1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Zasady męskich kręgów

Zasady męskich kręgów

Mężczyźni spotykają się w kręgach od niepamiętnych czasów. (fot. iStock)
Mężczyźni spotykają się w kręgach od niepamiętnych czasów. (fot. iStock)
Mężczyźni siadali w nich od niepamiętnych czasów. W ten sposób w gronie dziadków, ojców i wujków dorastający chłopcy odkrywali swoją tożsamość. Dziś jako dorośli mogą to zrobić w coraz bardziej popularnych grupach wsparcia, nazywanych męskimi kręgami. Jak takie spotkania zmieniają uczestników, opowiada psychoterapeuta i facylitator pracy grupowej Robert Palusiński.

O czym rozmawiają mężczyźni, kiedy spotykają się w męskim kręgu? O kobietach?
O nich też, ale głównie o sobie.

I co o sobie mówią?
Kiedy już trochę w takim kręgu się pospotykają i sobie zaufają, to mówią, że się boją.

Czego najbardziej?
Że ich strach wyjdzie na jaw. Życie mężczyzn jest w dużej mierze motywowane strachem. Przed tym, czy osiągną tak zwany sukces, a gdy już go osiągną, to przed upadkiem ze szczytu. Martwią się, czy dobrze wypadną albo czy nie mają za małego samochodu... Chodzi o porównywanie się. Ten strach jest nieuświadomiony. Najsilniej jednak dotyczy lęku przed przyznaniem się do strachu.

Z czego bierze się ta trudność w mówieniu o emocjach? Mężczyźni nie mówią o emocjach, bo im nie wolno. To społeczny spisek polegający na tym, że mężczyźni nie płaczą, nie okazują trudnych emocji, są twardzi i cool
. Okazywanie emocji i mówienie o nich jest mężczyznom kulturowo zakazane, nie wolno ich nawet doświadczać!

Męski krąg im to umożliwia?
Tak, bo tam inni faceci też to robią. Na kręgu mogą w bezpiecznej przestrzeni doświadczyć swoich emocji, przełamać ten niepisany zakaz, to tabu. Nie chodzi o to, żeby od razu zaczynali płakać, ale żeby zrozumieli, że wypieranie i tłumienie emocji jest w naszej kulturze masowo wspierane – zarówno przez innych mężczyzn, jak i przez kobiety. Przyjęło się, że tak należy robić. Mężczyzn obowiązuje tajemnica niedzielenia się tym, co mają w środku. Co więcej, nikt ich nie uczy przeżywać, wyrażać i doświadczać emocji. Po dłuższym czasie to tłumienie obraca się przeciwko nim, na poziomie organicznym w postaci schorzeń psychosomatycznych, na zewnątrz – wybuchów wściekłości, szału. W tym leży przyczyna większości wojen.

Jeśli sobie tak w kręgu pogadają, to przestaną prowadzić wojny?
Być może. Niestety, dopóki nie doświadczą bólu, cierpienia, smutku, żałoby, straty i wściekłości na tego, kto ich zranił, dopóty nie będą mogli nic z tym zranieniem zrobić. A więc tak długo, jak ten zakaz funkcjonuje, to zranienie jest nieuleczalne. Ujawnienie każdego głęboko skrywanego sekretu leczy kawałek duszy. Chociaż kręgi nie są publicznymi spowiedziami, faktycznie działają terapeutycznie, przypominają trochę grupy wsparcia.

Czego najczęściej dotyczą te zranienia?
Ważnym motywem jest brak ojca i tęsknota za nim. Ojcowie są często nieobecni w życiu chłopców, w związku z tym młody mężczyzna nie doświadcza męskiego wzorca. Brakuje mu punktu odniesienia, choćby takiego, jaki czasem pełniła starszyzna plemienna. Co gorsza, nie ma szans na znalezienie takiego ojca w wieku dorosłym. Jedyne, co może zrobić, to odnaleźć go w sobie poprzez introspekcję i pracę terapeutyczną. Nie ma co liczyć na to, że pojawi się rada starszych, która będzie wszystkim ojcować.

Jedna sprawa, to kiedy ojciec jest nieobecny, druga, kiedy jest obecny, ale krzywdzi syna. Dlaczego wielu ojców nie nawiązuje dobrych relacji z własnymi synami?
Ci, którzy tego nie robią, sami są zranionymi synami, którzy nie uleczyli swojej rany, w związku z tym ranią swoich synów. W sposób nieświadomy powielają wzorzec. Brakuje im przestrzeni na refleksję, która byłaby początkiem ewentualnej zmiany, czyli uświadomienia sobie, że robię tak samo jak mój ojciec. Albo dokładnie odwrotnie, ale nadal jest to związane z tym wypaczonym wzorcem ojca, bo nie potrafię od tego odniesienia odejść.

Taki zakleszczony emocjonalnie mężczyzna…
…ma w sobie wściekłość, która narosła w dzieciństwie w wyniku nadużyć czy zranień. Większość naszych reakcji emocjonalnych, takich jak złość, gniew i wściekłość, dotyczy naszej przeszłości, która uaktywnia się w jakiejś przypominającej ją sytuacji. Odreagowywana jest często na bogu czy bogini ducha winnych osobach. Wtedy aktywizuje się określony kompleks z reakcjami i, jak powiedzieliby jungiści, już nie człowiek reaguje, a zmieniony stan świadomości, jego kompleks.

Mężczyźni obawiają się tej własnej wściekłości. A przecież przyjęcie trudnych emocji nie oznacza, że komuś zrobimy krzywdę.

To, że czasem mam fantazje, że kogoś bym udusił, i jestem wściekły, wcale nie znaczy, że pójdę i rzeczywiście to zrobię. Wręcz przeciwnie, kiedy wiem, że mam takie mordercze instynkty, mogę je świadomie przekierować i na przykład porąbać drewno czy porozrywać kartonowe pudła, żeby poczuć i wyrazić tę energię. Dzięki temu nie zrobię nic głupiego. Większość zbrodni w afekcie bierze się właśnie ze stłumionych emocji.

U kobiet jest inaczej?
Kobiety w swoim towarzystwie pozwalają sobie na o wiele więcej niż faceci w męskim gronie. Potraficie o czymś, co was trapi, pogadać nawet na placu zabaw czy kiedy odprowadzacie dzieci do przedszkola. My tak nie mamy. Przychodzimy do przedszkola, witamy się, zmieniamy dzieciakom buty, porozmawiamy chwilę o pogodzie i ruszamy dalej. Mężczyźni, być może nawet w większym stopniu niż kobiety, są wtłaczani w pewne dość ograniczone role społeczne i związane z nimi oczekiwania. Obowiązuje ich sztywny scenariusz. Od najmłodszych lat są warunkowani do tego, żeby posiąść jakąś wiedzę albo umiejętności w celu zdobycia pracy, która będzie przynosić pieniądze. Wtedy z kolei będą w roli kogoś, kto zapewnia byt rodzinie, bo oczekuje się, że założą rodzinę, będą mieć dzieci i tak dalej. Tak to wygląda, odkąd idą do szkoły aż po emeryturę albo i dłużej. Kiedy mężczyzna orientuje się, że role, w które wszedł albo w które go mniej lub bardziej celowo jeszcze w dzieciństwie wtłoczono, już mu nie pasują, zaczyna się wielki wewnętrzny konflikt. Jeśli stwierdzi, że w zasadzie on chciałby robić coś zupełnie innego, być kim innym, jest tym ogromnie zestresowany i wkurzony, bo robi coś, czego nie chce, ale nie bardzo jeszcze wie, co innego chciałby i mógłby robić. A dodatkowo nie dzieli się z nikim takim odkryciem.

