1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moje ciało – moja sprawa. Jak ruch body positive pozwala się wyzwolić?

Moje ciało – moja sprawa. Jak ruch body positive pozwala się wyzwolić?

W ruchu body positive chodzi o to, by żyć w zgodzie ze sobą, a nie z tym, co próbują narzucać nam oderwani od rzeczywistości kreatorzy mody, firmy kosmetyczne czy agencje reklamowe. (Fot. iStock)
W ruchu body positive chodzi o to, by żyć w zgodzie ze sobą, a nie z tym, co próbują narzucać nam oderwani od rzeczywistości kreatorzy mody, firmy kosmetyczne czy agencje reklamowe. (Fot. iStock)
Po długich latach życia w rygorze i podporządkowaniu, wysłuchując wciąż, jak powinnyśmy wyglądać, by się podobać, kobiety mówią: „dość!”. Chodzi o to, by nikt nie dyktował nam więcej żadnych warunków! Ruch body positive to ruch wyzwoleńczy, to manifest: możemy być takie, jakie chcemy! Ale… czy na pewno będziemy wtedy w pełni szczęśliwe? Okazuje się, że są jednak pewne pułapki.

Najbardziej prestiżowy sklep Nike w centrum Londynu właśnie zmienił swój wystrój. Królują w nim teraz przede wszystkim manekiny plus size, a na wieszakach łatwo znaleźć już ubrania nie tylko w rozmiarze XS czy S, lecz także te XL czy nawet 3XL! Rzeczniczka firmy w oficjalnym komunikacie napisała, że wyposażenie londyńskiego sklepu to „kolejny wyraz zaangażowania w zaspokajanie potrzeb sports-menek”. Bo sportsmenki to dziś już nie tylko te kobiety, które ważą 45 kilogramów! Oczywiście, można powiedzieć, że taki ruch światowej marki to żaden manifest, ale wyłącznie dbanie o własne słupki sprzedażowe, bowiem, jak wynika z badań, blisko 45 proc. osób plus size, które robią zakupy online, coraz donośniej żąda zadbania o wszystkich, bez dyskryminowania tych, którzy nie wyglądają jak modelki. Modelki, w świecie których rozmiar 38 to już plus size. Nike odpowiedział więc po prostu na ten apel. Podobnie postąpiły kolejne firmy: bieliźniarskie marki Lonely, Chantelle czy firma Target, tworząc kampanię kostiumów kąpielowych dla kobiet plus size. Wszystko wskazuje na to, że takie działania staną się już wkrótce powszechne, bo światem zawładnął ruch nazywany body positive.

Body positive - bez filtra proszę

Od dłuższego czasu możemy zaobserwować, także w mediach, trend mówiący o akceptacji ciała, niezależnie od tego, jak to ciało wygląda. Amy Schumer, amerykańska aktorka komediowa, napotkana niedawno przez dziennikarzy na nowojorskiej ulicy, z uśmiechem i radością z tego, co za moment zrobi, podniosła koszulkę i pokazała wymownie swój całkiem spory brzuch, ozdobiony dodatkowo widoczną blizną po cesarskim cięciu. Ewidentnie czekała, aż dziennikarze włączą kamery, wyjmą aparaty i dokładnie zdokumentują to, co chce pokazać, a raczej po raz kolejny przekazać światu. Bo Amy Schumer to jedna z najbardziej zagorzałych orędowniczek ruchu body positive. Od lat namawia kobiety, by wyglądały tak, jak chcą, i nie pozwalały nikomu, by ich wygląd komentował. By je oceniał. Jak mówią wszystkie aktywistki ruchu, chodzi o życie w zgodzie ze sobą, a nie z tym, co próbują narzucać nam oderwani od rzeczywistości kreatorzy mody, firmy kosmetyczne czy agencje reklamowe. Odpowiedzią na świat pełen nakładanych na zdjęcia filtrów, nierealistycznych kanonów piękna, rygoru i sztuczności jest właśnie trend body positive.

Body postive - co to?

Ruch, którego głównym przesłaniem są akceptacja samej siebie oraz położenie kresu szkodliwemu wpływowi negatywnego obrazu ciała na zdrowie psychiczne, pojawił się już w 1996 roku, ale nie od razu zyskał rozgłos na taką skalę. Stworzyły go Connie Sobczak i Elizabeth Scott. Pierwsza z nich to pisarka, naznaczona długotrwałą chorobą – zaburzeniami odżywiania, druga to psychoterapeutka z blisko 30-letnim doświadczeniem zawodowym, specjalizująca się w leczeniu wspomnianych zaburzeń. Ich przypadkowe spotkanie zaowocowało powstaniem ruchu. – Podejście do ciała na przestrzeni lat zmieniało się wielokrotnie – mówi dr hab. Zuzanna Grębecka, antropolożka kultury, etnolożka. – Nie zawsze żyliśmy przecież w świecie, w którym adresatem poklasku były bardzo chude kobiety. Wszyscy pamiętamy choćby Rubensa. Powiedziałabym, że podejście do ciała, szczególnie kobiecego – bo jednak to, niestety, kobiety (i temu też zaczęłyśmy się sprzeciwiać ) pełnią w kulturze funkcję tych „do oglądania, podziwiania” – było czymś w rodzaju sinusoidy, wahnięć, w obie strony. Jednak mam wrażenie, że to, co obserwujemy dziś, to coś zdecydowanie więcej niż po prostu kolejne wahnięcie, to raczej rodzaj szerokiego ruchu wyzwoleńczego kobiet – tłumaczy antropolożka. Naomi Wolf, amerykańska pisarka, intelektualistka i, a może przede wszystkim, feministka, autorka książki „Mit urody”, przestrzega: „Obsesja dotycząca kobiecej wagi jest czymś zdecydowanie więcej niż obsesją związaną z wyglądem, to obsesja dotycząca kobiecego podporządkowania”.

Bo w body positive nie chodzi wyłącznie o wagę, o kilogramy. Chodzi o to, że mamy prawo być takie, jakie chcemy! Chodzi o to, by nam, kobietom, nie dyktowano więcej żadnych warunków! Mamy więc także prawo pokazywać wszystko, co związane jest z kobiecością, a nie zawsze jest glamour: rozstępy, cellulit, blizny itd. Jameela Jamil, prezenterka i aktorka, ale przede wszystkim aktywistka, przy każdej możliwej okazji opowiada swoją historię: „Moja młodość to były lata 90., czas supermodelek. Gigantyczny wpływ miały na mnie wszystkie informacje, którymi karmiły mnie telewizja, filmy, a nawet bajki Disneya! Cały świat krzyczał, że kobieta powinna być atrakcyjna. A ja nie pasowałam do tego wzoru: nosiłam okulary, miałam trądzik, otoczenie dawało mi odczuć, że jestem za gruba. Skończyło się anoreksją. Między 14. a 17. rokiem życia nie zjadłam żadnego normalnego posiłku! Bardzo schudłam, przestałam miesiączkować, byłam słaba fizycznie, a moja psychika kompletnie się rozsypała. Ratunkiem okazał się… wypadek samochodowy! Dwa lata byłam rehabilitowana. Kiedy nie możesz się ruszać, zyskujesz nowy szacunek dla swojego ciała. Ten wypadek mnie ocalił”. I Jamil postanowiła ocalić kolejne kobiety. Jej kampania „I Weigh” („Ja ważę”) zawładnęła Instagramem. To profil, który publikuje zdjęcia kobiet i mężczyzn, otoczonych słowami podkreślającymi to, co w ich życiu ważne, a nie tylko wygląd. Artystka, optymistka, kociara, córka imigrantów… Bo to, kim jesteśmy, co kochamy i robimy, jest naszym prawdziwym obrazem, niezależnie od trądziku, cellulitu czy wagi. – Media społecznościowe coraz częściej, pod presją tysięcy ludzi, zmuszone są pokazywać coraz mniej wyidealizowany świat – mówi dr hab. Zuzanna Grębecka. – Pamiętam nacisk internautów na Facebook, kiedy to jego administratorzy, ze względów estetycznych, zablokowali zdjęcia pokazujące kobietę i jej pooperacyjne blizny. Protestujących było tak wielu, że zdjęcie przywrócono. Pamiętam także dość szeroki protest dotyczący reklam środków higienicznych dla kobiet. Kobiety pytały, dlaczego krew menstruacyjną w reklamach zastępuje niebieska, w domyśle czysta i pięknie pachnąca, ciecz. Przecież okres nie jest czymś, czego kobiety powinny się wstydzić. Podobnie głośno zrobiło się wokół publicznego karmienia piersią. Przez lata nabrzmiałe, opuchnięte, często poranione kobiece piersi uznawane były za nieestetyczne. Temu też kobiety powiedziały wreszcie: „dość!” – opowiada antropolożka. Wszystkie te działania są jak manifest, wezwanie: „Pokażcie się takimi, jakimi jesteście, bo właśnie takie jesteście piękne”. Dołączyło do niego wiele gwiazd, np. aktorki znane z serialu „Dziewczyny” – Lena Dunham i Jemima Kirke czy modelka Emily Bador.

