1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. A może by tak wymknąć się na chwilę codzienności i oddać marzeniom?

A może by tak wymknąć się na chwilę codzienności i oddać marzeniom?

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Większość ludzi nie żyje marzeniami, a codziennością. A teraz jest idealny moment, by to odwrócić. - Ze snuciem marzeń wiąże się wiele bardzo istotnych doświadczeń: odczuwamy nadzieję i obawę, radość i gorycz, samotność i wsparcie innych, pustkę i pełnię. Już wiemy, co jest ważne, a co nie - mówi w rozmowie z Joanną Olekszyk mówca motywacyjny Jacek Walkiewicz. 

Większość ludzi nie żyje marzeniami, a codziennością. A teraz jest idealny moment, by to odwrócić. - Ze snuciem marzeń wiąże się wiele istotnych doświadczeń: odczuwamy nadzieję i obawę, radość i gorycz, samotność i wsparcie innych, pustkę i pełnię. Już wiemy, co jest ważne, a co nie - o potrzebie, sile, ale i cenie marzeń mówi mówca motywacyjny Jacek Walkiewicz. 

Jest pan wsparciem i inspiracją dla wielu osób, które chcą spełniać swoje marzenia. Bo często właśnie tych dwóch rzeczy brakuje nam w najbliższym otoczeniu. Ciężko robić swoje, niezależnie od tego, co mówią inni. Jeśli się nie ma wsparcia, trzeba chyba mieć mnóstwo samodyscypliny? W opowieściach o spełnianiu marzeń jest mnóstwo skrótów, które dobrze brzmią, ale często nie oddają całej prawdy. Kiedy czytamy o kimś, kto wszedł na Kilimandżaro albo jak Adam Bargiel zjechał na nartach z K2, to nie widzimy wszystkiego, co było przed i co zdarzyło się po drodze – widzimy tylko finał, który – jeśli jest szczęśliwy – zawsze dobrze wygląda. Nie widzimy prób i podejść, które nie zakończyły się sukcesem. W sformułowaniu „rób swoje, niezależnie od tego, co mówią inni” też jest pewien skrót myślowy. Kompletne oderwanie się od innych jest bowiem mało możliwe.

Czyli nasze marzenia nigdy nie są tylko nasze? One nie dzieją się w próżni, zawsze dotykają innych osób wokół nas. A najbardziej tych, dla których jesteśmy ważni: partnerów, rodziców, dzieci. Kiedyś czytałem o człowieku, który wyjechał na dwa lata do Indii, żeby poznać siebie. Kiedy wrócił, żona wyrzuciła go za drzwi, co go bardzo zdziwiło: przecież on to zrobił po to, by być lepszym człowiekiem, mężem i ojcem! Jego żonie jednak trudno było zrozumieć, że aby to się stało, ona musiała dwa lata mieć na głowie cały dom i dzieci. Nasze marzenia w większości są nasze, bo dla innych mogą być tylko mniej lub bardziej zrozumiałe, ale do ich realizacji musimy bezpośrednio lub pośrednio włączyć innych ludzi. I oni też muszą ponieść jakieś tego konsekwencje i koszty. Walt Disney ładnie to ujął – powiedział, że w życiu trzeba być jednocześnie marzycielem, krytykiem i realistą.

Czasem w roli krytyka lub realisty stają właśnie nasi przyjaciele albo partnerzy. Aleksander Doba, który samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki, opowiadał, że jego żona nie była zachwycona tym samotnym podróżowaniem, ale wiedziała, że on i tak to zrobi. Ja mimo wszystko uważam, że marzenia to jest zawsze kwestia wyboru i słowa, które nie robi dziś kariery, ale jest bardzo ważne, czyli odpowiedzialności. Czy bierzemy odpowiedzialność za to, co robimy i za konsekwencje tych działań. Jeżeli człowiek jest w stanie wziąć odpowiedzialność za ewentualny rozpad związku czy rozluźnienie więzi, za smutek dzieci i ich tęsknotę, za potencjalne zdarzenia losowe – to jest to rzeczywiście świadoma decyzja. Nie wiem, jak to jest z kobietami, mogę mówić w imieniu mężczyzn, a oni zawsze byli nomadyczni, zawsze dokądś jechali, szli albo wędrowali. To jest w naszej naturze, ale też zawsze mieliśmy na to społeczne przyzwolenie. Potrzebujemy być w wędrówce, często samotnej. A dzisiejsi mężczyźni ciągle są z kimś: w pracy, w domu, po godzinach. Być może dlatego Aleksander Doba chce samotnie pływać kajakiem i ma z tego frajdę. Ale też zrozumiałe jest, że jego żonie może się to nie podobać. Chodzi o świadomość, co realizacja mojego marzenia robi mnie, ale też co robi lub może zrobić moim bliskim. Są ludzie, którzy rzucili się we własne marzenia głową w dół i zderzyli się z ziemią. Bo też nie wszystkie marzenia są proste w realizacji, a niektóre inaczej wyglądają z zewnątrz, a inaczej, kiedy już się je realizuje. Dlatego najistotniejsza jest świadomość, że za wszystko, także za marzenia, płaci się jakąś cenę. I po drodze pojawiają się często dodatkowe rachunki, których nie przewidzieliśmy.

Jakie? Chyba największym rachunkiem jest to, że realizując swoje wizje, możemy się zmienić i w związku z tym przestać pasować do środowiska, z którego wyrośliśmy. Czyli ten świat, który nas otaczał, a który opuściliśmy, by zrobić coś ponad niego, a czasem wbrew niemu – przestaje być już naszym światem. Możemy zmienić miejsce zamieszkania, zakończyć jakiś związek i rozpocząć nowy, możemy stracić dawnych znajomych, ale możemy zatracić też pewną wizję świata i zmierzyć się z nową. Na przykład czyimś marzeniem czy misją było pojechanie w miejsca dotknięte wojną albo kataklizmem i pomoc tamtejszej ludności – takie osoby po powrocie już nigdy nie są tymi samymi ludźmi. Ich system wartości i potrzeby zupełnie się zmieniają. Dla ludzi, którzy cenią sobie spokój, przynależność i bezpieczeństwo, może to być wielkim zaskoczeniem. Zaskoczeniem może być również to, że marzenia rozczarowują. Wiele cudownych pomysłów zbankrutowało, bo na poziomie ekonomicznym okazały się porażką. Zobaczmy, że gdy patrzymy na tych, którzy opisują swoją drogę do spełniania marzeń, to zawsze jest tam upadek i podniesienie się z niego, znów upadek i ponowne podniesienie się. A moment upadku nigdy nie jest przyjemny. Dlatego marzenie to ciągłe mierzenie się ze sobą, z wyobrażeniem o sobie, o świecie, życiu, ale i z rozczarowaniem. Czasami trzymamy w sobie coś, co daje nam siłę, ale tylko na poziomie wizji, natomiast na poziomie realizacji nie okazuje się czymś fascynującym. Mimo to ludzie zawsze mieli i spełniali marzenia – i w ten sposób zmieniali świat, natomiast o tych niezrealizowanych nikt już nie pamięta.

