1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. A może by tak wymknąć się na chwilę codzienności i oddać marzeniom?

A może by tak wymknąć się na chwilę codzienności i oddać marzeniom?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Większość ludzi nie żyje marzeniami, a codziennością. A teraz jest idealny moment, by to odwrócić. - Ze snuciem marzeń wiąże się wiele bardzo istotnych doświadczeń: odczuwamy nadzieję i obawę, radość i gorycz, samotność i wsparcie innych, pustkę i pełnię. Już wiemy, co jest ważne, a co nie - mówi w rozmowie z Joanną Olekszyk mówca motywacyjny Jacek Walkiewicz. 

Większość ludzi nie żyje marzeniami, a codziennością. A teraz jest idealny moment, by to odwrócić. - Ze snuciem marzeń wiąże się wiele istotnych doświadczeń: odczuwamy nadzieję i obawę, radość i gorycz, samotność i wsparcie innych, pustkę i pełnię. Już wiemy, co jest ważne, a co nie - o potrzebie, sile, ale i cenie marzeń mówi mówca motywacyjny Jacek Walkiewicz. 

Jest pan wsparciem i inspiracją dla wielu osób, które chcą spełniać swoje marzenia. Bo często właśnie tych dwóch rzeczy brakuje nam w najbliższym otoczeniu. Ciężko robić swoje, niezależnie od tego, co mówią inni. Jeśli się nie ma wsparcia, trzeba chyba mieć mnóstwo samodyscypliny?
W opowieściach o spełnianiu marzeń jest mnóstwo skrótów, które dobrze brzmią, ale często nie oddają całej prawdy. Kiedy czytamy o kimś, kto wszedł na Kilimandżaro albo jak Adam Bargiel zjechał na nartach z K2, to nie widzimy wszystkiego, co było przed i co zdarzyło się po drodze – widzimy tylko finał, który – jeśli jest szczęśliwy – zawsze dobrze wygląda. Nie widzimy prób i podejść, które nie zakończyły się sukcesem. W sformułowaniu „rób swoje, niezależnie od tego, co mówią inni” też jest pewien skrót myślowy. Kompletne oderwanie się od innych jest bowiem mało możliwe.

Czyli nasze marzenia nigdy nie są tylko nasze?
One nie dzieją się w próżni, zawsze dotykają innych osób wokół nas. A najbardziej tych, dla których jesteśmy ważni: partnerów, rodziców, dzieci. Kiedyś czytałem o człowieku, który wyjechał na dwa lata do Indii, żeby poznać siebie. Kiedy wrócił, żona wyrzuciła go za drzwi, co go bardzo zdziwiło: przecież on to zrobił po to, by być lepszym człowiekiem, mężem i ojcem! Jego żonie jednak trudno było zrozumieć, że aby to się stało, ona musiała dwa lata mieć na głowie cały dom i dzieci. Nasze marzenia w większości są nasze, bo dla innych mogą być tylko mniej lub bardziej zrozumiałe, ale do ich realizacji musimy bezpośrednio lub pośrednio włączyć innych ludzi. I oni też muszą ponieść jakieś tego konsekwencje i koszty. Walt Disney ładnie to ujął – powiedział, że w życiu trzeba być jednocześnie marzycielem, krytykiem i realistą.

Czasem w roli krytyka lub realisty stają właśnie nasi przyjaciele albo partnerzy.
Aleksander Doba, który samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki, opowiadał, że jego żona nie była zachwycona tym samotnym podróżowaniem, ale wiedziała, że on i tak to zrobi. Ja mimo wszystko uważam, że marzenia to jest zawsze kwestia wyboru i słowa, które nie robi dziś kariery, ale jest bardzo ważne, czyli odpowiedzialności. Czy bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy i za konsekwencje tych działań. Jeżeli człowiek jest w stanie wziąć odpowiedzialność za ewentualny rozpad związku czy rozluźnienie więzi, za smutek dzieci i ich tęsknotę, za potencjalne zdarzenia losowe – to jest to rzeczywiście świadoma decyzja. Nie wiem, jak to jest z kobietami, mogę mówić w imieniu mężczyzn, a oni zawsze byli nomadyczni, zawsze dokądś jechali, szli albo wędrowali. To jest w naszej naturze, ale też zawsze mieliśmy na to społeczne przyzwolenie. Potrzebujemy być w wędrówce, często samotnej. A dzisiejsi mężczyźni ciągle są z kimś: w pracy, w domu, po godzinach. Być może dlatego Aleksander Doba chce samotnie pływać kajakiem i ma z tego frajdę. Ale też zrozumiałe jest, że jego żonie może się to nie podobać. Chodzi o świadomość, co realizacja mojego marzenia robi mnie, ale też co robi lub może zrobić moim bliskim. Są ludzie, którzy rzucili się we własne marzenia głową w dół i zderzyli się z ziemią. Bo też nie wszystkie marzenia są proste w realizacji, a niektóre inaczej wyglądają z zewnątrz, a inaczej, kiedy już się je realizuje. Dlatego najistotniejsza jest świadomość, że za wszystko, także za marzenia, płaci się jakąś cenę. I po drodze pojawiają się często dodatkowe rachunki, których nie przewidzieliśmy.

