1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Mit pierwszego zakochania - czy warto wracać do miłości sprzed lat?

Mit pierwszego zakochania - czy warto wracać do miłości sprzed lat?

Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. (Fot. iStock)
Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. (Fot. iStock)
Kiedy spotkasz dawną szkolną miłość… strzeż się porywu uczuć i czaru dawnych wspomnień. To piękne romanse, ale rzadko kończą się szczęśliwie.

AKT I

Związek Anny z Robertem był już od lat w kiepskim stanie. On pił, nie pracował, ona – kobieta tuż przed emeryturą – musiała utrzymać dom i dwie córki na studiach. Pozostała dwójka dorosłych dzieci dawno się wyprowadziła. Małżonkowie prawie ze sobą nie rozmawiali. Robert zajmował parter, Anna – piętro ich wspólnego domu. Prawie jak separacja.

Wtedy pojawił się Darek – jej miłość z czasów studenckich. Wielka, romantyczna i… niespełniona. Bo niegdyś, pewnego dnia, zniknął z życia dziewczyny jak kamień w wodę, jakby nagle przestał istnieć. Dopiero po jakimś czasie otrzymała list z informacją..., że żeni się, bo wkrótce zostanie ojcem.

Trzydzieści lat później przejeżdżał przez Olsztyn – rodzinne miasto Anny i zatelefonował. Wpadł na kawę z naręczem kwiatów dla niej i prezentami dla jej wnuków. Była oszołomiona. Mówił o własnej firmie, o separacji z żoną i dorosłych dzieciach. Po kilku tygodniach przyjechał drugi raz i znów przywiózł jej kwiaty oraz perfumy. Tryskał optymizmem. Annę to zachwyciło. Chyba właśnie wtedy raził ją piorun. Ten sam co kilkadziesiąt lat temu.

Dawna dziewczyno!

Jest jakaś magia w tych pierwszych miłościach – pocałunkach na karuzeli, nieporadnych podchodach, spojrzeniach rzucanych znad szkolnej ławy. Niespełniona miłość pozostaje na długo w pamięci i sercu. Wspominamy, marzymy i idealizujemy ją tak bardzo, że – według prof. Wiesława Łukaszewskiego z sopockiego oddziału Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej – większość osób wchodzi w związki małżeńskie nie tylko z wybrankiem czy wybranką, ale także… ze wspomnieniem „tego trzeciego” lub „tej trzeciej”. Mit pierwszego niewinnego zakochania utrwalają w dorosłym życiu rozczarowania, nieudane związki, zdrady. Pojawia się tęsknota.

Pewnie dlatego w latach 90. dojrzali Amerykanie masowo, za grube pieniądze wynajmowali detektywów, żeby odnaleźć miłość sprzed lat. Ale gdy na świecie upowszechniły się portale typu Facebook czy Nasza Klasa, detektyw okazał się zbędny. Ludzie rzucili się do odnajdywania byłych kochanków w internecie. Powstawały nawet specjalizujące się w tym portale – na niektórych nie trzeba nawet pamiętać imienia i nazwiska, wystarczy podać miejsce i czas romansu.

Z badań prowadzonych od 20 lat w 46 państwach przez prof. Nancy Kalish – psycholożkę, autorkę książki „Utraceni i odzyskani kochankowie” – wynika, że dawnej miłości najchętniej szukają w sieci osoby powyżej 35. roku życia. Większość, bo aż 55 proc., wydobywa ją z czasów, gdy nie mieli jeszcze 17 lat, a prawie wszyscy (84 proc.) – gdy nie przekroczyli 22. Co ciekawe, osoby starsze, po 65. roku życia też często starają się wracać do miłości z bardzo wczesnej młodości – nawet z podstawówki.

Powroty do szkolnych miłości stały się w Stanach tak popularne, że powstało nawet słowo „retroseksualni”, określające partnerów w takim związku. Czemu tak łakniemy retroromansów? Bo relacje z dawnych lat są najbardziej czyste i idylliczne, i często przerwane w sposób niezależny od młodych, np. przez rodziców czy zmianę miejsca zamieszkania. Rzadko wracają do siebie ci, którzy już w młodości stwierdzili: „nie jest nam ze sobą dobrze”.

AKT II

Anna spotkała się z Darkiem kilka razy w ciągu czterech miesięcy. To wystarczyło. W ekspresowym tempie rozwiodła się z mężem, zaczęła często jeździć do Darka do Warszawy. Rozpromieniona opowiadała o swoim szczęściu dzieciom. Przeżywała drugą młodość.

Robert – już eksmąż – manifestował swoją bezsilność: przebijał opony w aucie Anny, pił jeszcze więcej niż kiedyś. Któregoś dnia wyszedł z domu i nie wrócił. Po okolicznych lasach szukała go policja, dzieci, znajomi. Nic. Anna dzwoniła na komisariat, nasłuchiwała pod drzwiami, czekała na jakikolwiek znak. Co kilka dni zapalał się płomyk nadziei: ktoś widział go na rynku, był gdzieś w sąsiednim mieście… To zdarzenie jakby znów wtłoczyło ją w teraźniejszość. Do Darka przestała jeździć.

Nie wszystek zapomnę

Większość retroromansów zaczyna się od niewinnych mejli, często inicjowanych przez osobę samotną. Ta forma kontaktu jest bezpieczna, bo niweluje strach przed ewentualnym odrzuceniem. Potem są telefony i wreszcie – spotkanie. Dawni kochankowie nie planują wskrzeszenia uczuć, chcą tylko powspominać stare czasy. Ale dzieje się inaczej. Prawie 2/3 takich rozmów szybko zamienia się w romans. Dawne emocje ożywają i szaleją, jakby chciały nadrobić stracony czas. Ponad 70 proc. pytanych twierdzi, że powrót do starej miłości był wyjątkowo intensywnym doznaniem, nierzadko najbardziej ekscytującym w ich życiu.

Pary, które powstały po kilkudziesięciu latach hibernowania uczuć, wierzą, że są bratnimi duszami, że to jakaś siła wyższa połączyła ich po latach i to ona sprawi, że już nigdy się nie rozstaną. – Są zdeterminowani do podtrzymania tego uczucia, bo już kiedyś los stanął na drodze ich szczęścia. Teraz wszystko zależy wyłącznie od nich – mówi prof. Nancy Kalish.

Najnowsze badania tłumaczą też dynamikę takich powrotów… hormonami. U nastolatków podczas podniecenia wydziela się oksytocyna oraz wazopresyna. Substancje te, tworząc rodzaj emocjonalnej pamięci, gromadzą się w ciele migdałowatym. Kiedy kochankowie spotykają się po latach, znany widok, zapach, głos – uwalniają zahibernowaną pamięć. I emocje zaczynają buzować jak dawniej.

Romanse po latach zwykle jednak powodują ból. I dotykają zwykle więcej niż dwóch osób. „Odnalazłem swoją byłą dziewczynę i teraz w głowie mam zamęt” – pisze na forum mężczyzna ukrywający się pod pseudonimem „depressed now”. Barbara uważa, że popełniła wielki błąd, spotykając się ze swoim chłopakiem sprzed 13 lat. „Bo mam męża i dziecko, a on ma syna i żonę. A wiecie co jest najgorsze? Że widziałam tamtą kobietę” – zwierza się.

AKT III

Miesiąc po zaginięciu Roberta znaleziono jego ciało. Okazało się, że utonął. Dzieci przygotowywały się na taką informację, ale i tak przeżyły szok. Po śmierci byłego męża Anna znów zaczęła wyjeżdżać do Darka. Spotykała się z nim jeszcze długo, z czasem jednak coraz rzadziej. Telefon z Warszawy także dzwonił sporadycznie i nie cieszył Anny tak jak dawniej. Darek okazał się pracoholikiem, człowiekiem bez duszy. Książę z młodzieńczej bajki stał się zwykłym śmiertelnikiem. Teraz, po czterech latach od pierwszego retrospotkania, są już tylko znajomymi.

Pięć procent happy endu

Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy odnalezienie utraconego kochanka wiązało się z dużym nakładem energii i pieniędzy, aż 78 proc. takich powrotów kończyło się trwałym związkiem. Obecnie, gdy kontakt z miłością sprzed lat jest na wyciągnięcie ręki, statystyki są zdecydowanie mniej optymistyczne – tylko 5 proc. dawnych kochanków łączy się węzłem małżeńskim – im starsi, tym większe prawdopodobieństwo, że szczęśliwym i trwałym. Bo zazwyczaj mają większe doświadczenie życiowe, są bardziej cierpliwi i nie przeszkadzają im w partnerze cechy, które drażniły, gdy byli młodzi. Najstarsza z par, którą badała prof. Kalish, nie widziała się przez 75 lat. Gdy się pobierali, ona miała 95 lat! Ale i młodszym udaje się znaleźć szczęście po latach.

