1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak sobie radzić z nadwrażliwością emocjonalną?

Jak sobie radzić z nadwrażliwością emocjonalną?

Każdy ma wpływ na to, jak przejawia się jego wrażliwość. Nawet jeśli jest silniejsza niż u innych, nie musi być jak sztorm, który nas porwie. (Fot. iStock)
Każdy ma wpływ na to, jak przejawia się jego wrażliwość. Nawet jeśli jest silniejsza niż u innych, nie musi być jak sztorm, który nas porwie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Intensywniej czują, więcej słyszą i widzą. Do tego non stop analizują, przetwarzają, wątpią… Psychologia powoli otwiera się na osoby wysoko wrażliwe oraz nadwydajne mentalnie. Po to, by pomóc im docenić swój wyjątkowy układ nerwowy i… nad nim zapanować.

Ludzie wysoko wrażliwi – intensywniej czują, więcej słyszą i widzą. Do tego non stop analizują, przetwarzają, wątpią… Psychologia powoli otwiera się na osoby wysoko wrażliwe oraz nadwydajne mentalnie. Po to, by pomóc im docenić swój wyjątkowy układ nerwowy i… nad nim zapanować. Co więc wiemy o nadwrażliwości emocjonalnej i mentalnej?

Współczesny świat nie daje zbyt wiele czasu i miejsca na wytchnienie. Nasza codzienność pełna jest możliwości, ale też najrozmaitszych barw, dźwięków i zapachów… Nigdy wcześniej tak bardzo nie była nam potrzebna umiejętność szybkiego podejmowania decyzji, ale też odcinania się od nadmiaru bodźców.

A co, jeśli tego nie potrafisz? Jeśli twój mózg nie odróżnia rzeczy ważnych od mniej istotnych i na wszystkie reaguje tak samo silnie, do tego jeszcze nadmiernie się pobudza i powoli wraca do równowagi? Co jeśli należysz do ludzi wysoko wrażliwych?

Christel Petitcollin, francuska trenerka rozwoju, dekadę temu opisała przypadki terapii osób, których największym problemem jest nadwrażliwy układ nerwowy. Niedawno jej książka ukazała się po polsku pod tytułem „Jak mniej myśleć” (wyd. Feeria) i, sądząc po dużym zainteresowaniu czytelników, trafiła w punkt. Bo choć każdemu z nas przydarza się czasem okres wzmożonej aktywności mentalnej – gdy w pracy gonią terminy, czymś się stresujemy czy zamartwiamy – to czym innym jest taki stan non stop, czyli nadwrażliwość psychiczna i emocjonalna.

Oto fragment maila François, jednego z klientów Petitcollin: „Parkuję samochód. Zastanawiam się, czy pani parkuje na podwórzu czy na ulicy. Przechodzę przez bramę, usiłuję dociec, które auto należy do pani. Czy lubi pani samochody? Myślę, że tak. A jednak nie zauważam żadnego interesującego. Mówię sobie, że się pomyliłem. Dochodzę do domofonu. Na skrzynce na listy pani nazwisko jest napisane inną czcionką niż nazwiska osteopatów. A więc nie zaczęła pani przyjmować w tym samym czasie co oni. Dlaczego? Gdzie pani wcześniej praktykowała? Dalej od swojego domu? U siebie w domu? Czy pani klientom nie przeszkadzało, że zmieniła pani adres? Wchodzę. Drugi dzwonek nie działa. Trzeba go naprawić. Dlaczego nikt go dotąd nie naprawił?...”. – Tak osoba z nadwydajnością mentalną żyje na co dzień – komentuje trenerka. – Bombardowana informacjami, zapamiętująca mnóstwo szczegółów, próbująca przewidzieć, co się wydarzy, i odgadywać resztę na podstawie zebranych informacji, no i zadająca sobie mnóstwo pytań. Co więcej, robi to, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Doznania, emocje, wrażliwość – wszystko jest u niej spotęgowane. Jej cały system zmysłowy i emocjonalny jest nadwrażliwy.

Brzmi znajomo? Czyżby taki sam nieustanny wewnętrzny monolog rozbrzmiewał w twojej głowie? Gratulujemy – masz wyjątkowy mózg. I współczujemy – bo taki skarb jak nadwrażliwość emocjonalna wymaga wyjątkowego traktowania.

Prawopółkulowcy

Francuskie Stowarzyszenie Ochrony Osób Obarczonych Nadwydajnością Mentalną nazywa takie osoby PESM (Personnes Encombrées de Surefficience Mentale). Można użyć też terminów „nieprzeciętnie zdolni” lub „o wysokim potencjale intelektualnym”, ale jak twierdzi autorka „Jak mniej myśleć”, ludzie wysoko wrażliwi wolą określenie „nadwydajni mentalnie”. Postronnemu obserwatorowi mogą wydać się jak nie z tego świata. Na przykład słuchają radia, jednocześnie śledząc rozmowę dwojga znajomych obok i nie rozprasza ich dźwięk naczyń dochodzący z kuchni. Niestety, lepiej słyszą wysokie i niskie tony, dlatego dźwięk kosiarki dochodzący zza okna może wręcz wwiercać się im w mózg. Są też bardzo dotykowi: od razu wyczuwają suchość lub wilgotność powietrza, fakturę materiału, a w stanie pobudzenia emocjonalnego odczuwają silną chęć, by ktoś ich mocno przytulił. Ale też niektóre materiały mogą wywoływać u nich wstręt, a zbyt miękkie i gotowane jedzenie – być wręcz niejadalne.