Jakie?
Chyba największym rachunkiem jest to, że realizując swoje wizje, możemy się zmienić i w związku z tym przestać pasować do środowiska, z którego wyrośliśmy. Czyli ten świat, który nas otaczał, a który opuściliśmy, by zrobić coś ponad niego, a czasem wbrew niemu – przestaje być już naszym światem. Możemy zmienić miejsce zamieszkania, zakończyć jakiś związek i rozpocząć nowy, możemy stracić dawnych znajomych, ale możemy zatracić też pewną wizję świata i zmierzyć się z nową. Na przykład czyimś marzeniem czy misją było pojechanie w miejsca dotknięte wojną albo kataklizmem i pomoc tamtejszej ludności – takie osoby po powrocie już nigdy nie są tymi samymi ludźmi. Ich system wartości i potrzeby zupełnie się zmieniają. Dla ludzi, którzy cenią sobie spokój, przynależność i bezpieczeństwo, może to być wielkim zaskoczeniem. Zaskoczeniem może być również to, że marzenia rozczarowują. Wiele cudownych pomysłów zbankrutowało, bo na poziomie ekonomicznym okazały się porażką. Zobaczmy, że gdy patrzymy na tych, którzy opisują swoją drogę do spełniania marzeń, to zawsze jest tam upadek i podniesienie się z niego, znów upadek i ponowne podniesienie się. A moment upadku nigdy nie jest przyjemny. Dlatego marzenie to ciągłe mierzenie się ze sobą, z wyobrażeniem o sobie, o świecie, życiu, ale i z rozczarowaniem. Czasami trzymamy w sobie coś, co daje nam siłę, ale tylko na poziomie wizji, natomiast na poziomie realizacji nie okazuje się czymś fascynującym. Mimo to ludzie zawsze mieli i spełniali marzenia – i w ten sposób zmieniali świat, natomiast o tych niezrealizowanych nikt już nie pamięta.

Marzenia zmieniają nas samych, ale i ludzi wokół nas. Do niektórych zbliżają, od niektórych oddalają.
Cóż, nie wszyscy muszą nas rozumieć. Ludzie, którzy noszą w sobie wielkie marzenia i wizje, często wybijają się ze środowiska, w którym dorastają. Kolokwialnie można powiedzieć, że są postrzegani jako „nawiedzeni“ – mówią o tym w kółko, myślą tylko o tym. A większość ludzi nie żyje marzeniami, tylko codziennością. Narzekaniem na nią, poczuciem braku sensu. I być może z czystej zazdrości niespecjalnie lubimy ludzi, którzy realizują swoje wizje i potwierdzają w ten sposób, że one są realne, wystarczy tylko spróbować. Dlatego marzyciele i wizjonerzy szukają tych, którzy ich zrozumieją, czyli ludzi podobnych do nich samych.

Wystarczy mieć jedną osobę, która uwierzy w naszą wizję, żeby dostać wsparcie? Tak jak mówi się w terapii, że wystarczy mieć jednego dorosłego w dzieciństwie, który kocha i akceptuje nas takimi, jacy jesteśmy, żeby dać sobie radę w przyszłości.
Nie wiem, to trudny temat. Są ludzie, którzy przeszli traumy w dzieciństwie i potem dobrze funkcjonują w życiu, a są tacy, co nie przeżyli traumy, a nie mogą się odnaleźć. Nie ma jednego algorytmu. Generalnie żyjemy w świecie kultu jednostki, poczucie wsparcia jest według mnie trochę iluzoryczne – te lajki na Facebooku może i dają siłę i są lepsze niż hejt i krytyka, ale czy stanowią faktyczną podporę w momentach zwątpienia? To, że ktoś, kogo nie znamy, pisze miły komentarz, poprawia humor, ale czy bardziej znaczący byłby taki komentarz od kogoś bliskiego – trudno powiedzieć, pewnie to zależy od rodzaju relacji. Niewątpliwie obcą osobę o wiele mniej kosztuje napisanie: „Rzuć wszystko i podążaj za swoim marzeniem” niż kogoś, kto nas zna 20 lat. Bo ktoś bliski bierze wtedy pewną odpowiedzialność za to, co się dalej stanie.

No właśnie, trudno wspierać bliskich w realizacji ich marzeń, zwłaszcza jeśli wiąże się to z dużym ryzykiem, na przykład finansowym. Sama znam przypadki, gdzie cała rodzina ponosi koszty pasji męża czy córki.
Myślę, że wiele osób żyje w terrorze czyichś pasji. Oczywiście życie z kimś jest wyborem – jeśli kobieta wiąże się z alpinistą, to powinna zdawać sobie sprawę z tego, że nie tylko jego, lecz i jej życie będzie podporządkowane górom. Ale rodzi też dylemat – na ile mamy prawo realizować swoje marzenia kosztem innych. Gdyby wszyscy mieli podejście: „To moje życie i mogę zrobić z nim, co chcę”, to sądzę, że nie bylibyśmy w stanie funkcjonować jako rodziny, ale też jako społeczeństwo. Bo ktoś prowadzi pociąg po to, by inni mogli nim pojechać po swoje marzenia.

Może wszystko zależy od rozmiaru naszego marzenia? Większe wiążą się ze znaczniejszą odpowiedzialnością, a mniejsze – z mniejszą?
Większość ludzi znajduje w życiu czas, pieniądze i energię na zrealizowanie pomysłów, których pewnie nie nazwalibyśmy nawet marzeniem, raczej jakimś celem. Z kolei opowieści o realizacji naprawdę wielkich marzeń, którym jest podporządkowane całe życie człowieka, ogromnie uwodzą i są metaforą życiowego szaleństwa, ale dotyczą garstki osób, zwykle w pewnym wieku – okołostudenckim, jeszcze przed zobowiązaniami typu rodzina i dzieci. Są też ludzie, którzy wsiadają do łódki i płyną przed siebie z małymi dziećmi, mężem czy żoną, ale oni zawsze byli – kiedyś w większości mężczyźni, teraz to się już zmienia. Przecież nawet w Polsce lat 60. czy 70., kiedy trudno było dostać paszport, ludzie podróżowali po świecie. Obecnie jest to o wiele łatwiejsze i nie sądzę, by ktoś mówił o spełnianiu marzeń, kiedy kupuje tani bilet do Hiszpanii.