Nawet z przyjaciółmi?
Niech pani spyta dziesięciu dorosłych mężczyzn, czy mają jednego albo dwóch prawdziwie bliskich przyjaciół, z którymi mogą wypić kawę czy herbatę i naprawdę szczerze pogadać o swoich problemach osobistych. Zgodnie z moim doświadczeniem, jeśli 30 proc. odpowie twierdząco, będzie to dość optymistyczna kalkulacja. Teoretycznie, kiedy mężczyźni, którzy są ze sobą dość blisko, idą na piwo, mają szansę na omówienie głębszych tematów. Zazwyczaj jednak kończy się na opowiadaniu dowcipów, rozmowach o kobietach, sporcie czy polityce. Chodzi o to ciągłe porównywanie się i rywalizację, bo a nuż któryś okaże się słabszy czy gorszy. Z tym, że człowiek się otwiera, wiąże się obawa przed odrzuceniem, a nawet wykluczeniem. Na kręgu oczywiście nie ma reguły, że poruszamy tylko nasze najgłębsze problemy. To nie tak, że wszyscy płaczą i poklepują się po ramieniu albo odwrotnie – wykrzykują wojownicze hasła, trenują wewnętrzną moc.

Proszę zatem powiedzieć, jak to wygląda.
Zebrani mężczyźni siadają w kręgu, często wokół ognia, np. w postaci świecy. Wszyscy się widzą, nikt nie siedzi do nikogo plecami. W filmie „Avatar” tamtejsi ludzie z ogonami na powitanie zamiast: „dzień dobry” mówili: „widzę cię”. Takie widzenie kogoś jako podmiotu, dostrzeżenie jego pełnej istoty, danie mu uważności często ma w kręgu miejsce. Ideą jest dbanie o to, aby każdy mógł zabrać głos. Z tradycji Indian Ameryki Północnej zaczerpnęliśmy zasadę, że ten, kto akurat trzyma tak zwany gadający przedmiot – patyk, kamyk, muszlę, cokolwiek – ma prawo głosu, pozostali słuchają, obdarzając go uwagą. Nikt nikogo nie pospiesza i nie przerywa. Chodzi o to, abyśmy mogli się zobaczyć i usłyszeć na poziomie bezinteresownym, podmiotowym, głęboko ludzkim. To właśnie owa bezinteresowność odróżnia krąg od wielu innych spotkań, to coś innego niż biznesowy meeting czy wyjazd na ryby. Zwykły męski wypad może mieć znamiona kręgu, ale rzadko się tak dzieje, bo zazwyczaj brakuje uważnego słuchania czy poczucia bezpieczeństwa.

Siadamy, pan trzyma patyk i co dalej?
Mówię, co mam do powiedzenia w danym momencie. Nie chodzi o to, żeby mówić coś mądrego, z trzewi, to nie musi być mocne. Bo jeśli ktoś nie ma dostępu do serca, to jak ma z niego mówić? Ale takie mówienie po kolei powoduje, że każda kolejna rundka sięga coraz głębiej, buduje się poczucie zaufania i bezpieczeństwa. Ważne, żeby nie opowiadać na zewnątrz, co się w kręgu działo, o czym się rozmawiało.

fot. iStock fot. iStock

Wspomniał pan też o innych zasadach: nie krytykuj, nie oceniaj, nie radź, chyba że ktoś cię prosi o radę.
To takie ogólne ramy, bo jeśli osiągnęło się stan głębszego słuchania, nie przychodzi nawet do głowy pomysł, żeby to, co się słyszy, jakoś oceniać czy omawiać. Często opowiadam o tradycjach zaczerpniętych z przedagrarnych kultur, m.in. o australijskich Aborygenach, których bardzo cenię. To najdłuższa cywilizacja, która trwa w podobnej formie 70 tys. lat. Przetrwała tak długo m.in. dlatego, że Aborygeni potrafili słuchać siebie nawzajem i podkreślali równość. Z doświadczenia wiedzieli, że nie da się tworzyć grupy społecznej, w której ktoś kogoś wykorzystuje, ponieważ w dłuższej perspektywie doprowadzi to do jej rozpadu. Wykształcili coś, co nazywali głębokim słuchaniem – „pinakarri” w kulturze plemienia z Australii południowo-zachodniej, a „dadirri” u innego. Kiedy coś takiego zachodzi, nie trzeba mówić o ocenianiu. Jeśli pójdzie pani nad strumyk do lasu o zmroku, czyli kiedy mało widać, wyostrzy się pani słuch – wówczas cała będzie pani słuchaniem. To właśnie tego typu doświadczenie. Żeby naprawdę słyszeć, trzeba się otworzyć. W kręgach chodzi o to, aby uczyć się głęboko słuchać i na ile to możliwe, zmniejszać wewnętrzny głos komentujący. On komentuje na różne sposoby: krytykancko, doradczo, porównawczo.

Co jeszcze jest ważne?
Jedne kręgi mają gotowy scenariusz i ustalony z góry temat przewodni. W innych ktoś zaczyna mówić o tym, co dla niego ważne i w ten sposób zapoczątkowuje rundkę. Zazwyczaj są to cykliczne spotkania, odbywające się np. raz w miesiącu. Mogą mieć formę otwartą, to znaczy, że ogłasza się je np. w sieci i przychodzi, kto ma ochotę, albo zamkniętą, czyli zbiera się grupa mężczyzn, którzy spotykają się regularnie w tym samym składzie. Oczywiście mogą wspólnie zdecydować, że chcą przyjąć kogoś nowego. Za uczestnictwo w kręgu nie pobiera się pieniędzy, bo jeśli się to robi, to jest już raczej szkolenie czy warsztat, wówczas wyłania się jakiś lider, osoba prowadzącego, a to zaburza jedną z zasad – w kręgu wszyscy jesteśmy równi. Naturalna dynamika grupowa w kręgach też zachodzi, bo zazwyczaj jest ktoś, kto je inicjuje, ale nie ma to charakteru nauczyciel–uczniowie.

Skąd u nas ta tradycja?
Tradycja współczesnych kręgów związana jest z Indianami Ameryki Północnej. Do Polski przywędrowała w połowie lat 90. wraz z tymi, którzy sami pobierali nauki od Indian, na początku obejmowała głównie tak zwane kręgi rozwojowe. Dziś, poza tym, że w kręgach spotykają się kobiety i mężczyźni, żeby pogadać, z potrzeby zwolnienia tempa, odnalezienia poczucia zakorzenienia, wykorzystuje się je również jako metodę pracy w grupie, w różnych dziedzinach. Sam wprowadziłem metodę zarządzania projektami, nawiązującą do tradycji aborygeńskiej, opartą na niekrytycznym dzieleniu się pomysłami w kręgu.

A co przebywanie w takim kręgu daje uczestnikom?
Słuchając kogoś innego, zaczynamy rozumieć, że nie jesteśmy sami i odmienni z naszymi problemami i uczuciami. Polega to na uwspólnieniu pewnych doświadczeń, czego mężczyźni w niektórych sferach życia, siłą rzeczy, nie zrealizują z kobietami, bo te mają inne doświadczenia.

O tym, czym jest męskość, też tu się rozmawia?
No pewnie, i to dużo, ale odpowiedź jest bardzo indywidualna, nie ma jednego wzorca. Kiedyś byłem na europejskim zlocie męskich kręgów w Holandii. Interpretacja męskości, jaka się nam wyłoniła, polegała na tym, aby mieć kontakt z emocjami, jednocześnie będąc skonsolidowanym jak góra, zawsze gotowym do działania i mówienia swojej prawdy. Bez konformizmu i kompromisów – nie żeby coś wymuszać na otoczeniu, ale na tyle mocno być zakorzenionym w tym, co dla nas prawdziwe, by zawsze to wypowiedzieć, bez względu na okoliczności. Czyli jeśli w pracy szef zachowuje się niefajnie w stosunku do mnie i innych, to przy wszystkich wstanę i powiem: „Słuchaj, robisz chamówę. Natychmiast przestań. W innym wypadku użyję wszelkich dostępnych mi prawnie środków, żeby to ukrócić”. Nie oznacza to oczywiście, że każdy musi być prawy i sprawiedliwy, ale żeby w miarę swoich możliwości i w ramach swojego doświadczenia być autentycznym. Doświadczać emocji, ale nie pozwalać, aby nas zalały. Zresztą, kiedy jesteśmy mocno ugruntowani, to się w ogóle nie ma szansy wydarzyć.

To inny wzorzec męskości niż powszechnie obowiązujący kult macho.
Tak. W kręgu jest przestrzeń, żeby bez posądzenia o podtekst seksualny objąć się, przytulić, a nawet popłakać w ramionach innego faceta. Na początku dla kogoś, kto wcześniej nie miał takiego doświadczenia, to nie do pomyślenia. Zdarza się jednak, że uczestnicy przenoszą takie reakcje także poza krąg. I to jest wielki rozwój.