Marcin i Emilia znali się od dziecka: razem chodzili do szkoły, należeli do jednej drużyny harcerskiej.

– Emilia zawsze mi się podobała, było w niej coś takiego, co nie pozwalało mi o niej zapomnieć – wspomina Marcin. Po szkole „rozminęli się” w życiu.

Kilkanaście lat później, gdy Marcin zapisał się do serwisu sympatia.pl, natknął się na zdjęcie Emilii. Ona czy nie ona? Niby podobna, ale... Napisał do niej. W mejlu zapytał: „Od czego zaczynasz każdy nowy dzień?”. Odpisała już następnego dnia. Poznała go. Zdębiał.

Dalej wszystko potoczyło się według klasycznego wzoru: najpierw mejle, potem komunikator, wreszcie telefony i... Spotkali się po roku. Wtedy Emilia była jeszcze z kimś związana. Ale już rok później, po 17 latach od szkolnej znajomości, Marcin i Emilia stanęli na ślubnym kobiercu. – Warto było czekać te 17 lat właśnie na nią – mówi Marcin.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Czas na na drugą, wielką miłość

Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. (Fot. Getty Images)
Rozstanie nie musi oznaczać końca świata. To szansa na stworzenie nowego związku, w którym będziemy bardziej w zgodzie ze sobą. Pod warunkiem że wcześniej odrobimy lekcję i wejdziemy w niego świadomi własnych potrzeb i wartości. Jak zacząć śnić swój własny sen o miłości, pytamy coach psychologii procesu - Agatę Gebhardt.

Często opiewamy pierwszą miłość i pierwsze zauroczenie, ale ono rzadko okazuje się tym na zawsze, więc wchodzimy w kolejny związek. Czy to znaczy, że łatwiej go zbudować, bo wcześniej przerobiliśmy lekcję pierwszego? Czy za każdym razem rozpoczynamy od nowa?
Może na początek warto znaleźć odpowiedź na pytania: Czym był ten pierwszy związek? Czy to była przyjaźń czy kochanie, czy zauroczenie, które z czasem minęło, ale ważne zobowiązania nie pozwoliły nam się rozstać? A może był jeszcze czymś innym: ucieczką, transakcją, układem? Nie brzmi to już tak romantycznie, prawda? Często przyczepiamy do pudełka z pamiątkami po pierwszej relacji tabliczkę „pierwsza miłość” albo inną, i kładziemy na najwyższej półce pamięci, z adnotacją „nie otwierać”. Ale warto je otworzyć, bo to niesie bezcenny dar świadomości, który zwiększa szansę na drugą miłość… a może właśnie pierwszą? Przyjmijmy więc, że rozmawiamy o ważnym związku, często sformalizowanym, ale nie do końca wiemy, czym on był, kto go tworzył i po co. Warto poszukać odpowiedzi na te pytania, bo jeśli wchodzimy w nowy związek, to jego jakość w dużej mierze zależy od tego, czego z poprzedniej relacji dowiedzieliśmy się o swoich potrzebach, wartościach, zachowaniach, reakcjach... I z jakimi przekonaniami na temat siebie i ogólnie relacji z niego wyszliśmy, jakie obietnice złożyliśmy sami sobie.

To znaczy…?
W rozmowach z kobietami, które zakończyły długoletnie, ważne dla siebie związki, nawet gdy są już w kolejnych, często pojawia się poczucie winy lub porażki, wątpliwości w postaci pytań: Czy mogę sobie zaufać, skoro już raz zawiodłam? Czy mogę zaufać drugiej osobie, skoro już raz zostałam zdradzona? Do głosu dochodzi też często Wewnętrzny Krytyk, który dodaje: Czy ja w ogóle potrafię kochać, być w związku? Jako coach wierzę w sens zadawania sobie ważnych, mocnych pytań, ale nie z miejsca krytyka – bo wtedy odpowiedzi zmierzają w stronę negatywnych ocen: jestem beznadziejna, inni są beznadziejni, związki są beznadziejne. Gdy zadajemy pytania z miejsca przyjaciółki w sobie, wtedy jest to dobra, konstruktywna rozmowa ze sobą. Jej konkluzja mogłaby brzmieć tak: „Teraz wiem, jaką ważną dla mnie wtedy potrzebę, wartość zaspokajałam. Chciałam, żeby on mnie docenił, chciałam być perfekcyjną żoną i matką, chciałam mieć rodzinę, chciałam zrobić karierę. I byłam, zrobiłam – i doceniam to niezależnie od opinii innych. Ale też dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę, jaka była tego cena: zaniedbałam siebie, zaniedbałam innych, umknęło mi to, co ważne. Nie zmienię przeszłości, ale mam wpływ na to, co teraz. Z tym doświadczeniem wiem już, jaki związek chcę zbudować”.

Bo przecież w relacje wchodzimy z różnych powodów...
Rozpoznanie osobistych powodów jest kluczowe. W psychologii procesu nazywamy to snami, które uwodzą. Zwykle uważamy, że uwodzi nas osoba, ale bardziej jesteśmy uwodzeni przez sen, jaki zaczynamy śnić na temat tej osoby i relacji z nią. Oczywiście jest on oparty na tym czymś, co w tej osobie jest i co pozwala nam go śnić i mieć nadzieję na jego spełnienie. Ale mimo stosowania różnych strategii na jego podtrzymanie – wcześniej czy później musimy się zbudzić. I najważniejsze jest, co – a właściwie kogo – zobaczymy obok po tym przebudzeniu. Jeżeli mamy bardzo wybujałą wyobraźnię, a realne przesłanki do ziszczenia się snu w tej osobie były mierne, to przebudzenie bywa trudne, a nawet bolesne. Często prowadzące do decyzji o rozstaniu...

A co dzieje się ze snem? Czy możemy go śnić w następnym związku z kimś innym?
Oczywiście, że tak! Ale przedtem polecam zadać sobie kontrolne pytania: Jaki to był sen? Czyj to był sen? I mieć odwagę przyznać, jeśli sen o małżeństwie, domu z kominkiem, dzieciach, kocie i psie – to był bardziej sen mojej matki lub przyjaciółki niż mój. Mieć gotowość, by usłyszeć: „Bo mama o tym marzyła, bo bałam się ich rozczarować, bo to takie fajne, bo chciałam, żeby przyjaciółki mi zazdrościły...”. Moment dotarcia do tej prawdy bywa trudny. Odkrycie, że może chodziło mi tylko o białą sukienkę i dobrą imprezę, ale bez krytykowania, tylko ze zrozumieniem dorosłej kobiety w sobie: ciepłej, kochającej, wyrozumiałej – jest tym, czego w tym momencie potrzebujemy najbardziej, bo cena przecież została już zapłacona. Warto przytulić siebie i powiedzieć: „Może nikt tego nigdy nie zrozumie, ale ja cię rozumiem”. I zapytać siebie: „A jaki jest ten mój prawdziwy sen? Jak go mogę teraz zrealizować?”.

Zatem co zrobić, żeby ten nowy związek stał się faktycznie nowym otwarciem, naszym ziszczonym snem?
Po pierwsze, zrozumieć, czym był ten pierwszy związek, i zrozumieć siebie. Po drugie, wybaczyć, bo samo uświadomienie bez zrozumienia i bez wybaczenia może nas jeszcze bardziej uwikłać w poczucie winy. Jedna z moich klientek zrobiła taki piękny, spontaniczny, rytualny gest – zmazała cytat, który napisała kilka lat temu na tablicy nad swoim biurkiem o dążeniu do doskonałości, a napisała własny, z serca „To, co robię, jest najlepsze na ten moment”. I to jest dobry początek nowego otwarcia – z tego miejsca możemy stworzyć związek „najlepszy dla nas na ten moment”.

Co może być sygnałem alarmowym, że jednak nieświadomie odtwarzam poprzednią relację?
Wierzę, że jeśli już sobie pewne rzeczy uświadomimy, ponazywamy, zrozumiemy, wybaczymy, czasem też przepracujemy na terapii, bo jeśli trzymają nas silne wzorce, to może to być niezbędne – to wtedy wybierzemy właściwego dla nas partnera. Ale pomimo to mogą się pojawić emocje, słowa, gesty – nasze lub tej drugiej osoby – które dobrze znamy i wiemy, że nie są one dobre dla relacji. Czasem jest to jak déjà vu.