I coraz więcej „zwykłych” kobiet na taki apel odpowiada.

Co to jest wstyd?

– Po wielu latach sięgania w sklepach jedynie po namioty, którymi będę mogła zasłonić swoje nadkilogramy, w tym roku kupiłam sobie kostium kąpielowy – mówi Dominika. – O dziwo, znalazłam taki w swoim rozmiarze, a jeszcze kilka lat temu nie było o tym mowy. Ten zakup wymagał ode mnie dużo odwagi. Przełamać się musiałam już w sklepie, kiedy mierzyłam się ze wzrokiem pani, która przynosiła mi coraz większe miseczki! Zagryzłam jednak zęby i przełknęłam wstyd. Wyszłam ze sklepu z kostiumem, trochę pokiereszowana, ale z tarczą – dumna, że się odważyłam – mówi. – No właśnie: wstyd. Taki rodzaj jego odczuwania to stosunkowo nowe zjawisko – tłumaczy dr hab. Zuzanna Grębecka. – To znaczy sam wstyd jako emocja jest wrodzony, ale to, czego się wstydzimy, zdecydowanie narzuca nam już kultura. I ta współczesna zaczyna być odbierana jako bardzo opresyjna. Więc po dziesiątkach lat życia w rygorze, przymusie posiadania wymiarów uznawanych w naszej kulturze za idealne czy wyprasowanej twarzy kobiety zaczynają mówić coraz donośniej: „nie!”.

Jak Ty wyglądasz?!

– Kiedy miałam już swój pierwszy od 30 lat kostium kąpielowy, czekały mnie kolejne wyzwania – opowiada Dominika. – Podzieliłam się tą ekstrawagancją z mamą i przyjaciółkami. Mama nie chciała nawet zobaczyć, jak w nim wyglądam, powiedziała zdawkowe: „OK, fajnie, że znalazłaś”. A mi w głowie od razu zadudniła przeszłość – wielokrotnie słyszałam od niej, że powinnam coś ze swoją nadwagą zrobić. Jedna z przyjaciółek delikatnie zasugerowała, że lepiej byłoby, gdybym wybrała taki jednoczęściowy. A ja i tak uważam, że weszłam na wysoką górę, już nie chcę się chować! Choć przyznam, że z pewnym niepokojem myślę o wakacjach. No cóż, trzeba będzie dokończyć dzieło, wyjść na plażę w tym kostiumie, ale nie poddam się – dodaje Dominika.

Zwolenniczki ruchu body positive mówią jednym głosem, że nie chcą już nigdy więcej słyszeć: „Jak ty wyglądasz?!”. Odpowiadają dobitnie: „Wiemy, jak wyglądamy, mamy w domach lustra!”. 40 Polek z otyłością i niedowagą, ale też tych łysiejących i z bliznami, w ramach swojego manifestu wyszło niedawno na warszawską Starówkę. Większość z nich miała na sobie jedynie bieliznę. Zdjęcia natychmiast pojawiły się w sieci. Co na to internauci? Część biła brawo i pisała: „Jesteście wielkie!”, inni wspominali o niechlujstwie i lenistwie…

Akceptacja jest bardzo ważna, ale… jak mówi się coraz częściej, wspaniała idea ruchu body positive zawiera w sobie też pewne pułapki. I należy tu wspomnieć choćby o zdrowiu – popadanie w skrajność po tej drugiej stronie jest realnym zagrożeniem. Ale nie tylko o udary i zawały tu chodzi. Body positive może wywoływać także rozmaite emocjonalne trudności. Otóż ocena innych ludzi nie może być dla nas zupełnie obojętna i raczej nigdy nie będzie – bo tak skonstruowana jest psychika, więc kompletne wyrzekanie się jej jest prostą drogą do izolacji. Ruch body positive staje się także wymówką, wytłumaczeniem dla naszej niechęci do podjęcia w życiu jakiegoś wysiłku. A bez wysiłku nie ma życia. Jest tylko smutna stagnacja. A nie o nią przecież chodzi, tylko o to, żeby życie było w każdym sensie „positive”…

O tym jak pozbyć się pogardy i obrzydzenia wobec tego, co wygląda inaczej oraz jak nie idealizować skrajności, np. niezdrowej wręcz otyłości, w rozmowie z psychoterapeutka Izą Falkowską-Tyliszczak.

Znalazłam w Internecie takie zdjęcie: mocno otyła kobieta ubrana jedynie w bieliznę zajada się ciastkiem. Pod zdjęciem gorąca dyskusja – ponad 1700 osób komentuje to, co widzi. Zdania są podzielone, niektórzy mówią: „Super, wreszcie wolność związana z cielesnością”, inni dziwią się takiej pochwale życia, bo to – według tych drugich – nieestetyczne i wręcz chorobliwe. To zdjęcie zamieszczone zostało w ramach propagowania nowego trendu – body positive, czyli: moje ciało – moja sprawa.
Mam wrażenie, że to kolejny obszar – bo mamy taką skłonność – w którym bezradnie miotamy się pomiędzy skrajnościami. Przypomina mi się pewna zasłyszana przed laty historia. Rozmowa dwóch nastolatków jadących autobusem. Jeden mówi: „Wiesz, ta Pamela Anderson jest taka cudowna, piękna, seksowna”. Drugi odpowiada: „Stary, ale to wszystko to jest plastik, to nienaturalne”. Na co ten pierwszy ripostuje: „Naturalna to jest nasza pani woźna!”. Odwołując się do zdjęcia, o którym mówisz, myślę, że między plastikową Pamelą Anderson a woźną, która w tej opowieści wydaje się synonimem kobiety zaniedbanej, niechlujnej, jest dość duża przestrzeń. I to w niej warto poszukać… zdrowego rozsądku.

Bo, bez wątpienia, trend body positive na czymś wyrósł…
Z pewnością. Wyrósł na niezgodzie kobiet na to, że mamy być „jakieś”, że powinnyśmy być „idealne”, jak kiedyś np. Pamela Anderson czy dziś np. Anja Rubik. Ale myślę, że wyrósł nie tylko na buncie wobec tego, co narzuca się nam z zewnątrz, ale również na szalenie cennym przebudzeniu z nawyku przyjmowania wszystkiego, co nam się podaje.

Rzeczywiście, istnieją liczne badania, które dowodzą, że kobiety o symetrycznych twarzach, proporcjonalnej budowie ciała, czytaj: te „ładne”, dostają wyższe stanowiska, lepiej zarabiają, przypisuje się im więcej pozytywnych cech charakteru, mężczyźni chcą się z nimi wiązać itd. Choć ta pochwała symetrii, konkretnych proporcji, jest silnie osadzona w biologii, to jest zwyczajnie krzywdząca wobec kobiet. A przecież oprócz tego, że jesteśmy zwierzętami, jesteśmy współcześnie bardzo mocno osadzeni w kulturowych wzorcach. A te w kwestii kanonu piękna, przez lata w żaden sposób niestopowane, poszybowały w jakimś chorym kierunku. I znowu, po raz kolejny, boleśnie naznaczyły kobiety.

