1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Bliźnięta - tak różni, jak podobni. Jak naprawdę wygląda ich relacja?

Bliźnięta - tak różni, jak podobni. Jak naprawdę wygląda ich relacja?

Bliźnięta mogą mieć problem z wyodrębnieniem siebie jako oddzielnych osób. (Fot. iStock)
Bliźnięta mogą mieć problem z wyodrębnieniem siebie jako oddzielnych osób. (Fot. iStock)
Od zawsze rozpalały wyobraźnię, zwłaszcza te jednojajowe, niemal identyczne. Być bliźniakiem to niezwykły potencjał: można się podmieniać na klasówkach i na randkach, a nawet na tronie – co wykorzystali w swoich książkach Aleksander Dumas i Mark Twain. A jak ta relacja wygląda w życiu? 

Jola i Ola, trzydziestopięciolatki z Białegostoku, są bardzo podobne, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, obie mają też mężów i córki jedynaczki, ale jeśli chodzi o charakter, jak same mówią: ogień i woda.

Halina i Janka, dziś panie po sześćdziesiątce, zawsze różniły się i fizycznie, i charakterem. Los je rozdzielił, Janka mieszka od 30 lat za granicą, Halina w małym mieście na Mazowszu. Otrzymują kontakt, często do siebie dzwonią, w każde wakacje i święta starają się spotkać. I przy każdym spotkaniu się kłócą!

Jesteśmy osobnymi ludźmi

W rozmowie obie pary bliźniaczek podkreślają swoją odmienność, ale otoczenie postrzega to trochę inaczej. – Kłócą się, bo są tak samo uparte i wybuchowe. Każda ma rację, częściej ustępuje babcia Janka – opowiada wnuk Haliny, który o obu mówi per „babcia” i dodaje, że jego zdaniem siostry nie mogłyby żyć bez siebie.

Ola i Jola są tak podobne, że nawet ubrane w zupełnie innym stylu i w innych fryzurach – nikogo nie oszukają. Widać, że to bliźniacze siostry, bo nie tylko są bardzo podobne, ale też mają oryginalną urodę, obie naturalnie rude i piegowate. Jedna wygląda jak chłopak, druga jest bardzo kobieca, długowłosa, a jednak kolczyki mają takie same, bo często zdarza się, że niezależnie od siebie wybierają te same drobiazgi, dania, biżuterię.

– Kiedy byłyśmy małe, wydawało nam się naturalne, że wszędzie chodzimy razem, mama starała się podobnie nas obierać, nawet te imiona – Ola i Jola, dostałyśmy specjalnie, żeby podkreślić, że jesteśmy bliźniaczkami. Ludzie zwracali na nas uwagę, budziłyśmy pozytywną reakcję i to nam się podobało – mówi Ola. Ale różne były od zawsze. Jola już w podwórkowych zabawach zarządzała i miała mnóstwo pomysłów, Ola była spokojniejsza. Wolała czytać książki w domu, a nie biegać po podwórku. – I w efekcie zawsze się lepiej uczyłaś – dodaje Jola – prymuska w każdej klasie, a ja ledwie na trójach. To nas odróżniało najbardziej. Oczywiście rodzice stawiali Ole za wzór, nauczyciele dziwili się: jedna zachowanie wzorowe, druga znów narozrabiała, wagary, dwóje. Ale w życiu to ja jestem zaradniejsza!

Z perspektywy dorosłych kobiet widzą kolejne etapy w swoim bliźniaczym życiu. Kiedy były małe, cieszyła je odmienność od wszystkich ludzi i bajkowe podobieństwo do siostry. Bunt przyszedł razem z dojrzewaniem.

– Nagle obrałyśmy kompletnie inny styl ubrań – wspomina Jola. – Zaczęłyśmy bywać w rożnych „paczkach”, a w liceum wylądowałyśmy w klasach o różnym profilu. W tym czasie siostry miały za złe rodzicom, że dali im tak podobne imiona i przez jakiś czas Ola kazała nawet nazywać się Sandra, ale to się nie przyjęło. Potem poszły na różne studia i do innych miast, ale teraz obie mieszkają w tym samym, bo tu się zakochały i wyszły za mąż.