Co możemy z tym zrobić?
Ja na przykład – kiedy to zauważam – pytam siebie: Czy chcesz się jeszcze trochę pooszukiwać, czy już jesteś gotowa się temu przyjrzeć? (śmiech) Lubimy się oszukiwać, ale poprzednie trudne doświadczenia są swoistym mementum, że to się nie opłaca. Jednak trzeba też uważać, żeby nie popaść w przewrażliwienie. Czasem coś, co jest podobne, nie jest tym samym. I przed tym chroni nas rozmowa – warto zakomunikować partnerowi wprost: „Słuchaj, doświadczyłam już czegoś takiego, nie chcę tego powtórzyć w naszej relacji. Porozmawiajmy”.

Rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać, z uważnością i ciekawością. Nie wierzę w dobre związki bez rozmów. Ale nie o książce czy filmie, co oczywiście też jest cenne, tylko o potrzebach, odczuciach, emocjach. Związek jest czymś żywym, zmiennym. Nie da się go ustawić dobrze raz na zawsze. I to jest piękne!

Na ile warto sięgać do przeszłości i pytać się nawzajem o to, co się zdarzyło wcześniej?
Ja kieruję się zasadą, którą stosuję też w coachingu: coach ma być ciekawy, a nie ciekawski. I tutaj jest dokładnie to samo. Na ile to, o co pytam, ma zaspokoić moją ciekawskość, za którą często jest postać krytyka – a na ile ta informacja jest ważna, znacząca dla zbudowania, rozwoju tej relacji? Takie rozmowy są trudne, wymagają uważności i szacunku dla siebie i drugiej osoby.

A co może być naprawdę fajnego w tym drugim związku?
Musi być dużo tego fajnego, bo też często sporo rzuca się na szalę – w taką sytuację uwikłane są przecież i inne osoby: dzieci, rodzina, przyjaciele, którzy również ponoszą koszty naszej decyzji. Największą rekompensatą jest nasza miłość, nadająca wyższy sens, wartość. Drugi związek jest większą szansą na kolejną, a czasem właśnie na tę pierwszą miłość. Bo po odkryciu i przepracowaniu naszych deficytów, kompleksów, niekorzystnych wzorców jesteśmy gotowi na dojrzałą relację dorosły–dorosły. Wtedy związek jest spotkaniem dwojga świadomych siebie osób, poszukujących nie kompensaty, nie dopełnienia, czyli nie drugiej połówki, ale kogoś, kto jest pełnym owocem. Wtedy razem możemy być kimś więcej, a nie kimś innym. Kimś, komu bliżej jest do postawy: „nie muszę być z kimś, ale chcę być z tobą. Chcę ci zaufać, otworzyć się. Mam gotowość podjęcia ryzyka pokazania siebie prawdziwej, nagiej nie w sensie fizycznym – co często jest łatwiejsze – ale w sensie osobowości”. Bycie z kimś, kto akceptuje mnie taką, jaka jestem, i taką mnie kocha, jest naprawdę czymś fajnym. Bo bycie w autentycznej relacji jest czymś najbardziej wartościowym. Z wiekiem zaczynamy rozumieć, że maski i fasady nie mają znaczenia, a odbierają nam szansę na prawdziwe uczucia. Każdy chce i też ma prawo być kochanym tak, jak tego potrzebuje, w zgodzie ze sobą. Kiedyś usłyszałam od jednej z moich klientek: „W tym związku mam to, co miałam najlepszego w poprzednim, i to, czego tak bardzo mi tam brakowało”. I myślę, że to jest to!

Agata Gebhardt
, coach psychologii procesu. Prowadzi indywidualne sesje coachingowe, warsztaty rozwojowe, wyjazdy z coachem. Wspiera kobiety i mężczyzn w budowaniu autentycznych relacji ze sobą oraz realizowaniu swojej misji życiowej. 

  1. Psychologia

Zakochanie a miłość. To od nas zależy, w kim i jak się zakochujemy

Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
Miłość to dojrzałe uczucie, które musi dojrzeć, aby stać się bardziej stabilne. (Fot. Getty Images)
To od nas zależy, w kim się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”?

To od nas zależy, w kim i dlaczego się zakochujemy – mówi psycholog Maria Rotkiel. Dlaczego w takim razie wybieramy drani czy zazdrośników? I skąd mieć pewność, że nasze uczucie to właśnie „to”? Miłość a zakochanie – na czym polega główna różnica?

Co psychologia sądzi o miłości od pierwszego wejrzenia?
Że to pewne nadużycie. Miłość to dojrzałe uczucie, stan, na który składa się wiele komponentów: szacunek do drugiej osoby, zaufanie, intymność. Takie uczucie potrzebuje czasu, musi dojrzeć, stać się bardziej stabilne, co nie znaczy nudne. Miłość jest też świadoma. Wiemy, co kochamy i co dzięki miłości możemy zaakceptować w drugiej osobie, a co może być dla nas trudne. Miłość jest odporna na wahania. To znaczy – mogę być zła na swojego partnera, bo mnie czymś zdenerwował, mogę mieć do niego żal, ale nadal go kocham. Miłość nie wyklucza trudnych chwil i emocji. Poza tym są różne jej odcienie: kochamy rodziców, dzieci, przyjaciół, partnera. W tym ostatnim przypadku dochodzi jeszcze jeden istotny element – erotyka.

Dlatego nie ma miłości od pierwszego wejrzenia, ale możemy mówić o zauroczeniu, oczarowaniu drugą osobą. To się zdarza, jeśli podczas pierwszego spotkania ujrzymy człowieka takim, jaki naprawdę jest. Nie takim, jakim chcemy go widzieć. Widzimy jego rozbrajający uśmiech, swobodny sposób bycia, bawi nas żart, jaki opowiedział, a na dodatek prowadzi psa, a my uwielbiamy ludzi, którzy kochają zwierzęta…Każda z nas ma takie cechy i wątki, którymi łatwo podbić jej serce. Przy czym zauroczenie może być świadome. Podobnie jak dalsze etapy: zakochanie i miłość.

W powszechnym przekonaniu zakochanie jest stanem oszołomienia. A miłość to narkotyk. Gdzie leży granica między zakochaniem a miłością?
Rozumiem, że może tu chodzić o fascynację, przyjemność, jaką dają środki odurzające, ale miłość to też odpowiedzialność, świadomość – a to ma się nijak do narkotyków. To fałszywe przekonanie bierze się chyba stąd, że osoby zakochane są rzeczywiście lekko odurzone, odporne na stres, sen, głód, a nawet ból. Badania neurologiczne i psychiatryczne potwierdzają, że nasz mózg inaczej funkcjonuje, kiedy jesteśmy zakochani. Wydziela endorfiny i inne substancje, które zwykle wydziela w sytuacjach ekscytacji albo kontaktu z substancją, od której jesteśmy uzależnieni. Każdy, kto był zakochany, wie, że w tym stanie potrzebujemy stałej bliskości z drugą osobą i każda rozłąka jest bolesna. W stanie zauroczenia zaczyna się, a w stanie zakochania podtrzymuje, ograniczona zdolność poznawcza. W terapii poznawczo-behawioralnej mówimy wtedy o filtrowaniu poznawczym, czyli: nie widzisz całego kontekstu, tylko wybrane elementy. Warto o tym pamiętać i nie poddawać się stanowi euforii i odurzenia.

A to da się zrobić? Czy można w jakiś sposób kontrolować to, jak się zakochujemy?
Da, ale trzeba się postarać. Podstawowym pytaniem, jakie trzeba sobie zadać, jest to, czy ja widzę prawdziwe cechy partnera, czy raczej moją fantazję na jego temat. Pielęgnujmy uważność na to, co zawsze było dla nas istotne, by stan zakochania nie wywrócił do góry nogami naszego życia. Skoro jestem umówiona z przyjaciółką, to idę, nie odwołuję spotkania, bo chciałabym teraz spędzać każdą chwilę tylko z nim. Przecież i jemu, i mnie dobrze zrobi taka krótka rozłąka. Można pilnować swojej trzeźwości myślenia. Co nie znaczy, że mamy się nie cieszyć zakochaniem. To najcudowniejszy stan!