Marzenia zmieniają nas samych, ale i ludzi wokół nas. Do niektórych zbliżają, od niektórych oddalają. Cóż, nie wszyscy muszą nas rozumieć. Ludzie, którzy noszą w sobie wielkie marzenia i wizje, często wybijają się ze środowiska, w którym dorastają. Kolokwialnie można powiedzieć, że są postrzegani jako „nawiedzeni“ – mówią o tym w kółko, myślą tylko o tym. A większość ludzi nie żyje marzeniami, tylko codziennością. Narzekaniem na nią, poczuciem braku sensu. I być może z czystej zazdrości niespecjalnie lubimy ludzi, którzy realizują swoje wizje i potwierdzają w ten sposób, że one są realne, wystarczy tylko spróbować. Dlatego marzyciele i wizjonerzy szukają tych, którzy ich zrozumieją, czyli ludzi podobnych do nich samych.

Wystarczy mieć jedną osobę, która uwierzy w naszą wizję, żeby dostać wsparcie? Tak jak mówi się w terapii, że wystarczy mieć jednego dorosłego w dzieciństwie, który kocha i akceptuje nas takimi, jacy jesteśmy, żeby dać sobie radę w przyszłości. Nie wiem, to trudny temat. Są ludzie, którzy przeszli traumy w dzieciństwie i potem dobrze funkcjonują w życiu, a są tacy, co nie przeżyli traumy, a nie mogą się odnaleźć. Nie ma jednego algorytmu. Generalnie żyjemy w świecie kultu jednostki, poczucie wsparcia jest według mnie trochę iluzoryczne – te lajki na Facebooku może i dają siłę i są lepsze niż hejt i krytyka, ale czy stanowią faktyczną podporę w momentach zwątpienia? To, że ktoś, kogo nie znamy, pisze miły komentarz, poprawia humor, ale czy bardziej znaczący byłby taki komentarz od kogoś bliskiego – trudno powiedzieć, pewnie to zależy od rodzaju relacji. Niewątpliwie obcą osobę o wiele mniej kosztuje napisanie: „Rzuć wszystko i podążaj za swoim marzeniem” niż kogoś, kto nas zna 20 lat. Bo ktoś bliski bierze wtedy pewną odpowiedzialność za to, co się dalej stanie.

No właśnie, trudno wspierać bliskich w realizacji ich marzeń, zwłaszcza jeśli wiąże się to z dużym ryzykiem, na przykład finansowym. Sama znam przypadki, gdzie cała rodzina ponosi koszty pasji męża czy córki. Myślę, że wiele osób żyje w terrorze czyichś pasji. Oczywiście życie z kimś jest wyborem – jeśli kobieta wiąże się z alpinistą, to powinna zdawać sobie sprawę z tego, że nie tylko jego, lecz i jej życie będzie podporządkowane górom. Ale rodzi też dylemat – na ile mamy prawo realizować swoje marzenia kosztem innych. Gdyby wszyscy mieli podejście: „To moje życie i mogę zrobić z nim, co chcę”, to sądzę, że nie bylibyśmy w stanie funkcjonować jako rodziny, ale też jako społeczeństwo. Bo ktoś prowadzi pociąg po to, by inni mogli nim pojechać po swoje marzenia.

Może wszystko zależy od rozmiaru naszego marzenia? Większe wiążą się ze znaczniejszą odpowiedzialnością, a mniejsze – z mniejszą? Większość ludzi znajduje w życiu czas, pieniądze i energię na zrealizowanie pomysłów, których pewnie nie nazwalibyśmy nawet marzeniem, raczej jakimś celem. Z kolei opowieści o realizacji naprawdę wielkich marzeń, którym jest podporządkowane całe życie człowieka, ogromnie uwodzą i są metaforą życiowego szaleństwa, ale dotyczą garstki osób, zwykle w pewnym wieku – okołostudenckim, jeszcze przed zobowiązaniami typu rodzina i dzieci. Są też ludzie, którzy wsiadają do łódki i płyną przed siebie z małymi dziećmi, mężem czy żoną, ale oni zawsze byli – kiedyś w większości mężczyźni, teraz to się już zmienia. Przecież nawet w Polsce lat 60. czy 70., kiedy trudno było dostać paszport, ludzie podróżowali po świecie. Obecnie jest to o wiele łatwiejsze i nie sądzę, by ktoś mówił o spełnianiu marzeń, kiedy kupuje tani bilet do Hiszpanii.

Takie też mam wrażenie, że dziś te marzenia przez wielkie M to projekty typu zjazd z K2 Andrzeja Bargiela, a te mniejsze — typu wyjazd do Hiszpanii postrzegamy bardziej jako życzenia, zachcianki, przyjemności. Ja, kiedy mówię o marzeniach, to myślę o czymś, co jest trudne, wielkie i co czeka na właściwy moment – w nas czy w otaczającym świecie. To się oczywiście zmieniło, bo wychowałem się w czasach, w których największym marzeniem były markowe dżinsy, na przykład z Peweksu. Dziś dla większości ludzi to już abstrakcja, ale może nie dla tych, którzy mieszkają w mniejszych miastach i biedniejszych środowiskach. Natomiast sądzę, że kiedy ludzie mówią o marzeniach, to mają na myśli rzeczy, które wyrwałyby ich z codzienności, dodały kolorów ich życiu, dały inną perspektywę. I tu jest ryzyko wielkiego rozczarowania. Bo na przykład jeśli mówimy o podróży do jakiegoś wymarzonego zakątka, to często jest tak, że kiedy już tam docieramy, okazuje się, że morze jest wprawdzie błękitne, ale tak samo jak w innych miejscach, a ludzie mają w sklepach to samo co my. W związku z tym – aby uniknąć rozczarowań – niezwykle ważna jest motywacja. Dlaczego chcę to zrobić? Dlaczego chcę tam pojechać na przykład? Czy to jest motywacja płynąca z mojego ego: żeby się wykazać, poczuć się lepszym? Czy w jakiś sposób wiąże się z wizją rozwoju, poznania siebie i świata? Powiedziałem kiedyś, że podróże kształcą wykształconych ludzi, czyli tych, którzy traktują je jako element edukacji i zgłębiania siebie przez poznawanie świata. Wtedy nie muszą wcale jechać na drugi koniec globu, mogą pójść do pobliskiej galerii i obejrzeć wystawę malarstwa. Dlatego o wiele bardziej produktywna jest taka motywacja: „Chcę gdzieś jechać dlatego, że stamtąd pochodzą moi przodkowie” albo „Bo mieszka tam ktoś, kogo zawsze chciałem spotkać”. Bardziej niż pomysł, by objechać Polskę na rowerze do tyłu czy bić inne rekordy.