Mężowie, dzieci i bliźniaczki

Nancy Segal, amerykańska psycholożka, specjalistka od bliźniąt jednojajowych, twierdzi, że osoby o tych samych genach mają zbieżne w 50 procentach poglądy polityczne i umiejętności społeczne, a zadowolenie z wykonywanej pracy pokrywa się u nich w 30 procentach. Odczuwają wielką bliskość, porozumiewają się bez słów, a jednocześnie, jak wynika z jej badan, przywołanych w wywiadzie, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej” – bliźniaczki jednojajowe zwykle mają odmienne preferencje, jeśli chodzi o partnerów. Mimo to często ich życie prywatne układa się podobnie.

Halina i Jaska miały różnych mężów w różnych miejscach Europy. Mimo to obie są rozwódkami i obie samotnie wychowywały córki. - Ciągle słyszałyśmy: bliźniaczki? A takie niepodobne! W pewnej chwili odbierałyśmy to jako zarzut, ale tak bardzo się zawsze różniłyśmy, że trudno było coś z tym zrobić. Ja całe życie byłam chuda, a Janka korpulentna. Ona ciemna, ja blondynka, tyle że obie wysokie. Teraz, kiedy obie jesteśmy siwe, dopiero widać jakieś podobieństwo – śmieje się Halina.

Wyciąga zdjęcia, na wielu są razem, rzeczywiście są inne, i dodaje, że to siostra zawsze była mniej zdecydowana. Choć w jej małżeństwie źle się działo, męczyła się latami, zanim doszło do rozwodu. Halina nie znosiła męża Janiny, uważała, że ta lepiej da sobie radę sama. Może dlatego, że i one wychowywały się bez ojca?

Ich dzieciństwo przypadło na lata 50., ojciec zginął w tragicznych okolicznościach, kiedy dziewczynki były bardzo małe. Jasia przeżyła depresję, być może dlatego, że była sama za granicą. Jej córka mieszkała w Polsce, oczywiście u siostry. Z kolei Jasia przez wszystkie trudne lata, w tym stan wojenny, pomagała, słała paczki, a kiedy zabrała córkę do siebie, zaprosiła do Anglii także siostrzenice.

Bliźnięta mogą mieć różny poziom umiejętności. (Fot. iStock) Bliźnięta mogą mieć różny poziom umiejętności. (Fot. iStock)

Osobno a jednak razem

– Moim zdaniem Jola nie dba o siebie, wygląda jak facet, kryje swoją kobiecość. Mogłaby bardziej o sobie pomyśleć – uważa Ola. – Ale przestałam się wtrącać. Wbrew temu, co się mówi o bliźniakach, zwłaszcza jednojajowych, my na co dzień kompletnie siebie nie potrzebujemy. Nie spotykamy się tak często, każda ma swoje życie. Jednak to prawda, że rozumiemy się bez słów, bo nadajemy na tych samych falach. I bardzo kochamy swoje dzieci, oczywiście to nasze wzajemne chrześniaczki. Urodziły się w odstępie pół roku, niemal razem chodziłyśmy w ciąży. Zawsze byłyśmy zadowolone, że mieszkamy w różnych dzielnicach, teraz jednak zastanawiamy się nad przeprowadzka, żeby być bliżej siebie.

Ola i Jola nigdy nie doświadczyły żadnych telepatycznych zjawisk, w ich przypadku opowieść, że kiedy jedna z bliźniaczek cierpi,druga czuje ból – zupełnie się nie sprawdza. Porody też miały inne: jedna cesarkę, druga urodziła błyskawicznie. A jednak czasem tego samego dnia gotują taki sam obiad albo do głowy wpada im identyczny pomysł na spędzenie popołudnia. Ola wspomina ze śmiechem, że kiedyś spotkały się z dziećmi na koniach, zupełnie się nie umawiając.

Co innego mówi Halina: zawsze wie, kiedy Jasia jest chora, a gdy u niej dzieje się coś złego – nie może spać. Miały podobne doświadczenia w małżeństwie – obaj mężowie nie gardzili alkoholem – i w końcu same wychowywały dzieci.

A opowieści o podmiankach partnerów, na randkach czy w sypialni? Ola i Jola śmieją się z nich, bo bliźniacy nigdy nie są aż tak identyczni, by nie rozpoznała ich kochająca osoba.