Jak do takiego kręgu trafić?
Kręgi odbywają się w różnych miastach, przede wszystkim dużych. Niestety, dość ciężko je znaleźć, bo rzadko ogłaszają się publicznie. Mimo to warto szukać w sieci. Krąg można też stworzyć samemu, nie trzeba być psychoterapeutą. Prawdziwy krąg nie potrzebuje prowadzącego, sam się animuje, jest autonomiczny. Wystarczy zwołać facetów, którzy są zainteresowani, ustalić wspólnie zasady, czas i miejsce spotkań, i po prostu gadać.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co to znaczy być świadomym tatą?

Ojciec od początku powinien być obecny przy dziecku. Obecny codziennie, a nie od święta. (Fot. iStock)
Ojciec od początku powinien być obecny przy dziecku. Obecny codziennie, a nie od święta. (Fot. iStock)
Pożegnajmy ojców niedzielnych, powitajmy uważnych i obecnych na co dzień! Współcześni mężczyźni spędzają ze swoimi dziećmi o wiele więcej czasu niż ich ojcowie przebywali z nimi. Natomiast ciężko radzą sobie z łączeniem obowiązków domowych z zawodowymi, narzekają na zmęczenie i szybko tracą cierpliwość. Najczęstsze problemy ojców omawia terapeuta Tomasz Harasimowicz. 

 

Jaki powinien być ojciec?
Przyzwoity.

To znaczy?
Odpowiedzialny, świadomy, cierpliwy, troskliwy. Zarówno wobec dzieci, jak i matki.

Każdy może inaczej interpretować odpowiedzialność. Wielu mężczyzn czytających nasz wywiad, spytałoby pewnie: odpowiedzialny, czyli jaki?
Ojciec od początku powinien być obecny przy dziecku. Obecny codziennie, a nie od święta. Powinien obserwować jego zachowanie i w miękki sposób, czyli na zasadzie współpracy, kontrolować proces edukacji. Jeśli dziecko zniszczy zabawkę, ojciec nie ma krzyczeć czy karać, ale pokazać konsekwencje takiego zachowania – kiedy coś niszczysz, to sam ponosisz stratę, nie będziesz już się mógł bawić tym samochodzikiem czy misiem. Jeśli dziecko skrzywdzi inne dziecko, trzeba mu wyjaśnić, dlaczego zrobiło źle i co z tego wynika. Odpowiedzialny ojciec to taki, który nie bagatelizuje problemów dziecka. Jest tak blisko, by dziecko czuło jego zainteresowanie sprawami, które nam, dorosłym, mogą wydawać się banalne, a dla dziecka są w danym momencie najważniejsze. Wspólne podróże, aktywności, posiłki – niezależnie od wieku – budują zaufanie i kreują wartości, z którymi dziecko pozostanie i które przekaże dalej.

Odpowiedzialny ojciec z szacunkiem traktuje także matkę swojego dziecka. Dziecko obserwuje, jak rodzice zachowują się wobec siebie. Wiadomo, że między ludźmi dochodzi do konfliktów, ale dziecko nie powinno być świadkiem krzyków i awantur. Reaguje wtedy w dwójnasób, boi się. Najpierw będzie płakać, potem z lęku zacznie zamykać się w sobie i uciekać z domu. Ojciec, ale też w ogóle rodzice muszą pamiętać, że w domu jest jeszcze ktoś trzeci, kto powinien być traktowany jak pierwszy, bo jest słabszy. Powinni stworzyć mu bezpieczny dom. To idealny model ojca. Wiemy, że nie ma idealnych ludzi. Każdy czasami traci panowanie nad sobą, ale ważne jest, co robi potem. Należy nauczyć się przepraszać, znajdować rozwiązanie bez przemocy psychicznej, szybciej myśleć niż działać, budować tolerancję i ciągle mieć z tyłu głowy, że dziecko jest odrębnym bytem, nie zawsze na miarę naszych wyobrażeń i oczekiwań.

Rozróżniamy pojęcia „ojciec biologiczny” i „ojciec społeczny”. Co kryje się pod tymi dwiema rolami?
Rola ojca biologicznego, genetycznego spełnia się podczas zapłodnienia. Naturalnie powinna przekształcić się w rolę społeczną. Gdy mężczyzna nie pozostaje w związku z matką dziecka, nie zwalnia go to z dbałości i odpowiedzialności za dziecko, za jego rozwój, bezpieczeństwo, zabezpieczenie potrzeb tak materialnych, jak emocjonalnych. Poziom zadłużenia alimentacyjnego w naszym kraju obrazuje, jak nieodpowiedzialni bywają mężczyźni. Ale należy zaznaczyć, że nie zawsze to z wyboru mężczyzny jego rola kończy się na byciu ojcem biologicznym. Są kobiety, którym zależy na ciąży, ale nie na związku. Jeśli kobieta dobiera sobie partnera według określonych przez siebie parametrów, który jest dawcą genetycznym, a potem nie ma ochoty utrzymywać dalszych z nim relacji, to świadczy o jej nieodpowiedzialności przede wszystkim wobec dziecka. W naturalny sposób każde dziecko będzie pytać: kim jest mój tata? Brak odpowiedzi odbije się na relacji dziecka z matką w przyszłości. Zawsze trzeba mieć świadomość ciągu dalszego. Dziecko do końca życia może zadawać sobie pytanie: skąd się wziąłem.

Ale załóżmy zwyczajny model – para chce mieć dziecko, kobieta zachodzi w ciążę i rodzi. Kiedy wkracza ojciec?
Jest niezastąpiony już od początku życia dziecka. W pierwszym okresie często ojcowie są zaangażowani emocjonalnie, ale bezpośrednio nie uczestniczą w opiece. Zazwyczaj zobowiązaniem mężczyzny jest zapewnienie bezpieczeństwa materialnego rodzinie. Pracuje, więc mniej czasu spędza przy dziecku. Zwykle matka po urodzeniu bierze urlop macierzyński. Ale to nie zwalnia ojca z konieczności współpracy.

Czy ojciec biologiczny, który porzucił rodzinę, może w przyszłości stać się ojcem społecznym? Kiedy dziecko dorośnie i zechce poznać ojca – da się nadrobić stracony czas?
Każdy przypadek jest indywidualny. Są różne motywacje i powody takiego zbliżenia po latach. Zarówno ojcowie, jak i dzieci mogą chcieć uporządkować swój obraz rodziny. Ilość strat powstałych w wyniku odrzucenia sprawia, że przywracanie relacji obciążone jest historią życia bez ojca. Czasu nie da się nadrobić, ale warto, mimo żalu, spróbować się zbliżyć.

A czy ojczym może stać się ojcem społecznym dziecka?
Oczywiście. Wiele małżeństw i związków rozpada się i zwykle pojawiają się nowi partnerzy. Mężczyzna, wchodząc w związek z kobietą, która ma dzieci, decyduje się na relację z jej całą rodziną, z jej dziećmi i gdzieś pośrednio na współrelację z ojcem biologicznym dzieci. Trzeba mieć świadomość, że nie jest to łatwe zobowiązanie, wymaga tolerancji i uważności, żeby zapewnić dzieciom partnerki równość w traktowaniu, zwłaszcza gdy mężczyzna ma własne dzieci.

Któregoś dnia ojczym może usłyszeć: „Nie jesteś moim ojcem, więc nie będziesz mi mówił, co mam robić”.
Jeżeli ojczym wychowuje dziecko, ma prawo współdecydować o wspólnym życiu. Naturalnie stawia wymagania, a dziecko chcąc postawić na swoim, może to rozgrywać i używać argumentu biologicznego ojcostwa. Tu wiele zależy od postawy obojga rodziców. Często są to emocje jednorazowe, niemniej nie można pozostawiać takich kryzysowych sytuacji nierozwiązanych, bez wspólnej reakcji rodziców. Inaczej argument o ojcostwie będzie powracał. Warto doprowadzić do spokojnej rozmowy i wyjaśnić, dlaczego decyzja bądź postawa jest taka, a nie inna.

