1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jaki żywioł tobą rządzi? Sprawdź!

Jaki żywioł tobą rządzi? Sprawdź!

Metoda Oberhammer dzieli ludzi na cztery biotypy, które odpowiadają czterem żywiołom i czterem starożytnym opisom temperamentu. (fot. iStock)
Metoda Oberhammer dzieli ludzi na cztery biotypy, które odpowiadają czterem żywiołom i czterem starożytnym opisom temperamentu. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Metoda Oberhammer dzieli ludzi na cztery biotypy, które odpowiadają czterem żywiołom i czterem starożytnym opisom temperamentu. Zdaniem jej autorki życie w zgodzie ze swoim biotypem to gwarancja zdrowia i harmonii.

Dla Włochów nie ma większego sacrum niż smaczny, sycący posiłek, przyszykowany zgodnie z recepturą mammy i spożyty w wesołym towarzystwie. Bez dobrego wina pitego z rodziną i przyjaciółmi, regularnych wypraw do restauracji, mocnej kawy kilka razy na dobę, a już bezwzględnie rano - nie wyobrażają sobie oni egzystencji. I choć dieta śródziemnomorska uchodzi za jedną z najzdrowszych na świecie, a niespieszny styl życia i umiejętność celebrowania chwil pomagają uniknąć wielu chorób cywilizacyjnych, to Włosi, jak każdy naród na świecie, też borykają się z rozmaitymi dolegliwościami. Przywiązani do tradycji, niechętnie decydują się jednak na prozdrowotne rozwiązania, które świecą triumfy w innych europejskich krajach.

Nie dla nich drakońskie diety, rezygnacja z przyjemności, czy internetowe guru, które zagonią ich do picia wody z kurkumą i rozpoczynania dnia od morderczego treningu crossfit. Nic dziwnego, że rozkochali się w Simonie Oberhammer, ekspertce od holistycznego jedzenia, która reklamuje swoją metodę takimi oto słowami: "Jeśli dbanie o zdrowie miałoby oznaczać rezygnację z kolacji z przyjaciółmi albo delektowania się pysznymi lodami w słoneczny dzień, byłoby nie do zniesienia. Metoda Oberhammer to coś dla tych, którzy chcą cieszyć się codziennością!".

Cztery żywioły - cztery biotypy

Program Simony Oberhammer bazuje na nauce starożytnych - ku zachwytowi Włochów, bo miłość do historii jest tu bardzo żywa. Naturopatka inspiruje się odkryciami Hipokratesa, uważanego za ojca medycyny, który nie tylko wierzył w uzdrawiającą moc natury, ale także jako pierwszy opierał założenia patologii na istnieniu czterech podstawowych typów ludzkiego organizmu. Jego teorię rozwinął później Galen, słynny lekarz rzymskich cesarzy, w tym Marka Aureliusza. Wyodrębnił on cztery podstawowe typy temperamentu, które związane są z zaburzeniem równowagi ze względu na płyny występujące w organizmie: sangwinika, w którego organizmie odnotowuje się przewagę krwi; choleryka, u którego elementem dominującym jest żółć; flegmatyka wypełnionego śluzem i melancholika, znajdującego się pod wpływem czarnej żółci. Obaj medycy podkreślali, że pacjenci różnią się od siebie, nie mogą więc oczekiwać tych samych rozwiązań i jednakowego traktowania. Podobnego zdania jest Oberhammer, chętnie cytująca słowa Hipokratesa: "Ważniejsze jest dowiedzieć się, jaki rodzaj osoby cierpi na daną chorobę, niż na jaki rodzaj choroby cierpi dana osoba".

Neuropatka dzieli ludzi na cztery biotypy - terminem tym posługuje się w odniesieniu do grupy ludzi, których łączy podobna budowa ciała, skłonność do gromadzenia tych samych toksyn w organizmie i podatność na zbliżone dolegliwości. Określenie własnego biotypu pozwala ustalić odpowiednie metody oczyszczenia organizmu, wybrać najlepszy sposób żywienia (Simona nie cierpi słowa "dieta") i wyselekcjonować naturalne ziołowe specyfiki wzmacniające. Swoją typologię opiera na czterech żywiołach, które stanowią rodzaj metafory określającej wygląd fizyczny, stosunek do jedzenia, sposób, w jaki reagujemy na stres, oraz determinują szkodliwe substancje odkładające się w ciele.

Aby zdefiniować biotyp, wystarczy rozwiązać prosty test, którego pytania odnoszą się do budowy sylwetki (np. gdzie najszybciej odkłada nam się tłuszcz), temperamentu i zasobów energetycznych (np. ulubionych pór dnia i sposobów spędzania wolnego czasu) oraz problemów zdrowotnych. Ja na przykład odkryłam, ze jestem typową "panią wodą". Moja sylwetka podobna jest do klepsydry, często walczę z opuchnięciami związanymi z nadmiernym gromadzeniem płynów. Mam dosyć wolny metabolizm, bardzo niskie ciśnienie, a poranne zwleczenie się z łóżka jest dla mnie koszmarem. Co ciekawe, propozycje Simony Oberhammer, mające poprawić moje samopoczucie i ustabilizować wagę, okazały się bardzo zbliżone do tych, które otrzymałam niedawno od dietetyka. Oczywiście nie sposób rozpoznać się w danym biotypie w 100 procentach - pewne kwestie pozostają indywidualne i mogą różnić się od typologicznego, a więc uproszczonego opisu. Najważniejsze jest jednak określenie biotypu dominującego.