Rozmowa z prof. Beatą Pastwą-Wojciechowską

Czy bycie bliźniakiem to dar? To bardzo specyficzna więź, zupełnie inna niż w przypadku rodzeństwa, w którym jest różnica wieku i kiedy w rodzinie przybywa kolejne dziecko, to starsze już jest w innym miejscu życia. Bliźnięta rodzą się razem, w tym samym czasie przechodzą kolejne etapy rozwoju, dlatego nawiązuje się miedzy nimi silne porozumienie. Wciąż są dla siebie wsparciem, więc mają wiele powodów, by się cieszyć z takiej relacji. Zwykle bardzo ją sobie cenią i pielęgnują całe życie.

Jakie problemy może stwarzać taka relacja?  Bliźnięta mogą mieć problem z wyodrębnieniem siebie jako oddzielnych osób. Oczywiście wiedzą, kto jest kim, odróżniają siebie od brata czy siostry, ale dla otoczenia stanowią nierozerwalną całość. Zresztą środowisko też tak na nie patrzy. Zwykle mówi się: „dziewczynki”, „bliźniaczki,” a nie np. „Ola i Asia”– jakby były jedną osobą. I rzeczywiście dorastają w tak specyficznej relacji i mogą się do tego stopnia integrować, że wytwarzają swój język, który tylko one rozumieją, porozumiewają się za pomocą własnych sygnałów, tworzą swoisty dwuosobowy „gang”. Istnieją one i reszta świata. Jeżeli bliźniaki są skazane na siebie i nieustannie ze sobą przebywają, to może być im trudno „dostrzec” w życiu inne osoby, na które też można liczyć. W przyszłości tak silną więź może przeszkadzać, bo na przykład będzie nie do zaakceptowania przez partnerów lub partnerki bliźniaków. Dlatego lepiej od początku podkreślać ich odrębność. Pewnie przychodzi to łatwiej, kiedy mamy bliźniaki dwujajowe lub różnej płci, z jednojajowymi, bardzo podobnymi wizualnie, będzie trudniej.

Zatem lepiej nie ubierać ich jednakowo, a w szkole wysłać do różnych klas lub przynajmniej nie sadzać w jednej ławce? W tej sprawie nie daje się teraz konkretnych wytycznych, raczej mówi się o tym, żeby obserwować dzieci, pytać, czy one chcą być razem czy osobno, patrzeć, jak lepiej się czują. To, co będzie lepsze, często zależy od indywidualnych potrzeb i przypadków, różne są też opinie i odczucia rodziców. Najważniejsze to podkreślać indywidualność, rozumieć, że są różne, mogą mieć rozmaite talenty i zainteresowania, pokazywać im osobistą tożsamość. Nie porównywać. Bliźnięta mogą mieć różny poziom umiejętności na przykład wykonywania danej czynności, a to z kolei może rodzic niebezpieczeństwo koncentracji przez rodziców na dziecku radzącym sobie lepiej, które mogą podświadomie uznać za zdolniejsze. Jedno stawiają za wzór drugiemu, mówią: „Zobacz, jak brat to robi, on może się nauczyć, a ty nie?”. Takie zachowanie rodziców może nieświadomie wytworzyć opór w tym drugim dziecku i uruchomić mechanizm: „A własnie pokaże, że jestem inny, tym bardziej się tego nie nauczę”.

Czy bliźniaki faktycznie łączy niemal magiczna więź: na odległość odczuwają swój ból, zmartwienia drugiego, podejmują podobne decyzje życiowe?  Trudno mi to potwierdzić z punktu widzenia nauki, ale na pewno są bardziej uwrażliwieni na swoje stany emocjonalne, jest im łatwiej rozpoznawać i interpretować wzajemne uczucia. Rzeczywiście zdarza się, że podobnie układają się ich losy, sama mam znajomą, która ma bliźnięta, dorosłych już teraz synów. Ożenili się z kobietami o tym samym imieniu. Pewnie każdy z nas słyszał podobną historię, ta kwestia wykracza jednak poza przedmiot naukowych badań prezentowanych na konferencji.