W dzieciństwie ludzie wysoko wrażliwi uważani byli zwykle za nadaktywnych i niezdolnych do skupienia, ponieważ ich nastawione wielozadaniowo mózgi nudzą się wykonywaniem tylko jednej czynności naraz. Nic dziwnego, że przez cały okres szkolny dręczono ich całymi litaniami „dys-”: dysleksja, dysortografia, dyskalkulia, dysgrafia. Jak zauważa Petitcollin, już wtedy powstało w nich silne przekonanie, że są dziwni, inni, niezrozumiali. Nie dostrzegano ich nadwrażliwości emocjonalnej – o leczeniu nie myślano tym bardziej.

Nadywdajni mają ogromny potencjał emocjonalny, który bardzo im ciąży, dopóki nie nauczą się go poskramiać. (Fot. iStock) Nadywdajni mają ogromny potencjał emocjonalny, który bardzo im ciąży, dopóki nie nauczą się go poskramiać. (Fot. iStock)

Cóż, ich mózgi rzeczywiście są inne. Dominuje w nich bowiem prawa półkula, ta bardziej kreatywna, odpowiedzialna za emocje i sferę uczuciową. Jak pisze Petitcollin, u ludzi, których cehucje nadwrażliwość psychiczna, emocje przechodzą najpierw przez serce, zanim dotrą do mózgu. – Zalewają ich jak strugi deszczu podczas burzy. Podlegają wahaniom nastroju: od niepokoju, przez napady gniewu, po przygnębienie. Ale też entuzjazm czy euforię – pisze trenerka. Do tego otoczenie bez przerwy ich strofuje i poucza niczym dzieci. Uchodzą za naiwnych, niedojrzałych, impulsywnych. Nie potrafią na przykład prowadzić towarzyskiego small talku, zbytnio skupiają się na szczegółach – w efekcie są wręcz opętani dążeniem do ideału i mają sobie mnóstwo do zarzucenia.

Według statystyk od 70 do 85 proc. osób wykazuje dominację lewej półkuli mózgu, prawopółkulowcy są więc w mniejszości, ale to dobrze – przekonuje Petitcollin – bo tylko cechy występujące w mniejszości mogą zostać uznane za unikalne. A nadywdajni mają ogromny potencjał emocjonalny, który bardzo im ciąży, dopóki nie nauczą się go poskramiać.

Potencjał, nie ciężar

Ludzie z nadwydajnością mentalną przede wszystkim odbierają więcej informacji niż przeciętni ludzie, do tego o wiele bardziej intensywnie. – To zjawisko nazywa się hiperestezją, czyli posiadaniem pięciu nadzwyczaj wyostrzonych zmysłów. Jest to również stan przytomności, czujności, a nawet nieustannego pogotowia – pisze Petitcollin. Co to oznacza w praktyce? Że na przykład potrafisz rozpoznać już od pierwszych taktów fragment jakiegoś utworu muzycznego lub nazwać wszystkie składniki potrawy po pierwszym kęsie. Czy to nie fantastyczne? Owszem. I wyjątkowe. Ale też na dłuższą metę męczące. Dzięki temu talentowi masz większą wiedzę o świecie i szybciej się uczysz, pozwala on też doznawać niezwykle zmysłowej rozkoszy, stanów wręcz euforycznych czy orgazmicznych… Ale nie bez przerwy. Po jakimś czasie twój system nerwowy zwyczajnie się przegrzewa. I wtedy metka uwierająca w kark doprowadza do szału, wyperfumowani ludzie w  windzie – wywołują mdłości, a zbyt oświetlone ulice – przyprawiają o potworny ból głowy. Nadwrażliwość emocjonalna potrafi ogromnie przytłoczyć.

Prawa półkula odpowiada za myślenie rozgałęzione, błyskawiczne, emocjonalne, intuicyjne i skojarzeniowe. Dlatego mózgi prawopółkulowe potrzebują komplikacji i wyzwań – wtedy najlepiej pracują. Jeden z bohaterów książki Petitcollin, 
kelner, wyznaje, że kiedy jest mało gości w restauracji, nie jest w stanie zapamiętać zamówienia, musi sobie wszystko zapisywać. Natomiast gdy klientów jest zatrzęsienie, kartka staje się niepotrzebna – bezbłędnie recytuje kucharzowi nawet najbardziej skomplikowane listy. Oczywiście minusem takiego myślenia jest wieczne rozpamiętywanie i analizowanie. A także ciągłe wątpliwości i pytania. I bardzo wysoka samokrytyka. Mózgi  takich osób  ciągle coś mielą, trzeba im dawać więc pożywkę. Ludzie wysoko wrażliwi potrzebują też dużo uczucia, zachęty oraz pieszczot – generalnie pozytywnej atmosfery. A ponieważ są bardzo przenikliwi, widzą pewne rzeczy szybciej od innych. Potem są jednak sfrustrowani, bo nikt nie słucha ich ostrzeżeń, dlatego zwykle podzielają los mitycznej Kasandry i cierpią w milczeniu. To skazuje ich na osamotnienie i niezrozumienie, a przecież nie musi tak być.

Instrukcja obsługi siebie

Petitcollin daje jasne, choć – trzeba przyznać – dość ogólne wskazówki: po pierwsze, ludzie z nadwrażliwością emocjonalną powinni docenić swoją odmienność i zrozumieć, że jest to szansa na silniejsze odczuwanie i szybsze myślenie. Po drugie: postarać się, by ich odczuwanie skupiało się na pozytywnych doznaniach, a myślenie było bardziej zorganizowane. W tym ostatnim pomogą np. mapy myśli lub poziomy logiczne, wykorzystywane przez NLP.

