposób. Nie od razu się uda, ale warto próbować.

Drugim ważnym aspektem radzenia sobie ze stresem jest podejście do problemu. Jeśli wszystko nas przytłacza, każda trudna sytuacja powoduje reakcję „I co my teraz zrobimy?”, to taka postawa jest dla dzieci przerażająca. Zamiast fundować dziecku napięcie i lęk, warto się zastanowić, dlaczego coś się wydarzyło i co w takiej sytuacji zrobić. I wykorzystać to zdarzenie jako lekcję: mamy problem, ale OK, możemy go rozwiązać.

– Podejście rodziców do problemów naprawdę przekłada się na szczęście dzieci – przekonuje psychoterapeutka. I dodaje: – Podobnie jak przekłada się na to trzecia rodzicielska umiejętność: dobre relacje z innymi ludźmi. Czyli to, co i jak o nich mówimy. Czy szukamy w nich wad, zagrożenia, czy zalet i wsparcia. Czy uważamy, że oszukają, niszczą, coś odbierają, czy są źródłem radości, zabawy, pomocy. Dziecko nasiąka atmosferą tych relacji i samo może potem traktować innych nieufnie, podejrzliwie albo z otwartością i pozytywnym nastawieniem. Dla poczucia szczęścia dziecka fundamentalne są relacje między rodzicami. To, czy mama i tata się kochają, szanują, wspierają nawzajem. Czasami jeden rodzic wychowuje drugiego. Dziecko jest wtedy zdezorientowane: ten rugany to rodzic czy takie trochę dziecko? Czy mogę w związku z tym na nim polegać, ufać, że da mi oparcie w potrzebie?

Czego brakuje, gdy jest wszystko

Badania pokazują, że najważniejsi dla szczęścia dzieci są rodzice kochający, umiejący radzić sobie ze stresem i utrzymujący dobre relacje ze sobą nawzajem i z innymi. Szczęście dziecka nie jest przekreślone, nawet gdy się rozwiodą. Pod warunkiem że będą zachowywać się dojrzale i odpowiedzialnie.

Psychologowie twierdzą, że część szczęśliwości jest uwarunkowana genetycznie (około 50 proc.). 40 proc. zależy od naszych (i rodziców) celowych działań. A tylko 10 proc. od okoliczności życiowych (bieda, to, gdzie mieszkamy). Mamy więc duże pole do popisu w budowaniu szczęścia naszych dzieci.

– Ważne są też relacje z rówieśnikami – dodaje Małgorzata Rymaszewska. – A także możliwość robienia tego, co dzieci lubią, czas na zabawę. Myślę, że to, co systemowo nie pozwala dzieciom w Polsce czuć się szczęśliwymi, to przeciążenie nauką, nieciekawy sposób nauczania, wymuszanie, żeby poświęcały czas na to, do czego i tak nie mają talentu, a zaniedbywanie tego, co jest ich mocną stroną. Mój synek krótko po rozpoczęciu nauki w szkole skonstatował: „Moje dzieciństwo się skończyło”.

Do gabinetu psychoterapeutki przyszli ostatnio rodzice dziewięciolatki spanikowani, że ich córka chce się zabić. Po rozmowie z dziewczynką okazało się, że słyszy w domu: „Obowiązki i stres, jakie teraz masz w szkole, są niczym w porównaniu z tymi, które czekają cię w liceum, na studiach, w pracy”. Doszła więc do wniosku, że nie chce takiego życia, woli umrzeć.

– Rodzice bardzo się starają, chcą stworzyć dzieciom jak najwięcej możliwości do rozwoju, myślą o przyszłości dziecka. To źle? – pytam.

– Myślę, że na tym może polegać wyobrażenie o szczęściu rodziców, a nie dzieci. One chciałyby robić to, co lubią, bawić się, uczyć w przyjaznych warunkach. Fundując im tak wiele zajęć, nie mówmy więc, że zapewniamy im szczęśliwe dzieciństwo. To nieprawda. Pomyślmy o ich szczęściu teraz, w dzieciństwie.

– Bo może zaważyć na ich przyszłym życiu?

– Zdecydowanie tak. Jak pokazują badania, szczęśliwe dzieciństwo jest podstawą szczęśliwej dorosłości. Prowadzę warsztat dla rodziców pt. „Czego brakuje do szczęścia dzieciom, które mają wszystko”. Okazuje się, że często poczucia bycia akceptowanymi takimi, jakimi są, możliwości oparcia się na autorytecie dorosłych, spontaniczności, śmiechu, beztroski, poczucia wdzięczności i radości z tego, co się ma. Są obłożone gadżetami, a mają skwaszone miny. Nie umieją czekać, wszystko mają od razu.

Joanna Białobrzeska ma podobne spostrzeżenia. Wymyśliła więc trening czekania adresowany do maluchów od czterech do sześciu lat. Dziecko dowiaduje się, że za dwa tygodnie dostanie pocztą list od misia. Zagląda do skrzynki, odhacza w kalendarzu dni. Czeka. W końcu list przychodzi. Maluch skacze z radości. Słucha z przejęciem, co miś pisze o swoich przygodach, miłych i niemiłych, o otaczającym świecie, a przy okazji dowiaduje się, jak mówić „nie”, jak radzić sobie z emocjami. Za kolejne dwa tygodnie przyjdzie następny list. Ale trzeba poczekać. Tak jak w życiu.

Małgorzata Rymaszewska: – Myślę, że to, co możemy zrobić najlepszego, żeby dzieci były szczęśliwe, to przestać im bez przerwy zapewniać szczęście. 
 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak nie ulegać presji bycia idealnym rodzicem?

To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
To, jakimi jestesmy rodzicami wynika z wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. (Fot. iStock)
Zanim powiesz: „Jestem beznadziejną matką, bo nie piekę ciasteczek i nie jeżdżę na wszystkie mecze”, pomyśl, że większość dzieci ma w nosie, czy je ciastka z piekarnika, czy ze sklepu. Dziecko potrzebuje tylko sensownego kontaktu z rodzicem, chce czuć się ważne – mówi Beata Chrzanowska-Pietraszuk, pedagożka i psychoterapeutka.

Mam wrażenie, że otaczają mnie kobiety zwariowane na punkcie swojej macierzyńskiej roli: jedna zawsze zgłasza się do trójki klasowej, druga piecze ciasteczka na szkolne imprezy, trzecia zawala noce, ale szyje dla całej klasy stroje na przedstawienie. Ratunku, wracam do domu ledwo żywa, pełna kompleksów. Kto zwariował – ja czy one?
A ktoś musiał zwariować?

Matki, które nie są tak zaangażowane, czują się winne.
Jeśli czują się winne, to mają kłopot. Pytanie: skąd im się to wzięło? Jedne osoby mają potrzebę angażowania się, inne nie.

