1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Myl się, poprawiaj i idź dalej

Myl się, poprawiaj i idź dalej

Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Błąd to dobra wiadomość. Przyjmując błędy z otwartym sercem, porzucamy sztywne ramy i poddajemy się zmiennemu strumieniowi życia: wystawiamy się na niepewność, podejmujemy ryzyko, uczymy się, wzrastamy wewnętrznie. A przez to stajemy się ożywieni i twórczy. Świętować błędy, nie tylko sukcesy? Właśnie tak.

Artykuł archiwalny. 

Było to wiele lat temu. Umówiłam się na wywiad ze znaną śpiewaczką Olgą Szwajgier. Spotkałyśmy się, rozmawiamy, w końcu pytam, jak to mam w zwyczaju: „jakie odkrycie, jaki wgląd sprawił, że pani życie odmieniło się na lepsze?”. A artystka na to bez zastanowienia: „Cieszę się z błędów. Gdy coś zepsuję, mówię sobie natychmiast: jaki piękny błąd”.

Kilka lat temu przyjechał do Polski Joseph Standing Eagle, nauczyciel mądrości plemienia Anasazi, jeden z bohaterów świetnej książki „Dawna mądrość na nowe czasy” Geseko von Lüpkego. Opowiadał o naukach, które jako pięcioletni chłopiec odbierał od swojej babci Indianki: – Siedzieliśmy pod wieczornym niebem, patrzyliśmy w gwiazdy, a babcia mówiła, że sztuka życia polega na witaniu wszystkiego, co się wydarza, z otwartym sercem. Wszystkiego. Oto cała filozofia.

Stojący Orzeł jeździł po świecie i dzielił się tą babciną mądrością z nami, ludźmi Zachodu. I miał problem. Z niemałymi oporami przenikała do naszej świadomości ta prosta idea, ponieważ zostaliśmy wychowani zgoła inaczej: jak ognia unikaj błędów, dąż do perfekcji!

Wielu autorów zajmujących się psychologicznymi i duchowymi konsekwencjami unikania błędów zwraca uwagę na to, że cierpimy przez własne ambicje. Od dziecka jesteśmy poddawani ocenom: zdolna, niezdolna, dobry, zły, zaliczone, niezaliczone, w porządku, nie w porządku. Uwewnętrzniamy te przekazy. Jako dorośli oceniamy w ten sposób samych siebie. Chcemy być najlepsi, doskonali pod każdym względem. Jeśli nie jesteśmy doskonali, bo popełniamy błędy, to znaczy, że jesteśmy do niczego. Bycie doskonałym, w paradygmacie naszej kultury, niesie same korzyści: jest się ambitnym, atrakcyjnym, dostaje się dobre oceny, dobrą pracę, osiąga się sukcesy, jest się docenianym. Ale czy na pewno? Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. W końcu orientujemy się, że pilnie potrzebujemy pomocy.

 

Nie można zatrzymać życia

Na oko 50-latka Eva-Maria Zurhorst, autorka bestsellera „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz”, energiczna, z ogniem w oczach, niemal tańczy, opowiadając o błędach, trudnościach i kryzysach w swoim małżeństwie. Mąż Wolfram wodzi za nią namiętnym wzrokiem, dowcipnie puentując jej opowieści. Cóż za młoda para! – myślimy my, uczestnicy konferencji „Life coaching – relacje w równowadze”. Eva-Maria i Wolfram są w Polsce po raz pierwszy. Następnego dnia po konferencji prowadzą warsztat dla par. Są razem od ponad 20 lat. Przeżyli wszystko, czego w związku najbardziej się boimy i czego sobie nie życzymy: wybuchy gniewu, niechęci, nienawiści, trzaskanie drzwiami, wojny z powodu niezakręconej tubki pasty do zębów i okruchów na stole, rozstania, życie w trójkącie, z tą trzecią, i z tym trzecim. A teraz mówią jednym głosem: – Kochaj swoje błędy. Kochaj niepowodzenia, wewnętrzne rozterki i załamania. Kochaj ten czas, gdy mówisz sobie: „nie wiem, co dalej”. Ten moment, kiedy kapitulujemy, przyznajemy się, że błądzimy, może być punktem zwrotnym w relacji, początkiem nowej jakości w związku.

– Wszyscy nam radzili, żebyśmy się rozstali – mówili Zurhorstowie na konferencji. – Rodzice, przyjaciele: „jesteście tacy różni, inne zainteresowania, przyjaciele, środowisko”.

Eva-Maria poszła do wróżki, ta postawiła horoskop i machnęła ręką: „niech pani to zostawi!”.

Eva-Maria: – Nikt nas nie uczy, jak przyjmować trudności. Bajki i filmy o miłości kończą się w głupim miejscu: „i żyli długo i szczęśliwie”. Gdy kończy się sen, a zaczyna codzienność, kto sprzątnie dom, kto zatroszczy się o ubezpieczenie na życie, dochodzimy do wniosku, że „to był błąd”. Myślimy: „jestem przecież taki namiętny”, „jestem atrakcyjna”, przydałby się kochanek, mam ochotę na romans. Błędy popełniane w relacji wynikają z lęku przed bliskością. Kobiety, żeby nie czuć lęku, dużo mówią, mężczyźni z tego samego powodu wycofują się.

Wolfram: – Najważniejsze pytanie brzmi: Co JA mam wspólnego z tym kryzysem, rozczarowaniem, poczuciem, że błądzę, straciłem kierunek?

Ratunkiem dla ich związku okazał się romans, trzecia osoba w relacji.

Eva-Maria: – Kochanka męża żyje w sposób, w jaki ty chciałabyś żyć -  usłyszałam od osoby, której ufam. Aż mnie zatkało. Ja? Niemożliwe. Ale zaczęłam zadawać sobie pytania. Czy ona pozwala sobie na coś, na co ja sobie nie pozwalam? Czy jest wolna od czegoś, co krępuje mnie? Ta kobieta była żywa, seksowna, wibrowała energią. W jaki sposób ja mogę stać się żywa? Mogłam odejść. Ale wtedy nie poznałabym siebie. „Ta trzecia” pokazała mi moje pragnienia i tęsknoty.

Napisała swoją książkę dla tych z nas, którzy w związkach miłosnych popełniają mnóstwo błędów. „Nie potrzebujesz »tego jedynego« właściwego partnera, lecz całkowitej otwartości na to, co jest”. „To obojętne, kogo poślubisz. I tak spotkasz w nim samego siebie” – tak pisze w „Kochaj siebie...”. I dlatego,  zgodnie z jej doświadczeniem, możemy spokojnie zostać z tym mężczyzną, z tą kobietą, z którymi jesteśmy. Rozstanie rzadko polepsza sytuację; najczęściej prowadzi jedynie do odsunięcia własnego problemu.

Potrzeba odwagi, siły woli, zrozumienia, cierpliwości, praktyki każdego dnia, gdy w związku pojawia się „znowu ten piękny błąd”; wycofanie, pretensje, roszczenia, dąsy, obwinianie siebie nawzajem, kurczowe przywiązanie („bez ciebie umrę!”), oczekiwanie, że partner wypełni swoimi zaletami moje deficyty. Dobra wiadomość jest taka: aby w związku pojawiła się prawdziwa bliskość, nie musimy nic robić. Potrzebujemy tylko płynącej z serca życzliwości, gotowości do współczującej i uczciwej samoobserwacji, do bycia w kontakcie ze wszystkimi uczuciami bez oceniania siebie.

Eva-Maria, patrząc na siebie sprzed lat, mówi, że z nadludzką siłą starała się zatrzymać życie albo łaskawie domagała się czegoś innego niż to, czym życie właśnie ją obdarowało. Żyła w przeróżnych zakątkach ziemi, przeprowadzała się 20 razy, wielokrotnie zmieniała zawód i partnerów tylko po to, żeby z pokorą opanować tę ważną lekcję: obojętnie, gdzie jestem, z kim tam jestem i co robię – doświadczenia, które zdobywam, zawsze zależą od mojego spojrzenia na życie. Przeżywamy własny film. Możemy zmieniać scenerię i aktorów, ale emocjonalny klimat i sposób konfrontowania się z życiem pozostają takie same.

Nie zatrzymywać życia? Ale jak to zrobić?

 

Informacja z wewnątrz nas

Ucz się na błędach. Łatwo powiedzieć. Magdalena Mazurkiewicz, psychoterapeutka, trenerka uważności, mówi, że wyjście z pułapki błędów to proces, który wymaga treningu. Na początku nie jest łatwo, ponieważ możemy nie być świadomi, że popełniliśmy błąd, więc o skutki obwiniamy świat i ludzi. Możemy utknąć w tym miejscu, w kółko powtarzać te same błędy, nie przeczuwając nawet, w jaki sposób wpływają na nasze życie.