To ważne, co mówisz, bo kobiety często narzekają, że pojawia się facet i jako przyjaciółki idą w odstawkę. Ale kiedy on zawodzi, pierwszą myślą jest sięgnąć po telefon i się wyżalić. Przyjaciółka może powiedzieć: „Teraz to ja nie mam dla ciebie czasu”.
Myślę, że prawdziwa przyjaciółka tak nie zareaguje, ale może być zła i pełna żalu. Niech to powie: „Przykro mi, że nie miałaś dla mnie czasu, ale jestem dla ciebie, skoro mnie potrzebujesz”. To naturalne, że kiedy jesteśmy zakochane, na pierwszy plan wysuwa się obiekt naszych uczuć, ale dbajmy o to, by nie przerodziło się to w uzależnienie. Im bardziej jesteśmy świadome siebie, asertywne i nie myślimy, że partner jest wyznacznikiem naszej wartości, tym większe szanse, że zbudujemy zdrowy, fajny związek, a nie toksyczny. Dlatego tak ważne jest przygotowanie, nawiązanie dobrego kontaktu z samą sobą. Jeśli powiem sobie: „Mam fajne życie, świetne przyjaciółki, dobrą pracę i jestem otwarta na nowe znajomości” – nie ma ryzyka, że się pogubię. Każde uzależnienie jest autoagresywne, a w wypadku uzależnienia od drugiej osoby – także agresywne, przemocowe. Bo gdy jestem uzależniona, jestem zazdrosna, despotyczna, inwigilująca, pełna niepokoju i lęku, które przerzucam na partnera.

W książce „Nas dwoje” piszesz, że to my, kobiety, mamy większą tendencję do takiego zatracania się. Z czego to wynika? Z biologii? Dlaczego się zakochujemy z taką łatwością?
Większą odpowiedzialność zrzuciłabym na społeczne stereotypy i role. Samotny mężczyzna po czterdziestce jest singlem, a kobieta – w XXI wieku w samym środku Europy – jest nadal postrzegana jako stara panna. Można się spotkać też z takimi opiniami, że ona jest nieszczęśliwa, że przegrała życie. To ogromnie krzywdzące. Dlaczego miarą kobiety ma być tylko to, czy jest w związku i czy ma dzieci? Dobrze, że się to zmienia, choć powoli. Zaczynamy dostrzegać, że kobieta może się spełniać na wielu płaszczyznach: macierzyństwa, małżeństwa, ale też pracy czy pasji. I to jest indywidualny wybór każdego człowieka.

Ale mówimy też, że miłość nie wybiera. Kochamy drani, macho, Piotrusiów Panów…
No dobrze, przyjrzyjmy się temu, co to znaczy, że zakochałam się w draniu? Że nie przerobiłam lekcji, jaką dało mi życie, że jestem autoagresywna, powtarzam przemocową sytuację z przeszłości, być może nawet z dzieciństwa. Dziecko alkoholika wiąże się z alkoholikiem, dziecko z domu przemocowego wiąże się z osobą, która też stosuje przemoc – w psychologii powszechnie znany jest przymus powtarzania. Często przyciągają nas i zauraczają cechy, które nas krzywdzą, ale to my je WYBIERAMY – czasem mniej, czasem bardziej świadomie. Miłość nam się nie przydarza, to od nas zależy, w kim się zakochujemy. Dlatego tak ważne jest, by przyjrzeć się swoim poprzednim związkom i relacjom w rodzinie. Jeśli w przeszłości była przemoc, uzależnienie, to myślę, że takie przepracowanie nie obejdzie się bez pomocy psychoterapeuty. Jako dzieci, aby się obronić, zawsze wybieramy jedyny dostępny nam sposób reakcji, czyli zwykle unikanie konfrontacji, wyparcie. Bo dziecko nigdy nie wygra w pojedynku z dorosłym. Co nie znaczy, że dziecięce zachowania mamy powtarzać w dorosłym życiu. Powinniśmy wypracować dorosłe reakcje. Jeśli ktoś mnie krzywdzi, nie pozwolić mu na to, stanąć do konfrontacji.

I na scenę znów wraca przyjaciółka – to ona zwykle jako pierwsza zauważa coś, co jej się nie podoba w naszym związku, ale jak to powiedzieć, zwrócić uwagę? Skoro my jesteśmy zamroczone.
Ja w takich sytuacjach podpowiadam sposób komunikacji, jaki stosuje się w terapii. Wspominałyśmy o tym już ostatnio. Nieoceniający, bezpieczny i motywujący do refleksji. Pytamy, nie stwierdzamy. Jeśli moja przyjaciółka opowiada, że on jest taki fascynujący, troskliwy i czuły, kończąc: „Wiesz, kiedy po niego przyjechałam, on spytał, czy nie jestem głodna, bo może skoczylibyśmy do tej knajpki obok”, to mogę zareagować tak: „Słuchaj, a czy zauważyłaś, że to często ty po niego przyjeżdżasz?”. I to już będzie dla niej bardzo trudne. Nie mówię: „A co to za facet, który sam do ciebie nie może przyjechać?!”, to będzie oceniające. Nawet jeśli przyjaciółka odpowie: „Oj, ty to się zawsze do czegoś przyczepisz”, zostaw to tak, niech w niej zakiełkuje.

A jeśli ona pyta wprost: „Co o nim sądzisz?”
Ja zaczęłabym tak: „Przede wszystkim cieszę się, że jesteś szczęśliwa i zakochana”. Potem, jeśli nie mam o nim dobrego zdania, najpierw zadałabym sobie pytanie, co wywołuje mój sprzeciw, niepokój. Na przykład zaniepokoiło mnie to, że podczas spotkania on mówił tylko o sobie. Dlaczego mnie to niepokoi? Bo martwię się, że okaże się egoistą. Dopytuję dalej. Czy jest coś, co potwierdziło moje obawy albo coś, co im przeczy? Jestem wielką zwolenniczką takiej właśnie pracy ze sobą. Różnie się to naukowo nazywa, np. dialogiem sokratejskim, w każdym razie chodzi o poszerzenie perspektywy poprzez pytania, które pomagają mi ujrzeć pełniejszy kontekst. Tak pracuję ze swoimi klientami, ale i ze sobą. Wracając do naszego przykładu, po głębokiej analizie możemy podzielić się swoimi przemyśleniami z przyjaciółką, ale mówmy o odczuciach, nie ferujmy wyroków.

Jedna sprawa to sytuacja, w której on nie jest taki, jak nam się wydawał. A gdy to my gramy kogoś innego?
To jest największa pułapka, w jaką wpadamy w związkach. Czym innym jest chęć zaprezentowania się od jak najlepszej strony, czym innym udawanie kogoś, kim nie jestem. Po pierwsze, strasznie się tym umęczymy – niewiele z nas jest w stanie funkcjonować na dłuższy czas nie w swojej skórze. Po drugie, mężczyźnie może się to spodobać, ale pytanie, w kim się on zakochuje? Bo na pewno nie we mnie. I na czym buduję tę relację? Na kłamstwie. A to z góry skazuje ją na niepowodzenie. Wcześniej czy później to, jaka jestem naprawdę, wyjdzie na jaw. I im bardziej to, kogo udawałyśmy, będzie odbiegało od prawdy, tym większe rozczarowanie i złość partnera. Każda z nas ma fantastyczne cechy, i to na nich budujmy pierwsze wrażenie. Oczywiście są w nas rzeczy, nad którymi wolałybyśmy popracować, i o nich też będzie musiał się dowiedzieć. Niekoniecznie na pierwszej randce. Nie ma sensu mówić: „Muszę cię uprzedzić, że jestem straszną bałaganiarą”, on i tak to zauważy w miarę rozwoju relacji. Może widząc artystyczny nieład w naszym mieszkaniu, zapyta: „Ty chyba nie lubisz sprzątać?”. Nie zaprzeczaj, ale dodaj: „Tak, ale za to świetnie gotuję” (śmiech).

Miłość a zakochanie – po czym można poznać, czy jesteśmy zakochani, a po czym, że już kochamy?
Zakochujemy się „ponieważ”, kochamy „pomimo”. Zakochanie to troska o siebie, miłość to troska o drugą osobę. To są dwie podstawowe różnice. Moment przejścia od zakochania do miłości jest moim zdaniem jednym z piękniejszych w życiu, wręcz metafizycznym. Miłość pozwala być z kimś, mimo że nas czasem zawodzi, rozczarowuje czy wkurza. Zdolność do miłości dojrzałej jest powodem do dumy i źródłem satysfakcji.

Niektóre osoby nie są jednak w stanie wyjść poza fazę zakochania. A miłość wydaje im się wtedy zupełnie nieosiągalna.
Bo są uzależnione od zakochania, tak zafascynowane tym stanem, że nie potrafią przekształcić go w głębsze uczucie. Moim zdaniem to przejaw niedojrzałości, egocentrycznego dbania o pewien poziom pozytywnych emocji i nieumiejętność konfrontowania się z trudnościami. Dla nich bezpieczeństwo i stabilizacja to rutyna, nuda. Tymczasem rutyna jest wtedy, kiedy nie chce nam się już starać. Są też osoby, które boją się zakochania. Sabotują związki dobrze rokujące, bo nie chcą dać się rozwinąć uczuciu w obawie, że później je stracą. Myślę, że jednym i drugim trudno będzie sobie z tym poradzić bez pomocy kogoś z zewnątrz.