Wyrzuć śmieci i baw się dobrze

Po odkryciu, który z czterech żywiołów jest naszym zdrowotnym przewodnikiem i symbolem, możemy przejść do wcielania w życie prostych rozwiązań proponowanych przez Oberhammer. Pierwszym z nich jest zadbanie o oczyszczenie organizmu. Se non pulisci, non guarisci (wł. "jeśli się nie oczyścisz, nie wyzdrowiejesz") - podkreśla, porównując detoksykację do wynoszenia śmieci, które jest koniecznym elementem dbania o higienę w mieszkaniu i trzeba to robić skrupulatnie oraz regularnie. Każdemu biotypowi przypisany jest inny sposób na pozbycie się śmieci krążących w organizmie. W wypadku biotypu "powietrze" odnosimy się głównie do gazów; u pani i pana wody - płynów. Biotyp ziemia cierpi na zanieczyszczenia odkładające się w formie stałej (np. cysty, kamienie), zaś ogień - przez procesy zapalne. Detoksykacja według Simony Oberhammer bazuje na smacznej zupie warzywnej spożywanej trzy razy tygodniowo na dwie do czterech godzin przed pójściem spać i uzupełnionej, jak na Włochy przystało, dobrą kolacją zgodną z upodobaniami, może jedynie ciut lżejszą od tradycyjnej. Rano bezwzględnie należy wypić wodę z cytryną oraz ziołową herbatkę zgodną z własnym biotypem, po której nie trzeba odmawiać sobie aromatycznego espresso czy łagodniejszego cappuccino ani nawet tradycyjnego włoskiego śniadania w postaci słodkich bułeczek i rogalików. Warto jedynie dodać do nich świeży owoc, który najlepiej zjeść jako pierwszy.

Poza oczyszczeniem organizmu trzeba delikatnie zmodyfikować sposób odżywiania, uwzględniając, co zrozumiałe, własne preferencje. Warto także przyjrzeć się aktywności fizycznej, na którą się zdecydujemy (zawsze z umiarem i koniecznie z przyjemnością!). Jeśli dodamy do tego sugerowane przez Oberhammer dbanie o relacje z najbliższymi, zapewnianie sobie drobnych, codziennych radości oraz jak najczęstszy kontakt z przyrodą - wkroczymy na ścieżkę naturalnego uzdrowienia (guarigione naturale). Tak właśnie określa swoją metodę naturopatka. Całkiem sporo w niej elementów dolce vita - przyznacie.

Sprawdź, jaki jest twój biotyp?

Biotyp  i dominujący hormon: Powietrze (kortyzol-hormon stresu)

Budowa ciała: szczupła lub chuda - wąskie biodra i klatka piersiowa, często wystający brzuch

Usposobienie: ruchliwy, gadatliwy, nie cierpi rutyny, hiperaktywny

Toksyny: gazy

Choroby i dolegliwości: sucha skóra i włosy, często odczuwa zimno, choroby psychosomatyczne, niedobory witamin

 

Biotyp i dominujący hormon: Woda (hormon antydiuretyczny)

Budowa ciała: z tendencją do zatrzymywania wody; szerokie biodra, wyraźnie zaznaczone krągłości

Usposobienie: uczuciowy, skupiony na emocjach, romantyczny, kocha sztukę i piękno w każdej postaci, z tendencją do lenistwa

Toksyny: płyny

Choroby i dolegliwości: opuchnięcia, obrzęki i wzdęcia, choroby nerek, pęcherza i układu moczowego, choroby żył, meteropatia, wolny metabolizm i niedoczynność tarczycy

 

Biotyp i dominujący hormon: Ziemia (somatotropina - hormon wzrostu)

Budowa ciała: potężna, muskularna; silne nogi, duże i mocne dłonie, wyraźnie zaznaczone mięśnie

Usposobienie: konkretny, rozsądny, racjonalny, jowialny, wesoły, towarzyszki, świetny organizator

Toksyny: cysty, kamienie, złogi

Choroby i dolegliwości: nadwaga, choroby układu oddechowego, choroby wątroby, wysoki poziom cholesterolu i trójglicerydów, trądzik

 

Biotyp i dominujący hormon: Ogień (adrenalina)

Budowa ciała: atletyczna, wyprostowane plecy

Usposobienie: wybuchowy, energiczny, uwielbia produktywność, nienawidzi bezczynności, niecierpliwy

Toksyny: stany zapalne

Choroby i dolegliwości: nadmierna potliwość, zapalenia (żołądka, skóry, prostaty itp.), refluks, nadkwasota, podwyższone ćwiczenie, nieumiejętność opanowania gniewu

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Lęk przed porażką - pokonaj go w 20 krokach

Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Praca z lękiem pozwala go skutecznie oswoić. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Lęk przed porażką potrafi być dokuczliwy. Zdarza się, że uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że można go oswoić.

Hans Morschitzky, austriacki psycholog i psychoterapeuta, opracował program 20 kroków, które pomogą ci zdobyć umiejętności lepszego obchodzenia się ze strachem przed niepowodzeniem. Zwróć uwagę na te, które w szczególności ciebie dotyczą. Jeśli w którymś punkcie zobaczysz głębszy problem, z którym nie jesteś w stanie się zmierzyć, zastanów się, czy nie potrzebujesz pomocy specjalisty. Uświadomienie sobie tego, to już jest coś. Program ten może sprawić, że spojrzysz na swoje problemy z innego punktu widzenia.