Aż w końcu, po latach, coś w nas pękło…
Bo zaniżona samoocena bardzo nam w życiu przeszkadza. Stawia nas na dzień dobry na przegranej pozycji. Jest jak łańcuch, który nie pozwala zrobić więcej niż dwa kroki, więc nie podejmujemy większości wyzwań. A bez wątpienia miliony kobiet na całym świecie przez ostatnie dekady na takim łańcuchy właśnie żyły. Więc go w końcu odważnie zerwałyśmy. I to wspaniale, jednak istnieje kilka „ale”. Bo w pakiecie z bardzo słusznym przekonaniem: „Nie muszę być idealna”, przyszła pokusa życia w zgodzie z powiedzeniem: „Jestem, jaka jestem”. A to jest pułapka. Życie wymaga od nas jednak w każdym obszarze wysiłku, pracy. Bo bez tego dość łatwo i szybko można przenieść się ze zbioru „pożytek” do zbioru „szkoda”. Wydawałoby się jednak, że ta otyła pani z ciastkiem sobie zwyczajnie szkodzi. Chcę powiedzieć, że to słuszne body positive wymaga elementarnej uczciwości wobec samej siebie. Do mądrego korzystania z takiej wolności w jakimś sensie musimy dojrzeć. Znam kobietę, obiektywnie zdecydowanie otyłą, która mówi, że jest jej cudownie z jej ciałem, że gdyby chciała, toby schudła, ale nie chce, bo nie widzi takiej potrzeby. Jednocześnie wiem, że ona kocha muzykę, kocha śpiewać i tańczyć. Kiedy słyszy dźwięki, z uśmiechem podrywa się z krzesła, robi pięć kroków i po jej czole zaczyna spływać rzeka potu, a ona, dysząc, siada, bo… musi. Bo to „cudowne” w jej opisie ciało ją tak dalece ogranicza. Czy ktoś, kto kocha tańczyć, a nie może tego robić, bo nie pozwala mu na to jego ciało, aby na pewno z tym ciałem czuje się cudownie?

Można mieć wątpliwości…
To, co wydaje mi się bardzo cenne w trendzie body positive, to życzliwość wobec samej siebie, wobec swojego ciała. A tego z pewnością po latach jesteśmy bardzo głodne. Głodne i nienauczone! Chodzi o to, żebyś, kiedy wchodzisz do sklepu z bielizną, widzisz zdjęcie modelki w konkretnym biustonoszu, zachwycasz się, idziesz do przymierzalni i widzisz w nim siebie, nie wybiegała z płaczem ze sklepu. Myślę, że wiele z nas ma za sobą takie doświadczenie. I właśnie temu powiedziały „stop!” kobiety, które trend body positive powołały do życia.

Jak mam się tej życzliwości nauczyć?
Masz kilka fałdek na brzuchu? Nie reaguj z automatu, jak zwykle – obrzydzeniem. A może te fałdki są wynikiem tego, że jesteś matką i ciąża zmieniła twoje ciało? Masz jakieś blizny na brzuchu czy ramionach? Zamiast planować wizytę u chirurga plastycznego, może pomyśl o nich i spójrz na nie z czułością, bo przecież one są zapisem jakiejś historii, czasem historii naszego cierpienia w przeszłości. Mam teraz, w tej przymierzalni, naznaczyć się po raz kolejny, patrząc na siebie z pogardą?

Zresztą komercyjny świat wydaje się też hamować w tym szaleństwie. We wspomnianych sklepach coraz częściej pojawiają się zdjęcia nie modelek, ale „normalnych” kobiet. Warto też, poza czułością i życzliwością wobec samej siebie, uruchomić zdrowy rozsądek, który często, na czas pobytu w takiej przymierzalni, gdzieś nam ulatuje. Rygor, w którym żyje kobieta z tego zdjęcia, naprawdę nie sprzyja poczuciu szczęścia, spełnienia.

Przychodzi mi też do głowy inny przykład masowej próby oswajania ludzi z tym, że nieidealny wygląd jest w porządku. Chodzi o bohatera kultowego serialu „Gra o tron”. Tyrion Lannister jest karłem. Jeśli spojrzymy na historię przedstawiania karłów w kinie i literaturze, widzimy, że dotychczas było to coś między potworem, clownem a pluszakiem. Tymczasem przedstawienie tej postaci we wspomnianym serialu jest już zupełnie inne. Owszem, bywa on jak dawniej adresatem pogardy i odrzucenia, ale jest również adresatem miłości oraz szacunku, jest też bez wątpienia mężczyzną. To też w jakimś sensie propagowanie trendu body positive. Im większa grupa ludzi może przejrzeć się w tym, co proponuje kulturowy wzorzec, to znaczy im bliższy jest on normalności, tym mniej w nas frustracji, to oczywiste.

Wróćmy do tych „ale”.
No właśnie, dobrym kierunkiem jest pozbycie się pogardy i obrzydzenia wobec tego, co wygląda inaczej niż to, co powszechnie uznane za „właściwe”, ale złym kierunkiem jest idealizowanie tego, co jest skrajnością po tej drugiej stronie. Odwołując się do przykładu karła – nie jest dobre wystawianie go na margines społeczny, ale idiotyczne wydaje się stawianie go w roli ideału piękna. Nazywanie rzeczy i spraw po imieniu nadaje światu jednak jakiś porządek i często chroni nas przed niebezpieczeństwem. Fajnie więc, jeśli pani, która waży 160 kilogramów, ma obok siebie kogoś, kto życzliwie, bez potępiania, szepnie jej, że sobie jednak szkodzi. Jeśli masz otyłą przyjaciółkę, to nie atakuj jej, nie rań, ale nie przechodź nad jej wyglądem do porządku dziennego.

Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock) Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale proces oceniania dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to stały i naturalny element życia. (Fot. iStock)

No właśnie, chciałam zapytać o tych, którzy nam coś szepczą. Zewsząd słyszymy: „Dbasz o siebie wyłącznie dla siebie, chudniesz dla siebie, ubierasz się dla siebie”. Czy my rzeczywiście możemy żyć w zupełnym oderwaniu od oceny innych ludzi? Czy to nie jest naiwne myślenie?
Ale to nie chodzi tylko o naiwność. Nie sądzę, żeby idealnym obrazem świata był ten, w którym kompletnie nie obchodzi cię, co inni o tobie myślą. Bo konsekwencją takiego założenia byłoby to, że nikogo w ogóle nic by nie obchodziło, byłabyś dla ludzi kompletnie przezroczysta. Jasne, często wkurza nas to, że ktoś ocenia to, jak wyglądamy, ale, nie ukrywajmy, wkurza nas to, że ocenia nas negatywnie. A wkurza nas tak samo, kiedy ktoś mówi: „Świetnie dziś wyglądasz!”? Możesz do tego przywiązywać większą lub mniejszą wagę, ale to jest przyjemne, po prostu. Może więc warto zadać sobie pytanie, czy naprawdę byłabym szczęśliwa, gdybym nikogo w ogóle nie obchodziła, bo do tego to się sprowadza. Każda ocena, może poza bezinteresownym hejtem, jest jednak sygnałem: „dostrzegam cię”. A człowiek potrzebuje być dostrzeżony. Tak jesteśmy skonstruowani. Gdybyśmy nie potrzebowali dostrzeżenia, doprowadziłoby nas to do kompletnej izolacji. Można się wystrzegać porównywania z innymi, ostrego oceniania innych, ale jakiś rodzaj ewaluacji dokonuje się w naszych umysłach cały czas, to jest przynależne do życia.

Czy można czuć się naprawdę dobrze, mając w nosie wszystko to, co mówią inni?
Oczywiście, pewne rzeczy są pochodną wewnętrznych impulsów człowieka, ale jednak wiele pozostaje w gestii socjalizacji. Jeśli ktoś, kto nie mył się kilka dni, wsiada do tramwaju, to akceptacja współpodróżujących nie jest możliwa. I jego ewentualne oczekiwanie, że to zostanie przyjęte, nie przylega do rzeczywistości. Oczywiście, człowiek się poci. Ale co? Body positive mamy wszyscy w tym tramwaju zastosować? Przykład jest może nie najszczęśliwszy, ale chyba obrazuje to, co chcę powiedzieć – to, że nie obchodzi mnie opinia otoczenia, nie jest tożsame z tym, że to otoczenie nie zareaguje, czytaj: nie odsunie się ode mnie. Takie założenie, że jakikolwiek jestem, to OK, bo do wszystkiego mam prawo, jest pragnieniem z poziomu niemowlęcia, czyli to przejaw prymitywnego i chorego narcyzmu. Bycie wspólne wymaga jednak jakiegoś starania.

W trendzie body positive dostrzegam jeszcze jedną pułapkę. Bo on wydaje się wtórować staremu powiedzeniu, że o gustach się nie dyskutuje. Myślę, że taka postawa narobiła już bardzo wiele szkód. O gustach się dyskutuje, więcej – o gustach powinno się dyskutować. Fałszem jest założenie, że możemy pozostawać w relacjach, które w jakimś sensie są neutralne. Dlatego wpływamy na siebie, uczymy siebie nawzajem. I uczymy siebie nawzajem także tego, co nam się podoba, a co nie. Na tym polega proces kształtowania szeroko rozumianego poczucia estetyki.