Takie też mam wrażenie, że dziś te marzenia przez wielkie M to projekty typu zjazd z K2 Andrzeja Bargiela, a te mniejsze — typu wyjazd do Hiszpanii postrzegamy bardziej jako życzenia, zachcianki, przyjemności.
Ja, kiedy mówię o marzeniach, to myślę o czymś, co jest trudne, wielkie i co czeka na właściwy moment – w nas czy w otaczającym świecie. To się oczywiście zmieniło, bo wychowałem się w czasach, w których największym marzeniem były markowe dżinsy, na przykład z Peweksu. Dziś dla większości ludzi to już abstrakcja, ale może nie dla tych, którzy mieszkają w mniejszych miastach i biedniejszych środowiskach. Natomiast sądzę, że kiedy ludzie mówią o marzeniach, to mają na myśli rzeczy, które wyrwałyby ich z codzienności, dodały kolorów ich życiu, dały inną perspektywę. I tu jest ryzyko wielkiego rozczarowania. Bo na przykład jeśli mówimy o podróży do jakiegoś wymarzonego zakątka, to często jest tak, że kiedy już tam docieramy, okazuje się, że morze jest wprawdzie błękitne, ale tak samo jak w innych miejscach, a ludzie mają w sklepach to samo co my. W związku z tym – aby uniknąć rozczarowań – niezwykle ważna jest motywacja. Dlaczego chcę to zrobić? Dlaczego chcę tam pojechać na przykład? Czy to jest motywacja płynąca z mojego ego: żeby się wykazać, poczuć się lepszym? Czy w jakiś sposób wiąże się z wizją rozwoju, poznania siebie i świata? Powiedziałem kiedyś, że podróże kształcą wykształconych ludzi, czyli tych, którzy traktują je jako element edukacji i zgłębiania siebie przez poznawanie świata. Wtedy nie muszą wcale jechać na drugi koniec globu, mogą pójść do pobliskiej galerii i obejrzeć wystawę malarstwa. Dlatego o wiele bardziej produktywna jest taka motywacja: „Chcę gdzieś jechać dlatego, że stamtąd pochodzą moi przodkowie” albo „Bo mieszka tam ktoś, kogo zawsze chciałem spotkać”. Bardziej niż pomysł, by objechać Polskę na rowerze do tyłu czy bić inne rekordy.

Porozmawiajmy chwilę o tych trochę zapomnianych marzeniach, nie tych, co buchają wielkim ogniem przez całe nasze życie, ale które tlą się gdzieś w środku i na przykład ożywają po 40. czy 50. Mamy już pewną stabilizację, ale też poczucie, że czegoś brak, coś domaga się, by dać mu szansę na realizację. Z jednej strony jest ogromna potrzeba, a z drugiej lęk, że może na to już za późno, ryzyko jest zbyt duże. Skąd brać wtedy siłę, by podążać za tym wewnętrznym płomykiem?
Trudno dać na to pytanie jednoznaczną odpowiedź, trudno się tu odnieść do jakiegoś wzorca. Bo jeśli mówimy o tych, którzy dziś mają 50 czy 60 lat, czyli o moim pokoleniu, to są to ludzie, którzy wcześniej nie mieli zwykle możliwości realizacji marzeń, a w tej chwili już tak. Tylko teraz nie mają sił, zdrowia i zapału 20-latka. Jest więc większa szansa, ale i większe ryzyko, a do tego, że znów powtórzę, nie mamy żadnych wzorców, jak postępować. Być może jesteśmy w ogóle pierwszym pokoleniem, które może sobie pozwolić na realizację młodzieńczych marzeń, bo jest niezależne finansowo, na dodatek ma całkiem dobre zdrowie. Pozostaje tylko zmierzyć się z pewną kwestią kulturową. Nasze babcie w naszym wieku już zbierały pieniądze na trumnę i praktycznie kończyły swoje życie, a dziś okazuje się, że mając tyle samo lat co one wtedy, można właściwie zacząć żyć na nowo. Tyle że jedyny wzorzec, jaki mamy, jest taki, że skoro mieliśmy dobre życie i mamy oszczędności, to teraz powinniśmy swój czas i pieniądze poświęcić wnukom, zostawić po sobie spadek, zamiast go trwonić. Bo już nie pora na to.

I co zrobić z tym brakiem wzorców lub jedynym wzorcem, który nam się nie podoba?
Pierwsza rzecz, to powiedzieć sobie, że nie musimy być kopią naszych dziadków. Bo każde pokolenie jest podobne do czasów, w których żyje. Nie ma sensu więc mówienie: „Ja w twoim wieku...”, bo mówimy o zupełnie innych realiach. Po drugie, przyda się pewna dawka zdrowego egoizmu. Na zasadzie: „Całe życie pracowałem, żeby mieć to, co mam teraz, więc nawet jeśli to roztrwonię, to mam do tego prawo”. Nie ma takiego wieku, w którym człowiek traci prawo do marzeń. Ale są indywidualne obiekcje, bo ciężko jest się zmienić. Jeśli ktoś przez całe życie był pragmatyczny i nagle poczuł chęć zrobienia czegoś szalonego, to tak naprawdę trochę występuje przeciw sobie – temu sobie, którego zna od 50 czy 60 lat. To może budzić obawę. Dlatego tak przydają się grupy wsparcia, wszelkie uniwersytety trzeciego wieku, ale też przykłady z życia publicznego, jak wspomniany już Aleksander Doba. Cóż, czasem trzeba będzie wejść w konflikt z najbliższymi, na przykład z dziećmi, które pod pozorem troski o ojca i matkę odradzają, a tak naprawdę mają swoje ukryte motywy – zależy im na spadku, a może po prostu nie chcą mieć kłopotów czy martwić się o rodziców.

A może nie chcą zadać sobie pytania: czy ja się w pełni realizuję?
Właśnie! Poprzez takie porównanie mogą bowiem odkryć, że sami nie żyją tak, jak chcieliby. Na szczęście dzisiaj można sobie dać radę i bez najbliższej grupy wsparcia. Jest wiele inspirujących książek i filmów, są blogi, wykłady na YouTubie, są ludzie dostępni na jedno kliknięcie myszki. Na wyciągnięcie ręki mamy przykłady i dowody na to, że może się udać, że jest sens realizować marzenia, niezależnie od wieku. A to, że rodzina ma inne podejście… To też kwestia dbania o swoją autonomię, o uniezależnienie się mentalne od tego, co myślą inni. Może potrzebujemy pomocy bliskich, ale to nie znaczy, że mamy być ubezwłasnowolnieni. Niemniej jednak wsparcie innych, dowód, sygnał z zewnątrz, że to, co robię, ma sens, że to żadna fanaberia ani szaleństwo – jest bardzo potrzebne. I to stałe wsparcie. Bo kiedy człowiek pójdzie na wykład motywacyjny, to wychodzi z niego z przekonaniem, że może wszystko. A potem wraca do domu i opowiada o tym ludziom, którzy tego nie doświadczyli, nie poczuli tych emocji, patrzą więc trochę dziwnie, niedowierzająco. Dwa, trzy dni potem zaczyna więc myśleć, że może to rzeczywiście jest bez sensu. Jeszcze zadzwoni w kilka miejsc po radę i usłyszy: „Oszalałeś?!“ – i po pierwotnym zapale nie ma śladu. Dlatego na wszystkie – być może płynące z autentycznej troski i rozwagi – obawy i zastrzeżenia innych trzeba mieć antidotum w postaci osób, które nie tylko były w takiej samej sytuacji jak my, ale też wiedzą, jakie narzędzia pomogą nam w osiągnięciu celu.

