1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mit pierwszego zakochania - czy warto wracać do miłości sprzed lat?

Mit pierwszego zakochania - czy warto wracać do miłości sprzed lat?

Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. (Fot. iStock)
Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Kiedy spotkasz dawną szkolną miłość… strzeż się porywu uczuć i czaru dawnych wspomnień. To piękne romanse, ale rzadko kończą się szczęśliwie.

AKT I

Związek Anny z Robertem był już od lat w kiepskim stanie. On pił, nie pracował, ona – kobieta tuż przed emeryturą – musiała utrzymać dom i dwie córki na studiach. Pozostała dwójka dorosłych dzieci dawno się wyprowadziła. Małżonkowie prawie ze sobą nie rozmawiali. Robert zajmował parter, Anna – piętro ich wspólnego domu. Prawie jak separacja.

Wtedy pojawił się Darek – jej miłość z czasów studenckich. Wielka, romantyczna i… niespełniona. Bo niegdyś, pewnego dnia, zniknął z życia dziewczyny jak kamień w wodę, jakby nagle przestał istnieć. Dopiero po jakimś czasie otrzymała list z informacją..., że żeni się, bo wkrótce zostanie ojcem.

Trzydzieści lat później przejeżdżał przez Olsztyn – rodzinne miasto Anny i zatelefonował. Wpadł na kawę z naręczem kwiatów dla niej i prezentami dla jej wnuków. Była oszołomiona. Mówił o własnej firmie, o separacji z żoną i dorosłych dzieciach. Po kilku tygodniach przyjechał drugi raz i znów przywiózł jej kwiaty oraz perfumy. Tryskał optymizmem. Annę to zachwyciło. Chyba właśnie wtedy raził ją piorun. Ten sam co kilkadziesiąt lat temu.

Dawna dziewczyno!

Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. Wspominamy, marzymy i idealizujemy ją tak bardzo, że – według prof. Wiesława Łukaszewskiego z sopockiego oddziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej – większość osób wchodzi w związki małżeńskie nie tylko z wybrankiem czy wybranką, ale także… ze wspomnieniem „tego trzeciego” lub „tej trzeciej”. Mit pierwszego niewinnego zakochania utrwalają w dorosłym życiu rozczarowania, nieudane związki, zdrady. Pojawia się tęsknota.

Pewnie dlatego w latach 90. dojrzali Amerykanie masowo, za grube pieniądze wynajmowali detektywów, żeby odnaleźć miłość sprzed lat. Ale gdy na świecie upowszechniły się portale typu Facebook czy Nasza Klasa, detektyw okazał się zbędny. Ludzie rzucili się do odnajdywania byłych kochanków w internecie. Powstawały nawet specjalizujące się w tym portale – na niektórych nie trzeba nawet pamiętać imienia i nazwiska, wystarczy podać miejsce i czas romansu.

Z badań prowadzonych od 20 lat w 46 państwach przez prof. Nancy Kalish – psycholożkę, autorkę książki „Utraceni i odzyskani kochankowie” – wynika, że dawnej miłości najchętniej szukają w sieci osoby powyżej 35. roku życia. Większość, bo aż 55 proc., wydobywa ją z czasów, gdy nie mieli jeszcze 17 lat, a prawie wszyscy (84 proc.) – gdy nie przekroczyli 22. Co ciekawe, osoby starsze, po 65. roku życia też często starają się wracać do miłości z bardzo wczesnej młodości – nawet z podstawówki.

Powroty do szkolnych miłości stały się w Stanach tak popularne, że powstało nawet słowo „retroseksualni”, określające partnerów w takim związku. Czemu tak łakniemy retroromansów? Bo relacje z dawnych lat są najbardziej czyste i idylliczne, i często przerwane w sposób niezależny od młodych, np. przez rodziców czy zmianę miejsca zamieszkania. Rzadko wracają do siebie ci, którzy już w młodości stwierdzili: „nie jest nam ze sobą dobrze”.

AKT II

Anna spotkała się z Darkiem kilka razy w ciągu czterech miesięcy. To wystarczyło. W ekspresowym tempie rozwiodła się z mężem, zaczęła często jeździć do Darka do Warszawy. Rozpromieniona opowiadała o swoim szczęściu dzieciom. Przeżywała drugą młodość.

Robert – już eksmąż – manifestował swoją bezsilność: przebijał opony w aucie Anny, pił jeszcze więcej niż kiedyś. Któregoś dnia wyszedł z domu i nie wrócił. Po okolicznych lasach szukała go policja, dzieci, znajomi. Nic. Anna dzwoniła na komisariat, nasłuchiwała pod drzwiami, czekała na jakikolwiek znak. Co kilka dni zapalał się płomyk nadziei: ktoś widział go na rynku, był gdzieś w sąsiednim mieście… To zdarzenie jakby znów wtłoczyło ją w teraźniejszość. Do Darka przestała jeździć.

Nie wszystek zapomnę

Większość retroromansów zaczyna się od niewinnych mejli, często inicjowanych przez osobę samotną. Ta forma kontaktu jest bezpieczna, bo niweluje strach przed ewentualnym odrzuceniem. Potem są telefony i wreszcie – spotkanie. Dawni kochankowie nie planują wskrzeszenia uczuć, chcą tylko powspominać stare czasy. Ale dzieje się inaczej. Prawie 2/3 takich rozmów szybko zamienia się w romans. Dawne emocje ożywają i szaleją, jakby chciały nadrobić stracony czas. Ponad 70 proc. pytanych twierdzi, że powrót do starej miłości był wyjątkowo intensywnym doznaniem, nierzadko najbardziej ekscytującym w ich życiu.

Pary, które powstały po kilkudziesięciu latach hibernowania uczuć, wierzą, że są bratnimi duszami, że to jakaś siła wyższa połączyła ich po latach i to ona sprawi, że już nigdy się nie rozstaną. – Są zdeterminowani do podtrzymania tego uczucia, bo już kiedyś los stanął na drodze ich szczęścia. Teraz wszystko zależy wyłącznie od nich – mówi prof. Nancy Kalish.

Najnowsze badania tłumaczą też dynamikę takich powrotów… hormonami. U nastolatków podczas podniecenia wydziela się oksytocyna oraz wazopresyna. Substancje te, tworząc rodzaj emocjonalnej pamięci, gromadzą się w ciele migdałowatym. Kiedy kochankowie spotykają się po latach, znany widok, zapach, głos – uwalniają zahibernowaną pamięć. I emocje zaczynają buzować jak dawniej.

Romanse po latach zwykle jednak powodują ból. I dotykają zwykle więcej niż dwóch osób. „Odnalazłem swoją byłą dziewczynę i teraz w głowie mam zamęt” – pisze na forum mężczyzna ukrywający się pod pseudonimem „depressed now”. Barbara uważa, że popełniła wielki błąd, spotykając się ze swoim chłopakiem sprzed 13 lat. „Bo mam męża i dziecko, a on ma syna i żonę. A wiecie co jest najgorsze? Że widziałam tamtą kobietę” – zwierza się.

AKT III

Miesiąc po zaginięciu Roberta znaleziono jego ciało. Okazało się, że utonął. Dzieci przygotowywały się na taką informację, ale i tak przeżyły szok. Po śmierci byłego męża Anna znów zaczęła wyjeżdżać do Darka. Spotykała się z nim jeszcze długo, z czasem jednak coraz rzadziej. Telefon z Warszawy także dzwonił sporadycznie i nie cieszył Anny tak jak dawniej. Darek okazał się pracoholikiem, człowiekiem bez duszy. Książę z młodzieńczej bajki stał się zwykłym śmiertelnikiem. Teraz, po czterech latach od pierwszego retrospotkania, są już tylko znajomymi.

Pięć procent happy endu

Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy odnalezienie utraconego kochanka wiązało się z dużym nakładem energii i pieniędzy, aż 78 proc. takich powrotów kończyło się trwałym związkiem. Obecnie, gdy kontakt z miłością sprzed lat jest na wyciągnięcie ręki, statystyki są zdecydowanie mniej optymistyczne – tylko 5 proc. dawnych kochanków łączy się węzłem małżeńskim – im starsi, tym większe prawdopodobieństwo, że szczęśliwym i trwałym. Bo zazwyczaj mają większe doświadczenie życiowe, są bardziej cierpliwi i nie przeszkadzają im w partnerze cechy, które drażniły, gdy byli młodzi. Najstarsza z par, którą badała prof. Kalish, nie widziała się przez 75 lat. Gdy się pobierali, ona miała 95 lat! Ale i młodszym udaje się znaleźć szczęście po latach.

Marcin i Emilia znali się od dziecka: razem chodzili do szkoły, należeli do jednej drużyny harcerskiej.

– Emilia zawsze mi się podobała, było w niej coś takiego, co nie pozwalało mi o niej zapomnieć – wspomina Marcin. Po szkole „rozminęli się” w życiu.

Kilkanaście lat później, gdy Marcin zapisał się do serwisu sympatia.pl, natknął się na zdjęcie Emilii. Ona czy nie ona? Niby podobna, ale... Napisał do niej. W mejlu zapytał: „Od czego zaczynasz każdy nowy dzień?”. Odpisała już następnego dnia. Poznała go. Zdębiał.