Skąd właściwie, tak z psychologicznego punktu widzenia, wzięło się powiedzenie, że o gustach się nie dyskutuje?
Chyba ze źle, niewłaściwie pojętej tolerancji. Z niewłaściwie pojętej otwartości. Ale tu, oczywiście, jest jeszcze pytanie, w jaki sposób o tych gustach się dyskutuje. Czy dyskusja sprowadza się do tego, że ktoś mówi: „Ja wiem, jak powinno być”; „Ja wiem, co jest ładne” i dalej: „Gardzę tobą i tym, co ty sądzisz”. Bo trzeba pamiętać, że wiedza, wykształcenie mogą być źródłem przemocy wobec innych. Więc, oczywiście, nie o takiej dyskusji o gustach tu mówimy. Ale dyskutować trzeba. Otwartość i tolerancja są arcyważnymi wartościami, ale mogą być źle rozumiane.

Trend body positive jest czymś bardzo positive! Bo jeśli oswajasz ludzi z tym, że kobieta, która waży 80 kilogramów, może założyć kostium kąpielowy i wyjść w nim podczas pokazu mody, to z czasem zadziała mechanizm psychologiczny nazywany efektem familiarności – coś, co jest ci znane, podoba ci się. I to, co niedoskonałe, zacznie wreszcie być w porządku. Ale to nie znaczy, że mamy postawić na tym wybiegu panią, która waży 160 kg i bić jej brawo, bo wszystko jest positive! Nie, nie wszystko jest positive. Najbardziej positive jest zdrowy rozsądek!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Odchudzanie zastąpiłam akceptacją siebie - 12 rad Karoliny Szaciłło

Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zamiast kalorii lepiej liczyć wartości odżywcze. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia

Spójrz w lustro. Co widzisz? Czy podoba ci się ten obraz? Czujesz niechęć i niesmak? Kto wie, być może nawet twój widok cię odrzuca. 

Jak pisze bliski mi mędrzec w "Świętowaniu ciszy": "Akceptacja czegoś, czego nie lubisz, może okazać się trudna. Z pewnością jednak da się zaakceptować odrobinkę tego - maleńki atom. Przekonasz się, że w chwili, kiedy zaakceptujesz jeden atom, zajdzie zmiana. (...) Choć rzeka jest bezmierna, wystarczy jeden łyk, aby ugasić pragnienie. Choć na ziemi jest obfitość pożywienia, wystarczy mały kęs, aby zaspokoić głód. Potrzebujesz zaledwie odrobinki. Przyjmij w życiu odrobineczkę wszystkiego - to właśnie przyniesie ci spełnienie". Tobie też polecam ten zabieg. Zaakceptuj choćby niewielki "atom siebie".

Myśl i mów dobrze o sobie, również o swoim ciele. Spoglądaj w lustro i za każdym razem odnajduj w sobie coś pięknego...
'Większość ścisłych diet w rzeczywistości jest nieskuteczna, ponieważ są one wynikiem postawy nienawiści do siebie, obrzydzenia do tłuszczu lub niechęci wobec siebie i swoich słabości, przez które tłuszcz odłożył się w naszym ciele. Postawa taka wywołuje pragnienie zagłodzenia ciała po to, aby ukarać umysł. Ciało będzie się czuło wygłodzone podczas każdej drastycznej diety, a ponieważ nie lubi takie być, samoistnie będzie się starało uruchomić tkanki, które potrzebują najwięcej energii, spowalniając w nich procesy metaboliczne, co przyczyni się do wolniejszego spalania tłuszczów - tłumaczy Robert Svoboda w "Prakriti - odkryj swoją pierwotną naturę".

W pokonywaniu tej niechęci do siebie pomagało mi m.in. wspomniane spoglądanie z miłością i akceptacją w lustro. Była to jedna z wielu technik, dzięki którym odnalazłam moją drogę do równowagi. W efekcie (ubocznym) schudłam ponad 25 kg. Poniżej cały zestaw zasad, którymi się kierowałam. Już w tym miejscu zaznaczę, że poniższego zestawienia nie powinieneś traktować jeden do jednego. Przede wszystkim wsłuchaj się w siebie. Skorzystaj z tych punktów, które poczujesz całą sobą!

Ustawiłam swój nowy cel. Utratę wagi zastąpiłam akceptacja siebie. Przestałam walczyć ze sobą i swoimi kilogramami!
1. Wyrzuciłam swoje tzw. ubrania motywacyjne, czyli za małe jeansy, które miały mnie mobilizować do schudnięcia. Tak naprawdę działały odwrotnie. Z każdym tygodniem, miesiącem i rokiem wpadałam w coraz większe poczucie winy, że nie udaje mi się wrócić do mojej upragnionej sylwetki.

2. Do codziennej, porannej rutyny włączyłam masaż ciała najlepiej ciepłym (ale nie gorącym) olejem sezamowym (zima i jesień), kokosowym (lato) lub ich mieszanką (wiosna). W trakcie masażu szczególną uwagę zwracałam na to, aby spoglądać i odnosić się do swojego ciała z akceptacją oraz miłością. Masaż olejem trwa około 10-15 minut. Po masażu możesz przepłukać ciało wodą. Olej doskonale nawilża, ale również oczyszcza oraz rozgrzewa (sezamowy) ciało. Z powodzeniem zastępuje balsam.

3. Zmieniłam optykę patrzenia na moje menu. Wyszłam z przestrzeni muszę się zdrowo odżywiać. Zaczęłam robić i jeść tylko te rzeczy, na które mam ochotę.

4. Biorę odpowiedzialność za własne samopoczucie i ciało. Przez lata z łatwością wpadałam w kolejne gotowe diety obiecujące szybką i bezbolesną utratę wagi. Dlaczego? Bo w momencie porażki mogłam łatwo przerzucić odpowiedzialność.

5. Zaczęłam układać mój jadłospis, kierując się smakiem. Smak jest prezentem od natury. Naszym wewnętrznym kompasem, który w pierwotnej postaci wskazuje to, co nam służy. Jeśli spożywane jedzenie, nawet najzdrowsze, nam nie smakuje, nie jesteśmy w stanie dobrze go strawić. Co za tym idzie - nie wchłaniamy składników odżywczych.

6. Obserwuję emocje towarzyszące jedzeniu. Staram się nie siadać do posiłku zła, smutna lub pod wpływem stresu. Emocje również wpływają na nasze trawienie. Przed posiłkiem (np. w pracy) dobrze jest przejść się na krótki spacer, zmienić otoczenie i wyczyścić głowę z myśli.

7. Jem, kiedy rzeczywiście jestem głodna. Nie najadam się na wszelki wypadek. Udało mi się zaobserwować, kiedy głód wynika z rzeczywistej potrzeby organizmu, a kiedy jest tzw. głodem emocjonalnym.

8. Nie chodzę głodna. Nie oszukuję też mojego organizmu wodą, herbatą, czy np. kilogramami spożywanych owoców w zastępstwie głównego posiłku. Ajurweda podkreśla, że głód wywołuje lęki. Te ostatnie, jak już wspominałam, zaburzają trawienie i wchłanianie składników odżywczych.

9. Przestałam odżywiać się intelektualnie. To jeden z 7 sposobów odżywiania, który wyróżnia makrobiotyka. Ten typ odżywiania opiera się wyłącznie na sugestiach innych osób, na tym, co przeczytamy, również na przynależności do określonej grupy (np. osób będących na diecie surowej).

10. Odżywiam się w sposób, który makrobiotyka nazywa wolnym. Słucham się siebie i swojej intuicji. Wybieram to, co rzeczywiście mi służy i czego do zachowania zdrowia potrzebuje moje ciało, dusza oraz umysł.

11. Liczę wartości odżywcze, a nie kalorie. Nadwaga często wiąże się z niedoborami składników odżywczych. W takiej sytuacji organizm domaga się dodatkowej porcji jedzenia. Liczy na to, że w ten sposób uzupełni niedobory. Im więcej wartości odżywczych przyswoisz, tym mniejszy głów będziesz odczuwać.