Krok 1 - Nie myśl i nie mów „muszę”, myśl i mów „chcę”

W ten sposób zwiększysz swoją motywację do działania. Motywuj się atrakcyjnymi celami. Łatwiej osiągniesz sukces, kierując się wewnętrznymi potrzebami. Gdy motywacja do dokonania czegoś wypływa z nas samych, rozczarowania i niepowodzenia nie są w stanie odciągnąć nas od wyznaczonego celu. Jesteśmy silniejsi.

Krok 2 - Lęk przed porażką zamień na nadzieję na sukces

Zaprogramuj się na sukces. Jest różnica w nastawieniu się na uniknięcie porażki a na dążeniu do sukcesu. Nie myśl jednak o nim ciągle, skup się na bieżących zadaniach. W ten sposób w swojej podświadomości skrócisz drogę do zwycięstwa.

Krok 3 - Stawiaj sobie realistyczne cele

Do sukcesu dochodź stopniowo. Wyznaczaj sobie małe odcinki do pokonania. Planując sobie cele nierzeczywiste, tylko prowokujesz porażkę.

Krok 4 - Formułuj pozytywne cele

Mów to, co chcesz, a nie to czego nie chcesz. Jeśli mówisz sobie: „Nie chcę myśleć o różowym słoniu”, widzisz ich całe stado. W naszej głowie powstają obrazy, które działają na nasze ciało. Ograniczaj słowo „nie”. Nie myśl: „Żebym się tylko nie zdenerwowała”, raczej „Będę spokojna”.

Krok 5  - Wizualizuj swój sukces

Nie ma w tym żadnej magii, to trening mentalny. Jeśli będziesz wyobrażała sobie, że zdasz egzamin, myśli te skłonią cię do uczenia się. Katastroficzne wizje tylko paraliżują.

Krok 6 - Żyj tu i teraz

Nie marnuj chwili. Skoncentruj się na tym, co aktualnie robisz. Nie myśl o kilku rzeczach jednocześnie. Zrezygnuj zwłaszcza z negatywnych myśli o przeszłości i przyszłości.

Krok 7  - Skoncentruj się na zadaniu i na sobie

Zastanów się, co cię rozprasza i wyeliminuj ten czynnik. Może inni ludzie, może nadmiar zadań. Ważniejsze jest to, co wewnętrzne, niż to co zewnętrzne. Bądź sobą, nie stój „obok siebie”, bo wtedy tracisz „lekkość istnienia”. Pozwól, żeby twoje działania cię pochłonęły. Takie stany „przepływu” sprawiają, że nasze myśli i uczucia stanowią jedność i popychają nas do skutecznego działania. Jesteśmy efektywni.

Krok 8- Działaj w sposób celowy

Zaplanuj sobie konkretne czynności, stwórz program działań. Wystrzegaj się pustych deklaracji i nieskoordynowanych ruchów. Rozpoczynaj od tego, co cię najbardziej inspiruje i sprawia przyjemność. Nagradzaj się za wykonane zadania.

Krok 9 - Pamiętaj o swoich sukcesach, nie porażkach

Rozpamiętywanie tych ostatnich do niczego dobrego cię nie doprowadzi, a na pewno nie do zwycięstwa. Wyświetlaj sobie wewnętrzny film o swoich osiągnięciach. Zastanawiaj się, dlaczego tak świetnie sobie wtedy poradziłaś, przywołaj smak sukcesu. Włączaj tą kasetę, gdy skrada się lęk przed porażką.

Krok 10 - Przyjmij, że możesz popełnić błąd

Na błędach można się uczyć. Staraj się je traktować z humorem. Błędy i porażki można potraktować jak stopnie, po których się wspinasz. Wykaż tolerancję na lęk przed niepowodzeniem. Oswój go, a nie będzie taki groźny. Energię lęku można wykorzystać do sensownych przemian. Wtedy przestaje paraliżować i można się skupić na celach.

Krok 11 - Umocnij swoje poczucie własnej wartości

To jest klucz do każdego sukcesu. Miej wiarę w swoje umiejętności. Zaprzyjaźnij się ze sobą. Zaknebluj wewnętrznego krytyka. Gdy tego nie zrobisz, będziesz podatna na krytykę otoczenia. Naucz się doceniać samego siebie. Może pewnych rzeczy nie potrafisz robić, nie we wszystkim jesteś dobra, ale każdy nosi w sobie możliwości rozwoju. Co potrafisz robić dobrze, jakie umiejętności posiadasz, co stanowi o wartości twojej osoby?

Krok 12 - Działaj zamiast narzekać

Bądź aktywna, kształtuj swoje życie. Ważne jest, jak traktujesz codzienne zadania. Czy wierzysz, że masz nad nimi kontrolę? Pamiętaj, że zawsze masz wybór. Można zostać ale można też odejść. Nie podporządkowuj się zbiegom okoliczności, nie chowaj się za rolą ofiary. Jeżeli myślisz, że życie byłoby piękne, gdyby nie okoliczności, zmień takie myślenie, bo ono do niczego nie doprowadzi. Zacznij zmieniać najpierw to, co niezbędne. Rozwiń w sobie odwagę, by zacząć od nowa.

Krok 13 -Dodawaj sobie otuchy

Prowadź ze sobą pozytywny wewnętrzny dialog, zachęcaj samego siebie. Nie dołuj się, nie besztaj. Rozmawiaj ze sobą w taki sposób, w jaki chciałbyś żeby inni ludzie z tobą rozmawiali. Prowadź ze sobą rozmowy miłe i budujące. Potraktuj siebie jako najważniejszego partnera do rozmów. Dialogi wewnętrzne dają sprawność umysłową.