Czy rodzice bliźniąt powinni pamiętać o czymś szczególnie? Przede wszystkim o tym, żeby myśleli też o sobie. Rodzice bliźniaków są takimi samymi rodzicami jak inni, spotyka ich podwójne szczęście, ale też trudności rodzicielskie  dotykają ich ze zdwojoną siłą. Muszą się nauczyć nie tylko być rodzicem, ale być rodzicem dwójki dzieci w tym samym wieku. Czasami wyzwania i obowiązki po prostu przerastają ich siły. Kiedy tak się stanie, namawiam, by komunikowali własne problemy i zgłaszali się po fachową pomoc.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!

  1. Psychologia

Dlaczego przeklinamy? A raczej – dlaczego czasem nie da się inaczej?

Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Badania wykazały, że przekleństwa wywołują silne emocje. To one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu. (Fot. iStock)
Dlaczego przeklinamy? Nie umiemy inaczej? Emma Byrne, autorka książki „Bluzgaj zdrowo. O pożytkach z przeklinania”, szuka odpowiedzi w nauce i sięga po argumenty zarówno medyczne, jak i psychologiczne czy lingwistyczne.  

Uwielbiam przeklinać. Zwykle zdarza mi się rzucić jakimś mocnym słowem, kiedy jestem podekscytowana lub czymś zaskoczona. No i oczywiście, kiedy prowadzę, co jest chyba cechą wspólną dla większości kierowców – mówi Emma Byrne i przyznaje, że na przekleństwach zbudowała swoją karierę naukową. W książce stawia tezę – popartą przykładami z wielu dziedzin naukowych – że nie stalibyśmy się najliczniejszym gatunkiem naczelnych, gdybyśmy wcześniej nie wynaleźli przekleństw. Używanie „słów uznanych za wulgarne z dziedzin uznanych za tabu” osłabia bowiem ból, wzmacnia więzy, rozwija kreatywność i efektywność, ale także pomaga znaleźć ujście dla naszego napięcia.

Po pierwsze, emocje

Neurobiologia oraz badania nad uszkodzonymi półkulami mózgu udowadniają, że przeklinanie jest nierozerwalnie związane z emocjami – naszymi i osoby, z którą rozmawiamy. Przekleństwa są zakorzenione w obu półkulach mózgu, a także w ciele migdałowatym – najbardziej pierwotnej części mózgu, która odpowiada za silne emocje. Wraz z rozwojem ewolucji stały się potężnym skrótem, który pozwala na błyskawiczne ich przekazywanie.

Byrne przypomina znany w jej środowisku Projekt Washoe. Małżeństwo naukowców z Uniwersytetu Nevada zaadoptowało w latach 70. kilkoro małych szympansów, które wychowywali jak dzieci. Nauczyli je jeść, pić z kubka, korzystać z toalety, a także posługiwać się językiem migowym. Bardzo szybko – w chwilach wzburzenia oraz złości – zwierzęta zaczęły używać znaków związanych np. z toaletą, wydalaniem i brudem, jako obraźliwych w stosunku do siebie lub naukowców. To pokazuje, jak ważne w komunikacji i wyrażaniu emocji jest przeklinanie, niezależnie od gatunku biologicznego. – Oczywiście trzeba pamiętać, że to nie jest język jak każdy inny, wywołuje raczej silne reakcje – zwykłe słowa rzadko mają taką siłę. Jeśli więc zależy nam na wyciszeniu sytuacji, napięcia, zwłaszcza podczas kłótni, sprzeczki czy nieporozumienia, to przekleństwa nie są najlepszym wyborem – ostrzega Byrne. Jeśli jednak chcemy poinformować innych o swoim wzburzeniu i ostrzec, że zaraz wybuchniemy – mogą nawet zapobiegać przemocy. – Bez nich bylibyśmy ograniczeni do gryzienia, skakania sobie do oczu i obrzucania się gównem, jak to robią nasi naczelni krewniacy – pisze.

Budowanie więzi

Przeklinanie bardzo pomaga, jeśli chcemy się z kimś podzielić emocjami, jakie w nas narastają. I to nie tylko tymi tzw. negatywnymi. – W społeczeństwach, gdzie zniechęca się mężczyzn do okazywania smutku czy współczucia, przeklinanie może stać się wartościowym zamiennikiem – zauważa Byrne.