Warto żyć marzeniami?
Faktem jest, że to codzienność prowadzi do spełniania marzeń. Finał to jedynie deser, wisienka na torcie – w sumie najmniej istotny. Z drugiej strony potrzebujemy takich symboli, momentów domknięcia, bo dają nam energię do realizacji kolejnych celów. Dobrze jest mieć w życiu frajdę z realizacji wielkich wizji, ale i z prozy życia. Marzenia są zawsze tam, gdzie jest wolność. I jeśli tylko nie zostaliśmy ich niewolnikami – bo od marzeń też się można uzależnić – to one pełnią wiele funkcji, i terapuetyczną, i wspierajacą. A przede wszystkim dają coś, co jest bardzo istotne. Radość życia i poczucie sensu.

Szkoda tylko, że marzenia są dla nas odświętne. Ale może gdyby były codzienne, nie byłyby już marzeniami?
Ludzie, którzy narzekają na brak sensu w życiu, mają zwykle tak bajkową codzienność, w której spełniają się ich wszystkie życzenia, że nie mają już o czym marzyć. I to jest dla nich duży problem. Nie chodzi już nawet o to, że mają wszystko, tylko że zupełnie ich zadowala to, co już dostali od życia. I to jest moment, w którym trzeba pójść w stronę innych ludzi i pomóc im realizować ich marzenia. Przestać patrzeć w lustro, a zacząć patrzeć przez okno.

Ale aby to zrobić, trzeba nasycić się najpierw swoimi marzeniami. Zawsze pan zachęcał, żeby realizować nawet te dawne, młodzieńcze. Bo być może nie są już tak silne, ale dają nam przynajmniej poczucie, że my już swoje dostaliśmy. I wtedy możemy zwrócić się do innych.
I gwarantuję, że ten moment, kiedy człowiek patrzy na świat dookoła i nie ma już potrzeby go konsumować, jest bardzo przyjemny. Przestaje się być biorcą, a staje się dawcą. To bardzo transformujące. Ale do tego trzeba dorosnąć, w czym bardzo pomagają marzenia. Bo z ich snuciem i spełnianiem wiąże się wiele bardzo istotnych doświadczeń: odczuwamy nadzieję i obawę, radość i gorycz, samotność i wsparcie innych, pustkę i pełnię. Już wiemy, co jest ważne, a co nie. Poza tym nasze marzenia ewoluują, zmieniają się. Stopniowo przestajemy coś udowadniać sobie czy światu, a skupiamy się na drobnych przyjemnościach, na przykład na własnym hobby. Nie zależy nam już tak bardzo na opłynięciu świata, bardziej liczy się dla nas różany ogródek czy sklejanie modeli samolotów. Mój wujek w wieku 70 lat zajął się swoim drzewem genealogicznym. Wydał książkę o rodzinie i zorganizował wielki zlot krewnych z całego świata – w sumie nikomu więcej poza tymi 100 osobami to nie posłużyło, ale było dla niego wielką frajdą. Dlatego może dobrze mieć szalone marzenia, gdy się ma dwadzieścia parę lat, po 40. wrócić raz jeszcze do tych niezrealizowanych, koło 60. zająć się tymi może nie mniej szalonymi, ale mniej wyczerpującymi fizycznie czy finansowo, a potem przejść w stronę tych symbolicznych, niekoniecznie materialnych. Jak spotkanie z kimś ważnym, przeczytanie książki, zobaczenie miejsca, z którym mamy jakieś ważne wspomnienia. I tak można przeżyć całe życie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Celebruj relacje

Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Dobre relacje dają życiową siłę. (Fot. iStock)
Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy - hormonu szczęści.

Relacje to skomplikowane sprawy, które nierzadko są źródłem różnego rodzaju zaburzeń lękowych. Z kolei życie w lęku utrudnia nam kontakty z ludźmi. Obawy, czy jesteś dostatecznie dobrym partnerem albo przyjacielem, strach przed porzuceniem i lęk wywołany nieustannym analizowaniem każdej sytuacji uniemożliwiają ci spokój i radość z przyjemnych chwil spędzanych z bliskimi.

Przyjaźnie. Związki. Rodzic. Dziecko. Kolega z pracy. Każdy z nas nawiązuje bardzo wiele różnych relacji. Możesz określić, w jakim kierunku pójdą i czy będą się wiązać z lękiem. Jest na to dość przyjemny sposób: wyszukiwanie drobnych rzeczy, które chcesz celebrować każdego dnia.

Chodzi o punkt widzenia. Ludzie mają tendencję do skupiania się na negatywach, co w naturalny sposób wzbudza lęk. Szukając negatywnych cech w ludziach i w naszych relacjach z nimi – często w sposób nieuświadomiony – widzimy głównie problemy. Komplikacje zdarzają się w każdym związku, ale jeśli koncentrujemy się głównie na nich, czujemy coraz większy strach i zdenerwowanie.

Gdy przeniesiemy uwagę na pozytywne aspekty relacji, mamy szansę na zupełnie inne doświadczenia. Aby jednak ta metoda była skuteczna, trzeba nie tylko dostrzegać pozytywy, ale wręcz je celebrować. To proste. Myśl o pozytywnych stronach twojego związku, a następnie rób drobne rzeczy, które to uczczą.