Dalej wszystko potoczyło się według klasycznego wzoru: najpierw mejle, potem komunikator, wreszcie telefony i... Spotkali się po roku. Wtedy Emilia była jeszcze z kimś związana. Ale już rok później, po 17 latach od szkolnej znajomości, Marcin i Emilia stanęli na ślubnym kobiercu. – Warto było czekać te 17 lat właśnie na nią – mówi Marcin.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czy każda miłość może być pierwsza?

Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Pierwsza miłość jest niezapomniana choćby dlatego, że pełna różnych „pierwszych razów”. O tym, jak odnaleźć podobną świeżość w kolejnych związkach rozmawiamy z Martą Wołowską-Ciaś, terapeutką Gestalt.

Pierwsza miłość rzadko bywa tą na całe życie, a jednak wiele osób tęskni do niej po latach. Dlaczego? Pierwsze randki, uniesienia, pierwsze pocałunki to także odkrywanie w sobie, po raz pierwszy, emocji im towarzyszących. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie czuliśmy takiego rodzaju pożądania, podniecenia, zakochania, euforii, pragnienia, tęsknoty w relacji z drugim człowiekiem! Być może znane nam są te uczucia, doświadczyliśmy ich już wcześniej, ale różnica polega właśnie na doświadczaniu ich w relacji. Ich siła jest też ogromna; zapisuje się w naszej pamięci na zawsze. I to często do tych właśnie uczuć tęsknimy po latach.

Być może nastąpił mechanizm idealizacji, dlatego wracamy i tęsknimy do naszej pierwszej miłości. Może się również zdarzyć, że ten pierwszy związek i uczucia, jakich w nim doświadczamy, są w jakimś sensie odzwierciedleniem naszych pierwszych relacji z najważniejszymi dla nas osobami: matką czy ojcem albo obojgiem rodziców.

Jak doświadczenie pierwszej miłości wpływa na kolejne związki? Jak słyszę „pierwsza miłość”, to trudno mi nie myśleć o tej pierwszej miłości , która ma miejsce w naszym życiu zaraz po urodzeniu, czyli o miłości i więzi z obiektem, jakim jest matka. Wierzę, że właśnie to doświadczenie wpływa na nasze przyszłe relacje z partnerami, że nasze związki w dorosłym życiu wiele mówią o doświadczeniach z naszej przeszłości.

Ale rozumiem, że w pytaniu chodzi o miłość partnerską? Wszystkie doświadczenia wpływają na nas, budują naszą tożsamość, osobowość, charakter, wpływają na kształtowanie się naszych mechanizmów obronnych. W tych pierwszych związkach zdarza nam się doświadczyć zawodu, zranienia, porzucenia. Nie musi tak być, ale jak pani słusznie zauważyła, te związki rzadko trwają wiecznie. Takie doświadczenia niejako nas hartują, odzierają z dziecięcej naiwności, idealizacji. Dzięki nim uczymy się bardzo wiele o sobie: jakich uczuć doświadczam, gdy ktoś zachowuje się wobec mnie tak i tak; gdzie i czy stawiam granice bliskiej osobie; czy i w jaki sposób wyrażam swoje zdanie, złość, potrzeby… To fundamentalna wiedza o nas samych, dzięki niej stajemy się bardziej pełni, a to już tylko korzyść dla nas samych i dla naszych przyszłych partnerów. Uczymy się też odróżniać to, co istnieje naprawdę, od tego, co nie istnieje, czyli dzieje się w naszych marzeniach.

Co zrobić, żeby „każda miłość była pierwsza"? Czy da się odtworzyć atmosferę pierwszej miłości w kolejnych związkach? Kiedy byłam nastolatką i później młodą dorosłą moja Babcia zawsze mi powtarzała „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza, wszystkie dawne usuwa w cień”. Spierałam się z nią wtedy, że to niemożliwe, że to właśnie ta pierwsza była prawdziwa i niepowtarzalna... Jakże się wtedy myliłam (śmiech).

Nie skupiałabym się na, tym czy da się „odtworzyć” tę atmosferę. Pewnie nie, bo i po co? Ale z pewnością da się stworzyć niepowtarzalną, gorącą i szczerą, z tą właśnie osobą. Relacja to JA i TY. Każde JA i TY, dzieje się w jakimś TU i TERAZ. TAM i WTEDY już było, to przeszłość. Żyjmy świadomie tą właśnie chwilą, to my jesteśmy odpowiedzialni za siebie za związek, za atmosferę; do nas należy wybór czy „ugrzęźniemy” w przeszłości, która nie pozwoli nam być teraz, czy zamkniemy rozdział i zaczniemy pisać nowy.

Zdarza się, że po latach, na spotkaniu klasowym albo zjeździe uczelni spotykamy swoją pierwszą miłość i decydujemy się spróbować jeszcze raz. Czy takie związki rokują? Wydaje mi się, że nie ma jednej gotowej odpowiedzi. Rzeka płynie latami, zmienia koryto, pogłębia dno w jednym miejscu, spłyca w innym, woda niesie ze sobą kamienie i piasek, a one kształtują linię brzegową i dno. Rzeka się zmienia i jeśli wejdziemy po latach do tej samej, może okazać się, że to już zupełnie inna rzeka. Ba, nawet jej otoczenie może się zmienić. W miejscu dawnych łąk, pól i lasów teraz widzimy drogę, domy i beton. Warto, byśmy byli świadomi, kim jest teraz ten człowiek i jak zmieniło się jego otoczenie. Może nam się wydawać, że znamy się dobrze, że to ten sam zadziorny, zbuntowany i opiekuńczy chłopak z liceum, ale pamiętajmy, że jego związki i doświadczenia także miały wpływ na jego osobowość i że to może być już zupełnie nowa osoba. Podobnie, jak zmienił się nasz wygląd zewnętrzny, zmieniło się nasze wnętrze.

Czy pierwsza miłość to przywilej młodości, czy mogą ją przeżyć ludzie dojrzali? Jestem pewna, że pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. Mimo że jako dojrzali ludzie jesteśmy już bardzo rozsądni, stabilni i poukładani, chwile gorącej namiętności i totalnego zapomnienia mogą nas dopaść na każdym etapie życia. Nawet jeśli taka osoba uważa, że nie wypada, wewnątrz może przeżywać takie same motylki, wulkany, eksplozje, jakich doświadczają młodzi.

Bardziej zastanowiłoby mnie, jak to się stało, że ta pierwsza miłość możliwa jest dopiero teraz, jak wyglądało życie tej osoby w młodości. Ale to już chyba „dzielenie włosa na czworo”...

Marta Wołowska–Ciaś dziennikarka, terapeutka Gestalt. 

  1. Styl Życia

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? O przejmowaniu inicjatywy...

Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Dopiero przyjaciółka uświadomiła mi, że zamiast jęczeć, jak bardzo chciałabym umówić się z tamtym mężczyzną z pociągu, powinnam po prostu to zrobić. „Co najgorszego może się stać?” – zapytała. To zdanie stało się mottem mojej książki – opowiada Zoë Folbigg, autorka bestsellerowej powieści „Stacja miłość”. 

Twoja książka wydaje się po prostu uroczym romansem –dziewczyna proponuje drinka mężczyźnie, którego codziennie spotyka w pociągu, ale ten daje jej kosza, gdyż jest w związku; jednak osiem miesięcy później nieoczekiwanie odzywa się do niej i wszystko kończy się happy endem. To nie jest wymyślona opowieść, to twoja historia. Jestem ciekawa, w jakim momencie życiowym byłaś, gdy poznałaś swojego Mężczyznę z Pociągu? Miałam dwadzieścia parę lat, od czterech byłam singielką ze złamanym, ale już wyleczonym sercem i nie szukałam miłości. Miałam bogate życie towarzyskie, wielu przyjaciół i pracę, którą kochałam. Wieczorami chodziłam do teatru i na koncerty. Kupiłam mieszkanie, czułam się niezależna, spełniona i na dobrej drodze. Byłam naprawdę szczęśliwa. Nie szukałam desperacko kogoś, kto odmieni moje życie. Ale kiedy zobaczyłam Marka, mojego Mężczyznę z Pociągu, poczułam, że on jest tym właściwym.

Podróżowaliście tym samym pociągiem, ale dopiero po roku zdecydowałaś się zostawić mu liścik. Niemal codziennie go spotykałam, zawsze czytał jakąś książkę, i to mnie zachwycało. Ale bałam się odrzucenia. To bardzo brytyjska rzecz, że nie rozmawiamy w komunikacji miejskiej, jako społeczeństwo bardzo trzymamy dystans. Wchodzisz do pociągu, wyciągasz książkę albo telefon i na nikogo nie patrzysz. Myślałam: on jest taki przystojny, na pewno nie będzie zainteresowany, na sto procent ma dziewczynę albo jest gejem, bo jest zbyt doskonały. (śmiech) Przez cały ten czas był dla mnie enigmą, nie wiedziałam, co robi, kim jest, nigdy nie rozmawiał przez telefon, nie mogłam wydedukować, czy ma kogoś, a to czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

Pewnie trudno podejść i zaczepić nieznajomego, gdy wokół są inni ludzie? Z tego powodu uznałam, że dam mu liścik z propozycją spotkania, w którym zostawię mój adres mailowy, i od razu wysiądę z pociągu. Chciałam dać mu czas na zastanowienie się i jeśli mnie odrzuci, to przynajmniej nie twarzą w twarz, tylko przez mail. To był dla mnie najbardziej bezpieczny sposób załatwienia sprawy.