Z czego wynika ta potrzeba?
Powody są różne. Może moje dziecko jest trudniejsze, sprawia kłopoty wychowawcze. Wtedy sensowniej jest być w stałym kontakcie ze szkołą. A jak można mieć lepszy kontakt ze szkołą, niż będąc w trójce klasowej? Myślimy: „Jeśli ja pokażę się z fajnej strony, to ktoś życzliwiej spojrzy na moje dziecko”. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Ale są też osoby, które po prostu są społecznikami. Uwielbiają działać. Łatwo je rozpoznać. Gdy trzeba zebrać pieniądze dla sąsiada, któremu spalił się dom, one będą organizować zbiórkę. Zawsze przyjadą do chorej koleżanki z pracy do szpitala, pomogą przy przeprowadzce. Udzielają się w trójce klasowej, ale też w samorządach.

Nie wszyscy mają na to czas.
Oczywiście. Pytanie, co jest moim priorytetem. Jako matki i jako człowieka. Rozwijanie swojej pasji zawodowej czy angażowanie się w szkołę dziecka?

Już widzę te reakcje, gdy matka mówi, że jej priorytetem jest rozwijanie pasji. Na to nie ma społecznego przyzwolenia. Często słyszę komentarze: „Ta to nigdy nie bywa na zebraniach, ta nigdy nie pojawiła się na szkolnym kiermaszu…”.
Bo dziś stawiamy macierzyństwo na piedestale. Mamy większą wiedzę niż kiedyś. Badania dotyczące roli matki w życiu człowieka dały fundament pod silny ruch promacierzyński. Matka stała się osobnym zawodem. Kobiety, które nie pracowały, a ich celem było wychowanie dzieci, poczuły się wzmocnione. Tak, wybrałam dobrą drogę. Z kolei te, które mają inne priorytety, poczuły się winne. Ale albo będziemy żyć pod dyktando innych – nieszczęśliwe – albo zgodnie ze swoimi oczekiwaniami. Gdy dziecko idzie do szkoły, to ta szkoła zawłaszcza nie tylko jego życie, ale i życie całej rodziny. Często pytam rodziców, o czym rozmawiają w domach. Co się okazuje? Że o wywiadówkach, zadaniach domowych, nauczycielach. Swoje dzieci też pytają tylko o to, co zadane, jaka ocena ze sprawdzianu. Tymczasem temat szkoły powinien zajmować 30 procent wszystkich rozmów.

Dużo jest takich rodziców zaangażowanych?
Nie, w większości są przeciętni. Pracują. Trochę inaczej jest w szkołach prywatnych, społecznych. Również wtedy, gdy matka nie pracuje. Ale naprawdę trudno porównywać kobietę, która ma 12 godzin na poświęcenie ich dziecku, bo mąż świetnie zarabia, z tą, która pracuje w korporacji i musi być w firmie minimum osiem, dziewięć godzin dziennie. Chciałabym też zaznaczyć, że odróżniłabym zwyczajne zaangażowanie od swego rodzaju „nadaktywności”.

Kiedy mamy do czynienia z tym drugim?
Kiedy rodzic za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co dziecko w szkole mówiło, jak się zachowywało. Sprawdza wszystko. Wypytuje każdego nauczyciela. Syn stał czy chodził, grał w badmintona, nie grał, z kim rozmawiał na przerwie itd.

W szkole jest na śniadanie białe pieczywo, matka walczy o ciemne, robi wykłady o zdrowym żywieniu. To nie jest troska?
Nie lepiej po prostu jeść w domu zdrowo i przynosić to jedzenie do szkoły? Każda matka czuje się odpowiedzialna za dziecko. Za jego zdrowie. Ale przesadne poczucie odpowiedzialności może się przekładać na myślenie za dziecko, nadmierną opiekę albo kontrolę. Gdy on będzie miał 25 lat, pójdzie do jego firmy i sprawdzi, co mu gotują, a jak gotują niedobrze, zrobi awanturę? No przecież nie...

Co to jest nadmierna opieka?
Na przykład histeryczne pilnowanie 12-latka i tego, co je. Bieganie do nauczycieli i robienie afer, bo źle dziecko potraktowali. W przypadku młodszych dzieci mówienie: „Ubierz się cieplej”, bez pytania, czy im zimno, albo: „A ja ci każę: załóż sweterek”. Jest taka piękna psychologiczna definicja sweterka. Sweterek to jest ta część garderoby, którą musi założyć dziecko, kiedy mamie jest za zimno.

Znam matki, które nakazują dziecku: „Teraz zjesz, teraz pójdziesz do łazienki. Na pewno chcesz. Nie chcesz? Wydaje ci się”.
To nie jest troska, to niezwracanie na dziecko uwagi. Nadopiekuńczość to niewidzenie w dziecku drugiej osoby. Jeśli ja coś czuję, to ono też. Jeśli ja tak myślę, ono też. Czasem matka dopytuje: „Boisz się, ale boisz się?”. Albo stwierdza: „Rozumiem, że się boisz”, nie pytając, czy tak jest. Dlaczego? Bo sama się boi. Uważa więc za oczywiste, że dziecko też. Działania rodzica teoretycznie są nakierowane na pomoc dziecku, w praktyce to nieliczenie się z jego potrzebami.

To, jakimi jesteśmy rodzicami, wynika z…?
Wartości, które wyznajemy. Inaczej będziemy się zachowywać, jeśli największymi wartościami są dla nas posłuszeństwo i dyscyplina, a inaczej, gdy tą wartością jest wolność. Wyznawanie skrajnej wolności to puszczanie dzieci samopas, one mają prawo robić wszystko, nie należy ich ograniczać, same się wychowają. Wyznawanie skrajnego posłuszeństwa i dyscypliny to duszenie dziecka, pozbawianie go prawa do decydowania, kontrolowanie, mówienie, jak należy żyć. Ojciec wychodzi codziennie z synem, by nauczyć go jazdy na rowerze. Dziecko płacze, nie chce. Ale ojciec wyobraża sobie, że każdy musi jeździć na rowerze. Po co to robić? Przecież chłopiec prędzej czy później się tego nauczy. Albo i nie. Co z tego? Może lepiej zastanowić się, dlaczego on na tym rowerze nie chce jeździć. Może ma trudności z koordynacją ruchową i ani to dla niego fajne, ani łatwe. Dlaczego kogoś zmuszamy? Podobnie jak matka, która jeździ z córką na wszystkie zawody tenisowe, wywiera na nią presję wygranej. Po co? To, że dla matki sport jest wartością, to naprawdę nie znaczy, że dla jej córki też ma być. Dociskanie i kompletne odpuszczanie to dwie skrajności. A powinno się szukać złotego środka. Jasne, przyjdę do szkoły na mecz, gdy dziecko tego chce, ale nie będę się darła jak opętana, dopingując, albo krzyczała, bo niedostatecznie się stara.

Jak dzieci reagują na nadmierne zaangażowanie rodziców?
Nie znam takich, które się z tego cieszą. Żeby dobrze się rozwijać, dziecko potrzebuje trochę samodzielności i samotności. Czasu bez wszechwiedzącego rodzica, który je monitoruje, pilotuje. Jeździ na wycieczki, jest na każdym kiermaszu. Ono wtedy nie może być sobą, nie może się normalnie zachowywać, bo „oko matki czuwa”. Kiedyś dzieci wychowywały się na podwórku. Grupa rówieśników uczyła społecznych zachowań, rozwijała. Teraz wszędzie są rodzice. Czym innym jest interweniowanie, gdy dziecko jest szykanowane, czym innym bieganie za nim z parasolem ochronnym. Wyjątkiem są dzieci, które wymagają specjalnej opieki. Na przykład te mające zespół Aspergera. One potrzebują obecności rodzica, który będzie rozmawiał w ich sprawie, bo same mają problemy z komunikacją. Ale nawet tu potrzeba przytomnego rodzica, a nie kogoś, kto załatwi za dziecko wszystko.