Porozmawiajmy chwilę o tych trochę zapomnianych marzeniach, nie tych, co buchają wielkim ogniem przez całe nasze życie, ale które tlą się gdzieś w środku i na przykład ożywają po 40. czy 50. Mamy już pewną stabilizację, ale też poczucie, że czegoś brak, coś domaga się, by dać mu szansę na realizację. Z jednej strony jest ogromna potrzeba, a z drugiej lęk, że może na to już za późno, ryzyko jest zbyt duże. Skąd brać wtedy siłę, by podążać za tym wewnętrznym płomykiem? Trudno dać na to pytanie jednoznaczną odpowiedź, trudno się tu odnieść do jakiegoś wzorca. Bo jeśli mówimy o tych, którzy dziś mają 50 czy 60 lat, czyli o moim pokoleniu, to są to ludzie, którzy wcześniej nie mieli zwykle możliwości realizacji marzeń, a w tej chwili już tak. Tylko teraz nie mają sił, zdrowia i zapału 20-latka. Jest więc większa szansa, ale i większe ryzyko, a do tego, że znów powtórzę, nie mamy żadnych wzorców, jak postępować. Być może jesteśmy w ogóle pierwszym pokoleniem, które może sobie pozwolić na realizację młodzieńczych marzeń, bo jest niezależne finansowo, na dodatek ma całkiem dobre zdrowie. Pozostaje tylko zmierzyć się z pewną kwestią kulturową. Nasze babcie w naszym wieku już zbierały pieniądze na trumnę i praktycznie kończyły swoje życie, a dziś okazuje się, że mając tyle samo lat co one wtedy, można właściwie zacząć żyć na nowo. Tyle że jedyny wzorzec, jaki mamy, jest taki, że skoro mieliśmy dobre życie i mamy oszczędności, to teraz powinniśmy swój czas i pieniądze poświęcić wnukom, zostawić po sobie spadek, zamiast go trwonić. Bo już nie pora na to.

I co zrobić z tym brakiem wzorców lub jedynym wzorcem, który nam się nie podoba? Pierwsza rzecz, to powiedzieć sobie, że nie musimy być kopią naszych dziadków. Bo każde pokolenie jest podobne do czasów, w których żyje. Nie ma sensu więc mówienie: „Ja w twoim wieku...”, bo mówimy o zupełnie innych realiach. Po drugie, przyda się pewna dawka zdrowego egoizmu. Na zasadzie: „Całe życie pracowałem, żeby mieć to, co mam teraz, więc nawet jeśli to roztrwonię, to mam do tego prawo”. Nie ma takiego wieku, w którym człowiek traci prawo do marzeń. Ale są indywidualne obiekcje, bo ciężko jest się zmienić. Jeśli ktoś przez całe życie był pragmatyczny i nagle poczuł chęć zrobienia czegoś szalonego, to tak naprawdę trochę występuje przeciw sobie – temu sobie, którego zna od 50 czy 60 lat. To może budzić obawę. Dlatego tak przydają się grupy wsparcia, wszelkie uniwersytety trzeciego wieku, ale też przykłady z życia publicznego, jak wspomniany już Aleksander Doba. Cóż, czasem trzeba będzie wejść w konflikt z najbliższymi, na przykład z dziećmi, które pod pozorem troski o ojca i matkę odradzają, a tak naprawdę mają swoje ukryte motywy – zależy im na spadku, a może po prostu nie chcą mieć kłopotów czy martwić się o rodziców.

A może nie chcą zadać sobie pytania: czy ja się w pełni realizuję? Właśnie! Poprzez takie porównanie mogą bowiem odkryć, że sami nie żyją tak, jak chcieliby. Na szczęście dzisiaj można sobie dać radę i bez najbliższej grupy wsparcia. Jest wiele inspirujących książek i filmów, są blogi, wykłady na YouTubie, są ludzie dostępni na jedno kliknięcie myszki. Na wyciągnięcie ręki mamy przykłady i dowody na to, że może się udać, że jest sens realizować marzenia, niezależnie od wieku. A to, że rodzina ma inne podejście… To też kwestia dbania o swoją autonomię, o uniezależnienie się mentalne od tego, co myślą inni. Może potrzebujemy pomocy bliskich, ale to nie znaczy, że mamy być ubezwłasnowolnieni. Niemniej jednak wsparcie innych, dowód, sygnał z zewnątrz, że to, co robię, ma sens, że to żadna fanaberia ani szaleństwo – jest bardzo potrzebne. I to stałe wsparcie. Bo kiedy człowiek pójdzie na wykład motywacyjny, to wychodzi z niego z przekonaniem, że może wszystko. A potem wraca do domu i opowiada o tym ludziom, którzy tego nie doświadczyli, nie poczuli tych emocji, patrzą więc trochę dziwnie, niedowierzająco. Dwa, trzy dni potem zaczyna więc myśleć, że może to rzeczywiście jest bez sensu. Jeszcze zadzwoni w kilka miejsc po radę i usłyszy: „Oszalałeś?!“ – i po pierwotnym zapale nie ma śladu. Dlatego na wszystkie – być może płynące z autentycznej troski i rozwagi – obawy i zastrzeżenia innych trzeba mieć antidotum w postaci osób, które nie tylko były w takiej samej sytuacji jak my, ale też wiedzą, jakie narzędzia pomogą nam w osiągnięciu celu.

Warto żyć marzeniami? Faktem jest, że to codzienność prowadzi do spełniania marzeń. Finał to jedynie deser, wisienka na torcie – w sumie najmniej istotny. Z drugiej strony potrzebujemy takich symboli, momentów domknięcia, bo dają nam energię do realizacji kolejnych celów. Dobrze jest mieć w życiu frajdę z realizacji wielkich wizji, ale i z prozy życia. Marzenia są zawsze tam, gdzie jest wolność. I jeśli tylko nie zostaliśmy ich niewolnikami – bo od marzeń też się można uzależnić – to one pełnią wiele funkcji, i terapuetyczną, i wspierajacą. A przede wszystkim dają coś, co jest bardzo istotne. Radość życia i poczucie sensu.

Szkoda tylko, że marzenia są dla nas odświętne. Ale może gdyby były codzienne, nie byłyby już marzeniami? Ludzie, którzy narzekają na brak sensu w życiu, mają zwykle tak bajkową codzienność, w której spełniają się ich wszystkie życzenia, że nie mają już o czym marzyć. I to jest dla nich duży problem. Nie chodzi już nawet o to, że mają wszystko, tylko że zupełnie ich zadowala to, co już dostali od życia. I to jest moment, w którym trzeba pójść w stronę innych ludzi i pomóc im realizować ich marzenia. Przestać patrzeć w lustro, a zacząć patrzeć przez okno.