Magda: – To jest powszechne, wszyscy to znamy. Na przykład za błędy naszych piłkarzy odpowiedzialna jest zła pogoda, zły trener, niesprzyjający sędzia, niechętna publiczność.

Pierwszy krok to zobaczyć, że sami sobie to robimy – na tym właśnie polega uważność, bycie świadomym. Kłopot w tym, że w momencie, gdy uświadamiamy sobie błąd, co prawda przestajemy obwiniać innych, ale teraz obwiniamy siebie; skoro się potknęłam, to znaczy, że jestem głupia i beznadziejna. Tak zaczyna się depresja. Myśli pełne pretensji wzmagają złość na siebie, rośnie napięcie, które wylewa się na innych.

Magda: – Kolejny krok to popatrzeć na siebie z łagodnością i współczuciem, ale nie w sensie użalania się nad sobą. Potrzebujemy dla siebie takiej czułości, wyrozumiałości, ciepła i troski, jakie mamy dla dziecka, które się przewróciło. Z punktu widzenia uważności jesteśmy dobrzy z natury, mamy w sobie głęboką inteligencję i kreatywność. To, że popełniliśmy błąd, ma dla nas sens, to jest informacja z wewnątrz nas. Taka samoświadomość sprawia, że możemy docenić to, co mamy, co już osiągnęliśmy, i docenić błędy.

Przechodziła ten proces wiele razy. Przez osiem lat żyła w związku z mężczyzną, zanim uznała, że to błąd. Żyli w osobnych światach, skupieni na własnych potrzebach. Wspólna przestrzeń to były podróże, wypady do znajomych. Nie było bliskości, intymności, rozmów o sobie, co się z nami dzieje, wzajemnego zrozumienia, wsparcia. Zaczęły się kłótnie i nieporozumienia. Zna poczucie winy, biczowanie siebie: „zmarnowałam osiem lat, prawdziwy dramat”. Wiedziała już jednak, że to, czego doświadczyła w tym związku, ma sens, służy czemuś dobremu. Zatrzymała się: Czego chcę? Czego potrzebuję? O co mi chodzi?

Magda: – Uważność przygotowała mnie na nowy związek, świadomy i bliski. Jestem wciąż zadziwiona, jak to działa.

Dziesięć lat pracowała w reklamie. Marzyła, by awansować, być dyrektorem zarządzającym, ale przez dwa lata to się nie udawało. Gdy wreszcie dostała propozycję awansu z innej firmy, czuła się wymęczona i wypalona. Mimo to przyjęła tę propozycję.

Magda: – To był błąd, wiele mnie kosztował. Zabrakło autorefleksji: „Czy w dalszym ciągu chcę tego awansu? Czy to dla mnie dobre?”.

Żyła w stresie i w lęku. Ostatkiem sił wstawała rano z łóżka, z niechęcią szła do pracy. W końcu dotarło do niej, że reklama, biznes to nie jest jej świat. Zamknęła ten etap życia. Doceniła wiedzę, którą zdobyła. Zaczęła studia psychologiczne. Wspólnie z przyjaciółką Julią Wahl założyły The Mind Institute, firmę, która organizuje treningi uważności.

 

Każda chwila jest nowym początkiem

– Popełniałam błąd za błędem, wychowując syna – mówi Katarzyna Ramirez-Cyzio, wykładowczyni w szkole biznesu, prezeska Pracowni Satysfakcji. – Gdy odeszłam od męża, Marco miał trzy latka. Musieliśmy przetrwać, więc pracowałam po 16–18 godzin na dobę. W tym czasie mój synek radził dobie sam, klucze na szyi, obowiązki, które – myślę dzisiaj – przerastały dziecko. Pamiętam, wracałam późno, on starał się nie zasnąć, żeby mnie zobaczyć, rano wybiegałam z domu. Zabierałam go ze sobą do biura, odrabiał lekcje, siedząc pod stołem, gdy ja pracowałam. Nie odprowadzałam go do szkoły, nie chodziłam na wywiadówki. Miałam poczucie winy: zaniedbuję dziecko, jak tak można? Myślałam o sobie, że jestem złą matką.

Pracowała jako asystentka stomatologa, w domu pomocy społecznej, w urzędzie pracy, potem w fundacjach, była dyrektorem personalnym w firmach konsultingowych, ubezpieczeniowych, w bankach, pisała pracę magisterską, potem doktorską, dokształcała się: „całe życie pod napięciem, w pośpiechu, na pięć etatów, żeby się utrzymać”.

Pytała siebie, jak pogodzić pasje zawodowe, zarabianie pieniędzy z byciem dobrą mamą. Usłyszała takie zdanie od kobiety, która odeszła z pracy, żeby być dla dzieci: „dzieci mają matkę albo bogatą, albo szczęśliwą”.

Katarzyna: – Albo albo? Chciałam, żeby Marco widział mamę, która sobie radzi, jest wykształcona, aktywna, osiąga sukcesy. Ale co zrobić z poczuciem winy? Wymyśliłam coś, co okazało się dla nas bardzo dobre. „Synku – mówiłam – ja teraz pracuję. Ale gdy skończę, będę tylko dla ciebie”. Mieliśmy dla siebie niewiele czasu, za to najwyższej jakości. Wspólny obiad, czekolada w kawiarni, kino, spacer to były nasze święta. Pamiętam, pojechaliśmy na przedłużony majowy weekend do Włoch. Z dnia na dzień mówię: „jedziemy na pizzę do Wenecji”. Szukaliśmy tanich noclegów, włóczyliśmy się po renesansowych miastach. Takie chwile to moje perły w życiu. Często przywołuję je w pamięci. Dziś Marco jest 24-letnim mężczyzną, skończył psychologię. Gdy rozmawiamy o jego dzieciństwie, mówi, że dało mu siłę, nauczyło samodzielności, zaufania do swoich możliwości. Mamy dobrą, mocną więź.

A teraz w swojej pracy coacha często słyszy od zapracowanych mężczyzn: „Coś jest nie tak, coś nie gra. Robię jakiś błąd”. Okazuje się, że poczucie winy, ciągłe starania to nie tylko domena kobiet.

Mężczyźni menedżerowie pracują, żeby zapewnić rodzinie najlepsze życie; wybudować dom, kupić samochód, wysłać dzieci na wakacje, wykształcić je. Pyta, po co to robią. „żeby pokazać, że ich kocham, że są najważniejsi”. Pyta, kiedy ostatnio spędzali czas z bliskimi, kiedy mieli wolny weekend, urlop, czy znają imiona przyjaciół dzieci.

Rozmawiam o błędach ze znanym z łamów naszego pisma psychoterapeutą Benedyktem Peczko. Śmieje się: – O tak, na terapii bardzo często zajmujemy się „niewybaczalnymi błędami”. Na przykład mężczyzna wraca myślą do okresu młodzieńczej miłości. Fantazjuje, co by było, gdyby związał się z tamtą dziewczyną. Jak to byłoby wspaniale! Żyje fantasmagoriami, łudzi się, że niewiele brakowało, a jego życie wyglądałoby inaczej. Wybrał nie tę kobietę, którą należało wybrać, popełnił taki błąd! Potem fatalne studia, zmarnowane lata: „wszystko popsułem, pogrążyłem się”. Mamy tendencję do przypisywania sobie winy za każdą decyzję, którą podjęliśmy. Nie doceniamy zebranych doświadczeń, poznanych ludzi, spotkań, wiedzy, którą zdobyliśmy. Przetrwaliśmy, żyjemy. To jest nasze wyposażenie, na którym możemy się oprzeć. I iść dalej. Fantazje na temat tego, co by było gdyby, są tworami wirtualnymi, które w żaden sposób nas nie budują, tracimy czas.

Także Magda Mazurkiewicz zwraca uwagę na to, że za każdym razem, gdy rozpamiętujemy „totalne błędy”: „gdybym 20 lat temu nie wróciła ze Stanów, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej!”, wzmacniamy depresję. Błędy objęte uważnością zwracają nas ku przyszłości, poszerzają świadomość, uczą radzenia sobie z trudnymi sytuacjami i z trudnymi emocjami. Każda chwila jest nowym początkiem, zawsze – do końca życia – możemy zaczynać od nowa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dlaczego przejmujemy się tym, co myślą inni?

Własna samoocena nie powinna być uzależniona od oceny innych. (Fot. iStock)
Własna samoocena nie powinna być uzależniona od oceny innych. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Żyjemy w przeświadczeniu, że inni wciąż nas oceniają i nic innego nie robią, tylko o nas myślą. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie - myślą o nas wielokrotnie mniej niż sądzimy, bo… są głównie zajęci myśleniem o samych sobie.