Według Petitcollin najistotniejsze jest jednak oddzielenie zachowań od tożsamości i wartości. Nadwydajni myślą bowiem często: „Mylę się (zachowanie), więc jestem do niczego (tożsamość)”, albo: „On nie daje mi kwiatów (zachowanie), to znaczy, że mnie nie kocha (wartości)”. W tym wypadku trenerka proponuje wykorzystać swój genialny umysł do wysnucia przynajmniej kilku innych przyczyn danego zachowania: „Nie daje kwiatów, bo nie ma takiego zwyczaju; bo nie wie, że tego bym chciała; bo woli wyrażać miłość w inny sposób”…

Wysoko wrażliwi są bardziej wyczuleni na sferę duchową. (Fot. iStock) Wysoko wrażliwi są bardziej wyczuleni na sferę duchową. (Fot. iStock)

Warto docenić swoje mocne strony, a są to: życzliwość, poczucie humoru, otwartość, dar naśladownictwa (nadwydajni genialnie oddają mimikę, gestykulację czy tembr głosu innych osób), ale też poczucie sprawiedliwości, szczerość oraz potrzeba tworzenia. Zwykle są doceniani za umiejętność słuchania i dawania pociechy.

Kolejny ważny element to wyzbycie się perfekcjonizmu i nauczenie doceniania swoich osiągnięć. Nadwydajni mają potrzebę udowadniania, że są w czymś dobrzy. A może pora w to uwierzyć i zacząć się kochać za to, jaki jesteś? Zaakceptować tę nadwrażliwość emocjonalną? Petitcollin poleca też jak najczęstsze pocieszanie swojego Wewnętrznego Dziecka i negowanie słów Wewnętrznego Sabotażysty.

Jeszcze kilka wskazówek dotyczących dbania o mózg: trzeba codziennie karmić go nauką i dawać mu zawsze coś do roboty. Poza tym uprawiać sport (pomaga kanalizować niespożytą energię) i rozwijać kreatywność poprzez hobby (majsterkowanie, muzykę, taniec, pisanie…). Mózg nadwydajnych niczym gąbka wchłania sztukę, czyli piękno w najszerszym tego słowa rozumieniu – zatem muzea, koncerty, wystawy…

Jeśli zaś chodzi o kontakty z innymi, trenerka zaleca takie punkty w pracy nad sobą, jak oswojenie samotności, zarządzanie krytyką, wyznaczanie ram dla swojej życzliwości, a przede wszystkim radzenie sobie z odrzuceniem. Nadwydajni bardzo potrzebują innych i mają im wiele do dania, ale póki nie poznają siebie i nie nauczą się obsługi swojego wyjątkowego „ja” – będą tylko zniechęcać i wzbudzać konsternację.

Wrażliwość to siła

Choć książka Petitcollin jest przystępna w odbiorze i dobrze ukazuje problem ludzi z nadwrażliwością emocjonalną, to jednak miesza pewne pojęcia, bez podania stojących za nimi badań (uznaje np. zespół Aspergera za jedną z odmian nadwydajności). Elaine N. Aron, psychoterapeutka i naukowczyni,  nie tylko nie popełnia tego błędu, ale też wnosi do tematu gruntowną wiedzę, popartą latami doświadczeń. Aron poświęciła swoje życie badaniom nad nadwrażliwością psychiczną – to jej zawdzięczamy, że ta cecha została uznana przez naukę i że zyskała oficjalny termin: „wysoka wrażliwość”. Jego znaczenie najlepiej wyjaśni stosowany przez Aron akronim DOES, gdzie:
  • D oznacza głębię przetwarzania (ang. depth of processing) – osoby wysoko wrażliwe zastanawiają się przed przystąpieniem do działania;
  • O, czyli przestymulowanie, często zdarza się im doznawać przesytu bodźców (ang. overstimulation);
  • E (ang. emotional reaction) to akcent na reakcje emocjonalne i silna więź empatyczna, co wzmaga spostrzegawczość i pomaga w uczeniu się;
  • S, czyli wyczulenie (ang. being sensitive) na subtelności w otaczającym świecie.
Jak widać, termin ma o wiele większą pojemność niż „nadwydajność mentalna”, zakłada bowiem nadwrażliwość całego układu nerwowego. Szacuje się, że cecha ta występuje u 15–20 proc. populacji i prawdopodobnie jest dziedziczna. Aron twierdzi, że za hipotezą dziedziczności przemawia fakt, iż  typowe dla niej objawy pojawiają się już u małych dzieci. Sama prowadzi obecnie badania genetyczne, aby to potwierdzić.

Oto, jak wyjaśnia, czym w praktyce oznacza być WWO (osobą wysoko wrażliwą): „Większość ludzi potrafi ignorować syrenę ambulansu, jaskrawe światła, nietypowe zapachy, bałagan i rozgardiasz. Wysoko wrażliwym one bardzo przeszkadzają. Większość ludzi może odczuwać zmęczenie pod koniec dnia spędzonego w galerii handlowej i muzeum, ale z przyjemnością przyjmie zaproszenie na wieczorną imprezę. Wysoko wrażliwi potrzebują po takim dniu trochę samotności. Czują się roztelepani, nadpobudzeni. Większość ludzi, wchodząc do pomieszczenia, zauważa meble, innych zebranych i… mniej więcej tyle. Wysoko wrażliwi z miejsca automatycznie rejestrują panującą tam atmosferę, oznaki wzajemnej życzliwości i niechęci, zaduch lub świeżość powietrza, charakter osoby, która układała kwiaty” – czytamy w książce „Wysoko wrażliwi” (wyd. Feeria). Aron podkreśla także, by nie mylić wspomnianego pobudzenia z lękiem ani z nieśmiałością. Nieśmiałość jest nabyta i powstała zwykle w wyniku jakiejś sytuacji, natomiast nadwrażliwość emocjonalna jest wrodzona i polega na czułym systemie nerwowym. Natomiast jest ona zdecydowanie pokrewna z introwertyzmem. Co nie oznacza, że wrażliwi stronią od ludzi, tylko że wolą mieć kilka bliskich relacji niż szeroki krąg znajomych.