Na przykład:

  • Kup sobie lub komuś, kogo znasz kawę i wypijcie ją razem, delektując się jej smakiem.
  • Stwórz własną playlistę, którą udostępnisz znajomemu lub członkowi rodziny. Baw się, dodając nowe piosenki i dzieląc się reakcjami.
  • Znajdź znajomego, który będzie chodził z tobą na spacery. Ciesz się dawką ruchu i miłym towarzystwem.
  • Dodaj własne pomysły – pomyśl o prostych, ale atrakcyjnych sposobach na uczczenie pozytywnych aspektów twoich relacji.
  • Czy celebrowanie naprawdę pomaga zapanować nad lękiem? Odpowiedź brzmi: tak. Celebrowanie stymuluje mózg. Szukając pozytywnych cech innych osób, ważnych aspektów swoich relacji i własnych działań, a następnie celebrując je wedle uznania, pobudzasz wydzielanie dopaminy. To mechanizm nagrody w postaci dobrego samopoczucia. Twój mózg łączy relację z przyjemnością, jaką sobie z tej okazji fundujesz (przy czym nie muszą to być huczne obchody) i wydziela dopaminę, która odpowiada za uczucie zadowolenia i redukuje lęk. Zmiana nastawienia, celowe dostrzeganie i celebrowanie pozytywów pobudza wydzielanie hormonu szczęścia i zmniejsza niepokój.

Serdeczność wraca

Nieważne, czy chodzi o przyjaźń, miłość czy relacje zawodowe. Gdy dwoje ludzi dostrzega dobro w sobie i w partnerze, ich relacja jest silna i satysfakcjonująca. Oczywiście nie jest całkowicie wolna od problemów, ale potrafimy się wspierać i koncentrować na pozytywach, nawet podczas konfliktu. Kluczem jest nasze poczucie własnej wartości oraz przekonanie o wartości drugiej osoby.

Mówiliśmy już, że możesz wzmocnić poczucie własnej wartości dzięki „serdecznym afirmacjom”. Z kolei ciepłe myślenie o partnerze, przyjacielu czy innych ludziach w twoim życiu ma kilka skutków. Po pierwsze, zaczynasz inaczej postrzegać daną osobę, akceptując ją w całości, bez skupiania się na wadach. To uczy cierpliwości i zrozumienia dla innych. Eliminuje też lęk, ponieważ nie koncentrujesz się na problemach – ani własnych, ani cudzych. Osłabienie lęku wynika również z zaakceptowania wartości twojego przyjaciela lub partnera. Jeśli dostrzegasz wartość w sobie i innych pomimo ich słabości, łatwiej jest ci nawiązywać relacje. W miarę jak utrwalasz pozytywną perspektywę, twój lęk w naturalny sposób zanika.

Możesz wykorzystać serdeczne afirmacje także wobec innych, podobnie jak wykorzystujesz je w stosunku do siebie. Pozytywne stwierdzenia mogą dotyczyć ciebie, osób w twoim życiu i reszty świata. Możesz je zapisać i schować w łatwo dostępnym miejscu. Niektórzy trzymają listę w samochodzie i zerkają na nią, stojąc na światłach, inni przechowują ją w miejscu, w którym spędzają najwięcej czasu w ciągu dnia. Listę możesz stworzyć również w telefonie. Najważniejsze, abyś mógł z niej korzystać codziennie.

W tworzeniu listy pomogą ci poniższe przykładowe afirmacje. Możesz je przeformułować tak, żeby pasowały zarówno do innych osób, jak i do ciebie.

  • Oby mój partner/przyjaciel czuł się komfortowo, odpoczywając ze mną.
  • Oby dostrzegał, jak jest dla mnie ważny.
  • Oby pozbył się wszystkich zmartwień.
  • Oby pozbył się lęku przed oceną. O
  • Obyś potrafił spojrzeć na siebie i innych z ciepłem i sympatią, czując spokój zamiast lęku.

Fragment książki „Jak żyć bez lęku. 101 sposobów, aby uwolnić się od niepokoju, fobii, ataków paniki.” Książka prezentuje plan, który pomoże Ci uwolnić się od pułapki, jaką jest życie w ciągłym napięciu. Pracując nad kontrolowaniem swoich obaw i poprawą jakości życia, pamiętaj, aby żyć chwila za chwilą. Żyć spokojnie, „po kawałku”, to jeden z najlepszych sposobów na pokonanie lęku.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Mindfulness na trudne czasy. Rozmowa z Zuzanną Ziomecką, trenerką uważności

Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce
Co nam daje mindfulness? – Buduje umiejętność skupienia uwagi i kierowania nią. Umożliwia bycie w pełni obecnym, kiedy tego chcemy czy potrzebujemy. Osłabia reakcje automatyczne, zastępując je reakcjami świadomymi – pisze w swojej książce "Wyspa spokoju. Jak mindfulness pomaga w trudnych sytuacjach" trenerka Zuzanna Ziomecka. (Fot. Michał Wargin)
Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z naszego życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W dzisiejszych czasach to rzecz bezcenna. Zuzanna Ziomecka tłumaczy, jak praktyka mindfulness może pomóc również w podejmowaniu trudnych decyzji.

W swojej najnowszej książce piszesz, że paradoksalnie praktyka mindfulness przygotowała cię na falę niespodziewanych zdarzeń: nagłą utratę pracy i śmierć ukochanej babci. Sądzisz, że bez tego nie dałabyś sobie wtedy rady?
Nie wiem, czy nie dałabym sobie rady, ale na pewno dałabym sobie radę gorzej. Mindfulness pomaga, bo buduje mentalną formę. Tak samo jak budujemy kondycję fizyczną po to, by kiedy ucieknie nam autobus, móc go szybciej dogonić, zamiast zaczynać ćwiczyć dopiero na przystanku, gdy on już odjeżdża. Z mindfulness jest bardzo podobnie. To praktyka, która wzmacnia odporność psychiczną i zapobiega temu, by rozmaite życiowe problemy wzbudzały w nas bardzo destrukcyjną reakcję.