Od kilku lat, prowadząc zajęcia z socjologii medycyny dla pielęgniarek, robię pewien eksperyment. Otóż proszę słuchaczki, by wyobraziły sobie następującą sytuację: postanawiasz zrezygnować z ciężkiej i słabo płatnej pracy w szpitalu. Po prostu masz już jej dosyć. Nie wiesz, co będziesz robić, bo nie masz ani oszczędności ani też pomysłu na swoją zawodową przyszłość. Wiesz jednak jedno - jutro do szpitala nie idziesz. Koniec z tą harówą. I kiedy podejmujesz takie postanowienie, zapraszasz pięć swoich najbliższych przyjaciółek na ciastko i kawę, żeby się podzielić z nimi twoim postanowieniem. Co usłyszysz od nich? Jeszcze się nie zdarzyło, by którakolwiek z uczestniczek zajęć odpowiedziała, że ze strony swoich najbliższych przyjaciółek otrzyma wsparcie. Słyszą za to, za każdym razem: „nie rób tego, nie dasz rady”, „z czego będziesz żyć?”, „lepsza ciężka i słabo płatna praca niż niewiadome”, „teraz przynajmniej masz pracę, a jak jej zabraknie, to trafisz pod most”, „nie tacy już byli i im się nie udawało”.

Ciekawe, prawda? Żadna z przyjaciółek nie udziela wsparcia, natomiast każda z nich odradza dokonywanie zmiany. Pytanie dlaczego tak się dzieje? Czy czynią to, bo są wredne i chcą naszej krzywdy? Nic bardziej mylnego: czynią to, by nas chronić. Znajomi odwodzą nas od pomysłu zmiany, ponieważ tak naprawdę projektują na nas swoje własne lęki. Sami się boją zmiany, boją się z nią zmierzyć i chcą w ten sposób nas od zmiany odwieść, by poradzić sobie z własnym strachem. Smutne jest to, że tak często poddajemy się takiemu pseudo wsparciu i tkwimy w tym samym miejscu od lat, lękając się wyzwolenia z kieratu. A ich własny lęk o przyszłość, a raczej lęk przed własnym wyobrażeniem przyszłości, wielokrotnie skutecznie blokuje nasz własny rozwój.

Zróbmy inny eksperyment. Przypomnij sobie teraz osobę z twojego życia (znajomego, członka rodziny, współpracownika itd.), który zachowuje się tak, jakby mu płacili za to, że cię rozboli brzuch. Kogoś, kto lubi dogadać, dokuczyć, wepchnąć szpilę, kto cieszy się zawsze, ilekroć ci się powinie noga. Masz kogoś takiego w swoim życiu? Przypomnij sobie wszystko, co o tej osobie wiesz. O jej życiu prywatnym, zawodowym, upodobaniach. O tym jak się porusza, jak mówi i jak wygląda. Jeśli już to wszystko masz przed oczyma, to odpowiedz proszę szczerze i uczciwie na pytanie: „czy chciałbyś być taki jak ta osoba, czy chciałbyś nią być?” Zgaduję, że nie. Skoro tak, to odpowiedz na ostatnie już pytanie: „To po jasną cholerę przejmujesz się opinią osoby, którą nawet nie chciałbyś być?” Widzisz teraz do jakiego absurdu skłonni jesteśmy czasem sami siebie doprowadzić. Przejmujemy się tym, co inni o nas myślą, co powiedzą i to nawet w sytuacji, w której ci inni nie dorastają nam do pięt. Na to zjawisko zwrócił uwagę Colin Sisson, światowej sławy lider i trener rozwoju osobistego, nauczyciel, psycholog, pisarz i filozof: „Porównujemy się z innymi, ponieważ wątpimy w swoją wartość i potrzebujemy punktu odniesienia, aby sprawdzić jak nam idzie. Innymi słowy nie wierzymy, że możemy być całkowicie wartościowi bez aprobaty i akceptacji innych”.

Jarosław Gibas coach, trener. 

 

  1. Psychologia

Jak opanować emocje i uratować związek przed rozpadem?

</a> Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie
Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Jesteś może w związku, który na początku był doskonały, ale z czasem na jego powierzchni zaczęły pojawiać się rysy? Jeśli tak, to czytaj dalej – ten tekst przeznaczony jest właśnie dla osób, które nie kochają się już tak bardzo, jak wcześniej – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Wielu moich klientów znajduję obecnie w świecie korporacji, ale wcześniej sporo czasu poświęcałem pracy z parami. W tamtym właśnie okresie opracowałem podejście, które nazywam terapią ponownego połączenia, aby pomóc ludziom odzyskać wzajemną miłość i szacunek. Muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony jej skutecznością.

Terapię ponownego połączenia opracowałem głównie dla rozwodników, którzy chcieli dać sobie drugą szansę, co wymaga od terapeuty dużego nakładu pracy. Jeżeli twój związek jest jednak dość silny, ale jest w nim znacznie więcej irracjonalności, niż uważasz za wskazane, przedstawiam także wersję do samodzielnej realizacji, która pomoże ci naprostować sytuację.

Skuteczność tej metody wynika stąd, że nie tylko zachęca was do traktowania się nawzajem lepiej, ale także motywuje, żebyście stali się lepszymi ludźmi.

Przede wszystkim zademonstruję, jak wykorzystywałem to podejście zawodowo, a następnie nauczę cię stosować wersję „amatorską”.

– Dzień dobry – powiedziałem do słuchawki. – Mówi doktor Goulston, dzwonił pan do mnie. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Jack. Moja żona Suzie i ja już od dłuższego czasu mamy trudności w naszym związku – zaczął Jack. – Byliśmy u kilku terapeutów, a w końcu zdecydowaliśmy się na separację. Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że wcale nie chcę rozwodu, chciałbym spróbować jeszcze raz. Wiele osób mi mówiło, że może być pan w stanie nam pomóc. Suzie także zgodziła się wziąć udział w terapii.

Wyjaśniłem Jackowi, że moje podejście ma ściśle określoną strukturę, której przestrzegania wymagam bez żadnych odstępstw.

– Zanim zgodzę się z wami spotkać, muszę wiedzieć, że razem z Suzie zgadzacie się w stu procentach na to, jak będzie wyglądać pierwsze czterdzieści minut sesji – dodałem.

Jack i Suzie zgodzili się na moje warunki, zaplanowaliśmy więc sesję, podczas której dałem obojgu możliwość przedstawienia swoich zastrzeżeń wobec drugiej połówki. Z uznaniem przyznaję, że udało im się nie wpadać sobie w słowo – była to jedna z zasad, które ustaliłem. Zastosowali się także do mojej reguły, by wylewać z siebie frustrację przez część czasu, a przez resztę sugerować rozwiązania problemów.

Kiedy skończyli, spojrzeli na mnie pełni oczekiwania. W widoczny sposób zakładali, że nie mogę się doczekać omówienia ze szczegółami ich wzajemnych żalów.

I tu ich zaskoczyłem.

– Wszystko, co powiedzieliście do tej pory, od początku do końca, jest… nieistotne – oświadczyłem.

Od razu mogłem powiedzieć, że Jack i Suzie w końcu w jakiejś kwestii się zgodzili – oboje uważali, że mi odbiło.

Być może ty także tak uważasz. W końcu zacząłem od polecenia Jackowi i Suzie, by wymienili wszystkie problemy, które ich zdaniem ich rozdzielały – a potem skomentowałem, że obchodzą mnie one tyle, co zeszłoroczny śnieg. Mało kto oczekuje takiej odpowiedzi od psychiatry.

Ja jednak wiedziałem, co mówię. To nie ich czyny sprawiły, że związek stał się toksyczny, tylko ich osobowości.

– Powiem coś teraz i chciałbym, żebyście zdecydowali, czy się z tym zgadzacie, czy nie. Mogę zacząć? – popatrzyłem na nich uważnie.

– Yyyy, tak – odpowiedział Jack.

– Okej – dodała Suzie, która wydawała się jeszcze mniej przekonana do całego pomysłu.

Najpierw pokazałem im rysunek:

Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie

 

– Negatywne cechy osobowości w związku dzielą się na trzy kategorie, które przedstawiam jako trzy koncentryczne okręgi. Wewnętrzny okrąg to pamiętliwość. Uruchamia się ona, kiedy ktoś nas zdenerwuje lub sfrustruje. Każdy z nas ma tę cechę, miała ją nawet Matka Teresa. Jeżeli nie będziemy jej kontrolować, możemy stać się pamiętliwi w stu procentach. Właśnie tacy są ludzie zgorzkniali – są w stu procentach pamiętliwi. Znacie kogoś takiego?

Oboje skinęli głowami.

