1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Myl się, poprawiaj i idź dalej

Myl się, poprawiaj i idź dalej

Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. (Fot. iStock)
Błąd to dobra wiadomość. Przyjmując błędy z otwartym sercem, porzucamy sztywne ramy i poddajemy się zmiennemu strumieniowi życia: wystawiamy się na niepewność, podejmujemy ryzyko, uczymy się, wzrastamy wewnętrznie. A przez to stajemy się ożywieni i twórczy. Świętować błędy, nie tylko sukcesy? Właśnie tak.

Artykuł archiwalny. 

Było to wiele lat temu. Umówiłam się na wywiad ze znaną śpiewaczką Olgą Szwajgier. Spotkałyśmy się, rozmawiamy, w końcu pytam, jak to mam w zwyczaju: „jakie odkrycie, jaki wgląd sprawił, że pani życie odmieniło się na lepsze?”. A artystka na to bez zastanowienia: „Cieszę się z błędów. Gdy coś zepsuję, mówię sobie natychmiast: jaki piękny błąd”.

Kilka lat temu przyjechał do Polski Joseph Standing Eagle, nauczyciel mądrości plemienia Anasazi, jeden z bohaterów świetnej książki „Dawna mądrość na nowe czasy” Geseko von Lüpkego. Opowiadał o naukach, które jako pięcioletni chłopiec odbierał od swojej babci Indianki: – Siedzieliśmy pod wieczornym niebem, patrzyliśmy w gwiazdy, a babcia mówiła, że sztuka życia polega na witaniu wszystkiego, co się wydarza, z otwartym sercem. Wszystkiego. Oto cała filozofia.

Stojący Orzeł jeździł po świecie i dzielił się tą babciną mądrością z nami, ludźmi Zachodu. I miał problem. Z niemałymi oporami przenikała do naszej świadomości ta prosta idea, ponieważ zostaliśmy wychowani zgoła inaczej: jak ognia unikaj błędów, dąż do perfekcji!

Wielu autorów zajmujących się psychologicznymi i duchowymi konsekwencjami unikania błędów zwraca uwagę na to, że cierpimy przez własne ambicje. Od dziecka jesteśmy poddawani ocenom: zdolna, niezdolna, dobry, zły, zaliczone, niezaliczone, w porządku, nie w porządku. Uwewnętrzniamy te przekazy. Jako dorośli oceniamy w ten sposób samych siebie. Chcemy być najlepsi, doskonali pod każdym względem. Jeśli nie jesteśmy doskonali, bo popełniamy błędy, to znaczy, że jesteśmy do niczego. Bycie doskonałym, w paradygmacie naszej kultury, niesie same korzyści: jest się ambitnym, atrakcyjnym, dostaje się dobre oceny, dobrą pracę, osiąga się sukcesy, jest się docenianym. Ale czy na pewno? Pragnienie życia bez błędów jest pragnieniem niemożliwego, prowadzi do napięć i chorób. Kurczowe i sztywne trzymanie się swojego sposobu myślenia i działania zamyka, zamraża, odcina od życia. W końcu orientujemy się, że pilnie potrzebujemy pomocy.

 

Nie można zatrzymać życia

Na oko 50-latka Eva-Maria Zurhorst, autorka bestsellera „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz”, energiczna, z ogniem w oczach, niemal tańczy, opowiadając o błędach, trudnościach i kryzysach w swoim małżeństwie. Mąż Wolfram wodzi za nią namiętnym wzrokiem, dowcipnie puentując jej opowieści. Cóż za młoda para! – myślimy my, uczestnicy konferencji „Life coaching – relacje w równowadze”. Eva-Maria i Wolfram są w Polsce po raz pierwszy. Następnego dnia po konferencji prowadzą warsztat dla par. Są razem od ponad 20 lat. Przeżyli wszystko, czego w związku najbardziej się boimy i czego sobie nie życzymy: wybuchy gniewu, niechęci, nienawiści, trzaskanie drzwiami, wojny z powodu niezakręconej tubki pasty do zębów i okruchów na stole, rozstania, życie w trójkącie, z tą trzecią, i z tym trzecim. A teraz mówią jednym głosem: – Kochaj swoje błędy. Kochaj niepowodzenia, wewnętrzne rozterki i załamania. Kochaj ten czas, gdy mówisz sobie: „nie wiem, co dalej”. Ten moment, kiedy kapitulujemy, przyznajemy się, że błądzimy, może być punktem zwrotnym w relacji, początkiem nowej jakości w związku.

– Wszyscy nam radzili, żebyśmy się rozstali – mówili Zurhorstowie na konferencji. – Rodzice, przyjaciele: „jesteście tacy różni, inne zainteresowania, przyjaciele, środowisko”.

Eva-Maria poszła do wróżki, ta postawiła horoskop i machnęła ręką: „niech pani to zostawi!”.

Eva-Maria: – Nikt nas nie uczy, jak przyjmować trudności. Bajki i filmy o miłości kończą się w głupim miejscu: „i żyli długo i szczęśliwie”. Gdy kończy się sen, a zaczyna codzienność, kto sprzątnie dom, kto zatroszczy się o ubezpieczenie na życie, dochodzimy do wniosku, że „to był błąd”. Myślimy: „jestem przecież taki namiętny”, „jestem atrakcyjna”, przydałby się kochanek, mam ochotę na romans. Błędy popełniane w relacji wynikają z lęku przed bliskością. Kobiety, żeby nie czuć lęku, dużo mówią, mężczyźni z tego samego powodu wycofują się.

Wolfram: – Najważniejsze pytanie brzmi: Co JA mam wspólnego z tym kryzysem, rozczarowaniem, poczuciem, że błądzę, straciłem kierunek?

Ratunkiem dla ich związku okazał się romans, trzecia osoba w relacji.

Eva-Maria: – Kochanka męża żyje w sposób, w jaki ty chciałabyś żyć -  usłyszałam od osoby, której ufam. Aż mnie zatkało. Ja? Niemożliwe. Ale zaczęłam zadawać sobie pytania. Czy ona pozwala sobie na coś, na co ja sobie nie pozwalam? Czy jest wolna od czegoś, co krępuje mnie? Ta kobieta była żywa, seksowna, wibrowała energią. W jaki sposób ja mogę stać się żywa? Mogłam odejść. Ale wtedy nie poznałabym siebie. „Ta trzecia” pokazała mi moje pragnienia i tęsknoty.

Napisała swoją książkę dla tych z nas, którzy w związkach miłosnych popełniają mnóstwo błędów. „Nie potrzebujesz »tego jedynego« właściwego partnera, lecz całkowitej otwartości na to, co jest”. „To obojętne, kogo poślubisz. I tak spotkasz w nim samego siebie” – tak pisze w „Kochaj siebie...”. I dlatego,  zgodnie z jej doświadczeniem, możemy spokojnie zostać z tym mężczyzną, z tą kobietą, z którymi jesteśmy. Rozstanie rzadko polepsza sytuację; najczęściej prowadzi jedynie do odsunięcia własnego problemu.

Potrzeba odwagi, siły woli, zrozumienia, cierpliwości, praktyki każdego dnia, gdy w związku pojawia się „znowu ten piękny błąd”; wycofanie, pretensje, roszczenia, dąsy, obwinianie siebie nawzajem, kurczowe przywiązanie („bez ciebie umrę!”), oczekiwanie, że partner wypełni swoimi zaletami moje deficyty. Dobra wiadomość jest taka: aby w związku pojawiła się prawdziwa bliskość, nie musimy nic robić. Potrzebujemy tylko płynącej z serca życzliwości, gotowości do współczującej i uczciwej samoobserwacji, do bycia w kontakcie ze wszystkimi uczuciami bez oceniania siebie.