A co, jeśli obiekt naszych uczuć lub fascynacji nie odpowiada nam tym samym? Dlaczego się zakochujemy w osobach, które nie odwzajemniają naszych uczuć?
Radzenie sobie z sytuacjami, gdy ktoś nam mówi „Lubię cię, ale nic więcej”, to tak naprawdę radzenie sobie ze stratą. Tracimy w życiu wiele rzeczy: pieniądze, majątek, pracę, bliskich ludzi. To naturalne, że pojawiają się frustracja i smutek, ale one miną i znów otworzymy się na nowe. To klasyczny proces żałoby, czyli: wyparcie, złość, szukanie winnego, smutek i zwrot ku przyszłości. Pozwólmy sobie przejść przez te wszystkie etapy. I pogratulujmy sobie, że jesteśmy w stanie się zakochać, zafascynować kimś, że świat jest pełen mężczyzn, którzy mogą nam zapaść głęboko w serce. Walczmy z tym, co czasem nas dopada, czyli przekonaniem, że nie ma już fajnych facetów. Są i już nie mogą się doczekać, by nas spotkać.

  1. Psychologia

Czy każda miłość może być pierwsza?

Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość jest niezapomniana choćby dlatego, że pełna różnych „pierwszych razów”. O tym, jak odnaleźć podobną świeżość w kolejnych związkach rozmawiamy z Martą Wołowską-Ciaś, terapeutką Gestalt.

Pierwsza miłość rzadko bywa tą na całe życie, a jednak wiele osób tęskni do niej po latach. Dlaczego? Pierwsze randki, uniesienia, pierwsze pocałunki to także odkrywanie w sobie, po raz pierwszy, emocji im towarzyszących. Prawdopodobnie nigdy wcześniej nie czuliśmy takiego rodzaju pożądania, podniecenia, zakochania, euforii, pragnienia, tęsknoty w relacji z drugim człowiekiem! Być może znane nam są te uczucia, doświadczyliśmy ich już wcześniej, ale różnica polega właśnie na doświadczaniu ich w relacji. Ich siła jest też ogromna; zapisuje się w naszej pamięci na zawsze. I to często do tych właśnie uczuć tęsknimy po latach.

Być może nastąpił mechanizm idealizacji, dlatego wracamy i tęsknimy do naszej pierwszej miłości. Może się również zdarzyć, że ten pierwszy związek i uczucia, jakich w nim doświadczamy, są w jakimś sensie odzwierciedleniem naszych pierwszych relacji z najważniejszymi dla nas osobami: matką czy ojcem albo obojgiem rodziców.

Jak doświadczenie pierwszej miłości wpływa na kolejne związki? Jak słyszę „pierwsza miłość”, to trudno mi nie myśleć o tej pierwszej miłości , która ma miejsce w naszym życiu zaraz po urodzeniu, czyli o miłości i więzi z obiektem, jakim jest matka. Wierzę, że właśnie to doświadczenie wpływa na nasze przyszłe relacje z partnerami, że nasze związki w dorosłym życiu wiele mówią o doświadczeniach z naszej przeszłości.

Ale rozumiem, że w pytaniu chodzi o miłość partnerską? Wszystkie doświadczenia wpływają na nas, budują naszą tożsamość, osobowość, charakter, wpływają na kształtowanie się naszych mechanizmów obronnych. W tych pierwszych związkach zdarza nam się doświadczyć zawodu, zranienia, porzucenia. Nie musi tak być, ale jak pani słusznie zauważyła, te związki rzadko trwają wiecznie. Takie doświadczenia niejako nas hartują, odzierają z dziecięcej naiwności, idealizacji. Dzięki nim uczymy się bardzo wiele o sobie: jakich uczuć doświadczam, gdy ktoś zachowuje się wobec mnie tak i tak; gdzie i czy stawiam granice bliskiej osobie; czy i w jaki sposób wyrażam swoje zdanie, złość, potrzeby… To fundamentalna wiedza o nas samych, dzięki niej stajemy się bardziej pełni, a to już tylko korzyść dla nas samych i dla naszych przyszłych partnerów. Uczymy się też odróżniać to, co istnieje naprawdę, od tego, co nie istnieje, czyli dzieje się w naszych marzeniach.

Co zrobić, żeby „każda miłość była pierwsza"? Czy da się odtworzyć atmosferę pierwszej miłości w kolejnych związkach? Kiedy byłam nastolatką i później młodą dorosłą moja Babcia zawsze mi powtarzała „Każda miłość jest pierwsza, najgorętsza, najszczersza, wszystkie dawne usuwa w cień”. Spierałam się z nią wtedy, że to niemożliwe, że to właśnie ta pierwsza była prawdziwa i niepowtarzalna... Jakże się wtedy myliłam (śmiech).

Nie skupiałabym się na, tym czy da się „odtworzyć” tę atmosferę. Pewnie nie, bo i po co? Ale z pewnością da się stworzyć niepowtarzalną, gorącą i szczerą, z tą właśnie osobą. Relacja to JA i TY. Każde JA i TY, dzieje się w jakimś TU i TERAZ. TAM i WTEDY już było, to przeszłość. Żyjmy świadomie tą właśnie chwilą, to my jesteśmy odpowiedzialni za siebie za związek, za atmosferę; do nas należy wybór czy „ugrzęźniemy” w przeszłości, która nie pozwoli nam być teraz, czy zamkniemy rozdział i zaczniemy pisać nowy.

Zdarza się, że po latach, na spotkaniu klasowym albo zjeździe uczelni spotykamy swoją pierwszą miłość i decydujemy się spróbować jeszcze raz. Czy takie związki rokują? Wydaje mi się, że nie ma jednej gotowej odpowiedzi. Rzeka płynie latami, zmienia koryto, pogłębia dno w jednym miejscu, spłyca w innym, woda niesie ze sobą kamienie i piasek, a one kształtują linię brzegową i dno. Rzeka się zmienia i jeśli wejdziemy po latach do tej samej, może okazać się, że to już zupełnie inna rzeka. Ba, nawet jej otoczenie może się zmienić. W miejscu dawnych łąk, pól i lasów teraz widzimy drogę, domy i beton. Warto, byśmy byli świadomi, kim jest teraz ten człowiek i jak zmieniło się jego otoczenie. Może nam się wydawać, że znamy się dobrze, że to ten sam zadziorny, zbuntowany i opiekuńczy chłopak z liceum, ale pamiętajmy, że jego związki i doświadczenia także miały wpływ na jego osobowość i że to może być już zupełnie nowa osoba. Podobnie, jak zmienił się nasz wygląd zewnętrzny, zmieniło się nasze wnętrze.

Czy pierwsza miłość to przywilej młodości, czy mogą ją przeżyć ludzie dojrzali? Jestem pewna, że pierwsza miłość może zdarzyć się przez całe życie. Mimo że jako dojrzali ludzie jesteśmy już bardzo rozsądni, stabilni i poukładani, chwile gorącej namiętności i totalnego zapomnienia mogą nas dopaść na każdym etapie życia. Nawet jeśli taka osoba uważa, że nie wypada, wewnątrz może przeżywać takie same motylki, wulkany, eksplozje, jakich doświadczają młodzi.

Bardziej zastanowiłoby mnie, jak to się stało, że ta pierwsza miłość możliwa jest dopiero teraz, jak wyglądało życie tej osoby w młodości. Ale to już chyba „dzielenie włosa na czworo”...

Marta Wołowska–Ciaś dziennikarka, terapeutka Gestalt. 

  1. Styl Życia

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? O przejmowaniu inicjatywy...

Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Czasem przeznaczeniu trzeba pomóc - przełamać kulturowe uprzedzenia i przejąć inicjatywę. (Fot. iStock)
Dopiero przyjaciółka uświadomiła mi, że zamiast jęczeć, jak bardzo chciałabym umówić się z tamtym mężczyzną z pociągu, powinnam po prostu to zrobić. „Co najgorszego może się stać?” – zapytała. To zdanie stało się mottem mojej książki – opowiada Zoë Folbigg, autorka bestsellerowej powieści „Stacja miłość”. 