Ale aby to zrobić, trzeba nasycić się najpierw swoimi marzeniami. Zawsze pan zachęcał, żeby realizować nawet te dawne, młodzieńcze. Bo być może nie są już tak silne, ale dają nam przynajmniej poczucie, że my już swoje dostaliśmy. I wtedy możemy zwrócić się do innych. I gwarantuję, że ten moment, kiedy człowiek patrzy na świat dookoła i nie ma już potrzeby go konsumować, jest bardzo przyjemny. Przestaje się być biorcą, a staje się dawcą. To bardzo transformujące. Ale do tego trzeba dorosnąć, w czym bardzo pomagają marzenia. Bo z ich snuciem i spełnianiem wiąże się wiele bardzo istotnych doświadczeń: odczuwamy nadzieję i obawę, radość i gorycz, samotność i wsparcie innych, pustkę i pełnię. Już wiemy, co jest ważne, a co nie. Poza tym nasze marzenia ewoluują, zmieniają się. Stopniowo przestajemy coś udowadniać sobie czy światu, a skupiamy się na drobnych przyjemnościach, na przykład na własnym hobby. Nie zależy nam już tak bardzo na opłynięciu świata, bardziej liczy się dla nas różany ogródek czy sklejanie modeli samolotów. Mój wujek w wieku 70 lat zajął się swoim drzewem genealogicznym. Wydał książkę o rodzinie i zorganizował wielki zlot krewnych z całego świata – w sumie nikomu więcej poza tymi 100 osobami to nie posłużyło, ale było dla niego wielką frajdą. Dlatego może dobrze mieć szalone marzenia, gdy się ma dwadzieścia parę lat, po 40. wrócić raz jeszcze do tych niezrealizowanych, koło 60. zająć się tymi może nie mniej szalonymi, ale mniej wyczerpującymi fizycznie czy finansowo, a potem przejść w stronę tych symbolicznych, niekoniecznie materialnych. Jak spotkanie z kimś ważnym, przeczytanie książki, zobaczenie miejsca, z którym mamy jakieś ważne wspomnienia. I tak można przeżyć całe życie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Wstydliwe jelito - jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
O zaburzeniach somatoformicznych mówi się, że to choroby typu „pomocy, nic mi nie jest”. Prawie co trzeci pacjent słyszy od swojego lekarza rodzinnego: „Nic panu nie jest” albo „Jak na razie wszystko w  porządku”. Również w gabinetach wielu lekarzy specjalistów, a przede wszystkim na szpitalnych oddziałach ratunkowych pojawia się masa takich pacjentów.

 

Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka 'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Dr Alexander Kugelstadt, doświadzony lekarz i psychoterapeuty, uważa, że wiele chorób ma więcej niż jedną przyczynę. Kluczem do zdrowia jest zdobycie wiedzy o tym, jak ciało i psychika współpracują. O tym jest jego najnowsza książka "Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia.

Od lekarza do lekarza 

Takie dolegliwości jak biegunki, bóle brzucha, zaparcia, kaszel, częstoskurcz serca, bezsenność lub wysypka skórna, które lekarz kwituje machnięciem ręki i  uspokaja pacjenta słowami: „Wszystko jest w porządku”, są na dłuższą metę dużym obciążeniem. Efekt uspokajający następujący po stwierdzeniu, że nie występują żadne nieprawidłowości fizjologiczne, przeważnie trwa bardzo krótko. Po tym czasie dolegliwości znów nadszarpują nerwy. Dodatkowo nasuwa się pytanie, czy czasem lekarz czegoś nie przeoczył. Niestety często zdarza się, że subiektywne wrażenie nieprawidłowego funkcjonowania organizmu nie pokrywa się z diagnozą lekarską.

Odrzucenie emocji 

Kiedy osoby z dolegliwościami somatoformicznymi w końcu zjawiają się w moim gabinecie na konsultacjach psychosomatycznych, ponieważ z braku innego wyboru zaczynają dopuszczać do siebie myśl o psychicznych przyczynach swojej choroby, takie spotkanie jest przeważnie bardzo ciekawe. Moje podejście do pacjenta jest zupełnie inne niż podejście specjalistów, którzy stawiając diagnozę, skupiają się na danym narządzie. Oczywiście dokładnie pytam o szczegóły objawów i wymagam przedstawienia badań lekarskich, aby dowiedzieć się, co zostało już zbadane. Nie traktuję osobiście ani wywieranej przez pacjenta presji na postawienie diagnozy i szybkie wyleczenie dolegliwości, ani uczucia rozczarowania, gdy nie mogę zaproponować cudownej tabletki na ozdrowienie. Traktuję to jako część choroby.

Za długotrwałymi objawami kryje się często obrona przed emocjami. Oznacza to, że pierwotną przyczyną objawów były emocje. Bóle powstały wskutek poczucia winy, uczucie zmęczenia wywołał smutek, a biegunki są rezultatem lęków.

Ze względu na to, że emocje i  ich właściwy powód były trudne do zniesienia, elementy psychiczne emocji zostały odrzucone i  przeniesione do obszaru nieświadomości. Reakcje organizmu natomiast pozostały i odwracają naszą uwagę od podstawowego problemu, który tkwi w  sferze psychiki. W związku z tym koncentrujemy się na organizmie lub jego narządach oraz na objawach. W pierwszej chwili taka osoba czuje psychiczną ulgę, wiedząc, że jej problemem są dolegliwości fizjologiczne! Jeszcze większe poczucie ulgi daje jej bieganie od lekarza do lekarza i wyładowywanie w relacji ze specjalistami odrzuconych emocji, takich jak złość lub lęk. Tymczasem z a s a d n i c z o chodzi o coś zupełnie innego, co jest emocjonalnie trudne do strawienia.

Kiedy biegunka jest ulgą dla psychiki

Być może nie spodziewałeś się, że obszar cielesny jest tak ściśle związany z  obszarem psychicznym, a  podział między światem materialnym a niematerialnym istnieje wyłącznie w naszej głowie.

Jeśli zgodnie z najnowszym stanem wiedzy zaakceptujemy jedność emocji i poczucia ciała, wcześniejszych doświadczeń i ich wpływu na zdrowie organizmu, nie zdziwi nas, że większość przyczyn chorób znajduje się w psychice, a napięcia psychiczne objawiają się w ciele i przez ciało.

Pamiętam swoją pacjentkę Denise, młodą kobietę niemającą jeszcze dwudziestu lat, która cierpiała na biegunki. Problem przybrał takie rozmiary, że niekiedy nie spotykała się ze znajomymi z obawy, że w każdej chwili może się jej to przytrafić. Denise odbywała praktyki w pracowni fotograficznej i w pracy często musiała się pilnować, kiedy najlepiej iść do toalety, żeby nic jej nie ominęło. Całkowicie skoncentrowała się na swoich jelitach i próbowała przeciwdziałać dolegliwościom, zmieniając nawet dietę.

Kiedy Denise zjawiła się w moim gabinecie, uzgodniliśmy, że przeprowadzimy diagnostykę psychosomatyczną. Po szczegółowym omówieniu aspektów fizjologicznych i  po wykluczeniu przez gastroenterologa (lekarza zajmującego się chorobami układu pokarmowego) wszelkich infekcji i przewlekłego zapalenia jelit przyjrzeliśmy się życiu Denise. Wraz z rozpoczęciem naszych rozmów przestała w końcu chodzić do kolejnych gastroenterologów i poddawać się następnym kolonoskopiom. Dowiedziałem się, że gdy Denise w wieku osiemnastu lat wyprowadziła się z  domu, nadal była zależna od matki. Matka mówiła, że córka jest bardzo lękliwa. W zasadzie robiła dla niej wszystko, począwszy od gotowania, przez zawożenie jej na spotkania ze znajomymi i odwożenie do domu, aż po wybór najlepszych zajęć i hobby. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że Denise, mieszkając teraz w jednopokojowym mieszkaniu i mogąc dowolnie organizować swój czas, jest przeciążona wieloma obowiązkami. Nie dało się ukryć, że czuje się z tym niekomfortowo, ponieważ pozornie sprawiała wrażenie osoby samodzielnej i kompetentnej. Lęk kojarzył się ze wstydem, dlatego objawiał się w dolegliwościach jelitowych. Te objawy dało się łatwo wytłumaczyć, ponieważ Denise, gdy chodziła jeszcze do szkoły, przeżywała trudny czas, a jej reakcją na trudności były bóle brzucha. Wtedy jej matka bardzo się tym martwiła i wciąż zaprowadzała ją do pediatry.