12. Ajurweda doprecyzowuje godziny jedzenia poszczególnych posiłków. Ustalenie takiego rytmu dnia może być pomocne (ale niekonieczne) w trakcie odchudzania. I tak śniadanie staram się jeść między 7 a 9. Obiad w godzinach popołudniowych (od 12 do 14). Pamiętaj, że jest to najważniejszy posiłek dnia. Kolację w wersji idealnej zjadam przed zachodem słońca. Możemy jednak ogólnie przyjąć, że optymalnie należy ją spożyć między godziną 17 a 19 i najpóźniej 3 godziny przed snem. W kwestii godzin jedzenia poszczególnych posiłków słuchaj się jednak przede wszystkim siebie i własnego zegara biologicznego.

Więcej w książce:

  1. Psychologia

Jak budować zdrową niezależność? - 7 kroków

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś. (Fot. iStock)
Obniżona samoocena powoduje, że opinie z zewnątrz stają się ważniejsze niż nasze odczucia. Jak sprawić, aby nasze poczucie własnej wartości zaczęło rosnąć, a wpływ otoczenia nabrał właściwych proporcji?

1. Weź za siebie odpowiedzialność

To jeden z 6 filarów poczucia własnej wartości, teorii stworzonej i rozpropagowanej przez Nathaniela Brandena. Co to oznacza w praktyce? Zrozumienie, że mamy jedno życie i że od nas zależy, jak je przeżyjemy. I że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za to, co czujemy i co robimy. Jeśli za swoje pomyłki, nieudane związki czy niesatysfakcjonującą pracę obwiniasz innych, stawiasz się w roli ofiary. A przecież ostatecznie to ty i tylko ty dokonujesz wyboru. Rodzice naciskali, żebyś poszła na medycynę, a teraz żałujesz, że nie wybrałaś dziennikarstwa? Cóż, dokonałaś wyboru między własną satysfakcją a zadowoleniem rodziców. Pragnienie funkcjonowania w grupie nie zwalnia cię od wzięcia odpowiedzialności za swoje myśli, dążenia i działania. Nie będąc zależna od innych, poczujesz się nie tylko bardziej kompetentna, ale też staniesz się bardziej wiarygodna dla innych. Zamiast sprawnym, ale przeciętnym lekarzem będziesz doskonałym dziennikarzem.

2. Ćwicz asertywność

Wielu osobom kojarzy się z nawykiem mówienia „nie”, ale to tylko połowa prawdy. Inni uważają, że asertywność to ładna nazwa na szorstkie zachowanie lub egoizm. W istocie asertywność jest jedynie wyrażonym szacunkiem dla własnych potrzeb, uczuć i opinii. Brak asertywności jest lękiem przed zademonstrowaniem swojej odrębności. Jeśli masz z tym problem, zacznij od wyrażania swoich potrzeb w mniej drażliwych kwestiach, np. wyboru filmu w kinie czy dania w restauracji. Gdy dasz sobie prawo do wyrażania siebie, łatwiej będzie ci przyjmować odmienne zdanie, a także odmowę. Zrozumiesz, że nie musisz brać ich do siebie. A jeśli nie jesteś pewna swojego zdania w istotnej sprawie – zamiast przytakiwać od razu – zacznij mówić: „Daj mi chwilę, muszę to sobie przemyśleć”.

3. Twórz instrukcję obsługi siebie

To, w jaki sposób wyrażasz swoje emocje, jak się zachowujesz, rozumujesz i reagujesz, to jak się ubierasz i jaki jest rodzaj twojej wrażliwości – to wszystko tworzy niepowtarzalny obraz tego, jaka jesteś, stanowi cenny wkład w jakość grupy, którą tworzysz z innymi. Ale aby wiedzieć, co do niej wnosisz, musisz poznać siebie i swoje poglądy. Dlatego jak najczęściej pytaj samą siebie:
  • Co najbardziej lubię (jakie smaki, zapachy, kolory itd.)?
  • Co o tym sądzę?
  • Co zrobiłabym na jego czy jej miejscu?
  • Czego najbardziej się boję?
To może być świetna zabawa, niejedna własna reakcja może cię zaskoczyć. Najważniejsze, że w ten sposób tworzysz instrukcję obsługi siebie – przydatną innym, ale głównie tobie.

4. Praktykuj świadome życie

Może ci w tym pomóc Praktyka Obecności na bazie koncepcji Colina P. Sissona, medytacja, joga lub technika mindfulness – wszystkie one wyczulają na odbieranie sygnałów z własnego ciała oraz rewidowanie pojawiających się w głowie myśli. Kiedy twoje podejście do życiowych wyzwań opiera się na fabrykowaniu teorii spiskowych („na pewno wszyscy się dowiedzą o mojej pomyłce”, „jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje”), twoja samoocena staje się krucha, a cudza opinia, szczególnie gdy dotyczy wrażliwych punktów, bywa niszcząca. Kiedy decydujesz się, by karmić się tylko pozytywnymi myślami i w bezpieczny sposób dawać ujście swoim emocjom (na przykład zadając sobie kluczowe pytania: Dlaczego mnie to tak zdenerwowało? Co mogę zrobić następnym razem, by bardziej nad sobą panować?) – spirala znowu idzie w górę i coraz mocniej ufasz sobie.

5. Określ swój życiowy cel

To nie oznacza, że masz podporządkować życie realizacji planu, który stanie się wypełniającą je ideą, usuwającą wszystko inne w cień. Chodzi raczej o zmianę myślenia z: „oby mi się udało nie popełnić błędu” na: „zrobię wszystko, by to, czego pragnę, stało się realne”. Pomyśl… Czy patrząc z perspektywy, widzisz, że zmiany w twoim życiu wyznaczyły decyzje, które podjęłaś, czy też sploty okoliczności? Gdy mamy skłonność do dryfowania, znacznie mniej zaufania pokładamy w sobie. Często więc czyjaś ocena sprawia, że zaczynamy wątpić, czy kierunek jest słuszny. Świadomość celu to pozytywna energia. Jeśli wiesz, że dla ciebie ważna jest rodzina i przyjaźń, albo chcesz tańczyć ponad wszystko, to nawet gdy ktoś mówi, że postępujesz głupio lub naiwnie – ty odpowiadasz mu, że gdyby nie marzyciele, Ziemia nadal byłaby płaska.

6. Zaakceptuj siebie

Jak powiedział Nathaniel Branden, „akceptacja jest odmową bycia swoim wrogiem”. Bo kiedy negujemy swoje myśli i zachowania, których nie lubimy, zazwyczaj nie przyznajemy się do nich. Gdy uważamy, że czegoś nie potrafimy – wycofujemy się lub udajemy, że jest inaczej. Kiedy nie podoba nam się nasze odbicie w lustrze, za małe oczy, za duży nos, za gruba lub za chuda sylwetka – staramy się to maskować ubraniem, makijażem. Choć próbujemy w taki sposób chronić siebie, robimy rzecz odwrotną – odrzucamy siebie. Przy takim nastawieniu każda krytyka, a nawet żart, stają się naprawdę raniące. Nie jest możliwe, aby mieć dobrą samoocenę i jednocześnie nie akceptować siebie.

7. Bądź wierna swoim zasadom

Jeśli twój wewnętrzny kodeks nie przyzwala na kłamstwa, a sama mijasz się z prawdą, by nie narazić się otoczeniu, to ma tu miejsce spory dysonans. W ten sposób znowu rezygnujesz z części siebie, by zyskać akceptację. Ale tracisz szacunek do siebie – ważny filar samooceny. Pamiętaj, że przestrzegając swoich zasad, uniezależniasz się od tego, co myślą o tobie inni.

Joanna Godecka: life coach, praktyk Integracji Oddechem i Integrującej Obecności. 

  1. Psychologia

Taka, jaka jesteś – jesteś ok

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. (Fot. iStock)
Przychodzimy na świat z ciałem, które zostało nam dane. Służy nam do odczuwania siebie i świata, ale też wyraża naszą osobowość i unikalność. Nikt drugi na świecie nie ma takich linii papilarnych jak ty, ale też takiego nosa i rąk, takiego błysku w oku. Dlaczego zamiast docenić ten dar, ciągle doszukujemy się w nim rys i pęknięć?

Z badań samooceny kobiet, których komentatorką była terapeutka Joanna Godecka, wynika, że tylko 20 proc. uważa się za ładne czy atrakcyjne. Oznacza to, że 80 proc. ma kompleksy. – Kompleks z psychicznego punktu widzenia jest brakiem samoakceptacji, samoodrzuceniem – mówi Joanna Godecka. – Odrzucamy jakąś część siebie, osądzając ją jako gorszą i ukrywając to, co uważamy za mankamenty.