Nic dziwnego też, też w zmaskulinizowanym środowisku pracy, gdzie aprobatę raczej wyraża się słowami „O, k...” lub „ja, p...”, niż „ale fajnie”, przeklinająca kobieta, która potrafi niewybrednie żartować, szybciej zyska sobie szacunek i pozycję niż gdy będzie zwracać uwagę, że nieelegancko jest przeklinać. Sama Byrne pracuje w męskim zespole naukowym, zajmującym się sztuczną inteligencją. – Gdy próbowałam zgrać się z zespołem, okazało się, że mój bogaty słownik przekleństw oraz znajomość futbolu są wystarczające, by przyjąć mnie do grupy – opowiada.

Niwelowanie bólu

Skoro bluzgi dają ujście wewnętrznemu napięciu, może mogą też przynosić ulgę w bólu fizycznym? Próbował to sprawdzić doktor Richard Stephens, autor książki „Czarna owca. Ukryte zalety okropnego zachowania”. W ramach eksperymentu skłonił 67 studentów, by zanurzyli rękę w lodowatej wodzie i wytrzymali tak długo, jak mogą. W trakcie katuszy mogli używać jednego wybranego przez siebie przekleństwa oraz jednego słowa neutralnego. Okazało się, że ci, którzy tylko przeklinali, wytrzymywali o połowę dłużej niż studenci, którzy używali słów neutralnych. Przekleństwa podnosiły ich tętno i obniżały poziom odczuwalnego bólu. Dokładniejsze badania wykazały, że kolejność jest następująca: przekleństwa wywołują silne emocje, to one podnoszą tętno, co z kolei zmniejsza odczuwanie bólu.

Obniżenie frustracji

Jeśli przeklinanie pomaga podczas krótkotrwałego bólu, to jaki jest jego wpływ, gdy ktoś cierpi na przewlekłą chorobę albo długo dochodzi do siebie po bolesnej operacji? Byrne sprawdziła, że przeklinanie pomaga chorym mierzyć się z cierpieniem i związanymi z nim trudnymi emocjami, jak gniew, zniechęcenie oraz przygnębienie. Pisząca te słowa, która spędziła sześć tygodni z unieruchomioną w ortezie nogą, jest żywym na to przykładem. Niestety, Byrne zauważyła przy okazji smutną zależność. Przeklinanie przez cierpiących mężczyzn spotyka się ze społecznym przyzwoleniem, ale już bluzgające kobiety nie są równie mile słuchane. Gorzej, „rzucające mięsem” w chorobie kobiety częściej traciły przyjaciół i wsparcie znajomych z powodu używania wulgaryzmów. – To jest niepokojący przykład podwójnego standardu – ostrzega Byrne. I dodaje: – Jeśli obie płcie mają rozmawiać jak równy z równym, musimy dysponować takimi samymi narzędziami ekspresji. Pozwólmy facetom płakać, dajmy kobietom bluzgać: wszyscy potrzebujemy tych środków wyrazu.

Nauka języka

Wulgaryzmy trudno nam znieść także w ustach nastolatków i dzieci. – Przekleństwa są częścią naszego języka, nie możemy udawać, że jest inaczej. Naszym zadaniem jako rodziców nie jest zakazywać przeklinania, tylko pomóc w radzeniu sobie z emocjami, jakie temu towarzyszą – tłumaczy autorka. Dlatego nie należy karać za wulgarne słowa, tylko uczyć wyrażania emocji w sposób nieraniący innych. Jak przekonuje Byrne, zamiast wstydzić się, że przeklinamy, zacznijmy to robić swobodniej i adekwatnie do sytuacji.

  1. Psychologia

Kogo mama kocha bardziej?

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. (Fot. Getty Images)
Mama pięciorga dzieci zapytana, które wyróżnia nad inne, odrzekła: „To, które właśnie jest chore!”. Ale w przypadku, gdy faktycznie rodzice faworyzują jedno z dzieci – tracą na tym wszyscy.

Korzyści bycia tym lepszym z rodzeństwa są spore. Słowa rodzica: „Jak dobrze, że jesteś” czy „Tylko na tobie mogę polegać” to ogromna nagroda emocjonalna, ale za takimi wyznaniami kroczy też ogromne obciążenie.