Ale znam dzieci, które mówią: „Chodź, pojedź ze mną na szkolną wycieczkę, potrzebuję cię”.
Wtedy należy zastanowić się, z czego ta potrzeba wynika. Może z poczucia niepewności? Wtedy świetnym pomysłem będzie trening umiejętności społecznych czy trening dla dzieci nieśmiałych, aby się tej pewności nauczyły. Czasem warsztaty plastyczne, sport. To jest prawdziwe zaangażowanie – pomyślenie, co mogę zrobić, żeby mój syn czy córka działali sami. Inaczej dziecko nie nauczy się radzić sobie z kłopotami. Czasem matki mówią: „Dziecko potrzebuje”. A to nieprawda, to ja siedzę w domu i się nudzę, chcę wyjść. Albo jestem aktywistką. Albo lubię rysować, dlatego dekoruję klasę przed każdą imprezą czy świętem. Ale miejmy tego świadomość – tak, robię to dla siebie, nie dlatego, żeby mojemu dziecku było przyjemniej, tylko ja tego chcę. Jeśli tego nie rozdzielam, to kiepsko. Oceniam wtedy inne matki, jestem surowa.

A jeśli jestem po drugiej stronie i matki zaangażowane mnie złoszczą?
Warto się zastanowić, dlaczego nas złoszczą. W co naszego to uderza? Jeśli w poczucie winy, że ja tego nie robię – to pytanie, kto decyduje, która matka jest lepsza. Dlaczego ta, która piecze ciasteczka? Dla dziecka nie ma to znaczenia – ciasteczka można kupić. Ale może jeśli mnie irytują te matki, to znaczy, że ja bym się chciała bardziej angażować, a nie mogę. Albo słyszę ten głos w głowie: „Dobra matka to…”. Takie myślenie należy wywalić do kosza. To pułapka.

Odwieczne pytanie matek pracujących: „Ile czasu spędzać z dzieckiem?”.
Tyle, ile potrzebuje, jedno potrzebuje 15 minut aktywnego zaangażowana, drugie dwóch godzin, a trzecie tylko tzw. dostępności rodzica. Rodzic jest w domu, robi swoje, ale jeśli syn lub córka przychodzą i mówią: „Proszę, zrób coś ze mną”, to odpowiada na tę prośbę. Odkłada to, co robi, i jest dla dziecka. To bardzo ważne. Żadne „za chwilę”, „nie teraz”. To jest znacznie ważniejsze niż nasze obsesyjne podążanie za dzieckiem, towarzyszenie mu we wszystkich aktywnościach. Czasem na terapii otwieram oczy ze zdumienia. Dlaczego dziesięciolatek nigdy nie był w sklepie i nie przejechał sam nawet jednego przystanku autobusem? Nigdy nie sprzątał? Dlaczego 17-latkowi matka zabrania wracać po 22:00?

Tyle się słyszy o morderstwach, zaginięciach dzieci...
A o 20:00 nikogo nie mordują? A o 17:00? Napadów na szkołę też nie ma? Zadaniem rodzica jest opiekować się dzieckiem, ale nie opiekować się nim w sposób nachalny.

Beata Chrzanowska-Pietraszuk pedagożka specjalna, psycholożka i psychoterapeutka. Prowadzi szkolenia dla rodziców, psychologów i nauczycieli z zakresu umiejętności wychowawczych i budowania relacji. Pracuje z dziećmi z trudnościami rozwojowymi, zwłaszcza nadpobudliwymi, i ich rodzicami.

  1. Psychologia

Moje dziecko jest nieśmiałe

Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej. (Fot. iStock)
Boisz się, że zawsze będzie miało pod górkę? A przecież może radzić sobie lepiej niż przebojowy rówieśnik… Rada – wzmacniaj w nim poczucie własnej wartości. 

Z dziećmi nieśmiałymi jest tak samo jak trzydzieści lat temu z leworęcznymi – z jakichś powodów wszyscy koniecznie chcą im pomóc się zmienić. Bo nieśmiałość to jedna z najmniej pożądanych cech u dzieci. Większość rodziców chce wychować otwarte, energiczne, przebojowe dziecko. Tymczasem pod wieloma względami nieśmiali mają lepiej.

Plusy bycia nieśmiałym

Jest ich bardzo wiele. W porównaniu z wygadanymi, otwartymi i asertywnymi – nieśmiali:
  • Są mniej narażeni na agresję ze strony innych osób, bo rzadziej wchodzą w interakcje w miejscach publicznych, takich jak ulica, bar, sklep, pociąg, dyskoteka.
  •  Rzadziej stają się obiektem plotek, bo zachowują się bardziej powściągliwie i nie ściągają na siebie powszechnej uwagi.
  • Mają bogate życie wewnętrzne – wspaniałą wyobraźnię, są oczytani, mają najróżniejsze, ćwiczone latami umiejętności. Ponieważ ich życie towarzyskie nie jest zbyt bogate, mają więcej czasu dla siebie.
  •  Są bardziej wrażliwi w kontaktach międzyludzkich, rzadziej ranią innych, popełniają mniej faux pas.
  • Potrafią słuchać, mają wielkie zdolności wspierające i są cenieni jako oddani przyjaciele.
  • Przeżywają mniej życiowych frustracji i rozczarowań, bo zwykle nie marzą o wielkich sukcesach, z tego samego powodu doświadczają też mniej zawiści.
  • Są znakomitymi fachowcami w swej dziedzinie, ponieważ nie rozpraszają ich bodźce ze świata zewnętrznego.
  • Mają zwykle taryfę ulgową – wywołują u innych odczucia opiekuńcze. Wzrasta także tolerancja na ich dziwaczne zachowania.
Dlatego warto nabrać przekonania, że światu potrzebni są zarówno ci przebojowi, jak i ci spokojni. Nie możemy przecież wszyscy być jednakowi. Co nie znaczy, że nieśmiałe dziecko trzeba pozostawić samemu sobie. Wprost przeciwnie, możesz mu pomóc w stawianiu czoła światu, podbudowując i ucząc nowych umiejętności. Najpierw jednak musisz zrozumieć, na czym polega natura nieśmiałka.

Od buntownika do pracusia

Młodzi nieśmiali bardzo różnią się między sobą. Swoje problemy i lęki maskują w rozmaity sposób, najchętniej przyjmując określone społeczne role:

Buntownika – to dość popularna maska, pod którą nastolatkowie skrywają swoją nieśmiałość. Agresywna postawa, nadmierny tupet...– to wszystko ma na celu pokazanie, jak bardzo nie przejmują się tym, co inni o nich pomyślą i jak ich ocenią. W ten sposób zaprzeczają temu, czego w sobie nie akceptują.