Krok 14 - Zmierz się ze swoim lękiem

Nie uciekaj przed tym, co cię obciąża. Wyobraź sobie, co by było, gdyby stało się to najgorsze. Zastanów się, na ile jest to prawdopodobne. Przeanalizuj jak „tu i teraz” można uniknąć katastrofy, zminimalizować ryzyko. Spróbuj racjonalizować lęk. Gdy nadal cię paraliżuje, poddaj mu się. Twoja akceptacja odbierze lękowi całą władzę, ponieważ przestaniesz się już go bać. Skup się na chwilowych odczuciach, symptomach strachu, a zobaczysz że słabną. Od konfrontacji przejdź do komunikacji. Porozmawiaj z lękiem. Podziękuj mu, że doprowadził cię do tego punktu i zakomunikuj, że już nie odciągnie cię od zamierzonych celów.

Krok 15 - Dbaj o szczerość

Bądź autentyczna, spontaniczna. Nie graj przed sobą i innymi nieprawdziwej roli. To odbiera siły.

Krok 16 - Zachowaj właściwe proporcje między pracą a odpoczynkiem.

Tylko w ten sposób będziesz wydajna. Nieprzerwana praca wyniszcza. Wypracuj sobie rytm życia i dokonywania czegoś, który jest dla ciebie dobry. Oscyluj regularnie między napięciem a odprężeniem.

Krok 17 - Naucz się odprężać fizycznie

Wybierz coś dla siebie z technik relaksacyjnych. Skutkiem takich ćwiczeń powinna być umiejętność pozbywania się napięcia, eliminowania czynników wywołujących stres. Jeśli jesteś odprężona, lęk nie ma do ciebie łatwego dostępu.

Krok 18 - Zrezygnuj z nadmiernych aspiracji

Unikaj przerostu ambicji i ustawiania poprzeczki za wysoko. W przeciwnym razie dopadnie cię syndrom wypalenia zawodowego.

Krok 19 - Kieruj się zdrowym egoizmem

Nie staraj się być odpowiedzialna za wszystkich i za wszystko. Pomagaj innym ludziom, ale pamiętaj, że to oni sami odpowiadają za swoje postępowanie. Zatroszcz się o swoje własne zadania.

Krok 20 - Popracuj nad umiejętnościami społecznymi

Umiejętność autoprezentacji i asertywność to ważne cechy. Naucz się umiejętnie eksponować swoje kompetencje. Nie sprzedawaj siebie poniżej swojej wartości.

 

  1. Psychologia

Najlepsze rada to... autorada

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy jesteśmy ekspertami! Jeśli chodzi o wychowanie cudzych dzieci, postępowanie z mężem i kłopoty z teściową – doradzamy jak z nut. A czy sami radzi rad słuchamy?

Dobra rada zawsze w cenie? Bynajmniej. Któż z nas nie udzielił choć raz światłej wskazówki, która – jak najbardziej racjonalna – trafiła kulą w płot? Albo sam nie otrzymał porady, która zamiast pomóc jedynie zirytowała? Dlaczego tak się dzieje?

Bo rada to skomplikowane zjawisko. Jest pięknym darem – ale dla siebie. Nie od każdego chcemy ją przyjąć. Nie zawsze umiemy się przed nią bronić. Porad chętnie słuchamy, jeszcze chętniej ich udzielamy, a ciąg dalszy następuje... tak jak miał nastąpić.

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. Jaka szkoda! To jedna z większych przyjemności! Dlatego... poniżej kilka bardzo dobrych rad o poradnictwie dnia codziennego.

Rad udzielamy, bo...

Zwykle jesteśmy samozwańczymi specjalistami w trzech kwestiach: wychowania dzieci, prowadzenia domu i postępowania z ludźmi. Na tym zna się prawie każdy, niemal wszystkich bardzo to interesuje i większość chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Nie jest to złe, bo nawet jedna z bardzo prostych metod terapeutycznych dotyczących rozwiązywania problemów polega właśnie na wyjściu ze swojej roli. Pacjent zamienia się w doradcę – prosi się go, żeby powiedział, co doradziłby obcej osobie w takiej samej sytuacji, w jakiej on się znajduje. Bo w teorii, wszyscy wiemy, co robić. Tyle że rady w kwestii dzieci, partnera, rodziny czy miłości rzadko skutkują, bo nikt nie skorzysta z racjonalnych argumentów tam, gdzie rządzą uczucia.

Po co więc radzimy ludziom? Chciałoby się odpowiedzieć, że chcemy im pomóc, ale to nieprawda. Jak większość rzeczy w życiu, robimy to dla siebie:

  • Uważamy, że skoro przeżyliśmy coś na własnej skórze, wiemy o problemie wszystko.
  • Lubimy się popisywać zdrowym rozsądkiem, pragmatyzmem i racjonalnym myśleniem.
  • Poprawiamy sobie samopoczucie. Postrzegamy siebie jako empatyczne i życzliwe osoby. Udzielanie rad jest znacznie łatwiejsze niż udzielanie pomocy. A jaką daje przyjemność!
  • Próbujemy pokazać, jak wspaniale radzimy sobie z życiem: „Ja bym sobie nie pozwolił na takie traktowanie”. „Od razu bym jej powiedziała, że…”. I tak pod pozorem udzielania rady, kreujemy własny mit.
To podświadomy lub czasem świadomy wstęp do naruszenia dobrych relacji, bo kiedy udzielamy komuś rady, wydaje się nam, że mamy prawo zapytać, czy z niej skorzystał, a jeśli nie – poczuć się tym urażeni. „Jak to? To ja ci poświęciłem tyle mojego czasu i uwagi, a ty zrobiłeś po swojemu? Już nigdy nic ci nie będę radzić, skoro wcale mnie nie słuchasz”.