 

Wrażliwość to siła, która oznacza w praktyce: większą zdolność dostrzegania i unikania błędów; sumienność i drobiazgowość; umiejętność głębokiej koncentracji; wyjątkową zdolność do wykonywania zadań wymagających czujności, precyzji, prędkości i wykrywania drobnych różnic; zdolność do przetwarzania materiału na głębszym poziomie; zdolność do uczenia się różnych rzeczy mimochodem oraz podleganie silnemu wpływowi nastrojów i emocji innych ludzi. Wysoko wrażliwi są precyzyjni w ruchach, dobrzy w pozostawaniu w bezruchu, zwykle sprawnie funkcjonują o poranku, są też bardziej podatni na wpływ stymulantów typu kawa, raczej prawopółkulowi i bardziej wrażliwi na substancje unoszące się w powietrzu.

Niczym niemowlę

Wrażliwość może (i powinna!) wzbogacać nasze życie, ale aby tak się stało, niezwykle istotne jest, z jaką reakcją rodziców spotykała się w dzieciństwie – na co dowodem jest przypadek Charlesa, jednego z bohaterów książki Aron. Nie tylko przez całe życie zdawał sobie sprawę ze swojej cechy, ale też zawsze postrzegał ją jako zaletę. Jego rodzice byli wręcz zachwyceni wrażliwością syna. W ich kręgu, czyli w artystycznej subkulturze, kojarzyła się z inteligencją, wyrafinowaniem i dobrym smakiem. Charles był dla nich wymarzonym dzieckiem. Nie denerwowało ich, że wolał uczyć się niż biegać z kolegami, zachęcali go, by więcej czytał. Ostatecznie objął posadę wykładowcy na uniwersytecie, na którym studiował, a po godzinach grywa na fortepianie. Ponieważ hałas zawsze mu przeszkadzał, zamieszkał z rodziną na zacisznym osiedlu i otacza się tylko przyjemnymi dźwiękami, jak szum fontanny i dobra muzyka. Wie, że za bardzo przejmuje się różnymi sprawami, ale pracuje nad opanowaniem gonitwy myśli. Jeśli ma za dużo wrażeń w pracy, idzie na długi spacer lub gra na fortepianie. Ze względu na swoją wrażliwość celowo stronił od kariery w biznesie, a kiedy dostał zbyt stresującą funkcję na uczelni, zrezygnował z niej przy pierwszej możliwej okazji.

Aron przytacza tę historię, by zwrócić uwagę na to, że można zrozumieć swoją wyjątkowość i wieść takie życie, w którym będzie ona zaletą, a nie wadą – nadwrażliwość emocjonalna nie wymaga leczenia, ją trzeba zaakceptować i odpowiednio pielęgnować. Choć nie każdy ma tyle swobody i samoświadomości co Charles, to może przynajmniej starać się pamiętać o swojej specyfice i opiekować się swoim wyjątkowo czułym organizmem. Najlepiej robić to, traktując go tak jakby traktowało się niemowlę. Podobnie jak ono, taki organizm reaguje bowiem silnie na bodźce zewnętrzne i dobitnie domaga się uwagi. Wysoko wrażliwi  na przykład mocno odczuwają głód, a ponieważ zarówno niemowlę, jak i organizm nie mogą komunikować się z nami słowami, więc dają coraz głośniejsze sygnały wzywania pomocy. Głodne niemowlę krzyczy, a głodny organizm WWO reaguje spadkiem koncentracji, drgawkami i rozdrażnieniem.

Niemowlęta potrzebują dużo odpoczynku – podobnie organizmy osób wrażliwych, nie wolno ich forsować, bo skończy się to chorobą. Czyli przede wszystkim: dużo snu, regularne posiłki, ale też czas spędzany w samotności po bardzo intensywnym dniu – wrażliwi muszą rozsądnie dzielić swój czas pomiędzy życiem na zewnątrz i życiem wewnętrznym. A co, kiedy nasze „niemowlę” jest pobudzone, przebodźcowane? Aron opisuje kilka przydatnych strategii, jak powtarzanie frazy, modlitwy czy mantry, która będzie kojarzyła się ze stanem głębokiego spokoju. Pomocne będzie wyjście na dwór, wypicie szklanki wody, uspokojenie oddechu czy robienie sobie częstych przerw. Dobrym trikiem jest tzw. powrót do bezpiecznej przystani – to może być zarówno bliska osoba, do której się przytulisz, jak i miejsce, w którym się skryjesz: biblioteka, kościół czy własny samochód; albo też rzecz, typu ulubiony sweter, którym się otulisz, czy relaksująca muzyka, którą włączysz na słuchawkach.

Mówi się, że małe dzieci wiedzą i rozumieją więcej niż nam się wydaje – nie powinno więc dziwić, że ludzie wysoko wrażliwi są bardziej wyczuleni na sferę duchową. Potrafią stworzyć atmosferę wspólnego przeżywania, głębokiego porozumienia i życzliwości. Jak nikt inspirują do poszukiwania sensu. Aron podkreśla, że wrażliwi byli potrzebni w każdej społeczności, a w dawnych czasach pełnili najbardziej prestiżowe funkcje – byli doradcami królów i kapłanami. Cóż, w naszych czasach WWO muszą najpierw docenić siebie, by potem docenili ich inni.

Najważniejsza informacja jest taka, że każdy ma wpływ na to, jak przejawia się jego nadwrażliwość emocjonalna. Nawet jeśli jest silniejsza niż u innych, nie musi być jak sztorm, który nas porwie. Wystarczy, że wcześniej poznamy jej siłę i zbudujemy odpowiednie falochrony.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Seksualność kobiet wysoko wrażliwych okiem terapeutki Katarzyny Kucewicz

Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Kobiety wysoko wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. (Fot. iStock)
Wysoka wrażliwość to z jednej strony olbrzymi potencjał doświadczania zmysłowego, z drugiej – ryzyko, że mocniejszy bodziec wywoła dyskomfort, a nawet ból. Wyjątkowo delikatnej i bogatej seksualności kobiet, które „czują za bardzo”, przyjrzała się psycholożka i psychoterapeutka Katarzyna Kucewicz.

