1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak na co dzień odnajdować sens życia?

Jak na co dzień odnajdować sens życia?

Jedną z dróg do odnalezienia sensu życia jest doświadczenie czegoś wartościowego. (Fot. iStock)
Jedną z dróg do odnalezienia sensu życia jest doświadczenie czegoś wartościowego. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Zamiast pytać o to, co jest sensem życia, lepiej wsłuchać się w pytania, jakie ma do nas konkretna sytuacja. - Życie jest warte tego, żeby żyć również wtedy, gdy nie jesteśmy szczęśliwi lub cierpimy - mówi austriacki profesor Alfried Längle, autor książki "Żyć z sensem".

W książce „Żyć z sensem” pisze pan, że potrzebujemy sensu w każdej sferze życia. Z moich rozmów z ludźmi wynika, że Polsce brakuje poczucia sensu głównie w sferze pracy, która jest przymusem. Ludzie są zatrudnieni na umowach śmieciowych, boją się bezrobocia, pracują kilkanaście godzin na dobę. Jaki jest sens życia w takiej pracy?
To ja też zacznę od pytań - co jest sensem życia? Czego oczekujemy od sensu istnienia? Czy sens życia ma przynieść rozwiązanie problemów, ułatwić coś, oddalić cierpienie? Czy chodzi o nadzieję, że gdy znajdę sens, nie będę cierpiał i to mi ułatwi życie? Czasem spotykam się z takimi oczekiwaniami dotyczącymi sensu, że będzie to wybawienie.

Myślę, że gdybyśmy mogli odnaleźć jakiś głębszy sens życia, to byłoby łatwiej zaakceptować tę sytuację. Ale może to nieprawda…?
To jest prawda, ale tymi pytaniami chciałbym zredukować nierealistyczne nadzieje. Jednak z drugiej strony sens jest koncepcją, która ma tyle potencjału, że może pomóc znieść prawie każdą sytuację. Tak jak powiedział Fryderyk Nietzsche „Ten, kto wie »dlaczego«, zniesie każde »jak«”.życia

Czyli to jest właśnie kluczowe pytanie: dlaczego?
Pytania o sens życia to są pytania „dlaczego?” oraz „po co?”. Co jest sensem życia? Po co mam coś robić? Ale także – dlaczego to jest dobre? Więc może pani zapytać ludzi, z którymi pani rozmawiała: po co to robisz? A oni odpowiedzą.

Żeby utrzymać rodzinę.
I to jest właśnie ten sens. Czasami to proste. Ale też bardzo trudne, ponieważ towarzyszy temu cierpienie, a sens od niego nas nie uwolni. Możemy znieść prawie każde „jak”, ale to „jak” może być straszne. Tak więc poczucie sensu nie uwalnia nas od cierpienia, ale wzmacnia, żebyśmy mogli sobie z nim poradzić, znieść je.

Viktor Frankl, pański nauczyciel, był więźniem w obozie koncentracyjnym i to sprawiło, że jego praca nad sensem – logoterapia – robi tak ogromne wrażenie.
Dobrze, że pani o tym wspomniała. On przemawia do nas jako świadek najgorszych form egzystencji, jakie można sobie wyobrazić. Stał się znanym na całym świecie przykładem, jak można poradzić sobie z taką sytuacją. Rozpocznijmy od niego, ponieważ to daje wyobrażenie, jak możemy odnaleźć sens w różnych sytuacjach życiowych. Frankl miał sens, który mu towarzyszył, gdy był w obozie. Miał nawet trzy sensy, które pozwoliły mu przetrwać. Jego pierwszym sensem była relacja.

Miał dla kogo żyć…
Chciał ponownie spotkać się ze swoją żoną, którą niedawno poślubił. Gdy znaleźli się w obozie koncentracyjnym, powiedział jej: „Proszę, obiecaj mi, tak jak ja tobie obiecuję, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy, żeby przeżyć, ponieważ bardzo chcę się z tobą znów spotkać i wziąć cię w ramiona”. To była ważna wartość w jego życiu. Jednak miał też dwie sytuacje kryzysowe, podczas których był tak zrezygnowany i tak osłabiony, że przestał jeść, chciał umrzeć. I wtedy pomogli mu przyjaciele, współwięźniowie, którzy przejęli za niego odpowiedzialność. Powiedzieli: „Masz zjeść tę zupę”. Dzięki ich zdecydowaniu zjadł. Inaczej umarłby. Może tak się w życiu zdarzyć, że się załamiemy, będziemy mieć depresję. Nawet najsilniejsze osoby czasami potrzebują pomocy innych, partnerów, rodziny, przyjaciół, ponieważ nie możemy samemu udźwignąć całego życia, zapominamy jaki jest sens życia.