Konformisty – nieśmiałość szczególnie ciąży w grupie rówieśniczej, gdzie wszyscy bez ustanku poddawani są ocenie i porównaniom. Młody człowiek chętnie przyłącza się do najróżniejszych grup, band, zespołów – żeby mieć w swoim otoczeniu ludzi oswojonych i takich, którzy za niego realizują kontakty ze światem zewnętrznym. Postawa: „wystarczy, że nie będę się wychylał, a mnie zaakceptują” to wielka pokusa wszystkich nieśmiałych nastolatków.

Nieobecnego – ucieka ze szkoły, czasem już z przedszkola, opuszcza zajęcia zwłaszcza wtedy, gdy wiadomo, że będzie zastępstwo lub pojawi się ktoś nieznany. Bardzo szybko uczy się omijać wszelkie sytuacje, w których jest narażony na kontakt z rówieśnikami lub gdzie może zdarzyć się coś nieoczekiwanego. Nieśmiali często uciekają w chorobę i wymuszają indywidualny tok nauczania.

Pracusia – zaangażowanie się w naukę to wspaniałe alibi dla nieśmiałków. Tym bardziej, że jest poparte wielkim uznaniem społecznym. Rodzice są dumni z takiego dziecka, ale wyalienowanie społeczne nieśmiałego rośnie. To bardzo powszechne zjawisko, zwłaszcza u nastolatków.

Uwaga – narcyzm!

Niezależnie od maski, pod jaką twoje dziecko zdecydowało się ukrywać nieśmiałość, jego największym cierpieniem jest narcyzm. To cecha absolutnie typowa dla każdego dziecka i nastolatka. Tyle że u tych nieśmiałych przyjmuje niewyobrażalne rozmiary. Poczucie, że oczy całego świata są zwrócone na mnie, że wszyscy skupiają się tylko na tym, co robię – owocuje, zwłaszcza u nastolatka, panicznym strachem, żeby tylko nie stać się ofiarą negatywnej oceny. Na dodatek ma świadomość, że jej przyczyną może być nieśmiałość, którą wyolbrzymia do granic rozsądku. Z wiekiem czuje się coraz bardziej napiętnowany tą „złą cechą”, rejestruje każdy śmiech w swoim otoczeniu i zastanawia się, czy to aby nie z niego się śmieją. Nieśmiali nie mają łatwego życia

Ale przyroda nie bez przyczyny preferuje maksymalną różnorodność. Wyobraźmy sobie, że wszyscy jesteśmy asertywni, pewni siebie, otwarci i odważni. Co by to było? Nieśmiali są równie potrzebni jak ludzie przebojowi, ale czasem warto im nieco ulżyć w tej niedoli.

Tylko delikatnie

Zanim skupisz się na pomocy, upewnij się, czy twoje dziecko na pewno jest nieśmiałe, czy wycofanie nie jest może jego wyborem. Niektóre dzieci lubią być same, nie potrzebują licznego grona kolegów i wcale nie marzą o codziennym przebywaniu na podwórku. Podjęcie działań wspierających ma sens tylko wtedy, kiedy dziecko cierpi, chce się zmienić, bo nienawidzi nieśmiałości w sobie.

Wspomaganie nieśmiałego dziecka:

  • Staraj się przyjaźnić z rodzicami, którzy mają dzieci w jego wieku. Zgadzaj się na wspólne wyjazdy, noclegi i zabawy.
  • Inicjuj zabawy symboliczne, czyli zabawy w coś (sklep, stacja benzynowa, lekarz, szkoła). To da dziecku możliwość przećwiczenia różnych stylów zachowania.
  • Staraj się, żeby w waszym domu było wesoło. Nieśmiałe dziecko żyje w ogromnym napięciu, a śmiech znacznie je obniża.
  • Praw mu komplementy i słuchaj, co na nie odpowiada.
  • Nie zadręczaj się tym, że twoje dziecko jest nieśmiałe. Nie szukaj winy ani w sobie, ani w nikim innym. Dziecku w niczym nie pomoże wiedza, dlaczego takie jest.
  • Nie wypominaj mu, że nie zadbało o siebie i np. nie starczyło dla niego tortu urodzinowego na przyjęciu. Albo że nie dość mocno walczyło i dlatego nie dostało roli w szkolnym przedstawieniu. W ten sposób przysparzasz mu tylko cierpienia.
  • Nie rozpamiętuj porażek dziecka, nie przypominaj mu, że ominęła go fajna zabawa. Zwracaj raczej uwagę na to, że jeszcze będzie podobna okazja.
  • Nigdy nie karz dziecka za nieśmiałość, nawet jeśli zawiodło twoje oczekiwania – to nie wynika z jego złej woli.
  • Wciąż powtarzaj sobie zdanie: „Ono ma prawo być nieśmiałe”.

Wspomaganie nieśmiałego nastolatka:

  • Wprowadź go w środowisko, w którym robi się coś konkretnego. Radzenie sobie w szkole jest takie trudne, bo dzieci nie mają jasno określonych zadań. Gdy chodzą na modelarstwo, harcerstwo, chór, sport, robią gazetkę szkolną – jest inaczej. To idealne otoczenie i warunki do tego, by nieśmiały nastolatek nawiązał znajomości.
  • Kup mu psa. Oczywiście, to na ciebie spadną wszelkie obowiązki, ale i tak będzie warto. Po pierwsze, twoje dziecko zacznie częściej wychodzić z domu – psa trzeba przecież wyprowadzać kilka razy dziennie. A po drugie, podczas spaceru z psem w całkiem naturalny sposób nawiąże kontakty z rówieśnikami w swojej dzielnicy.
  • Koniecznie zachęć go do uprawiania sportu. Dobra kondycja, tężyzna, możliwość polegania na swoim ciele pomagają pozbyć się napięcia, poprawiają samoocenę i wzmacniają pewność siebie.
  • Opowiadaj o sytuacjach, w których ty się czegoś wstydzisz lub boisz, i pokazuj, jak się do nich przygotowywać (np. że wszystko trzeba mieć wcześniej sprawdzone, zarezerwowane, napisane).
  • Jeśli jutro czeka go jakaś ważna rozmowa, wypiszcie dziś pytania, które może podczas niej usłyszeć, i przygotujcie najlepsze odpowiedzi.
  • Rozmawiajcie na różne, także poważne, tematy. Chwal go za mądre uwagi, stoicyzm czy tolerancję.
  • Zachęć, by przeczytał jakąś książkę na temat nieśmiałości. W tym wieku wiedza, jak wiele osób ma ten sam problem, jest bardzo pomocna.
  • Pomóż mu zrozumieć, że nie jest dziwakiem, że jego zachowania są podyktowane właśnie nieśmiałością.

  1. Kultura

Kultura od kołyski

Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb. (Fot. iStock)
Wiadomo, że czym skorupka za młodu… Że im wcześniej zaszczepimy  w dzieciach potrzeby obcowania z kulturą, tym lepiej dla dzieci i kultury. Ale to nie takie proste. Same chęci rodziców nie wystarczą. Potrzebne jest także dostosowanie się instytucji kultury do potrzeb tej grupy odbiorców.