– Nie jest miło przebywać w ich towarzystwie, co?

Ponownie pokiwali głowami.

– Jeżeli pamiętliwość weźmie nad wami górę, przepływa do środkowego okręgu, który reprezentuje mściwość – kontynuowałem. – Kiedy tak się dzieje, koncentrujecie się na zemście na osobie, która, waszym zdaniem, was obraziła. Można to zrobić albo krzywdząc bezpośrednio tę osobę, albo siebie – na przykład pijąc na umór albo w niekontrolowany sposób wydając pieniądze. Jeżeli zaś żadne z was nie opanuje mściwości, wylewa się ona do zewnętrznego okręgu, czyli oziębienia. Na tym etapie patrzycie na siebie z wyrazem twarzy, który komunikuje: „Nie znam cię. Nie lubię cię. To koniec”. Czy rozumiecie, jakie ma to przełożenie na was związek? – zapytałem.

Potwierdzili z zamyślonym wyrazem twarzy. Przeszedłem więc do kolejnego etapu.

– Czy zgodzilibyście się ze mną, że w zasadzie każdy codziennie przeżywa różne denerwujące, rozczarowujące albo frustrujące doświadczenia?

Ponownie skinęli głowami.

– A czy zgodzilibyście się ze stwierdzeniem, że reakcje ludzi w  takich sytuacjach plasują się na skali? Na pozytywnym końcu są osoby, które nie lubią być w takiej sytuacji, ale przyjmą porażkę na klatę i nie dostaną z tego powodu szału, nie wyładowują się ani na innych, ani na sobie. Wykazują opanowanie pod presją. Podziwiamy je za to i chcemy być jak one. Prawda?

– Tak.

– Z kolei na negatywnym końcu skali są ludzie, którzy najmniejszą trudność czy przeszkodę traktują jak najgorszą katastrofę, wrzeszczą na innych lub bezlitośnie wyładowują się sami na sobie. To ludzie, których lubimy najmniej, nie chcemy przebywać w ich towarzystwie i nie chcemy być tacy jak oni. Dlaczego? Bo są dziecinni, a ich zachowanie wydaje się nam odpychające.

Pokiwali głowami.

– A oto, jak to się przekłada na wasz związek – zacząłem podsumowywać. – W kontekście waszej relacji zachowujecie się jak narkomani. Jesteście uzależnieni od reagowania na frustracje w sposób dziecinny i odpychający. Jesteście pamiętliwi. Mściwi. I właśnie dlatego doszło między wami do oziębienia, bo nie jesteście w stanie wytrzymać nawzajem swojego towarzystwa, więc się rozstaliście. Czy to w miarę jasne?

– Tak – odpowiedzieli.

Zrozumieli, na czym polega problem. Teraz musieli już tylko go rozwiązać – a ja wiedziałem, jak to zrobić.

– Od dziś chciałbym, żebyście byli dla siebie nawzajem sponsorami – powiedziałem.

Wyjaśniłem, że ich zadaniem na każdy dzień jest praca nad rozwojem odporności emocjonalnej i umiejętności radzenia sobie z irytacją, frustracją i rozczarowaniem bez wybuchania jak granat ręczny. Mieli ćwiczyć przyjmowanie przeciwności ze spokojem i dojrzalsze radzenie sobie z nimi. Przedstawiłem im strategie opanowania w obliczu trudności.

Potem przeszedłem do istoty tej metody.

– Chciałbym, żebyście zapisywali każdą sytuację, kiedy zatriumfujecie nad negatywnymi emocjami. Kiedy uda się wam nie wrzasnąć na jęczące podczas jazdy samochodem dzieciaki. Kiedy zachowacie spokój, gdy ktoś w pracy popełni głupi błąd, zamiast zmyć mu głowę. Albo kiedy będziecie bardzo cierpliwi w rozmowie z trudnym rodzicem. Na koniec każdego dnia podzielicie się tymi zwycięstwami ze sobą nawzajem. Dzielić się macie także porażkami – nie jesteście już dla siebie wrogami, tylko sponsorami.

Jack i Suzie zrobili, jak kazałem. Łatwo nie było, mieli lepsze i gorsze dni, ale w ciągu kolejnych paru miesięcy stało się coś niesamowitego – zamiast skarżyć się wzajemnie na swoje niedociągnięcia, zaczęli mi opowiadać, jak bardzo się nawzajem szanują. Zaczęli patrzeć na siebie z uśmiechem i dotykać się tak, jak dotykają się ludzie, którzy się kochają.

Rok później odnowili przysięgę małżeńską.

W początkowym okresie mojej pracy psychiatry wykorzystywałem to podejście w pracy z wieloma parami po rozwodzie lub w separacji, które chciały spróbować jeszcze raz. Oto, co stwierdziłem:

► Po 6 tygodniach wiele z nich stwierdziło, że ich związek jest lepszy niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 12 tygodniach wiele zauważyło, że są lepszymi ludźmi niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 18 tygodniach wiele z nich mówiło mi, że inni pytają, co takiego się zmieniło. W jednym przypadku moi podopieczni zachichotali i odpowiedzieli: „Postanowiliśmy dorosnąć”.

Dlaczego to podejście sprawdza się czasem tak dobrze? Ponieważ daje każdemu z partnerów cel, do którego można aspirować. Jeżeli ludzie podchodzą do związku jak do transakcji, skupiają się albo na tym, żeby ich było na wierzchu, albo na osiągnięciu kompromisu. W mojej metodzie jednak porzucają aspekt transakcyjny i stają się lepsi, niż którekolwiek z nich uważało za możliwe – stają się ludźmi, z których są dumni.

Co więcej, oboje pomagają sobie osiągnąć ten wyjątkowy cel. Dopingują się nawzajem. Klepią się po plecach i motywują, a w tym czasie, niezauważenie, zaczynają się na nowo kochać i szanować.

W związku, w którym dzieje się bardzo źle, cały proces może stanowić duże wyzwanie. Jeżeli więc twój związek przechodzi poważne problemy albo już jesteście rozwiedzeni bądź w separacji, powinniście zwrócić się o pomoc do profesjonalnego terapeuty. Jeżeli jednak darzycie się głęboką miłością, a wasza relacja jest zasadniczo silna, ale czujesz, że oboje osuwacie się w odmęty szaleństwa (albo już w nich tkwicie), możecie wykorzystać tę metodę samodzielnie. To uproszczone podejście nazywam zwykle żyli długo i szczęśliwie, bo to cel zupełnie możliwy do osiągnięcia, jeżeli tylko jesteś gotowy popracować, by go osiągnąć.

Kluczem do tej metody jest przyjęcie do wiadomości, że za problemy w związku odpowiedzialni jesteście oboje. Aby odnieść sukces, oboje musicie czuć skruchę za popełnione błędy, a nie tylko frustrację wobec siebie nawzajem. Jeżeli macie dzieci, musicie też przyjąć do wiadomości, że wasze złe zachowanie i egoizm szkodzą także im.

Jeżeli potrafisz się do tego przed sobą przyznać, a twój partner czy partnerka także jest w stanie przyjąć osobistą odpowiedzialność, to wypróbujcie moje podejście:

  1. Usiądź z partnerem i powiedz: „Chcę spróbować czegoś, co pozwoli jeszcze bardziej wzmocnić nasz związek. Myślę, że pomoże nam to wręcz stać się lepszymi ludźmi”.
  2. Opowiedz, w jaki sposób chcesz lepiej radzić sobie ze zdenerwowaniem, frustracją i rozczarowaniem tak, abyś nie stał się pamiętliwy lub mściwy i żeby wasza relacja nie oziębła.
  3. Zapytaj, czy twój partner jest skłonny być twoim sponsorem w tym procesie. Zapytaj także, czy możesz zostać jego sponsorem. Jeżeli się zgodzi, zobowiążcie się wobec siebie nawzajem, że będziecie starać się być lepszymi ludźmi.
Każdego dnia poświęćcie nieco czasu, by opowiedzieć sobie nawzajem o swoich triumfach i porażkach. W roli sponsora dawajcie sobie wsparcie moralne i chwalcie się za postępy.

Myślę, że zaskoczy cię, jak bardzo dojrzejesz na skutek tej metody, zarówno jako partner w związku, jak i jako człowiek. Założę się, że twoja druga połówka także dojrzeje. W głębi serca większość ludzi, którzy zachowują się niedojrzale, pragnie wznieść się ponad takie zachowanie i stać się lepszą wersją siebie. Dla chcącego nic trudnego.

A moja metoda na pewno nie jest trudna.

Przydatna wskazówka

Kiedy wraz z partnerem czy partnerką pomagacie sobie nawzajem stać się lepszą wersją siebie, przestajecie jednocześnie być gorszą wersją siebie.