Monika: „Na studiach poznałam chłopaka. Na którejś randce zwierzył mi się, że nienawidzi swojego brata, ulubieńca rodziców, bo zawsze był do niego porównywany i nigdy nie wypadał korzystnie. Dziś nie utrzymują kontaktów. – Skupił na sobie całą miłość rodziców. Nie chcę go znać – powiedział. A ja się rozpłakałam. Byłam w rodzinie tym lepszym dzieckiem, zrozumiałam, dlaczego moja siostra tak mnie nie lubi. Nawet na święta nie odpisze na mojego SMS-a”. Dziecko nigdy nie zawłaszcza miłości rodziców. Nie ma takiej władzy i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za to, jak jest kochane. To rodzice w dowolny sposób rozdzielają swoje uczucia między potomstwo. Ale czy dziecko ma taką wiedzę? Oczywiście, że nie. Widzi, kogo rodzice preferują, tyle że winą za to obciąża właśnie wybrańca. Czuje, że nie jest tak kochane, jak mogłoby być. Brata czy siostrę traktuje jako konkurenta o serce rodziców.

Zawsze nr 2

Patrycja: „Gdy moja siostra coś zrobiła, w domu panował zachwyt. Jej rysunki ojciec wieszał na ścianie, listy od niej z kolonii pokazywał kuzynom, jej zdjęcia nosił w portfelu. Jej matura była traktowana niemalże jak Nobel. To bardzo bolało. Nie znosiłam Justyny. Życzyłam jej śmierci. Całymi latami fantazjowałam, że umiera, wpada pod samochód i wtedy ojciec ma już tylko mnie. Brakowało mi odwagi, żeby go znienawidzić. Swoją frustrację przeniosłam na siostrę. Gdy pojechałyśmy razem na kolonie, cały czas robiłam jej świństwa. Potrafiłam oblać jej łóżko wodą, schować kurtkę, wywiesić majtki na widok publiczny. Kiedyś zamknęłam ją na noc pod prysznicami, a wychowawczyni powiedziałam, że nie wiem, gdzie jest, i udawałam, że szukam jej razem z innymi. W »zieloną noc« namówiłam koleżanki i zrobiłyśmy jej »kocówę«. To nasz ojciec, kochając ją bardziej, wydobył ze mnie wszystko, co najgorsze”.

Poczucie, że jest się „gorszym” dzieckiem, to traumatyczne, bardzo silnie obciążające emocjonalnie doświadczenie. Wywołuje szereg negatywnych emocji, w tym przemożną chęć zemsty. W dorosłym życiu owocuje wieloma poważnymi problemami: osoby, które w dzieciństwie były ciągle krytykowane, są wiecznie niepewne, oglądają się na opinie innych, mają niższą samoocenę, łatwiej popadają w uzależnienia. Ale rola ulubieńca rodziców nie zawsze gwarantuje życiowy sukces.

Zatruta strzała

Faworyzowanym dzieciom wprawdzie więcej wolno, rodzice przymykają oko na ich niedociągnięcia, zalewają je miłością, ale w długoterminowej perspektywie bycie „lepszym” wcale się nie opłaca. Hołubione dzieci dobrze się czują w towarzystwie rodziców, więc spędzają z nimi dużo czasu. Uczestniczą w sprawach dorosłych, ale tym samym są pozbawione towarzystwa rówieśników, odizolowane od właściwych dla ich wieku doświadczeń. Zyskując bliską więź z rodzicem, mają przewagę nad innymi dziećmi w rodzinie, ale tracą ich miłość.

Monika: „Czułam się taka uprzywilejowana, gdy mama zabierała mnie na zakupy, do krawcowej czy gdy razem jechałyśmy na grzyby. W tym czasie Ela szła na podwórko. Do dziś ma masę znajomych z dzieciństwa. Ja – nikogo”.

Hanna: „Gdy miałam 12 lat, mój młodszy brat – 8, a starsza siostra – 14, nasza mama powiedziała: Kocham was jednakowo, ze wskazaniem na Hanię. Poczułam się wybrana. Ale to było jak zatruta strzała. Kiedyś mama, ukradkiem, w tajemnicy przed rodzeństwem, dała mi tabliczkę czekolady. Pobiegłam do pokoju, żeby ją schować, ale oni mnie złapali, przytrzymali i wyciągnęli tabliczkę. – Skąd masz? – Mama mi dała – powiedziałam. – Udław się nią – usłyszałam. Od tego momentu brat i siostra odnosili się do mnie wrogo, i tak zostało do dziś”.