Kompensuje własne porażki: „Ja bym takiemu głupiemu szefowi od razu powiedział… Szybko zrobiłbym z tym porządek”. To typowe rady osób, które słabo radzą sobie z rozwiązywaniem problemów i chcą pofantazjować, jak by to było, gdyby…

Kogo (ewentualnie) słuchamy?

Specjalisty. Rada terapeuty, chociaż merytorycznie identyczna jak rada sąsiadki czy koleżanki z portalu internetowego, ma zdecydowanie większą moc oddziaływania. Z jednej strony działa tu magia autorytetu – potwierdzonego dyplomem! Z drugiej – fakt, że profesjonalista nigdy nie ocenia. Jego rady nie mają zabarwienia emocjonalnego („Jak to? To ty nie umiesz zrobić takiej prostej rzeczy?!”). On niczemu się nie dziwi i na tym również polega jego wielka siła oddziaływania. Ponadto zamiast wypowiadać mentorskie opinie, zadaje pytania, za pomocą których zmusza pacjenta do autorefleksji: „Jak zamierza pani sobie z tym poradzić? Jakie działania chce pan podjąć?”. Terapeuta wie, że człowiek nie skorzysta z żadnej rady, nawet najrozsądniejszej, jeśli będzie niezgodna z tym, co pacjent sam chce zrobić, na co ma gotowość i rezerwy psychiczne. Wreszcie – terapeuta nie ma pretensji, że jego rady nie zostały wdrożone w życie. Zapyta tylko „dlaczego”, ale nie obrazi się na pacjenta. To sprawia, że tak naprawdę potrzebujemy rad od osób, które uznajemy za kompetentne.

A co oprócz dyplomu terapeuty czy psychologa czyni ludzi bardziej kompetentnymi? Odniesiony sukces! Znani twórcy, artyści, biznesmeni są wciąż proszeni o to, żeby zdradzili, jakimi czarodziejskimi metodami udało im się zrobić tak wielką karierę. Człowiek sukcesu, gdy udziela rady, ma podobną pozycję do licencjonowanego terapeuty. Jego wskazówek słuchamy z nabożnym zainteresowaniem i zdajemy się nie zauważać, że są one zawsze takie same i koncentrują się wokół słów „pracowitość” i „upór”. Ludzie sukcesu udzielają czasem także rad w dziedzinach bardzo odległych od obszaru ich działania. Porady gwiazd dotyczące tego, jak gotować, jak się ubierać... są traktowane bardzo serio. Bo z radami jest jak ze wszystkim w życiu: ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, kto to mówi.

Rad nie chcemy?

Osobny temat to rady, których ktoś ci udziela, choć wcale go o to nie prosisz. Tych nigdy się nie uniknie. I nieważne, czy zrobi to osoba ci bliska czy zupełnie obca. Zawsze znajdzie się taka, która znienacka cię nimi draśnie i wytrąci z równowagi. Lecz to jest tak, że im bardziej czyjaś rada cię ubodła, tym bardziej warto jej się przyjrzeć.

Jeśli poczułeś się czymś urażony, dotknięty lub obrażony, to znaczy, że bardzo niepewnie czujesz się w poruszonym temacie. Coś jest na rzeczy. Twoje poczucie wartości zostało nadszarpnięte? Można to wykorzystać jako bodziec do wzmocnienia swojej pozycji ojca, matki, pracownika… Bo jeśli będziesz pewny siebie, to żadna rada, nawet najbardziej złośliwa, np. „masz takie krótkie nogi, że odradzałabym ci ten fason spodni” – cię nie urazi.

Jak postępować z cudzymi radami?

  • Traktuj nawet te nachalne jako swoistą ciekawostkę: „Nigdy o tym nie pomyślałem. To interesujące”.
  • Postaraj się nie odbierać ich jako ataku na siebie. Często ktoś mówi coś w dobrej wierze, po prostu po to, żeby nawiązać z tobą kontakt.
  • Zadawaj pytania, jakbyś był tym co słyszysz bardzo zainteresowany. „Naprawdę? I pani tak to robi?”.
  • Pochwal „doradzacza”. Zrobisz dobry uczynek. Powiedz: „Dziękuję, że mi to poradziłeś”, i nie dodawaj, że z rady nie skorzystasz.
  • Podziękuj – na przykład obcej osobie na ulicy, która mówi ci, jak uciszyć dziecko. „Dziękuję bardzo, przemyślę to”. Poprawisz sobie humor, bo nie wytrąciła cię z równowagi.
  • Nie reaguj agresją, bo to bardzo wyczerpuje emocjonalnie. Nie mów: „Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób”, Niech pani się nie wtrąca, to nie pani sprawa.
  • Nie generalizuj, nie wyciągaj pochopnych wniosków: „Mówisz mi, jak mam się zwracać do własnego dziecka?! Uważasz, że jestem złą mamą?”.
  • Nie daj się sprowokować i wciągnąć w konflikt. Nie komentuj: „To idiotyczne, co mówisz”.

Dobrze mówisz, ale ja...

Ktoś otwarcie prosi o radę. Co robić? Nastawić się na odbiór. Zwykle rzadko chodzi rzeczywiście o podanie konkretnej wskazówki. To raczej prośba o wysłuchanie, o zainteresowanie problemem. Samej rady najlepiej nie udzielać, bo często bywa narzędziem... manipulacji.