Eva-Maria, patrząc na siebie sprzed lat, mówi, że z nadludzką siłą starała się zatrzymać życie albo łaskawie domagała się czegoś innego niż to, czym życie właśnie ją obdarowało. Żyła w przeróżnych zakątkach ziemi, przeprowadzała się 20 razy, wielokrotnie zmieniała zawód i partnerów tylko po to, żeby z pokorą opanować tę ważną lekcję: obojętnie, gdzie jestem, z kim tam jestem i co robię – doświadczenia, które zdobywam, zawsze zależą od mojego spojrzenia na życie. Przeżywamy własny film. Możemy zmieniać scenerię i aktorów, ale emocjonalny klimat i sposób konfrontowania się z życiem pozostają takie same.

Nie zatrzymywać życia? Ale jak to zrobić?

 

Informacja z wewnątrz nas

Ucz się na błędach. Łatwo powiedzieć. Magdalena Mazurkiewicz, psychoterapeutka, trenerka uważności, mówi, że wyjście z pułapki błędów to proces, który wymaga treningu. Na początku nie jest łatwo, ponieważ możemy nie być świadomi, że popełniliśmy błąd, więc o skutki obwiniamy świat i ludzi. Możemy utknąć w tym miejscu, w kółko powtarzać te same błędy, nie przeczuwając nawet, w jaki sposób wpływają na nasze życie.

Magda: – To jest powszechne, wszyscy to znamy. Na przykład za błędy naszych piłkarzy odpowiedzialna jest zła pogoda, zły trener, niesprzyjający sędzia, niechętna publiczność.

Pierwszy krok to zobaczyć, że sami sobie to robimy – na tym właśnie polega uważność, bycie świadomym. Kłopot w tym, że w momencie, gdy uświadamiamy sobie błąd, co prawda przestajemy obwiniać innych, ale teraz obwiniamy siebie; skoro się potknęłam, to znaczy, że jestem głupia i beznadziejna. Tak zaczyna się depresja. Myśli pełne pretensji wzmagają złość na siebie, rośnie napięcie, które wylewa się na innych.

Magda: – Kolejny krok to popatrzeć na siebie z łagodnością i współczuciem, ale nie w sensie użalania się nad sobą. Potrzebujemy dla siebie takiej czułości, wyrozumiałości, ciepła i troski, jakie mamy dla dziecka, które się przewróciło. Z punktu widzenia uważności jesteśmy dobrzy z natury, mamy w sobie głęboką inteligencję i kreatywność. To, że popełniliśmy błąd, ma dla nas sens, to jest informacja z wewnątrz nas. Taka samoświadomość sprawia, że możemy docenić to, co mamy, co już osiągnęliśmy, i docenić błędy.

Przechodziła ten proces wiele razy. Przez osiem lat żyła w związku z mężczyzną, zanim uznała, że to błąd. Żyli w osobnych światach, skupieni na własnych potrzebach. Wspólna przestrzeń to były podróże, wypady do znajomych. Nie było bliskości, intymności, rozmów o sobie, co się z nami dzieje, wzajemnego zrozumienia, wsparcia. Zaczęły się kłótnie i nieporozumienia. Zna poczucie winy, biczowanie siebie: „zmarnowałam osiem lat, prawdziwy dramat”. Wiedziała już jednak, że to, czego doświadczyła w tym związku, ma sens, służy czemuś dobremu. Zatrzymała się: Czego chcę? Czego potrzebuję? O co mi chodzi?

Magda: – Uważność przygotowała mnie na nowy związek, świadomy i bliski. Jestem wciąż zadziwiona, jak to działa.

Dziesięć lat pracowała w reklamie. Marzyła, by awansować, być dyrektorem zarządzającym, ale przez dwa lata to się nie udawało. Gdy wreszcie dostała propozycję awansu z innej firmy, czuła się wymęczona i wypalona. Mimo to przyjęła tę propozycję.

Magda: – To był błąd, wiele mnie kosztował. Zabrakło autorefleksji: „Czy w dalszym ciągu chcę tego awansu? Czy to dla mnie dobre?”.

Żyła w stresie i w lęku. Ostatkiem sił wstawała rano z łóżka, z niechęcią szła do pracy. W końcu dotarło do niej, że reklama, biznes to nie jest jej świat. Zamknęła ten etap życia. Doceniła wiedzę, którą zdobyła. Zaczęła studia psychologiczne. Wspólnie z przyjaciółką Julią Wahl założyły The Mind Institute, firmę, która organizuje treningi uważności.

 

Każda chwila jest nowym początkiem

– Popełniałam błąd za błędem, wychowując syna – mówi Katarzyna Ramirez-Cyzio, wykładowczyni w szkole biznesu, prezeska Pracowni Satysfakcji. – Gdy odeszłam od męża, Marco miał trzy latka. Musieliśmy przetrwać, więc pracowałam po 16–18 godzin na dobę. W tym czasie mój synek radził dobie sam, klucze na szyi, obowiązki, które – myślę dzisiaj – przerastały dziecko. Pamiętam, wracałam późno, on starał się nie zasnąć, żeby mnie zobaczyć, rano wybiegałam z domu. Zabierałam go ze sobą do biura, odrabiał lekcje, siedząc pod stołem, gdy ja pracowałam. Nie odprowadzałam go do szkoły, nie chodziłam na wywiadówki. Miałam poczucie winy: zaniedbuję dziecko, jak tak można? Myślałam o sobie, że jestem złą matką.

Pracowała jako asystentka stomatologa, w domu pomocy społecznej, w urzędzie pracy, potem w fundacjach, była dyrektorem personalnym w firmach konsultingowych, ubezpieczeniowych, w bankach, pisała pracę magisterską, potem doktorską, dokształcała się: „całe życie pod napięciem, w pośpiechu, na pięć etatów, żeby się utrzymać”.

Pytała siebie, jak pogodzić pasje zawodowe, zarabianie pieniędzy z byciem dobrą mamą. Usłyszała takie zdanie od kobiety, która odeszła z pracy, żeby być dla dzieci: „dzieci mają matkę albo bogatą, albo szczęśliwą”.

Katarzyna: – Albo albo? Chciałam, żeby Marco widział mamę, która sobie radzi, jest wykształcona, aktywna, osiąga sukcesy. Ale co zrobić z poczuciem winy? Wymyśliłam coś, co okazało się dla nas bardzo dobre. „Synku – mówiłam – ja teraz pracuję. Ale gdy skończę, będę tylko dla ciebie”. Mieliśmy dla siebie niewiele czasu, za to najwyższej jakości. Wspólny obiad, czekolada w kawiarni, kino, spacer to były nasze święta. Pamiętam, pojechaliśmy na przedłużony majowy weekend do Włoch. Z dnia na dzień mówię: „jedziemy na pizzę do Wenecji”. Szukaliśmy tanich noclegów, włóczyliśmy się po renesansowych miastach. Takie chwile to moje perły w życiu. Często przywołuję je w pamięci. Dziś Marco jest 24-letnim mężczyzną, skończył psychologię. Gdy rozmawiamy o jego dzieciństwie, mówi, że dało mu siłę, nauczyło samodzielności, zaufania do swoich możliwości. Mamy dobrą, mocną więź.

A teraz w swojej pracy coacha często słyszy od zapracowanych mężczyzn: „Coś jest nie tak, coś nie gra. Robię jakiś błąd”. Okazuje się, że poczucie winy, ciągłe starania to nie tylko domena kobiet.

Mężczyźni menedżerowie pracują, żeby zapewnić rodzinie najlepsze życie; wybudować dom, kupić samochód, wysłać dzieci na wakacje, wykształcić je. Pyta, po co to robią. „żeby pokazać, że ich kocham, że są najważniejsi”. Pyta, kiedy ostatnio spędzali czas z bliskimi, kiedy mieli wolny weekend, urlop, czy znają imiona przyjaciół dzieci.