Taką stworzyła mnie mama

Rodzice prawie zawsze chcą dobrze dla wszystkich swoich dzieci. Bardziej wspierają jedno z rodzeństwa z różnych powodów. Słabsze, chorowite, mniej zdolne – bo wzbudza w nich instynkt opiekuńczy; zdolne, inteligentniejsze, ładniejsze – bo mogą być z niego dumni. Tym samym utrwalają hierarchię, wdrukowują role. Dziecko wybrane na to lepsze jest wspierane, otaczane opieką. Miłość rodziców rzeczywiście je wzmacnia. Tymczasem dziecko uznane za gorsze, zostaje zatrute zazdrością i nienawiścią, przez co staje się jeszcze gorsze. Wszystko się zgadza. Rodzice upewniają się, że mieli rację.

Julia: „Tyle razy słyszałam, że Danka lepiej gotuje, sprząta, uczy się i wygląda, że zaczęła kierować mną złość do niej. Stałam się wrednym dzieciakiem. Do dziś jestem gorszą córką. Jestem drażliwa, cyniczna i nieprzystępna – tak jak wymyśliła to nasza matka”.

Monika: „Rodzice wciąż mi powtarzali, że jestem taka rozsądna, nie to co Elka. Ale to moja siostra mogła robić, co chciała, bo była tą gorszą, a ja byłam lepsza, więc musiałam być grzeczna. Do dziś żyruję jej pożyczki, jadę po nią w środku nocy, bo pokłóciła się z facetem i nie ma jak wrócić do domu. Nie mam życia osobistego i wiem, że to dlatego, że nie chcę zawieść rodziców. Uwierzyłam, że muszę być tą lepszą”.

Bez względu na motywy faworyzowania, konsekwencje zawsze są złe. Wyróżniając jedno z dzieci, rodzice budują między nim a resztą rodzeństwa gruby mur wzajemnej nienawiści. To sprawia, że w domu nigdy nie ma dobrej atmosfery. Układy zapoczątkowane w dzieciństwie utrwalają się i przenoszą do dorosłego życia.

Monika: „Obie z siostrą jesteśmy już samodzielne, ale ona nie może mi darować, że rodzice, a zwłaszcza ojciec, woleli mnie. – Co tam u twoich rodziców? Jak twój ukochany tatuś? – pyta, gdy się widzimy. W siostrze jest tyle nienawiści. Czuję, że na to nie zasługuję. Nasi rodzice skrzywdzili nas obie”.

Bycie lepszym dzieckiem nie tylko trwale odcina od rodzeństwa, ale owocuje licznymi problemami. Dorosłe „lepsze” dzieci są mniej samodzielne, mają ogromne problemy z podejmowaniem decyzji, są nazbyt zorientowane na akceptację otoczenia, nadmiernie związane ze swoimi rodzicami, przedkładają ich potrzeby nad własne bądź nad potrzeby swoich dzieci czy męża. Nie umieją się wyzwolić z roli wzorowych dzieci.

Hanna: „Przez długie lata nie zdawałam sobie sprawy, jak niesprawiedliwie moi rodzice traktowali naszą trójkę. Dziś widzę, że było mi wolno znacznie więcej, że byłam zwyczajnie bardziej kochana, ale cena za to jest spora. Mama tylko zadzwoni, a ja rzucam wszystko i jadę. Moje rodzeństwo świetnie sobie poradziło. Oni mają siebie nawzajem, a ja tylko rodziców”.

Porozumienie ponad podziałami

Relacje z rodzeństwem są nie mniej ważne niż z rodzicami i, zwłaszcza jeśli są złe i niesatysfakcjonujące, warto przyjrzeć się, co za tym stoi. Nawet za cenę utraty aprobaty rodziców. Jedynym wyjściem z sytuacji nadmiernego faworyzowania jest sojusz rodzeństwa.

Patrycja: „Zaczęłam terapię dwa lata temu. Miałam ogromne problemy z chłopakiem, w pracy, nie mogłam skończyć studiów. Okazało się, że mój gniew wynika z tęsknoty za siostrą. Nasi rodzice zrobili wszystko, żebyśmy się nie lubiły. Ciągle ze sobą rywalizowałyśmy. Żadna nie miała pojęcia, że o naszych relacjach zdecydowali rodzice. Teraz uczymy się być siostrami bez nich i, co ciekawe, oni wcale nie są z tego zadowoleni”.