A drugi sens?
Drugi sens to chęć kontynuacji swojego zawodu. Frankl był lekarzem, lubił swoją pracę i chciał napisać książkę o logoterapii. Żył więc też dla swojego zawodowego powołania, które było dla niego wielką wartością. Identyfikował się z tym. Trzeci sens odnalazł właściwie w obozie koncentracyjnym. Już przedtem był pełen szacunku wobec życia, a to jest dar, który ma wartość na poziomie duchowym. W obozie Frankl zaczął ponownie wierzyć w Boga. Wartość życia widział w odniesieniu do Boga i uznawał za jego dar. To również było to „po co”, dla którego wytrzymywał wszystko. Więc żona, praca życia i szacunek wobec życia, które prowadzi do Boga – to mu pomogło.

Nie chciałabym, żeby nasze czytelniczki odniosły wrażenie, że przywołując heroiczny przykład Viktora Frankla, umniejszamy ich problemy. Poszukiwanie tego, co jest sensem życia może być tak samo trudne, gdy nie głodujemy i nic bezpośrednio nie zagraża naszemu życiu.
Jaki jest sens życia w pracy, w warunkach, o których pani mówiła? Dla większości ludzi sens jest prosty – zarabianie na życie. Bo to życie jest warte zaangażowania, zainwestowania w jego utrzymanie. Żeby mieć co jeść, żeby poprawić warunki życia. Sensem może być również staranie się o lepsze wynagrodzenie, lepsze warunki pracy. Może potrzebny jest strajk, praca nad sytuacją społeczną, polityczną – to też potrafi stanowić sens dla wielu osób. Chodzi o to, żeby zobaczyć, co da się zmienić.

Nie wszyscy mają w sobie żyłkę działacza społecznego.
Sensem może być też pomaganie sobie nawzajem, rozmawianie ze sobą, staranie się o to, żeby dochodziło do dobrych spotkań. W miejscu pracy nie tylko zarabiamy, ale też nawiązujemy relacje czy dbamy o swój rozwój. Warto więc pomyśleć, co mnie interesuje, jak mogę połączyć moje zainteresowania z pracą, a w konsekwencji sprawić, żeby moja praca była bardziej interesująca. Wtedy zyskuje ona dodatkowy sens. Pomyślmy: w jaki sposób mogę wykazać się swoją kreatywnością? Jakie nowe procedury wypracować? Jaki może być mój osobisty wkład w firmę, w której pracuję? Nawet jeśli nie czujemy się w pracy spełnieni, możemy zacząć od tego, by spróbować wnieść w nią część siebie.

A jaki jest sens życia w innych niż praca sferach życia?
Frankl opisywał trzy główne drogi do odnalezienia sensu. Pierwsza to doświadczenie czegoś wartościowego, np. dobrego jedzenia, muzyki, filmu, spotkania, seksu. Druga droga to zrobienie, stworzenie czegoś wartościowego. To może być coś prostego, na przykład ugotowanie obiadu, posprzątanie, zmycie naczyń. Trzecia droga to jest wartość naszej postawy. Gdy nie mogę nic zmienić, mogę zmienić siebie, popracować nad sobą, nad moim głębszym rozumieniem, nad moją agresją, nad głębokim powiązaniem z życiem. Można wytrzymać trudne sytuacje z taką postawą: „Robię to dla mojego życia, z wielkiej miłości wobec niego, ponieważ życie jest ostateczną wartością”.

Na co dzień często o tym zapominamy.
A życie jest warte tego, żeby żyć również wtedy, gdy nie jesteśmy szczęśliwi lub cierpimy. Pamiętanie o tym może nas zmotywować do tego, żeby wytrzymać, dostrzec lub stworzyć inne możliwości i zmienić coś na lepsze. To też jest postawa sensowna względem życia. Ponieważ sens życia zawsze oznacza robienie czegoś tak, żeby wynikło z tego coś dobrego. To może być też pomoc w tym, żeby coś wartościowego nie zostało zniszczone. Możemy pomyśleć tak: „Moje życie mogłoby być lepsze, ale w tym momencie możliwe jest to, co jest. Muszę więc to utrzymać i poczekać na lepszy czas, na szansę, na pomoc, na nowy pomysł”.

Co jest sensem życia? Otwórzmy się na to, co się wydarzyło, mimo że nie rozumiemy dlaczego, i pomyślmy, czego ta sytuacja od nas chce. Życie jest najwyższą wartością. (Fot. iStock) Co jest sensem życia? Otwórzmy się na to, co się wydarzyło, mimo że nie rozumiemy dlaczego, i pomyślmy, czego ta sytuacja od nas chce. Życie jest najwyższą wartością. (Fot. iStock)