Na tym przykładzie widzimy powtarzający się objaw i jego przyczynę. Biegunka chroni Denise przed trudnymi wyzwaniami, jak na przykład odnalezienie się w środowisku równolatków. Jednocześnie dolegliwości w coraz większym stopniu powodowały, że traciła szansę na nawiązanie kontaktów. Objawy fizjologiczne mogą odciążyć psychikę od napięć, w pierwszej chwili ich funkcja się sprawdza. Na dłuższą metę problem wymyka się jednak spod kontroli, wskutek czego nie pokonujemy dalszych ważnych etapów rozwoju.

 Jak pokonać zaburzenia somatoformiczne 

Zmiana okularów

Jeśli czytasz tę książkę, ponieważ cierpisz na niewyjaśnione dolegliwości fizjologiczne, zrobiłeś już jeden duży krok naprzód. Pierwszym etapem leczenia jest bowiem odrzucenie dotychczasowego wzorca oceny, który przeważnie brzmi tak: „Z moim ciałem jest coś nie tak, muszę iść do lekarza, w  końcu trzeba znaleźć jakąś przyczynę”. Skupienie się na powiązaniach między psychiką a ciałem przynosi efekty, ponieważ na tym etapie zaczynasz spoglądać na swój problem przez zupełnie inne okulary, a to decydująca kwestia.

Zaufanie

Drugi krok to nauczenie się zaufania do innych ludzi. Trzeba mieć zaufanie do lekarzy, którzy mówią ci, że nie widzą objawów poważnej choroby. Choroby typu „pomocy, nic mi nie jest” to przeważnie choroby relacyjne, w  których nasz wyuczony wzorzec relacji przenosimy na ciało lub tam go odtwarzamy. Ów wzorzec jest powiązany z brakiem zaufania. Kiedy się martwimy i krążymy wokół własnych dolegliwości, daleko nam do wiary w to, że organizm sam zrobi, co trzeba. Nic więc dziwnego, że dokładnie ten sam wzorzec przenosimy na kontakt z lekarzem i nie wierzymy mu na sto procent. W pierwszej chwili to całkiem zrozumiałe, ale po konsultacji z trzema specjalistami powiedziałbym: „Już dość”. Oczywiście wyjątki potwierdzają regułę i tak czy inaczej nikt nie zagwarantuje, czy czasem rzeczywiście nie chodzi o jakąś chorobę na tle organicznym.

Zmiana punktu skupienia

Wspominaliśmy już o  tym, że zaburzenia somatoformiczne utrzymują się, jeśli przez cały czas z  troską zagłębiamy się w siebie i przyglądamy się swoim narządom, swojemu ciału, swoim objawom, które odciągają naszą uwagę od trudnych emocji i konfliktów.

W pewnej mierze możemy sami odwrócić ten mechanizm, wykorzystując domowy sposób polegający na poszukaniu sobie jakiegoś zajęcia i poświęceniu się mu. Nie ma dużego znaczenia, czy takie zajęcie służy rozrywce, czy wyższym celom, choć z reguły lepsze efekty przynosi robienie czegoś na rzecz innych. Chodzi o to, żeby skupić się na czymś, co nie jest częścią naszego ego. W ten sposób upieczemy dwie pieczenie na jednym ogniu, ponieważ z zaburzeniami somatoformicznymi często wiąże się obniżone poczucie własnej wartości, czyli poczucie, ile jesteśmy warci i jak bardzo jesteśmy ważni. Działając dla dobra innych, możemy je sobie podwyższyć.

Jeśli choć przez kilka minut uda się nie zajmować się swoimi jelitami, sercem czy bólami pleców, to już duży sukces. Należy wyznaczać sobie realne cele, w innym razie poczujesz się rozczarowany sam sobą. Z mojego doświadczenia wynika, że w dzisiejszych czasach ludzie stawiają sobie zbyt wysokie oczekiwania, choć nie mam pojęcia, jak bywało wcześniej.

Rozmowy z ciałem

Ostatnim środkiem pierwszej pomocy w przypadku chorób typu „pomocy, nic mi nie jest” może być wsłuchanie się w historię, którą opowiada nam ciało, i  zejście z  pola bitwy toczonej z chorobą. Tutaj nie da się zastosować gotowych schematów; powiedzenie „mieć czegoś po dziurki w  nosie” nie oznacza tak po prostu, że czegoś już nie chcemy, lumbago niekoniecznie oznacza, że jesteśmy „człowiekiem bez kręgosłupa”. Takie klasyczne, potoczne przypisywanie pewnych cech jest dzięki swojej prostocie kuszącym wyjaśnieniem. Nie można jednak zapominać, że decydujące znaczenie ma indywidualna historia danej osoby, która jest tłem opowieści przekazywanej przez ciało.

Zastanów się, czy w  twojej rodzinie lub w  środowisku, w którym teraz przebywasz, danemu narządowi przypisuje się jakieś szczególne znaczenie wykraczające poza jego mechaniczno-biologiczną funkcję, jak pompowanie krwi przez serce lub trawienie składników pokarmowych przez jelita. Poza tym pomyśl, jakich sytuacji lub czynności unikasz z powodu swoich objawów i czy nie są to czasami ważne wyzwania życiowe, z którymi do tej pory nie miałeś się odwagi zmierzyć i wymigiwałeś się od nich za pomocą objawów.

Jak się wydostać z pułapki psychosomatycznej

Jeśli masz objawy choroby psychosomatycznej, potrzebujesz lekarza. Dotyczy to także opisywanych tutaj, często niezdiagnozowanych i niesprawiedliwie wyśmiewanych chorób. Powyższe rozważania są dobre na początek, ale rzetelna diagnostyka lekarska i psychosomatyczna, jeśli jest wskazana, w  połączeniu z psychoterapią stanowią najlepsze metody.

'Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.'. Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte. "Gdy ciało i dusza wysyłają s.o.s.". Premiera 14 kwietnia. Wydawnictwo Otwarte.

 

  1. Styl Życia

Kwiatoterapia - szczęście i zdrowie z natury

Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Kwiaty wpływają zbawiennie na nasze samopoczucie i emocje, a nawet przywracają równowagę psychiczną.(Fot. iStock)
Zobacz galerię 18 Zdjęć
Kwiaty cieszą oko, wzbudzają zachwyt, kuszą zapachem oraz są symbolem nadziei i szczęścia. Wiele osób wierzy, że mogą również poprawiać stan zdrowia i wpływać na psychikę.

Według podstawowych założeń kwiatoterapii każda choroba ma początek w negatywnych stanach umysłu człowieka – wewnętrznych konfliktach i lękach. Silne napięcie i stres ograbiają człowieka z zapasów energii życiowej. Organizm przeznacza ją na mobilizowanie mechanizmów obronnych, staje się słabszy, łatwiej poddaje się chorobie, nie starając się z nią walczyć.