Plan działania

  1. Wspólnie z partnerem przeanalizujcie swój związek. Czy wspieracie się nawzajem? Czy się szanujecie? Czy więcej czasu się razem śmiejecie, czy kłócicie? Czy cieszysz się na spotkanie z partnerem na koniec dnia, czy może coraz bardziej boisz się powrotu do domu? Jeżeli macie dzieci, jakich dobrych lub złych rzeczy uczą się z waszego związku?
  2. Jeżeli nie podobają ci się twoje odpowiedzi na te pytania, przyjmij odpowiedzialność za własne błędy w związku. Przyjmij też odpowiedzialność za ból, jaki sprawiły twojemu partnerowi i innym członkom rodziny.
  3. Zapytaj partnera, czy chciałby podjąć wspólnie z tobą wysiłek, abyście stali się bardziej racjonalnymi i lepszymi partnerami – a także ludźmi.

  1. Psychologia

Poczucie winy - jak nie zadręczać się bez przerwy popełnionymi błędami?

Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Nie wybaczę sobie tego! Nigdy! – powtarzamy poniewczasie. Kaliber przewin bywa różny – oszustwo, celowo wyrządzona krzywda, ale i niedopatrzenie, zaniedbanie, zlekceważenie… Gdyby dało się cofnąć czas… Jak żyć z takim ciężarem?

Ewka zdradziła – głupio, z przypadkowym facetem, po dwóch butelkach wina – miłość swojego życia, wieloletniego chłopaka. Nie umiała tego przed nim ukryć, on nie umiał o tym zapomnieć, poprosił, by się wyprowadziła. Odkąd to się stało, Ewa przestała jeść, nie może spać – wyrzuca sobie bez przerwy, że przez głupotę straciła szansę na szczęśliwe życie z najfajniejszym facetem na świecie. Nie potrafi sobie tego wybaczyć. Czuje, że zdradziła nie tylko jego, ale i siebie.

Karolina zawsze znajdowała wymówki, by nie pojechać do domu na weekend, choć mama ciągle ją zapraszała. „Nie mogę, właśnie kończymy ważny projekt” – mówiła przez telefon. Albo: „Mamo, z Warszawy to jest trzy godziny w jedną stronę, a ja muszę na poniedziałek zrobić raport”. Nie odbierała telefonów, bo nie chciała słuchać o zmartwieniach, do mamy dzwoniła, gdy czuła się samotna w wielkim mieście lub przeciwnie – gdy była bardzo szczęśliwa. Niedawno się zakochała i spędziła święta z ukochanym, w górach. Było cudownie. Gdyby wiedziała, że to będą ostatnie święta mamy…

Tyle pytań zostało bez odpowiedzi, tyle rzeczy odkładanych „na później”. Teraz znalazłaby czas i gadałaby z mamą godzinami, nawet codziennie, wysłuchując po raz kolejny znanych sobie opowieści. Żaden projekt nie wydaje się Karolinie teraz ważny, żaden raport nie jest już pilny. Nie może sobie wybaczyć, że traktowała mamę jako kogoś, kto będzie zawsze, jak tylko Karolina znajdzie czas…

Dlaczego tak trudno sobie wybaczyć?

„Najtrudniej wybacza się małe błędy ludziom posiadającym wielkie właściwości” – powiedziała baronesa Marie von Ebner-Eschenbach, austriacka autorka powieści psychologicznych. Wysoko postawiona sobie poprzeczka to często pasmo celów nie do osiągnięcia, wymagań nie do spełnienia. Ale czy na pewno jesteś istotą bez skazy? Niezdolną do błędów i pomyłek?

Jeśli zrobiłaś coś, co nie zgadza się z twoim wyobrażeniem o sobie samej, twój idealny obraz siebie jako osoby niezłomnej, szlachetnej i dobrej rozpada się na kawałki, a w najlepszym razie powstają na nim widoczne rysy. Myślisz o sobie, że jesteś dobrą córką – a tu proszę, nie okazałaś się dość przewidująca, wystarczająco opiekuńcza, na miarę rangi, jaką sobie przyznawałaś. Albo wierzyłaś, że jesteś lojalna w przyjaźni, że można na tobie polegać jak na Zawiszy – jednak stało się, zawiodłaś, zdradziłaś. Także swoje ideały i obraz samej siebie. To nie daje spokoju, budzi poczucie winy. Zaczynasz się oskarżać, a nawet karać.

Poczucie winy jest tak naprawdę informacją, że naruszyliśmy swój wewnętrzny system wartości.
Z mojego doświadczenia wynika, że to bardzo indywidualna sprawa – mówi trenerka rozwoju osobistego Lesława N. Jaworowska. – To, co dla jednego jest przekroczeniem zasad, dla drugiego już takie nie będzie. Wiele zależy od systemu wartości, jaki wynieśliśmy z domu. Złość na siebie i lęk przed konsekwencjami mogą być drogą do poznania siebie, do odzyskania kontaktu ze swoim potencjałem i do samoakceptacji.

Los bywa przewrotny

Psycholog, prof. Everett L. Worthington bada problematykę przebaczania od 1980 roku, napisał ponad dwieście artykułów i wydał kilka książek na ten temat. W 1996 roku los – przewrotnie – postawił go w dramatycznej sytuacji – została zamordowana jego matka i musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi dotychczasowymi teoriami dotyczącymi wybaczania.

– Wybaczyłem mu – odpowiedział dziennikarzowi, spytany o mordercę. Dlaczego? Bo, jak mówi, jest chrześcijaninem, ale też dlatego, że z racji swojego zajęcia był lepiej przygotowany do wybaczenia. Wcześniej, gdy opanowała go wściekłość, uzmysłowił sobie, że i on jest skłonny do posiadania silnych emocji, moralnej słabości – to wyzwoliło w nim empatię do mordercy swojej matki. Nie nastąpiło to jednak od razu, to był proces, droga, na początku której stał na stanowisku, że takiej przewiny nie można wybaczyć.

Worthington twierdzi, że wybaczenie jest decyzją. Racjonalnym, konstruktywnym myśleniem, zastąpieniem emocji negatywnych pozytywnymi. Pomocne w tym mogą być wspomnienia dawnych i obecnych cierpień, empatia ze sprawcą (zrozumienie, dlaczego to zrobił), przypomnienie sobie, kiedy sami chcieliśmy, by nam przebaczono, świadome altruistyczne wybaczenie, a następnie trwanie w nim.

Twierdzi też, że nie ma człowieka, który by nie zawiódł się na sobie i nie skrzywdził kogoś. On sam potępiał się wiele lat za to, że nie zapobiegł, jako bliska osoba i jako psycholog, samobójczej śmierci brata, który nie poradził sobie z przeżyciami po śmierci matki. Wyrzucał sobie też, że jako starszy brat dokuczał mu, gdy oboje dorastali. Żyje z poczuciem, że nie jest już możliwe naprawienie błędów przeszłości. Ale czy sobie wybaczył? Tak, bo twierdzi, że nie ma krzywd, których nie można wybaczyć. Także sobie samemu.

Okaż sobie szczyptę łaskawości

Nie da się przejść przez życie, nie wyrządzając innym – mniej lub bardziej świadomie – krzywdy i nie ponosząc porażek. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy – czas się z tym pogodzić.

Czas też przyjrzeć się swoim normom, standardom – czy nie są zbyt wyśrubowane? Czy są nasze, czy narzucone – przez wychowanie, szkołę, społeczeństwo? Racjonalne czy raczej trudne do osiągnięcia?

Może pora uznać, że nie jesteśmy tak dobrzy, jak byśmy chcieli się widzieć, i popracować nad zmianą, ale też zaakceptować, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco odpowiedzialni. Z naszymi słabościami i ułomnościami. Przy czym wybaczenie wcale nie zwalnia z odpowiedzialności.

Chrześcijaństwo mówi o zadośćuczynieniu grzechom i – jak przyznają psycholodzy – taka praktyka może rzeczywiście dużo zdziałać. Jeśli nie możesz zadośćuczynić osobom, które realnie skrzywdziłaś, zrób coś dobrego dla innych. Rozpamiętywanie, złość, żal – mają negatywny wpływ na ludzki organizm, osłabiają układ odpornościowy, podnoszą ciśnienie krwi, stwarzając warunki do rozwoju ciężkich chorób. I niczego pozytywnego do życia nie wnoszą, nie rozwijają nas. Uznanie siebie takim, jakim się jest, to wyraz największej miłości. I najważniejszej – do samych siebie.

  1. Psychologia

Najlepsze rada to... autorada

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Wszyscy jesteśmy ekspertami! Jeśli chodzi o wychowanie cudzych dzieci, postępowanie z mężem i kłopoty z teściową – doradzamy jak z nut. A czy sami radzi rad słuchamy?