Twoja książka wydaje się po prostu uroczym romansem –dziewczyna proponuje drinka mężczyźnie, którego codziennie spotyka w pociągu, ale ten daje jej kosza, gdyż jest w związku; jednak osiem miesięcy później nieoczekiwanie odzywa się do niej i wszystko kończy się happy endem. To nie jest wymyślona opowieść, to twoja historia. Jestem ciekawa, w jakim momencie życiowym byłaś, gdy poznałaś swojego Mężczyznę z Pociągu? Miałam dwadzieścia parę lat, od czterech byłam singielką ze złamanym, ale już wyleczonym sercem i nie szukałam miłości. Miałam bogate życie towarzyskie, wielu przyjaciół i pracę, którą kochałam. Wieczorami chodziłam do teatru i na koncerty. Kupiłam mieszkanie, czułam się niezależna, spełniona i na dobrej drodze. Byłam naprawdę szczęśliwa. Nie szukałam desperacko kogoś, kto odmieni moje życie. Ale kiedy zobaczyłam Marka, mojego Mężczyznę z Pociągu, poczułam, że on jest tym właściwym.

Podróżowaliście tym samym pociągiem, ale dopiero po roku zdecydowałaś się zostawić mu liścik. Niemal codziennie go spotykałam, zawsze czytał jakąś książkę, i to mnie zachwycało. Ale bałam się odrzucenia. To bardzo brytyjska rzecz, że nie rozmawiamy w komunikacji miejskiej, jako społeczeństwo bardzo trzymamy dystans. Wchodzisz do pociągu, wyciągasz książkę albo telefon i na nikogo nie patrzysz. Myślałam: on jest taki przystojny, na pewno nie będzie zainteresowany, na sto procent ma dziewczynę albo jest gejem, bo jest zbyt doskonały. (śmiech) Przez cały ten czas był dla mnie enigmą, nie wiedziałam, co robi, kim jest, nigdy nie rozmawiał przez telefon, nie mogłam wydedukować, czy ma kogoś, a to czyniło go jeszcze bardziej atrakcyjnym.

Pewnie trudno podejść i zaczepić nieznajomego, gdy wokół są inni ludzie? Z tego powodu uznałam, że dam mu liścik z propozycją spotkania, w którym zostawię mój adres mailowy, i od razu wysiądę z pociągu. Chciałam dać mu czas na zastanowienie się i jeśli mnie odrzuci, to przynajmniej nie twarzą w twarz, tylko przez mail. To był dla mnie najbardziej bezpieczny sposób załatwienia sprawy.

Nie miałaś takich myśli, że zaczepianie obcego w pociągu – wszyscy znamy te filmy – może źle się skończyć, że to niebezpieczne? Tak, miałam i takie myśli, ale zaufałam intuicji. Poza tym dałam mu tylko adres mailowy, nie napisałam nic o sobie, na wypadek, gdyby jednak okazał się psychopatą. Po tym, gdy dał mi kosza, widywałam go tylko w pociągu. Ale gdy po ośmiu miesiącach zaproponował mi pójście na drinka, to on był zdenerwowany, bo nie wiedział, czy nie mam chłopaka. Szybko się zgodziłam i tylko przez jeden dzień martwiłam się, czy jednak nie jest psychopatą, bo tak szybko się umówiliśmy. Bałam się też, że może okaże się strasznym nudziarzem, ale nie, nie był nudziarzem, był właśnie taki, jakim go sobie wyobrażałam.

Nie bałaś się, że skoro przejmujesz inicjatywę, to już zawsze będziesz tą stroną w związku, która kocha bardziej i bardziej się stara? Martwiłam się o to, bo już wtedy wiedziałam, że go kocham, ale zdawałam sobie sprawę, że on mnie dopiero poznał i powoli się do mnie przyzwyczaja. Jednocześnie widziałam, że dobrze się rozumiemy, fajnie nam się spędza czas i mamy tyle wspólnego, że w końcu on także się zaangażuje. I tak się stało, nie trwało to długo. Na szczęście nie powiedziałam mu pierwszego dnia, że go kocham, bo wtedy pewnie od razu by uciekł. (śmiech) Ale miałam poczucie, że moja intuicja jest dobra. Zresztą to on zaprosił mnie na drinka po tych ośmiu miesiącach, więc byliśmy kwita. A potem poprosił mnie o rękę.

Jak sądzisz, co tak spodobało się czytelnikom w twojej książce, że odniosła sukces? Fakt, że bohaterka bierze życie w swoje ręce czy może to, że nie spotyka jej za  to żadna „kara”, wybranek nie okazuje się psychopatą ani gwałcicielem? Czytelnicy dostrzegli w tej historii opowieść o odwadze – to zwróciło ich uwagę, i dla mnie też było to ważne. Bo czasem jeden mały, pozornie nic nieznaczący gest może pozytywnie zmienić czyjeś życie. Ważna jest aktywna postawa, chociaż spotyka się ona w książce – i w prawdziwym życiu też! – z odrzuceniem. I może właśnie to rezonuje w ludziach, że lepiej jest żałować czegoś, co się zrobiło, niż że się coś zaniechało. A druga rzecz, która im się spodobała to, no właśnie, nie jest to wymyślona historyjka, bo przetestowałam ją na sobie. (śmiech) Myślę, że ludzie w obliczu dużych zmian – a taką jest i był brexit w Wielkiej Brytanii – potrzebowali szczęśliwego zakończenia. Ale też zdali sobie sprawę, że to żaden wstyd zaprosić mężczyznę na drinka i zostać przez niego odrzuconym.

Jaka była reakcja twojego chłopaka na wieść, że napiszesz o was książkę? Nie obawiałaś się, że za bardzo się odsłonicie? Byliśmy już razem kilka lat, gdy gazeta, w której pracowałam, została zamknięta. Mark z kolei nie lubił swojej pracy, więc wspólnie postanowiliśmy, że najpierw wybierzemy się w długą podróż, a potem się ustatkujemy. W podróży spotkaliśmy wspaniałych ludzi i wielu z nich mówiło mi, że nasza historia brzmi jak gotowy materiał na film czy książkę. Zaczęliśmy sami o tym rozmawiać, Mark był bardzo wspierający, choć jest nieśmiały. Zdecydowałam się na fikcyjnych bohaterów, żeby mieć większy dystans. Pisałam, nie myśląc, czy to kiedyś wydam. Potem wzięliśmy ślub, urodziły się dzieci, drugie − półtora roku po pierwszym. Byłam mocno zmęczona macierzyństwem i tempem zmian, to było wykańczające. Nie wyobrażałam sobie powrotu do pracy w Londynie. Gdy chłopcy spali, pisałam artykuły, czasem wracałam do naszej historii, na przykład w felietonie zamówionym przez dziennik „The Guardian” na walentynki. Zawsze wówczas otrzymywałam tyle wsparcia od czytelników, że postanowiłam wrócić do książki. Mark przeczytał ją dopiero tydzień przed publikacją. Byłam pewna, że mu się nie spodoba, on jest fanem książek Hillary Mantel i Margaret Atwood. Ale się spodobała.

Twoja książka została naprawdę dobrze przyjęta, choć wyobrażam sobie, że mogłaś się obawiać różnych reakcji. To zabawne, ale to raczej mama i siostra były bardziej przejęte i martwiły się tym, że mogę spotkać się z krytyką i że to na mnie negatywnie wpłynie. Wiedziałam, że nie mogę zadowolić wszystkich, że mój styl literacki niektórym się spodoba, a innym nie. Ale jeśli udało mi się dotrzeć do jednej osoby, która postanowiła wziąć los w swoje ręce, z jakiegoś powodu odważyć się na coś – to już dużo. Mark z kolei był dumny, że spełniłam swoje marzenie: pracowałam z domu, tak jak chciałam, i mogłam być blisko chłopców i spędzać z nimi czas. Byłam spełniona jako pisarka i matka.

Maja, główna bohaterka książki, fantazjując o Mężczyźnie z Pociągu, przechodzi wewnętrzną przemianę. Czy u ciebie też coś się zmieniło? Nie, moje życie było bardzo dobre i nigdy nie wątpiłam w siebie jak Maja. Ale to, co zrobiłam, sporo mnie kosztowało, choć jednocześnie dużo mi dało. Poczułam się odważna, bardziej sprawcza.

Powiedziałaś, że wiedziałaś, że to właściwy facet, więc dając mu liścik, w pewnym sensie przyznałaś, że jesteś gotowa zacząć nowy etap w życiu. To duża zmiana. Dziś myślę sobie, że wtedy rzeczywiście moje życie było trochę dziecinne i bez zobowiązań, miłe i lekkie, skoncentrowane tylko na mnie. Dzień, w którym dałam liścik Markowi, był pierwszym krokiem w kierunku prawdziwej dorosłości.