Ja doświadczyłam tego podczas masażu dźwiękiem. Wprowadził mnie w stan tak wielkiego spokoju, że wszystko, co potem spadło na mnie w ciągu dnia, przyjmowałam z anielską cierpliwością, a zwykle takie sytuacje wytrącały mnie z równowagi. Mindfulness powoduje, że w ogóle nie dochodzi do wzburzenia czy po prostu powrót do równowagi jest szybszy?
To zależy. Reakcja stresowa zwykle dodaje nam dużo energii do działania – walki lub ucieczki – ale żeby to zrobić, musimy ją skądś zabrać. Ośrodek, który ponosi podczas stresu największą stratę, to nowoczesna część mózgu zwana korą przedczołową. W stresie tracimy dostęp do tego obszaru, a to on jest odpowiedzialny za nasze najważniejsze kompetencje, wiedzę i umiejętności. W nim mieści się pamięć, zdolność do sprawnego komunikowania, umiejętność analizy, kreatywność, uczenie się, empatia... I nagle ciach, stres nam to zabiera. Utrzymanie dobrej „formy uważnościowej” poprzez regularną praktykę powoduje, że ta reakcja odpala się rzadziej albo w mniejszej skali, czyli nie tracimy rozumu w obliczu stresu. Są jednak takie sytuacje losowe, których nie sposób nie przeżywać. Gdy dzieje się coś, co przewraca nasze życie do góry nogami, jak śmierć kogoś bliskiego, choroba czy choćby właśnie utrata pracy – na to nie ma magicznego pstryczka.

Mindfulness nie sprawi, że trudności znikną z życia. To, co nam może dać, to odrobinę więcej opanowania, samoświadomości i kontroli. W takim stanie nie reagujemy automatycznie, czyli nie wchodzimy w utrate koleiny, które sprawiają, że zachowujemy się tak, że później żałujemy. A stres albo nie pojawia się wcale, albo pojawia się, ale jesteśmy w stanie go lepiej opanować.

Opowiedz o swojej osobistej historii z mindfulness. Jak rozumiem, wszystko zaczęło się w 2013 roku, a czynnikiem zapalnym był artykuł w „Przekroju”, który wtedy prowadziłaś, na temat tego, jak radzą sobie ze stresem wizjonerzy z Doliny Krzemowej.
Nasz artykuł w „Przekroju” był pierwszym dużym tekstem w ogólnokrajowych mediach na temat mindfulness. Napisała go dziennikarka z działu nauki, która była bardzo zainteresowana tym, w jaki sposób ćwiczenia mentalne wpływają na organizację i strukturę mózgu. Faktycznie wtedy najgłośniej i najczęściej mówili o tym przedsiębiorcy z Doliny Krzemowej, którzy pracowali nad ważnymi innowacjami pod ogromną presją czasu. Śledziłam ich poczynania i odwoływania do praktyki uważności od jakiegoś czasu w magazynach, którymi byłam wtedy zafascynowana, jak „Wired” czy „Fast Company”. To były pisma, które traktowały przedsiębiorców i start-uperów niczym gwiazdy rocka. A hasło „mindfulness” przewijało się nagminnie. Intrygowało mnie więc od dawna, ale dopiero tekst w „Przekroju” pomógł mi lepiej zrozumieć, czym owo mindfulness jest. Poza inspiracją czerpaną od innych, bardzo lubię rozumieć, jak coś działa. To mi daje dużą motywację. Dlatego moja książka jest pełna wyjaśnień naukowych oraz historii praktyków.

Mamy masę dowodów na to, że dzięki praktykowaniu uważności ciało migdałowate w mózgu zmniejsza swoją objętość i staje się mniej reaktywne na zdarzenia stresowe. Mamy też dowody na to, że praktycy mindfulness podejmują bardziej świadome i lepszej jakości decyzje. Mamy nawet dowody na to, że lepiej radzą sobie z konfliktami w rodzinie, związkach czy pracy. Tych badań jest ponad sześć i pół tysiąca. W książce zebrałam 12 historii z życia różnych osób pokazujących, że to nie są wnioski oderwane od rzeczywistości, tylko prawdziwe zmiany, których można doświadczyć w życiu codziennym i w trudnych momentach.

Czyli nie bez powodu panuje opinia, że medytacja, a zwłaszcza medytacja mindfulness, która wydaje się najłatwiejsza „w obsłudze”, jest dziś lekarstwem na wszystkie bolączki.
Nie jest! Nie! Mindfulness nie rozwiązuje żadnego problemu, ale w obliczu każdego pomoże ci lepiej poradzić sobie z sobą. Problem nie zniknie, ale ty będziesz silniejsza, bardziej opanowana, mądrzejsza. W tym sensie jest pomocny we wszystkich trudnych i zwykłych okolicznościach, bo daje kontakt ze sobą, pokazuje wyraźnie, co się dzieje i pozwala działać świadomie i rozsądnie, zamiast impulsywnie i odruchowo.

Najbardziej ze wszystkich korzyści, o których piszesz, zainteresowała mnie pomoc w podejmowaniu decyzji. Jest kilka powodów, dla których bywa to dla nas trudne. Po pierwsze, nie wiemy, jakie będą ich skutki, więc wyrzucamy sobie po czasie, że podjęliśmy złą decyzję, że mogliśmy kogoś spytać albo że za szybko zareagowaliśmy. Mindfulness sprawia, że podejmujemy lepsze decyzje czy że nie mamy do siebie potem o nie pretensji?
Magia tkwi w samym procesie, bo na to mamy wpływ. Możemy pracować nad uważnym podejmowaniem decyzji, co jest trochę inną rzeczą niż jej konsekwencje. To, co się wydarzy potem, zależy od wielu czynników, nie do końca takich, które kontrolujemy.