Amerykański psychiatra Eric Berne, autor kultowej książki „W co grają ludzie”, wiele miejsca poświęca w niej radom. W grze o nazwie „Dlaczego ty nie – tak, ale...” gracz opowiada ci o swoim problemie, który może dotyczyć np. uciążliwego sąsiada. Ty słuchasz i jako osoba empatyczna, wrażliwa rozumiesz, na jakie przykrości jest narażony. Zwyczajnie, po ludzku chcesz mu pomóc. W dobrej wierze udzielasz więc rady: „Może zgłoś to na policję?”. Wtedy słyszysz argument, że twoja rada jest nietrafiona, np. „To wykluczone, jego brat pracuje na posterunku”. Jak większość ludzi nie poddajesz się jednak od razu i szukasz innego sposobu: „W takim razie…”.

Wytrawnymi graczami w „Dlaczego ty nie – tak, ale...” są osoby, które chciałyby zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pytają szczupłych, jak oni to robią i… zbijają wszystkie ich wskazówki.

Cokolwiek zaproponujesz takiej osobie, twojej radzie zostanie przeciwstawiony argument nie do odparcia. Jeśli w porę się nie zorientujesz, będziesz z uporem szukać rozwiązania problemu, którego ten ktoś wcale nie chce rozwiązać. On tylko pragnie ci udowodnić, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Na tym właśnie polega wypłata gracza (nagroda emocjonalna).

Rada idealna…

…to taka, z której ktoś konstruktywnie skorzysta. Musi być dostosowana do wieku, aktualnych emocji, możliwości psychicznych i trafiać w głęboko ukryte motywy osoby, której jej się udziela. Bo tylko ona ma pełen ogląd sytuacji i to ona sama musi sobie w większości przypadków (zwłaszcza w kwestii relacji) odpowiedzieć na pytanie: „co robić?”.

Ogranicz więc swoją rolę do aktywnego słuchania i zadawania pytań typu: „I co zamierzasz zrobić? Jak się do tego zabierzesz?”. W ten sposób naprowadzasz „potrzebującego” na właściwy trop, na rozwiązanie, jakie najbardziej mu pasuje i jest możliwe do realizacji.

Bo tajemnica rady idealnej tkwi w tym, że może nią być tylko autorada.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…

  1. Psychologia

Ważne chwile samotności - nie bój się ich

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęć
Wiele osób boi się samotności. Zagłusza ją na różne sposoby. Czego się boimy? Tego, co usłyszymy w ciszy? Własnych myśli i uczuć? Tymczasem chwile samotności są każdemu z nas niezwykle potrzebne. Jak je dobrze wykorzystać?

Bywa tak, że nie chcemy być sami, bo nie umiemy o siebie zadbać, zaakceptować siebie w pełni takim jacy jesteśmy. Świat zewnętrzny i inni ludzie są nam potrzebni, abyśmy czuli się spełnieni i bezpieczni, bo cenimy siebie tylko wówczas, gdy inni nas potrzebują.

Jesteś sama? Posłuchaj siebie

Jesteś sama. W domu panuje cisza. Jest pusto. Nie ma do kogo otworzyć ust, nikt nic od ciebie nie chce. Zostałaś sama ze sobą. Czujesz się nieswojo? Wyłącz radio, telewizor, odłóż komórkę. Usłysz ciszę. Wyjrzyj przez okno. Co widzisz? Stare drzewo na podwórku? Ptaka wzbijającego się w niebo? Przechodniów na ulicy? Skup się na tym, obserwuj. Potem usiądź wygodnie. Poczuj ciężar swojego ciała, poczuj podłogę pod stopami. Koncentruj się na odczuciach w ciele, pozwól by umysł się uspokoił.
Wiele odczuć i emocji gubimy w codziennym zgiełku, zagłuszając je i oddalając się od siebie.
Dopuść do głosu uczucia. Najpierw pojawią się pewnie te trudniejsze. Tęsknota? Lęk? Żal? Gniew? Pozwól sobie na przeżycie tego, co się w tobie pojawia. Bądź w kontakcie ze sobą, dopóki nie pojawi się ulga i spokój. W takim stanie ducha zaczniesz jaśniej myśleć, więcej widzieć, lepiej słyszeć. Jeśli przez dłuższy czas nie pozwalałaś sobie na kontakt ze sobą, może się okazać, że idziesz z życiem na zbyt daleko posunięty kompromis.

To właśnie w chwilach samotności, kiedy jesteśmy sam na sam ze swoimi myślami, możemy doświadczyć siebie na głębszym poziomie. Nawet krótkie momenty odosobnienia przeżyte świadomie wzmacniają nas i pozwalają zrozumieć, kim teraz jesteśmy i czego aktualnie potrzebujemy.

  1. Psychologia

- Nigdy nie jest za późno, by odbić się od dna - twierdzi mniszka buddyjska Pema Chödrön

- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
- Sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami - twierdzi Pema Chödrön. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Nie umiemy sobie radzić z trudnymi doświadczeniami. Szukamy rozwiązań i strategii, by były mniej bolesne lub w ogóle nam się nie zdarzały. Tylko czy tak się da? Mniszka buddyjska Pema Chödrön przekonuje, że zanim zaczniemy uciekać od cierpienia, lepiej sprawdzić, co ma nam ono do zaoferowania. Najgorszy moment w jej życiu – odejście męża – okazał się bowiem najlepszym.