Nie miałaś takich myśli, że zaczepianie obcego w pociągu – wszyscy znamy te filmy – może źle się skończyć, że to niebezpieczne? Tak, miałam i takie myśli, ale zaufałam intuicji. Poza tym dałam mu tylko adres mailowy, nie napisałam nic o sobie, na wypadek, gdyby jednak okazał się psychopatą. Po tym, gdy dał mi kosza, widywałam go tylko w pociągu. Ale gdy po ośmiu miesiącach zaproponował mi pójście na drinka, to on był zdenerwowany, bo nie wiedział, czy nie mam chłopaka. Szybko się zgodziłam i tylko przez jeden dzień martwiłam się, czy jednak nie jest psychopatą, bo tak szybko się umówiliśmy. Bałam się też, że może okaże się strasznym nudziarzem, ale nie, nie był nudziarzem, był właśnie taki, jakim go sobie wyobrażałam.

Nie bałaś się, że skoro przejmujesz inicjatywę, to już zawsze będziesz tą stroną w związku, która kocha bardziej i bardziej się stara? Martwiłam się o to, bo już wtedy wiedziałam, że go kocham, ale zdawałam sobie sprawę, że on mnie dopiero poznał i powoli się do mnie przyzwyczaja. Jednocześnie widziałam, że dobrze się rozumiemy, fajnie nam się spędza czas i mamy tyle wspólnego, że w końcu on także się zaangażuje. I tak się stało, nie trwało to długo. Na szczęście nie powiedziałam mu pierwszego dnia, że go kocham, bo wtedy pewnie od razu by uciekł. (śmiech) Ale miałam poczucie, że moja intuicja jest dobra. Zresztą to on zaprosił mnie na drinka po tych ośmiu miesiącach, więc byliśmy kwita. A potem poprosił mnie o rękę.

Jak sądzisz, co tak spodobało się czytelnikom w twojej książce, że odniosła sukces? Fakt, że bohaterka bierze życie w swoje ręce czy może to, że nie spotyka jej za  to żadna „kara”, wybranek nie okazuje się psychopatą ani gwałcicielem? Czytelnicy dostrzegli w tej historii opowieść o odwadze – to zwróciło ich uwagę, i dla mnie też było to ważne. Bo czasem jeden mały, pozornie nic nieznaczący gest może pozytywnie zmienić czyjeś życie. Ważna jest aktywna postawa, chociaż spotyka się ona w książce – i w prawdziwym życiu też! – z odrzuceniem. I może właśnie to rezonuje w ludziach, że lepiej jest żałować czegoś, co się zrobiło, niż że się coś zaniechało. A druga rzecz, która im się spodobała to, no właśnie, nie jest to wymyślona historyjka, bo przetestowałam ją na sobie. (śmiech) Myślę, że ludzie w obliczu dużych zmian – a taką jest i był brexit w Wielkiej Brytanii – potrzebowali szczęśliwego zakończenia. Ale też zdali sobie sprawę, że to żaden wstyd zaprosić mężczyznę na drinka i zostać przez niego odrzuconym.

Jaka była reakcja twojego chłopaka na wieść, że napiszesz o was książkę? Nie obawiałaś się, że za bardzo się odsłonicie? Byliśmy już razem kilka lat, gdy gazeta, w której pracowałam, została zamknięta. Mark z kolei nie lubił swojej pracy, więc wspólnie postanowiliśmy, że najpierw wybierzemy się w długą podróż, a potem się ustatkujemy. W podróży spotkaliśmy wspaniałych ludzi i wielu z nich mówiło mi, że nasza historia brzmi jak gotowy materiał na film czy książkę. Zaczęliśmy sami o tym rozmawiać, Mark był bardzo wspierający, choć jest nieśmiały. Zdecydowałam się na fikcyjnych bohaterów, żeby mieć większy dystans. Pisałam, nie myśląc, czy to kiedyś wydam. Potem wzięliśmy ślub, urodziły się dzieci, drugie − półtora roku po pierwszym. Byłam mocno zmęczona macierzyństwem i tempem zmian, to było wykańczające. Nie wyobrażałam sobie powrotu do pracy w Londynie. Gdy chłopcy spali, pisałam artykuły, czasem wracałam do naszej historii, na przykład w felietonie zamówionym przez dziennik „The Guardian” na walentynki. Zawsze wówczas otrzymywałam tyle wsparcia od czytelników, że postanowiłam wrócić do książki. Mark przeczytał ją dopiero tydzień przed publikacją. Byłam pewna, że mu się nie spodoba, on jest fanem książek Hillary Mantel i Margaret Atwood. Ale się spodobała.

Twoja książka została naprawdę dobrze przyjęta, choć wyobrażam sobie, że mogłaś się obawiać różnych reakcji. To zabawne, ale to raczej mama i siostra były bardziej przejęte i martwiły się tym, że mogę spotkać się z krytyką i że to na mnie negatywnie wpłynie. Wiedziałam, że nie mogę zadowolić wszystkich, że mój styl literacki niektórym się spodoba, a innym nie. Ale jeśli udało mi się dotrzeć do jednej osoby, która postanowiła wziąć los w swoje ręce, z jakiegoś powodu odważyć się na coś – to już dużo. Mark z kolei był dumny, że spełniłam swoje marzenie: pracowałam z domu, tak jak chciałam, i mogłam być blisko chłopców i spędzać z nimi czas. Byłam spełniona jako pisarka i matka.

Maja, główna bohaterka książki, fantazjując o Mężczyźnie z Pociągu, przechodzi wewnętrzną przemianę. Czy u ciebie też coś się zmieniło? Nie, moje życie było bardzo dobre i nigdy nie wątpiłam w siebie jak Maja. Ale to, co zrobiłam, sporo mnie kosztowało, choć jednocześnie dużo mi dało. Poczułam się odważna, bardziej sprawcza.

Powiedziałaś, że wiedziałaś, że to właściwy facet, więc dając mu liścik, w pewnym sensie przyznałaś, że jesteś gotowa zacząć nowy etap w życiu. To duża zmiana. Dziś myślę sobie, że wtedy rzeczywiście moje życie było trochę dziecinne i bez zobowiązań, miłe i lekkie, skoncentrowane tylko na mnie. Dzień, w którym dałam liścik Markowi, był pierwszym krokiem w kierunku prawdziwej dorosłości.

W pewnym momencie jedna z bohaterek, Velma, proponuje Mai,  gdy ta zwierza jej się ze swoich rozterek miłosnych: spróbuj, co najgorszego może się stać? Tak naprawdę to słowa twojej przyjaciółki. Gdy spotkałam Mężczyznę z Pociągu, przez niemal rok wszystkim o nim opowiadałam. Strasznie to przeżywałam. Moja przyjaciółka miała wtedy trudny czas (jej mama umierała na raka piersi). Odwiedziłam ją pewnego razu, a gdy zapytała, co u mnie słychać, znowu zaczęłam opowiadać o facecie z pociągu i że nie mam odwagi do niego zagadać. Wtedy spojrzała na mnie i powiedziała: „Zoë, co najgorszego może się stać?”. Ona miała wtedy inną perspektywę, wiedziałam, że przeżywa najgorsze chwile, a ja jej się zwierzałam z takiej głupoty. No bo czym jest zaproszenie faceta na drinka wobec odchodzenia najbliższej osoby?! I to był ten moment, kiedy sobie powiedziałam: „dorośnij, ogarnij się, przestań bawić się marzeniami”. Velma to kumulacja wszystkich mądrych, cudownych kobiet, które spotkałam w życiu. Chciałam stworzyć bohaterkę, która reprezentuje bliskie mi osoby.

Twoja historia ma happy end: zamieszkałaś z Mężczyzną z Pociągu, a potem pojechaliście w podróż życia. Nie obawiałaś się, że coś się zepsuje, czar pryśnie? Gdy zaczynaliśmy tę podróż, pomyślałam sobie, że jeśli przetrwamy wszelkie jej trudy, jak choroby i inne niewygody, gdy ponudzimy się razem i pokłócimy – to damy radę. Miałam świadomość, że kiedy jest się cały czas razem, traci się tę magię randkowania, fantazjowania na swój temat, ale poszło nam świetnie. Nawet wtedy, gdy lądowaliśmy w obskurnych hostelach...

Czy Mark uratował cię przed karaluchem? (śmiech). Był karaluch, i to niejeden, test zaliczony! Ta podróż tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że chcę z nim być na dobre i na złe. I właśnie podczas tej podróży Mark mi się oświadczył.