My, kobiety, mamy w tym sporo praktyki. Nosimy spodnie odpowiednio maskujące krągłe łydki, wkładamy biustonosze typu push-up, by ukryć brak krągłości piersi. Zagęszczamy włosy, pudrujemy piegi, brak talii skrywamy pod luźnymi ubraniami, chociaż wcale nam się nie podobają. Skąd biorą się te kompleksy? – Często z dzieciństwa spędzonego wśród bliskich, którzy sami mieli kompleksy – odpowiada terapeutka. – Z badań wynika, że matki uważające się za niezbyt atrakcyjne indukują swój model myślenia córkom. Jeśli nie czują się dobrze w swoim ciele i komentują jego niedoskonałości, uczą dzieci postrzegania siebie przez pryzmat słabych stron.

Nawet jeśli w domu nie doświadczamy oceny swojego wyglądu, możemy ją usłyszeć od rówieśników, a ci bywają okrutni. Zaszczepione w dzieciństwie kompleksy zwykle ugruntowują się w okresie nastoletnim, kiedy zmienia się i kształtuje nasza sylwetka – dziewczynom rosną piersi, zaokrąglają się biodra, ale też pojawiają się wypryski czy nadmierne owłosienie. Chłopcy mają z kolei pierwszy zarost, przechodzą mutację. W efekcie później bardzo surowo się oceniamy i nie czujemy się ze swoim wyglądem komfortowo.

Jestem za gruba, więc nie wychodzę z domu

Kompleksy rzutują na wiele sfer życia – towarzyską, uczuciową, zawodową. Utrudniają realizację marzeń, blokują sprostanie aspiracjom. Stajemy się defensywni i koncentrujemy się na przewidywaniu negatywnych scenariuszy, zakładając, że nie mamy szans na spełnienie swoich oczekiwań. Że nie jesteśmy warci sukcesu. Czasem niedoskonałości mogą urosnąć do rangi tak wielkich problemów, że bycie szczęśliwym staje się niemal niemożliwe. Długotrwała koncentracja na wadach i słabych stronach wiąże się z obniżeniem nastroju i większą podatnością na depresję.

– Jeśli lęk przed konfrontacją, wynikający z kompleksów, jest tak silny, że zaczynamy się wycofywać z jakiejś aktywności, będzie on zajmował kolejne obszary – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie pójdę na firmową imprezę, ponieważ uważam, że jestem za gruba, to za jakiś czas nie wybiorę się też na spotkanie w małym gronie znajomych i zacznę popadać w niebezpieczną izolację. Skupiając się na lęku i uznając jego przewagę, daję mu moc. Kiedy zaś coraz bardziej się rozpanoszy, utwierdzę się w przekonaniu, że jakieś drzwi są już dla mnie zamknięte. I może mimo że jestem singielką i pragnę związku, przestanę spotykać się z mężczyznami. Lęk nasyca kompleks, który staje się coraz potężniejszy.

Sprowokowane

Joanna Godecka jako terapeutka uczestniczyła w programach telewizyjnych przy metamorfozach wyglądu kobiet i zauważyła, że skutecznym sposobem na kompleksy są prowokacje. Polegają one na obezwładnianiu kompleksu poprzez wyciąganie go na światło dzienne. Od natężenia lęku zależy, na ile warto próbować robić pewne rzeczy trochę na przekór sobie. – Kobiecie, która dopiero w mocnym makijażu, perfekcyjnej fryzurze i eleganckim ubraniu, może wyjść na ulicę, poradziłabym, żeby przespacerowała się po galerii handlowej nieumalowana, w dżinsach i T-shircie, z włosami związanymi gumką – mówi terapeutka. – Ludzie, którzy uważają się za mało atrakcyjnych, żyją w przekonaniu, że ich mankamenty są nie tylko widoczne, ale wręcz wytykane palcami. A podczas takiego eksperymentu okazuje się, że wzbudzamy takie samo zainteresowanie jak bez maskujących zabiegów. To może być uwalniające przeżycie, bo zaczniemy oswajać się z sytuacjami, które wydawały się groźne. Przestaniemy tkwić w pułapce, że musimy coś zrobić, żeby było dobrze, i dojdziemy do wniosku, że nie musimy już odwracać uwagi od kompleksów.

Dlatego kobiecie uważającej się za zbyt wysoką zalecane jest chodzenie w szpilkach, a niskiej – w balerinach. To nam pomoże w akceptacji siebie i zaprzestaniu odrzucania siebie. – Akceptacja jest dłuższym procesem, który trzeba wspierać – mówi Joanna Godecka. – Nie możemy czekać wyłącznie na wyniki pracy wewnętrznej. Na to, aż prawdziwie pogodzimy się z tym, jakie jesteśmy. Tego typu prowokacje przyśpieszają ten proces. Po pewnym czasie potrzeba prowokacyjnych zachowań znika. Nie chodzi o to, żeby właścicielka masywnych ud zawsze chodziła w legginsach, ale żeby mogła bez problemu chodzić na basen i spacerować w kostiumie kąpielowym po plaży, ciesząc się słońcem i wakacjami.

Nie walcz i nie uciekaj

Siła kompleksów zależy od naszego nastawienia. Ucieczka od kompleksów poprzez zabiegi odwracania od nich uwagi tak naprawdę nasila koncentrację na nich. Joanna Godecka sama zmagała się z lękiem przed wystąpieniami publicznymi, zdarzało się, że podczas emisji na żywo była jak sparaliżowana. – Nie chciałam jednak z tej części mojej pracy rezygnować – opowiada. – Najpierw po prostu mówiłam na wizji, że mam tremę i z tego powodu mogę nie wypaść idealnie. Potem odkryłam, że im mniej myślę o lęku, tym słabiej go zasilam i mniej go we mnie jest. Za to starałam się być dobrze przygotowana i skupiałam się na tym, że wiem, co mam powiedzieć. To był mój drugi sposób. Potem wreszcie pomyślałam sobie – czy ja muszę za każdym razem dawać niebywały występ? Jeśli coś nie pójdzie, to trudno.... To też było pomocne. Jeżeli chcemy coś zwalczyć, za bardzo się napinamy i osiągamy efekt odwrotny.

Kompleksy sprawiają, że podświadomie rywalizujemy z osobami wyższymi, o bardziej gładkiej cerze, mądrzejszymi. Wtedy stajemy w kontrze, prowadzimy wojnę, a to osłabia. Według Nathaniela Brandena, autora książki „6 filarów poczucia własnej wartości”, akceptacja jest odmową bycia własnym wrogiem. – To już wystarczy – mówi Joanna Godecka. – Jeśli nie jesteś swoim wrogiem, to znaczy że jesteś życzliwy i wspierający. Jeśli jesteś wrogiem, walczysz. To, co robisz, i to, co myślisz, jest destrukcyjne, niszczy cię.

Jeśli krytykujesz swoje cienkie włosy, zapytaj się, czy jesteś swoim wrogiem czy przyjacielem. Czy powiedziałabyś to samo komuś bliskiemu? Tym, co człowieka wzmacnia, jest bezpieczeństwo emocjonalne. Dlatego mimo kompleksów, a może zwłaszcza z nimi, okazujmy ludziom otwartość i życzliwość. Chociaż boimy się odrzucenia z powodu nadwagi, podejmijmy próbę kontaktu. Wtedy kompleksy stracą swoją moc. – Zaobserwowałam, że tym, co wręcz magicznie działało na kobiety, które zgłosiły się do programu telewizyjnego, żeby przejść metamorfozę wyglądu, było wsparcie całej ekipy pracującej przy programie. Każdy chciał pomóc: fryzjer, makijażystka, stylistka. Ta życzliwość okazała się uzdrawiająca. Dlatego namawiam do zapraszania ludzi do swojego życia – kiedy dostajemy wsparcie, zaczynamy się czuć bezpieczniej. Zapewnijmy je sobie i innym.

Ćwiczenia z akceptacji

Nauczycielka jogi Tiffany Cruikshank w swojej książce „Zredukuj wagę dzięki medytacji” proponuje dwa ćwiczenia ku większej akceptacji swoich niedoskonałości i swoich atutów.