Esencje kwiatowe harmonizują negatywne uczucia. Zawierają uzdrawiającą wibrację z najbardziej rozwiniętej części rośliny, czyli kwiatów. Zadaniem esencji kwiatowych nie jest uleczanie, a przeniesienie do organizmu człowieka energii i wibracji z kwiatów, co pomaga w powrocie do emocjonalnej równowagi. Terapia kwiatowa jest częścią medycyny holistycznej. Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. Jest też pomocne w terapii psychologicznej i leczeniu psychiatrycznym. Zmniejsza napięcie, poprawia koncentrację. Stosuje się je dla wzmocnienia pracy nad zmianą postaw życiowych, a nawet w leczeniu otyłości.

Krople esencji kwiatowych mają wpływ na nastroje i na głęboko zakorzenione przyzwyczajenia. Wyróżnia się 38 różnych ekstraktów, z których można skomponować niemal 300 milionów mieszanek, dopasowanych do stanu emocjonalnego każdego pacjenta. Każdy z nich odpowiada określonym stanom psychiki lub cechom charakteru. Można je zażywać pojedynczo lub tworzyć mieszanki, odpowiednio do potrzeb. Jednak by zadziałały, konieczne jest postawienie prawidłowej diagnozy, a potem regularne zażywanie (zwykle 4 krople bezpośrednio na język 4 razy dziennie).

Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock) Leczenie kwiatami motywuje chorego do wyzdrowienia, przywraca nadzieję, uruchamia naturalne siły psychiczne. (Fot. iStock)
Popularyzatorem tej metody był brytyjski lekarz i mikrobiolog dr Edward Bach. Szukał on przyczyn chorób swoich pacjentów w ich stanach psychicznych, koncentrował się na osobie, na jej emocjach i stanie psychicznym, a zewnętrzne objawy choroby odkładał na dalszy plan. Kiedy sam czuł się źle, wyruszał na długie spacery na łąki, do lasu, zrywał tam płatki z kwiatów i trzymał je w ręku lub kładł na języku. Zauważył, że przynosi mu to ulgę. Postanowił więc porzucić praktykę lekarską i poświęcić się badaniom nad nową formą terapii – leczeniu za pomocą esencji kwiatowych. Po kilku latach badań stworzył zestawy esencji kwiatowych, które pomagają w leczeniu chorób wynikających z siedmiu rodzajów stanów psychicznych: strachu, niepewności, braku zainteresowania otoczeniem, samotności, nadwrażliwości, zniechęcenia, nadmiernej troskliwości.

Terapia kwiatowa nie ma nic wspólnego z aromaterapią. Tu najważniejsza jest esencja kwiatowa rozcieńczona wodą i alkoholem (lub samą wodą). W leczeniu wykorzystuje się nie wyciąg z rośliny, lecz jej potencjał energetyczny zawarty w wodzie. Najbardziej popularną metodą uzyskania esencji jest metoda termiczna. Świeżo zerwane, dojrzałe kwiaty umieszczamy w szklanej miseczce z wodą źródlaną i wystawiamy na działanie słońca, na około 4–5 godzin. Po pewnym czasie kwiaty oddają wodzie swoją energię. Następnie wodę zlewa się do ciemnej butelki i dodaje się taką samą objętość 40-procentowego alkoholu.

Od wielu lat ekstrakty kwiatowe przygotowuje się w Centrum Doktora Edwarda Bacha TM w Mount Vernon z kwiatów rosnących na terenie Walii. W Polsce od ponad 20 lat istnieje Centrum Terapii Bacha, z siedzibą w Rybniku, które prowadzi sprzedaż internetową i wysyłkę produktów na całą Polskę, zaopatrując klientów indywidualnych, gabinety, apteki i sklepy zielarskie. Spółka organizuje również szkolenia w ramach Międzynarodowego Programu Edukacyjnego Bacha, prowadzone przez licencjonowanego trenera.

Esencje kwiatowe wpływają na nasze emocje, przywracają zaburzoną równowagę psychiczną i poprawiają nastrój. Zapraszamy do naszej galerii - tam poznasz więcej ich leczniczych właściwości. 

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o żalu – karty emocji Katarzyny Miller

Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Żal pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
To uczucie zwykle ściąga nas w dół i każe ciągle spoglądać w przeszłość, ale można też podejść do niego konstruktywnie. Kiedy żałujemy, wiemy przynajmniej, co było dla nas ważne. Oto kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk. 

Żal...

...pojawia się w nas, kiedy spoglądamy w przeszłość i myślimy, że gdybyśmy postąpili inaczej albo gdyby się coś inaczej ułożyło, nasze życie byłoby inne, a my bylibyśmy szczęśliwsi niż jesteśmy. Zwykle żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy albo wprost przeciwnie - że właśnie zrobiliśmy. Bliskim bratem żalu jest poczucie winy, dlatego często lubią chodzić razem. Taka para zwykle działa podwójnie dołująco, bo im bardziej zapętlamy się w krytykowaniu siebie, tym bardziej żałujemy. Zwykle tuż po jakimś zdarzeniu najbardziej żałujemy tego, co zrobiliśmy, z perspektywy czasu - bardziej boli nas coś, czego zaniechaliśmy: nie pojechaliśmy w tamtą podróż, nie zagadaliśmy do tamtego chłopaka czy nie spróbowaliśmy jeszcze raz podejść do egzaminu. Paradoksalnie, im mamy większy wachlarz możliwości, tym większe pole do popisu dla żalu. Kiedy niewiele rzeczy zależy od nas, nie mamy do siebie pretensji i nie wyrzucamy sobie po latach własnej opieszałości czy złego wyboru. Można też powiedzieć, że im większa wyobraźnia i skłonność do idealizacji, tym odczuwany żal może być intensywniejszy. Bo przecież nie mamy dowodów na to, jak inaczej potoczyłoby się nasze życie, my tylko projektujemy je we własnej głowie. Odczuwanie żalu zależy więc jedynie od nas. Możemy też czuć żal do kogoś (np. do rodziców), że nie odnosił się do nas tak, jak tego potrzebowaliśmy, za porzucenie, za krzywdzące potraktowanie.

Po co nam to uczucie?

Żal nie musi nas skłaniać do podcinania własnych skrzydeł, a do ich rozwijania. Jest bowiem informacją - otrzymaną od samego siebie - że stać nas na więcej, że mamy w sobie niewykorzystany potencjał. Żal może być konstruktywny, jeśli zdamy sobie sprawę z tego, o jakiej niespełnionej potrzebie nas informuje. Wtedy łatwiej zmotywować się do tego, by naprawić błędy z przeszłości (oraz unikać ich w przyszłości), a także by zmienić kierunek swojego życia.