Wierzysz w przeznaczenie? Czy może uważasz, że trzeba brać życie w swoje ręce? Wierzę, że było mi przeznaczone związać się z Markiem, ale coś mi mówiło, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, aby do tego doprowadzić. On jest nieśmiały, nie zaczepiłby mnie, nie jest tego typu facetem. Oczywiście, wtedy tego nie wiedziałam, ale czułam, że muszę to zrobić. Wierzę w związek dusz, ale też w to, że warto przejąć inicjatywę. Czasem trzeba pomóc przeznaczeniu. Chciałam, aby moja książka nie była tylko historią z cyklu: chłopiec spotyka dziewczynę, ale też żeby wzmacniała kobiety, dawała im poczucie sprawczości i zachętę do tego, by się nie bały wziąć odpowiedzialności za swoje życie.

Zoë Folbigg dziennikarka i redaktorka. Pisała m.in. dla „Cosmopolitan”, „Glamour”, „Daily Mail”, „Elle”. W 2008 roku w piśmie „Fabulous” ukazywał się jej cotygodniowy felieton z opisem rocznej podróży dookoła świata, którą odbyła z Mężczyzną z Pociągu, spotykanym podczas codziennych dojazdów do pracy. Pobrali się, mieszkają z dwoma synami w Hertfordshire. „Stacja miłość” to jej debiutancka powieść.

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? 

Iwona Firmanty, psycholog, socjolog, coach ICC: Kulturowe uprzedzenia nie sprzyjają przejmowaniu inicjatywy przez kobiety.  Natomiast nie tyle ważne jest, kto robi pierwszy krok, ale jak to robi. Bohaterka książki „Stacja miłość“, przekazując liścik z propozycją spotkania nieznajomemu, wykazała się taktem i dyskrecją, a jednocześnie dała mężczyźnie zielone światło – znak, że jest nim zainteresowana. Zrobiła to w sposób dla siebie bezpieczny – nie wystawiając się na publiczną ocenę, ale też nie odkrywając siebie poza podaniem adresu mailowego. Jednocześnie zadbała o jego poczucie bezpieczeństwa, bo nic mu nie narzuciła, a jedynie okazała swoje zainteresowanie. Nie zmarnowała szansy, czuła, że to jest ten właściwy i nie chciała żałować, że nie spróbowała.

Jeśli jako kobiety jesteśmy kimś zainteresowane, dajmy to odczuć tej osobie – czasem wystarczy spojrzenie w oczy, uśmiech czy właśnie liścik – nie narzucając się, dając sobie i jej szansę. Mężczyzna niekoniecznie może chcieć przejąć inicjatywę, też ma prawo czuć się niepewnie, bać się odrzucenia, nie mieć pewności, czy nam się podoba. Ma też prawo przestraszyć się nadmiernej atencji z naszej strony – dlatego dawajmy znaki, ale też dawajmy sobie przestrzeń i czas na reakcję. Oraz przyzwolenie także na to, że nasz obiekt zainteresowania odpowie: nie, dzięki.

 

  1. Psychologia

Zauroczenie dziecka - jak radzić sobie z młodzieńczą miłością swojego nastolatka?

Pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Protekcjonalnie nazywana „szczenięcą”, pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. I powodem do niepokoju dla rodziców... Pedagożka Marzena Jasińska podkreśla, żeby zamiast dawać zakochanemu nastolatkowi tzw. dobre rady − przyjąć jego emocje, zwłaszcza gdy przeżywa rozczarowanie.

W jakim wieku nastolatki przeżywają pierwsze zauroczenia? Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że dziewczynki około 11., 12. roku życia, u chłopców może się to zdarzyć trochę później. Wtedy zaczyna się też proces dojrzewania płciowego, co wywołuje zmiany w wyglądzie oraz wyrzut hormonów płciowych. Dziewczynki zwykle spoglądają w tym czasie na chłopców ze starszych klas, ponieważ wydają się im oni bardziej dojrzali niż rówieśnicy.

Pierwsze zachłyśnięcie się miłością to niezwykle delikatny stan ducha, człowiek jest wtedy drażliwy, poszukuje akceptacji, może go zranić najdrobniejsza uwaga, ale rodzice chcą rozmawiać, radzić, wygłaszać swoje opinie. Jak to pogodzić? W naszej kulturze, zresztą nie tylko w naszej, panuje przekonanie, że doradzanie i wypytywanie jest elementem kontaktu i troski. Tymczasem może to prowadzić do swego rodzaju ubezwłasnowolnienia nastolatka, któremu trudno będzie mieć własne zdanie i wierzyć samemu sobie. Rodzice często wpadają w pułapkę tzw. wielepka, czyli „wiem lepiej, bo jestem starszy i mam większe doświadczenie, więc mam prawo mówić, co masz robić” − i nazywają to doradzaniem. Jesper Juul w książce „Przestrzeń dla rodziny” pisze wprost, że im więcej gadamy, tym mniej osiągamy. Dlatego przede wszystkim warto odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zależy nam na rozmowie. Czy chcemy autentycznie dowiedzieć się, co przeżywa dziecko i jak się z tym czuje, czy raczej opowiedzieć mu o swoich lękach, przy okazji obciążając je nimi, i może nie wprost, ale jednak skłaniać do zerwania znajomości, która nam się nie podoba?

Rodzice mają prawo do własnych opinii, jeśli jednak ma to być prawdziwa rozmowa, to ważne, jakiego języka użyją. Juul mówi tu o zamianie języka „ty” na język „ja”, czyli wyrażaniu siebie z poszanowaniem i uznaniem tego, co czuje, co chce i co myśli druga osoba. Jako rodzic mogę więc na przykład wyrazić, co myślę, co czuję, kiedy moja 14-letnia córka spotyka się z 20-latkiem, choćby to był naprawdę bardzo fajny chłopak. Rodzic ma prawo powiedzieć o swoim niepokoju, ale bez obarczania nim dziecka, wypytywania, krytykowania i tego doradzania z pozycji „wielepka”, o którym już mówiłam. Poza tym jeśli chcemy, żeby nastolatek mówił nam o swoim życiu, to najpierw uchylmy przed nim rąbka tajemnicy i opowiedzmy o sobie. Nie da się budować relacji bez odsłaniania siebie. Tylko przestrzegam przed planowaniem w stylu: w niedzielę po południu usiądziemy razem, opowiemy nastolatkowi o swojej pierwszej miłości, a on od razu zrobi to samo... To karkołomny pomysł!

Czyli twierdzi pani, że rodzice nie powinni wtrącać się w sercowe sprawy nastoletnich dzieci? Rodzice jak najbardziej mają prawo do wyrażania własnego zdania w języku osobistym, jednak nie o „wtrącanie się” chodzi. Zdarza się, że rodzice nie akceptują sympatii swojego dziecka, i czasem nawet mają ku temu słuszne powody. Tylko krytykowanie czy ośmieszanie nie pomoże, a nawet wręcz przeciwnie. Nastolatek ma dużą potrzebę autonomii i decydowania o sobie i swoim życiu. Zdaniem Juula rodzice mogą na przykład wprost powiedzieć synowi, że im się nie podoba jego dziewczyna, ale widzą, że jest w niej zakochany, a ona w nim, więc nie wiedzą, co mają zrobić, i zapytać, co on o tym myśli. Wtedy dyskusja toczy się z poszanowaniem uczuć nastolatka. Albo zaproponować, że zaproszą ją na obiad, żeby się lepiej poznali, bo może po spotkaniu ich podejście się zmieni − i zapytać, czy ona jest na to gotowa. Oczywiście w czasie rozmowy należy się wykazać kulturą, uprzejmością i rozwagą. To rodzice powinni wziąć na siebie odpowiedzialność za własne lęki i za ich rozwiązanie. To, że dziewczyna syna im się nie podoba, to ich problem i nie mogą oczekiwać, że dziecko go rozwiąże, zrywając kontakt z sympatią. Prędzej dojdzie do zerwania kontaktu z dorosłymi.

Wyobraźmy sobie, że nie chodzi o lubienie lub nielubienie, tylko ta dziewczyna jest wulgarna, złośliwa i ewidentnie wykorzystuje chłopaka, a rodzice po prostu martwią się o syna. A czyja to ocena, że dziewczyna jest wulgarna, złośliwa i wykorzystuje chłopaka?! Raczej nie jego, bo skoro spotykają się, to on postrzega ją inaczej. Warto zapytać, jak się z nią czuje, co mu się w niej podoba, co takiego sprawia, że się w niej zakochał. Mam takie przekonanie, że szczególnie matki bardzo martwią się o swoje dzieci i czynią je odpowiedzialnymi za to zmartwienie, czyli oczekują, że dziecko coś zrobi, żeby mama przestała się martwić albo zaczęła się martwić mniej... Na szkoleniach powtarzam zawsze, że matki mają prawo martwić się tyle, ile chcą, ale niech pamiętają, że to jest ich zmartwienie, a nie dziecka! Już samo mówienie „martwię się o ciebie” jest obciążające, bo jaką intencję ma mama, mówiąc te słowa? Czego oczekuje od dziecka?

Zamartwianie się o dziecko jest największą trucizną dla relacji. Nastolatki nie za bardzo wiedzą, co mają zrobić, aby rodzice się nie martwili i aby nie było im przykro, więc nieraz uciekają się do kłamstwa, bo to jedyne dostępne dla nich rozwiązanie. Na zasadzie „skoro rodzice nie są w stanie przyjąć prawdy o mnie, to nie pozostaje mi nic innego jak nie mówić im tej prawdy”. W ten sposób nastolatek stara się chronić rodziców.