W książce „Żyć z sensem” pisał pan o mocy pytań. Jakie mogłyby być te pytania na przykład względem trudnej pracy?
O co mnie życie pyta w tej sytuacji? Zobaczenie konkretnego zdarzenia jako pytania od życia i znalezienie własnej odpowiedzi to właśnie odnalezienie sensu. Gdy mamy rodzinę, dzieci, sensem może być zarabianie pieniędzy, ale również coś znacznie więcej – utrzymanie relacji z dziećmi, z partnerem, ze sobą. Myślisz: „Pomimo trudnej sytuacji próbuję żyć w taki sposób, żebym mógł być zadowolony z siebie, żeby moje dzieci mogły się czegoś nauczyć w kontekście przeżywania swojego życia”. Rodzice są wzorem dla swoich dzieci, więc posiadanie dzieci to również zadanie, które wiąże się z tym faktem. Zatem: Jak możemy się zachowywać, żeby dzieci nas kochały i uczyły się od nas? Żeby były dumne z rodziców? W sytuacjach związanych z pracą ważne jest, żeby jasno spojrzeć na to, co tam się dzieje. Jeśli np. szef sprawia niektórym ludziom w zespole cierpienie, może jesteśmy pytani przez tę sytuację o to, czy chcemy interweniować? Działać tak, żeby szef wiedział, że to nie jest właściwe. Jeśli jesteśmy zmuszeni do tego, by pracować po godzinach, to może nasza praca musi zostać skończona, żeby zapobiec na przykład zniszczeniu czegoś. Codziennie stykamy się z sytuacjami, które wymagają od nas, żebyśmy coś zrobili, wnieśli swój wkład, coś dobrego. Żeby coś stało się lepsze dzięki nam. To są te egzystencjalne pytania, które prowadzą nas do sensu – gdy czujemy się pytani, gdy czujemy, że jesteśmy potrzebni, że powinniśmy coś zrobić, a nie czekać, aż inni zrobią. Możemy wiele rzeczy zmienić na lepsze, jeśli pozwolimy sobie być pytanymi przez sytuacje: „A ty, czy będziesz siedział cicho? Czy mógłbyś się zaangażować?”.

Trzeba więc wyrobić w sobie nawyk zadawania takich pytań, pytań o to, jaki jest sens życia…
Jedną z największych przeszkód w odnalezieniu sensu w życiu jest myślenie, że to nie ja powinienem coś zrobić, bo jestem kimś lepszym, bo jestem ponad to. Ja, gdy przechodzę przez ulicę i widzę ślimaka, podnoszę go i odkładam w bezpieczne miejsce. Mam takie uczucie, że robię coś dobrego dla świata. I to daje mi radość. Wielu ludzi powiedziałoby: „Jako profesor nie powinieneś tego robić”. Ale gdy jesteśmy uważni, stajemy się pokorni i gotowi służyć innym. Drugą przeszkodą jest to, że nie chcemy robić takich drobnych rzeczy, bo to dla nas niewystarczające, chcemy więcej. Ale jeśli ludzie są gotowi zrobić coś bardzo małego, być pokorni, otwierają drzwi do pełnego sensu, do bogatego życia.

Pokora, uważność... Czego jeszcze potrzebujemy?
Zaufajmy intuicji. Na przykład najlepsze, co czytelniczka naszej rozmowy może zrobić, to czytać dalej. Ale jeśli nagle zapłacze jej dziecko, najlepsze, co będzie mogła zrobić, to przestać czytać i pójść do niego. Intuicyjnie czujemy, o co jesteśmy pytani przez daną sytuację, do czego wzywani. Ale czasem potrafimy zafiksować się na jakiejś sytuacji życiowej, np. pozostając w relacji, którą trudno nam zakończyć, ponieważ łączy nas tyle wspólnych rzeczy: dom, dzieci, a także psychiczne uzależnienie – możemy mieć uczucie, że to nie ma sensu. To sygnał, że kontynuowanie tej relacji nie doprowadzi nas do wartościowego życia. Spróbujmy to zmienić. Brak sensu i związane z nim cierpienie mogą być bardzo motywujące, bo pomagają nam przezwyciężyć ograniczenia. Są wskazówką, żeby zmienić kierunek życia. Ale dla niektórych osób taka wolta jest trudniejsza niż doświadczanie cierpienia, związane z pozostawaniem w relacji. Jeśli nie możemy tego zrobić samodzielnie, skorzystajmy z pomocy – przyjaciół, psychologa, księdza.

Jest jeszcze jeden sens – samego życia.
Tak. To fundamentalne pytania: Dlaczego się urodziłem? Dlaczego istnieję? Jaki sens życia - mojego życia? Ten ontologiczny sens – w odróżnieniu od sensu egzystencjalnego – nie zależy od nas. Jeśli zostaliśmy stworzeni przez Boga, to istnieje jakiś sens, który miał Bóg, gdy nas tworzył. Ale nie możemy być pewni tego sensu, jedynie szukać go w religii lub filozofii. Ja mam przeczucie, że taki sens istnieje, jednak nie mogę tego wiedzieć na 100 procent. Ale mogę w to wierzyć. Ontologiczny sens tego, co tworzy człowiek, np. samochodu czy filiżanki, znamy, ale sensu tego, co nie zostało stworzone przez ludzkie istoty, nie możemy poznać. Więc na przykład nie wiemy, dlaczego istnieje HIV, ponieważ nie my go stworzyliśmy.