Kobiety wyjątkowo wrażliwe są wyjątkowo czułe na bodźce sensoryczne, co wpływa na jakość ich życia seksualnego. Najbardziej seksualnym zmysłem jest dla nich oczywiście dotyk, w formie przytulania, głaskania, pieszczot. Dotyk miękkich materiałów, delikatne muśnięcia na przykład karku czy policzka zapewniają im ekscytujące doznania. Bardziej wrażliwy układ nerwowy jest niestety także bardziej podatny na ból, więc mocniejszy dotyk raczej może być dla nich mało przyjemny, a nawet wywoływać dyskomfort. Wrażliwość jednocześnie ułatwia i utrudnia osiąganie satysfakcji seksualnej.

Bogata wyobraźnia

Fantazja kobiet wrażliwych jest przeważnie nieograniczona i bujna. Już jako dziewczynki często lubiły zamykać się we własnej samotni, a jako kobiety dorosłe potrafią wyobrażać sobie ze szczegółami rozbudowane scenariusze erotycznych doznań. Seksualne marzenia kobiet wysoko wrażliwych mogą dotyczyć różnych sytuacji, ale w rzeczywistości preferują one raczej dotyk czuły i namiętny niż szybki i gwałtowny. Związane jest to z sensoryczną wrażliwością ich ciała.

Dla kobiet wrażliwych bardzo istotna w osiągnięciu satysfakcji seksualnej jest sprzyjająca atmosfera. Dlatego seks bez zobowiązań i relacje oparte wyłącznie na seksie są u nich raczej rzadkością. Niektórzy mówią nawet, że wśród kobiet wysoko wrażliwych istnieje duży odsetek demiseksualnych, czyli takich, których orientacja psychoseksualna opiera się na odczuwaniu pociągu erotycznego tylko pod warunkiem, że nawiązana zostanie silna więź emocjonalna. Według badaczy kobiety wrażliwe raczej później przechodzą inicjację seksualną i mają mniej partnerów niż średnia populacji, co potwierdza, że jednorazowe historie miłosne nie znajdują się w kręgu ich zainteresowania.

Gra wstępna? Powinna być długa i subtelna. Czasami może trwać już od rana, przez cały dzień. Raczej delikatna niż gwałtowna i wyuzdana. Na pewno należy zadbać o atmosferę i komfort – tylko zrelaksowana kobieta będzie czerpała z seksu przeszywającą przyjemność. Zwłaszcza jeśli jest wysoko wrażliwa, a tym samym bardzo czuła na bodźce i doznania. Odpowiednio rozluźniony organizm lepiej reaguje na dotyk, a to szczególnie ważne u kobiet z niskim progiem bólu. Skarżą się one często na doświadczanie dyskomfortu przy próbie stosunku genitalnego. Wynika to z napięcia, niedostatecznego nawilżenia pochwy oraz tego, że mocny i raptowny dotyk jest dla nich nieprzyjemny.

W seksie dla WWO (osób wysoko wrażliwych) bardzo ważne są spokój, harmonia i pewność, że nie będzie zbyt wielu dodatkowych stymulacji. Już sam akt seksualny jest mocnym doświadczeniem, angażującym i przejmującym, a orgazm – przeżyciem wręcz mistycznym, nieziemskim. Doktor Elaine Aron, autorka pojęcia wysokiej wrażliwości, w trakcie swoich badań doszła do wniosku, że kobiety wrażliwe mają statystycznie więcej orgazmów niż kobiety niewrażliwe.

Tak zwany szybki numerek, podczas gdy za ścianą biesiadują goście, przebywają rodzice albo dzieci, jest dla wrażliwej kobiety napinający, bo bodźce dźwiękowe rozpraszają całą jej uwagę. To analogiczna sytuacja jak ta w pracy, gdy nie możemy się skupić na zadaniu, bo dookoła tyle się dzieje. Zatem wszelkie niepokojące dźwięki zza ściany, miauczący kot albo świadomość, że ktoś może wejść, raczej nie będą pobudzać osoby wrażliwej – to zbyt duże rozproszenie.

„Jeśli coś wytrąci mnie z rytmu, nie jestem w stanie szybko powrócić do miłosnych uniesień, momentalnie się blokuję. Łagodna muzyka, kadzidełka plus dotyk męża? O nie, to zbyt wiele. Wolę, gdy jest jeden intensywny bodziec” – mówi Nina, 37-letnia nauczycielka angielskiego będąca WWO.

Po seksie wrażliwa kobieta potrzebuje dużo czasu, by dojść do siebie. Seks jest dla niej wyczerpujący nie tylko fizycznie, ale i emocjonalnie. Czasami kobiety opowiadają, że po bardzo intensywnym orgazmie wręcz płaczą ze szczęścia, bo tak są poruszone.

Sex-care

Seks jest trudnym tematem do rozmowy dla większości ludzi. To przestrzeń, w której wszyscy w jakimś stopniu jesteśmy wysoce wrażliwi. Nasz układ nerwowy analizuje w trakcie zbliżenia wiele danych, więc łatwo może zostać przeciążony, a tym samym wytrącić nas z miłosnego nastroju, zanim jeszcze zdążymy się „rozkręcić”. Kluczem do tego, by był seks udany i spełniony, wydaje się nawiązanie właściwej, opartej na empatii i wzajemnej trosce komunikacji z partnerem. Oraz, a może przede wszystkim, pełne zaakceptowanie swojego ciała i własnej seksualności. W swojej praktyce seksuologicznej zauważam, że kobiety, pragnąc osiągnąć harmonię w swoim życiu, często zapominają troszczyć się o własną seksualność. W Ameryce taka troska nosi nazwę sex-care. Sex-care to uważność na swoją seksualność, traktowanie jej z taką samą atencją, z jaką podchodzimy do dbania o swoje samopoczucie czy zdrowie fizyczne.