Takie wnioski wynikają z badań Fundacji Rodzic w mieście, która przebadała  1000 rodziców dzieci w wieku 0-6 lat ze wszystkich województw, o różnej sytuacji materialnej, płci, wykształceniu. Okazało się, że bez względu na dzielące rodziców różnice, wszyscy chcą korzystać z instytucji kultury, bo uznają, że takie placówki, jak muzea, galerie sztuki, teatry, kina, mają wartość edukacyjną i pomagają ich dzieciom się rozwijać. Jednak aż 64 proc. ankietowanych deklaruje, że od kiedy mają dziecko, rzadziej odwiedzają instytucje kultury. Co im to utrudnia?

Najczęściej wymienianą przeszkodą jest strach. 75 proc. badanych uważa, że wizyta w instytucji kultury z małych dzieckiem to źródło stresu. Rodzice boją się, że nie będą mieli gdzie przewinąć dziecka, nakarmić, a nawet usiąść. Aż 61 proc. z nich wyznało, że byli zmuszeni  opuścić wydarzenie bądź wyjść z instytucji kultury, ponieważ potrzeb dzieci nie dało się zaspokoić na miejscu. Obawiając się, że sytuacja się powtórzy, rezygnują z wizyt ze swoimi małymi dziećmi w muzeach, czy galeriach i wybierają inne aktywności.

Do tego dochodzi strach przed reakcją personelu. Rodzice mają obawy, że pracownicy nie rozumieją potrzeb i możliwości dzieci, będą zwracać im uwagę na „niewłaściwe zachowanie”, jak choćby hałas. Miejsca też nie zawsze są zorganizowane zgodnie z potrzebami dzieci i rodziców.

Z badania wynika, że współcześnie aż 3/4 rodziców liczy się ze zdaniem dziecka co do wyboru instytucji kultury, którą odwiedzą. Dla części z nich zdanie dzieci jest decydujące. To powinna być ważna wskazówka dla placówek.  Powinny one tak organizować swoje przedsięwzięcia, żeby były dla dzieci przeżyciem, niosły niepowtarzalne wrażenia. Schematyczne formy i powtarzalne treści na pewno skutecznie zniechęcą dzieci do powrotu. Dlatego Fundacja podkreśla, że projektowanie wydarzeń w instytucjach kultur jako przeżyć ma ogromne znaczenie.

Ważna jest też łatwość korzystania przez dziecko z zasobów danego miejsca, dostosowanie go do możliwości małego odbiorcy. Dobrym pomysłem są podwyższenia, usytuowanie eksponatów na odpowiedniej wysokości, czytelne i łatwe do zrozumienia opisy czy interaktywne ekrany ułatwiają dzieciom korzystanie z zasobów kultury.

Dobra wiadomość jest taka, że instytucje kultury są coraz bardziej otwarte na postulaty rodzin. Chcą dostosować się do ich potrzeb, jednak nie wiedzą jak to zrobić lub obawiają się wysokich kosztów. Okazuje się jednak, że w bardzo prosty sposób można rodzicom ułatwić wizytę w muzeum czy galerii. Co postulują rodzice? Najważniejsza jest profesjonalna i pomocna kadra, wyrozumiali i przyjaźni pracownicy – przewodnicy. Ogromnie ważną i w sumie prostą do zorganizowania sprawą, są miejsca do siedzenia: sofy, zwykłe ławki, które wpływają na komfort wizyty w placówce - na takie ułatwienie wskazało aż 51 proc. ankietowanych. Kolejny ważny postulat - możliwość dotykania przedmiotów, bo to wpływa na komfort rodzica, ale też trafia w potrzeby poznawcze najmłodszych gości.

Nowoczesność i uwzględnianie potrzeb dzieci – to jest ten pożądany kierunek, wynikający z badań. Warto nim podążać. Wyjdzie to na dobre i dzieciom i instytucjom kultury.

Rodzic w mieście to fundacja, która powstała z potrzeby reprezentacji w debacie publicznej rodziców żyjących w miastach. Głośno mówi o potrzebach rodziców, pełnym prawie do korzystania z miasta, swobodnego i bezpiecznego poruszania się po nim, godnej pracy, czyli takiej, która pozwala na rozwijanie ambicji zawodowych i jednoczesne życie w rodzinach. Więcej informacji o działaniach Fundacji można znaleźć na stronie: rodzicwmiescie.pl

  1. Psychologia

Jak uczyć dziecko mądrej asertywności?

Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. (Fot. iStock)
Trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązywania problemów. Ale należy też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość – mówi psycholożka Dorota Wiśniewska - Juszczak.

Czy dostrzega pani dzisiaj większe zainteresowanie rodziców uczeniem swoich dzieci obrony przed brutalnością świata? Rzeczywiście widzę taką potrzebę wśród wielu rodziców, zwłaszcza potrzebę wychowania dziecka do bycia niezależnym, chyba też do kreowania dziecka na kogoś wyjątkowego. Myślę, że to nie jest tylko znak naszych czasów, choć  wydaje mi się, że teraz ta potrzeba jest przez rodziców silniej manifestowana.

Dlaczego? Z prostego powodu – bo niemal codziennie wchodzimy w kontakty rywalizacyjne, bo walczymy o dobra, których jest mało i musimy wykazywać, że jesteśmy lepsi niż inni.

Mamy wobec dzieci sprzeczne oczekiwania: Chcemy, aby umiały mówić „nie”, a z drugiej strony – podporządkowały się nam bez szemrania. Myślę, że czasem rodzice chcą, żeby dziecko było asertywne wobec innych, a nie wobec nich. Tym samym tłumią zdrową asertywność. I to jest paradoks: pragną nauczyć dziecka czegoś, co w rzeczywistości niszczą. Może to wynikać z opacznego rozumienia asertywności. Mam wrażenie, że jest duża moda na asertywność, ale i duże niezrozumienie, czym tak naprawdę ta asertywność jest.

A czym jest? Asertywność często kojarzy się z agresją i z takim mówieniem „nie”, bo nie. Tymczasem jest to rzeczywiście umiejętność mówienia „nie”, ale  uwzględniająca dobro innych. To ochrona własnego ja, ale z poczuciem, że swoją postawą nikogo nie krzywdzę. Mam wrażenie, że wiele ludzi zapomina, że może swoim „nie” zranić innych. Nie ma takiego pojęcia jak empatyczna asertywność, ale dobrze jest włączyć do asertywności emocjonalne zrozumienie racji innych.