Jak w tym procesie może nam pomóc uważność?
Może nam dać przekonanie, że nie pominęliśmy niczego ważnego w rozważaniach, nie zachowaliśmy się pochopnie i że decyzja, którą podjęliśmy, nie jest oderwana od tego, kim jesteśmy i do czego zmierzamy w życiu. To są najważniejsze kwestie, które warto wziąć po uwagę przy dokonywaniu trudnych wyborów. I one nie są dla nas dostępne, gdy włącza się napięcie i poczucie presji czasu, które odbierają nam cierpliwość. Mamy wtedy potrzebę, by działać szybko. Dlaczego? By rozładować nagromadzoną w ciele energię, którą stres nam dostarcza. Dlatego tak trudno jest słuchać innych oraz siebie, gdy jesteśmy zdenerwowani. Trudno się skupić, zdystansować, pomyśleć, bo ciało przede wszystkim łaknie działania. Jakiegokolwiek działania.

Regularna praktyka uważności przywraca cierpliwość – pozwala spokojnie się zastanowić, dać sobie czas i przestrzeń na to, by obejrzeć sprawę z różnych stron. Te różne strony to na przykład sprawdzenie, jak ludzie, którym ufam, a którzy nie są dokładnie tacy jak ja, widzą tę sprawę. Nasze postrzeganie rzeczywistości jest biologicznie dość wąskie i ograniczone. Dlatego im więcej mądrych i zaufanych osób powie nam, jak one to widzą, tym szerszy obraz zobaczymy.

Druga rzecz, która jest bardzo wartościowa, to słuchanie trzewi albo inaczej: brzucha, albo jeszcze inaczej: intuicji, które ja rozumiem jako dostęp do naszych wcześniejszych doświadczeń. Wszystkie są zapisane w specjalnym „katalogu”, do którego nie mamy świadomego dostępu. Jest tylko jedno połączenie z nim i ten kabelek biegnie do ciała, nie do świadomego umysłu. Kiedy w tym katalogu dochodzi do rozpoznania pozytywnego wzorca np. „O, to jest podobne do fajnej sytuacji, której kiedyś doświadczyłam”, to ciało reaguje radością na wybór, który przypomina tamten z przeszłości. W drugą stronę to działa tak samo – jeśli podobny wybór w przeszłości skończył się dla nas źle, to ciało będzie mówiło: „Nie, nie tędy droga”. Intuicja jest bardzo pomocnym źródłem informacji.Kłopot w tym, że nie działa, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, z którą nie mamy wcześniejszych doświadczeń. Wtedy nie pojawiają się sygnały od intuicji, tylko zwykłe lęki czy pragnienia, które nie zawsze są dobrymi doradcami. Uważność pomaga zatrzymać się i zauważyć takie sygnały z ciała oraz stwarza sposobność, by odczytać, co mogą oznaczać.

Ostatnia rzecz, jaką daje mindfulness, to przestrzeń do przemyśleń bardziej osobistych. Związanych z tym, co ja chcę osiągnąć w życiu, kim chcę być i jakie są moje wartości. Bo dokładnie ten sam wybór u kogoś innego może skutkować odwrotną decyzją niż u mnie, i nadal być dobrym wyborem. Każdy z nas trochę inaczej nawiguje przez życie i do czegoś innego zmierza. Kiedy to wszystko rozpatrzymy, to właściwie nie będziemy musieli podejmować już żadnej decyzji. Ona sama się podejmuje, bo wszystko stanie się jasne. To piękny moment. I okazuje się, że najlepsze, co musisz zrobić, by wybrać właściwie dla siebie, to posiedzieć w ciszy.

Zachęcasz też do poszukania zdania, które określa naszą misję, czegoś w rodzaju życiowego motta, do którego możemy się odwołać w trakcie podejmowania decyzji.
Nie nazwałabym tego mottem, bo to słowo kojarzy mi się z cytatem z kalendarza ściennego czy ze szkolnego zeszytu. Długo zresztą szukałam słowa, by określić, co mam na myśli. Po angielsku jest idealne – purpose, które można przetłumaczyć jako powołanie lub sens twojego życia. I faktycznie jest tak, że jeśli mamy ułożone, odkryte i zdefiniowane, do czego w życiu dążymy, to trudne decyzje stają się o wiele łatwiejsze do podjęcia.

Jednym z przekleństw naszych czasów jest mnogość wyboru. Mamy tyle możliwości. Możemy mieszkać praktycznie w każdym miejscu na świecie, robić wszystko, o czym marzymy, bo stosunkowo łatwo jest się przebranżowić. Do tego jest tyle mężczyzn i kobiet, z którymi moglibyśmy być, tyle przepisów na to, co moglibyśmy ugotować... Jeżeli nie mamy swojego azymutu, swojej gwiazdy północnej, według której nawigujemy w życiu, to zaczynamy hasać od Sasa do Lasa. Być może ostatecznie wylądujemy w fajnym miejscu i z fajną osobą, a może nie. Bez znalezienia swojego sensu w życiu, oddajemy wszystko w ręce losu.

W pandemii musimy podjąć mnóstwo decyzji, które kiedyś wydawały się proste. Dokąd pojechać z dziećmi na wakacje? Czy odwiedzić rodziców? Dziś nie wiemy, czy to bezpieczne dla nich i dla nas. Żyjemy w trudnych czasach i do tego dochodzą jeszcze trudne okoliczności. Jak sobie z tym radzić?
Ostatni rozdział mojej książki jest chyba dla mnie najważniejszy, bo traktuje o trudnościach, na które nie mamy wpływu; o problemach, których naszymi decyzjami czy zachowaniami nie jesteśmy w stanie rozwiązać. Pandemia jest dobrym przykładem.