Kobieta wrażliwa dobrze czyta swoje ciało, jest wnikliwa i dostrzega wszelkie niuanse. Nierzadko jednak jest też krytyczna i surowa w przyglądaniu się swoim kształtom. Może krępować ją własna nagość i kobiecość w kontekście seksualnym, bo często nie ma zbyt wielu intensywnych doświadczeń w tej materii, nie jest też oswojona z nagością. Bywa, że krytycznie ocenia wszelkie odstępstwa od ideału, a jeśli w jej życiu zdarzyła się krytyka (w formie przemocy rówieśniczej czy po prostu niewybrednego komentarza rodzica), odnosi się do niej w sytuacjach intymnych, przypomina sobie, zastanawia się, czy dalej te słowa są aktualne. To procesy zachodzące szybko i automatycznie. Nie jest tak, że same je przywołujemy – usłyszana krytyka rzuca swój cień w momentach napięcia, niepewności, sytuacjach, w których obnażamy się i poddajemy ocenie.

Na szczęście czerpanie satysfakcji seksualnej jest kwestią treningu, ćwiczenia, czułego sprawdzania siebie i swoich reakcji. Można taki trening rozpocząć od automasażu, tańca, samotnego poznawania swojej skóry w kąpieli. Dopiero później można spróbować form głęboko duchowych, na przykład tantry.

Fragment książki „Kobiety, które czują za bardzo”, wyd. Rebis. Wszystkie skróty pochodzą od redakcji.

Katarzyna Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka, seksuolożka. Prowadzi Ośrodek Psychoterapii i Coachingu Inner Garden w Warszawie, współpracuje także z Poradnią Zdrowia Psychicznego „Harmonia”. Należy do Polskiej Federacji Psychoterapii. Swoją wiedzą dzieli się na Instagramie: @psycholog_na_insta.

  1. Psychologia

Praca to nie wszystko – mężczyźni poszukują duchowości

Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
Coraz więcej mężczyzn zdaje sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać. (Fot. iStock)
W czasie cywilizacyjnego kryzysu wielu mężczyzn orientuje się, że poświęcili bezwolnie wiele lat życia sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły. Intensywnie poszukują więc zgodnej z ich potrzebami życiowej ścieżki. To dobry kierunek – mówi Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Przyjaciel powiedział mi, że traci firmę, musi sprzedać dom. Dodał, że pokonał go COVID-19, ale to i tak jego wina, bo powinien lepiej się zabezpieczyć. Czy mężczyźni zawsze biorą winę na siebie, gdy tracą firmę?
Tak, bo mają nieomal zapisaną w genach odpowiedzialność za materialne i finansowe bezpieczeństwo rodziny. Mają też wpisany w męski przekaz międzypokoleniowy wyścig samców, którego wynik ustawia ich w męskiej hierarchii w zależności od poziomu, na którym żyją, prestiżu, władzy i wpływu. Najgorsza pozycja, jaką mogą zająć w tym wyścigu, to „nieudacznik”; a gdy przyczyny klęski są obiektywne, to „pechowiec”. Reguły męskiego rykowiska są twarde i bezwzględne. Nieudacznicy i pechowcy nie mają szans na względy atrakcyjnej kobiety. A jeśli zdobyli ją wcześniej, to teraz czują, że zawiedli. No i tak zapewne czuje się dziś twój przyjaciel, podobnie jak tysiące innych mężczyzn w podobnej sytuacji.

Ale przecież mamy pandemię...
Pozornie sytuacja pandemiczna jest dla mężczyzn prestiżowo łatwiejsza, bo jest obiektywną przyczyną katastrofy wielu firm. Nikt też nie mógł takiej sytuacji przewidzieć ani nie jest w stanie jej dalszego rozwoju kontrolować. Trudno więc się czuć odpowiedzialnym za to, że pojawił się ten wirus i że wiele firm nie może sprzedawać tego, co do tej pory sprzedawało. Ale część mężczyzn i tak nie potrafi się z tej odpowiedzialności zwolnić, bo ich poczucie wartości, szacunku dla siebie, a nawet sens istnienia opierają się w ogromnej mierze na pracy. Od początku istnienia naszego gatunku mężczyzna – prócz płodzenia dzieci – był niezbędny do polowania, ciężkiej pracy i do walki z wrogiem. Tak więc nie ma się co dziwić, że na tym odwiecznym powołaniu nadbudowało się uniwersalne poczucie męskiej tożsamości i wartości. Patrząc z tego punktu widzenia, łatwo zrozumieć, dlaczego ostatnie 30 lat rozwoju technologii, emancypacji kobiet i przemian obyczajowych spowodowało wśród mężczyzn powszechną tożsamościową katastrofę, kompensowaną równie powszechną eksplozją patriarchalnego konserwatyzmu i szowinizmu.

Pracować mogą maszyny, a walczyć – drony czy już wkrótce roboty. Mamy też sztuczne zapłodnienie...
Właśnie. Pomijając coraz większe męskie kłopoty z płodnością, to nawet odwieczny wzorzec mężczyzny – dostarczyciela żywności, pieniędzy i innych dóbr potrzebnych do tego, aby rodzina bezpiecznie funkcjonowała, również zanika, bowiem kobiety coraz lepiej sobie radzą z zarabianiem na siebie i na dzieci. Mało tego, mężczyznom obecnie tylko się wydaje, że w ostrej rywalizacji zdobywają atrakcyjne kobiety. Dziś to raczej kobiety wybierają coraz rzadsze okazy płodnych, odpowiedzialnych i gwarantujących bezpieczeństwo mężczyzn.

