1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Partner naszym odbiciem - czy niepowodzenia w miłości to sygnał do zmiany siebie?

Partner naszym odbiciem - czy niepowodzenia w miłości to sygnał do zmiany siebie?

Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. To jest właśnie moment, w którym mogę nauczyć się właściwie o siebie dbać. (fot. iStock)
Najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. To jest właśnie moment, w którym mogę nauczyć się właściwie o siebie dbać. (fot. iStock)
Zdaniem terapeutów Evy Marii i Wolframa Zurhorstów, zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. Dlatego niepowodzenia w miłości to przede wszystkim sygnał do zmiany siebie.

No i znowu nie wyszło. Trzeba się będzie pozbierać po nieudanym związku. A może dać sobie spokój z miłością? Przynosi tylko cierpienie...

E.M.Z.: Miłość, jeśli dobrze ją rozpoznamy - a to można zrobić tylko sercem - nie przynosi cierpienia. To, co powoduje ból, to nasze błędne przekonania na temat idealnego księcia, idealnej księżniczki bądź związku, w którym zawsze się rozumiemy, obdarowujemy prezentami i o każdej porze dnia czy nocy możemy liczyć na ukochaną osobę.

W.Z.: I ta pewność, że dla miłości tyle trzeba zrobić... Prawdziwe uczucie rodzi się wtedy, gdy przestajemy robić, a zaczynamy po prostu być.

E.M.Z.: To oznacza również pozwolenie sobie na słabości, obawy, strach. Tak popularne bycie cool oddala nas od miłości. Może na pierwszy rzut oka taka cool wydam się komuś atrakcyjna, ale na dłuższą metę mój pancerz uniemożliwi mi prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem. Ci, którzy są cool, zawsze uciekają, odchodzą.

Lepiej postawić na autentyzm?

E.M.Z.: Dlaczego tak ważne jest, by być prawdziwym? Bo zawsze dostajemy takiego partnera, jaki do nas pasuje. Nawet jeśli on mnie rani - to oznacza, że nieświadomie tego właśnie oczekuję od związku, więc wybieram kogoś, kto mi to da. Na przykład tkwię w relacji z mężczyzną, którego ciągle przy mnie nie ma, który stale zawodzi. W ten sposób znalazłam sobie partnera pasującego do mojego nieuświadomionego strachu przed tym, żeby być kochaną.

To znaczy, że ten mężczyzna też się boi?

E.M.Z.: Tak, dlatego ucieka. Kiedyś pracowałam z kobietą, którą bili jej wszyscy czterej kolejni mężowie. Na początku znajomości wydawali się tacy delikatni, subtelni, nosili ją na rękach. Prędzej czy później dochodziło jednak do przemocy fizycznej i wszystko kończyło się w sądzie. Ktoś powie: "miała pecha". Tak naprawdę ona miała bardzo głębokie poczucie braku własnej wartości. Zawsze rezygnowała z siebie w związkach, próbowała dopasować się do partnera. Gdyby zaczęła pracować nad samoakceptacją, przyciągałaby innych mężczyzn, którzy by jej już nie krzywdzili. Człowiek stosujący przemoc jest niepewny siebie, robi to ze strachu.

Czyli jednak przyciągamy podobieństwa?

E.M.Z.: Opowiem pani o mojej przyjaciółce, która jakiś czas temu była singielką i umawiała się na randki przez Internet. To była katastrofa za katastrofą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego z żadnym ze spotykanych mężczyzn jej się nie udaje. Któregoś dnia pokazała mi swój profil na portalu randkowym i to, co o sobie w nim pisze. Gdy to przeczytałam, oniemiałam. Powiedziałam do niej: "Aleksandro, kto to jest?! Na pewno nie ty! Przecież mężczyzna, który ma się z tobą umówić, będzie chciał spotkać kobietę, która nie istnieje, a którą wymyśliłaś na swoim profilu. I z całą pewnością nie będzie do ciebie pasował". Zaczęłam jej to tłumaczyć na prostym przykładzie: "Ty jesteś pełnomleczną czekoladą, a opisujesz siebie jako czipsy. Jeśli chcesz spotkać mężczyznę, który będzie do ciebie pasował, pokaż mu, jaka naprawdę jesteś. W przeciwnym razie będzie chciał czipsy, a ty będziesz je udawała". W ten sposób postępuje wiele samotnych osób poszukujących partnera. Idą na dyskotekę, udając czipsy. Spotykają kogoś, kto lubi czipsy, więc jest cudownie. Szybko jednak okazuje się, że on obchodzi się z nimi jak z czipsami, a nie jak z pełnomleczną czekoladą, jaką w istocie są, więc się rozstają. Bo jako czekolada jestem najlepszą czekoladą pod słońcem, a jako czipsy - najgorszym z czipsów A jeżeli jestem czipsem, a udaję czekoladę, to dostanę mężczyznę, który będzie lubił czekoladę. To proste.