Gdy zastanawiamy się nad sensem chorób, które dotykają nas lub naszych bliskich, nad sensem katastrof czy klęsk żywiołowych, stajemy się bezradni...
Frankl miał świetny pomysł, jak radzić sobie z tym ontologicznym sensem tak, żeby człowiek był w stanie go zrozumieć. Musimy te pytania odwrócić. Ktoś zastanawia się, dlaczego zachorował na raka, ktoś inny, dlaczego żyje samotnie i nie może znaleźć partnera, jeszcze inny, dlaczego moje dziecko umarło. Nie możemy odpowiedzieć na te pytania. Frankl zaproponował, żeby zmienić je na pytania z poziomu egzystencjalnego. Otwórzmy się na to, co się wydarzyło, mimo że nie rozumiemy dlaczego, i pomyślmy, czego ta sytuacja od nas chce. I pamiętajmy o życiu, które jest najwyższą wartością. To ja też zacznę od pytań. Czego oczekujemy od sensu istnienia? Czy sens ma przynieść rozwiązanie problemów, ułatwić coś, oddalić cierpienie? Czy chodzi o nadzieję, że gdy znajdę sens, nie będę cierpiał i to mi ułatwi życie? Czasem spotykam się z takimi oczekiwaniami dotyczącymi sensu, że będzie to wybawienie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Zakochujemy się, dorastamy, rozwodzimy, ktoś bliski umiera. Jak kształtują nas przełomowe momenty w życiu?

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Dorastamy. Wybieramy szkołę. Zakochujemy się. Zostajemy rodzicami, pracownikami. Ktoś bliski umiera, ktoś nas rani. Zmieniamy pracę. Rozwodzimy się. Idziemy na emeryturę. W tych przełomowych momentach gorączkowo szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Zwracamy się wtedy do wszystkich, tylko nie tu, gdzie mamy najbliżej, czyli do siebie samych.

Anna, dziennikarka, 42 lata, na podwójnym zakręcie: zwolniona z pracy, w trakcie rozwodu. Załamana, pełna lęków. Lamentuje: – Jak tu teraz żyć, jak wychowywać syna, bez pracy, sama jak palec. Radzi się przyjaciół i rodziny.

W odpowiedzi słyszy: „Żadnych kompromisów, graj twardo, wnoś o rozwód z jego winy, o alimenty dla syna i siebie”. Więc Anna walczy, choć bez przekonania. Końca sprawy nie widać. Usilnie szuka też pracy. Wysyła setki CV, chodzi od redakcji do redakcji, od prawnika do terapeuty. Bez skutku. Zaczyna wątpić, czy nadaje się do zawodu. Powtarza na prawo i lewo: – Skoro po raz trzeci z rzędu tracę pracę, to coś ze mną chyba nie tak. Skoro mąż mnie rzucił dla innej, to znaczy, że jestem mało warta. Coraz więcej pije, coraz mniej rozumie, co się z nią dzieje.

Kasia, 19 lat, świeżo upieczona maturzystka w jednym z renomowanych warszawskich liceów. Pięć przedmiotów na poziomie rozszerzonym zdanych na 90–100 procent. Może dostać się na wszystkie kierunki: od politechniki, przez prestiżowe studia na SGH, po uniwersytet. Tuż po ogłoszeniu wyników siedzi i rwie sobie włosy z głowy: Co wybrać, jaki kierunek ma przyszłość? Wydzwania do przyjaciół, krewnych i znajomych. Ktoś pyta: „a co chciałabyś robić?”. Milczenie. Kasia nie wie. Od pierwszej klasy była prymuską ze wszystkich przedmiotów. W liceum trafiła na świetnego geografa, więc polubiła geografię. Takiego kierunku jednak nie wybierze, bo co może potem robić. Po kilku dniach nerwówki wybiera elitarne międzywydziałowe studia matematyczne na UW. Ale szczęśliwa nie jest. No bo może powinna pójść na prawo, iberystykę albo SGH...

Zaplątani w sieci

Większość z nas, tak jak Anna i Kasia, w trudnym momencie życia rozgląda się za podpowiedziami: Jakie rozwiązanie wybrać? Do jakich drzwi zapukać? Kogo zapytać? Po jakie książki sięgnąć? Odpowiedzi szukamy na ogół na zewnątrz. I nic w tym dziwnego, nasze zmysły są bowiem nastawione na percepcję świata zewnętrznego. A poza tym – żyjemy w sieci zależności, zaplątani w niej niczym muchy, bez możliwości wydostania się z pułapki. Ważniejsze staje się dla nas to, co sądzą, co myślą i czują inni, niż to, co sami czujemy i myślimy. A to oznacza, że jesteśmy pozbawieni łączności ze sobą. Ale, co ciekawe, ta łączność kiedyś istniała. Jako dzieci byliśmy bardzo silnie zespoleni i ze swoim ciałem, i ze swoimi emocjami. Jak się cieszyliśmy, to całym sobą. Jak płakaliśmy, to do ostatniej łzy. Jak czegoś nie lubiliśmy, to otwarcie to komunikowaliśmy.