Z tych wszystkich powodów mężczyzna tracący firmę, którą stworzył, w swoich własnych oczach traci wszystko. Zachowanie stałego i obfitego źródła dochodów nadal spełnia podstawowe kryteria tradycyjnego męskiego wzorca. Dziś w bardzo wielu męskich sercach i głowach kłębią się autodestrukcyjne uczucia i myśli, a szczególnie groźnymi czyni je tradycyjny scenariusz męskiej roli podpowiadający tak zwane honorowe wyjście – czyli samobójstwo. Zaznaczmy jednak, że współczesne samobójstwo niekoniecznie oznacza pozbawienie siebie życia. Może równie dobrze przybrać inną autoagresywną formę: depresję, ciężką chorobę somatyczną, wpadnięcie w nałóg, katastrofę wizerunkową lub katastrofę sumienia w postaci zejścia na drogę przestępczą.

Mój przyjaciel boi się, że żona od niego odejdzie, jeśli on sprzeda dom i nie będzie miał tyle pieniędzy, ile do tej pory…
Dotykamy tu kolejnego składnika męskiego stereotypu, zgodnie z którym mężczyzna kobietę zdobywa, porywa lub kupuje, nie zważając na jej uczucia ani wolę. W konsekwencji więc nie może liczyć z jej strony na stabilizującą związek miłość czy choćby przywiązanie, a tym samym na wierność czy lojalność. Ten stereotyp z góry zakłada, że kobieta prowadzi z partnerem wyrachowaną grę o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i przetrwania. Może więc w każdej chwili go opuścić, gdy jakiś inny mężczyzna zaoferuje w tych sprawach więcej pewności.

Warto zauważyć, że wspomniany stereotyp do dziś znajduje potwierdzenie w faktach, bowiem tysiąclecia patriarchalnego zniewolenia i niedostateczna obecność ojców w wychowaniu dziewczynek pozostawiły w zbiorowej świadomości kobiet trwałe przekonanie, że na miłość zdobywcy nie ma co liczyć. A w konsekwencji nie wolno angażować serca w relację z nim. Z tych powodów wiele męsko-damskich związków ma nadal charakter transakcji: seks, obsługa i ewentualnie dzieci – w zamian za bezpieczeństwo i odpowiednio wysoki poziom życia. W tej sytuacji mężczyzna zdobywca słusznie boi się, że straci żonę, gdy nie będzie go stać na spłacanie rat i odsetek od ustalonej pierwotnie ceny.

Czyli pod tym zdobywcą ukrywa się chłopiec, który nie czuje się kochany. Myśli, że musi dać mamie – a teraz partnerce – kwiatek, żeby go kochała.
Przekonanie większości mężczyzn, że za uznanie i lojalność kobiety trzeba zapłacić i zasłużyć na nie ciężką pracą, bywa często uzasadnione. Kobieta, która chce mieć dzieci i rodzinę, nie wybierze na partnera faceta bez pracy, aspiracji i pomysłu na życie. Dla takiej kobiety priorytetem jest bezpieczeństwo dzieci, a wysokość uposażenia kandydata i jego zdolność do pracy w ogromnej mierze to gwarantują. Jeśli więc mężczyzna nie oferuje nadziei na materialne bezpieczeństwo, to może być dla kobiety jedynie dodatkiem, obiektem przemijającego zachwytu i ewentualnie źródłem zmysłowej przyjemności, ale nie mężem ani ojcem wspólnych dzieci.

Czyli mężczyźni muszą inwestować swoje siły w pracę, bo inaczej nie znajdą kobiety? Nie przesadzasz trochę?
Kobietę może znajdą, ale nie będzie to odpowiedzialna, długo­letnia partnerka do współwychowywania dzieci i założenia rodziny. Takie kobiety z całą pewnością pominą leniwych, pechowców i nieudaczników w swoich zasadniczych życiowych wyborach. Bezpieczeństwo dla kobiet w takich sprawach bywa najważniejsze. Często ważniejsze niż romantyczna miłość. Mówię to oczywiście na podstawie własnych obserwacji.

A dla mężczyzny? Co jest ważniejsze? Miłość czy praca?
To zależy od tego, w jaki sposób uformowało mężczyznę jego dzieciństwo. Jeśli matka w okresie do czterech lat nie dała synowi miłości bezwarunkowej, a potem nagradzała go czułością wyłącznie za osiągnięcia – a na dodatek syn widział, że ten sam schemat działa w związku rodziców – to gdy dorośnie, będzie nadmiernie, a nawet obsesyjnie poświęcał się pracy, nieświadomie rujnując zarówno siebie, jak i więź z partnerką.

Mój inny przyjaciel pracuje w korporacji, zarabia dużo, ale chciałby mieć więcej czasu na rozwój wewnętrzny. Tymczasem nie ma, bo dzieci i dom. No i ostatnio poprosił mnie o numer telefonu do jakiegoś psychiatry…
W czasie cywilizacyjnego kryzysu, w którym coraz bardziej się pogrążamy, wielu mężczyzn orientuje się, że bezwolnie poświęcili wiele lat życia, potu, łez i krwi sprawom, które w istocie do tego kryzysu się przyczyniły, a jednocześnie widzi, że systemowa rzeczywistość staje się coraz mniej przewidywalna. Z tych dwóch powodów coraz więcej mężczyzn intensywnie poszukuje teraz bardziej autonomicznej i zgodnej z ich prawdziwymi wartościami i potrzebami życiowej ścieżki. Staje się to dziś potrzebą wielu milionów mężczyzn na świecie, a także bardzo wielu kobiet. Bo nasze gatunkowe, megalomańskie przekonanie o tym, że jesteśmy w stanie podporządkować sobie przyrodę, okazuje się iluzją o katastrofalnych skutkach. A to każe nam dostrzec, że poświęcanie życia egoistycznej pogoni za bezpieczeństwem, przyjemnością i statusem, kosztem przyrody i życia innych gatunków zamieszkujących naszą planetę, jest w istocie autodestrukcją.