Ćwiczenie 1. Przezwyciężenie perfekcjonizmu

Nasze niedoskonałości są częścią ludzkiej natury, bez nich bylibyśmy jak roboty, a życie byłoby niesamowicie nudne. To niedoskonałości otwierają nas na relacje i dostrzeganie podobieństw w drugim człowieku. Perfekcjonizm i doskonałość każą trzymać się na dystans. Zatem czy mając tego świadomość, możesz zacząć postrzegać swoje wady jako coś, co czyni cię idealnie nieidealną? Jako część siebie, która pozwala ci nawiązać lepszy kontakt ze światem? Niezależnie od tego, czy są to piegi, cellulit, czy przerwa między zębami.

Wybierz jedną niedoskonałość, która twoim zdaniem szczególnie cię wyróżnia, np. kształt nosa. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, że wszyscy ludzie na świecie mają ten sam kształt ciała? Po czym byśmy ich wtedy odróżniali? Może to właśnie niedoskonałości nadają nam charakter? Zastanów się, jak to jest żyć w twoim ciele z twoim nosem. A teraz wybierz trzy cechy, które cię wyróżniają – czy bez nich byłabyś sobą? Cokolwiek wybrałaś: piegi, kształt nosa czy rozstępy po ciąży – zastanów się, jaką rolę te niedoskonałości odegrały w ukształtowaniu ciebie, np. gdyby nie twoje rozstępy, nie byłabyś teraz matką. Jeśli bardzo nie lubisz jakiejś części swojego ciała, spróbuj odpuścić sobie negatywne odczucia na jej temat tylko na jeden dzień. Sprawdź, jak się wtedy poczujesz.

Ćwiczenie 2. Przyjmowanie swojego piękna

Wiele kobiet praktykuje codziennie różne rytuały związane z urodą – robią makijaż, układają włosy, starannie wybierają ubrania. Ale ta rutyna może zamienić się w obowiązkowe przygotowania przed pokazaniem się światu. Przez myśl im nie przejdzie, by wyjść z domu bez makijażu albo z rozczochranymi włosami. Gdy więc zdarzy się im mieć włosy w nieładzie, nie będą czuły się sobą – mimo że nadal sobą będą. A przecież wszystkie mamy w sobie naturalne piękno, które widać też na zewnątrz: uśmiech, blask skóry, długie nogi czy wyraziste oczy. Uwydatnianie naszego piękna i przyciąganie do niego uwagi jest sprytnym sposobem na zaprezentowanie siebie. Kiedyś jednak trzeba powiedzieć „dosyć”. Czy jesteś pewna, że nie możesz pójść do pracy bez makijażu? Przyjrzyj się uważnie swoim nawykom związanym z urodą i zastanów się, czy codzienna rutyna nie stała się obowiązkiem, bez którego wpadasz w panikę. Czy jesteś w stanie bardziej odsłonić swoje naturalne piękno? Zacznij się doskonalić w dostrzeganiu tego piękna – myśl o tych elementach fizyczności, z których jesteś najbardziej zadowolona.

Wymyśl jeden lub dwa sposoby na naturalne podkreślenie urody, które zaczniesz stosować od teraz. Może to być picie większej ilości wody, szczotkowanie włosów aż do połysku czy relaksująca kąpiel z olejkami zapachowymi. Chodzi o metody zupełnie różne od dotychczasowych. Zastanów się też, co możesz wyeliminować z codziennej rutyny dbania o wygląd. Może zrezygnować z jakiegoś kosmetyku? Kupując balsamy i kosmetyki do makijażu, nabywamy jednocześnie przekaz, że nasze piękno zależy od ich użycia. Uświadom sobie, że to, jaka pokazujesz się światu, wysyła innym podświadomy komunikat o tym, czy wierzysz w swoje wrodzone piękno, które kryje się w skórze lub uśmiechu, a nie w warstwie podkładu.

Emocjonalna myśl, która została stłumiona

Pojęcie kompleksu narodziło się na przełomie XIX i XX wieku. Jako pierwszy użył go Josef Breuer, austriacki lekarz i filozof, który współpracował z twórcą psychoanalizy Zygmuntem Freudem. Razem opracowali metodę katartyczną, która polegała na uwalnianiu się od traumatycznego wspomnienia w stanie hipnozy. Zaobserwowali, że po uświadomieniu traumy związanej z konkretnym wydarzeniem i opowiedzeniu o nim, ustępowały objawy nerwicy. W psychologii pojęcie kompleksu rozpowszechnił wybitny szwajcarski psycholog i psychiatra Carl Gustav Jung, dla którego oznaczało ono zbiór ukrytych w nieświadomości myśli, przeżyć i doświadczeń, ujawniających się pod wpływem określonego bodźca. – Dzisiaj kompleks potocznie oznacza dyskomfortowe uczucia, które pojawiają się w związku z ekspozycją społeczną – mówi Joanna Godecka. – Z kompleksem Breuera, Freuda i Junga łączy go to, że najczęściej jest związany z przeżywaniem lęku i wstydu. Kompleksy w jakimś stopniu dotyczą każdego z nas i nikt jeszcze nie wymyślił złotej recepty na ich całkowite uleczenie.

  1. Styl Życia

Mądra akceptacja siebie

Prawdziwa akceptacja swojego ciała jest wtedy, kiedy mam świadomość tego, że jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam. (Fot. iStock)
Prawdziwa akceptacja swojego ciała jest wtedy, kiedy mam świadomość tego, że jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam. (Fot. iStock)
Nie odchudzaj się, nie męcz treningami, nie rób operacji plastycznych? Wprost przeciwnie – mówi psycholog Katarzyna Pietroń – ale w granicach zdrowego rozsądku

Co to znaczy akceptować swoje ciało? Zgadzać się na każdą fałdkę tłuszczu, każde znamię – bo jestem ideałem?
Jestem ideałem, ale właśnie z tymi niedoskonałościami, które mam.

Ale jak pokochać np. krzywe nogi?
Nie znam osoby, która w zupełności akceptowałaby każdy centymetr swojego ciała. Zaakceptować, pokochać nie znaczy, że coś ma mi się nagle spodobać. To bardziej myślenie w stylu: „wiem, że mam mankamenty, cóż zrobić, na szczęście mam też fragmenty, którymi mogę się pochwalić”. W akceptacji jest przecież miejsce na krytykę. Niektóre rzeczy, które się nam mniej podobają, można zmienić. Mogę przecież sobie zrobić trwałą, jeśli zawsze marzyłam o kręconych włosach, mogę sobie kupić zielone soczewki, jeśli zamiast piwnych chciałabym mieć zielone oczy. Pewnych rzeczy jednak się nie poprawi, chociaż bardzo by się chciało i chociaż niektóre kliniki chirurgii plastycznej na świecie podejmują się takich zmian, jak np. wydłużanie nóg. Są to jednak pomysły niemające wiele wspólnego ze zdrowym rozsądkiem.

Jaki związek ze zdrowym rozsądkiem mają w ogóle operacje plastyczne?
Jestem „za” w przypadkach, kiedy problemem są blizny, oparzenia, zajęcze wargi…

A odstające uszy, mały biust…?
Zależy od tego, co przypisujemy tym uszom i biustowi. Jeśli traktujemy je jako defekt, ale myślimy: „Mogę mieć mniej odstające uszy, bo wtedy będę mogła wiązać włosy, chodzić z przepaską, nie przejmować się tym, że się na mnie gapią”, to wtedy taka zmiana ma sens. Jeśli jednak odstające uszy obarczam winą za wszystkie moje niepowodzenia: za to, że nie wiedzie mi się w pracy, że nie mogę sobie nikogo znaleźć, to wtedy po operacji może się okazać, że źródło nieszczęścia umieszczę w innej części ciała i też będę chciała ją zmienić. Dobra motywacja jest taka: robię sobie operację plastyczną, żeby zwiększyć komfort życia. Zła: robię sobie operację, żeby odmienić całe życie. W drugim przypadku szybko okaże się, że problem nie leży wcale w ciele i jego defektach, tylko zupełnie gdzie indziej.

Ale czasem lepszy wygląd, a za tym lepsze nastawienie do świata, potrafi naprawdę odmienić życie…
Owszem, ale bez głębszej zmiany ta poprawa będzie tylko chwilowa. Jest duże ryzyko, że każda rysa na tym nowym, idealnym wizerunku stanie się prawdziwą katastrofą.