Zadania:

  • Czego w życiu najbardziej żałujesz? Poświęć chwilę na zastanowienie się nad tym, a nawet zrobienie listy. To bardzo ważne zadanie, które wcale nie ma na celu zdołowania cię. Kiedy ujrzysz czarno na białym, czego ci żal, dowiesz się, co ma dla ciebie największą wartość. Jeśli najbardziej żałujesz porzucenia studiów artystycznych - to już wiesz, że czujesz się źle, bo nie realizujesz się twórczo w swoim życiu. Dobra wiadomość jest taka, że nawet teraz możesz to zmienić.
  • Jeśli żal jest uczuciem, które nierzadko ci towarzyszy, prawdopodobnie zbyt często wybiegasz myślami w przyszłość albo sięgasz do przyszłości. Za mało jest cię w twojej teraźniejszości, która jest przecież piękna i ważna, głównie dlatego, że dzieje się teraz i nigdy już się nie powtórzy. Pomyśl o wszystkich rzeczach, które obecnie możesz zrobić - od najbardziej prostych, jak zjeść coś dobrego czy pójść na spacer, po te bardziej wymagające, ale przecież też możliwe: powiedzieć komuś, że go kochasz; przeprosić za coś, co kiedyś zrobiłeś. Ćwicz się we wzbudzaniu w sobie uczucia wdzięczności - to skuteczny sposób na przywołanie dobrego samopoczucia.
  • Jedna sprawa, kiedy ogarnia nas żal na myśl o czymś, co nam się nie udało; inna - gdy żałujemy utraty czegoś lub kogoś, na który to fakt nie mieliśmy żadnego wpływu. Jeśli nadal cierpisz z powodu czyjegoś odejścia, śmierci czy wyjazdu; jeśli opłakujesz utracone dzieciństwo czy młodość - jedyną wskazówką będzie praktyka akceptacji i zgody na to, co jest, bo jest.
Więcej w zestawie z książeczką: "Poznaj siebie. Karty emocji", Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło, do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep.

  1. Psychologia

Porozmawiajmy o satysfakcji - karty emocji Katarzyny Miller

Satysfakcja to bardzo przyjemne uczucie - z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. (Fot. iStock)
Satysfakcja to bardzo przyjemne uczucie - z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Choć lubimy ją odczuwać, nie jest jednak pełnią szczęścia i radości, a jedynie przedsionkiem do nich. Co ciekawe, satysfakcjonować mogą nas zarówno własne osiągnięcia, jak i porażki innych. I nie ma w tym nic złego! I o tym właśnie mówi kolejna karta emocji Katarzyny Miller i Joanny Olekszyk.

Satysfakcja to...

Bardzo przyjemne uczucie. I smaczne. Z nutką zadowolenia, domieszką dumy, szczyptą triumfu. Czujemy satysfakcję wtedy, kiedy osiągamy coś, na czym nam zależało, co było dla nas ważne i w co włożyliśmy wiele pracy, czasu i energii, a przynajmniej na co mieliśmy chęć. Ale jest w tej potrawie też posmak zawiści, żalu, a nawet złośliwości czy zemsty. Możemy bowiem czerpać zadowolenie z własnych dokonań, ale też z porażek innych – mówi się wtedy o tzw. Schadenfreude, czyli radości z czyjegoś nieszczęścia.

Wśród dobrze urodzonych w ubiegłych wiekach panował zwyczaj „żądania” i „dawania” satysfakcji, czyli zadośćuczynienia za wyrządzoną komuś krzywdę lub obrazę. Miał on zwykle postać pojedynku, podczas którego osoba, która broniła swojego honoru, miała szansę zranić fizycznie osobę, która wcześniej zraniła ją emocjonalnie. Choć dziś pojedynki (na szczęście) wyszły z mody, nadal jednak pozostało w nas pragnienie, by „wyrównać rachunki”. Jeśli więc kogoś, kto nas skrzywdził, spotka coś niedobrego – odczuwamy satysfakcję. To uczucie ze wszech miar ludzkie i naturalne. Nie powinniśmy się za nie winić czy ganić, ale też trzeba mieć świadomość, że nie da się tylko na nim zbudować naszego zadowolenia z życia. O wiele trwalsze pozytywne efekty daje radość z własnych działań i dokonań, wyposaża nas bowiem ona w poczucie sprawstwa.

Satysfakcja, zwłaszcza seksualna, choć bardzo przyjemna i dająca rozkosz także cielesną, to jednak uczucie chwilowe, ulotne. Nie jest tożsama ze szczęściem, choć daje jego przedsmak.

Po co nam to uczucie?

Satysfakcja domyka dzieło, jest zwieńczeniem naszych starań, wysiłków i nadziei. Poprawia nastrój, podbudowuje, dodaje energii i motywacji do dalszego działania. Jest nagrodą za nasz wysiłek i zachętą do podjęcia go na nowo. Powinna pojawiać się naturalnie, kiedy coś nam się udaje lub wychodzi. Jeśli mamy trudność z jej osiągnięciem, może to być oznaka wypalenia, przemęczenia, a także apatii lub depresji. Są też ludzie, którzy odmawiają sobie satysfakcji z chęci ukarania siebie lub w przekonaniu, że na nią nie zasługują – nie jest to jednak dobra praktyka ani zdrowe podejście.

Zadania:

  • Co sprawiło ci ostatnio największą satysfakcję? Przypomnij sobie, jak się wtedy czułeś.
  • Pamiętaj, że poczucie satysfakcji – jak każda przyjemna rzecz – może stać się uzależniające. Zgubne może być zwłaszcza nałogowe poszukiwanie satysfakcji seksualnej, zatracanie się w przyjemności. Dlatego ważne jest, by umieć cieszyć się też stanem bez większych atrakcji i fajerwerków.
  • Jak radzisz sobie z frustracją, czyli efektem braku satysfakcji? Czy trwa ona chwilę, czy może przeradza się w złość lub przygnębienie? Łatwo jest cieszyć się z sukcesów (choć nie wszystkim, oczywiście), trudniej przyjmować porażki.
Więcej w zestawie z książeczką „Poznaj siebie. Karty emocji”, Katarzyna Miller, Joanna Olekszyk, wyd. Zwierciadło.

  1. Psychologia

Praktyka współczucia uchroni nas przed znieczulicą

Pod wpływem trudnych doświadczeń możemy twardnieć (w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk), albo łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co w nas ten lęk budzi. (Fot. iStock)
Pod wpływem trudnych doświadczeń możemy twardnieć (w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i lęk), albo łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co w nas ten lęk budzi. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Czy w momentach trudnych, chwilach cierpienia i rozpaczy można nadal mieć otwarte i wrażliwe serce? Mniszka buddyjska Pema Chödrön twierdzi, że jak najbardziej. I że praktyka współczucia uchroni nas przed znieczulicą.

Miałam jakieś sześć lat, kiedy dostałam ważną lekcję bodhiczitty od starej kobiety, która siedziała i wygrzewała się w słońcu. Pewnego dnia przechodziłam obok jej domu, czując się samotna, niekochana i  wściekła. Kopałam wszystko, co tylko się dało. Ta kobieta, śmiejąc się, powiedziała do mnie: „Dziewczynko, nie pozwól, żeby życie znieczuliło twoje serce”. Właśnie wtedy dostałam tę ważną lekcję: możemy pozwolić, żebyśmy pod wpływem doświadczeń twardnieli w taki sposób, że będziemy czuli coraz większy żal i  lęk, albo możemy pod ich wpływem łagodnieć i stawać się bardziej życzliwymi i otwartymi na to, co budzi nasz lęk. Zawsze mamy wybór.