Co jednak jeśli niepokoimy się, że nowa sympatia wprowadza nasze dziecko w świat używek, narkotyków, seksu? Najlepiej zapytać wprost. Jeśli dziecko zaprzeczy, to należy to przyjąć, ale też zapewnić je, że jeżeli będzie potrzebowało naszej pomocy, to może zawsze do nas przyjść. Od czasu do czasu warto też ponawiać pytanie, czy nic się nie zmieniło. Jeśli między rodzicem a nastolatkiem są zdrowe relacje, to w końcu powie otwarcie, jak się sprawy mają. W poradzeniu sobie z niepokojem pomaga też myślenie: „ufam mojemu dziecku i wiem, że ono postąpi najlepiej, jak będzie potrafiło, bo jako rodzice wyposażyliśmy je w takie kompetencje i umiejętności, które pozwolą mu zadbać o siebie”. Z drugiej strony nastolatki nie mają jeszcze dostatecznie rozwiniętej struktury mózgu, która odpowiada za skalkulowanie ryzyka, przewidywanie konsekwencji i dlatego potrzebują autentycznego zainteresowania. To obejmuje też prawo do wyrażenia sprzeciwu przez rodzica.

A kiedy jest miejsce na ten sprzeciw? Czy kiedy nastolatka chce na przykład, żeby chłopak został na noc w jej pokoju, ale my tego nie akceptujemy?  Powinniśmy zabronić jej tego, mimo że będzie na nas wściekła? Często się zdarza, że rodzice, słysząc o tzw. nocowaniu, wpadają w panikę i usiłują na siłę przeprowadzić z dzieckiem poważną rozmowę, która kończy się umoralniającym monologiem. Tymczasem, jak radzi Jesper Juul w książce „Nastolatki, kiedy kończy się wychowanie”, rodzic powinien mówić od serca, używając rozumu. Dlatego nie chodzi o pozwalanie czy nie, a o autentyczny dialog, w którym każdy poczuje się usłyszany, dostrzeżony i zrozumiany. Nakazy są destrukcyjne dla relacji, jednak znam wielu rodziców, którzy z obawy przed konfliktem lub z bezradności wcale lub bardzo rzadko mówią „nie”. Godzą się dla tzw. świętego spokoju, a potem męczą ich wyrzuty sumienia z powodu tego, że się zgodzili na coś sprzecznego z ich wartościami.

Rodzice absolutnie nie powinni rezygnować z wyznaczania norm. Nawet jeśli z tego powodu zostaną przez nastolatka nazwani starymi zrzędami albo usłyszą, że są staroświeccy czy że inni rodzice na to pozwalają. Trzeba nauczyć się mówienia „nie” z czystym sumieniem, a to znaczy, że najpierw trzeba uznać i uszanować to, czego chce nastolatek, a dopiero potem powiedzieć „nie”. Taki wynikający z wyznawanych wartości komunikat mógłby brzmieć na przykład tak: „widzę, że jest dla ciebie ważne, żeby Kacper nocował dziś w naszym domu, jednak nie zgadzamy się na to”. Oczywiście po takim komunikacie rodziców córka wpadnie w szał, ale to jest nieuniknione. Trudno oczekiwać, żeby po takich słowach powiedziała: „super, że się nie zgadzacie”. Wielu rodziców uważa, że dziecko nie powinno z tego powodu przeżywać złości. To absurd! Dorosły powinien przyjąć emocje dziecka, a nie mieć do niego pretensje, że je przeżywa. Pamiętajmy, że poglądy czy zdanie rodzica mają duże znaczenie dla nastolatka, choć się do tego nie przyznaje. W domu robi awanturę, ale porozmawia potem o tym z rówieśnikami.

Pierwsza miłość często kończy się pierwszym rozczarowaniem, co dla dziecka jest wielkim szokiem. Jak mądrze i bezinwazyjnie wesprzeć nastolatka cierpiącego po rozstaniu z sympatią? Po prostu być przy nim i z nim, pytać, czego potrzebuje, szanować, jeśli wykrzyczy „daj mi spokój”. Dać do zrozumienia, że w każdej chwili może do nas przyjść i popłakać, pogadać albo pomilczeć. Po rozstaniu nastolatek przeżywa swoją żałobę. Czyli doświadcza też smutku, żalu, rozpaczy, czasem lęku, niepewności albo i złości. Pocieszanie w stylu „nie martw się, za miesiąc, rok nie będziesz o nim pamiętała, a tak w ogóle to on mi się nigdy nie podobał, dobrze, że z nim zerwałaś” – nie pomaga. Kluczowa jest obecność, wspieranie i empatia.

Jesper Juul pisze, że najważniejszym zadaniem dziecka jest nauczenie się, jak być dorosłym. Czy nastoletnia miłość to też element takiej nauki? Wszystko, co przeżywa nastolatek, będzie miało wpływ na późniejsze spostrzeganie przez niego życia, jednak trudno powiedzieć, jak duży. Dziecko uczy się, co to znaczy być dorosłym, obserwując rodziców, i zdarza się, że dla niektórych nie jest to dobra nauka.

Marzena Jasińska, pedagożka, doradczyni rodzinna pracująca w duchu filozofii Jespera Juula oraz rodzicielstwa bliskości. Certyfikowana trenerka Family Lab Polska. Zajmuje się szkoleniami i treningami z umiejętności wychowawczych dla rodziców i nauczycieli. Najchętniej pracuje z rodzicami nastolatków oraz samymi nastolatkami, towarzysząc im w nieraz trudnej dla nich codzienności.

  1. Seks

Słownik nieporozumień seksualnych

Źródłem problemów w strefie seksu są różnice w sposobie myślenia kobiety i mężczyzny, które wynikają z innego sposobu funkcjonowania ich mózgów. (Fot. iStock)
Źródłem problemów w strefie seksu są różnice w sposobie myślenia kobiety i mężczyzny, które wynikają z innego sposobu funkcjonowania ich mózgów. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
W relacjach intymnych często używamy słów wrażliwych, które niechcący stają się powodem rozczarowań, dlatego że zazwyczaj inaczej rozumie je kobieta, a inaczej mężczyzna. A w trakcie zbliżenia nie możemy liczyć na tłumacza. Jednak tak jak wszyscy jesteśmy zupełnie innymi ludźmi, tak też mogą różnić się nasze doświadczenia.

Siła i słabość

„Siła” to właśnie jedno ze słów, które prowadzi do największych nieporozumień. Męskie jest zrezygnowanie z niej – uważają dziś niektórzy mężczyźni. Jednak dla kobiety ochocza i dobrowolna rezygnacja z męskiej siły może być przejawem słabości i uległości. Siły, oczywiście, nie można sprowadzić do seksualnych pchnięć i muskulatury. To także cecha osobowości. Rezygnacja z niej bywa – w odczuciu partnerki – wynikiem braku decyzyjności, sugeruje możliwość ucieczki od zobowiązań, rezygnacji, gdy trzeba walczyć. Dla kobiety siła to m.in. odwaga zmierzenia się z uczuciami i emocjami, których ona sama się obawia. W mężczyźnie docenia to, co on uznaje za słabość – płacz (jeśli jest on oznaką napięć wewnętrznych). – Źródłem problemów są różnice w sposobie myślenia kobiety i mężczyzny, które wynikają z innego sposobu funkcjonowania ich mózgów. Mężczyzna i kobieta mają w seksie odmienne cele do osiągnięcia. I inne napędy – mówi Justyna Szurik-Wadowska, psycholog. – Błędy popełniamy z powodu braku wiedzy o tych różnicach albo też dlatego, że nie staramy się ich zrozumieć.

Dobry seks

Dla mężczyzny udany seks to ten zakończony ekstatycznym orgazmem zarówno własnym, jak i partnerki. Taki, który sprawi, że uzna się on za dobrego kochanka (i też za takiego zostanie uznany przez partnerkę). Jest więc powiązany z „koniecznością” orgazmu, a przy tym rozładowania napięcia. Czasem też sposobem na oddalenie problemów. Dla kobiety dobry seks – czuły lub gwałtowny, choć jedno nie wyklucza drugiego – to najczęściej ten, w którym czuje ona bliskość partnera.

– Męski seks jest aktem bardziej fizycznym, a kobiecy mocniej jest zakorzeniony w emocjach – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Kobieta podczas zbliżenia woli łączyć seks z nadzieją na miłość i zaangażowaniem ze strony partnera. Seks jest więc tylko dopełnieniem… o ile nie samej miłości, to właśnie tej nadziei na nią. Ona do osiągnięcia pełnej przyjemności potrzebuje tego, żeby w jej mózgu wyłączyło się przeżywanie złych emocji, np. niepewności co do statusu związku, podczas gdy jemu właśnie dopiero seks i orgazm pomagają te złe emocje wyłączyć. A po wyłączeniu, cóż, odpływa. Zasypia, co zwykle oburza partnerkę, bo w niej krążą hormony szczęścia, jest podekscytowana i chce przytulać się oraz rozmawiać. Niestety, kobiety nie wiedzą lub zapominają, że senność mężczyzny po stosunku jest czymś naturalnym. To efekt działania oksytocyny, którą seks w nim uwolnił.