Ponoć życie jest po to, żeby żyć. Tyle że nie wszystko, co jest do przeżycia, nam się podoba. Chcielibyśmy wybierać nasze doświadczenia: zależy nam na poczuciu bezpieczeństwa, sprawczości. A tu nagle przychodzi cierpienie. I co wtedy? Można stawiać opór, zrobić unik, oddalić się na chwilę od tego, co boli – rozpraszając uwagę, zmieniając stan świadomości... Ale tak naprawdę nie ma dokąd uciekać. Przecież nie uciekniesz przed samym sobą! Trudne doświadczenia konfrontują z trudnymi częściami nas samych. Może lepiej więc zostać, dowiedzieć się, o co tak naprawdę chodzi? Spotkać się ze sobą i z życiem. Notabene – według tych, co się przebudzili – między jednym a drugim nie ma oddzielenia...

Wielcy i mali

Pema Chödrön (wym. Cziedryn) jest buddyjską mniszką, ale dobrze zna też życie w zachodniej cywilizacji, w związku partnerskim. Jest Amerykanką. Była żoną. Jej cierpienie zaczęło się wczesną wiosną... „Stałam właśnie przed naszym pięknym domem i popijałam herbatę” – wspomina. „Słyszałam, jak podjechał samochód i trzasnęły drzwi. Mój mąż wyłonił się zza domu i bez żadnych wstępów oznajmił, że związał się z kimś innym i chce się ze mną rozwieść. Pamiętam niebo, było ogromne. Pamiętam szum rzeki i parę unoszącą się nad filiżanką. Nie istniał czas, przestałam myśleć, nie było niczego – tylko światło i głęboka, nieruchoma cisza. Nagle się ocknęłam, podniosłam kamień i rzuciłam w męża”. To właśnie po tym doświadczeniu przyszło zainteresowanie buddyzmem. Pema Chödrön nie ma wątpliwości, że zwróciła się w tę stronę za sprawą męża i złości na niego. Straciła poczucie bezpieczeństwa, chciała je za wszelką cenę odbudować... „Na szczęście nigdy mi się to nie udało” – stwierdza. „Instynktownie czułam, że unicestwienie mojej dawnej osobowości – kurczowo czegoś lub kogoś uczepionej, zależnej – to jedyna droga”.

Dziś uważa, że były mąż ocalił jej życie. Że sens naszych poczynań rozpoznajemy dopiero wtedy, gdy tracimy grunt pod nogami. „Możemy wykorzystać tę sytuację na dwa sposoby: żeby się przebudzić albo żeby zapaść w głęboki sen”. Ona wybrała pierwszą opcję, a na jej ścianie zawisła wtedy karteczka ze słowami: „Jedynie ulegając zniszczeniu, możemy znaleźć to, co w nas niezniszczalne”. Czy to nawoływanie do cierpiętnictwa, masochizmu? Raczej do realizmu. Do odstąpienia od pomysłu, któremu wielu z nas uparcie hołduje: że można oddzielić przyjemność od bólu, uniknąć tego drugiego. „Cierpienie to grunt, na którym rozwija się zrozumienie dla innych” – tłumaczy Chödrön. „Można się więc cieszyć zarówno radosną inspiracją, jak i nieszczęściem. Możemy być wielcy i zarazem mali”.

Zgoda na wszystko

W książce „Nigdy nie jest za późno. Jak czerpać siłę z przeciwności losu” Pema Chödrön sporo miejsca poświęca lękowi. Bo czy to nie jego boimy się najbardziej? Ileż energii wkładamy w to, żeby go zdusić, oddalić, nie czuć. Kontrola, perfekcjonizm, racjonalizacja, złość, rozrywki, używki, a nawet szukanie relaksu to sposoby, żeby pokonać strach, udawać, że go nie ma. A gdyby tak po prostu spotkać się z nim? „Lęk jest powszechnym doświadczeniem, doznają go nawet najmniejsze istoty” – pisze Chödrön. I podaje przykład morskich stworzonek, które można znaleźć na brzegu po odpływie i które kurczą się instynktownie pod dotknięciem ludzkich palców. Według niej lęk jest naturalną reakcją człowieka, gdy zbliża się do prawdy. Cóż, prawda bywa bardzo niebezpieczna. „Jeśli jednak mimo poczucia zagrożenia postanowimy pozostać dokładnie tu, gdzie jesteśmy, nasze doświadczenie stanie się bardziej żywe” – zapewnia. „Bo wszystkie doznania stają się bardzo intensywne, kiedy nie ma dokąd uciec”.

Lęk konfrontuje nas z czymś, co wyparliśmy, wyrzuciliśmy (a raczej próbowaliśmy wyrzucić) z naszego życia. W tym sensie jest wielkim darem – szansą na odzyskanie ważnej części siebie. Nie oznacza to, oczywiście, że oswajając go rozwiążemy nasze problemy. „To raczej metoda prowadząca do całkowitej zmiany starych nawyków patrzenia, słuchania, wąchania, smakowania i myślenia” – tłumaczy Chödrön. Jej podejście jest dość radykalne: problemów nie da się ostatecznie rozwiązać. „Raz jest dobrze, chwilę później nasz świat się rozpada. Potem znów jest dobrze, i znów wszystko się wali. Uzdrowienie płynie ze zgody na taki stan rzeczy – ze zgody na upływ czasu, na cierpienie, ale także na poczucie ulgi, na radość i na żal”. Nie możemy przewidzieć, jaką jakość będzie miało kolejne doświadczenie – czy da nam przyjemność, satysfakcję, czy wręcz przeciwnie. Czy jesteś gotów na tę niewiedzę? Godzisz się na nią?