Dzisiaj odchodzimy od tradycyjnego modelu: kobieta opiekuje się dziećmi, mężczyzna pracuje. Teraz matka może zarabiać i dbać o bezpieczeństwo materialne, a ojciec opiekować się dzieckiem w domu. Czy ten nowy podział ról jest powszechnie akceptowany?
Obecnie tradycyjne role ulegają przemianie. Współczesne kobiety są dużo bardziej aktywne niż kiedyś, dużo bardziej zorientowane na własny sukces, na pracę, rozwój zawodowy, a mężczyźni czasami wolą wybrać program minimum. Jeżeli kobieta zarabia lepiej od partnera i wspólnie umówią się, że to ona dba o bezpieczeństwo finansowe, a on zajmuje się domem i opieką na dziećmi, dlaczego mieliby nie zamienić się rolami? Ojciec może przejąć takie obowiązki, jak robienie zakupów, sprzątanie, gotowanie, odwożenie dzieci do szkoły i na zajęcia. Oczywiście wielu mężczyzn musi dojrzeć do tego modelu.

Jeśli mówimy o rolach, to czy ojciec powinien inaczej podchodzić do córki, a inaczej do syna?
Przede wszystkim nie należy różnicować zachowania dzieci ze względu na płeć, że np. chłopiec musi być twardy, a dziewczynka opiekuńcza. Dzielenie zachowań na męskie i kobiece jest krzywdzące. Nie uciekniemy od stereotypów, bo babcia będzie kupować wnukowi niebieskie ubranka i samochodziki, a wnuczce różowe sukienki i lalki, ale samemu trzeba obserwować dzieci, ich pasje oraz zainteresowania i pozwolić im je rozwijać. Jeśli córka chce nosić bejsbolówkę i kopać piłkę, a syn lubi gotować z mamą, to dlaczego nie? Ojciec nie może wyznaczać ról, ale powinien umieć dziecku uświadamiać konsekwencje każdego wyboru.

Córka dojrzewa, zaczynają kręcić się wokół niej chłopcy. Jak w takiej sytuacji powinien reagować ojciec?
W ojcu uruchamiają się wtedy wspomnienia, jak on sam traktował dziewczyny, co o nich myślał, gdy był młodym chłopakiem, więc wie, jakie zagrożenia czyhają na córkę. Ale to nie znaczy, że ma krytykować każdego kolegę, który pojawi się w domu. Tu też chodzi o zaufanie. Jeśli od małego ojciec dbał o relację z córką, to w wieku dojrzewania nie będzie się ona bała spytać go o zdanie czy radę. Ojciec powinien uświadamiać, rozmawiać, a nie krytykować czy wyśmiewać. Dzieci coraz szybciej dojrzewają, w sieci mają dostęp do różnych treści, rolą rodziców jest też rozmawianie o seksualności człowieka. Nie o bocianach i krasnoludkach, ale na poważnie.

Jak ojcowie powinni reagować na uwagi teściowej pod ich adresem?
Teściowa to część rodziny i jeżeli potrafi zachować stosowny dystans oraz mądrze wspierać rodziców wnuków, nie narzucając swojej obecności i „dobrych rad”, odgrywa ważną rolę w wychowaniu i rozwoju dzieci. Wiele tu zależy od postawy obojga rodziców. To matka dziecka, czyli partnerka mężczyzny, niezależnie od tego, czy jest biologicznym ojcem czy społecznym, powinna wspólnie z mężczyzną asertywnie wyznaczać granice zaangażowania babci w ich życie rodzinne. Dziecko potrzebuje mądrej, opiekuńczej babci, ale niewtrącającej się i nierywalizującej z rodzicami.

Niektórzy ojcowie rywalizują ze sobą o osiągnięcia dzieci. Zależy im, by ich syn najwspanialej grał na skrzypcach, a córka najlepiej pływała na przykład dlatego, że sam jako dziecko marzył, by zostać sportowcem czy muzykiem, ale rodzice nie mogli mu zapewnić odpowiedniego kształcenia. Jak ustrzec się przed przenoszeniem niespełnionych ambicji na dzieci, choćbyśmy robili to z największej miłości?
Jeżeli ojcowie rywalizują między sobą o osiągnięcia dzieci, oznacza to, że są nieco ułomni. Niech sami się zmierzą w rywalizacji ze sobą, a nie używają do tego dzieci. Wyobrażenia o własnych niezrealizowanych ambicjach bycia „naj” nie mogą obciążać dziecka. Dziecko nie musi być czempionem. Z grupy jedno może być najlepsze w danym momencie, ale to wcale nie znaczy, że inne są gorsze. Bo co to znaczy lepsze? Że szybciej pojedzie na rowerze? Dzisiaj pojedzie szybciej, a jutro wolniej. Wytykanie dziecku, że ma gorszy wynik niż inne dzieci, że zajęło trzecie miejsce, a nie drugie czy pierwsze, jest jedną z podstawowych niestosowności wychowawczych. Powinno się je zachęcać do rozwoju, poznania, a ojciec własnym udziałem i przykładem najłatwiej je skłoni do współuczestnictwa. Wówczas można się ścigać, wpajać dziecku waleczność, zaangażowanie i uświadamiać, że na sukces trzeba zapracować. Ważne, by nie zmuszać, a zachęcać, potrafić docenić, gdy się uda, i wzmocnić, gdy coś nie wyszło.

Co zrobić, żeby nie popaść w drugą skrajność – założyć, że dziecko wie, co dla niego najlepsze, więc nie będę niczego narzucać?
Należy podpowiadać, ukierunkowywać, ale nie zakładać, że będzie najlepszym skrzypkiem, pływakiem, skoczkiem czy tancerzem. Ważne, żeby dziecko czerpało satysfakcję z tego, co robi. Nie tylko ojciec, ale oboje rodzice powinni być wzorem i autorytetem. Ostatnią i najważniejszą instancją, do której dzieci się odwołują. Nie znajomi z podwórka czy sieci, którzy w pewnym momencie też zaczną odgrywać dużą rolę w życiu dziecka. Dlatego tak istotny jest bezpieczny dom, w którym dziecko zawsze znajdzie wsparcie.

Jak stawiać granice? Czy dziecko powinno się bać ojca? Lęk i przemoc są zaprzeczeniem wychowania, ale, niestety, są używane. Świadczą o bezradności i słabości silniejszego. Zalęknione dziecko z desperacją będzie szukać ucieczki w bezpieczniejszy, w jego wyobrażeniu, świat – w gry w sieci, używki, złe towarzystwo i miejsca, w których będzie mogło odreagować, często również przemocą. Dzieciom trzeba jasno określać granice tolerancji rodziców, to bardzo ułatwia wzajemne porozumienie i egzekwowanie poleceń. Dzieci potrzebują jasności przekazu, mogą się z nim nie zgadzać, będą sondować, jak daleko mogą bezkarnie naginać ustalenia, ale na pewno klarowny punkt odniesienia ułatwi wyjście z trudnej sytuacji.

8 zasad świadomego ojcostwa:

  1. szanuj matkę twojego dziecka,
  2. szanuj swoje dziecko,
  3. zawsze stawaj po stronie swojej rodziny,
  4. okazuj uczucie najbliższym,
  5. mów prawdę swojemu dziecku i jego matce,
  6. ucz się mądrze wymagać,
  7. bądź otwarty i tolerancyjny,
  8. nie krytykuj.
Tekst pochodzi z archiwalnego wydania magazynu "Sens" 

  1. Psychologia

Kreacja rzeczywistości, czyli jak pomóc marzeniom się spełniać?

W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
W procesie kreowania rzeczywistości trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. (Fot. iStock)
Wystarczy aktywować każdy z ośmiu elementów pełnego spektrum kreacji. Jak to zrobić i na czym to polega - tłumaczy Tom de Winter, nauczyciel praktyk duchowych i terapeuta z Holandii. Od wielu lat na całym świecie prowadzi warsztaty rozwoju, jest jednym z trenerów wyszkolonych przez Drunvalo Melchizedeka.