Intymność

Dla mężczyzny intymność możliwa jest do osiągnięcia już w trakcie pierwszego zbliżenia z nowo poznaną kobietą. Do tej intymności wystarczy bowiem sytuacja, gdy ciało lgnie do ciała, moment przełamania wszystkich barier, maksymalne zbliżenie fizyczne. To jednak nie znaczy, że będzie chciał się przed partnerką odsłonić i otwarcie o tym porozmawiać. Tymczasem dla kobiety intymność łączy się właśnie z możliwością nieskrępowanej rozmowy, z bliskością, porozumieniem nie tylko na poziomie biologicznym. Jest też zapowiedzią uczucia głębszego – miłości.

Miłość

Po seksie, nawet z kobietą, której dobrze nie zna, mężczyzna jest skłonny powiedzieć: „Kocham cię”. Z kolei w ocenie mężczyzny to właśnie kobiety czasem nadużywają tego słowa. Dla niej „kocham cię” to: przyszłość, „zróbmy coś razem”, „bądź po mojej stronie”. Kochanie daje poczucie bezpieczeństwa. Dlatego kobieta chce od partnera potwierdzania tego uczucia. On się z „kochaniem” wyrywa zazwyczaj przedwcześnie, myli miłość z chwilowym psychicznym dobrostanem, nie rozumiejąc, co naprawdę czuje. Bywa też tak, że „kocham cię” pada w sytuacji, gdy on doskonale wie, co chce usłyszeć partnerka. Czasem też „kocham cię” to jego sposób na przedłużenie fikcji, która mu odpowiada. Dlatego jednego dnia potrafi poczynić wyznanie, a następnego oświadczyć partnerce, że tej miłości się boi i że na nią nie zasługuje. Po czym zniknąć z jej życia bez dalszych wyjaśnień. – Mężczyzna może wyznać miłość, bo wie, że to warunkuje dobry seks – potwierdza Justyna Szurik-Wadowska. – W ogóle deklaracje czynione w trakcie seksu i krótko po nim nie są najmocniejszą stroną mężczyzny. Bo seks wycina mu myślenie. Dla kobiet słowa te są ważne i nadal podniecające, a rozmowa po seksie wzmacnia więź.

W parach zaangażowanych i z dłuższym stażem wygląda to inaczej. Wyznania w trakcie i po seksie zyskują na wiarygodności, bo miłość sprawdzona jest „w boju”. Tyle że – zdaniem Justyny Szurik-Wadowskiej – mężczyźni na skutek wychowania i hormonów zawsze będą mieli lekki mętlik w głowie, gdy mowa o miłości, i ta męska miłość zawsze będzie warunkowana seksem. – Mężczyźni mają 2,5 razy większy obszar w mózgu odpowiedzialny za popęd seksualny, zlokalizowany w podwzgórzu. Przez cały dzień i noc myśli erotyczne przemykają im w tle kory wzrokowej – mówi psycholog. Ten fakt powoduje, iż mężczyzna jest „zawsze” gotowy do seksu, nie potrzebuje gry wstępnej. Natomiast dla kobiet gra wstępna inicjowana przez mężczyznę jest swoistym dowodem, że on ją kocha, że mu na niej zależy, że w ten sposób chce ją zdobyć i dba o jej potrzeby, bo wie, że partnerka potrzebuje przygotowania, by później przeżyć satysfakcjonujący stosunek.

Zdrada i zazdrość

Dla mężczyzny czasem to nic wielkiego, powiedzmy 10 proc. wolności, które „wypłaca” sobie z kontraktu partnerskiego lub małżeńskiego. Zdrada własna, bo gdyby zdradziła partnerka raczej wybaczyć nie umie. Choć ona wielokrotnie będzie go za to przepraszała, zrehabilituje się, przeprowadzą wiele rozmów.

– Dla mężczyzny zdrada cielesna to katastrofa, bo oznacza zagrożenie, że ktoś inny, konkurent, zapłodni jego wybrankę – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Z kolei dla kobiety najtrudniejsza jest zdrada, w której mężczyzna zaangażuje się emocjonalnie w relację z inną kobietą. Wtedy boli najbardziej.

Kobieta za zdradę (a przynajmniej za wstęp do niej) może uznać coś, co z męskiego punktu widzenia jest zupełnie nieistotne. – Jako zagrożenie zdradą odbierze np. to, że mężczyzna spojrzy na atrakcyjną kobietę, którą razem mijają na ulicy – dodaje psycholog. – Znów biologia, bo mężczyzna działa automatycznie, jego mózg reaguje na bodziec (zauważa, rejestruje, i to jest silniejsze od niego). Spojrzy i zapomina, wraca do ukochanej. Ale jeśli kobieta tego nie wie i ma niskie poczucie wartości, może pomyśleć, że nie jest już dla niego atrakcyjna. „Zdrada” w słowniku damsko-męskich nieporozumień leży zatem bardzo blisko „zazdrości”. Mężczyzna może być zazdrosny o ciało. Kobieta – o uczucie.

– Co ciekawe, lęk przed utratą partnera lub przed tym, że zostaniemy odrzuceni, może wzmocnić uczucie miłości – mówi psycholog. – Zazdrość da się więc przekuć na coś pozytywnego.

Strefy erogenne

Dla mężczyzny – tajemna mapa punktów, które prowadzą do seksualnego finału – penetracji. Dla kobiety to zazwyczaj element miłosnej gry. Sprawia to jej wrażliwość na dotyk. Mężczyzna traktuje dotyk zadaniowo (dotykiem sprawdza poziom ekscytacji lub doprowadza partnerkę do seksualnego wrzenia). Podobnie jest z pocałunkiem. Dla mężczyzny prowadzi on do seksu, ma z założenia ciąg dalszy, dla kobiety pocałunek może istnieć sam w sobie, nie musi być zrealizowany podobnie jak podniecenie.

– Pocałunek z języczkiem, szczególnie ten pierwszy, jest jakby naszym smakowym podpisem. Ślina zawiera w sobie tajemne sygnały o zdrowiu i genach partnera, które docierają do naszych mózgów. Dlatego u mężczyzny pocałunek prowadzi do seksu, natomiast u kobiet może, ale nie musi, bo ona ma większą kontrolę nad sytuacją – mówi psycholog.

Potrzeba widzenia

Zamykając oczy lub gasząc światło podczas seksu, kobieta zazwyczaj przestawia się na inne pasmo doznań i podniecenia. Wyłącza jeden zmysł, żeby wzmocnić inny, więcej czuje albo słyszy. Mężczyznę najbardziej podnieca widok partnerki, nie chce więc „wyłączać się”. Dlatego gdy zdarza się, że mężczyzna podczas seksu odwraca głowę lub ma zamknięte oczy, bywa postrzegany jako zimny, a jego zachowanie odebrane jako negacja tego, co widzi („on nie chce na mnie patrzeć”).

– Mężczyzna podczas stosunku potrzebuje widzieć. Właśnie – widzieć, a niekoniecznie patrzeć – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Dlatego też często zamyka oczy, by sobie wyobrażać różne erotyczne obrazy, starając się utrzymać podniecenie i dotrwać do orgazmu. Inaczej może mu być trudno. Partnerka mogłaby dostarczyć swojemu mężczyźnie „własnych” erotycznych wizji, na przykład kusząc go widokiem ciała w seksownej bieliźnie, niestety, wiele pań rezygnuje z tego z powodu swoich kompleksów.

Seks po rozstaniu

Dla mężczyzny możliwy jest seks po rozstaniu, dla kobiety – jeśli ona inicjuje rozstanie – to koniec związku, gruba kreska. Chyba że to ona została porzucona, wtedy może zmierzać do seksu i liczyć na słabość mężczyzny. Będzie starała się mu coś udowodnić (że się mylił, zostawiając ją) lub odzyskać w ten sposób. Jednak trzeba zaznaczyć, że dziś coraz więcej kobiet decyduje się na seks bez wchodzenia w poważny związek. Ale raczej wtedy, gdy w grę nie wchodzą już głębokie uczucia.

Doświadczenie seksualne

Mężczyzna raczej niechętnie dowiaduje się o wielu doświadczeniach seksualnych partnerki, w jego głowie zaczyna się wtedy gra porównań. Kobieta na ogół chętnie – chce o jego byłych wiedzieć wszystko.

– Może nie zawsze wszystko, ale z pewnością wiele – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Z jednej strony te informacje mogą pozwolić jej rozszyfrować dawną partnerkę (jaka była, co w niej podobało się jej partnerowi, a czego nie lubił) po to, by wiedziała, czego unikać w swoim zachowaniu. Wszystko zależy od intencji, gdyż niektóre kobiety wypytują, żeby zebrać informacje o swoim mężczyźnie: np. kto – jego eks czy on – przyczynił się do rozstania. Trudny temat. Z takich z pozoru niewinnych rozmów rodzą się sceny zazdrości, zaczyna się manipulacja, bo ta wiedza daje możliwość przejęcia kontroli. „Byłych” lepiej więc usunąć z tego słownika. A już na pewno lepiej nie wkomponowywać w zdania nadmiernie złożone.