Jedną z najgłębszych zmian, jakie mindfulness oferuje praktykom, jest umiejętność bycia w niepewności. Jakie to teraz ważne, prawda? Nigdy nie byliśmy w obliczu tak wielkiego znaku zapytania jak teraz, gdy niepokój jest ukryty pod właściwie każdą decyzją. Zgoda na „nie wiem” powoduje, że jesteśmy w stanie znaleźć spokój mimo niepewności. Może się wydawać, że jedno wyklucza drugie, bo niepokój i trudne emocje, jak strach, gniew czy smutek, mają tendencję do dominowania naszego doświadczenia. Nie lubimy ich, powodują cierpienie i bardzo trudno z nimi funkcjonować. Praktyka mindfulness sprawia, że te stany stają się mniej bolesne. One cały czas są, ale obok nich jest też spokój, opanowanie i świadomość, że to minie. Bo główna obserwacja na temat tego, jaka jest rzeczywistość, jest właśnie taka: wszystko jest ulotne, zmienne. Myśl, którą mam i która w tej chwili wydaje się taka pilna, też zniknie. I to samo dotyczy emocji. Nawet te najbardziej bolesne też w końcu znikają. Ta świadomość daje siłę i odwagę, by je znosić, bez histerycznej próby pozbycia się ich natychmiast. Uważność pomaga dźwigać, jest dodatkową parą rąk, które cię podtrzymują, gdy jest ci źle i czujesz, że już nie dajesz rady.

Kiedy patrzysz się na siebie sprzed dziesięciu lat i na siebie teraz – jaką największą zmianę dostrzegasz?
Jest jedna rzecz, która wychodzi na prowadzenie, rzecz z poziomu meta. Ja kiedyś byłam pusherką, czyli osobą, która ciągle popycha rzeczy do przodu. Miałam poczucie, że muszę ciągle wymuszać na rzeczywistości wysłuchanie mnie albo wzięcie pod uwagę mojej perspektywy. Więc wywierałam nacisk: na ludzi, na szklane sufity, na rozmaite ściany i mury. Dzięki mindfulness zauważyłam, że ta tendencja, która – jak uważałam – służyła mi zawodowo, stała się moją cechą charakteru. Często narzucałam swoją wolę, a nawet wymuszałam różne rzeczy – w moich relacjach z partnerem, z dziećmi, ale też z rzeczywistością. Bo kiedy sobie coś wymyśliłam, to za wszelką cenę chciałam to zrealizować. Nie zwracałam uwagi na to, czy to jest potrzebne, czy ktoś jest tym w ogóle zainteresowany. Zrobiłam w życiu tyle rzeczy, których nikt nie potrzebował, tylko dlatego, że mi się podobały! Wiele razy waliłam głową w mur, nie widząc, że obok są drzwi. Teraz działam inaczej. Staram się wkładać energię w rzeczy, które są potrzebne, i słuchać tego, co do mnie wraca. To bardzo wiele zmienia. Dziś często dostaję informację zwrotną: „To było dla mnie ważne, coś mi dało”. Czuję się w lepszym kontakcie z rzeczywistością i ludźmi wokół mnie. I napędza mnie nadzieja, że robię rzeczy, które są nie tylko dobre dla mnie, ale też dla świata.

Nie jesteś już pusherem, a kim?
Tancerką. Nawet moja działalność gospodarcza tak się nazywa. „Zuzanna Ziomecka tańczy”.

Zuzanna Ziomecka, dziennikarka i trenerka specjalizująca się w rozwoju zdolności przywódczych. Jest wiceprezesem Polskiego Instytutu Mindfulness oraz dyrektorem w WellCome Institute, gdzie tworzy autorskie programy rozwojowe dla międzynarodowych firm. Wcześniej prowadziła i redagowała takie projekty, jak „Aktivist”, „Gaga” czy „Przekrój”.

  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o zachwycie – karty emocji Katarzyny Miller

Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Zachwyt to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Jest też mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły. (Fot. iStock)
Wyrywają się z naszych ust, a nawet wprost z serc, kiedy odurza nas jakiś widok, zapach, dźwięk lub dotyk. Bo zachwyt ma wiele wspólnego ze zmysłami, z ich budzeniem, ale i traceniem. A nie każdy jest na to gotowy. Pora na kolejną kartę emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Zachwyt…

…to podziw lub uznanie, wyrażone zwykle gestem, słowem, westchnieniem, mimiką, a czasem i całą postawą. Mówi się przecież o mdleniu z zachwytu, o byciu posągiem zachwytu czy cielęcym zachwycie. Zachwyt wprawia nas więc w stan odurzenia, oczarowania kimś lub czymś do tego stopnia, że tracimy przytomność, rozum czy możliwość ruchu – zastygamy oniemiali, zaskoczeni, a nawet wstrząśnięci tym, że coś może na nas tak silnie pozytywnie oddziaływać. Zachwyt jest mocno związany z oddziaływaniem na nasze zmysły – kiedy jesteśmy w stanie zachwytu, są one wytężone do granic możliwości i w pełni zaspokojone. Zachwyt jest emanacją radości i przyjemności, ale też ma w sobie chęć podporządkowania się temu, co nas zachwyca, oddania się temu kompletnie we władanie, a nawet uznania swojej mniejszości wobec obiektu wzbudzającego w nas to uczucie.

Po co nam to uczucie?

Ukazuje nam bogactwo i piękno otaczającego świata, ale też naszego świata wewnętrznego. Pokazuje, że coś może spełniać wszystkie nasze wymagania zarówno estetyczne, jak i intelektualne, poruszać każdy z naszych zmysłów. Duża w tym rola naszej woli – zachwyt pojawia się bowiem wtedy, gdy to my uznamy coś za idealne, mamy więc moc, by samemu się wprawiać w ten stan.

Zadania

  • Przypomnij sobie, co ostatnio wprawiło cię w największy zachwyt albo co zwykle cię w niego wprawia? Sztuka? Muzyka? Przyroda? A może ktoś? Zastanów się, co sprawia, że się czymś zachwycasz. Czy zawsze jest to ten sam element?
  • Jak zwykle wyraża się twój zachwyt? Poprzez wow? Okrzyk? A może przymknięcie oczu i głębokie westchnienie? Czy to uczucie jest tak silne, że tobą włada, czy może jest intensywne, ale na tyle, by cały czas być go świadomym?
  • Czy łatwo się czymś zachwycasz? Czy jesteś w stanie wzniecić w sobie to uczucie w obliczu elementów swojego codziennego życia: zachowania bliskiej ci osoby, krajobrazu mijanego w drodze do pracy, smacznego obiadu? Jeśli nie, spróbuj…

Więcej w zestawie z książeczką: „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na sklep.zwierciadlo.pl.