- Wszechświat jest kompletny - mówi Tom de Winter. - Każdy z nas też. Jedna komórka ciała zawiera wszystkie cechy danego człowieka, powiększona może się nim stać. Bo jest pełnią. Jeśli coś z niej wykluczysz, nie będziesz kompletny, nie stworzysz siebie doskonałego. Podobnie jest z procesem kreowania rzeczywistości. Trzeba uwzględnić każdy element, który wpływa na to, co pojawia się w naszym życiu. Wszystko to pochodzi bowiem z nas. To co wewnątrz ujawnia się na zewnątrz.

1. Myśli

Zastanów się dobrze, czy jesteś świadomy każdej swojej myśli. Tego, co pojawia się w umyśle przez 24 godziny na dobę. Myśli to energia, substancja. Każda z twoich myśli przejawi się w końcu w rzeczywistości. Stanie się rzeczą. Warto mieć tego świadomość. Najlepiej, by nasze myśli były pozytywne i jasne. Dobrze jest traktować je jak wyrażanie życzeń. Myśli są wytworem umysłu, a ten jest niezwykle kreatywny. Jedno pytanie, a wiele, wiele odpowiedzi, które rodzą chaos w naszym życiu. Kreatywność umysłu może się wydawać potęgą, ale ona nas gubi. Jeśli jesteśmy naprawdę świadomi siebie, naszym umysłem staje się serce. Wówczas myśli wyrażają jego pragnienia. A w miejsce serca pojawia się umysł - nie rządzą wtedy nami sprzeczne emocje. Umysł w momencie kreacji jest cichy, „mówi” serce. Ono się otwiera, gdy jesteśmy świadomi. W tym stanie znika nasze ego, a autentyczne „ja”, ta boska istota w nas, rozrasta się i kreuje rzeczywistość. Żeby tworzyć, trzeba być tu i teraz, w pełni świadomym każdej myśli, która jest w nas. Myśli innej osoby nie możemy zmienić, własne możemy dowolnie wybierać.

2. Uczucia

Kiedy pracujemy, wykonujemy różne absorbujące czynności, nasz mózg pracuje, „produkując” szybkie wibracje fal beta. To jest rzeczywistość, w której żyjemy. Wówczas mało czujemy, bardziej wiemy. Wiedza jest w naszych czasach ceniona, tymczasem tworzenie z przestrzeni serca polega na tym, żeby dotrzeć do autentycznych uczuć. Kiedy relaksujemy się i medytujemy, przechodzimy w stan alfa, wibracje fal mózgowych zwalniają. I tylko wtedy tak naprawdę jesteśmy obecni w danej chwili. Podczas praktyk medytacyjnych możemy obserwować nasze myśli i uczucia, które się pojawiają. I pozwalać im odpływać. Koncentrujemy się jedynie na oddechu tak, byśmy w pewnym momencie doświadczyli stanu pustki. Pełnego wyciszenia, kiedy nie myślimy. Wtedy przychodzą właściwe odpowiedzi na pytania. Mądrość jest w nas, wystarczy się tylko w nią wsłuchać. Przemawia do nas językiem uczuć. Żeby żyć autentycznym „ja”, czyli bezwarunkowo kochać i przeżywać prawdziwą radość, najpierw trzeba przepracować niższe stany emocjonalne. Wyczyścić je. Dlatego powinniśmy przyjmować każde uczucie i myśl, które do nas przychodzą. Najgroźniejszym wrogiem kreacji jest ignorancja. Wszystko to, czego nie chcemy zobaczyć, od czego się odwracamy, a zwłaszcza to, czego nie chcemy poczuć - wraca do nas zwielokrotnione. Gdy doświadczamy trudnego uczucia, przyjmijmy się, poobserwujmy, pooddychajmy do niego podczas medytacji, a odejdzie. W ten sposób uwalniamy się od negatywizmów. Oświecenie jest proste - należy być światłym, nie żyć w ciemności negatywnych uczuć. Proces kreacji zachodzi, kiedy jesteśmy scentrowani, ześrodkowani.

3. Emocje

Istnieje hierarchia emocji.

  • radość
  • lęk
  • gniew
  • depresja
  • apatia

Nie poczujemy autentycznej radości, jeśli nie doświadczymy każdego ze stanów wypisanych pod nią. Po apatii pojawia się depresja (z nimi często występuje poczucie winy i wstydu). Gdy wychodzimy z depresji, wpadamy w złość. Wyrażony gniew skutkuje strachem, ale gdy już przestajemy się bać, czeka nas radość. Żadnego z tych stanów nie wolno ignorować. Jeśli to robimy, projektujemy uczucia na innych. Gdy na przykład wypieramy złość, szybko zauważymy że otaczają nas gniewni, agresywni ludzie. Kiedy boimy się własnego smutku, mamy kontakty z osobami, którzy go okazują. Co inni bowiem są naszymi lustrami. To jest nauka o nas samych. To pomoc, bo umiejętności umysłu doskonale potrafią okłamywać nasze uczucia. One jednak cały czas w nas są. Emocje to tylko energia, którą możemy dowolnie zmienić, jeśli ją rozpoznamy i przyjmiemy. Dlatego dziękujmy za każdą, która do nas przychodzi. Przyjmijmy ją. Jeśli jest trudna, poprzez wyrażenie jej i obserwację, transformujemy ją. Wykrzyczana w sposób nieraniący drugiego człowieka złość, przeradza się w witalną energię pomagającą działać. Kiedy wejdziemy w lęk i poczujemy go, czekają nas przyjemne, radosne doznania. Jeśli nie będziesz się bać, kiedy odczuwasz lęk, nie jesteś sobą. Jeśli nie jesteś sobą, co kreujesz? Nie to, czego pragniesz.

4. Intencja

Czy zadałeś sobie kiedyś pytanie, jaka jest intencja twojego życia? Po co jesteś na tej planecie? Czego chcesz się nauczyć? Czego doświadczać? Prawdziwe odpowiedzi są jasne. Klarowne. Bo płyną z serca. Potrzeba świadomości i ciszy, żeby je usłyszeć.

5. Uwaga

Żeby skutecznie kreować, potrzeba żyć w tej rzeczywistości. Ona jest jedna. Wszystko dzieje się tu i teraz. Od chwili obecnej zależy przyszła. Teraz tworzymy. Nic nie staje się, co by już nie istniało.

6. Oczekiwania

To naturalne, że mamy wobec życia oczekiwania. Właściwie to ciągle czegoś chcemy. Trzeba jednak być bardzo świadomą istotą, żeby czuć czy nasze oczekiwania pochodzą z poziomu duszy, czy z ego. Spełniają się tylko te pierwsze. Jak je rozpoznać? Gdy czegoś pragnie twoja dusza, w brzuchu czujesz jakby tańczyły ci motyle, przepełnia cię czysta radość. Jednocześnie nie racjonalizujesz, nie wymyślasz tysiąca scenariuszy, umysł jest cichy i spokojny.

7. Słowa

One mają moc, energię. Zadbaj o to, żeby były łagodne, pełne dobrych uczuć i nie natarczywe. Ale prawdziwe. Żeby wyrażały to, co czujesz. Słowem możesz zranić albo błogosławić. Energia każdego wypowiedzianego słowa wraca do ciebie. Dlatego warto świadomie wybierać słowa.

8. Świadomość

Dla energii myśli i uczuć nie ma żadnych ograniczeń, nie liczy się czas ani przestrzeń. Możesz czuć emocje osoby, która przebywa na drugiej półkuli. Jak to działa? Zadzwoń do kogoś, kto przyszedł ci na myśl. Przekonasz się, że on także myślał o tobie. Żeby osiągnąć świadomość skalarną, trzeba podczas medytacji skoncentrowanej na oddechu, wejść w stan próżni, kiedy nie myślimy. W tym stanie możemy uzdrawiać. Możemy poczuć czyjś ból czy dyskomfort we własnym ciele i oddychając do tego miejsca, uzdrowić je. Ta druga osoba poczuje to samo. - Wchodząc do próżni, stajemy się Bogami - mówi Tom de Winter. - Możemy uleczyć siebie i kogoś, jeśli ten ktoś wyrazi taką wolę. W niczym nie jesteśmy ograniczeni, bo wszechświat to jedność. Jedność myśli i uczuć. Jest tak, jak czujemy. Nie ma Boga, który tworzy. Jest Bóg, który tworzy przez nas.