To jaki stosunek do ciała jest najzdrowszy?
Poznanie go: jego mocnych i słabych stron i akceptacja obydwu. Do tego szeroko pojęte dbanie o siebie, prowadzenie zdrowego trybu życia, czyli dieta, ruch, codzienna pielęgnacja. Oczywiście, bez specjalnego zaabsorbowania i koncentracji całego życia wokół dobrego wyglądu. Tak naprawdę trudno jest uchwycić ten złoty środek, zwykle albo za bardzo się zaniedbujemy, albo za bardzo skupiamy na tym, jak się prezentujemy, na szczęście co jakiś czas odczuwamy potrzebę złapania równowagi.

Ważne jest, by być po prostu dobrym dla samego siebie, robić coś nie dlatego, że muszę, tylko że chcę. Motywacja zewnętrzna, wynikająca ze społecznego trendu czy czyjejś opinii, na dłuższą metę nie działa. Najsilniejsza jest następująca: „robię coś dla siebie, dla swojego dobra”.

Nie dla opinii innych.
Jeżeli nie mogę wyjść na ulicę bez makijażu albo kupuję coraz to nowsze i silniejsze kremy, żeby się odmłodzić, to problem na pewno leży o wiele głębiej.

Lęk przed upływem czasu?
To już chyba jakaś tendencja społeczna, że nie wypada się starzeć. Nasz organizm ma swoją wytrzymałość i nie można wymagać od niego, żeby znosił wszystko tak bezproblemowo, jak wtedy, gdy mieliśmy kilkanaście lat. Z tym też trzeba się pogodzić. Całonocna impreza, gdy ma się np. 37 lat, będzie miała bardziej bolesne konsekwencje niż gdy się ma 17. Ale jeśli chcę je ponieść – proszę bardzo. Gorzej, jeśli nie chcę ponosić żadnych konsekwencji, bo się na nie nie zgadzam. To bardzo niedojrzałe podejście.

  1. Psychologia

Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości

Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Człowiek pokorny wie, że nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. (Fot. iStock)
Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Ludziom pokornym żyje się łatwiej. 

Wielu ludzi się dziwi, gdy im się mówi, że pokora to coś bardzo pozytywnego. Dla części z nich wiąże się ona bowiem przede wszystkim z religią i uniżeniem, a może nawet poniżeniem. Tak jak odrzucamy słowo „litość” i nie chcemy, by ktoś się nad nami litował, tak samo nie chcemy być pokorni, bo wydaje nam się, że ktoś pokorny daje sobie postawić but na karku i zaprzecza swojej wartości. Guzik prawda. Będąc młodą zbuntowaną dziewczyną, też miałam taką wizję pokory. Za żadne skarby nie chciałam być pokorna wobec matki. Byłam przekorna, zbyt ostra, nieustannie walczyłam. Zbliżyłam się do niej dopiero długo po wyprowadzce z domu. Wreszcie dotarło do mnie, że nie muszę walczyć ze światem. Wróciłam też do duchowości (nie mylić z religią). A jak jest duchowość, to jest i pokora.

Do prawdziwej pokory trzeba dojrzeć. Z czasem doszłam do tego, że to jest po prostu zgoda na to, co się dzieje. Przeciwieństwo roszczeniowości, obrażania się na świat, pychy. Człowiek pokorny wcale nie uważa, że jest mniej ważny niż inni, wie, że jest tak samo ważny. Pokora jest zrozumieniem, że nieszczęście nie spada na mnie dlatego, ponieważ na nie zasłużyłam, tylko tak po prostu funkcjonuje świat.

Jakoś nie dziwi nas, gdy nie poszczęści się komuś innemu. A jak to dotyka nas, pytamy, dlaczego ja. Zdarza się, że dzieci umierają na nowotwór, a my pytamy, dlaczego nasz rodzic zachorował na tę chorobę. Otóż z tego samego powodu.

Może to właśnie religia przyczyniła się do tej niechęci do pokory swoimi nakazami typu: „Zły grzeszniku, kajaj się, posyp sobie głowę popiołem”. Bo religijnie pokora wiąże się przecież z uznaniem grzechów, a więc w pewnym sensie z myśleniem, że jestem jakaś gorsza i należy mi się kara. Z drugiej jednak strony – stoi za nią przekonanie, że źródłem wszystkiego jest Bóg i że wszyscy jesteśmy przed nim równi. Widzę w tym pewne niebezpieczeństwo – ślepa ufność pokładana w Bogu łatwo może się zmienić w myśl, że ja nic nie mogę, będzie tylko tak, jak Bóg zechce. Tymczasem do własnych poczynań lepiej Boga nie mieszać, bo to my za nie odpowiadamy.

W Polsce wszyscy czują się spadkobiercami tradycji szlacheckiej, a przecież przytłaczająca większość społeczeństwa to byli chłopi. Cóż, nie bardzo sobie radzimy z poczuciem własnej ważności i wartości. Dlatego potrzebujemy podpórki w postaci – często wymyślonego – szlacheckiego pochodzenia. I dlatego też myślimy, że jak przychodzi nam się na coś godzić, to znaczy, że ktoś nas wziął pod but. Podejrzewamy, że kryje się za tym rodzaj poniżenia, wykorzystywania.

Pokora przynosi ulgę, o czym najczęściej nie wiemy. Jej sedno oddaje modlitwa o pogodę ducha, do której często się odwołuję

„Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”.

Jeśli przyswoimy tę treść, przestajemy się szamotać. Bo mamy świadomość swoich ogromnych możliwości, ale też ograniczeń. Nawet jeśli mam wielkie zasoby, nie mogę wszystkiego. Jeśli jestem pokorna naprawdę, potrafię sobie wybaczać. Nieustanne żale i pretensje do siebie i innych oznaczają, że nasza pokora jest tylko deklarowana. Swojej pokory nauczyłam się powoli, pomogły mi spotkania z różniącymi się ode mnie  ludźmi, którzy byli zadowoleni z siebie, robiąc rzeczy może nie najważniejsze dla wszystkich, ale takie, które chcieli i lubili. To był przykład samoakceptacji. Często przykro patrzeć, jak ktoś nieustannie stara się być kimś innym, lepszym od siebie samego.

Na czym polega pokora wobec życia? Podam jeszcze przykład dotyczący związków, a konkretnie mojego partnera Edka, z którym jestem najdłużej, bo ponad 30 lat, choć z przerwami. Jestem na tyle dorosła, żeby wiedzieć, że jeden mężczyzna to każdy mężczyzna, a jedna kobieta to każda kobieta. Mówiąc jaśniej, wiem, że nie mogę sobie powybierać fajnych cech i potem znaleźć mężczyzny, który je wszystkie będzie miał. Dostaję partnera, jaki jest. Niektóre rzeczy w nim uwielbiam, innych nie znoszę, jeszcze inne toleruję. Tych pierwszych jest na tyle dużo, że pozostałe mają mniejsze znaczenie. Biorę pełen zestaw, to jest też pokora. My się z Edziem coraz bardziej lubimy, coraz bardziej się siebie uczymy znosić. Dajemy sobie prawo do tego, że czasem każde z nas jest nie do wytrzymania. Moją pokorą jest zgoda na niego, a jego pokorą jest zgoda na mnie. Wiem, że on mnie nie idealizuje, ale też nie odrzuca, gdy bywam niefajna albo gdy się zdarzy, że nie spełnię jego oczekiwań i marzeń. Człowiek pokorny wie, że nie ma doskonałości, nie da się żyć idealnie. Fajnie jest się rozwijać, ale nie ma co przed sobą udawać, że droga rozwoju prowadzi do doskonałości. Oszukiwanie się, że możemy być doskonali, jest niebezpieczne, prowadzi nas choćby do perfekcjonizmu, który unieszczęśliwi nas i naszych bliskich. Stąd tylko krok do stawiania siebie ponad innych. Człowiek pokorny nie ma potrzeby wywyższania się. Nie musi się porównywać, wie, że jeden jest lepszy w tym, drugi w czymś innym. Pokora jest oparciem, miejscem regeneracji.

Fragment książki „Życie od A do Z”, w której Katarzyna Miller po raz kolejny dzieli się z czytelnikami swoim terapeutycznym doświadczeniem. Autorka nie ucieka przed trudnymi tematami ani przed podpowiadaniem konkretnych rozwiązań, ale też zachęca do autorefleksji. Nie brakuje tu jej dosadnego poczucia humoru, ciepła, a przede wszystkim – szczerości, dzielenia się bardzo osobistymi historiami. Książka powstała dzięki rozmowom z Dariuszem Janiszewskim, redaktorem „Zwierciadła”.