Jak rozstrzygnęłaby pani odwieczny dylemat rodziców dziecka, któremu inne dziecko zabiera łopatkę? Zagrzewać poszkodowanego malca do walki o swoje, czy uczyć dzielenia się z innymi tym, co ma? To są rzeczywiście poważne dylematy: Czy pozwolić, żeby zabrano dziecku zabawkę i żeby z tego powodu poczuło się skrzywdzone, czy podkreślać, że trzeba się dzielić, czy – wprost przeciwnie - kształcić postawę obrony swego, uczyć stawiania granic. Obserwowałam w piaskownicy rodziców, którzy mieli podobny problem i często rozstrzygali go na korzyść granic, obrony swego. A ja myślę, że trzeba z tym bardzo uważać, bo jeżeli często mówimy dziecku: „nie dawaj się, broń własnej zabawki, to jest tylko twoje”, czyli gdy uczymy wyznaczania ostrych granic, to możemy wykształcić w nim postawę egoistyczną. W piaskownicy trzeba dać dzieciom szansę samodzielnego rozwiązania problemu. Ale można i trzeba też podpowiadać, że dzielenie się zabawką – chociaż przez chwilę boli – daje radość.

Nie możemy jednak zapominać o tym, z jakimi dziećmi mamy do czynienia – przebojowymi czy wrażliwcami. Pierwsze należy powstrzymywać, drugie zachęcać do odwagi? Myślę, że to podstawa – znać swoje dziecko. Rodzimy się z określonym typem osobowości czy raczej temperamentu, który jest silnie  uwarunkowany biologicznie. Mamy zatem możliwość obserwowania najczęstszych typów spontanicznego reagowania naszego dziecka na różne sytuacje. Dlatego, kiedy  nasza pociecha bawi się z innymi dziećmi w piaskownicy, uważnie obserwujący dziecko rodzic rozpoznaje, czy jego syn lub córeczka jest typem wrażliwca, przeżywającym, gdy ktoś mu coś zabiera i jednocześnie wtedy się wycofuje, czy ekspansywnym bojownikiem. Ale zachęcanie wrażliwca do bycia walecznym tak naprawdę niewiele przyniesie, bo takie dziecko musiałoby robić coś wbrew sobie. My nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dziecko, tak, jak  dorosły, może czuć się czasem bezradne, bo z jednej strony słyszy głos, który jest dla niego absolutnym autorytetem: „nie pozwól Jasiowi, żeby zabierał ci twoją zabawkę”, a z drugiej wcale nie ma ochoty walczyć z Jasiem. Przeciwnie – ono chętnie by uciekło z tej piaskownicy, schowało za mamę i się rozpłakało.

Jak takim dzieciom pomóc? Trzeba dać im czas. Rozmawiać, opowiadać, czytać książki, które pokazują bohaterów umiejących stawiać granice. Znajomość psychologicznych aspektów rozwoju dziecka jest, owszem, bardzo pomocna, ale w gruncie rzeczy najlepsza jest wnikliwa obserwacja naszych dzieci i niedoceniana matczyna czy ojcowska intuicja. Jeżeli czuję, że moje dziecko może swoim zachowaniem skrzywdzić inne dziecko, to ja absolutnie zabraniam mu takiego zachowania, mówię zdecydowanie, że to jest niedopuszczalne i koniec. Gdy na przykład dziecko bije po głowie łopatką inne dziecko, czy sypie mu piaskiem w oczy, wkraczam do akcji. W takiej sytuacji nie czekam, aż dzieci same rozwiążą problem.

Dziecko nauczy się stawiania granic innym wtedy, gdy my będziemy stawiać mu wyraźne granice? Kiedy dziecko zauważy, że stawiane mu granice są bardzo wyraźne, zrozumie też, do którego miejsca może pozwolić sobie ze swoją ekspansywnością i niezależnością. Dla dziecka niezwykle ważna jest konsekwencja. Kiedy jej  brakuje, czuje się zagubione, bo nie wie, jak ma reagować na świat. To rodzice swoją konsekwencją wyznaczają mu drogę.

Wiedzą lepiej, co jest dla niego dobre? Na treningach biznesowych ukuliśmy pojęcie mądrej empatii, które można zastosować i w wychowaniu: Umiem wejść w emocje dziecka, zrozumieć jego zły nastrój, chęć posiadania cudzej zabawki, ale jednocześnie – zwłaszcza w okresie wczesnodziecięcym - mam poczucie, że wiem lepiej, co jest dla niego dobre, lepsze. I nie zawsze dobre jest to, czego ono akurat chce. To w gruncie rzeczy kluczowy element w wychowaniu. Mądra empatia to nie jest moralizowanie, mówienie: „robię to dla twojego dobra”, ale wczucie się w sytuację dziecka i pokierowanie nim tak, by mogło osiągać swoje cele, nie raniąc innych.

Idźmy z tej piaskownicy do szkoły. Dziecko, które nie umie się bronić, staje się w szkole obiektem agresji. Dzieci w tym wieku porównują się z rówieśnikami. Porównują się oczywiście częściej z tym lepszymi, cokolwiek to znaczy: silniejszymi, lepiej grającymi w piłkę, prymusami. I na tym etapie takie dzieci im imponują. Porównywanie się do innych to ważny element kształtowania własnego ja. Może się narażę, ale uważam, że na tym etapie ważne jest też posiadanie odrobiny konformizmu, często potrzebnego w życiu społecznym. Nie jest dobrze być wiecznym buntownikiem czy outsiderem. Ale jednocześnie trzeba uczyć dzieci, że mają prawo być sobą.

Jak to robić w praktyce? Podkreślać wyjątkową cechę dziecka, coś, co je wyróżnia. Nie radzi sobie na boisku szkolnym? Ale za to pięknie gra albo tańczy. Wzmacnianie mocnych stron dziecka daje mu atuty, które mogą obronić go przed agresorami. Pomyśli: „No rzeczywiście nie gram świetnie w piłkę, ale jestem dobry z matematyki”. I co ważne – podkreślanie wyjątkowych cech nie służy tylko podniesieniu samooceny i obronie, ale także współpracy, ponieważ tym, co mam wyjątkowego mogę wzbogacić kolegę, a on może mnie nauczyć czegoś, czego ja nie umiem. Mądre wzmacnianie atutów dziecka to jest tak naprawdę zachęcanie go do kooperacji.

Rodzicom chodzi chyba o coś zupełnie innego, kiedy mówią o asertywności. Bo wielu rodzicom wydaje się, że asertywność oznacza przebojowość, która pozwoli dziecku wygrywać w rywalizacji, a tymczasem badania pokazują, że rywalizacja to często ślepa uliczka. Dzieci, które rywalizują, są bowiem skoncentrowane na wyniku, nie zwracają uwagi na relacje z innymi, nie próbują podejść do problemu twórczo, bo to wynik jest najważniejszy. A poza tym, i to jest już niebezpieczne, postawa rywalizacyjna w szkole kreuje taką postawę wobec życia. Skoro ja rywalizuję, to otoczenie też ze mną konkuruje. A skoro wszyscy ze wszystkimi rywalizują, to nie ma za bardzo komu ufać, bo wszyscy są nastawieni wyłącznie na sukces, własny cel i nie ma miejsca na współpracę. Dziecko ma poczucie, że świat jest zły, wrogi. Wiemy, do czego prowadzi takie przekonanie – do wyobcowania. Owszem, dziecko może osiągnąć sukces, gdy natomiast poniesie porażkę, nie będzie nikogo, kto da mu wsparcie, bo gdzieś po drodze zgubiło przyjaźnie.