Rozmawiam o błędach ze znanym z łamów naszego pisma psychoterapeutą Benedyktem Peczko. Śmieje się: – O tak, na terapii bardzo często zajmujemy się „niewybaczalnymi błędami”. Na przykład mężczyzna wraca myślą do okresu młodzieńczej miłości. Fantazjuje, co by było, gdyby związał się z tamtą dziewczyną. Jak to byłoby wspaniale! Żyje fantasmagoriami, łudzi się, że niewiele brakowało, a jego życie wyglądałoby inaczej. Wybrał nie tę kobietę, którą należało wybrać, popełnił taki błąd! Potem fatalne studia, zmarnowane lata: „wszystko popsułem, pogrążyłem się”. Mamy tendencję do przypisywania sobie winy za każdą decyzję, którą podjęliśmy. Nie doceniamy zebranych doświadczeń, poznanych ludzi, spotkań, wiedzy, którą zdobyliśmy. Przetrwaliśmy, żyjemy. To jest nasze wyposażenie, na którym możemy się oprzeć. I iść dalej. Fantazje na temat tego, co by było gdyby, są tworami wirtualnymi, które w żaden sposób nas nie budują, tracimy czas.

Także Magda Mazurkiewicz zwraca uwagę na to, że za każdym razem, gdy rozpamiętujemy „totalne błędy”: „gdybym 20 lat temu nie wróciła ze Stanów, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej!”, wzmacniamy depresję. Błędy objęte uważnością zwracają nas ku przyszłości, poszerzają świadomość, uczą radzenia sobie z trudnymi sytuacjami i z trudnymi emocjami. Każda chwila jest nowym początkiem, zawsze – do końca życia – możemy zaczynać od nowa.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dokarmić dobrego wilka - dla zestresowanym mam

Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. (Fot. iStock)
Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas niszczy, wprowadza w nasze życie chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza w nas ład. I to od nas zależy, co wybierzemy – mówi psychoterapeutka Krystyna Łukawska. 

Mama bywa zapracowana, zmęczona, zestresowana, zdenerwowana, ale zrelaksowana? To niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma małe dzieci. Warto się zastanowić, co to znaczy zrelaksowana mama. Na pewno nie jest to mama, która się nie stresuje. Wszyscy się stresujemy, mama też i nie ma co się łudzić, że stresu unikniemy. Nasze życie staje się bowiem coraz bardziej intensywne. Zrelaksowana mama to jest taka mama, która – po pierwsze - umie radzić sobie ze stresem, a nie taka, która nie przeżywa stresu. Czasami mamy skarżą się: „Nie mogę przestać się niepokoić, nie umiem się nie martwić.” Odpowiadam im: Też się przejmuję, denerwuję, wszystkie to robimy. Nawet nie wiem jak byśmy miały zaawansowane kariery, to jeśli mamy dzieci, rodzina pozostaje w centrum naszego życia i bywa źródłem niepokoju. Ale przede wszystkim jest źródłem satysfakcji! Bycie mamą to coś najlepszego, co mogło nam się przytrafić. Jednak żeby móc czerpać z tego doświadczenia radość, trzeba ją świadomie budować. Zrelaksowana mama to – po drugie – mama, która daje sobie prawo do tego, żeby zadbać o siebie. A więc nie czuje się winna, kiedy zostawia dziecko pod dobrą opieką i wychodzi z domu, żeby poćwiczyć, spotkać się z przyjaciółką, zrobić coś, co przynosi jej przyjemność. Ale najważniejsze dla osiągnięcia stanu prawdziwego zrelaksowania jest umiejętność BYCIA, a nie tylko działania.

Mamy relaksują się na przykład rozmowami na facebooku. I to nic złego. Jeśli chcę być zrelaksowaną mamą, to regularnie robię coś dla siebie, niezależnie od kontaktów z dzieckiem, na przykład korzystam z Internetu. Warto jednak wiedzieć, że walutą jaką płacimy za korzystanie z Internetu jest nasza uwaga. Badania z 2008 roku – teraz prawdopodobnie te liczby są jeszcze większe - pokazują, że przeciętna osoba pochłania 34 gigabajtów informacji dziennie, co przekłada się na 100 tysięcy słów, przy czym 1 gigabajt to na przykład symfonia albo pełnometrażowy film. Codziennie pochłaniamy taką ilość informacji! Badania pokazują, że Internet dostarczając mózgowi nieustannej stymulacji powoduje rodzaj chemicznego uzależnienia. Wydziela się wtedy dopomina, wywołująca uczucie przyjemności, więc chcemy to robić. Nie zatrzymamy rozwoju technologii, nie ma sensu jej potępianie, sama jestem jej wielką fanką. Trzeba tylko nauczyć się z niej korzystać. Ja też lubię pobyć na facebooku, ale pod koniec dnia zadaję sobie samej pytanie: co przyniosło mi balans, spokój, radość, szczęście? I żeby na to odpowiedzieć konieczne jest: BYCIE.

Co to takiego? To umiejętność uwolnienia się od presji czasu i pośpiechu, któremu wszyscy nieustannie ulegamy. Doskonale pamiętam tę presję. Dzwoni do mnie przyjaciółka, a ja pytam: Czy to coś ważnego, bo nie mam czasu. Dziecko o coś mnie prosi, a ja je poganiam: Tylko szybko, bo się spieszę. A ile czasu zajmuje wysłuchanie pytania dziecka, 30 sekund? Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. Ćwiczenie tej umiejętności zajmuje naprawdę niewiele czasu, wystarczy 30 sekund, minuta na godzinę przeznaczona na zatrzymanie się i świadome oddychanie. W sumie daje to kilkanaście minut BYCIA w ciągu dnia. To naprawdę nic w porównaniu z czasem, który przecieka nam przez palce. Badania neuropsychologiczne pokazują, że do tego, aby można tworzyć, być kreatywnym, trzeba przeplatać działanie BYCIEM.

Czyli odpoczynkiem? Nie do końca. Słowo „odpoczynek” kojarzy się z aktywnością fizyczną - jedziemy na narty, na rower, biegamy. To oczywiście jest odpoczywanie, ważne i potrzebne dla naszego rozwoju. BYCIE to jednak coś więcej. To moment zatrzymania naszego umysłu, nie identyfikowanie się z wszystkimi myślami, jakie przelatują nam przez głowę, co pozwala zauważyć, że niektóre z nich są  po prostu głupie i nie warto się w nie wciągać. Trzeba pamiętać, że 40 procent naszego działania jest działaniem nawykowym. A to znaczy, że reagujemy nie tak, jak wymaga tego sytuacja, często nawet nie tak, jakbyśmy chcieli, tylko tak, jak mamy to wdrukowane przez wychowanie, edukację, przyzwyczajenia.

BYCIE powściąga reakcje nawykowe? Tak. Taką reakcją nawykową jest, na przykład, mówienie do dziecka: „uważaj!” Ja też ciągle to powtarzałam. Pamiętam też, jak mój ojciec wołał z przerażeniem: „uważaj”, co miało oznaczać tylko to, że się boi, że zrobię sobie jakąś krzywdę, nic więcej. A więc kiedy uświadomiłam sobie, że to nie jest pomocne zawołanie do dziecka, a nawet, że wprowadza niepokój, to postanowiłam się powstrzymywać od mówienia takich słów. Dobra wiadomość jest taka, że nawet dzieci można nauczyć powstrzymywania się. Ale nie można uczyć dzieci czegoś, czego sami nie umiemy. Jako mama wypowiedziałam wiele nieodpowiednich i okrutnych słów dopóki nie uświadomiłam sobie tego i nie nauczyłam się wyrażać swojego niezadowolenia z szacunkiem i życzliwością dla dziecka.

Co daje bycie zrelaksowaną mamą? Uwolnienie od poczucia winy. Poczucie winy bardzo nas bowiem obciąża. W zachodniej kulturze obwiniamy się od setek lat, na winie i karze opierały się systemy edukacyjne. Nawet jeśli teraz wiemy, że obwinianie nie ma sensu i nie pomaga ani w uczeniu  ani w rozwoju, to ciągle pojawia się nawykowo. Z mojej pracy z mamami wynika, że one przede wszystkim obwiniają się same. I drugi problem – nie dają sobie prawa do błędów.   