  1. Psychologia

Ludzie owładnięci uzależnieniem nie rozpoznają swoich pawdziwych uczuć, regulują je nałogiem

Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym.(Fot. iStock)
Ludzie owładnięci nałogiem po jakimś czasie stają się podobni. Nie rozpoznają już swoich prawdziwych emocji, powód to nałogowe regulowanie uczuć. Jak to wygląda? Kiedy jestem zła albo coś nie spełnia moich oczekiwań, uciekam w jedzonko. W mojej głowie pojawia się olśniewająca myśl, że jak sobie coś zjem, przestanę czuć to, czego nie chcę czuć, i będzie mi fajniej.

Marzymy o wolności, a często jej nie znamy, bo jeśli jesteśmy w szponach nałogu, to znaczy, że nie jesteśmy wolni. Takie twierdzenie nie budzi sprzeciwu, jeśli dotyczy bezdomnych narkomanów. Ludzie myślą: "Dopóki ja w takim stanie nie jestem, to nie ma problemu. Pracuję, zarabiam, żyję jak inni, wszyscy wokół robią to samo".

Wiemy, że można się uzależnić od substancji, od leków, alkoholu, hazardu czy jedzenia, nie dostrzegamy jednak, że również od zachowań i uczuć, na przykład od złości, od bycia ofiarą, zakochiwania się, zakupów. Albo od innego człowieka, męża czy dzieci. Nie zdajemy sobie też sprawcy, że można być uzależnionym od wielu rzeczy naraz. Oczywiście nie wszystkie uzależnienia są jednakowo groźne, uzależnienie od kawy nie zabija.

Ludzie mówią: uzależniłem się od jeżdżenia na rowerze. I nie mają racji - chyba że ktoś przestałby spać albo jeść, albo chodzić do pracy, tylko jeździł na rowerze. Nadużywamy tego słowa, to paradoks, bo przecież kiedy realnie jesteśmy uzależnieni, nie chcemy tego nazwać po imieniu, żeby mieć poczucie, że kontrolujemy sytuację. Uzależnienie polega na tym, że człowiek ma jakiś deficyt, poczucie braku uznania, miłości, zrozumienia, bycia ważnym. Przyczyna wiąże się z dzieciństwem, z tym, jak zostaliśmy wtedy przez najbliższych potraktowani. Czy zbudowano w nas poczucie własnej wartości. Jeśli go nie mamy, nie pomogą czerwone paski na świadectwach ani wysokie stanowiska. Jeśli dziecko nie jest kochane, to potem nie kocha siebie. Jako dorośli nie cieszymy się sobą, bo w dzieciństwie się nami nie cieszono.

Ten brak nam doskwiera, więc jak się na chwilę uda dziurę zapełnić, to przychodzi moment ukojenia. A łatwiej to zrobić przez uzależnienie niż szukać oparcia w sobie. Jeżeli seksoholik czuje napięcie, a nauczył się, że ejakulacja go od niego uwalnia, to powtarza zachowanie przynoszące ulgę. Wydaje mu się, że znalazł łatwy sposób na poprawę nastroju. Po jakimś czasie nie działa to już tak świetnie, ale on pamięta chwile, gdy czuł się jak król życia, i wierzy, że uda się je powtórzyć. To pierwszy etap psychologicznego uzależnienia. Stopniowo zaczynamy ustawiać życie pod możliwość korzystania z nałogu. Psyche współpracuje z nałogiem, pomaga nie widzieć związku między tym, że przestajemy robić zdrowe rzeczy, a zaczynamy robić coraz więcej chorych. To system zaprzeczeń. Nasza inteligencja zaczyna wypracowywać bardzo racjonalne dowody na to, że nie piję, nie ćpam, nie przejadam się, nie kupuję za dużo, że wszystko jest w porządku. Ja również mam swój system zaprzeczeń, stąd moje sprytne racjonalizowanie tego, że tak lubię jeść.

Nałóg wpływa na relacje, spłyca je, czasami je uniemożliwia. Zamiast doświadczeń związanych z ludźmi, mamy doświadczenia związane z tym, jak ukryć to, co robię. Oddalamy się od tych, którzy mają nam za złe nasze uzależnienie, od tych, których krzywdzimy. A w walce z nałogiem człowiek sam jest bezradny, wpada w stare koleiny, choć chce wierzyć, że kieruje swoim życiem.

Trzeba się nauczyć nie reagować automatycznie, zastanowić się, dlaczego lecisz do kuchni po jedzenie. Lepiej doświadczyć tego, przed czym uciekasz, czego nie chcesz doświadczyć. Nałogowe regulowanie uczuć oznacza, że zachowuję się, jakbym mogła sama je regulować, a to nie jest prawda, uczucia płyną, są, jakie są. Jeśli nie świeci słońce, do tego boli mnie głowa i jeszcze ktoś do mnie powiedział "ty raszplo", i ja lecę do sklepu po kieckę, chociaż nie mam pieniędzy, to znaczy, że próbuję regulować trudne uczucia. Daje mi to ulgę, ale można powiedzieć mocno: opuszczam samą siebie. To największe świństwo, że robimy sobie to, co kiedyś nam robiono. Bo prawdę mówiąc, jest nam źle w życiu dlatego, że kiedyś nas odrzucano, nie zauważano, nie słuchano, nie doceniano i myśmy to uzewnętrznili. Zamiast sięgać do siebie, swoich zasobów, sięgamy po używki. W uzależnieniu karmi nas coś z zewnątrz. Zdrowy człowiek ma swoje własne sposoby, żeby się dobrze czuć i używa ich regularnie. Dobre życie daje dobre samopoczucie. Jeśli się miało zbyt dużo złego samopoczucia, szuka się ucieczki, czyli czegoś z zewnątrz, co ma pomóc.

Na szczęście jeżeli człowiek się czegoś nauczył, to może się też oduczyć. Choć to niełatwe. Dopiero teraz potrafię powiedzieć sobie: "Możesz umrzeć, jak nie przyhamujesz z jedzeniem". Wiem, że muszę wprowadzić program odwyku. Każdy uzależniony musi pójść na odwyk. To cholernie nieprzyjemne, ponieważ świadomie mam odmawiać sobie jednej z największych atrakcji. Na szczęście istnieją metody wypracowane przez AA typu "ta chwila": w tej chwili tego nie robię. Przetrzymam chwilę, potem następną, a potem się za to pochwalę i będzie mi łatwiej wytrwać kolejną. Uzależnionym potrzeba też terapii, a najbardziej grupy terapeutycznej, dzięki niej ludzie widza coraz więcej. Przeglądając się w innych, dostają wsparcie. Pomocne w walce z nałogiem są nasze pasje, zainteresowania, słuchanie muzyki, tworzenie, śpiewa, taniec, przytulanie się, bieganie z dziećmi po ogródki, płodozmian zmęczenia i odpoczynku, bliskości innych ludzi i jednocześnie bliskość ze sobą. Chociaż, jak mówił doktor od alkoholików Bohdan Woronowicz, z kiszonego ogórka świeżego już nie będzie. Nałóg pozostanie w nas na zawsze.

Żyjemy w kulturze nałogów, braku i namiastkowego zaspokajania się. Próbujemy zasypać swoje deficyty, odeszliśmy od siebie, od tego, co ważne. Nie przypadkiem ostatnio słyszy się często: "bądź sobą". Nie chodzi o skupienie wyłącznie na sobie. Ważny mam być ja i ty, i oni też. Ważny naprawdę, a nie jako dawca chwilowej przyjemności czy korzyści.

  1. Psychologia

Osobowość bierno-agresywna – jak rozpoznać ten typ

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata  frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. (Fot. iStock)
Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji.

Pewnie każdemu z nas zdarzyło się spotkać osobę, która wciąż sprawia wrażenie jakby sama nie wiedziała czego chce. Jednego dnia o czymś z nami rozmawia, twierdząc że to dla niej arcyważne, kolejnego – kiedy wracamy do tematu – zachowuje się jakby wczorajszej rozmowy w ogóle nie było. Czujemy się zdezorientowani, mamy wrażenie, że ktoś próbuje zrobić z nas „wariata”. Taka osoba w pierwszym momencie zapala się do każdego działania, zgadza się niemal na wszystko, przytakuje i przyklaskuje naszym pomysłom, a po kilku godzinach czy dniach sabotuje wszelkie wcześniejsze ustalenia – nie przychodzi na umówione spotkanie, nie odbiera telefonu, nie odpisuje na maile. Można powiedzieć, że stawia bierny opór. W towarzystwie takiej osoby czujemy się przygnębieni, niepewni, spięci, bo nigdy nie wiemy czego się spodziewać.