Jest takie powiedzenie: Najlepszą bronią jest atak. Jak nauczyć, że może być inaczej – że można bronić się nieagresywnie? Dobrym narzędziem jest tu chyba poczucie humoru. Bardzo dobrym. Ale poczucie humoru to drażliwy temat, bo nie znam osoby, która na pytanie, czy ma poczucie humoru, odpowiedziałaby przecząco. Jesteśmy przekonani, że mamy umiejętność śmiania się z siebie, ale jednocześnie uważamy, że inni jej nie mają. Poczucie humoru na własny temat jest bardzo silnie związane z poczuciem własnej wartości. Gdy mam wysoką samoocenę, to choć wiem, że może jestem kompletną łamagą na boisku, wiem też, że świetnie gram na skrzypcach. Mogę wtedy śmiać się z innymi z moich słabości. A śmiejąc się ze swoich słabych stron wytrącam broń z ręki agresorom. Walka jest skończona zanim do niej dojdzie. No bo ktoś rzuca argument, który ma mnie urazić, a czasem nawet jest prowokacją, a ja potrafię tak go odebrać, że atakujący czuje się zdezorientowany. W taki sposób reagują jednak ludzie o dużym poczuciu  własnej wartości.

O czym jeszcze powinniśmy pamiętać ucząc asertywności? Nam się wydaje, że asertywność polega tylko na umiejętności odmowy, reagowania na niesłuszną  krytykę, a tymczasem to jest też umiejętność przyjmowania pochwał.

Sami na ogół zaprzeczamy pochwałom. Tak, to bardzo polskie. Jeżeli mówimy komuś komplement to oczekujemy, że ten ktoś zaprzeczy albo skromnie powie: „nie, skądże, wcale nie jestem dobry”. Kształtujemy w dziecku wysoką samoocenę, a jednocześnie chcemy, żeby było fałszywie skromne. To niespójne. Dlatego uczmy dziecko, żeby, kiedy ktoś je wyśmiewa, samo się z tego śmiało, kiedy ktoś je niezasłużenie krytykuje, mówiło: „nie zgadzam się z tobą”. Ale z kolei, jak będą go chwalić, umiało powiedzieć: „tak, rzeczywiście dobrze mi to wychodzi.” I sami tak postępujmy. Bo to najskuteczniejsza forma nauki.

  1. Styl Życia

Montessori w domu. Pomóż dziecku rozwijać jego niezależność

Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu. ( Fot. iStock)
Mów dziecku każdego dnia, że je kochasz. Wszystko inne jest ważne, ale drugorzędne. Wiedza o tym, że jest kochane, a zatem cenne i zdolne, to paszport, którego dziecko może użyć, aby dostać się tam, gdzie chce. Dzieci rodzą się kompletne, czyste, spokojne, zgodne z własnym wewnętrznym nauczycielem. Musimy tylko pozwolić im pozostać autentycznymi-  mówi Beatriz M. Muñoz, mama czterech córek, propagatorka metody Montessori.

Montessori – to system wychowawczy stworzony przez włoską lekarkę Marię Montessori, który pomaga we wszechstronnym rozwoju dziecka. Duży nacisk w tej metodzie edukacyjnej postawiony jest na środowisko oraz nauczycieli, dlatego dotychczas metoda ta stosowana była głównie w przedszkolach i szkołach. Ukazały się właśnie dwie książki, które są przewodnikami po metodzie Montessori do zastosowania w domu.

Fragment książki „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz

Stosowanie metody Montessori w domu ma dużo wspólnego z nauczaniem przez dawanie przykładu, a niewiele z zakupami (specjalnych mebli, materiałów, gadżetów - przyp. red.). Dzięki temu sami jesteśmy zmianą, którą chcemy widzieć w świecie, a ponadto staramy się być jak najlepszymi ludźmi. Korzystając z tej metody, uczymy się współczucia, uzdrawiania i przebaczania, gdy pracujemy nad wszystkim, co w naszym dzieciństwie szwankowało, aby nie powtarzać w założonych przez siebie rodzinach błędnych wzorców. Metoda ta pomaga nam również cieszyć się chwilą, żyć teraźniejszością, spędzać dobrze czas i żyć w pełni. Dzieci są niewątpliwie szczęśliwsze, ponieważ czują się szanowane i bardziej związane z rodzicami, ci z kolei mogą się stać dużo czystszym i bardziej gładkim lustrem, w którym ich pociechy zobaczą siebie. Zastosowanie podejścia Montessori w domu naprawdę oznacza, że dzieci należą do swojej rodziny i wiedzą o tym, że mogą być w niej użyteczne, że są słuchane, że mają zaspokojone poczucie niezależności i wolności, a przede wszystkim – że otrzymują bezwarunkową miłość i mogą ćwiczyć swoją siłą i swoje możliwości, gdyż ich rodzice są w stanie przekroczyć barierę strachu.

Bycie autentycznym, podążanie za własną naturą, ale z poszanowaniem zasad grupy społecznej, wspólnie przez nią przemyślanych i ustalonych, oraz posłuszeństwo sobie samym to dary, na które wszyscy zasługujemy, dary, które są prawdziwą pomocą w życiu.

Nie wolno nam bać się błędów. Wychowanie dzieci w strachu jest jednym z najgorszych uchybień, jakie mogą popełnić rodzice, pozytywne jest natomiast wychowywanie dzieci w spokoju. Powiedziałabym, że z miłością, ale nie wszyscy rozumiemy miłość w ten sam sposób, więc mówię o wychowaniu z wzajemnym szacunkiem, ponieważ jeśli będziemy traktować dzieci z szacunkiem, nigdy ich nie skrzywdzimy.

Powiedzieliśmy, że materiały nie są niezbędne w domu, ponieważ dla dzieci najważniejsze jest to, żeby spędzać czas ze swoimi rodzicami. Oferując im swój czas, nigdy się nie pomylisz. Bezwarunkowa miłość i instynkt nigdy nie zawodzą. Błąd jest motorem nauki, powinniśmy go traktować jako okazję do poprawy. Jeśli w dzieciństwie nauczono nas, żeby błąd kojarzyć z poczuciem winy i porażką, możemy się bać, że powtórzymy ten schemat. (…)

Wychowanie to odkrywanie

Maria Montessori mówi w swoich książkach, że największymi przeszkodami dla nauczyciela, a więc także dla rodziców, którzy są pierwszymi nauczycielami swoich dzieci, są duma i złość. Obie uniemożliwiają nam komunikowanie się z naszymi dziećmi z miłością. Duma skłoni nas do myślenia, że my, jako dorośli, wiemy więcej niż one, a towarzysząca jej złość pojawi się, gdy dzieci będą chciały podążać za swoją naturą, a nie robić to, czego my, dorośli, od nich oczekujemy. Krótko mówiąc, największym błędem w rodzicielstwie jest nadmierna kontrola. Pochodzi ona z przekonania, że wiemy więcej, i jest konsekwencją nieuzyskania oczekiwanych rezultatów. Pochodzi z naszego ego, z przekonania, że dziecko jest naszą własnością, a nie po prostu samym sobą. Mówił to już Khalil Gibran: „Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi”.