Bo wszystkie chcemy być idealnymi matkami. Mam wrażenie, że same na sobie przeprowadzamy test: zdałam egzamin, czy go oblałam. I bardzo często odpowiadamy: oblałam. Zajmujemy się głównie tym, co zrobiłyśmy nie tak, podczas, gdy jako mamy niesłychanie się staramy, wkładamy w wychowanie dziecka wiele troski, starań, pracy, nieprzespanych nocy, a w ogóle tego same nie doceniamy! Kiedy pojawia się nawykowe samoobwinianie: „znowu nawaliłam, znowu sprawiłam, że synek się rozchorował” dobrze jest zrobić krótki moment przerwy i zauważyć: „Oto odzywa się we mnie mój wewnętrzny krytyk”. Zamiast sobie coś wyrzucać, lepiej zobaczyć to, że czegoś nie umiem, że byłam  bezradna. Można wykonać  wtedy proste ćwiczenie: Porównać ową sytuację do scenariusza filmowego i zastanowić się, co bym w nim zmieniła, żeby film zrobiony na jego podstawie mi się podobał. Jestem wielką entuzjastką warsztatów i w ogóle uczenia się. Sama korzystałam z wielu warsztatów i nadal to robię. Mam za sobą 25 lat intensywnej i regularnej medytacji, więc dla mnie zatrzymanie jest już łatwe i naturalne. Ale na początku było niesłychanie trudne. Uważam, że w każdym wieku można się zmienić, najpierw jednak trzeba nauczyć się BYCIA.

W końcu uda nam się kiedyś posiąść sztukę bycia zrelaksowanymi? To złudzenie, że możemy ten stan osiągnąć. W życiu cały czas balansujemy między równowagą, a brakiem równowagi. To tak, jakbyśmy chodzili po cienkiej linie. Nawet duchowi nauczyciele nie żyją w stanie permanentnej równowagi, oni tylko wiedzą, jak szybko ją odzyskać. Zacząć można od zatrzymywania się i świadomych oddechów. Starać się zauważać, ale nie  utożsamiać z głosem wewnętrznego krytyka. Ćwiczyć się w życzliwości i łagodności w stosunku do siebie. Myślę, że często nie umiemy okazać życzliwości, miłości, bo nas tego nie uczono. Rodzice bardziej starali się nauczyć nas czego nie robić, co jest dla nas niedobre niż tego, co robić i co jest dla nas dobre. Bardziej chronili niż poświęcali czas i uwagę. To ważne, żeby regularnie dbać o życzliwą, przyjazną atmosferę w domu. Okazujmy dzieciom miłość, ciepły i serdeczny dotyk, patrzmy sobie nawzajem w oczy i mówmy: O jak się cieszę, że się cieszysz, to cudowne, że ci się udało. Dziecko rośnie, gdy widzi zachwyt w oczach mamy. Celebrujmy momenty bycia razem, posłuchajmy z autentycznym zaangażowaniem historii jakie opowiada dziecko.

Łatwo powiedzieć…Wiele mam uzna, że to niewykonalne. Często narzekamy na dziecko, ponieważ nie możemy wybaczyć sobie tego, co mu zrobiłyśmy. Na przykład tego, że kiedy było chore, marudne, nakrzyczałyśmy na nie. Nasza reakcja wynikała nie ze złych intencji, tylko z bezsilności i nieumiejętności stawiania dziecku granic z szacunkiem i życzliwością. Na spotkaniach z rodzicami podkreślam, że jestem za wychowaniem bez kar. Rodzice odpowiadają, że wychowanie bezstresowe się skompromitowało. Ale wychowanie bez kar nie ma nic wspólnego z wychowaniem bezstresowym. Dziecko niesłychanie potrzebuje dyscypliny, każdy z nas jej potrzebuje, niczego nie moglibyśmy osiągnąć, gdyby nie dyscyplina. Naszym zadaniem jest więc nauczyć dziecko dyscypliny. A będzie to możliwe wtedy, kiedy sami zaczniemy czuć się swobodnie ze stawianiem dziecku wymagań, ograniczeń, ale bez upokarzania, obwiniania, oskarżania, z życzliwością i szacunkiem. I czasami to bardzo trudne, bo sami  takiego traktowania nie doświadczyliśmy. Dyscyplina nie polega na tym, żeby karać. W  karze zawiera się pewien rodzaj upokorzenia, pokazanie, że mam władzę. Oczywiście, rodzice mają władzę nad dzieckiem, ale nie ma potrzeby jej podkreślać. I to nieprawda, że zbuntowany nastolatek nie chce dyscypliny. On tak naprawdę marzy, żeby rodzice pomogli mu przejść przez trudny okres w życiu, ale żeby zrobili to z szacunkiem i życzliwością, żeby pokazali, że są po jego stronie, że nie chcą go zniszczyć, tylko pragną uszanować jego przestrzeń, osobowość. Swoboda w spokojnym stawianiu wymagań daje mamie niesłychaną siłę. Warto ją budować także poprzez chwile zatrzymania.

Co daje nam stan zrelaksowania? Spokój, odprężenie, jasność umysłu. Zmienia jakość naszych relacji z dzieckiem, partnerem, przyjaciółmi, ale przede wszystkim ze sobą samym. Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas  niszczy,  wprowadza w nas chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza ład. Jest taka mądra przypowieść o starym Indianinie, do którego przychodzi wnuczek i mówi: - Nienawidzę kolegi, bo potraktował mnie niesprawiedliwie. Na co dziadek: - Ja też czasami czuję nienawiść do tych, którzy są chciwi i aroganccy. Ale nienawiść jest jak trucizna, którą pijesz w nadziei, że otruje drugą osobę. We mnie i w każdym z nas są dwa wilki, które toczą walkę. Jeden – pełen chciwości, agresji, zazdrości, pesymizmu – dąży do wojny i  zniszczenia. A drugi – pełen dobroci, miłości, wyrozumiałości, optymizmu – dąży do pokoju i harmonii. Każdy z nich chce dominować, chce być ważniejszy. - A który z nich wygra dziadku? - zapytał wnuczek. - Ten, którego będziesz karmił.

Ta przypowieść pięknie pokazuje, że w każdym momencie życia mamy wybór. Żeby jednak był możliwy, musimy na moment się zatrzymać i po prostu „być”, bo w tym „byciu” zapala się żarówka świadomości, dzięki której możemy zobaczyć nasze życie z innej perspektywy.

A gdy same się zmienimy, to nie ma siły, żeby nie zmienili się ludzie wokół nas. To niewiarygodne, jak to działa! Dlatego warto zacząć dzień nie od narzekań, że to nie zrobione, tamto nie zrobione, tylko od uśmiechu i serdecznego powitania dziecka: Dzień dobry, jak spałaś, jak się czujesz. Ale najpierw trzeba uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć: Dzisiaj jest nowy dzień, postaram się być życzliwą dla siebie. Bo kiedy uśmiecham się do siebie, uśmiech pojawia się także na twarzach innych. 

Krystyna Łukawska – psychoterapeutka, coach, absolwentka Instytutu Psychologii UW, autorka wielu seminariów i warsztatów (w tym internetowych adresowanych do mam: www.zrelaksowanamama.pl) i książki „Szczęśliwi rodzice – szczęśliwe dzieci”. Od lat mieszka w USA.

Jak zadbać o siebie?

1. Ucz się życzliwego przyglądania się swoim myślom 

2. Ucz się rozumieć swoje ciało i traktuj je życzliwie

3. Akceptuj momenty słabości i unikaj obwiniania

4. Powstrzymuj się od reakcji kiedy jesteś zła

5. Ucz się uspokajać silne emocje

6. Uśmiechaj się do siebie i innych

7. Rób coś, co sprawia ci radość

8. Dbaj o ruch i wypoczynek

9. Rozwijaj wdzięczność do siebie i innych

10. Okazuj miłość i serdeczność

 

  1. Psychologia

Rozczarowania - 21 sposobów, jak je mądrze wykorzystać

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Rozczarowania są częścią życia, trudno ich uniknąć. Therese J. Borchard, autorka książki "The Pocket Therapist: An Emotional Survival Kit", podaje 21 sposobów, aby wykorzystać je do osobistego rozwoju.