Proste... Tylko dlaczego takie trudne?

E.M.Z.: Bo nikt nas tego nie uczy. W szkole są zajęcia z najróżniejszych przedmiotów, ale na żadnym z nich się nie dowiemy, czym jest prawdziwa miłość. Więc w tej materii całą wiedzę czerpiemy z bajek, filmów i książek. Czego nas uczą? Że miłość przychodzi z zewnątrz, że trzeba sobie na nią zasłużyć, ciągle o nią zabiegać i bardzo wiele dla niej poświęcać. A to nieprawda.

Może nie mamy od kogo uczyć się miłości.

E.M.Z.: Dlatego naszą misją jako terapeutów jest właśnie przekazywać tę wiedzę ludziom, którzy chcą ją przyjąć. Jednak najlepszym nauczycielem miłości jest kryzys. Na przykład zdradza mnie mąż. To jest jak trzęsienie ziemi. Rozpada się moje całe wznoszone latami rusztowanie, odsłaniają skrywane uczucia, prawda o mnie. Oczywiście, pod warunkiem, że sobie na to pozwolę i przyjmę to z wdzięcznością. Inaczej nie skorzystam z szansy na rozwój. To jest właśnie ten moment, w którym mogę nauczyć się właściwie o siebie zadbać.

Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6%. To wierzchołej góry lodowej. (fot. iStock) Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6%. To wierzchołej góry lodowej. (fot. iStock)

Co to oznacza w praktyce?

E.M.Z.: Nie chować zranienia czy strachu, tylko je przeżywać. Nie biec od razu do przyjaciółek, które powiedzą: "Oj, jesteś taka biedna, a z niego niezły drań", tylko zapytać siebie samej: "Czego się boję? Co mu zarzucam?". Bo jest w tym pewna prawidłowość, lekcja: jeśli ktoś mnie opuszcza, to robi to wtedy, gdy podświadomie coś przeciwko niemu mam. Czyli do niego mówię: "Hej, zróbmy coś wspólnie, chodźmy tu albo tam, pobądźmy razem", a jednocześnie narzekam swojej przyjaciółce: "On mnie nigdy nie słucha, nie dba o mnie, zawsze wybiera pracę albo swoich kumpli, jestem mu obojętna". I on to czuje, że niby go akceptuję, ale jednak chcę, żeby był inny, więc odchodzi. Jeżeli bym uważała, że jest dobry taki, jaki jest, wtedy może by został. Co oczywiście nie znaczy, że mam się poświęcać i godzić na wszystko, żeby tylko go zatrzymać. Wtedy też odejdzie. Wyczuje mój strach. Muszę być szczera w stosunku do siebie i w stosunku do niego. Jeżeli on nie jest taki, jaki chciałabym, aby był, jeśli boję się, że odejdzie - muszę zająć się swoim życiem. Jeżeli go ciągle nie ma w domu, powinnam ten czas sobie jakoś wypełnić: nowym hobby, spotkaniami ze znajomymi. W ten sposób związek staje się coraz bardiej autentyczny, a miłość głębsza.

Mówi pani, że jeśli ktoś nas porzuca, to dostajemy lekcję. A co, jeżeli to my kogoś porzucamy? Czy to też lekcja?

E.M.Z.: Oczywiście. Aby ją odrobić, musisz wiedzieć, czy odchodzisz w takim punkcie, w którym zawsze odchodzisz. Czy twoje odejście jest twoją wewnętrzną prawdą, czy ucieczką. Mamy przyjaciela, którego znamy od 15 lat. Zawsze gdy jakaś relacja z kobietą staje się poważna, on z nią zrywa. Jego partnerki o tym nie wiedzą, ale na jego zachowanie ma wpływ pewna drastyczna historia z jego dzieciństwa. Jako mały chłopiec był świadkiem tego, jak matka chciała odebrać sobie życie, by odejść od jego ojca. Inaczej nie umiała go zostawić. Dla tego małego chłopca, który dzisiaj jest dorosłym mężczyzną, związek zawsze wiąże się z dużą dawką strachu. I to jest powód, dlaczego żaden mu się nie udaje. Podobnie jak nasz przyjaciel, wszyscy do każdej nowej relacji wnosimy plecak swoich dawnych historii. Zakodowane w nich lęki i tęsknoty projektujemy na partnera czy partnerkę. I nazywamy to miłością.

Mówimy też czasem: "kocham, ale nie potrafię z tobą żyć".