W pewnym momencie jedna z bohaterek, Velma, proponuje Mai,  gdy ta zwierza jej się ze swoich rozterek miłosnych: spróbuj, co najgorszego może się stać? Tak naprawdę to słowa twojej przyjaciółki. Gdy spotkałam Mężczyznę z Pociągu, przez niemal rok wszystkim o nim opowiadałam. Strasznie to przeżywałam. Moja przyjaciółka miała wtedy trudny czas (jej mama umierała na raka piersi). Odwiedziłam ją pewnego razu, a gdy zapytała, co u mnie słychać, znowu zaczęłam opowiadać o facecie z pociągu i że nie mam odwagi do niego zagadać. Wtedy spojrzała na mnie i powiedziała: „Zoë, co najgorszego może się stać?”. Ona miała wtedy inną perspektywę, wiedziałam, że przeżywa najgorsze chwile, a ja jej się zwierzałam z takiej głupoty. No bo czym jest zaproszenie faceta na drinka wobec odchodzenia najbliższej osoby?! I to był ten moment, kiedy sobie powiedziałam: „dorośnij, ogarnij się, przestań bawić się marzeniami”. Velma to kumulacja wszystkich mądrych, cudownych kobiet, które spotkałam w życiu. Chciałam stworzyć bohaterkę, która reprezentuje bliskie mi osoby.

Twoja historia ma happy end: zamieszkałaś z Mężczyzną z Pociągu, a potem pojechaliście w podróż życia. Nie obawiałaś się, że coś się zepsuje, czar pryśnie? Gdy zaczynaliśmy tę podróż, pomyślałam sobie, że jeśli przetrwamy wszelkie jej trudy, jak choroby i inne niewygody, gdy ponudzimy się razem i pokłócimy – to damy radę. Miałam świadomość, że kiedy jest się cały czas razem, traci się tę magię randkowania, fantazjowania na swój temat, ale poszło nam świetnie. Nawet wtedy, gdy lądowaliśmy w obskurnych hostelach...

Czy Mark uratował cię przed karaluchem? (śmiech). Był karaluch, i to niejeden, test zaliczony! Ta podróż tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że chcę z nim być na dobre i na złe. I właśnie podczas tej podróży Mark mi się oświadczył.

Wierzysz w przeznaczenie? Czy może uważasz, że trzeba brać życie w swoje ręce? Wierzę, że było mi przeznaczone związać się z Markiem, ale coś mi mówiło, że muszę wziąć sprawy w swoje ręce, aby do tego doprowadzić. On jest nieśmiały, nie zaczepiłby mnie, nie jest tego typu facetem. Oczywiście, wtedy tego nie wiedziałam, ale czułam, że muszę to zrobić. Wierzę w związek dusz, ale też w to, że warto przejąć inicjatywę. Czasem trzeba pomóc przeznaczeniu. Chciałam, aby moja książka nie była tylko historią z cyklu: chłopiec spotyka dziewczynę, ale też żeby wzmacniała kobiety, dawała im poczucie sprawczości i zachętę do tego, by się nie bały wziąć odpowiedzialności za swoje życie.

Zoë Folbigg dziennikarka i redaktorka. Pisała m.in. dla „Cosmopolitan”, „Glamour”, „Daily Mail”, „Elle”. W 2008 roku w piśmie „Fabulous” ukazywał się jej cotygodniowy felieton z opisem rocznej podróży dookoła świata, którą odbyła z Mężczyzną z Pociągu, spotykanym podczas codziennych dojazdów do pracy. Pobrali się, mieszkają z dwoma synami w Hertfordshire. „Stacja miłość” to jej debiutancka powieść.

Czy to źle, gdy kobieta robi pierwszy krok? 

Iwona Firmanty, psycholog, socjolog, coach ICC: Kulturowe uprzedzenia nie sprzyjają przejmowaniu inicjatywy przez kobiety.  Natomiast nie tyle ważne jest, kto robi pierwszy krok, ale jak to robi. Bohaterka książki „Stacja miłość“, przekazując liścik z propozycją spotkania nieznajomemu, wykazała się taktem i dyskrecją, a jednocześnie dała mężczyźnie zielone światło – znak, że jest nim zainteresowana. Zrobiła to w sposób dla siebie bezpieczny – nie wystawiając się na publiczną ocenę, ale też nie odkrywając siebie poza podaniem adresu mailowego. Jednocześnie zadbała o jego poczucie bezpieczeństwa, bo nic mu nie narzuciła, a jedynie okazała swoje zainteresowanie. Nie zmarnowała szansy, czuła, że to jest ten właściwy i nie chciała żałować, że nie spróbowała.

Jeśli jako kobiety jesteśmy kimś zainteresowane, dajmy to odczuć tej osobie – czasem wystarczy spojrzenie w oczy, uśmiech czy właśnie liścik – nie narzucając się, dając sobie i jej szansę. Mężczyzna niekoniecznie może chcieć przejąć inicjatywę, też ma prawo czuć się niepewnie, bać się odrzucenia, nie mieć pewności, czy nam się podoba. Ma też prawo przestraszyć się nadmiernej atencji z naszej strony – dlatego dawajmy znaki, ale też dawajmy sobie przestrzeń i czas na reakcję. Oraz przyzwolenie także na to, że nasz obiekt zainteresowania odpowie: nie, dzięki.

 

  1. Psychologia

Zauroczenie dziecka - jak radzić sobie z młodzieńczą miłością swojego nastolatka?

Pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. (Fot. iStock)
Pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. (Fot. iStock)
Protekcjonalnie nazywana „szczenięcą”, pierwsza miłość jest bardzo ważnym doświadczeniem rozwojowym. I powodem do niepokoju dla rodziców... Pedagożka Marzena Jasińska podkreśla, żeby zamiast dawać zakochanemu nastolatkowi tzw. dobre rady − przyjąć jego emocje, zwłaszcza gdy przeżywa rozczarowanie.

W jakim wieku nastolatki przeżywają pierwsze zauroczenia?
Z moich doświadczeń zawodowych wynika, że dziewczynki około 11., 12. roku życia, u chłopców może się to zdarzyć trochę później. Wtedy zaczyna się też proces dojrzewania płciowego, co wywołuje zmiany w wyglądzie oraz wyrzut hormonów płciowych. Dziewczynki zwykle spoglądają w tym czasie na chłopców ze starszych klas, ponieważ wydają się im oni bardziej dojrzali niż rówieśnicy.

Pierwsze zachłyśnięcie się miłością to niezwykle delikatny stan ducha, człowiek jest wtedy drażliwy, poszukuje akceptacji, może go zranić najdrobniejsza uwaga, ale rodzice chcą rozmawiać, radzić, wygłaszać swoje opinie. Jak to pogodzić?
W naszej kulturze, zresztą nie tylko w naszej, panuje przekonanie, że doradzanie i wypytywanie jest elementem kontaktu i troski. Tymczasem może to prowadzić do swego rodzaju ubezwłasnowolnienia nastolatka, któremu trudno będzie mieć własne zdanie i wierzyć samemu sobie. Rodzice często wpadają w pułapkę tzw. wielepka, czyli „wiem lepiej, bo jestem starszy i mam większe doświadczenie, więc mam prawo mówić, co masz robić” − i nazywają to doradzaniem. Jesper Juul w książce „Przestrzeń dla rodziny” pisze wprost, że im więcej gadamy, tym mniej osiągamy. Dlatego przede wszystkim warto odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego zależy nam na rozmowie. Czy chcemy autentycznie dowiedzieć się, co przeżywa dziecko i jak się z tym czuje, czy raczej opowiedzieć mu o swoich lękach, przy okazji obciążając je nimi, i może nie wprost, ale jednak skłaniać do zerwania znajomości, która nam się nie podoba?

Rodzice mają prawo do własnych opinii, jeśli jednak ma to być prawdziwa rozmowa, to ważne, jakiego języka użyją. Juul mówi tu o zamianie języka „ty” na język „ja”, czyli wyrażaniu siebie z poszanowaniem i uznaniem tego, co czuje, co chce i co myśli druga osoba. Jako rodzic mogę więc na przykład wyrazić, co myślę, co czuję, kiedy moja 14-letnia córka spotyka się z 20-latkiem, choćby to był naprawdę bardzo fajny chłopak. Rodzic ma prawo powiedzieć o swoim niepokoju, ale bez obarczania nim dziecka, wypytywania, krytykowania i tego doradzania z pozycji „wielepka”, o którym już mówiłam. Poza tym jeśli chcemy, żeby nastolatek mówił nam o swoim życiu, to najpierw uchylmy przed nim rąbka tajemnicy i opowiedzmy o sobie. Nie da się budować relacji bez odsłaniania siebie. Tylko przestrzegam przed planowaniem w stylu: w niedzielę po południu usiądziemy razem, opowiemy nastolatkowi o swojej pierwszej miłości, a on od razu zrobi to samo... To karkołomny pomysł!