1. Przyjmij, że nic nie jest "raz na zawsze"

Albert Einstein nie zdał egzaminu wstępnego na uczelnię. Walt Disney został zwolniony ze swojej pierwszej pracy w mediach. Michael Jordan został wyrzucony ze szkolnej drużyny koszykówki... Losy najwybitniejszych postaci naszej historii najlepiej pokazują, że przyszłość może nas pozytywnie zaskoczyć.

2. Pogódź się z tym, że bywa się raz na wozie, raz pod wozem.

Gdy poczujesz, że gorzej być nie może, przypomnij sobie stare buddyjskie przysłowie: „Kwiat lotosu najpiękniej kwitnie, rosnąc w najgłębszym błocie”.

3. Przypomnij sobie, jak powstaje perła

Popatrz na stan rozczarowania jak na proces tworzenie się perły. Potraktuj „niewygodne ziarenko piasku”, jako zaczątek drogocennej perły.

4. Ucisz krytyka

Zachowuj się tak, jakby go nie było. Jeśli się to nie udaje, wsłuchaj się w swój wewnętrzny głos, który krytykuje, osądza i łaje. Ucisz go, zdecydowanie.

5. Nie poddawaj się skrajnym emocjom,

Rozwijamy się, jeśli mamy silne korzenie, czyli myślimy racjonalnie, nie dając się powodować skrajnym emocjom. Spójrz na bambus - nie wygląda imponująco, ponieważ nie ma rozgałęzień. Ma jednak korzenie, które sięgają głęboko i szeroko. Dlatego ma szansę, tak szybko rosnąć.

6. Wytrwaj

Wytrwałość to podstawa: „Największy dąb był kiedyś małym orzechem, który wytrwał w jednym miejscu” .

7. Nie przyspieszaj procesu

Motyl zanim wyjdzie z kokonu cierpliwie czeka aż jego skrzydła staną się na tyle silne, żeby mógł latać.

8. Chroń się przez ludźmi, którzy nie są ci życzliwi

Unikaj ich. Odgrodź się od nich szczelną zasłoną. Karm się energią ludzi przyjaznych i wspierających.

9. Patrz na niepowodzenia z góry

Felietonista Ann Landers kiedyś napisał: „Spodziewaj się kłopotów jako nieuniknionej części życia, a kiedy przychodzą, trzymaj głowę wysoko. Spójrz im prosto w oczy i powiedz: "Jestem większy od was. Nie możecie mnie pokonać.” 10. Nie generalizuj porażki

„Pęknięcia” w twoich związkach czy karierze nie oznaczają, że całe twoje życie jest „rozbite”. 11. Prowadź dziennik

Najnowsze badania dr Jamesa Pennebakera, psychologa z Uniwersytetu w Teksasie, dowodzą że pisanie o bolesnych uczuciach łagodzi stres i przyśpiesza gojenie emocjonalnych ran.

12. Zmień perspektywę

Gdy jesteś we władzy negatywnych emocji, to tak jakbyś oglądał piękny obraz z bardzo bliska. Widzisz tylko rozmazane plamy. Ale z pewnej odległości obraz opowiada historię. Zupełnie inną historię.

13. Naucz się podnosić

Japońskie przysłowie mówi: „Spaść siedem razy, wstać osiem”.

14. Przyjmij nauki

Nikt nie jest doskonały. Ludzkie doświadczanie życia polega na zamienianiu rozczarowań i błędów w mądrość.

15. Skręć, czyli podejmij decyzję

„Kiedy dojdziesz do rozwidlenia na drodze, skręć".  Dopóki nie zdecydujesz się na zmianę, idziesz donikąd.

16. Zacznij od początku

Każde rozczarowanie jest okazją, aby zacząć od nowa. Popatrz na życie jak na białą kartkę papieru. Otrzymasz tyle pustych kartek, ile zechcesz.

17. Bądź łagodny

Mów do siebie z miłością i dobrocią. Jak do najlepszego przyjaciela.

18. Błogosław każdą niezaplanowaną zmianę trasy

Zostałeś wyrzucona z pracy? Nareszcie znajdziesz lepszą! Ciesz się na to, co czeka za ostrym zakrętem.

19. Tańcz w deszczu

Nie czekaj aż skończy się burza. Tańcz w deszczu. Bądź szczęśliwy już teraz.

20. Wierz w cuda

One zdarzają się zazwyczaj wtedy, kiedy się ich nie spodziewasz.

21. Zawsze miej nadzieję

Trzymaj się jej, nadzieja nie zawodzi.

 

  1. Psychologia

Dlaczego przejmujemy się tym, co myślą inni?

Własna samoocena nie powinna być uzależniona od oceny innych. (Fot. iStock)
Własna samoocena nie powinna być uzależniona od oceny innych. (Fot. iStock)
Żyjemy w przeświadczeniu, że inni wciąż nas oceniają i nic innego nie robią, tylko o nas myślą. W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie - myślą o nas wielokrotnie mniej niż sądzimy, bo… są głównie zajęci myśleniem o samych sobie.

Od kilku lat, prowadząc zajęcia z socjologii medycyny dla pielęgniarek, robię pewien eksperyment. Otóż proszę słuchaczki, by wyobraziły sobie następującą sytuację: postanawiasz zrezygnować z ciężkiej i słabo płatnej pracy w szpitalu. Po prostu masz już jej dosyć. Nie wiesz, co będziesz robić, bo nie masz ani oszczędności ani też pomysłu na swoją zawodową przyszłość. Wiesz jednak jedno - jutro do szpitala nie idziesz. Koniec z tą harówą. I kiedy podejmujesz takie postanowienie, zapraszasz pięć swoich najbliższych przyjaciółek na ciastko i kawę, żeby się podzielić z nimi twoim postanowieniem. Co usłyszysz od nich? Jeszcze się nie zdarzyło, by którakolwiek z uczestniczek zajęć odpowiedziała, że ze strony swoich najbliższych przyjaciółek otrzyma wsparcie. Słyszą za to, za każdym razem: „nie rób tego, nie dasz rady”, „z czego będziesz żyć?”, „lepsza ciężka i słabo płatna praca niż niewiadome”, „teraz przynajmniej masz pracę, a jak jej zabraknie, to trafisz pod most”, „nie tacy już byli i im się nie udawało”.

Ciekawe, prawda? Żadna z przyjaciółek nie udziela wsparcia, natomiast każda z nich odradza dokonywanie zmiany. Pytanie dlaczego tak się dzieje? Czy czynią to, bo są wredne i chcą naszej krzywdy? Nic bardziej mylnego: czynią to, by nas chronić. Znajomi odwodzą nas od pomysłu zmiany, ponieważ tak naprawdę projektują na nas swoje własne lęki. Sami się boją zmiany, boją się z nią zmierzyć i chcą w ten sposób nas od zmiany odwieść, by poradzić sobie z własnym strachem. Smutne jest to, że tak często poddajemy się takiemu pseudo wsparciu i tkwimy w tym samym miejscu od lat, lękając się wyzwolenia z kieratu. A ich własny lęk o przyszłość, a raczej lęk przed własnym wyobrażeniem przyszłości, wielokrotnie skutecznie blokuje nasz własny rozwój.