Dobra rada zawsze w cenie? Bynajmniej. Któż z nas nie udzielił choć raz światłej wskazówki, która – jak najbardziej racjonalna – trafiła kulą w płot? Albo sam nie otrzymał porady, która zamiast pomóc jedynie zirytowała? Dlaczego tak się dzieje?

Bo rada to skomplikowane zjawisko. Jest pięknym darem – ale dla siebie. Nie od każdego chcemy ją przyjąć. Nie zawsze umiemy się przed nią bronić. Porad chętnie słuchamy, jeszcze chętniej ich udzielamy, a ciąg dalszy następuje... tak jak miał nastąpić.

Tajemnica dobrej rady tkwi w tym, że... najlepiej byłoby jej nie udzielać. Jaka szkoda! To jedna z większych przyjemności! Dlatego... poniżej kilka bardzo dobrych rad o poradnictwie dnia codziennego.

Rad udzielamy, bo...

Zwykle jesteśmy samozwańczymi specjalistami w trzech kwestiach: wychowania dzieci, prowadzenia domu i postępowania z ludźmi. Na tym zna się prawie każdy, niemal wszystkich bardzo to interesuje i większość chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami. Nie jest to złe, bo nawet jedna z bardzo prostych metod terapeutycznych dotyczących rozwiązywania problemów polega właśnie na wyjściu ze swojej roli. Pacjent zamienia się w doradcę – prosi się go, żeby powiedział, co doradziłby obcej osobie w takiej samej sytuacji, w jakiej on się znajduje. Bo w teorii, wszyscy wiemy, co robić. Tyle że rady w kwestii dzieci, partnera, rodziny czy miłości rzadko skutkują, bo nikt nie skorzysta z racjonalnych argumentów tam, gdzie rządzą uczucia.

Po co więc radzimy ludziom? Chciałoby się odpowiedzieć, że chcemy im pomóc, ale to nieprawda. Jak większość rzeczy w życiu, robimy to dla siebie:

  • Uważamy, że skoro przeżyliśmy coś na własnej skórze, wiemy o problemie wszystko.
  • Lubimy się popisywać zdrowym rozsądkiem, pragmatyzmem i racjonalnym myśleniem.
  • Poprawiamy sobie samopoczucie. Postrzegamy siebie jako empatyczne i życzliwe osoby. Udzielanie rad jest znacznie łatwiejsze niż udzielanie pomocy. A jaką daje przyjemność!
  • Próbujemy pokazać, jak wspaniale radzimy sobie z życiem: „Ja bym sobie nie pozwolił na takie traktowanie”. „Od razu bym jej powiedziała, że…”. I tak pod pozorem udzielania rady, kreujemy własny mit.
To podświadomy lub czasem świadomy wstęp do naruszenia dobrych relacji, bo kiedy udzielamy komuś rady, wydaje się nam, że mamy prawo zapytać, czy z niej skorzystał, a jeśli nie – poczuć się tym urażeni. „Jak to? To ja ci poświęciłem tyle mojego czasu i uwagi, a ty zrobiłeś po swojemu? Już nigdy nic ci nie będę radzić, skoro wcale mnie nie słuchasz”.

Kompensuje własne porażki: „Ja bym takiemu głupiemu szefowi od razu powiedział… Szybko zrobiłbym z tym porządek”. To typowe rady osób, które słabo radzą sobie z rozwiązywaniem problemów i chcą pofantazjować, jak by to było, gdyby…

Kogo (ewentualnie) słuchamy?

Specjalisty. Rada terapeuty, chociaż merytorycznie identyczna jak rada sąsiadki czy koleżanki z portalu internetowego, ma zdecydowanie większą moc oddziaływania. Z jednej strony działa tu magia autorytetu – potwierdzonego dyplomem! Z drugiej – fakt, że profesjonalista nigdy nie ocenia. Jego rady nie mają zabarwienia emocjonalnego („Jak to? To ty nie umiesz zrobić takiej prostej rzeczy?!”). On niczemu się nie dziwi i na tym również polega jego wielka siła oddziaływania. Ponadto zamiast wypowiadać mentorskie opinie, zadaje pytania, za pomocą których zmusza pacjenta do autorefleksji: „Jak zamierza pani sobie z tym poradzić? Jakie działania chce pan podjąć?”. Terapeuta wie, że człowiek nie skorzysta z żadnej rady, nawet najrozsądniejszej, jeśli będzie niezgodna z tym, co pacjent sam chce zrobić, na co ma gotowość i rezerwy psychiczne. Wreszcie – terapeuta nie ma pretensji, że jego rady nie zostały wdrożone w życie. Zapyta tylko „dlaczego”, ale nie obrazi się na pacjenta. To sprawia, że tak naprawdę potrzebujemy rad od osób, które uznajemy za kompetentne.

A co oprócz dyplomu terapeuty czy psychologa czyni ludzi bardziej kompetentnymi? Odniesiony sukces! Znani twórcy, artyści, biznesmeni są wciąż proszeni o to, żeby zdradzili, jakimi czarodziejskimi metodami udało im się zrobić tak wielką karierę. Człowiek sukcesu, gdy udziela rady, ma podobną pozycję do licencjonowanego terapeuty. Jego wskazówek słuchamy z nabożnym zainteresowaniem i zdajemy się nie zauważać, że są one zawsze takie same i koncentrują się wokół słów „pracowitość” i „upór”. Ludzie sukcesu udzielają czasem także rad w dziedzinach bardzo odległych od obszaru ich działania. Porady gwiazd dotyczące tego, jak gotować, jak się ubierać... są traktowane bardzo serio. Bo z radami jest jak ze wszystkim w życiu: ważniejsze od tego, co się mówi, jest to, kto to mówi.

Rad nie chcemy?

Osobny temat to rady, których ktoś ci udziela, choć wcale go o to nie prosisz. Tych nigdy się nie uniknie. I nieważne, czy zrobi to osoba ci bliska czy zupełnie obca. Zawsze znajdzie się taka, która znienacka cię nimi draśnie i wytrąci z równowagi. Lecz to jest tak, że im bardziej czyjaś rada cię ubodła, tym bardziej warto jej się przyjrzeć.

Jeśli poczułeś się czymś urażony, dotknięty lub obrażony, to znaczy, że bardzo niepewnie czujesz się w poruszonym temacie. Coś jest na rzeczy. Twoje poczucie wartości zostało nadszarpnięte? Można to wykorzystać jako bodziec do wzmocnienia swojej pozycji ojca, matki, pracownika… Bo jeśli będziesz pewny siebie, to żadna rada, nawet najbardziej złośliwa, np. „masz takie krótkie nogi, że odradzałabym ci ten fason spodni” – cię nie urazi.

Jak postępować z cudzymi radami?

  • Traktuj nawet te nachalne jako swoistą ciekawostkę: „Nigdy o tym nie pomyślałem. To interesujące”.
  • Postaraj się nie odbierać ich jako ataku na siebie. Często ktoś mówi coś w dobrej wierze, po prostu po to, żeby nawiązać z tobą kontakt.
  • Zadawaj pytania, jakbyś był tym co słyszysz bardzo zainteresowany. „Naprawdę? I pani tak to robi?”.
  • Pochwal „doradzacza”. Zrobisz dobry uczynek. Powiedz: „Dziękuję, że mi to poradziłeś”, i nie dodawaj, że z rady nie skorzystasz.
  • Podziękuj – na przykład obcej osobie na ulicy, która mówi ci, jak uciszyć dziecko. „Dziękuję bardzo, przemyślę to”. Poprawisz sobie humor, bo nie wytrąciła cię z równowagi.
  • Nie reaguj agresją, bo to bardzo wyczerpuje emocjonalnie. Nie mów: „Jak jesteś taki mądry, to sam to zrób”, Niech pani się nie wtrąca, to nie pani sprawa.
  • Nie generalizuj, nie wyciągaj pochopnych wniosków: „Mówisz mi, jak mam się zwracać do własnego dziecka?! Uważasz, że jestem złą mamą?”.
  • Nie daj się sprowokować i wciągnąć w konflikt. Nie komentuj: „To idiotyczne, co mówisz”.

Dobrze mówisz, ale ja...

Ktoś otwarcie prosi o radę. Co robić? Nastawić się na odbiór. Zwykle rzadko chodzi rzeczywiście o podanie konkretnej wskazówki. To raczej prośba o wysłuchanie, o zainteresowanie problemem. Samej rady najlepiej nie udzielać, bo często bywa narzędziem... manipulacji.