Oczywiście, nie powinniśmy tolerować wszystkich zachowań dzieci, ale miłość i ochrona naszej więzi muszą być zawsze obecne w naszej relacji z nimi. Musimy być zarówno życzliwi, jak i stanowczy. W przeciwnym razie konsekwencje mogą być tak bardzo katastrofalne, że nasze dzieci spędzą resztę życia, próbując się pozbierać. Frederick Douglass powiedział, że łatwiej jest kształtować silne dzieci, niż naprawiać złamanych dorosłych, i myślę, że miał rację.

Dziecko daje nam możliwość naprawy naszego życia dzięki uczuciom przeciwstawnym dumie i złości – pokorze i cierpliwości; to są wielkie dary, jakie przynosi nam rodzicielstwo, jeśli jesteśmy gotowi je przyjąć. Maria Montessori mawiała, że wychowywanie jest pomocą na całe życie i czasami myślę, że prawdziwa pomoc na całe życie jest przekazywana w nasze ręce przez dzieci w momencie ich narodzin.

Naszym zadaniem jest towarzyszenie maluchom w tym procesie, który rozpoczyna się od poznania samego siebie, a następnie swoich rówieśników, swojej kultury i swojego społeczeństwa, a prowadzi do poznania wszechświata i odkrycia tego, co dzieci chcą robić w życiu. (…)

Włączaj dziecko do swojego życia, do praktycznych czynności życiowych, do załatwiania spraw, do posiłków, do spacerów. Otaczajcie się pięknem, kiedy tylko możecie, dzielcie się wszystkim, nawiązujcie więź, rozmawiajcie, szukajcie razem odpowiedzi – to jest najważniejsze. Czas, który spędzacie razem, jest najcenniejszym prezentem dla was obojga.

Być może w pewnym momencie poczułeś się przytłoczony, bezradny, zniechęcony. Pozwól sobie przypomnieć, że to, czego potrzebujesz, znajduje się w twoich rękach, ponieważ są one pełne miłości i dobrej woli. Jeśli wola cię zawiedzie i zdecydujesz się zrezygnować z tej drogi, to komu ją wskażesz? Jeśli nie zaczniesz procesu zmian od razu, teraz, gdy umysł twojego dziecka jest chłonny bardziej niż kiedykolwiek, to kiedy to zrobisz? Możesz zmienić świat. A świat potrzebuje ciebie, potrzebuje twojego światła, twojego pragnienia, twojej siły, twojego impetu, twojego przykładu.

Zrób wszystko, co tylko możliwe, aby cieszyć się każdą chwilą spędzoną z waszym dzieckiem, ponieważ dni mijają bardzo wolno i jednocześnie bardzo szybko.

Znaleźć najlepszą wersję siebie

(…) Kiedy zachowanie naszych dzieci nas denerwuje, dobrze jest zatrzymać się na chwilę i przeanalizować, co zakłóca nasz spokój. Jakieś wydarzenia z dzieciństwa? Jakieś aktualne wydarzenia? Jesteś zmęczony i zestresowany i masz tendencję do korzystania z „dolnego” mózgu zamiast „górnego”? Czujesz, że nie są spełnione twoje oczekiwania? Zachowanie, które nam przeszkadza, to sygnał do zanurzenia się w naszej świadomości. Podobnie, jeśli coś, o czym przeczytałeś w tej książce, ci przeszkadza, być może jest to również zaproszenie do przemyślenia i odkrycia, dlaczego tak się dzieje. Nie znam uniwersalnej prawdy ani odpowiedzi na wszystkie pytania, ale jeśli to, co wybrałeś dla swojej rodziny, działa, żadna książka nie powinna zmieniać twojego zachowania. Po prostu czuj, płyń, rozważaj, żyj.

Poczucie winy nas zakotwicza, powstrzymuje, blokuje przed postępem i poprawą. Nie obwiniaj się, zrób to dla siebie samego, ale także dla swojego dziecka lub dzieci. Gdybym cię zapytała, czy chciałbyś, aby twoje dzieci czuły się źle z powodu czegoś, czego nie można rozwiązać, jestem pewna, że odpowiedziałbyś: nie. Chcesz, żeby dzieci cieszyły się życiem, naprawiały swoje błędy, ale równocześnie nie pozwalały, aby te błędy ciągnęły je na dno. Błędy to wielkie możliwości, które oferuje nam życie, abyśmy mogli konstruować samych siebie, być tym, kim jesteśmy. Jestem dzisiaj taką, a nie inną matką z powodu błędów, które popełniłam z moimi córkami. Dzięki tym błędom możesz dzisiaj czytać tę książkę.

Nie zachęcam cię też do zastępowania poczucia winy – być może nieodłącznego elementu związanego z byciem matką lub ojcem – samozadowoleniem. Proszę tylko, abyś był dla siebie miły i zamienił poczucie winy na świadomą odpowiedzialność za to, co dajesz dzieciom jako najlepszą wersję samego siebie.

Rodzicielstwo to nie matematyka

W całej książce zachęcałam cię do skupienia się na długoterminowej perspektywie, na celu, na dorosłym, którym w przyszłości będzie twoje dziecko. Cel jest istotny, ale nie myśl już o tym. Ciesz się procesem tak jak dzieci, które koncentrują się na zadaniu, a nie na jego wyniku, i obserwuj, jak przebiega ten proces: a zobaczysz życie. Baw się dobrze, bo jeśli będziesz się dobrze bawić, jeśli spróbujesz sprawić, by podróż, a nie tylko jej cel, była warta zachodu, dostaniesz to, co chcesz: zostaniesz rodzicem, którym chcesz zostać.

Może próbowałeś czegoś, co nie zadziałało. Pamiętaj, że rodzicielstwo to nie matematyka. Nie znam wszystkich odpowiedzi, a nawet gdybym znała, nie mogłabym ci ich udzielić, bo pozbawiłabym cię przywileju ich znalezienia, dumy, szczęścia i mocy, które czujesz, gdy coś wreszcie działa i idzie po twojej myśli. Wszystkie odpowiedzi są w tobie i tylko w tobie. (…)

Dbaj o siebie i nie zapominaj, że jeśli nie dbasz o siebie, nie możesz zadbać o innych. Wprowadzasz to poczucie spokoju i chciałbyś, aby czuły je twoje dzieci. Złe dni miną, nie musisz sięgać po wszystko, pozwól sobie być człowiekiem.

Znajdziesz swoją drogę i będzie cudownie, bo to będzie twoja własna droga. Jeśli codziennie myślisz o tym, jak się poprawić, to dobrze ci idzie. Absolutnie fantastycznie. Nie musisz wierzyć mi, nie potrzebujesz mnie, po prostu spójrz na tę małą twarzyczkę, która jest tuż przy tobie, spójrz na nią, odpowiedź znajduje się w spojrzeniu twojego dziecka.

„Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi'. Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno „Montessori. Wychowanie dziecka w wieku 0-6 lat.” Beatriz M. Muñoz;  „Montessori. 80 zabaw z dziećmi". Beatriz M. Muñoz, Nitdia Aznárez; Wydawnictwo Samo Sedno