Moment bezradności

Czitta oznacza: „umysł”, a także „serce” lub „postawa”. Bodhi znaczy: „obudzić się”, „oświecony” lub „całkowicie otwarty”. Czasami całkowicie otwarte serce i umysł bodhiczitty nazywane są miękkim miejscem, miejscem tak wrażliwym i czułym jak otwarta rana. Po części jest to równoznaczne z naszą zdolnością do miłości. Nawet najbardziej okrutni ludzie mają ten miękki punkt. Nawet najgroźniejsze zwierzęta kochają swoje potomstwo. Jak ujął to Trungpa Rinpocze: „Każdy coś kocha, nawet jeśli to tylko tortille”.

Bodhiczitta jest także częściowo utożsamiana ze współczuciem – naszą zdolnością do odczuwania bólu, który dzielimy z  innymi. Ból nas przeraża, więc bronimy się przed nim, nie zdając sobie z tego sprawy. Z opinii, uprzedzeń i strategii stawiamy mury obronne; bariery budowane na głębokim lęku przed cierpieniem. Mury te są dodatkowo wzmacniane wszelkiego rodzaju emocjami: gniewem, żądzą, obojętnością, zazdrością i  zawiścią, arogancją i  dumą. Ale na nasze szczęście miękkie miejsce – nasza wrodzona zdolność do kochania i  dbania o  innych  – jest jak pęknięcie w murze, który wznosimy. Jest to naturalna szczelina w ścianach, które wznosimy ze strachu. Dzięki praktyce możemy nauczyć się znajdować tę szczelinę. Aby obudzić bodhiczittę, możemy nauczyć się chwytać ten moment bezbronności – miłość, wdzięczność, samotność, zakłopotanie, nieadekwatność.

Środek bólu

Do bodhiczitty podobna jest bezbronność rozpaczy. Czasami budzi ona trwogę i  panikę, niekiedy złość, niechęć i poczucie winy. Ale pod twardością tego pancerza kryje się miękkość prawdziwego smutku. To jest więź łącząca nas z tymi wszystkimi, którzy kiedykolwiek kochali.

Uczucie głębokiego smutku może nas nauczyć wielkiego współczucia. Może nas poskromić, gdy stajemy się aroganccy, i  stonować, gdy jesteśmy nieżyczliwi. Budzi nas, kiedy wolimy spać, i przebija się przez naszą obojętność. Ten nieustanny ból serca jest błogosławieństwem, które może być dzielone ze wszystkimi, jeśli jest w pełni zaakceptowane.

Otwartość i serdeczność bodhiczitty są w rzeczywistości naszą prawdziwą naturą i stanem. Nawet jeśli nasza nerwica ma się o wiele lepiej niż nasza mądrość, nawet jeśli czujemy się najbardziej zagubieni i pozbawieni nadziei, bodhiczitta jest zawsze tutaj jak bezkresne niebo, ani trochę niepomniejszone przez chmury, które chwilowo je zasłaniają. W samym środku naszego cierpienia, w najtrudniejszych chwilach możemy skontaktować się ze szlachetnym sercem bodhiczitty. Jest ono zawsze dostępne, zarówno w bólu, jak i w radości.

Pewna młoda kobieta napisała do mnie o tym, jak w małym miasteczku na Bliskim Wschodzie została otoczona przez tłum ludzi, którzy gwizdali, wrzeszczeli i  grozili, że zaczną rzucać kamieniami w nią i w jej przyjaciół, ponieważ są Amerykanami. Oczywiście była przerażona, jednak to, czego doświadczyła, jest niezwykle interesujące. Nagle utożsamiła się z  każdą osobą w dziejach, która kiedykolwiek była znienawidzona i poniżana. Zrozumiała, jak to jest być pogardzaną z jakiegokolwiek powodu: rasy, przynależności do grupy etnicznej, preferencji seksualnych, płci.

Coś w niej pękło i poczuła to samo, co miliony uciśnionych ludzi. Spojrzała na to z nowej perspektywy. Zrozumiała, że wspólnota człowieczeństwa łączy ją nawet z tymi, którzy czują nienawiść wobec niej. To poczucie głębokiej więzi, przynależności do tej samej rodziny – to właśnie bodhiczitta.

Nieagresywny wojownik

Istnieją dwa poziomy bodhiczitty. Pierwszy to absolutna bodhiczitta, natychmiastowe doświadczenie, które jest całkowicie wolne od koncepcji, opinii i typowego dla nas przekonania, że wiemy już wszystko. To coś tak niezwykle dobrego, że w żaden sposób nie jesteśmy w stanie tego określić, coś jak intuicyjna pewność, że nie mamy absolutnie nic do stracenia. Drugi poziom, relatywna bodhiczitta, to zdolność do utrzymywania naszych serc i umysłów otwartych na cierpienie, bez odcinania się.

Ci, którzy całym sercem oddają się ćwiczeniom w budzeniu absolutnej i relatywnej bodhiczitty, nazywani są bodhisattwami lub wojownikami – nie takimi, którzy zabijają i krzywdzą, ale takimi, którzy słyszą wołanie świata, nieagresywnymi. Są to mężczyźni i kobiety gotowi ćwiczyć, gdy wybucha pożar. Trening w czasie pożaru oznacza, że wojownik wchodzi w trudne sytuacje, aby złagodzić cierpienie. Odnosi się to również do jego chęci przebicia się przez własną reaktywność i przez oszukiwanie samego siebie, do zaangażowania w odkrywanie podstawowej, niezakłóconej energii bodhiczitty.

Wojownik akceptuje to, że nigdy nie wie, co się z nim stanie. Możemy próbować kontrolować to, co niekontrolowalne, szukając bezpieczeństwa i przewidywalności, zawsze mając nadzieję, że będziemy czuć się wygodnie i bezpiecznie. Ale prawda jest taka, że nigdy nie unikniemy niepewności. To, że nie wiemy, jest częścią przygody, ale wywołuje w nas również lęk. Kluczową kwestią treningu wojownika nie jest to, jak uniknąć niepewności i strachu, ale jak odnieść się do uczucia dyskomfortu. Bodhiczitta jest jak odkrycie mądrości i odwagi, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Tak jak alchemia zmienia każdy metal w złoto, tak bodhiczitta może, jeśli na to pozwolimy, przekształcić każdą czynność, słowo lub myśl w narzędzie, które przebudzi nasze współczucie.

Praktyka współczucia

  • Obudź współczucie wobec siebie: „Obym był wolny od cierpienia i przyczyny cierpienia” – lub wyraź tę aspirację własnymi słowami.
  • Obudź współczucie dla osoby (lub zwierzęcia), wobec której odczuwasz już spontaniczne współczucie: „Oby (imię) był wolny od cierpienia i przyczyny cierpienia” – lub wyraź to swoimi słowami.
  • Obudź współczucie dla przyjaciela (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla kogoś, kogo uważasz za osobę neutralną (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla kogoś, kto jest dla ciebie trudny (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla wszystkich istot wymienionych powyżej (wykorzystaj te same słowa).
  • Obudź współczucie dla wszystkich istot w całym wszechświecie, zaczynając blisko domu i coraz bardziej rozszerzając zasięg: „Oby wszystkie istoty były wolne od cierpienia i przyczyny cierpienia”.
Fragment książki "Odważne życie" Pemy Chödrön. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji. Książka do kupienia na www.zwierciadlo.pl/sklep.