Amerykański psychiatra Eric Berne, autor kultowej książki „W co grają ludzie”, wiele miejsca poświęca w niej radom. W grze o nazwie „Dlaczego ty nie – tak, ale...” gracz opowiada ci o swoim problemie, który może dotyczyć np. uciążliwego sąsiada. Ty słuchasz i jako osoba empatyczna, wrażliwa rozumiesz, na jakie przykrości jest narażony. Zwyczajnie, po ludzku chcesz mu pomóc. W dobrej wierze udzielasz więc rady: „Może zgłoś to na policję?”. Wtedy słyszysz argument, że twoja rada jest nietrafiona, np. „To wykluczone, jego brat pracuje na posterunku”. Jak większość ludzi nie poddajesz się jednak od razu i szukasz innego sposobu: „W takim razie…”.

Wytrawnymi graczami w „Dlaczego ty nie – tak, ale...” są osoby, które chciałyby zrzucić kilka zbędnych kilogramów. Pytają szczupłych, jak oni to robią i… zbijają wszystkie ich wskazówki.

Cokolwiek zaproponujesz takiej osobie, twojej radzie zostanie przeciwstawiony argument nie do odparcia. Jeśli w porę się nie zorientujesz, będziesz z uporem szukać rozwiązania problemu, którego ten ktoś wcale nie chce rozwiązać. On tylko pragnie ci udowodnić, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Na tym właśnie polega wypłata gracza (nagroda emocjonalna).

Rada idealna…

…to taka, z której ktoś konstruktywnie skorzysta. Musi być dostosowana do wieku, aktualnych emocji, możliwości psychicznych i trafiać w głęboko ukryte motywy osoby, której jej się udziela. Bo tylko ona ma pełen ogląd sytuacji i to ona sama musi sobie w większości przypadków (zwłaszcza w kwestii relacji) odpowiedzieć na pytanie: „co robić?”.

Ogranicz więc swoją rolę do aktywnego słuchania i zadawania pytań typu: „I co zamierzasz zrobić? Jak się do tego zabierzesz?”. W ten sposób naprowadzasz „potrzebującego” na właściwy trop, na rozwiązanie, jakie najbardziej mu pasuje i jest możliwe do realizacji.

Bo tajemnica rady idealnej tkwi w tym, że może nią być tylko autorada.

  1. Psychologia

Dlaczego kobiety zakochują się w żonatych mężczyznach?

Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety.
(Fot. iStock)
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Widzą w nich często nie tyle co partnerów, a facetów do zdobycia należących do innej kobiety. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęć
Są kobiety, które zakochują się tylko w zajętych, żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Są kobiety, które zakochują się tylko w żonatych mężczyznach. Co zrobić, jeśli jesteś właśnie tą, która pcha się na trzeciego? A co, jeśli to w twoim domu kłusuje ktoś taki? No i jak powinien się zachować ów wyrywany sobie przez dwie kobiety mężczyzna – wyjaśnia psycholożka Katarzyna Miller.

Moja przyjaciółka M. zakochiwała się wyłącznie w mężczyznach, którzy byli zajęci. Tłumaczyła, że to silniejsze od niej. A kiedy jeden z jej wybranków zdecydował się odejść od żony, pogoniła go, mówiąc, że już jej nie pociąga… Oczywiście, bo on ją interesował nie jako jej partner, tylko jako mężczyzna do zdobycia, i to mężczyzna należący do innej kobiety. Żeby to zrozumieć, trzeba wziąć pod uwagę dwie rzeczy. Pierwsza to poczucie wartości M. Opiera się ono na tym, że ten, kogo uda się jej zdobyć, jest nic niewart. Bo gdyby był coś wart, toby jej nie chciał. Dlatego wartościowy i atrakcyjny jest ten mężczyzna, którego musi zdobywać. Drugi aspekt to trójkąt rodzicielski. To istota całej sprawy. Zacznijmy od tego, że kiedy M. była dziewczynką, niedobrze się działo między państwem małżeństwem, czyli tatusiem a mamusią. Nie byli już ze sobą blisko, choć może kiedyś tak, a gdy pojawiła się córeczka, niespecjalnie się już nawet lubili. Oboje się od siebie oddalali, czuli zawód seksualny, żal i nic w tej sprawie nie robili. No i co się wtedy stało? To, co zazwyczaj w takiej sytuacji: dziecko płci żeńskiej stało się córeczką tatusia. M. rozumiała go lepiej niż żona, lepiej niż ona się z nim dogadywała. I tatuś miał poczucie, że jego córeczka to najsłodsza istota na świecie, która go kocha nad życie: „No, przynajmniej córkę mam dobrą, bo żona to mi się nie udała”, myślał.

Trochę tej dziewczynie zazdroszczę kontaktu z ojcem, a trochę czuję, że ta ich bliskość to jednak nadużycie… Jakiś jego rodzaj na pewno, choć nie musi dochodzić do żadnego molestowania. Córka jednak bardziej jest towarzyszką tatusia niż mamusia, i to nie jest naturalne. Matka jest oczywiście o córkę zazdrosna. To jest aż nudne dla mnie jako dla terapeutki, bo wciąż to muszę powtarzać, ale powtarzam, bo wiem, jakie to niezwykle ważne dla ludzi, którzy tego doświadczają. Otóż ta mamusia nie kocha córki, bo nie kocha samej siebie, a przecież córka to mała ona. I dlatego zawodzi męża, bo jeśli nie kocha siebie, to czuje się niepewnie, wstydzi się, nie lubi swojego ciała, a więc i unika seksu. Jest więc mamusia takiej dziewczynki niespełniona jako kobieta, a i jej mąż – niespełniony jako mężczyzna.

No ale wracając do córeczki: ponieważ mama jej nie lubi, to tym bardziej ona lgnie do tatusia. Tatuś tym bardziej czuje, że to córeczka jest jego, a nie żona. A więc tworzy się w głowie dziewczynki taki oto wzór: mama jest żoną tatusia, ale nie całkiem są razem, nie ma między nimi więzi. A więc córka chciałaby, żeby mamusi nie było i żeby tatuś był jej. Ale przecież nie byłoby dla niej dobre, gdyby mamusi w ogóle nie było, bo mamusia jest jej potrzebna. Ba! Tatusiowi też jest potrzebna, żeby był dom.

No i mamy grecką tragedię… Dziewczynka wyrasta w poczuciu, że tatuś nie jest jednak do zdobycia. Uczy się więc, że mężczyzna, który jest jej najbliższy, nie jest jej. A jednocześnie nie może zaakceptować też tego, że tatuś jest mamusi. Mogłaby to zaakceptować, gdyby rodzice się kochali i wychowywali ją jak dziecko, a nie jak zastępczą partnerkę tatusia. Ta dziewczyna nie może mieć też do końca poczucia, że identyfikuje się z kobiecością, bo to można dostać tylko od matki. A ona tego od matki nie dostaje. Liczy więc, że koronę królowej da jej mężczyzna, którego zabierze innej kobiecie. No i teraz wróćmy do M. Zabrała tego pana innej pani i w tym momencie przestał być dla niej ważny. Bo tatuś nie może być jej partnerem. To byłoby kazirodztwo. Nie o to też chodzi, żeby go mieć, tylko żeby go zdobywać. No bo na czym miałoby polegać zdobycie tatusia w rodzinie?

Mamusia powiedziałaby: „Dobrze, córuś, tatuś jest twój”. Dopiero byłoby dziwnie. Ponieważ córka poczułaby się przeciążona, a ponadto zdradzona i przez matkę, i przez ojca. Dziecko potrzebuje obojga rodziców. A więc nie może jej się udać tego faceta zdobyć, bo nawet nie byłoby wiadomo, co z tym zrobić. Poza tym ta kobieta, która jest z tym mężczyzną, jest jej matką. Więc córka chce z nią wygrać tylko trochę, żeby się poczuć lepiej. Bo czuje się źle. Matka jej nie traktuje jak córki, ojciec też, bo zastępuje nią żonę, z którą jednak nadal jest, więc córki nie wybiera. Córka nie jest zatem sobą, nie jest po prostu dzieckiem. Gdyby wygrała z matką, spadłby na nią cały ciężar tej sytuacji. A ona tego nie udźwignie, bo przecież jest niedojrzała, niepewna siebie. Nikt jej nie nauczył, jak to jest być zadowoloną z siebie.

Więc romans z żonatym może być fajny, ale tylko jako romans? Tak, bo ona sobie udowadnia, że jakiś mężczyzna dla niej zdradza żonę. I właśnie: moim zdaniem chodzi o to, że on zdradza, a nie, że zostawia żonę. A więc on woli ją. Nie chodzi nawet o seks z nim, ale o to, że ten mężczyzna jej pragnie. Ponieważ tatuś nie pragnął mamusi, a jej nie mógł pragnąć. Chodzi o to, że dziewczyna czuje, że w jakimś małżeństwie źle się dzieje, bo tatuś nie pragnie mamusi, swej żony, ma więc pragnąć jej. A nawet odwrotnie – ponieważ żonaty mężczyzna jest na nią łasy, to oznacza, że w jego relacji z żoną jest kiepsko i ona ma nawet obowiązek go ratować!