Miłość francuska

Mężczyzna traktuje ją jako coś naturalnego, nie ma więc z nią problemu – zarówno jako biorca, jak i dawca. – To zdobywca, lubi poszukiwać i odkrywać, a ciało kobiety (szczególnie na początku znajomości) jest dla niego jak nowa ziemia, którą pragnie poznawać – mówi psycholog. – Chce sprawiać kobiecie przyjemność, niestety, kobiety często z powodu braku pewności siebie, wstydu, blokują się i zamykają tę drogę swoim partnerom. Często też „to” wydaje się kobiecie uwłaczające, bo „to” robią tylko prostytutki – jak sądzi – albo „to” robi mężczyzna, gdy chce kobietę poniżyć.

Podobnie rzecz ma się z seksem spontanicznym. Mężczyzna zwykle jest na tak - – kochajmy się tu, teraz, zaraz, w lesie, na plaży, na kanapie podczas wspólnego oglądania filmu. Kobieta częściej stawia weto, bo przed seksem wolałaby wziąć prysznic. Tego samego oczekuje od partnera. – Tu wyłania się kolejna różnica, mężczyzna preferuje pełną paletę zapachów w seksie. Jego zmysł powonienia jest bardziej wrażliwy, szczególnie w sytuacjach intymnych – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – I warto, by mężczyźni mówili o tym swoim kobietom, bo te często nie wiedzą, że ich naturalny zapach tak podnieca partnerów.

Co naprawdę znaczy "nie"

Skoro zaczęliśmy od „siły”, wypada zakończyć na „nie”. Słowo to w seksie waży zdecydowanie więcej niż „tak”. Na mężczyzn kobiece „nie” zwykle działa jak płachta na byka. Wiąże się to z przekonaniem, że kobietę należy przełamać, ponieważ ona przez swoje „nie” najprawdopodobniej chce tylko pokazać, że nie jest łatwa i tym „nie” podbija stawkę.

– Na kobietę natomiast męskie „nie” może działać jak zniewaga, pogarda – mówi Justyna Szurik-Wadowska. – Krąży bowiem stereotyp, że mężczyzna zawsze jest gotowy do seksu. Ten sam stereotyp przypisuje kobiecemu „tak” i „nie” zależność od humorów. Dlatego „nie” powinno występować z rozwinięciem – wyjaśnieniem, dlaczego nie. Krótko mówiąc: „Nie, bo…” Błędem jest oczekiwać, że mężczyzna domyśli się prawdziwego powodu. Nie, on prędzej zgłupieje, dlaczego raz „tak”, a innym razem „nie”. Z drugiej strony – nawet gdy już kobieta opowie mu o swoim problemie, mężczyzna włącza analityczne myślenie, by znaleźć rozwiązanie. Tymczasem ona potrzebuje być w tym momencie wysłuchana i zrozumiana, dlatego kiedy widzi, że jej mężczyzna przybiera pokerową twarz po wysłuchaniu jej, odbiera go często jako „upośledzonego emocjonalnie”, nie rozumiejąc, że tak pracuje jego mózg, który przełącza się na tryb rozwiązania problemu i automatycznie swoje emocje zatrzymuje dla siebie. Co nieuchronnie prowadzić może do kłótni, bo kobieta nie wie, że jej złość na partnera tylko podsyca w nim jeszcze większą własną złość. To automatycznie nakręca spiralę adrenaliny i testosteronu, bo mózg mężczyzny produkuje więcej hormonów. A stąd już krótka droga do tego, by uruchomiło się w nim podniecenie seksualne… I prawdopodobnie znów zaproponuje swojej partnerce seks, bo to pomoże mu rozładować stres. U kobiety działa to odwrotnie, trudno jej wyłączyć się ze swojego gniewu i zmartwienia, więc – ucinając temat – najprawdopodobniej odpowie mu „nie… bo nie”.

 

  1. Psychologia

Jak się szczęśliwie zakochać - radzi psycholog

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby – zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski. I choć nie da się zakochać na zawołanie, to jednak w nowym roku możesz zrobić wiele, by otworzyć się na miłość.

Kto nie lubi być zakochany? Najlepiej z wzajemnością. Bycie w relacji tworzy nową jakość. – Pod warunkiem że nie chcemy w ten sposób wypełnić wewnętrznego deficytu, a zaspokoić rzeczywiste potrzeby - zaznacza psychoterapeuta Mateusz Ostrowski.

Mam takie postanowienie, żeby szczęśliwie się zakochać. Co mogę zrobić, żeby je zrealizować? Czuję się przytłoczony (śmiech)... Pewnie już od kilku tysięcy lat zmagamy się z tym problemem jako gatunek – jak się zakochać i to z wzajemnością. Zatem może ustalmy, że będziemy raczej starać się próbować odpowiedzieć na to pytanie.

Pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, kiedy to słyszę, to że zakochanie się jest poza kontrolą. Projekt partner, projekt małżeństwo z rozsądku – pewnie da się zrealizować, ale zakochanie to nie jest projekt biznesowy...  Druga rzecz, ja nie do końca wierzę w takie postanowienia. Zwykle po kilku tygodniach się wywracają, bo tylko jakaś część mnie podejmuje takie postanowienie.  Jeśli brak nam wewnętrznego konsensusu, to długo się w tym trybie nie utrzymamy. A zatem kto postanowił, że się zakocha? Ktoś, kto uważa, że trzeba być w relacji, czy ktoś, kto odczuwa rzeczywistą potrzebę?

Chodzi o rzeczywistą potrzebę. Jak mogę wspomóc ten proces? Pomysłów jest wiele, ale nie mam złudzeń, że znajdziemy jednoznaczne sprawdzone rozwiązanie. Odpowiem może, jak ja to widzę. Otóż bez sensu wydaje mi się szukanie kogoś wymarzonego. Model dwóch połówek jabłka zakłada, że jestem niepełny w jakiś sposób i dopiero drugi człowiek mnie dopełnia. To oznacza pewien deficyt we mnie i rodzi się ryzyko uzależnienia, wejścia w relację jak z dilerem miłości, który ma to, czego mnie brak. Uważam, że warto najpierw nauczyć się wypełniać te odczuwalne braki w sobie. I wtedy jedno pełne jabłko spotyka się z drugim pełnym jabłkiem. Zatem jeśli czegoś szukasz u partnera, to najpierw znajdź to w sobie.

Jak odnaleźć tę pełnię? Dobrze zacząć od pracy ze swoim wewnętrznym krytykiem, bo on może dużo namieszać. Najpierw będzie mówił, że jestem beznadziejny, brzydki, głupi i inne nieprzyjemne rzeczy, i że wcale nie zasługuję na miłość. Jeśli uporam się z tym, będę mógł bardziej dojrzale spojrzeć na siebie, przestanę starać się dopasować do standardów wewnętrznego krytyka, a dzięki temu nie będę musiał udawać kogoś innego przed inną osobą. Poza tym będę wtedy też bardziej akceptujący dla tej osoby. Będę mógł zobaczyć ją z jej wadami i zaletami, a nie szukać kogoś, kto spełni moje wygórowane wymagania. Szukanie ideału to powszechny problem. Konsumpcyjna natura naszej kultury przenika też do relacji, więc mamy jakby listę wymogów, które powinien spełnić partner czy partnerka. Łatwo możemy zacząć zachowywać się jak na zakupach sprzętu AGD – partner jak pralka ma mieć różne funkcje...

Chciałabym się nad tym zatrzymać. Oczywiście partner to nie sprzęt AGD, ale jednak z jakiegoś powodu wybieramy tę, a nie inną osobę. No pewnie, ale myślę też o zostawieniu sobie takiego marginesu w miłości, że coś mi przeszkadza, ale schodzi to na drugi plan wobec innych zalet partnera. Jestem gotów być z tą osobą, mimo że np. nie sprząta po sobie czy nie ogląda tych samych seriali. Inaczej szukanie partnera może się nigdy nie kończyć. Może stać się poszukiwaniem św. Graala czy polowaniem na yeti, czyli gonieniem za czymś, czego w rzeczywistości nie ma. Wrócę jeszcze do krytyka, bo przepracowanie tego tematu to na pewno duży krok w kierunku miłości, czyli akceptowania siebie takim, jakim się jest, a więc tak samo i innej osoby. Wtedy raczej nie będę chciał jej zmieniać, będę mógł przyjąć ją czy jego takimi, jakimi są. Pamiętajmy, że plany ewentualnej zmiany, którą zakładamy od początku relacji, nie mają nic wspólnego z miłością. Są raczej wyrazem egoistycznej kontroli.

Czy możemy jakoś doprecyzować, gdzie leży ta granica między listą oczekiwań a potrzebami? Nie potrafię precyzyjnie określić, powiedzieć, co jest realną potrzebą, a co twoim egoistycznym oczekiwaniem. Będziesz to sama wiedzieć, mając kontakt ze swoją pełnią. Wtedy związane z deficytami oczekiwania znikają i zostaje to, co naprawdę jest dla nas ważne. I w tym miejscu można się zastanowić dalej, jak szukać kontaktu z tą pełnią.