Jest wielce prawdopodobne, że mamy do czynienia z kimś o zaburzeniu osobowości, które w psychologii nazywane jest osobowością bierno-agresywną. Charakterystyczne jest dla niej wyrażanie negatywnych emocji w sposób zawoalowany, nie wprost, a w tzw. „białych rękawiczkach”! .

Osobowość bierno-agresywną można rozpoznać na podstawie kilku charakterystycznych zachowań, należą do nich między innymi: prokrastynacja (odwlekanie realizacji zadań); niedotrzymywanie danego słowa/zobowiązań; niska efektywność podejmowanych działań; nieuzasadnione przeciwstawianie się poleceniom (choćby przełożonych); zaprzeczanie słuszności ogólnie przyjętych zasad; silna potrzeba niezależności; niechęć do jakiejkolwiek kontroli; absolutne odrzucanie autorytetów, bezpodstawne ich podważanie, szydzenie i kwestionowanie ich kompetencji; krytykowanie i lekceważenie osób o wyższym statusie; kłótliwość, wygłaszanie prowokacyjnych tez czy uszczypliwych uwag pod adresem innych osób; tendencja do obwiniania innych ludzi za własne niepowodzenia; częste skarżenie się na swój los; brak dystansu do siebie; zawiść wobec tych, którym lepiej się wiedzie.

Bierna agresja wynika z nagromadzonych przez lata (często ten bagaż powstaje na bardzo wczesnym etapie życia) frustracji, złości, kolejnych rozczarowań i niezadowolenia. Tak objawia się poczucie krzywdy, niesprawiedliwego traktowania, w końcu bycia niezrozumianym i niedocenianym. Człowiek o osobowości bierno-agresywnej nie jest jednak zdolny do tego, by wprost powiedzieć, co czuje, by wyrazić swoje emocje, bo w gruncie rzeczy bardzo spragniony jest akceptacji. Obawia się, że stawianie jawnego oporu spotka się z gniewem, krytyką, a w konsekwencji odrzuceniem przez otoczenie. Dlatego jedną z form komunikacji ze „złym” światem, innymi ludźmi jest sabotowanie ich (absolutnie uzasadnionych) oczekiwań – wycofywanie się z aktywności, wcześniejszych ustaleń lub ich celowe opóźnianie. Osoba taka zawsze jednak ma gotowe wytłumaczenie, uzasadnienie dla swoich zachowań, np. zaniedbywanie obowiązków tłumaczy ich nadmiarem czy złym samopoczuciem. Często przeprasza za własne zaniedbania, jednak moment po przeproszeniu czuje już złość i wkrótce powtarza nieprzyjemne dla innych zachowanie.

Skąd ta agresja?

Jest wiele teorii opisujących genezę tego zaburzenia osobowości. Nurt psychologii psychodynamicznej źródła upatruje w wewnętrznym konflikcie między posłuszeństwem a buntem w relacji z rodzicami, opiekunami. Skutkiem tej ambiwalencji są trudne emocje gniewu, napięcia, smutku. Z jednej strony dzieci chcą zadowolić, spełnić oczekiwania, a przez to być lubiane, akceptowane i doceniane. Z drugiej strony wymagania i obowiązki wywołują w nich poczucie zagrożenia dla własnej autonomii, czują się traktowane instrumentalnie, wykorzystywane.

W podejściu poznawczym istnieje przekonanie, że umiejętność wywoływania frustracji w innych wymaga solidnych umiejętności poznawczych. Oznacza to, że osoby z tym zaburzeniem doskonale rozumieją potrzeby innych i dążą do tego, by ich… nie zaspokajać. Według jeszcze innej koncepcji zakłada się, że ludzie o osobowości bierno-agresywnej nieustannie odczuwają ból i cierpienie z powodu przekonania, że są ofiarami pozbawionymi możliwości spełnienia swoich marzeń i celów – czują się oszukane i wykorzystane przez tych, którzy – według nich – mają nad nimi kontrolę. Są pewne, że na świecie istnieje duża niesprawiedliwość, i to nieprzyjemne poczucie nasila się szczególnie wtedy, gdy obserwują sukcesy i radość u innych. Ich zazdrość jest tak silna, że zaczynają konsekwentnie podejmować działania, które mają na celu przywrócenie legendarnej sprawiedliwości.

Trudna droga do siebie

Niestety, podobnie jak w przypadku innych zaburzeń osobowości, osoby bierno-agresywne rzadko zgłaszają się na leczenie z własnej woli. Najczęściej dzieje się tak dopiero w sytuacji ekstremalnie kryzysowej, np. gdy zostają zwolnienie z pracy czy też gdy ich związek wisi „na włosku”, bo partner już dłużej nie jest w stanie znosić ich zachowania. Jednak nawet w takim momencie psychoterapia jest traktowana przez nich jako kara, przymus, a psychoterapeuta staje się kolejnym autorytetem do zanegowania, ośmieszenia, deprecjonowania. Dlatego najważniejszym zadaniem fachowca jest przełamanie oporu osoby bierno-agresywnej i skłonienie jej do podjęcia współpracy. Zwykle udaje się tego dokonać w atmosferze zaufania, gdy pacjent czuje aprobatę, zrozumienie swojego rozmówcy. Istotne jest także, by miał poczucie jakiejkolwiek kontroli nad procesem leczenia.

  1. Psychologia

Razem wobec rozwodu – rozmowa z współtwórczynią Akademii Dobrego Rozstania

Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. (Ilustracja iStock)
Dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między mamą i tatą – mówi Agata Jarzyna, psychoterapeutka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania.

Dziwne, że nikt wcześniej nie wymyślił ADR!
Pracuję w Komitecie Ochrony Praw Dziecka, który od 40 lat pomaga dzieciom oraz rodzicom w sytuacji kryzysu, jakim jest rozwód, i widzę, że rzeczywiście brakowało dobrych praktyk, procedur, wytycznych, jak robić to skutecznie. Skrzyknęliśmy się więc dwa lata temu – to była inicjatywa oddolna ośmiu organizacji pozarządowych z komitetem jako liderem – żeby rozmawiać o tym, jak wspierać ludzi w rozstaniach. Efektem tych naszych debat była decyzja, żeby stworzyć poradnik, taki elementarz dla rodziców w procesie rozstania, który byłby zbiorem dobrych praktyk około­rozwodowych zebranych w całość.

Poradnik właśnie powstał.
To są tak naprawdę standardy pomocy dziecku w sytuacji rozstania rodziców, którymi powinny się kierować wszystkie podmioty, w tym sądy, policja. Do poradnika włączyliśmy także bajkę terapeutyczną, która ma pokazać emocje i potrzeby dzieci. Je też trzeba przygotować do rozstania.

Wasza pomoc jest jednak skierowana głównie do rodziców?
Rodzice i dzieci to naczynia połączone. Gdy pokazujemy mamie i tacie różne drogi wyjścia, zadbania o siebie, to ten fakt odbije się na jakości ich relacji z dzieckiem. Bo czym jest rozwód? Trzęsieniem ziemi. Ludziom wali się świat, pojawia się mnóstwo emocji, z którymi nie wiadomo co robić, a jeszcze trzeba podejmować trudne decyzje. Rodzice się w tym gubią, nie wiedzą, od czego zacząć.

No właśnie, od czego trzeba zacząć?
Od zadbania o siebie. Mam wrażenie, że społeczny dyskurs dotyczący rozwodów to straszenie rodziców, że poprzez rozstanie wyrządzają dziecku krzywdę. A to nie buduje dobrej atmosfery wokół rozstań. I nie jest prawdziwe. Bo dziecku może wyrządzić krzywdę nie samo rozstanie, ale wojna między rodzicami. Dlatego naszym celem jest wzmacnianie rodziców i poprzez nich – dziecka.
Rozwodzący się na ogół zaczynają od znalezienia pełnomocnika i sformułowania pozwu. Zanim to zrobimy, proponowałabym skonsultowanie się z partnerem i wspólne stworzenie koncepcji pozwu, w którym zawarty byłby plan opieki nad dziećmi. Nie będzie trzeba rozmawiać już o tym na sali sądowej. Pamiętajmy, że żaden sąd nie zrobi tego lepiej niż my sami.