A czy M. i podobne do niej kobiety nie są seksolubne? One wabią mężczyznę seksem, bo to jest ich sposób na to, by zbudować z nim relację, która ma być ważniejsza niż inne. Co więcej, dla tych mężczyzn, których M. sobie wybiera, seksualne wabienie jest szczególnie atrakcyjne, bo ich żony seksualnie atrakcyjne nie są lub przestały być. Mężczyzna nie potrafi rozbudzić seksualnie żony, bo nie umie poradzić sobie z jej chłodem, lękiem itd. Albo nie chce, bo związał się z taką kobietą, by nie musieć być wydolny seksualnie na takim poziomie, który zaspokoi dorosłą kobietę. M. łatwo go sobą zainteresuje, ponieważ dorosłą, wymagającą kobietą nie jest. Chce adoracji, musi być uwodzicielką, lolitką. Naprawdę chce ojca i matki, ale nie dostała tego od własnych rodziców, więc przynajmniej dostaje uwagę od kolejnego cudzego męża. Sprawdza się jako upragniona kobieta wcześniej niż jako kochane dziecko. Mężczyźni lecą na te dziewczyny, które im obiecują załatwienie ich własnych, niedojrzałych interesów.

A jak powinna się zachować mądra żona, kiedy taka kobieta szkodnik pojawi się w jej domu? Mądra kobieta powinna być dla niej dobra. To jest najbardziej lecznicze, bo tej dziewczynie potrzebna jest akceptująca matka. Gdy żona jest dobra, dla mężczyzny przestaje to być przygoda na boku. Poza tym zaczyna widzieć, kim ta dziewczyna naprawdę jest: dzieckiem. Ale to trudne dla małżonki, która czuje się nieatrakcyjna, której się wydaje, że wyższość dziewczyny tkwi w tym, że jest młodsza. A tak naprawdę atrakcyjność dziewczyny dziecka tkwi w tym, że ten mężczyzna jest dla niej arcyważny. No bo któż jest tak ważny jak tatuś, którego można w końcu zdobyć.

Powiedzmy, że żonie uda się nie widzieć w niej modliszki, ale dziecko, i wejdzie w rolę ciepłej pseudomatki… Da wtedy tej dziewczynie coś nieoczekiwanego, co ją rozbroi. Bo – paradoksalnie – ona zwraca uwagę na jej męża właśnie w tym celu, żeby ta kobieta ją zaakceptowała. Czyli po to wchodzi w relacje z ojcem, by pokazać matce: „Nie mogę dostać się do ciebie, przyjdź do mnie. Jestem bardzo samotna”. Od tak zwanych sprytnych kobiet słyszałam pozornie podobną radę: „Zaprzyjaźnij się z jego flamą, a on ją zostawi”, ale to manipulacja. Ja mówię o czymś prawdziwym, czyli o zupełnie innej motywacji do pozornie podobnego działania. A więc jeśli wokół twojego męża kręci się małe dziecko, to się nim zajmij. Zabierz je na zakupy, na kawę, na damskie pogaduchy, powiedz, że ją rozumiesz, porozmawiaj o jej rodzicach, pomóż znaleźć terapeutę. Opowiedz o tym mężowi, niech on też wie, że to naprawdę dziecko i że nie jest fajnie być pedofilem. Dla żony to trudne, ale może mieć z takiej relacji sporą satysfakcję. To jednak wymaga świadomości. A musimy tu sobie powiedzieć, że postacie z tych historii są nieświadome, czemu robią to, co robią. Najsilniej kieruje nami to, co najbardziej ukryte. Zatem im więcej się odsłoni, tym mniej to niebezpieczne.

Czyli nie zabraniać, nie kłócić się… Tylko czy ta dobroć jest bezpieczna? Czy okazja nie czyni złodzieja? Czyni. Zajmij się nią, ale nie tak, żeby on z nią bywał. No i nie zrób z tego trójkąta. Wtedy to krzywda dla wszystkich, zwłaszcza dla niej, bo to dziecko bedzie z obu stron nadużyte – i przez pseudomatkę, i przez pseudoojca. Oczywiście, zachowanie żony nie determinuje tego, co zrobi mąż, choć może bardzo na to wpłynąć.

A co powinien zrobić? Najlepiej, gdyby postąpił tak jak bohater filmu „American Beauty”. Mamy tam sytuację: słaby facet, odrzucony przez romansującą żonę, lokuje swoje uczucia w dziecku, na szczęście nie w córce, tylko w jej koleżance. Ta koleżanka to nimfetka, czyli osóbka udająca, że jest doświadczona w sypianiu z panami. Uwodzi więc Kevina, który stara się na nią ciągle niby to przypadkiem wpadać, śni nawet o niej. I w końcu są tylko we dwoje. Ona jak najbardziej zgadza się mu oddać, chciałaby, żeby ktoś ją w końcu rozdziewiczył, a wie, że ten facet ją uwielbia. Ale też się straszliwie boi. I co on robi? Nie korzysta z okazji, ale mówi najwspanialsze słowa: Jesteś cudowna, pragnę cię, gdybym tylko mógł to zrobić, tobym to zrobił i byłbym szczęśliwy. Ale tego nie zrobię, właśnie dlatego, że jesteś taka wspaniała, że cię uwielbiam... Ona dostaje więc to, co jest jej naprawdę potrzebne, a nie zostaje nadużyta. On jej daje to, co można dać potrzebującej, głodnej miłości dziewczynce. I zostawia ją jej procesowi dorastania.

Jeśli któraś z naszych czytelniczek pomyśli: „kurde, to o mnie”, to co powinna zrobić? Najlepiej pójść na terapię. Można spróbować pogadać z tatą, z mamą. Zobaczyć, jak oni dalej żyją... Podstawowym procesem wewnętrznym ma być zobaczenie rodziców jako pary. Czyli na przykład postawić sobie na komodzie ich zdjęcie ślubne, narysować ich jako parę, wyobrażać sobie ich razem idących za rękę. Wyobrażać ich sobie, jak byli młodzi i się w sobie zakochali, jak ze sobą spali. Jak bardzo chcieli ze sobą być, bo przecież istniał taki czas, kiedy byli sami, bez córki. A ona jest małą dziewczynką, która co najwyżej może trzymać ich za ręce. (To są zresztą dziewczyny, które jako dzieci nie leżały w łóżku między swoimi rodzicami. One rzadko chodziły z nimi razem do zoo, kina). To taki Hellingerowski sposób, żeby dziecko zobaczyło, że jest mniejsze od rodziców. A oni są razem, nawet jeśli się nie kochają teraz, to kiedyś uprawiali seks. Są parą i ich dziecko nic do tego nie ma. A jeśli się na to ich bycie razem porwie, będzie miało poczucie tragedii. Można się napawać poczuciem zemsty, ale na dobre to nam nie wychodzi.

Jeśli jesteś podobna do M., zastanów się: czy gdy ugania się za tobą wolny facet, to go lekceważysz, a ciągnie cię zawsze do mężów? Jeżeli tak, zastanów się, czy to dla ciebie dobre. Chcesz czegoś, co jest wbrew porządkowi. Mam nadzieję, że kobiety, które tak jak M. kilka razy zainteresują się zajętym mężczyzną, nasycą się tym, co wtedy dostają. One, tak jak każdy z nas, dobierają sobie partnerów, by zakończyć coś niezakończonego z rodzicami. Więc jeśli raz a dobrze zaspokoją potrzeby związane z trójkątem rodzinnym – a są chociaż trochę refleksyjne i przetwarzają swoje doświadczenia – choćby nieświadomie – znajdą swoje szczęście.

M. wyszła za mąż po trzydziestce za mężczyznę, który został sam z dwójką dzieci… A więc jest też i takie rozwiązanie… I dobrze, bo te dziewczyny mają często nieudane życie. Bywają pogotowiem seksualnym, hotelem dla mężczyzn, którzy skłócili się z żonami. Ale żaden z nich nie wiąże się z nimi na poważnie, bo wszyscy wiedzą, że to nie na stały związek. A jeśli znajdzie się taki, który pokocha, to dostanie w nos, tak jak przyjaciel M. Trochę żartobliwie powiem: opłaca się wchodzić w relacje z ludźmi, którzy już coś przeżyli i coś o sobie wiedzą. Samej też warto do tego dążyć…