Poczuj tętno życia

Zdaniem Pemy Chödrön najlepszym nauczycielem jest obecna chwila. Daje ona możliwość wchodzenia w kolejne doświadczenia, obserwowania w nich siebie. Co się dzieje? Jak reaguję? Gdzie utknąłem? Chödrön sugeruje, że uważność prowadzi nas do uczucia jedności z tym, czego doświadczamy. Do przekroczenia oddzielenia. „Wiara w trwałe i oddzielne JA, ciągłe poszukiwanie przyjemności i unikanie bólu, obarczanie innych odpowiedzialnością za nasze cierpienie – z wszystkiego tego musimy całkowicie zrezygnować” – przekonuje. „Musimy porzucić nadzieję, że w ten sposób uzyskamy zadowolenie. Cierpienie zmniejsza się dopiero wtedy, gdy podajemy w wątpliwość to, że w ogóle istnieje miejsce, w którym moglibyśmy się ukryć”.

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak by to było żyć bez nadziei na tzw. lepsze czasy? Przerażające, prawda? A może jednak wyzwalające? Wciąż przecież próbujesz nad czymś zapanować – sprawić, by życie toczyło się po twojemu. A rezultat? „Chwytamy się nadziei, a ta okrada nas z chwili obecnej” – zauważa Chödrön. I proponuje, żebyśmy przyznali się przed sobą, że czasem (może właśnie teraz?) czujemy się jak łajno. „Tak przejawia się współczucie” – zapewnia. „Tak przejawia się odwaga. Trzeba powąchać to łajno, dotknąć je, zbadać jego strukturę, barwę i kształt”. Prawdopodobnie poczujesz się w tym bezbronny, całkiem odsłonięty. Według Pemy Chödrön to niezwykle ważne miejsce – możesz odczuwać w nim bezpośrednio tętno życia.

Być może wciąż tęsknisz za idealnym światem, ale czy naprawdę chciałbyś w takim żyć? Z punktu widzenia oświeconej istoty to przecież śmierć! „Pędzimy przez życie zaabsorbowani szukaniem coraz piękniejszych widoków, coraz doskonalszych brzmień czy bardziej wzniosłego stanu umysłu, nieświadomi, że wystarczy zatrzymać się w środku tego chaosu i rozejrzeć wokół” – podkreśla Chödrön. „Ujrzymy wtedy, że stoimy w centrum świętej mandali. Wijemy się jak robaczek przybity szpilką do środka tarczy, nie zdając sobie sprawy z tego, że choć jesteśmy w kropce, to trafiliśmy w dziesiątkę”.

Zostaw lukę

Czy, będąc w kropce, znajdziemy otwartość, by w niej choć chwilę pozostać, przestać się szarpać? Oto pytanie. Oto wyzwanie! Jak to zrobić? Pozostań uważny – prosi Chödrön – i powstrzymaj się od nawykowych reakcji. Mniszka nazywa to rezygnacją z chęci bezzwłocznego zapełniania przestrzeni tylko dlatego, że pojawiła się w niej luka. Załóżmy, że odczuwasz pragnienie. Albo smutek lub opuszczenie. Reagujesz natychmiast, idziesz za tym, coś z tym robisz, zmieniasz. Ale między chwilą, w której pojawia się dane uczucie, a działaniem, jakie w związku z nim podejmujesz, jest coś, przez co się prześlizgujesz, przeskakujesz. Czego nie chcesz doświadczyć. „U podstaw naszego zwyczajnego życia, gadaniny, wszystkich działań i myśli tkwi fundamentalny brak poczucia oparcia” – mówi Chödrön. „Doświadczamy go jako niepokoju i nerwowości. Odczuwamy go jako lęk. Ten brak oparcia jest przyczyną pożądania, agresji, niewiedzy, zazdrości i dumy – mimo usiłowań nigdy jednak nie docieramy do jego istoty”.

Kiedy dostrzegamy nasze uniki wobec rzeczywistości, kiedy powstrzymujemy nawykowe, impulsywne reakcje, możemy poznać naturę lęku. Zadomowić się w poczuciu bezbronności. Jeśli będziemy ratować się przed nim ucieczką, rozpraszać uwagę, nigdy się nie odprężymy – ostrzega mniszka. Powstrzymywanie się przed reakcją oznacza dla niej zaprzyjaźnianie się ze sobą na najgłębszym możliwym poziomie. Wchodzenie w kontakt z tym, co przejawia się jako niepokój, kontrola, manipulacja, podczas gdy wewnątrz jest czymś bardzo miękkim i delikatnym.

Być może dobrym wprowadzeniem do takiego kontaktu będzie medytacja, łącząca uważność i praktykę powstrzymywania się. Uświadom sobie ruchy, jakie wykonuje twoje ciało, kiedy jest mu niewygodnie. Prawdopodobnie pod wpływem fizycznego dyskomfortu wykonujesz szereg poruszeń, żeby poczuć się lepiej. A gdyby tak zostać przez moment w tym uczuciu niewygody, poeksplorować je trochę? Niczego nie zmieniać? Ale też nie krytykować swoich impulsów. Po prostu być świadomym tego, jakie działania chcesz podjąć – albo podejmujesz – w takich sytuacjach.

Uważność pomaga zobaczyć pewne rzeczy, emocje u źródeł – w chwili, gdy powstają. Powstrzymanie się przed odruchowymi działaniami daje efekt stopklatki – pozwala wniknąć w istotę sprawy i uniknąć reakcji łańcuchowych czy rozrośnięcia się problemu. To może być bardzo transformujące doświadczenie.