Gdzie się podziały tamte reakcje? Oduczyliśmy się ich w procesie socjalizacji. Nauczyliśmy się natomiast czegoś innego – jak ukrywać szczere myśli i uczucia. Efekt? Jako dorośli zwracamy uwagę przede wszystkim na to, co na zewnątrz: co kto o nas pomyśli, jak oceni, czy kogoś zadowolimy, czy wpasujemy się w obowiązujące trendy i kanony.

Dokąd prowadzi ten proces? Do miejsca, w którym właściwie nas nie ma, istnieje tylko świat zewnętrzny. Już nie słyszymy wtedy sygnałów płynących z głębi naszego ciała ostrzegających, że coś nam uwiera, tylko pędzimy za głośnymi sygnałami z zewnątrz. Już nie wiemy, czego chcemy, co czujemy. Z czym nam dobrze, a z czym źle. Już nie mamy dostępu do tego, co nam w duszy gra. A ten dostęp jest warunkiem naszego zdrowia, szczęścia, życiowej harmonii.

Po burzy przychodzi spokój

To zachęta do zajrzenia pod te wszystkie warstwy, którymi obrośliśmy. Do posłuchania swoich myśli. Odczucia swoich prawdziwych emocji. Zrozumienia siebie. Dlaczego to takie ważne? Bo w przełomowych momentach, w których radykalnie zmienia się nasze życie, nie umiemy rozpoznać swoich prawdziwych preferencji, nie wiemy, co się z nami dzieje ani jak postąpić. Bywamy wtedy zaskoczeni, zdezorientowani, wylęknieni. Jak to? Dzieci wyprowadzają się z domu? Rodzice umierają? Firma upada? Zapominamy o tym, że życie to nieustanna zmiana. A zapominamy między innymi dlatego, że jesteśmy totalnie odcięci od przyrody, która przecież nieustannie pozostaje w ruchu.

Rytm zmian biologicznych to proces niezatrzymywalny, a my też jesteśmy systemem biologicznym i też podlegamy tym zmianom. Tymczasem próbujemy je zatrzymać. Nawet jak w przełomowych momentach strasznie nam źle, niewygodnie, duszno, bronimy się przed zrobieniem kroku naprzód.

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Wieje, leje, błyska się, grzmi. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. Oczyszcza się atmosfera. Otwiera przestrzeń na nowe. Nabywamy nowych kompetencji. Otwieramy drzwi do innych obszarów życia. Poprawiamy jego jakość. Co nie znaczy, że odtąd nasze życie będzie lepsze. Nie będzie ani lepsze, ani gorsze, może być natomiast bogatsze. Dzięki zmianie możemy więcej dowiedzieć się o świecie i zobaczyć to, czego dotąd nie dostrzegaliśmy. To paradoks – im więcej widzimy, tym bardziej „znikamy”. Im więcej zobaczymy w sobie, tym bardziej jesteśmy ciekawi tego, co na zewnątrz.

Zmiana daje niesamowitą możliwość konfrontacji ze swoimi słabościami, cieniami. Bo w codziennym życiu bazujemy na mocnych stronach, na kompetencjach. Kiedy natomiast przechodzimy przez zmianę, ujawniają się wszystkie nasze słabości. Ale one też nas określają i sprawiają, że ten „obraz” (czyli życie) widzimy w całej pełni, dokładniej. Dlatego tak ważne jest przechodzenie przez ów próg, ten moment podnoszenia nogi. Kiedy bowiem stawiamy ją już po drugiej stronie, kasujemy wiele ujawnionych słabości. I dobrze, bo słabe strony nie będą nas dołować. Ale warto pamiętać, że też się z nich składamy.

Bywa, że dopiero w czasie radykalnej zmiany po raz pierwszy nawiązujemy kontakt ze sobą na jakimś poziomie. Tak jak Joanna, młoda, wykształcona, piękna i w dodatku kobieta sukcesu. Gdy zaszła w ciążę, przyznała: – Nigdy wcześniej nie czułam, że żyję w ciele. Mimo że uprawiałam sporty, chodziłam do kosmetyczki i bardzo o siebie dbałam. Czuję to dopiero teraz, kiedy jestem ociężała, boli mnie kręgosłup i puchną nogi. Wcześniej byłam skoncentrowana na tym, że muszę dobrze i młodo wyglądać. Teraz wiem, że to oczekiwanie nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem. Uświadomiła mi to dopiero ciąża.

Tymczasem ludzie boją się zmiany. Uciekają w chorobę, w nałogi, w wirtualny świat. Wmawiają sobie, że nic się nie zmienia, podczas gdy wszystko wokół staje się inne. Zużywają przy tym dużo energii na zakłamywanie rzeczywistości, co może być niebezpieczne dla psychiki, bo z jednej strony mają poczucie, że nie jest tak, jak starają się sobie wmówić, a z drugiej – to poczucie zagłuszają.

Dlaczego opieramy się zmianom?

Między innymi dlatego, że nie potrafimy spojrzeć na siebie z pozycji obserwatora. Tak kurczowo trzymamy się tego, co zbudowaliśmy, tak mocno jesteśmy przywiązani do wysiłku, jaki włożyliśmy, żeby znaleźć się w tym momencie i w tym miejscu, że na nic innego nie chcemy się otworzyć. Za tą niechęcią skrywa się lęk, żal do rzeczywistości, do ludzi, że przecież tyle zainwestowałam, a tu nagle przychodzi jakiś koniec.

Naciski zewnętrzne, żebyśmy się zmienili, nic nie dadzą. Im większa presja, tym bardziej rośnie opór. Zmniejszy się dopiero wtedy, gdy presja zmaleje, a podskoczy wewnętrzna motywacja. Jak ją wykrzesać? Po pierwsze – spróbować spojrzeć na siebie z możliwie wszelkich stron, perspektyw i zadać sobie pytania: Gdzie jestem? Co na tej zmianie tracę, a co zyskuję? Co mi otwiera, a co blokuje? Czyli przygotować się do niej niejako „operacyjnie”. Czasem, owszem, uznajemy, że zmiany są konieczne, ale nie poprzedzamy ich żadną refleksją, tylko od razu je wprowadzamy. No a później okazuje się, że w naszym życiu zapanował jeszcze większy bałagan.

Decyzję o zmianie dobrze więc poprzedzić sprawdzeniem swoich zasobów, siły, predyspozycji. Bo człowiek przygotowujący się do nowego zadania jest jak aktor pracujący nad rolą. Aktor, zanim wystąpi na scenie czy w filmie, czyta scenariusz, myśli o bohaterze, którym się stanie, ma próby z innymi aktorami. Nie wskakuje w rolę od razu. Gra dopiero wtedy, gdy czuje się przygotowany, gdy pozna świat, w którym przyjdzie mu funkcjonować.

My też powinniśmy przygotować się do nowej roli. A ponieważ żyjemy nie tylko „indywidualnie”, „w sobie”, ale też w relacjach, niejako w układzie współrzędnych – dobrze jest zastanowić się, czy nasz system nas wesprze, czy wprost przeciwnie – będzie nas blokował. I trzeba pogodzić się z tym, że czasem niektóre relacje muszą odejść, że niemożliwe będzie ich utrzymanie. Umiejętność rezygnacji to też wielka sztuka.

Jedną z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych zmian w życiu jest moment, kiedy stajemy się rodzicami. Siła dziecka, ale i jego słabości biorą często swój początek właśnie w wychowaniu. Od nas, rodziców, zależy bardzo dużo, na przykład tak zwane style przywiązania dziecka. Może ono, przy naszym współudziale, wykształcić patologiczny albo zdrowy styl przywiązania. Czyli myśleć o życiu jak o walce albo jak o przygodzie, być wrogo nastawione do ludzi albo traktować ich po partnersku. Właśnie dlatego warto przed decyzją o powołaniu na świat dziecka uważnie przyjrzeć się sobie. Czy jesteśmy gotowi wyjść poza swoją pierwszoplanową rolę? Czy potrafimy zrezygnować ze swojej wolności i niezależności? W ogóle warto przyglądać się sobie w każdej sytuacji.

Mój własny scenariusz

Ktoś może mieć obawy, czy zagłębianie się w sobie nie trąci egoizmem. Nie – jeśli czas i energia poświęcone ćwiczeniu „mięśnia” JA są zrównoważone ćwiczeniem innego ważnego „mięśnia” – MY. Wtedy rozwijamy się harmonijnie. (Równowaga, harmonia to w rozwoju osobistym słowa klucze). Natomiast większość z nas wręcz ucieka od ćwiczenia JA. To tak, jakby używać jednej nogi, podczas gdy ma się do dyspozycji dwie.

Kolejnym naszym grzechem jest życie w nieświadomości tego, co się z nami dzieje, jakie są przyczyny naszych stanów, jakie łączą nas relacje z ludźmi i ze sobą. Zagłębianie się w swoje wnętrze nie służy tylko nam. Daje dużo także innym. Kiedy stajemy się świadomi siebie, jesteśmy bardziej tolerancyjni, bardziej otwarci na inność, akceptujący. Potrafimy rezonować nawet ze swoimi wrogami. Nawiązujemy z nimi niesłychaną nić porozumienia, współbrzmienia, jak gdyby mówimy swoim zachowaniem: „Wrogu, ty też jesteś częścią mnie, odnajduję w tobie to, czego nie lubię, i przez to dowiaduję się czegoś o sobie”.

To nie znaczy, że ludzie świadomi siebie nie mają problemów. Mają, ale żyją pełnią swojego potencjału. A gdy się tak żyje, można zrozumieć każdego człowieka. I nie oceniać innych, nie przyklejać im etykietek, tylko zastanowić się, co doprowadziło ich do takiego stanu. Często zapracowuje na to całe społeczeństwo. Bycie w rezonansie z innymi powoduje, że łatwiej dochodzi do wymiany energii i umiejętności. Patrzymy na świat inaczej, ale możemy o tym rozmawiać. Świadome życie owocuje we wszystkich relacjach, także między rodzicami a dziećmi. Zdrowa wymiana zawsze jest dwukierunkowa: dajemy, ale i bierzemy.

Bardzo łatwo skopiować czyjś scenariusz na życie. Efekt może być jednak opłakany – nie osiągniemy tego, o co nam chodzi, choć będziemy mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko. Dlatego piszmy, mniej lub bardziej udolnie, ale po swojemu. Wykorzystując swoje mocne strony, ale i ze świadomością słabych. Od czego zacząć? Od spojrzenia w głąb siebie, w każdej sytuacji i na każdym etapie życia.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Nie żałować ani chwili

Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Tak naprawdę powinniśmy mieć w życiu jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza. (Fot. iStock)
Co powiemy dzieciom, gdy zapytają: „Po co i jak mamy żyć, skoro umrzemy?”. Jeśli zajrzymy w swoje serce, być może odpowiedź pojawi się natychmiast; być może powiemy o niezliczonych radościach życia, o pięknie przyrody, o szczęściu obdarzania innych przyjaźnią i miłością, o kochaniu czegoś najgłębiej i o pozostawieniu świata w lepszym stanie niż dotychczas.

„Kiedy poznałem, co to słabość, perspektywa śmierci, cierpienia, strachu, otworzyły mi się oczy na nieskończone bogactwo życia i miłości. Wszystkie moje poprzednie priorytety legły w gruzach. Co zaskakujące – poczułem się znacznie szczęśliwszy niż przedtem”.

To są słowa lekarza Davida Servana-Schreibera po tym, jak zdiagnozowano u niego raka mózgu (z książki „Można żegnać się wiele razy”). Stan, w którym się znalazł, nazywa wprost cudownym. Chciałby, aby każdy z nas mógł doświadczyć czegoś podobnego, oczywiście, bez konieczności operacji mózgu.

Jego życie zmieniło się nie do poznania. Przede wszystkim odkrył swoją misję: uczyć ludzi, jak żyć w zgodzie z naturą, czyli dobrze się odżywiać, dbać o ciało, aktywność fizyczną, wewnętrzną harmonię i spokój, kochać, być wdzięcznym. Napisał o tym książkę „Antyrak”, którą przeczytały miliony ludzi. Miał się czym dzielić: jego choroba cofnęła się. Przez kolejne lata jeździł po świecie z wykładami niosącymi nadzieję: możemy stymulować naturalne mechanizmy obronne organizmu, w każdym z nas istnieje źródło siły; możemy być zdrowi. Co stymuluje naturalne mechanizmy obronne? Więzi – rzecz najwyższej wagi – twierdzi David Servan-Schreiber. Chodzi o fundamentalną zasadę, że życie jest wyrazem relacji w ramach społeczeństwa, a nie zbiorem celów, do których dążą różni ludzie.

Tak naprawdę jest jeden cel – to działanie na rzecz dobra tych, którzy żyją z nami, radosne dbanie o innych i o wszystko, co nas otacza.

W pewnym momencie poczuł ogromne zmęczenie. Przyjaciele mówili: „Uważaj na siebie…”. Stosował wszystko, co zalecał w książce „Antyrak”, z wyjątkiem jednego: pracował bez wytchnienia, bez odpoczynku. Ignorował podstawowe potrzeby, takie jak sen, regularny rytm dnia i regularnie jadane posiłki. Podróże, zmiany stref czasowych i klimatycznych, zbyt wiele stresu wyczerpało zasoby sił, guz odnowił się. „Jednym z najważniejszych sposobów ochrony przed chorobą jest zachowanie wewnętrznej równowagi, spokoju. Nie udało mi się to. Nie umiałem pozostać blisko natury i naturalnych rytmów” – napisał w książce „Można żegnać się wiele razy”.

David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons) David Servan-Schreiber: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. (Fot.Wikimedia Commons)

Zmarł, mając niewiele ponad 50 lat. Przed śmiercią bracia zadali mu pytanie: „Gdyby powiedziano ci, że kontynuując taki tryb życia, doprowadzisz do nawrotu choroby, czy żyłbyś inaczej?”. Odpowiedział z całą szczerością: „Nie. Wolę takie życie, które wiodłem, nawet jeśli doprowadziło mnie na skraj przepaści. Kiedy wracam do minionych lat, czy mogę zapomnieć, jak bardzo lubiłem swoją pracę, ile satysfakcji mi dostarczała?”. David robi bilans: poznał, co to miłość, ma żonę, dzieci i wyjątkowych przyjaciół, zostawił po sobie ślad. Pisze: „Gdybym żył do osiemdziesiątki, nie zrealizowawszy żadnego z moich marzeń ani aspiracji, to dopiero byłaby udręka”. Ten niezwykły lekarz mówi: „Moje życie było tak sensowne, że nie żałuję ani chwili; wobec tego, ile dałem innym, nie ma znaczenia, że odchodzę tak młodo”. W jego historii skupiają się wszystkie pozytywne przesłania i odkrycia na temat tego, co może chronić nas przed trwogą, rozpaczą czy lękiem wobec przemijania.

W pełni

Te prawdy są w nas. Gdy zaglądamy w głąb siebie i słuchamy cichego, jednak pełnego żaru głosu serca, sens i znaczenie naszego życia wyłaniają się z całą jaskrawością. Amerykański psychoterapeuta Irvin D. Yalom napisał niezwykłą książkę na ten temat. Nazywa się „Patrząc w słońce. Jak przezwyciężyć grozę śmierci” i jest zapisem relacji z praktyki pomocy psychoterapeutycznej, której udziela ludziom mierzącym się z podstawowym pytaniem: Skoro muszę umrzeć, jaki sens ma moje życie? Odpowiedź na to pytanie wydaje się absolutnie kluczowa. Albert Einstein jest autorem wielu inspirujących myśli. Jedną z nich jest ta: „Człowiek, który uważa swe życie za pozbawione sensu, jest nie tylko zwyczajnie nieszczęśliwy, ale i niezdolny do życia”. Doktor David Servan-Schreiber pisze, że mamy w sobie podstawowy zestaw pytań: Co zrobiłam i robię dobrego, właściwego i pożytecznego? Czy ustaliłam właściwe priorytety? Czy życie, które tworzę, ma wartość? Czy warto je kontynuować w takiej formie jak dotychczas?

Podczas rozmów z doktorem Yalomem ludzie dokonują następujących odkryć: To, co ważne, co ma sens, jest tworzeniem życia pełnego zaangażowania, bliskich relacji, znaczenia i samorealizacji. Rezygnowaniem z robienia czegoś, czego tak naprawdę nie chcemy robić. Gotowością do podejmowania ryzyka, aby wybierać to, co czujemy, że jest naszym przeznaczeniem, powołaniem czy misją. Gotowością przekraczania siebie poprzez obejmowanie świadomością całego spektrum życia, którego jesteśmy częścią; widzenie i rozumienie połączeń, relacji, wpływów, przekształceń i transformacji. Budzenia się do wyższej świadomości, do spokoju i radości. Z tych rozmów wynika, jak pisze Yalom, że istnieje ścisły związek pomiędzy lękiem przed śmiercią a poczuciem nieprzeżytego życia. Żyj pełnią życia – to podstawowe wskazanie. Jak poznać, czy żyjemy pełnią? „Niczego nie żałuję” – napisał doktor David Servan-Schreiber. Czy możemy tak powiedzieć? Jeśli nie możemy, pójdźmy dalej: Z jakich powodów nie przeżywam swojego życia dobrze? Czego w nim żałuję? Czego w nim brakuje? Co mogę zrobić już dziś, aby za rok czy za pięć lat, patrząc wstecz, nie wpadać w podobną konsternację z powodu nowych żalów? Jest tu jednak ważna kwestia: nie zajdzie żadna pozytywna zmiana, dopóki przywiązujemy się do myśli, że mamy żyć dobrze z powodu, który jest poza nami. Dopóki przerzucamy odpowiedzialność na innych, nie wyjdziemy z impasu. Zmiana zaczyna się od myśli: „Ja i tylko ja odpowiadam za kluczowe aspekty mojej życiowej sytuacji i tylko ja dysponuję mocą, która może je zmienić”.

Jak kręgi po wodzie

Okazuje się, że głęboko w nas tkwi pragnienie, by pozostawić po sobie ślad. Każdy z nas tworzy, często bez świadomej intencji czy wiedzy, kręgi wpływu, które mogą oddziaływać na innych latami, a nawet przechodzić z pokolenia na pokolenie. Kojąco może działać świadomość, że będziemy istnieć poprzez nasze „dzieła”: dzieci, książki, które napisaliśmy, instytucje, działalność społeczną. Że pozostawimy po sobie część doświadczenia, cechy, które miały wpływ na innych; wpływ, który rozszedł się jak kręgi po wodzie. Pragnienie, by dać innym coś wartościowego, pozostawić po sobie coś, co przetrwa dłużej niż my sami, to potężna podbudowa dla sensu życia pomimo przemijania.

„Kiedy tracimy kogoś bliskiego, kochaną osobę, coś z tego, co nam przekazała, nadal żyje w nas i nas inspiruje, pisze David Servan-Schreiber. Nasi zmarli żyją w naszych sercach. Ta forma »nieśmiertelności« daje mi najwięcej pocieszenia”. Zwierza się, że lubi myśleć, iż za każdym razem, kiedy jego ukochani poczują pieszczotę wiatru na twarzy, wtedy pomyślą, że wraca, by ich ucałować.

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.