Mówimy o miłości, a w większości duchowych ścieżek rozwoju ta pełnia jest tożsama właśnie z miłością. Warto więc zadać sobie pytanie: jak mogę doświadczać miłości? Nawet niekoniecznie w związku. Szukanie odpowiedzi wspomaga każdy rodzaj pracy nad sobą: medytacja, terapia czy praca z ciałem. Ten stan miłości jest gdzieś w nas. Wystarczy pomyśleć o chwili, kiedy miłość przez nas przepływała, kiedy czuliśmy się dobrze sami ze sobą. Ciało i umysł dobrze pamiętają ten stan i czasami odrobina wysiłku pozwoli go poczuć. To doświadczenie miłości nie musi zostać wspomnieniem z przeszłości, mogę mieć do niego dostęp teraz. Czuć miłość do siebie i z tym posagiem wchodzić w relacje.

Miłość do siebie ma złe konotacje... I szkoda! To jakieś niezrozumienie. Jeśli mam dość miłości w sobie, to się też mogę nią łatwo dzielić. Jeśli widzimy kogoś, kto kocha, akceptuje siebie, jest przez to pełen życia, to aż chce się z kimś takim przebywać. To oczywiście nie daje pewności, że się zakocham, i to z wzajemnością, że będę w relacji, ale zwiększa prawdopodobieństwo takiego rozwoju sytuacji, a na pewno zwiększa mój wewnętrzny komfort.

Inna rzecz, że trzeba sobie zadać jedno pytanie i szczerze na nie odpowiedzieć: czy to aby na pewno jest dobry moment na nową relację? Zdarzają się okresy w życiu, kiedy trudno nam budować relację, bo to jest czas na coś innego. Chociażby po zakończeniu długiego związku potrzeba trochę czasu, żeby to rozstanie naprawdę przetrawić. Formalne zakończenie wcale nie musi oznaczać, że on się naprawdę dla nas zakończył. A może jestem w procesie poważnej zmiany tożsamości, a skoro ja sam nie wiem, kim jestem, to kto wtedy wszedłby w ten nowy związek? Jeśli się akurat przepoczwarzam, to warto to zaakceptować i poczekać, aż ta zmiana się dopełni. Przecież kokon nie wchodzi w relację, trzeba zostać motylem.

Jak więc zostać motylem? Dodam, że można jeszcze być gąsienicą i też być w relacji. Chodzi mi o to, że na różnych etapach naszego rozwoju wchodzimy w różne relacje. Mam tylko wątpliwość, czy najlepszym rozwiązaniem  będzie zaczynanie nowego związku na etapie gruntownej przebudowy. Jeśli na tego motyla spojrzymy jak na symbol kogoś, kto leci w kierunku własnej pełni, to według mnie bycie nim wymaga skontaktowania się z własną miłością, zobaczenia tego, że taki, jaki jestem, jestem w porządku i nic mi tak naprawdę nie brakuje. Czyli miłość i akceptacja, zamiast krytyki i kontroli. I znowu nie chodzi o projekt intelektualny „zostać motylem”, bo to, co się dzieje w głowie, to za mało. To, czego nam potrzeba, to ten wyświechtany, ale jakże prawdziwy kontakt ze sobą. I to się czuje, to się odnajduje w ciele.

W książce „ProcessMind: A User's Guide to Connecting with the Mind of God” Arnold Mindell opisuje pewną medytację, w której pada pytanie: „Gdzie w twoim ciele mieszka twoje najgłębsze ja?”. Ciało dużo wie, kontakt z ciałem bardzo osadza w teraźniejszości. Dlatego myślę, że praca z ciałem naprawdę pomaga w duchowej przemianie.

Dlaczego bycie tu i teraz jest tak ważne w budowaniu relacji? Jeżeli utkniemy w wizjach przyszłości, w tym, jaki ma być nasz wymarzony partner czy partnerka, to możemy nie zauważyć kogoś, kto mógłby się okazać ważny. Możemy też odrzucić kogoś tylko dlatego, że z kolei za bardzo przypomina nam postać z przeszłości, więc „znowu będzie tak samo”. Często jest to echo pierwszej czy poprzedniej miłości, ale też oczywiście relacji z rodzicami, bo przecież to jest pierwszy wzorzec, który rzutuje na przyszłość. Im bardziej uświadamiam sobie, kim teraz jestem, kim chcę być w relacji, na czym mi zależy – tym łatwiej mi budować głębokie relacje, zamiast odtwarzać ciągle tę samą rolę.

Jak uwolnić się od takiego schematycznego działania? Jeśli chcemy się uwolnić od przeszłych wzorców, to można się tym zająć chociażby na psychoterapii. W kwestii wchodzenia w związki pomyślałbym też o pewnych fundamentach postrzegania relacji. Czym one dla nas w ogóle są? I być może zmianie paradygmatów myślenia o nich. Po pierwsze tego romantycznego: o połówce, która szuka uzupełnienia. Po drugie, oceniania relacji w kategoriach: sukces-porażka, bo przy takim myśleniu porażka zawsze czyha za rogiem. Lepiej przeformułować myślenie na takie, że kiedy spotykam drugą osobę, to nie kombinuję od razu, czy to wyjdzie, czy nie wyjdzie, ale nastawiam się na to, co mi ta relacja przynosi, czego się dzięki niej nauczę, czego doświadczę. Między dwojgiem ludzi zachodzi reakcja, która tworzy nową jakość i zmienia tych ludzi. W tym podejściu mam więcej zgody na to, że ta relacja może się kiedyś skończyć.

Mamy tendencję do gloryfikowania początków, widzimy tę magię na starcie, ale nie widzimy jej na końcu. Jeśli więc coś się kończy, to może miało się skończyć? Może ten los, który nas połączył, teraz nas rozłącza? Tak jakby relacja miała własny „termin przydatności do spożycia”, tyle że on nie jest podany na opakowaniu, więc trzeba po prostu próbować.

Łatwo powiedzieć, że trzeba próbować... Oczywiście trudniej to realizować, bo boimy się zranienia. Mamy za sobą ileś podobnych doświadczeń i już wiemy, że ono może się przydarzyć, więc staramy się kontrolować sytuację, trzymać gardę, żeby było bezpieczniej. To jest strategia obronna, ale takie trzymanie gardy oznacza też, że coś tracimy, blokujemy jakiś przepływ miłości między nami a drugim człowiekiem, relacja na głębszym poziomie nie może się wydarzyć. Z drugiej strony, wrócę znowu do tego, że jeśli jesteśmy w kontakcie ze sobą, ze swoim sercem, to ewentualne zranienie będzie inne. Właściwie może być nawet mniej bolesne, bo jeśli przepuścimy ból przez serce, to on w końcu minie. To podobnie jak z żałobą – czy ją naprawdę przeżywamy, czy zamrażamy się w smutku?

Wszystko sprowadza się do pracy nad sobą. A co z poradami typu: ładnie się ubierz, poczujesz się lepiej? Nieźle byłoby też od czasu do czasu dokądś wyjść, poznać nowych ludzi, otworzyć się na nową aktywność czy założyć profil na portalu randkowym. To prawda, ale takie działania są wtórne, pierwszoplanowe jest to, kto we mnie te działania podejmuje. Czy ubiorę się ładnie, bo czuję miłość do siebie, chcę się nią dzielić, chcę kogoś spotkać, być z kimś w relacji, czy mam w sobie wielką dziurę i szukam dilera miłości? Oczywiście możesz się ładnie ubrać, najlepiej na czerwono, bo badania pokazują, że to bardziej działa. I pewnie partner się pojawi, pytanie tylko, czy to jest to, o co naprawdę ci chodzi. Wydaje mi się, że dużo ważniejsze jest dotarcie do swoich rzeczywistych potrzeb i pragnień, a potem wzięcie odpowiedzialności za swoją część związku, bez przerabiania partnera, ale i bez naginania się, udawania.

To brzmi pozytywnie: zajmij się sobą, a zwiększysz swoje szanse na prawdziwą miłość. Jasne, bo oczywiście można narzekać na zły los albo na jakichś złych onych, ale to jest unikanie wzięcia odpowiedzialności za swoje życie. A jeżeli coś chcę zrobić, to mogę zająć się tym swoim jabłkiem. I nie chodzi o to, że dopiero po osiągnięciu pełni będziemy zdolni do związku, bo mogłoby nam życia nie starczyć, ale o pewien ukierunkowany wysiłek. Rozumiem, że może zrodzić się taka obawa, że będę tak skupiony na sobie, samowystarczalny, że już nie będzie miejsca dla drugiej osoby, ale tak nie jest. Potrzeba dzielenia doświadczeń z drugim człowiekiem nie zniknie, bo bycie w relacji oznacza inną jakość.

Mateusz Ostrowski: terapeuta pracy z procesem, trener biznesu. Członek Polskiego Stowarzyszenia Psychoterapeutów i Trenerów Psychologii Procesu. Prowadzi terapię indywidualną i dla par oraz warsztaty rozwoju osobistego. Lubi podróże na Wschód i literaturę science fiction. www.mateuszostrowski.pl