Poradnik to niejedyna forma pomocy, jaką oferujecie.
Chcemy także zmienić system prawny, żeby procedury były bardziej przyjazne dziecku i rodzicom, żeby procesy nie trwały w nieskończoność, żeby wpuścić na sale rozpraw także perspektywę psycho­edukacyjną, psychoterapeutyczną. Chodzi o to, żeby rozwiązania prawne „widziały” rozwiązania psychologiczne. Chcemy włączyć w ten dialog rodziców. W czasie pandemii napisaliśmy projekt, na który dostaliśmy norweski grant i działamy.

Czyli?
Rozwijamy Akademię Dobrego Rozstania, edukujemy rodziców, jak mogą zadbać o swoje potrzeby, jak przygotować do rozwodu dziecko. Bo rozstanie można przejść destruktywnie, ale też można z niego wyciągnąć wnioski i iść do przodu. Nie chodzi o to, żeby myśleć: „hurra, będzie dobrze”, tylko żeby uświadomić ludziom, że rozwód ma swoją dynamikę, że to trudny proces, dlatego trzeba sięgać po wsparcie. Tworzymy warsztaty dla każdego z rodziców, na których partnerzy mogą zobaczyć perspektywę drugiej strony. Przygotujemy też przestrzeń dla dzieci i nastolatków (bajki terapeutyczne i prezentacje). Będą strefa relaksu z ciekawymi propozycjami do czytania i oglądania, rozmowy z twórcami kultury dla dzieci i młodzieży, filmoterapia. I część samopomocowa, czyli miejsce, gdzie rodzice mogą się dzielić swoim doświadczeniem.

Nie boicie się zarzutów, że afirmujecie rozwody, zamiast ratować pary?
Kiedy jest szansa, żeby uratować związek, to oczywiście przekierowujemy partnerów do terapeuty. Nie propagujemy rozwodów, tylko pomagamy przez nie przejść w pokojowy, nieniszczący sposób. Bo ludzi nikt nie nauczył rozwiązywania konfliktów, dostępu do swoich emocji. Zostawieni sami sobie potrafią uruchomić potężną destrukcję. W ADR mogą znaleźć pomoc, to interaktywna przestrzeń, która ma scalać środowiska pomocowe w jednym miejscu. Ale to oczywiście nie jest tak, że rozwiążemy tu wszystkie problemy rozwodzących się.

Na czym najbardziej wam zależy?
Nasze cele zawarliśmy w manifeście Akademii Dobrego Rozstania. Mówiąc w skrócie, chcemy powiedzieć rozstającej się osobie: „Nie jesteś sama, jesteśmy z tobą, służymy wsparciem”. Chcemy, by efektem naszych działań była zmiana narracji społecznej o rozstaniu, uwolnienie ludzi od poczucia winy i wstydu. Najbardziej zależy nam na zmianie świadomości, czym jest konflikt, rozwód i jak sobie pomóc. Marzą nam się dyskurs specjalistów i wzajemne uczenie się od siebie.

W tym kontekście dużo mówi tytuł waszej konferencji „Razem wobec rozstania”.
Tak, to konferencja dialogu, organizujemy ją 15–16 czerwca tego roku. Bo nie chodzi o to, żeby ktoś wyświetlił prezentację, tylko żeby to był żywy dyskurs specjalistów. A jego efektem ma być badanie jakościowe dobra dziecka w rozstaniu.

Ambitne cele.
Ale to nie wszystko. Przygotowujemy także kampanię społeczną pokazującą perspektywę dziecka i rodziców w rozstaniu. Będą także szkolenia dla biegłych sądowych, pracowników i wolontariuszy naszych oddziałów, komitetów terenowych. Tworzymy sieć Kancelarii Przyjaznych Dziecku, popierających rozwiązania pokojowe, mediacje. Sędziowie otrzymają poradnik edukacyjny, jak kierować rodzinę po pomoc. Zamierzamy też przeprowadzić szkolenia dla pedagogów, bo to kolejna grupa specjalistów, która jest najbliżej dziecka i rodziców, więc może szybko zareagować, ale jednocześnie która nie powinna dać się wciągnąć w konflikt. Bo żeby pomóc mocno skonfliktowanym ludziom, trzeba zachować neutralność.

Co zrobić, żeby dobrze się rozstać?
Jak już powiedziałam, najpierw trzeba zadbać o siebie, o swoją kondycję psychofizyczną, co czasem wymaga wsparcia z zewnątrz. I jednocześnie robić wszystko w kierunku współ­działania i współpracy z partnerem. Czyli dogadać się w sprawie opieki nad dziećmi, zapewnić im kontakt z obojgiem rodziców, nie rywalizować o ich względy. Nie wolno tracić z oczu perspektywy dzieci, ich potrzeb, które niekoniecznie są takie jak nasze. Kolejny warunek to wzięcie odpowiedzialności za siebie, ale też – uświadomienie sobie, że nie mamy wpływu na partnera. I nawet jeśli blokuje rozstanie, utrudnia dogadanie się, to nie ma co z nim walczyć – nie zmienimy go. Możemy działać w obrębie tego, na co mamy wpływ.

Opowiem anegdotę: pewien pan idzie do psychiatry i zalany łzami opowiada, jaka ta żona okropna. A psychiatra na to: „Tu obok jest punkt z tatuażami, proszę się tam udać”. „Ale po co?” – pyta skonsternowany pan. Psychiatra odpowiada: „Żeby wytatuowali panu na czole: »Nie mam wpływu na żonę«”. Ludzie skupiają się na partnerze, punktują, jaki on jest zły, a nie na sobie i dzieciach. Dobre rozstanie to konkretna praca, którą trzeba wykonać dla siebie i dziecka.

Możliwe jest dobre rozstanie z kimś, kto nas skrzywdził?
Już samo zakończenie takiego związku przynosi ulgę. Myślę, że w takiej sytuacji trzeba zająć się swoim poczuciem krzywdy, rozczarowania, wyjść z roli ofiary, ale także z narcystycznej postawy: „jak śmiałeś mi to zrobić!”. To oczywiście jest trudne, bolesne, ale konieczne, żeby iść dalej.

A jeżeli to ja zawiniłam? Powinnam chyba zrobić więcej dla dobrego rozstania?
Myślę, że dynamika pary, to, jak ona wcześniej funkcjonowała, przekłada się na rozstanie. I jeżeli w tym związku był wzajemny szacunek, kultura, to w czasie rozstania też tak będzie. Ważne, żeby sobie uświadomić, że dalej musimy współpracować, bo mamy wspólne dzieci, że trzeba rozdzielić relacje małżeńskie od relacji z dziećmi.

Na warsztatach robimy ćwiczenie: na kredkę (nasza relacja) nawijamy wstążkę (dzieci). Co się dzieje, gdy kredka pęka? Wstążka dalej ją oplata.

Każdy z partnerów może być w tej dolinie rozstania na innym etapie. Nie dbali o związek i teraz wszystkie te zaniedbania wybuchają ze zdwojoną siłą. Ale nawet jeśli nasza relacja bezpowrotnie pękła, to oplata nas wstążka. W trakcie mediacji ludzie próbują rozliczać się wzajemnie z tego pęknięcia. Ona mówi: „Zajmowałam się domem, a ty mnie zostawiłeś”. On: „Odszedłem, bo byłaś skupiona na swoich potrzebach”. Kiedy już wyleją żale, pojawia się refleksja: „Jednak byliśmy dla siebie ważni, mamy przecież wspaniałe dzieci, więc mimo wszystko się szanujmy. Nie udało nam się w związku, to może uda nam się w rodzicielstwie”. Ale warunkiem jest właśnie dobre rozstanie.

Agata Jarzyna, psychoterapeutka, wiceprzewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka, współtwórczyni i koordynatorka Akademii Dobrego Rozstania sfinansowanej z funduszy norweskich, z dotacji Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Krajowy.