E.M.Z.: Klasyczna góra lodowa.

Słucham?

E.M.Z.: Jako ludzie jesteśmy świadomi siebie w 4 do 6 %. To wierzchołek góry lodowej. Właśnie te 4% mówią: "kocham cię". Ale cała reszta góry, która skrywa się pod wodą, czyli 96% mówi: "ale nie mogę z tobą żyć". Ta reszta to moje przekonania, dawne doświadczenia i błędne wzorce. Co się dzieje, gdy spotykają się dwie góry lodowe? Widzą jedynie swoje wierzchołki i - dajmy na to - uznają je za atrakcyjne, więc zaczynają się do siebie zbliżać. W końcu tak skracają dystans, ze stykają się ze swoimi podstawami, których nie są świadomi. Bach! Następuje kryzys. A dalej? To zależy od nich. Prawdopodobnie rozstanie. Dzisiaj mamy o wiele więcej możliwości niż mieli nasi rodzice. Szybciej od siebie odchodzimy, bo możemy sobie na to pozwolić, także finansowo. Nasi rodzice myśleli: "Muszę przy nim/przy niej zostać i gdzieś na boku urządzić sobie życie, które będzie mnie satysfakcjonowało". Byli trzydzieści lat po ślubie i tak naprawdę nawzajem się nie znali.

W.Z.: Wytrzymywali ze sobą, tracąc przy tym całą żywotność.

E.M.Z.: Tymczasem po ślubie były tylko wierzchołki ich gór lodowych. O całym dole w ogóle nie mieli pojęcia. Małżeństwo to droga schodzenia w dół tej góry lodowej, a nawet nurkowania pod nią. Na przykład nasze małżeństwo. Zaczęło się klasycznie: jeden wierzchołek poznał drugi wierzchołek. Potem zbliżaliśmy się do siebie, aż nagle doszło do zderzenia podstaw naszych gór. Nastąpiło starcie i rozstanie. Odsunęliśmy się od siebie na bezpieczną odległość i znowu wszystko było w porządku. Ja mogłam powiedzieć: "to jestem ja", mój mąż mógł powiedzieć to samo o sobie. Wtedy coraz więcej dowiadywaliśmy się o sobie samych i bezwiednie coraz bardziej znów się do siebie zbliżaliśmy. Ten proces trwa cały czas. Podstawy naszych gór znowu się ze sobą stykają i zachodzą na siebie, przy czym nieraz zderzają się za mocno - wtedy na chwilę odskakują i znowu się do siebie zbliżają.

Jak w odwiecznym tańcu. Dwa kroku do przodu, jeden w tył...

E.M.Z.: I tak będzie przez całe życie. Im głębiej schodzimy, tym bardziej jest to trudne i coraz więcej jest bolących miejsc.

Moja trenerka fitnessu mówi, że jak nie boli, to nic się nie zmienia.

E.M.Z.: Mądra kobieta. Ma absolutną rację.

Czyli dobry związek musi od czasu do czasu zaboleć?

E.M.Z.: To jest tak jak trenowanie mięśni. Mój mąż to hantel i dzięki niemu mój mięsień staje się coraz mocniejszy. W naszym małżeństwie przeżyliśmy już dwa duże kryzysy, ale dzięki nim teraz mamy o wiele więcej bliskości.

Jak długo są państwo razem?

W.Z.: 20 lat, i wierzymy, że jeszcze wiele wspólnych lat przed nami. Wiele bólu i radosci. Proces poznawania, schodzenia w dół góry lodowej, nigdy się nie kończy.

O Boże! To straszne!

E.M.Z.: Skąd! To cudowne!

W.Z.: Dzięki temu jeden i ten sam związek jest nieustannie podniecający. Nie ma w nim miejsca na nudę czy zmęczenie.

E.M.Z.: Niech pani wyobrazi sobie, że ciągle pokazujemy drugiej osobie tylko jedną i tę samą część siebie. To dopiero nuda!

W.Z.: Dzisiaj nasze małżeństwo nie ma nic wspólnego z tym, jakie było na początku. Jest pełniejsze, dojrzalsze, szczęśliwsze. Ale po drodze bardzo często bolało. I myślę, że w przyszłości też nieraz się zranimy. Z drugiej strony dobrą wiadomość jest to, ze część wspólna, ta poznana, uświadomiona jest coraz większa.

E.M.Z.: Pewna amerykańska terapeutka zajmująca się parami mówi, że była już 12 razy zamężna z tym samym mężczyzną - własnym mężem. Przetrwali 12 głębokich kryzysów i każdy z nich coraz bardziej wzmacniał ich związek. I na tym własnie polega ta cudowna przygoda, jaką jest związek dwojga ludzi.

 

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze