1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Parentyfikacja – co to jest? Jak sobie radzić jako dorosłe dziecko niedojrzałych rodziców?

Parentyfikacja – co to jest? Jak sobie radzić jako dorosłe dziecko niedojrzałych rodziców?

Część z nas miała rodziców, którzy nie udźwignęli swojej roli. Zagubieni, straumatyzowani, niedojrzali, oczekiwali wsparcia albo wręcz opieki. Takie odwrócenie ról znane jest pod terminem parentyfikacji. (Fot. iStock)
Część z nas miała rodziców, którzy nie udźwignęli swojej roli. Zagubieni, straumatyzowani, niedojrzali, oczekiwali wsparcia albo wręcz opieki. Takie odwrócenie ról znane jest pod terminem parentyfikacji. (Fot. iStock)
Część z nas miała rodziców, którzy nie udźwignęli swojej roli. Zagubieni, straumatyzowani, niedojrzali, oczekiwali wsparcia albo wręcz opieki. Takie odwrócenie ról znane jest w psychologii pod terminem parentyfikacji. Jak sobie radzić z nią w dorosłym życiu? Rozpoznanie tego uwikłania to niezwykle ważny krok ku autonomii i wolności. 

Dziecko, które opiekuje się rodzicami czy wyręcza ich w obowiązkach, postrzegane jest przez wielu jako dzielne, wyjątkowe. To ratownik, siłaczka... Potrafi stawić czoło niemałym wyzwaniom: ugotować obiad, zadzwonić po karetkę, zrobić zakupy, zająć się młodszym rodzeństwem, otrzeć matczyne łzy. O takich dzieciach mówi się najczęściej z podziwem dla ich oddania, gorliwości, umiejętności, tego, jak sobie radzą. Tylko czy w tych gloryfikujących samodzielność przekazach jest refleksja nad ceną, jaką one muszą za to zapłacić, zmagając się z problemem parentyfikacji w dorosłym życiu?

Ch(w)ała bohaterom w walce z parentyfikacją

Powiedzmy sobie jasno: parentyfikacja emocjonalna odbiera dzieciom ich dzieciństwo. Okalecza ich psychikę. Co prawda w dorosłym życiu takie osoby wciąż mogą być postrzegane jako zaradne, silne, może nawet niezłomne, ale to kolos na glinianych nogach. Brakuje im podstawowego wyposażenia na życie: poczucia bezpieczeństwa, akceptacji, miłości. Za to często jest wstyd, niskie poczucie wartości, ból. I przymus, by zdobyć czyjeś względy przez kolejne wysiłki, osiągnięcia (a nuż tym razem się uda). Często brakuje też wyczucia miary, granic, świadomości własnych potrzeb, może nawet kontaktu z rzeczywistością... Charakterystyczne jest chroniczne napięcie, rodzaj wyczekiwania. Katarzyna Schier, psycholożka i autorka książki „Dorosłe dzieci”, tłumaczy to pewnymi funkcjami regulacyjnymi, jakie bierze na siebie dziecko. Całkowicie zależne od rodziców, zrobi wszystko, by zaspokoić najpierw ich potrzeby. Będzie wręcz monitorować nieustannie ich stany emocjonalne; sprawdzać, co można dla nich zrobić. Tak w procesie parentyfikacji traci się siebie, nawet jeśli po drodze zostaje się herosem.

Opisując zjawisko parentyfikacji, objawy i jej przyczyny, Katarzyna Schier przywołuje dwie bardzo znane w naszej kulturze opowieści, dwoje bohaterów. Pierwszy to mityczny Herakles, syn Zeusa, który od najmłodszych lat wyznaczany był przez ojca do wielkich zadań: pośredniczenia w sporze między boskimi małżonkami, obrony Olimpu przed gigantami. Potem było jeszcze trudniej. Wiadomo: „Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze/ Ten młody zdusi Centaury”... Odważny, mocarny, wytrwały, Herakles bywał też nieobliczalny. Dość powiedzieć, że w przypływie szału zamordował trzech synów. Druga bohaterka to Kopciuszek. Czy trzeba przypominać, jak ta półsierota troszczyła się o macochę i przyrodnie siostry, z jakim oddaniem prowadziła dom i jak była w tym osamotniona?

„Dzieci, które podejmują rolę dorosłych, bo ci z niej abdykowali, i robią to w sposób intensywny, ciągły i niezauważalny, są we własnym domu w pracy” – twierdzi Bruce Lackie z Uniwersytetu w Maine, wyjaśniając, jak kształtuje się parentyfikacja. Co ciekawe, w tej samej rodzinie nie wszystkie dzieci podlegają parentyfikacji. Objawy najszybciej dotykają najstarsze dziecko, które rodzice najczęściej „wybierają” na swojego opiekuna, zwłaszcza jeśli to wrażliwa, z empatią reagująca na ich potrzeby dziewczynka. Gdy wybór padnie na chłopca, jest duże prawdopodobieństwo, że stanie się on powiernikiem matki albo będzie „zarabiał na chleb”. Zdaniem psycholożki dziecko może się opiekować dorosłym w dwóch podstawowych obszarach: egzystencjalnym, inaczej instrumentalnym (czyli stricte praktycznym), oraz emocjonalnym. W pierwszym przypadku zajmuje się zdrowiem rodziny, domem, kwestiami finansowymi czy administracyjnymi. W drugim bywa pocieszycielem, rozweselaczem, terapeutą, doradcą, mediatorem, sędzią. Ale też kozłem ofiarnym, kontenerem na trudne emocje, a nawet partnerem (co sprzyja nadużyciom seksualnym).

Nie da się ukryć: parentyfikacja jako patologiczne odwrócenie ról w rodzinie to forma przemocy, choć nie zawsze jest tak postrzegane. Mało tego: z taką utajoną przemocą zwykle trudniej sobie poradzić – twierdzi Schier. Na zewnątrz przecież rzecz może wyglądać bez zarzutu. Dziecko musi więc pomieścić w świadomości sprzeczne obrazy. Chyba nie trzeba dodawać, że parentyfikacja w dorosłym życiu prowadzi zazwyczaj do traumy. Do rozszczepień. Cierpi psychika: nadużyte w ten sposób osoby zmagają się w dorosłym życiu z uczuciem braku, z poczuciem winy (bo jak tu postawić siebie na pierwszym miejscu?), mają skłonność do popadania w depresję. Cierpi ciało: silne napięcia wywołują na przykład dolegliwości psychosomatyczne. Można też odczuwać wyczerpanie, stracić kontakt ze swoją seksualnością, zmysłowością. „Opuścić” ciało, nie lubić go. Cierpią relacje: trudno w nich o równość, o zaspokojenie własnych potrzeb, zbyt silny jest przymus opiekowania się, odpowiedzialność za innych. Jednocześnie w przypadku parentyfikacji może się ujawniać część roszczeniowa – wygłodniała, nastawiona tylko na branie. A emocje? Cóż, często trudno je rozpoznać, uświadomić sobie, odróżnić jedną od drugiej (czy oddzielić od stanów fizjologicznych), a co dopiero opisać, wyrazić. Katarzyna Schier mówi o ryzyku aleksytymii, czyli braku słów dla emocji. Niektórzy nazywają tę przypadłość analfabetyzmem emocjonalnym.

Gdzie jest Ja?

Zdaniem francuskiej psychoterapeutki Gisèle Harrus-Révidi rodzice, którzy dokonują parentyfikacji, są niedojrzali, skupieni na sobie, niewrażliwi na potrzeby innych, hipochondryczni, nieakceptujący upływu czasu (często sprawiają wrażenie młodszych niż są). Czynników sprzyjających odwróceniu ról jest sporo: choroba rodzica, uzależnienie, pracoholizm albo problemy finansowe, samotność, izolacja. Parentyfikacja jest też częstym zjawiskiem w rodzinach imigrantów – zazwyczaj dzieci szybciej opanowują nowy język, stając się tłumaczami dorosłych. Rodzice domagający się opieki od dzieci zwykle sami doświadczyli deficytu w tym obszarze (albo traumy). Katarzyna Schier mówi wręcz o wielopokoleniowym dramacie.

Jednym z zadań dziecka w dramacie parentyfikacji jest ochrona wizerunku rodzica. Idea, że mógłby krzywdzić własne dziecko (i że jest ono tak naprawdę bezbronną ofiarą), nie mieści się w głowie. Dziecko woli więc stłumić gniew (czasem ogromny), ale też własne potrzeby i przyjąć, że to ono jest „złe” – przecież mimo tylu starań nie udaje mu się zadowolić rodzica. Prawdopodobnie w dorosłym życiu wciąż będzie się poświęcało, zabiegając o względy innych. Może też przyjąć postawę wielkościową: uznać, że jest stworzone do ważnych misji. Będzie więc szukało podziwu, poklasku. Zacznie pouczać, moralizować. I będzie samotne.

Tak czy inaczej, powstaje fałszywe Ja. Dziecko (również po wejściu w dorosłe życie) jest niejako stopione z rodzicem, trudno mu się od niego oddzielić. Z jednej strony czuje się przytłoczone tą relacją, z drugiej – przerażone na myśl, że mogłoby pozwolić sobie na autonomię. Coś wyje w nim i tęskni za innym życiem, własnym, ale może jeszcze nie teraz. Jeszcze jeden wysiłek... Może jednak uda się „uratować” rodzica, a przynajmniej zrobić coś, żeby tak nie cierpiał. A jeśli nie rodzica, to kogoś innego: przyjaciela, kolegę z pracy, sąsiadkę. Skutki parentyfikacji w dorosłym życiu sprawiają, że presja służenia jest bardzo silna. Ta tożsamość pomocnika, tytana, naprawiacza jest niczym druga skóra. I mimo że dorosłe dziecko chciałoby ją zrzucić, to pod wpływem pochwał za starania rodzice (i inni) tylko ją wzmacniają i koło się zamyka. Jednocześnie gdzieś głęboko dziecko czuje smutek, poczucie niespełnienia. Bo jest doceniane za to, kim nie jest – za rolę, jaką odgrywa. Jego prawdziwe, zdrowe Ja pozostaje w ukryciu.

W stronę happy endu

Aby nie było zbyt dramatycznie: Katarzyna Schier twierdzi, że dla dzieci, których rodziny potrafią okazać wdzięczność za ich opiekuńczość, parentyfikacja i jej objawy nie muszą być tak niszczące. Trudne doświadczenia w relacji z rodzicami rozwijają w nich poczucie odpowiedzialności, empatię, otwartość na innych, gotowość wspierania. Nic dziwnego, że osoby, które doznały parentyfikacji emocjonalnej, często znajdują zatrudnienie w zawodach związanych z pomaganiem – zostają lekarzami, pielęgniarkami, pracownikami socjalnymi albo terapeutami.

Nie zmienia to faktu, że zwykle same potrzebują terapii. Katarzyna Schier zauważa, że zbyt często parentyfikacja wzbudzała w nich poczucie, że coś muszą – jak więc można narzucić im cokolwiek, choćby wizytę u terapeuty? Czy to nie kolejna presja? A jednak zaprasza, by skonfrontowały się z tematem, spotkały z własnym bólem – z iluzją, że ich rodzice byli „wystarczająco dobrzy”. By przyjęły prawdę. „Moje doświadczenia kliniczne wskazują, że jest to najtrudniejszy moment w terapii, taki, w którym wielu pacjentów z niej rezygnuje” – pisze w „Dorosłych dzieciach”. Ci ludzie boją się wejść w pustkę, zostać z niczym. Tak, to konfrontacja z ogromną, przygniatającą stratą – opłakanie dzieciństwa jest jak żałoba. Inne wyzwanie to zgoda na rodziców takich, jakimi są, porzucenie nadziei, że się zmienią, rezygnacja z nawracania ich. Bez tego trudno odzyskać siebie.

Jakiego terapeuty potrzebuje ktoś, kto doznał parentyfikacji?

Katarzyna Schier przytacza długą listę oczekiwań: ma rozumieć, jak dewastujące dla psychiki może być odgrywanie roli Heraklesa albo Kopciuszka. Ma dostrzec realność tych doświadczeń, nie oskarżać. Ważne jest też, by nie bał się ekstremalnych emocji: wściekłości, rozpaczy, poczucia niesprawiedliwości, tęsknoty za utraconym dzieciństwem. Aby pomógł je opłakać, domknąć przeszłość. By potrafił zobaczyć klienta jako zintegrowaną, wielowymiarową jednostkę. Być może nie wszystko to da się znaleźć w jednym gabinecie – tym bardziej że w przypadku, gdy mamy do czynienia z parentyfikacją w dorosłym życiu, wskazane jest objęcie tym procesem również ciała.

Przeszłości nie zmienimy, ale możemy sprawić, by rzeczywiście stała się przeszłością. Pamiętając, że zarówno mit o Heraklesie, jak i baśń o Kopciuszku znajdują szczęśliwe zakończenie. Grecki heros umiera co prawda w cierpieniach, ale po śmierci zostaje osadzony na Olimpie, gdzie wiedzie szczęśliwe życie u boku bogini młodości Hebe. Kopciuszek – wiadomo – trafia spod popielnika na salony, znajduje swojego księcia. Ból obojga znajduje ukojenie. No i nie muszą już się starać. To tak w ogólnym zarysie – oczywiście, najlepiej jest stworzyć własną historię, z najwłaściwszym dla nas happy endem.

Parentyfikacja – jak sobie radzić? Wejdź w kontakt z emocjami

Osoby, które doświadczyły parentyfikacji, mają skłonność do wypierania uczuć, jakie żywią względem ważnych osób. To ćwiczenie pomoże ci skontaktować się z takimi emocjami, rozpoznać je. Możesz odwołać się do niego, kiedy pojawia się trudny do uzasadnienia niepokój czy przygnębienie.

  1. Zadaj sobie pytanie, czy jest taka możliwość, że żywisz jakieś ukryte uczucia. Zwróć uwagę na chwilę, kiedy czujesz dyskomfort: czy wiążą się one z myślami o jakiejś szczególnej osobie?
  2. Spróbuj ująć swoje uczucia w słowa, posługując się prostymi zdaniami – tak jak uczyniłby to trzecio- czy czwartoklasista. Najlepiej znaleźć ustronne miejsce i wypowiedzieć swoją prawdę. Można posłużyć się sformułowaniem: „Nie lubię, gdy ta osoba...”. Prawdopodobnie uwolni się napięcie, twoje ciało dozna ulgi. Pamiętaj, że mówisz do siebie – nikt cię za to nie zgani. Ty też tego nie rób.
  3. Nie musisz komunikować swoich odkryć osobie, wobec której czujesz złość, lęk, żal itp. Chodzi tu o wyjawianie prawdziwych uczuć samemu sobie. Przyznanie się do nich i wypowiedzenie ich na głos może być bardzo pomocne w zbliżeniu się do siebie, w odzyskiwaniu równowagi emocjonalnej i uwolnieniu się z jarzma parentyfikacji.

Źródło: Lindsay C.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przyjaciółka męża z pracy - romans czy relacja bezinteresowna?

Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki długo tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. W końcu jednak orientują się, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. To już sygnał alarmowy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Ta przyjaźń zaczyna się całkiem niewinnie?
Mężczyzna umawia się z koleżanką z pracy, że będą dla siebie nawzajem osobistymi trenerami, konsultantami w sprawach zawodowych. Omawiają więc sprawy działu, współpracy między działami, nowe projekty. Z czasem w tych konsultacjach pojawia się temat równowagi między życiem zawodowym a osobistym. Rozmowy coraz bardziej przekształcają się w intymne zwierzenia. Kamyk został wrzucony do wody. Zatacza kręgi. Nieformalne wsparcie rozwija się w nieformalną relację.

Co mężczyźni mówią, gdy przychodzą po pomoc?
„Ona mnie słucha! Patrzy na mnie! Jest taka otwarta, uważna! Zadaje pytania!”. Są oszołomieni, zauroczeni. „Poruszamy takie ważne tematy! Nadajemy na tych samych falach! Spotkałem bratnią duszę!”. Jest tak miło, przyjemnie, ciepło.

Ci mężczyźni mają rodziny?
I w tym problem, z tym przychodzą. Życie rodzinne schodzi na dalszy plan. Relacja z koleżanką, a za chwilę już z przyjaciółką jest tak odległa od tego, co dzieje się w domu. W domu są problemy z dziećmi, rachunki, spory, konflikty z sąsiadami, mnóstwo spraw operacyjno-organizacyjnych. W weekendy to samo: trzeba rodzinie coś zorganizować, gdzieś pójść, pojechać, postarać się. Mężczyzna czuje się jak w kieracie. Nie ma chwili spokoju. Nie ma czasu i nastroju na rozmowy o „ważnych sprawach” z żoną. „Kiedyś prowadziliśmy takie rozmowy, ale kiedy to było?!”. To jak w piosence „Nie płacz, Ewka” Perfectu: „Proza życia to przyjaźni kat, pęka cienka nić…”. Mężczyzna oddala się od rodziny, od dzieci. Relacja z przyjaciółką zaczyna być bardzo ważna.

Żona to z pewnością wyczuwa?
Jest duże przyzwolenie społeczne na takie przyjaźnie w pracy. Romans to co innego, zdrada, wiadomo. Mężczyzna mówi: „Ona mi tak pomaga, wspiera mnie, tyle mamy pracy, nowe projekty…”. Do czasu to brzmi wiarygodnie.

Jak długo?
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. Praca to podstawa, więc skoro to dla niego ważne, skoro mu tak pomaga… Z czasem jednak widzą, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. Wsparcie przyjacielskie pomału, ale nieuchronnie zmierza w kierunku romansu. Partnerka znajduje niedwuznaczne mejle, SMS-y, ktoś życzliwy z pracy donosi, co się dzieje. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że żona jak burza wpadła do biura i zrobiła awanturę przy pracownikach i klientach. „Konsultacje? Ja ci dam konsultacje…”. Okładała parasolką i męża, i przyjaciółkę. Bywa i tak, że mężczyźni zostawiają swoje rodziny i wiążą się z przyjaciółkami z pracy. Te związki, oczywiście, rzadko się udają.

Oczywiście?
Czar szybko pryska. Gdy kończą się konsultacje, a zaczyna codzienne, pełne obowiązków życie rodzinne, mężczyzna budzi się ze snu. Zauroczenie przyjaciółką z pracy przypomina romantyczne zakochanie nastolatka, który patrzy przez różowe okulary, i dopóki ich nie zdejmie, wszystko wydaje się idealne. Wspólny pobyt w pokoju hotelowym nie jest jednak tym samym co zamieszkanie pod jednym dachem. Kończy się czas, gdy firma płaci za hotel, nie ma już służb, które naprawiają zepsuty kran, ani pokojówek wymieniających pościel i ręczniki. Trzeba samemu podołać przeróżnym wyzwaniom.

Po raz kolejny wkrada się proza życia. I co wtedy?
Mężczyzna zaczyna szukać nowej przyjaciółki. Wielu powtarza ten schemat, tylko już nie w pracy, ale na przykład na kursie językowym. Tak miło rozmawia się po angielsku, ale ileż można o polityce. Nieśmiało schodzimy na tematy osobiste. Dobrze byłoby się spotkać na kawie, żeby podszkolić konwersację, zwrócić uwagę na błędy językowe, które popełniamy. Jest tak ciepło, serdecznie, może to bratnia dusza?

Znów ryzykuje. Czym przede wszystkim?
Obumieraniem życia rodzinnego, to pewne. Ryzykuje, że reanimacja może się nie udać. Nic w przyrodzie nie ginie. To, co powiemy, zrobimy, w jaki sposób się zachowamy, jakie decyzje podejmiemy, ma znaczenie. Na początku wydaje się, że relacja z przyjaciółką jest taka bezinteresowna, bez zobowiązań. To, oczywiście, złudzenie. Przyjaźń, która się rozwija, nawet powoli, nieubłaganie się pogłębia. Im dłuższa relacja, tym więcej zaangażowania, przyzwyczajenia i bliskości. I tym bardziej oddalamy się od naszych rodzin. Nie ma róży bez kolców. To tak jak z piwem bezalkoholowym. Było kiedyś takie piwo Bavaria, o którym mówiło się, że to nie alkohol. Zawierało 0,5 proc., które jednak alkomat wychwytywał. Kierowca po wypiciu dwóch, trzech takich piw mógł mieć kłopoty. Nie mówiąc już o wysokim indeksie glikemicznym, od którego rósł brzuch, tak zwany mięsień piwny.

Taka przyjaźń nie może pozostać niewinna?
Może, jednak to wymaga od mężczyzny, ale także od przyjaciółki, dużej dojrzałości i samoświadomości. Coaching zogniskowany na celach mężczyzny, na jego funkcjonowaniu w rodzinie mógłby dać nieocenione pozytywne efekty.

W jaki sposób rozpoznać, czy relacja z przyjaciółką przekracza już próg bezpieczeństwa?
Gdy sama myśl o tym, że mam spotkać się z przyjaciółką, budzi emocje, jest źródłem ekscytacji, haju, wtedy lepiej ochłonąć i poszukać wsparcia. Co innego jednak, gdy ekscytacja dotyczy zmierzenia się z własnymi ograniczeniami: „Wreszcie zajmę się tym swoim tematem! Chwycę byka za rogi! Uwolnię stare przekonania i zrealizuję cel!”. Ekscytujemy się wtedy własnym procesem zmiany i to rzeczywiście nas rozwija. Możemy też zapytać siebie, czy rozmowy z przyjaciółką, jej pomoc, wsparcie powodują, że zbliżam się do mojej żony, czy wręcz przeciwnie – oddalam się od niej. Robi się naprawdę niebezpiecznie, jeśli zauważam, że nie mam ochoty na rozmowy z żoną. Przestała mi się podobać. Nie pociąga mnie seksualnie. Zaczynam porównywać żonę do przyjaciółki na niekorzyść żony. Mam poczucie, że przegrałem życie, bo dokonałem niewłaściwego wyboru, wiążąc się z kobietą, z którą teraz mam dzieci. Jeden z mężczyzn powiedział mi tak: „Gdy wracam do domu, nie mam ochoty na seks z żoną, chociaż z przyjaciółką też go nie mam”. Jeśli takie myśli i uczucia się pojawiają, przyszłość rodziny wisi na włosku, a mężczyzna potrzebuje profesjonalnej pomocy.

Wyobraźmy sobie jednak, że on budzi się ze snu i widzi, że sprawy zaszły za daleko.
To znaczy, że jest szczery i uczciwy wobec siebie. Moi klienci przyznają, że zbyt długo siebie oszukiwali. Mówili, że tak, oczywiście, relacja z przyjaciółką pomaga im także otwierać się na żonę, a tymczasem atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Oszukiwanie siebie komplikuje sprawę, przedłuża stres. Szczerość ułatwia wyplątanie się z tego uwikłania.

Także szczerość wobec przyjaciółki?
Oczywiście.

Jak by to miało wyglądać?
Po prostu uczciwie mówię, co się ze mną dzieje, co czuję; że nasza relacja jest coraz bliższa i rodzi przywiązanie, a to oddala mnie od rodziny. Przyjaciółka także ma swoją rodzinę, więc ona z pewnością czuje podobnie. Więc „co z tym robimy”? Zdarza się i tak, wcale nierzadko, że to przyjaciółka inicjuje rozmowę. Jest tak dużo ciepła, czułości, uścisków w tej relacji, że zaczyna ją to niepokoić. Przestraszona, zawstydzona wycofuje się, wybiera życie rodzinne nawet wtedy, gdy nie do końca czuje się w nim spełniona.

Jak wygląda męski powrót do domu z takiej przygody?
Nie jest łatwo. Żona jednoznacznie oskarża o osłabianie rodziny, o brak lojalności, zdradę. Z tego kryzysu można wyjść, pod warunkiem że porozmawiamy o tym, co się stało, czego brakowało, o co nie zadbaliśmy, jakie błędy popełniliśmy. I o tym, co każde z nas może zrobić, żeby odbudować bliskość; żeby nie było potrzeby szukania przyjaciółek. Może być też, niestety, tak, że zbyt długo życie rodzinne kręci się wokół kryzysu: „Zobacz, co mi zrobiłeś!”. Żale i pretensje są odświeżaną wciąż na nowo teraźniejszością. Partnerki przemocowo komunikują brak zaufania: „Żadnych wyjazdów integracyjnych! Zabraniam ci!”. Takie siłowe rozwiązania – szczególnie gdy się powtarzają – niczego, niestety, nie rozwiązują, a wręcz przeciwnie, zniechęcają mężczyznę do powrotu. „Dłużej nie wytrzymam, to nie ma sensu”. Co innego, gdy kobieta mówi: „Bardzo niechętnie myślę o tym twoim wyjeździe integracyjnym. Mam uraz. Boję się o naszą rodzinę…”. Wtedy dzieli się uczuciami. Mężczyzna może się do tego odnieść. To dobry wstęp do rozmowy.

Może być też tak, że mężczyźnie spodoba się życie z przyjaciółkami.
Taki styl odpowiada mężczyznom, którzy są przekonani, że wiążąc się z jedną kobietą, wiele tracą. Z moich obserwacji wynika jednak, że nie jest to satysfakcjonująca droga. W pewnym momencie mężczyzna uświadamia sobie, jak bardzo jest samotny. Przyjaciółka wysłucha, poprzytula się, jednak relacja z nią nie jest stabilna i nie daje trwałej satysfakcji. Wbrew pozorom wielu mężczyzn ma potrzebę bycia w stabilnym związku, tęskni za stałością. Przyjaciółki przestają wystarczać. Sparafrazuję sformułowanie Marcina Dańca z jednego z jego monologów: człowiek się rozgląda, a wszyscy znajomi już z GPS-em na palcu. Koledzy mówią o rodzinie, o dzieciach. Narzekają, a jednak wracają do domu, angażują się w uroczystości rodzinne, wyjazdy na wakacje. Do romansujących mężczyzn dociera, że relacjami z przyjaciółkami zastępują niedostatki życia rodzinnego.

Lekarstwem na przyjaciółki z pracy byłoby więc zadbanie o romantyczny klimat w stałym związku?
„Gdzie tu miejsce na romantyzm? Między chorobą dziecka a wynoszeniem śmieci?”. Jak najbardziej! To jest kwestia komunikacji: w jaki sposób odnosimy się do siebie? W jaki sposób rozwijamy nasz stosunek do tych przyziemnych spraw? Co stało się z naszą romantyczną miłością? Może jej nie widzimy, nie odczuwamy, a ona – mimo to – w dalszym ciągu istnieje? Przygoda z przyjaciółką może być wyzwalaczem takich właśnie rozmów, które prowadzą do wewnętrznej zmiany. Jeśli tak ją spożytkujemy, możemy być w zgodzie z tym, co się wydarzyło.

  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Styl Życia

Świąteczne kino. Co nam daje wspólne oglądanie filmów?

Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
Jakie filmy wybrać, by zaprowadzić w domu dobry, bezkonfliktowy nastrój? - Na pewno powinny to być obrazy, w których okres świąteczny jest obecny. Najlepiej, żeby opowieść przedstawiona była z humorem, a bohaterowie musieli pokonać przeszkody, by w finale cieszyć się miłością i radosną, świąteczną atmosferą. (fot. iStock)
W Święta mamy swoje tradycje, swoje rytuały. W ostatnich latach zaliczyć można do nich rodzinne seanse filmowe. – Wspólne oglądanie filmów, podobnie jak dawniej kolędowanie, zyskało status stałego punktu świątecznego programu – mówi dr Małgorzata Bulaszewska, kulturoznawca, filmoznawca i medioznawca z Uniwersytetu SWPS. I wyjaśnia, dlaczego taki wspólny relaks zbliża nie tylko rodzinę, ale działa też korzystnie na związki partnerskie.

Czy rodzinne oglądanie filmów to dobry pomysł na spędzanie czasu razem? Filmy są takim bezpiecznym sposobem spędzania razem czasu. Co ciekawe, dwa lata temu były zresztą zrealizowane badania przez Uniwersytet w Rochester, gdzie badano pary/ małżeństwa, które oglądały wspólnie filmy (co najmniej 3 filmy w tygodniu). Zwykle, gdy oglądamy wspólnie filmy to mamy jakiś swój komentarz, dyskutujemy, coś nam się podoba lub nie. I okazało się, że te małżeństwa, które przynajmniej trzy razy w tygodniu oglądają wspólnie filmy i później rozmawiają o nich, mają znacznie niższe prawdopodobieństwo rozwodu niż pary, które tego nie robią.

Dlaczego wciąż mamy ochotę oglądać te same świąteczne filmy? Każde święta, a zwłaszcza Święta Bożego Narodzenia, są takim innym, niecodziennym czasem. Wszyscy staramy się być milsi, lepsi dla członków rodziny i wtedy realizujemy te rzeczy, które są sprawdzone. Dotyczy to także oglądania filmów… czyli oglądamy te filmy, które już żeśmy oglądali, które znamy, które są (w pewnym sensie) bezpieczne, które obejrzą i dziadkowie, i dzieci, i wnuki, które są filmami dostępnymi, rozumianymi przez wszystkich - tylko dlatego, aby ten czas był przyjemny i żebyśmy nie popsuli tej radości, która wiąże się z czasem Świąt Bożego Narodzenia.

Czy dziś, w dobie wielu ekranów, kiedy każdy może oglądać sam dokładnie to, co go interesuje, telewizja w jakiś sposób może nas jednoczyć? Oglądanie wspólnie programu telewizyjnego, zwłaszcza o charakterze familijnym, jest taką próbą zjednoczenia rodziny, choćby dlatego, że spotykają się różne światopoglądy. Żyjemy w różnym trybie, a przychodzi taki czas, kiedy siadamy przed tym telewizorem i oglądamy wspólnie ten sam program. Oglądamy go jednak trochę inaczej. Każdy widzi trochę inne wartości, czy też odbiera to, co się dzieje na ekranie w nieco inny sposób. Dzięki temu możemy zaobserwować, jakie emocje mają członkowie naszej rodziny. Możemy zrozumieć w jakim są momencie swojego życia i co przeżywają, właśnie dzięki tym emocjom i dzięki komentarzom, które pojawiają się w trakcie oglądania. Ponadto, w trakcie oglądania filmu, zwłaszcza familijnego, zdarzają się momenty śmiechu, smutku, płaczu i to powoduje, że my wspólnie przeżywamy te emocje, a wspólne przeżywanie emocji zawsze zbliża. Niewątpliwie więc zasiadanie przed telewizorem w święta, by razem obejrzeć ten sam program czy ten sam film, jest takim elementem zbliżającym, konsolidującym rodzinę, tak bardzo współcześnie zabieganą.

Pamiętajmy też o czymś, co się nazywa filmoterapią. Przepracowujemy wtedy nasze emocje, emocje naszych bliskich, szczególnie dzieci, które nie zawsze potrafią powiedzieć co czują i jak czują, czy też jak się do danej emocji odnoszą. Oglądając coś razem, widzimy jak reagują na to, co się pojawia na ekranie. Możemy to zaobserwować. Możemy później o tym porozmawiać. Niewątpliwie zbliża to nas. A poza tym, jest to jednak wspólne spędzanie czasu. To nie jest tak, że każdy ogląda film na osobnym ekranie komputera, tabletu, czy smartfona…

Źródło: materiały prasowe SWPS

  1. Psychologia

Wyszłam na studia, zaraz wracam

Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami. (Fot. iStock)
Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami. (Fot. iStock)
Pandemia zmusiła wielu dorosłych do zamieszkania z rodzicami, bo taniej, bo bezpieczniej... Miało być na chwilę, ale trwa już ponad pół roku i końca nie widać. Jakie dawne problemy ożywia ten niespodziewany powrót do domu?

Monika zadzwoniła, żeby zapisać się na Terapię Jednego Spotkania. Zapytałam, czy ma jakieś pytania, a może chce powiedzieć kilka słów o swoim problemie. – Nie będę teraz o tym mówić – jej głos nie brzmiał zbyt sympatycznie. Poczułam się jak matka ofuknięta przez nastolatkę. Jak zwykle pierwszych kilka minut kontaktu, nawet jedynie przez telefon, to młyn na wodę dla mojej intuicji. Od jakiegoś czasu zapisuję te swoje „domysły” i bardzo mi to pomaga w spotkaniu z pacjentem, w końcu mamy jedynie 60 minut, żeby rozwikłać problem albo przynajmniej rozpoznać, co człowiekowi w duszy gra.

Krok 1. Szybko orientuję się, na czym polega problem

Kiedy połączyłyśmy się na Skype, widok pokoju, w którym znajdowała się Monika, wcale mnie nie zaskoczył: regał z książkami, a pomiędzy nimi kilka maskotek, pojedynczy tapczanik, no i ten kolor – jasna fuksja, czyli typowy pokój nastolatki.

– Skąd pomysł na taki kolor? – zaczęłam. – Podoba ci się? Pomalowałam go sama, właściwie razem z moim chłopakiem, na swoje 17. urodziny. Powiedziałam rodzicom, że to mój prezent dla mnie samej. Dzięki temu nie zrobili mi awantury. – To chyba było już jakiś czas temu? Ile masz lat? – zapytałam o to całkiem świadomie. – 21, a co, nie wyglądam? – Monika nie kryła zaskoczenia. Nie zdążyłam odpowiedzieć na to pytanie, bo w tym momencie ktoś zapukał do drzwi jej pokoju: „Monisiu, tu mama, mogę wejść?” – usłyszałam. „Nie przeszkadzaj mi” – odpowiedziała. „Tylko przyniosłam ci śniadanie”. „Idź stąd” – wiek w tym momencie nie miał znaczenia. Właściwie od momentu, kiedy do mnie zadzwoniła, młoda kobieta zachowywała się jak rozwydrzona nastolatka.

Była jedną z „ofiar” koronawirusa, które wylądowały w domu rodziców. Podobnie jak wiele innych dorosłych osób, które straciły pracę albo pracują czy studiują online i nie widzą sensu w wynajmowaniu mieszkania lub już na nie ich nie stać. A poza tym rodzice nalegają, bo się martwią, bo chcą się zaopiekować swoim „biednym” dzieckiem, które wyfrunęło z gniazda, a teraz jest okazja, by je przywołać na rodzicielskie łono i zagłaskać na śmierć… Mają do tego prawo, bo to dzieci, zwłaszcza te dorosłe, muszą dać sygnał do separacji, a nie odwrotnie. Nikt nie przypuszczał, że pandemia potrwa tak długo, a „zasiedzenie” w domu rodzinnym często sprawia, że wypracowana samodzielność i dorosłość rozpływają się jak we mgle…

Monika jest na trzecim roku psychologii na prywatnej uczelni, od stycznia tego roku zaczęła pracować. Zatrudniła się w prywatnym gabinecie psychoterapii jako recepcjonistka i nie musiała już prosić rodziców o dodatkowe pieniądze na tzw. drobne wydatki. Płacili za mieszkanie i studia.

– Kiedy wybuchła pandemia, straciłam pracę – opowiada. – Właścicielka gabinetu obiecała mi, że gdy tylko wrócą do pracy w realu, natychmiast się do mnie odezwie. – Wróciłaś do domu z powodu straty pracy? – Nawet nie, rodzice byli gotowi dalej płacić za mieszkanie, ale… mój chłopak też wrócił do siebie, więc nie chciałam zostać sama zamknięta w mieszkaniu, no i tu, w małym miasteczku, jest chyba bezpieczniej – wyjaśnia, choć nie brzmi przekonująco. – Czy jako osoba dorosła mogłaś poradzić sobie jakoś inaczej?

Monika nie zrozumiała pytania, a ja wiedziałam już, na czym polega problem. Wiedziałam również, że rozwiązanie, jakie mogłam zaproponować, wcale nie będzie jej się podobało, przynajmniej nie od razu.

W tym momencie znowu rozległo się pukanie do drzwi, a chwilę potem kobiecy głos: „Monisiu, zostawiłam ci śniadanie pod drzwiami, zjedz, bo kawa wystygnie”. Monika walnęła pięściami w biurko:

„Potrzebuję spokoju, odejdź stąd”.

– Jak ja mam tu wytrzymać?! – to było do mnie. – Czy ona nie rozumie, że ja nie jestem już dzieckiem? – Jesteś pewna?

Krok 2. Upewniam się, że proces separacji od rodziców wciąż trwa

Dziecko rodzi się połączone pępowiną z ciałem matki. Moment przecięcia jej przez lekarza jest symbolicznym pierwszym krokiem na drodze separacji.

Przez pierwszych kilka miesięcy jesteśmy w pełni zależni od rodziców, a kiedy nabywamy umiejętność raczkowania, a potem chodzenia – zaczynamy powoli, na coraz dłużej oddalać się od nich. W okresie nastoletnim bunt przeciwko autorytetom daje moc, by walczyć o prawo do coraz większej samodzielności i niezależności. Ale konsekwencją tego prawa jest odpowiedzialność za swoje życie. Niestety, często o tym nie pamiętamy. Bo i po co, skoro rodzice najczęściej z otwartymi ramionami przyjmują dzieci z powrotem. Właściwie możemy wracać w rodzinne pielesze nieskończoną ilość razy, co potwierdziła masowa fala powrotów ludzi w różnym wieku, którzy z powodu pandemii przeszli na pracę czy naukę online.

Dla wielu młodych ludzi ważnym momentem w procesie separacji jest wyjazd na studia albo do pracy. Z dala od rodziców łatwo utrzymać własną niezależność, choć czasami jest ona jedynie pozorna, na przykład Monika radziła sobie z nadopiekuńczością matki, nie odbierając jej telefonów.

– Czy wiesz, że ona potrafiła zadzwonić o siódmej rano i przypomnieć, żebym zjadła śniadanie przed wyjściem? – dopytuje zdziwiona. – Czy wracając do domu, nie zdawałaś sobie sprawy, że matka się nie zmieni? – To co miałam zrobić? – Dlaczego wróciłaś do domu? – Bałam się. – Czego? – Wirusa, tego, że nie poradzę sobie sama, że zamkną granice miasta…

Dopóki pierwszą reakcją na zagrożenie jest ucieczka do domu rodzinnego, dopóty proces separacji jest w toku. Nie ma w tym niczego dziwnego, że dla rodziców powrót dziecka, bez względu na wiek, zwykle jest sygnałem do obudzenia instynktu gniazda, które nagle przestaje być puste.

– Znowu przestałam jeść – słyszę i w pierwszej chwili jestem zaskoczona zmianą tematu, ale okazało się, że w rodzinie Moniki rytuał karmienia zawsze miał ogromne znaczenie. Często karała rodziców odmową jedzenia – potrafiła głodzić się przez kilka dni tylko po to, żeby coś na nich wymusić. Raz utrwalony scenariusz lubi wracać. Przez ostatnie trzy lata młoda kobieta budowała swoje życie w mieście, ale proces separacji od rodziców nie został zakończony. Nieodbieranie telefonów czy drobne kłamstewka nie popchnęły relacji na bardziej dojrzałe tory. W rodzinach, w których po wyprowadzce dzieci dziecięce pokoiki natychmiast zostają zagospodarowane, nawet jeśli dzieje się to z powodu choćby małego metrażu mieszkania, łatwiej jest o ułożenie relacji pomiędzy rodzicami i dorosłymi dziećmi na partnerskich zasadach. Pokoik Moniki wyglądał jak relikt przeszłości.

– Czy chciałabyś tu coś zmienić? – Po co, przecież ta cała pandemia kiedyś się skończy? – Ale na razie trwa. Czy zrobiłaś coś w sprawie zadbania o swoje dorosłe życie? – Ale co? Przecież mówisz, że rodzice się nie zmienią. – Bo to nie oni mają się zmienić.

Krok 3. Próbujemy przywołać dorosłą rolę Moniki

Dojrzewanie to proces, którego ważnym elementem jest balansowanie pomiędzy okresami bliskości i dystansu w relacjach z ważnymi dla nas osobami. Najlepiej widać ten proces w  relacjach z rodzicami. To córka czy syn musi postawić granicę, powiedzieć: „Mamo, tato, jestem już dorosła albo dorosły. Kocham was i dziękuję wam za wszystko, ale potrafię zadbać o siebie”.

Proces separacji wymaga symbolicznego porzucenia rodziców, ze świadomością, że są oni w bezpiecznej odległości, i odejścia do swojego życia. Monika, podobnie jak większość 20-, 30-latków wypadła z domu na chwilę, pobawić się w dorosłe życie, a kiedy wróciła, ma pretensję do rodziców, że nie zauważyli zmiany. Nie zauważyli, bo ona nadal jest małą dziewczynką, która chętnie pozwoli się utrzymywać rodzicom, a kiedy zmęczy ją nadopiekuńczość matki, po prostu na nią warknie.

– Czy mogłaś poradzić sobie sama? – Nie rozumiem, o co pytasz? – i chyba faktycznie nie rozumie.... – Co mogłabyś zrobić zamiast przyjeżdżać do domu? – Pewnie mogłam zostać w mieście, siedzieć sama w pustym mieszkaniu, ale rodzice namawiali mnie do powrotu. – Wróciłaś dla nich czy dla siebie? – I dla nich, i dla siebie. – Co robisz dla nich? – Oni są jeszcze w pełni sprawni, ale w razie czego mogę im pomóc. – Pomagasz mamie w kuchni przy przyrządzaniu posiłków? – Chciałam, ale ona zrywa się o świcie, a potem budzi mnie na śniadanie. Lubię sobie pospać, zajęcia online zaczynam o 10, a oni od świtu łażą po domu. – To ich dom. Zdecydowałaś się wrócić, więc musisz przyjąć ich warunki. – Wiem. Tak w ogóle to oni mają świra na punkcie tego wirusa, od pół roku nie wychodzą z domu, a kiedy ja chcę spotkać się ze znajomymi, robią mi awanturę. – To ich dom i mają prawo ustalać swoje zasady. – No jasne, mają prawo mnie traktować jak małe dziecko. To ja przestanę jeść. – No właśnie, jak małe dziecko...

W dzieciństwie nie jesteśmy w stanie poradzić sobie sami, ale w dorosłym życiu jak najbardziej. Niestety, w relacjach z rodzicami bardzo często ożywa stary skrypt relacyjny: oni traktują nas jak maluchy, a my dokładnie tak się zachowujemy. Znane z dzieciństwa zachowania matki czy ojca ożywiają emocje z przeszłości. Czasami jest ich tak wiele i są tak silne, że dosłownie nas zalewają, odcinając od dorosłych zasobów. Monika w domu rodzinnym poczuła się, jakby znowu miała 15 lat. Dziecinne emocje plus złość dorosłej kobiety mogły nieźle poranić jej rodziców, ale również ją samą.

– Wiesz, czuję, że gdybyś była w swojej dorosłej roli, to mama, próbująca podetknąć ci śniadanie pod nos, rozczuliłaby cię, a nie zezłościła. Spróbuj wyobrazić sobie, jak siedzisz sama w mieszkaniu: sama musiałabyś zrobić zakupy albo przygotować śniadanie. – Pewnie masz rację, ale…

Nie ma w tym niczego dziwnego, że w sytuacjach, kiedy nasze bezpieczeństwo zostaje realnie zachwiane, a tak stało się z powodu pandemii, z łatwością wskakujemy w rolę bezradnego dziecka. Chcemy wtedy schronić się pod skrzydła rodziców, a oni często na to pozwalają, w końcu jesteśmy ich dziećmi, bez względu na wiek. Ale kiedy poczujemy się choć trochę bardziej bezpieczni, natychmiast wcielamy się w buntownicze nastolatki i walczymy z nimi jak za starych dobrych czasów. Wtedy rodzice wchodzą w swoje dawne role i wojna gotowa. Tupanie nogami zamiast wzięcia odpowiedzialności za siebie na dobre zainstaluje nas w dziecięcym pokoiku.

– Czuję, że chcesz być traktowana jak dorosła, ale zachowujesz się jak roszczeniowe dziecko – powiedziałam. – To co ja mam robić? – spytała płaczliwie Monika.

Krok 4. Ćwiczymy dojrzałe zachowania

Czasami zdarzają się trudne sesje; ja wiem, na czym polega problem i jak można by było go rozwiązać, ale pacjent absolutnie nie jest na to gotowy. Monika tak bardzo weszła w rolę nastolatki walczącej z rodzicami, że delikatnych sugestii, że to ona ma się zmienić, nawet nie zauważa. Jestem pewna, że w relacjach z innymi ludźmi zachowuje się podobnie. Proponuję, żebyśmy kolejno przeanalizowały, co najbardziej przeszkadza jej w kontakcie z rodzicami, i próbowały znaleźć rozwiązanie. Jednak idzie nam ciężko, wszystko rozbija się o temat śniadań – Monika uważa, że najlepszym wyjściem jest niewpuszczanie matki do pokoju, aż wreszcie domyśli się, że córce to nie odpowiada, i zrezygnuje...

Wpadam na pomysł, żebyśmy odegrały scenkę: ja wcielam się w postać Moniki, a ona w swoją mamę, która puka do drzwi. Kiedy otwieram drzwi, serdecznie dziękuję za śniadanie i mówię: „Mamuś, jesteś kochana, ale wiesz, zwykle siedzę do późna w nocy, bo o tej porze najłatwiej jest mi się skoncentrować i tak rano nie jestem jeszcze głodna, ale obiady będę jadła z wami z przyjemnością i chętnie pomogę ci w kuchni”. – To naprawdę jest takie proste? – Monika okazuje się bardzo zaskoczona.

Wiem, że nie jest. W relacjach z rodzicami nawet najbardziej dojrzałemu człowiekowi zdarza się wpadać w rolę dziecka. Dlatego na początek ważne jest, żeby zauważać, kiedy do tego dochodzi. I dostrzegać, że sposób traktowania nas przez rodziców i innych ludzi.  jest konsekwencją tego, jak sami się zachowujemy. Jeszcze przez chwilę ćwiczymy dorosłe reakcje w różnych sytuacjach. Monika czuje się coraz pewniej.

– I wiesz co, chyba przemaluję swój pokój. Już dość mam tej fuksji. A w ogóle to  zadzwonię do szefowej i spytam, czy już wie, kiedy wracają do gabinetu – mówi.

Autoterapia dla dorosłych w roli dziecka

  • Pamiętaj, że dorosła relacja z rodzicami jest jak każda inna relacja dwojga dorosłych ludzi, w której obie strony mają takie same prawa i w której nikt nic nie musi. Naturalne jest, że pojawiają się w niej konflikty – są dowodem na to, że relacja jest żywa, zmienia się, a partnerzy to są bliżej, to znów się oddalają. Jeśli poziom emocji w twojej relacji z rodzicami sięga zenitu, sprawdź, czy nie wpadasz w rolę dziecka, które tupie nogą i krzyczy: „ja im pokażę”. Jeśli tak jest, sam musisz utulić to dziecko w sobie. Spróbuj wyciszyć emocje: usiądź, uspokój oddech, jedną dłoń połóż na klatce piersiowej, drugą na splocie słonecznym, skoncentruj uwagę na dłoniach poruszających się w rytm wdechu i wydechu. Kiedy poczujesz, że złość minęła, popatrz na to, co się wydarzyło, z roli dorosłego, a nie skrzywdzonego dziecka.
  • Jesteś już dorosły i nie ma sensu oczekiwać, że rodzice ukoją twój każdy ból. Tego, czego od nich nie dostałeś w dzieciństwie, na pewno nie dostaniesz w dorosłym życiu. Sprawdź, czy sam możesz sobie to dać – wstań, złap balans w ciele, poczuj obszary swojego dorosłego ciała: silne ramiona i biodra, mocny brzuch i uda. Poczuj, że nie jesteś już bezradnym przerażonym dzieckiem, które wyciąga ręce w stronę rodziców, oczekując pomocy. Radzisz sobie w świecie, nie spoglądają do tyłu.
  • Pomyśl, czy i jak, jako osoba dorosła, możesz pomóc swoim rodzicom. Dla nich pandemia jest realnie większym niebezpieczeństwem niż dla ciebie. Jeśli przyjęli cię pod swój dach, zatroszcz się o nich, zamiast utrudniać im życie.
Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, terapeutka, autorka poradników psychologicznych, trenerka warsztatów rozwojowych dla kobiet.