Zróbmy inny eksperyment. Przypomnij sobie teraz osobę z twojego życia (znajomego, członka rodziny, współpracownika itd.), który zachowuje się tak, jakby mu płacili za to, że cię rozboli brzuch. Kogoś, kto lubi dogadać, dokuczyć, wepchnąć szpilę, kto cieszy się zawsze, ilekroć ci się powinie noga. Masz kogoś takiego w swoim życiu? Przypomnij sobie wszystko, co o tej osobie wiesz. O jej życiu prywatnym, zawodowym, upodobaniach. O tym jak się porusza, jak mówi i jak wygląda. Jeśli już to wszystko masz przed oczyma, to odpowiedz proszę szczerze i uczciwie na pytanie: „czy chciałbyś być taki jak ta osoba, czy chciałbyś nią być?” Zgaduję, że nie. Skoro tak, to odpowiedz na ostatnie już pytanie: „To po jasną cholerę przejmujesz się opinią osoby, którą nawet nie chciałbyś być?” Widzisz teraz do jakiego absurdu skłonni jesteśmy czasem sami siebie doprowadzić. Przejmujemy się tym, co inni o nas myślą, co powiedzą i to nawet w sytuacji, w której ci inni nie dorastają nam do pięt. Na to zjawisko zwrócił uwagę Colin Sisson, światowej sławy lider i trener rozwoju osobistego, nauczyciel, psycholog, pisarz i filozof: „Porównujemy się z innymi, ponieważ wątpimy w swoją wartość i potrzebujemy punktu odniesienia, aby sprawdzić jak nam idzie. Innymi słowy nie wierzymy, że możemy być całkowicie wartościowi bez aprobaty i akceptacji innych”.

Jarosław Gibas coach, trener. 

 

  1. Psychologia

Jak opanować emocje i uratować związek przed rozpadem?

Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Związek najbardziej zatruwają negatywne cechy osobowości obojga partnerów. (fot. iStock)
Jesteś może w związku, który na początku był doskonały, ale z czasem na jego powierzchni zaczęły pojawiać się rysy? Jeśli tak, to czytaj dalej – ten tekst przeznaczony jest właśnie dla osób, które nie kochają się już tak bardzo, jak wcześniej – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Wielu moich klientów znajduję obecnie w świecie korporacji, ale wcześniej sporo czasu poświęcałem pracy z parami. W tamtym właśnie okresie opracowałem podejście, które nazywam terapią ponownego połączenia, aby pomóc ludziom odzyskać wzajemną miłość i szacunek. Muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony jej skutecznością.

Terapię ponownego połączenia opracowałem głównie dla rozwodników, którzy chcieli dać sobie drugą szansę, co wymaga od terapeuty dużego nakładu pracy. Jeżeli twój związek jest jednak dość silny, ale jest w nim znacznie więcej irracjonalności, niż uważasz za wskazane, przedstawiam także wersję do samodzielnej realizacji, która pomoże ci naprostować sytuację.

Skuteczność tej metody wynika stąd, że nie tylko zachęca was do traktowania się nawzajem lepiej, ale także motywuje, żebyście stali się lepszymi ludźmi.

Przede wszystkim zademonstruję, jak wykorzystywałem to podejście zawodowo, a następnie nauczę cię stosować wersję „amatorską”.

– Dzień dobry – powiedziałem do słuchawki. – Mówi doktor Goulston, dzwonił pan do mnie. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Jack. Moja żona Suzie i ja już od dłuższego czasu mamy trudności w naszym związku – zaczął Jack. – Byliśmy u kilku terapeutów, a w końcu zdecydowaliśmy się na separację. Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że wcale nie chcę rozwodu, chciałbym spróbować jeszcze raz. Wiele osób mi mówiło, że może być pan w stanie nam pomóc. Suzie także zgodziła się wziąć udział w terapii.

Wyjaśniłem Jackowi, że moje podejście ma ściśle określoną strukturę, której przestrzegania wymagam bez żadnych odstępstw.

– Zanim zgodzę się z wami spotkać, muszę wiedzieć, że razem z Suzie zgadzacie się w stu procentach na to, jak będzie wyglądać pierwsze czterdzieści minut sesji – dodałem.

Jack i Suzie zgodzili się na moje warunki, zaplanowaliśmy więc sesję, podczas której dałem obojgu możliwość przedstawienia swoich zastrzeżeń wobec drugiej połówki. Z uznaniem przyznaję, że udało im się nie wpadać sobie w słowo – była to jedna z zasad, które ustaliłem. Zastosowali się także do mojej reguły, by wylewać z siebie frustrację przez część czasu, a przez resztę sugerować rozwiązania problemów.

Kiedy skończyli, spojrzeli na mnie pełni oczekiwania. W widoczny sposób zakładali, że nie mogę się doczekać omówienia ze szczegółami ich wzajemnych żalów.

I tu ich zaskoczyłem.

– Wszystko, co powiedzieliście do tej pory, od początku do końca, jest… nieistotne – oświadczyłem.

Od razu mogłem powiedzieć, że Jack i Suzie w końcu w jakiejś kwestii się zgodzili – oboje uważali, że mi odbiło.

Być może ty także tak uważasz. W końcu zacząłem od polecenia Jackowi i Suzie, by wymienili wszystkie problemy, które ich zdaniem ich rozdzielały – a potem skomentowałem, że obchodzą mnie one tyle, co zeszłoroczny śnieg. Mało kto oczekuje takiej odpowiedzi od psychiatry.

Ja jednak wiedziałem, co mówię. To nie ich czyny sprawiły, że związek stał się toksyczny, tylko ich osobowości.

– Powiem coś teraz i chciałbym, żebyście zdecydowali, czy się z tym zgadzacie, czy nie. Mogę zacząć? – popatrzyłem na nich uważnie.

– Yyyy, tak – odpowiedział Jack.

– Okej – dodała Suzie, która wydawała się jeszcze mniej przekonana do całego pomysłu.

Najpierw pokazałem im rysunek:

Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie

 

– Negatywne cechy osobowości w związku dzielą się na trzy kategorie, które przedstawiam jako trzy koncentryczne okręgi. Wewnętrzny okrąg to pamiętliwość. Uruchamia się ona, kiedy ktoś nas zdenerwuje lub sfrustruje. Każdy z nas ma tę cechę, miała ją nawet Matka Teresa. Jeżeli nie będziemy jej kontrolować, możemy stać się pamiętliwi w stu procentach. Właśnie tacy są ludzie zgorzkniali – są w stu procentach pamiętliwi. Znacie kogoś takiego?

Oboje skinęli głowami.

– Nie jest miło przebywać w ich towarzystwie, co?

Ponownie pokiwali głowami.

– Jeżeli pamiętliwość weźmie nad wami górę, przepływa do środkowego okręgu, który reprezentuje mściwość – kontynuowałem. – Kiedy tak się dzieje, koncentrujecie się na zemście na osobie, która, waszym zdaniem, was obraziła. Można to zrobić albo krzywdząc bezpośrednio tę osobę, albo siebie – na przykład pijąc na umór albo w niekontrolowany sposób wydając pieniądze. Jeżeli zaś żadne z was nie opanuje mściwości, wylewa się ona do zewnętrznego okręgu, czyli oziębienia. Na tym etapie patrzycie na siebie z wyrazem twarzy, który komunikuje: „Nie znam cię. Nie lubię cię. To koniec”. Czy rozumiecie, jakie ma to przełożenie na was związek? – zapytałem.

Potwierdzili z zamyślonym wyrazem twarzy. Przeszedłem więc do kolejnego etapu.

– Czy zgodzilibyście się ze mną, że w zasadzie każdy codziennie przeżywa różne denerwujące, rozczarowujące albo frustrujące doświadczenia?

Ponownie skinęli głowami.

– A czy zgodzilibyście się ze stwierdzeniem, że reakcje ludzi w  takich sytuacjach plasują się na skali? Na pozytywnym końcu są osoby, które nie lubią być w takiej sytuacji, ale przyjmą porażkę na klatę i nie dostaną z tego powodu szału, nie wyładowują się ani na innych, ani na sobie. Wykazują opanowanie pod presją. Podziwiamy je za to i chcemy być jak one. Prawda?

– Tak.