Czyli twierdzi pani, że rodzice nie powinni wtrącać się w sercowe sprawy nastoletnich dzieci?
Rodzice jak najbardziej mają prawo do wyrażania własnego zdania w języku osobistym, jednak nie o „wtrącanie się” chodzi. Zdarza się, że rodzice nie akceptują sympatii swojego dziecka, i czasem nawet mają ku temu słuszne powody. Tylko krytykowanie czy ośmieszanie nie pomoże, a nawet wręcz przeciwnie. Nastolatek ma dużą potrzebę autonomii i decydowania o sobie i swoim życiu. Zdaniem Juula rodzice mogą na przykład wprost powiedzieć synowi, że im się nie podoba jego dziewczyna, ale widzą, że jest w niej zakochany, a ona w nim, więc nie wiedzą, co mają zrobić, i zapytać, co on o tym myśli. Wtedy dyskusja toczy się z poszanowaniem uczuć nastolatka. Albo zaproponować, że zaproszą ją na obiad, żeby się lepiej poznali, bo może po spotkaniu ich podejście się zmieni − i zapytać, czy ona jest na to gotowa. Oczywiście w czasie rozmowy należy się wykazać kulturą, uprzejmością i rozwagą. To rodzice powinni wziąć na siebie odpowiedzialność za własne lęki i za ich rozwiązanie. To, że dziewczyna syna im się nie podoba, to ich problem i nie mogą oczekiwać, że dziecko go rozwiąże, zrywając kontakt z sympatią. Prędzej dojdzie do zerwania kontaktu z dorosłymi.

Wyobraźmy sobie, że nie chodzi o lubienie lub nielubienie, tylko ta dziewczyna jest wulgarna, złośliwa i ewidentnie wykorzystuje chłopaka, a rodzice po prostu martwią się o syna.
A czyja to ocena, że dziewczyna jest wulgarna, złośliwa i wykorzystuje chłopaka?! Raczej nie jego, bo skoro spotykają się, to on postrzega ją inaczej. Warto zapytać, jak się z nią czuje, co mu się w niej podoba, co takiego sprawia, że się w niej zakochał. Mam takie przekonanie, że szczególnie matki bardzo martwią się o swoje dzieci i czynią je odpowiedzialnymi za to zmartwienie, czyli oczekują, że dziecko coś zrobi, żeby mama przestała się martwić albo zaczęła się martwić mniej... Na szkoleniach powtarzam zawsze, że matki mają prawo martwić się tyle, ile chcą, ale niech pamiętają, że to jest ich zmartwienie, a nie dziecka! Już samo mówienie „martwię się o ciebie” jest obciążające, bo jaką intencję ma mama, mówiąc te słowa? Czego oczekuje od dziecka?

Zamartwianie się o dziecko jest największą trucizną dla relacji. Nastolatki nie za bardzo wiedzą, co mają zrobić, aby rodzice się nie martwili i aby nie było im przykro, więc nieraz uciekają się do kłamstwa, bo to jedyne dostępne dla nich rozwiązanie. Na zasadzie „skoro rodzice nie są w stanie przyjąć prawdy o mnie, to nie pozostaje mi nic innego jak nie mówić im tej prawdy”. W ten sposób nastolatek stara się chronić rodziców.

Co jednak jeśli niepokoimy się, że nowa sympatia wprowadza nasze dziecko w świat używek, narkotyków, seksu?
Najlepiej zapytać wprost. Jeśli dziecko zaprzeczy, to należy to przyjąć, ale też zapewnić je, że jeżeli będzie potrzebowało naszej pomocy, to może zawsze do nas przyjść. Od czasu do czasu warto też ponawiać pytanie, czy nic się nie zmieniło. Jeśli między rodzicem a nastolatkiem są zdrowe relacje, to w końcu powie otwarcie, jak się sprawy mają. W poradzeniu sobie z niepokojem pomaga też myślenie: „ufam mojemu dziecku i wiem, że ono postąpi najlepiej, jak będzie potrafiło, bo jako rodzice wyposażyliśmy je w takie kompetencje i umiejętności, które pozwolą mu zadbać o siebie”. Z drugiej strony nastolatki nie mają jeszcze dostatecznie rozwiniętej struktury mózgu, która odpowiada za skalkulowanie ryzyka, przewidywanie konsekwencji i dlatego potrzebują autentycznego zainteresowania. To obejmuje też prawo do wyrażenia sprzeciwu przez rodzica.

A kiedy jest miejsce na ten sprzeciw? Czy kiedy nastolatka chce na przykład, żeby chłopak został na noc w jej pokoju, ale my tego nie akceptujemy?  Powinniśmy zabronić jej tego, mimo że będzie na nas wściekła?
Często się zdarza, że rodzice, słysząc o tzw. nocowaniu, wpadają w panikę i usiłują na siłę przeprowadzić z dzieckiem poważną rozmowę, która kończy się umoralniającym monologiem. Tymczasem, jak radzi Jesper Juul w książce „Nastolatki, kiedy kończy się wychowanie”, rodzic powinien mówić od serca, używając rozumu. Dlatego nie chodzi o pozwalanie czy nie, a o autentyczny dialog, w którym każdy poczuje się usłyszany, dostrzeżony i zrozumiany. Nakazy są destrukcyjne dla relacji, jednak znam wielu rodziców, którzy z obawy przed konfliktem lub z bezradności wcale lub bardzo rzadko mówią „nie”. Godzą się dla tzw. świętego spokoju, a potem męczą ich wyrzuty sumienia z powodu tego, że się zgodzili na coś sprzecznego z ich wartościami.

Rodzice absolutnie nie powinni rezygnować z wyznaczania norm. Nawet jeśli z tego powodu zostaną przez nastolatka nazwani starymi zrzędami albo usłyszą, że są staroświeccy czy że inni rodzice na to pozwalają. Trzeba nauczyć się mówienia „nie” z czystym sumieniem, a to znaczy, że najpierw trzeba uznać i uszanować to, czego chce nastolatek, a dopiero potem powiedzieć „nie”. Taki wynikający z wyznawanych wartości komunikat mógłby brzmieć na przykład tak: „widzę, że jest dla ciebie ważne, żeby Kacper nocował dziś w naszym domu, jednak nie zgadzamy się na to”. Oczywiście po takim komunikacie rodziców córka wpadnie w szał, ale to jest nieuniknione. Trudno oczekiwać, żeby po takich słowach powiedziała: „super, że się nie zgadzacie”. Wielu rodziców uważa, że dziecko nie powinno z tego powodu przeżywać złości. To absurd! Dorosły powinien przyjąć emocje dziecka, a nie mieć do niego pretensje, że je przeżywa. Pamiętajmy, że poglądy czy zdanie rodzica mają duże znaczenie dla nastolatka, choć się do tego nie przyznaje. W domu robi awanturę, ale porozmawia potem o tym z rówieśnikami.

Pierwsza miłość często kończy się pierwszym rozczarowaniem, co dla dziecka jest wielkim szokiem. Jak mądrze i bezinwazyjnie wesprzeć nastolatka cierpiącego po rozstaniu z sympatią?
Po prostu być przy nim i z nim, pytać, czego potrzebuje, szanować, jeśli wykrzyczy „daj mi spokój”. Dać do zrozumienia, że w każdej chwili może do nas przyjść i popłakać, pogadać albo pomilczeć. Po rozstaniu nastolatek przeżywa swoją żałobę. Czyli doświadcza też smutku, żalu, rozpaczy, czasem lęku, niepewności albo i złości. Pocieszanie w stylu „nie martw się, za miesiąc, rok nie będziesz o nim pamiętała, a tak w ogóle to on mi się nigdy nie podobał, dobrze, że z nim zerwałaś” – nie pomaga. Kluczowa jest obecność, wspieranie i empatia.

Jesper Juul pisze, że najważniejszym zadaniem dziecka jest nauczenie się, jak być dorosłym. Czy nastoletnia miłość to też element takiej nauki?
Wszystko, co przeżywa nastolatek, będzie miało wpływ na późniejsze spostrzeganie przez niego życia, jednak trudno powiedzieć, jak duży. Dziecko uczy się, co to znaczy być dorosłym, obserwując rodziców, i zdarza się, że dla niektórych nie jest to dobra nauka.

Marzena Jasińska, pedagożka, doradczyni rodzinna pracująca w duchu filozofii Jespera Juula oraz rodzicielstwa bliskości. Certyfikowana trenerka Family Lab Polska. Zajmuje się szkoleniami i treningami z umiejętności wychowawczych dla rodziców i nauczycieli. Najchętniej pracuje z rodzicami nastolatków oraz samymi nastolatkami, towarzysząc im w nieraz trudnej dla nich codzienności.