– Z kolei na negatywnym końcu skali są ludzie, którzy najmniejszą trudność czy przeszkodę traktują jak najgorszą katastrofę, wrzeszczą na innych lub bezlitośnie wyładowują się sami na sobie. To ludzie, których lubimy najmniej, nie chcemy przebywać w ich towarzystwie i nie chcemy być tacy jak oni. Dlaczego? Bo są dziecinni, a ich zachowanie wydaje się nam odpychające.

Pokiwali głowami.

– A oto, jak to się przekłada na wasz związek – zacząłem podsumowywać. – W kontekście waszej relacji zachowujecie się jak narkomani. Jesteście uzależnieni od reagowania na frustracje w sposób dziecinny i odpychający. Jesteście pamiętliwi. Mściwi. I właśnie dlatego doszło między wami do oziębienia, bo nie jesteście w stanie wytrzymać nawzajem swojego towarzystwa, więc się rozstaliście. Czy to w miarę jasne?

– Tak – odpowiedzieli.

Zrozumieli, na czym polega problem. Teraz musieli już tylko go rozwiązać – a ja wiedziałem, jak to zrobić.

– Od dziś chciałbym, żebyście byli dla siebie nawzajem sponsorami – powiedziałem.

Wyjaśniłem, że ich zadaniem na każdy dzień jest praca nad rozwojem odporności emocjonalnej i umiejętności radzenia sobie z irytacją, frustracją i rozczarowaniem bez wybuchania jak granat ręczny. Mieli ćwiczyć przyjmowanie przeciwności ze spokojem i dojrzalsze radzenie sobie z nimi. Przedstawiłem im strategie opanowania w obliczu trudności.

Potem przeszedłem do istoty tej metody.

– Chciałbym, żebyście zapisywali każdą sytuację, kiedy zatriumfujecie nad negatywnymi emocjami. Kiedy uda się wam nie wrzasnąć na jęczące podczas jazdy samochodem dzieciaki. Kiedy zachowacie spokój, gdy ktoś w pracy popełni głupi błąd, zamiast zmyć mu głowę. Albo kiedy będziecie bardzo cierpliwi w rozmowie z trudnym rodzicem. Na koniec każdego dnia podzielicie się tymi zwycięstwami ze sobą nawzajem. Dzielić się macie także porażkami – nie jesteście już dla siebie wrogami, tylko sponsorami.

Jack i Suzie zrobili, jak kazałem. Łatwo nie było, mieli lepsze i gorsze dni, ale w ciągu kolejnych paru miesięcy stało się coś niesamowitego – zamiast skarżyć się wzajemnie na swoje niedociągnięcia, zaczęli mi opowiadać, jak bardzo się nawzajem szanują. Zaczęli patrzeć na siebie z uśmiechem i dotykać się tak, jak dotykają się ludzie, którzy się kochają.

Rok później odnowili przysięgę małżeńską.

W początkowym okresie mojej pracy psychiatry wykorzystywałem to podejście w pracy z wieloma parami po rozwodzie lub w separacji, które chciały spróbować jeszcze raz. Oto, co stwierdziłem:

► Po 6 tygodniach wiele z nich stwierdziło, że ich związek jest lepszy niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 12 tygodniach wiele zauważyło, że są lepszymi ludźmi niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 18 tygodniach wiele z nich mówiło mi, że inni pytają, co takiego się zmieniło. W jednym przypadku moi podopieczni zachichotali i odpowiedzieli: „Postanowiliśmy dorosnąć”.

Dlaczego to podejście sprawdza się czasem tak dobrze? Ponieważ daje każdemu z partnerów cel, do którego można aspirować. Jeżeli ludzie podchodzą do związku jak do transakcji, skupiają się albo na tym, żeby ich było na wierzchu, albo na osiągnięciu kompromisu. W mojej metodzie jednak porzucają aspekt transakcyjny i stają się lepsi, niż którekolwiek z nich uważało za możliwe – stają się ludźmi, z których są dumni.

Co więcej, oboje pomagają sobie osiągnąć ten wyjątkowy cel. Dopingują się nawzajem. Klepią się po plecach i motywują, a w tym czasie, niezauważenie, zaczynają się na nowo kochać i szanować.

W związku, w którym dzieje się bardzo źle, cały proces może stanowić duże wyzwanie. Jeżeli więc twój związek przechodzi poważne problemy albo już jesteście rozwiedzeni bądź w separacji, powinniście zwrócić się o pomoc do profesjonalnego terapeuty. Jeżeli jednak darzycie się głęboką miłością, a wasza relacja jest zasadniczo silna, ale czujesz, że oboje osuwacie się w odmęty szaleństwa (albo już w nich tkwicie), możecie wykorzystać tę metodę samodzielnie. To uproszczone podejście nazywam zwykle żyli długo i szczęśliwie, bo to cel zupełnie możliwy do osiągnięcia, jeżeli tylko jesteś gotowy popracować, by go osiągnąć.

Kluczem do tej metody jest przyjęcie do wiadomości, że za problemy w związku odpowiedzialni jesteście oboje. Aby odnieść sukces, oboje musicie czuć skruchę za popełnione błędy, a nie tylko frustrację wobec siebie nawzajem. Jeżeli macie dzieci, musicie też przyjąć do wiadomości, że wasze złe zachowanie i egoizm szkodzą także im.

Jeżeli potrafisz się do tego przed sobą przyznać, a twój partner czy partnerka także jest w stanie przyjąć osobistą odpowiedzialność, to wypróbujcie moje podejście:

  1. Usiądź z partnerem i powiedz: „Chcę spróbować czegoś, co pozwoli jeszcze bardziej wzmocnić nasz związek. Myślę, że pomoże nam to wręcz stać się lepszymi ludźmi”.
  2. Opowiedz, w jaki sposób chcesz lepiej radzić sobie ze zdenerwowaniem, frustracją i rozczarowaniem tak, abyś nie stał się pamiętliwy lub mściwy i żeby wasza relacja nie oziębła.
  3. Zapytaj, czy twój partner jest skłonny być twoim sponsorem w tym procesie. Zapytaj także, czy możesz zostać jego sponsorem. Jeżeli się zgodzi, zobowiążcie się wobec siebie nawzajem, że będziecie starać się być lepszymi ludźmi.
Każdego dnia poświęćcie nieco czasu, by opowiedzieć sobie nawzajem o swoich triumfach i porażkach. W roli sponsora dawajcie sobie wsparcie moralne i chwalcie się za postępy.

Myślę, że zaskoczy cię, jak bardzo dojrzejesz na skutek tej metody, zarówno jako partner w związku, jak i jako człowiek. Założę się, że twoja druga połówka także dojrzeje. W głębi serca większość ludzi, którzy zachowują się niedojrzale, pragnie wznieść się ponad takie zachowanie i stać się lepszą wersją siebie. Dla chcącego nic trudnego.

A moja metoda na pewno nie jest trudna.

Przydatna wskazówka

Kiedy wraz z partnerem czy partnerką pomagacie sobie nawzajem stać się lepszą wersją siebie, przestajecie jednocześnie być gorszą wersją siebie.

Plan działania

  1. Wspólnie z partnerem przeanalizujcie swój związek. Czy wspieracie się nawzajem? Czy się szanujecie? Czy więcej czasu się razem śmiejecie, czy kłócicie? Czy cieszysz się na spotkanie z partnerem na koniec dnia, czy może coraz bardziej boisz się powrotu do domu? Jeżeli macie dzieci, jakich dobrych lub złych rzeczy uczą się z waszego związku?
  2. Jeżeli nie podobają ci się twoje odpowiedzi na te pytania, przyjmij odpowiedzialność za własne błędy w związku. Przyjmij też odpowiedzialność za ból, jaki sprawiły twojemu partnerowi i innym członkom rodziny.
  3. Zapytaj partnera, czy chciałby podjąć wspólnie z tobą wysiłek, abyście stali się bardziej racjonalnymi i lepszymi partnerami – a także ludźmi.

  1. Psychologia

Poczucie winy - jak nie zadręczać się bez przerwy popełnionymi błędami?

Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Poczucie winy może nam towarzyszyć przez całe życie. Zadręczamy się wtedy bez końca, żyjąc w przekonaniu, że nie możemy sobie wybaczyć. I zwykle towarzyszy temu inny problem: nasz wizerunek samych siebie, jako osób dobrych, bez skazy, pomocnych.. po prostu się rozsypał. (fot. iStock)
Nie wybaczę sobie tego! Nigdy! – powtarzamy poniewczasie. Kaliber przewin bywa różny – oszustwo, celowo wyrządzona krzywda, ale i niedopatrzenie, zaniedbanie, zlekceważenie… Gdyby dało się cofnąć czas… Jak żyć z takim ciężarem?

Ewka zdradziła – głupio, z przypadkowym facetem, po dwóch butelkach wina – miłość swojego życia, wieloletniego chłopaka. Nie umiała tego przed nim ukryć, on nie umiał o tym zapomnieć, poprosił, by się wyprowadziła. Odkąd to się stało, Ewa przestała jeść, nie może spać – wyrzuca sobie bez przerwy, że przez głupotę straciła szansę na szczęśliwe życie z najfajniejszym facetem na świecie. Nie potrafi sobie tego wybaczyć. Czuje, że zdradziła nie tylko jego, ale i siebie.

Karolina zawsze znajdowała wymówki, by nie pojechać do domu na weekend, choć mama ciągle ją zapraszała. „Nie mogę, właśnie kończymy ważny projekt” – mówiła przez telefon. Albo: „Mamo, z Warszawy to jest trzy godziny w jedną stronę, a ja muszę na poniedziałek zrobić raport”. Nie odbierała telefonów, bo nie chciała słuchać o zmartwieniach, do mamy dzwoniła, gdy czuła się samotna w wielkim mieście lub przeciwnie – gdy była bardzo szczęśliwa. Niedawno się zakochała i spędziła święta z ukochanym, w górach. Było cudownie. Gdyby wiedziała, że to będą ostatnie święta mamy…

Tyle pytań zostało bez odpowiedzi, tyle rzeczy odkładanych „na później”. Teraz znalazłaby czas i gadałaby z mamą godzinami, nawet codziennie, wysłuchując po raz kolejny znanych sobie opowieści. Żaden projekt nie wydaje się Karolinie teraz ważny, żaden raport nie jest już pilny. Nie może sobie wybaczyć, że traktowała mamę jako kogoś, kto będzie zawsze, jak tylko Karolina znajdzie czas…

Dlaczego tak trudno sobie wybaczyć?

„Najtrudniej wybacza się małe błędy ludziom posiadającym wielkie właściwości” – powiedziała baronesa Marie von Ebner-Eschenbach, austriacka autorka powieści psychologicznych. Wysoko postawiona sobie poprzeczka to często pasmo celów nie do osiągnięcia, wymagań nie do spełnienia. Ale czy na pewno jesteś istotą bez skazy? Niezdolną do błędów i pomyłek?

Jeśli zrobiłaś coś, co nie zgadza się z twoim wyobrażeniem o sobie samej, twój idealny obraz siebie jako osoby niezłomnej, szlachetnej i dobrej rozpada się na kawałki, a w najlepszym razie powstają na nim widoczne rysy. Myślisz o sobie, że jesteś dobrą córką – a tu proszę, nie okazałaś się dość przewidująca, wystarczająco opiekuńcza, na miarę rangi, jaką sobie przyznawałaś. Albo wierzyłaś, że jesteś lojalna w przyjaźni, że można na tobie polegać jak na Zawiszy – jednak stało się, zawiodłaś, zdradziłaś. Także swoje ideały i obraz samej siebie. To nie daje spokoju, budzi poczucie winy. Zaczynasz się oskarżać, a nawet karać.

Poczucie winy jest tak naprawdę informacją, że naruszyliśmy swój wewnętrzny system wartości.
Z mojego doświadczenia wynika, że to bardzo indywidualna sprawa – mówi trenerka rozwoju osobistego Lesława N. Jaworowska. – To, co dla jednego jest przekroczeniem zasad, dla drugiego już takie nie będzie. Wiele zależy od systemu wartości, jaki wynieśliśmy z domu. Złość na siebie i lęk przed konsekwencjami mogą być drogą do poznania siebie, do odzyskania kontaktu ze swoim potencjałem i do samoakceptacji.

Los bywa przewrotny

Psycholog, prof. Everett L. Worthington bada problematykę przebaczania od 1980 roku, napisał ponad dwieście artykułów i wydał kilka książek na ten temat. W 1996 roku los – przewrotnie – postawił go w dramatycznej sytuacji – została zamordowana jego matka i musiał stanąć twarzą w twarz ze swoimi dotychczasowymi teoriami dotyczącymi wybaczania.

– Wybaczyłem mu – odpowiedział dziennikarzowi, spytany o mordercę. Dlaczego? Bo, jak mówi, jest chrześcijaninem, ale też dlatego, że z racji swojego zajęcia był lepiej przygotowany do wybaczenia. Wcześniej, gdy opanowała go wściekłość, uzmysłowił sobie, że i on jest skłonny do posiadania silnych emocji, moralnej słabości – to wyzwoliło w nim empatię do mordercy swojej matki. Nie nastąpiło to jednak od razu, to był proces, droga, na początku której stał na stanowisku, że takiej przewiny nie można wybaczyć.

Worthington twierdzi, że wybaczenie jest decyzją. Racjonalnym, konstruktywnym myśleniem, zastąpieniem emocji negatywnych pozytywnymi. Pomocne w tym mogą być wspomnienia dawnych i obecnych cierpień, empatia ze sprawcą (zrozumienie, dlaczego to zrobił), przypomnienie sobie, kiedy sami chcieliśmy, by nam przebaczono, świadome altruistyczne wybaczenie, a następnie trwanie w nim.

Twierdzi też, że nie ma człowieka, który by nie zawiódł się na sobie i nie skrzywdził kogoś. On sam potępiał się wiele lat za to, że nie zapobiegł, jako bliska osoba i jako psycholog, samobójczej śmierci brata, który nie poradził sobie z przeżyciami po śmierci matki. Wyrzucał sobie też, że jako starszy brat dokuczał mu, gdy oboje dorastali. Żyje z poczuciem, że nie jest już możliwe naprawienie błędów przeszłości. Ale czy sobie wybaczył? Tak, bo twierdzi, że nie ma krzywd, których nie można wybaczyć. Także sobie samemu.

Okaż sobie szczyptę łaskawości

Nie da się przejść przez życie, nie wyrządzając innym – mniej lub bardziej świadomie – krzywdy i nie ponosząc porażek. Nie jesteśmy idealni, nigdy nie będziemy – czas się z tym pogodzić.

Czas też przyjrzeć się swoim normom, standardom – czy nie są zbyt wyśrubowane? Czy są nasze, czy narzucone – przez wychowanie, szkołę, społeczeństwo? Racjonalne czy raczej trudne do osiągnięcia?

Może pora uznać, że nie jesteśmy tak dobrzy, jak byśmy chcieli się widzieć, i popracować nad zmianą, ale też zaakceptować, że jesteśmy wystarczająco dobrzy, wystarczająco odpowiedzialni. Z naszymi słabościami i ułomnościami. Przy czym wybaczenie wcale nie zwalnia z odpowiedzialności.

Chrześcijaństwo mówi o zadośćuczynieniu grzechom i – jak przyznają psycholodzy – taka praktyka może rzeczywiście dużo zdziałać. Jeśli nie możesz zadośćuczynić osobom, które realnie skrzywdziłaś, zrób coś dobrego dla innych. Rozpamiętywanie, złość, żal – mają negatywny wpływ na ludzki organizm, osłabiają układ odpornościowy, podnoszą ciśnienie krwi, stwarzając warunki do rozwoju ciężkich chorób. I niczego pozytywnego do życia nie wnoszą, nie rozwijają nas. Uznanie siebie takim, jakim się jest, to wyraz największej miłości. I najważniejszej – do samych siebie.