W związku z tym coraz więcej ludzi dochodzi do jeszcze jednego ważnego wniosku. Mianowicie zdają sobie sprawę, że ich życie było dotychczas całkowicie pozbawione jednoczącej, integrującej i uwalniającej od egoizmu perspektywy duchowej – i zaczynają jej poszukiwać.

Jest jakaś specjalna męska duchowość odkrywana w czasach takich jak dziś?
My, mężczyźni, często mamy zamknięte serca, więc nasza duchowość jest jednostronnie racjonalna, teoretyczna – staje się intelektualnym konstruktem, a nie żywym przeżyciem doznawanym z chwili na chwilę. Aby więc doświadczyć żywej duchowości, musimy otworzyć serca na miłość, empatię, współodczuwanie i troskę, czyli na to, co stereotypowo uznawane jest nadal za atrybuty kobiecości. To samo w sobie nie jest łatwe, a dodatkowo wymaga odwagi skonfrontowania się z wypartym, skumulowanym bólem własnego serca i sumienia, przed którymi od wieków uciekamy.

Jeśli mężczyzna odkrywa, że źle inwestuje czas i energię, pracując tam, gdzie pracuje, to jak to może wpłynąć na jego życie?
Rozwój duchowy – czy choćby podążanie za swoimi prawdziwymi potrzebami – z reguły wymaga radykalnej zmiany kierunku i stylu życia, co łączy się często z obniżeniem poziomu materialnej egzystencji. Ale kryzys temu sprzyja, bo tak zwana normalność już nie wróci. Świat, w którym zaczynamy żyć, będzie nas coraz bardziej skłaniał do minimalizmu, zmniejszania kosztów, do prostoty i ograniczenia rozpasanej, obsesyjnej konsumpcji. Bo przecież nie wymaga to nadzwyczajnej przenikliwości, by dostrzec, że także ideologia permanentnego wzrostu gospodarczego okazała się nader szkodliwą iluzją.

Mężczyźni w pandemii mogą przejść duchową przemianę?
I przechodzą. Nie tylko tę wymuszoną, spowodowaną obiektywnymi trudnościami i zablokowaniem przez pandemię perspektywy dalszej kariery i rozwoju. Coraz częściej obserwuję transformacje całkowicie dobrowolne, wynikające z pogłębionej refleksji nad sobą i swoim życiem. Bywają to przemiany naprawdę spektakularne. Na przykład: młody prawnik z własną dobrze prosperującą kancelarią i perspektywą rozwoju zdał sobie sprawę, że to, co robi, jest niezgodne z jego głębokimi potrzebami i aspiracjami. W rezultacie w ciągu dwóch lat zlikwidował biuro, zrezygnował z bardzo dobrych dochodów i cały swój potencjał zaangażował w proekologiczne akcje społeczne. Inny przykład: korporacyjny menedżer, przez lata ślepo i całkowicie oddany pracy, odkrył, że to jest niezgodne z jego prawdziwymi potrzebami i wartościami, i postanowił zająć się stolarką i ciesielstwem.

Co może zrobić mężczyzna, żeby się nie zabić, kiedy straci wszystko?
W takiej sytuacji pomaga perspektywa duchowa, czyli świadomość swojej prawdziwej tożsamości, a tym samym wartości. Innymi słowy, dostrzeżenie wartości życia jako takiego – i że nasze życie jest tylko jednym z niezliczonych jego przejawów. Z tym nieodzownie wiąże się świadomość postrzegania procesu życia jako nieustannej zmiany, a także tego, że nasze przemijanie jest naturalnym i oczywistym elementem tej wiecznej przemiany. Trzeba więc przestać marudzić i włączyć się na całego w ten proces – poddawać się zmianie i cieszyć się nią, zamiast chwytać się tego, co nieuchronnie przemija.

Ale co powiemy kobietom, które nie akceptują obniżenia standardu życia i oczekują od mężczyzn, żeby nadal zapewniali im wygodę i luksusy?
W takiej sytuacji mężczyzna powinien się zastanowić, czy naprawdę chce poświęcić swój czas, swoją przyszłość, swoje prawdziwe potrzeby, cele i aspiracje dla kobiety, która go zwyczajnie nie kocha. Z kolei kochające partnerki, które często mają tendencję do lekceważenia skali problemu, jakim dla mężczyzny jest utrata pracy i statusu, powinny pamiętać, że deficyt ich empatii w tej sprawie wynika być może stąd, iż dla części kobiet zdolnych do rodzenia dzieci macierzyństwo w naturalny i zasłużony sposób staje się wystarczającym sensem ich życia. Pozbawieni takiej możliwości mężczyźni są więc niejako skazani na poszukiwanie sensu ich życia w pracy, kreatywności, twórczości, budowaniu, dostarczaniu, a także w bronieniu i walce.
Warto chyba przypomnieć w tym miejscu to, co wiele razy już mówiłem: aby w dobie kryzysu i transformacji uratować mężczyzn, musimy wszyscy zapomnieć o społecznych stereotypach płci, bo dzięki temu będziemy mogli myśleć i zachowywać się w zgodzie z okolicznościami. Wtedy dopiero mężczyzna tracący pracę i skonfrontowany z koniecznością podjęcia zadań nadal pracującej żony nie będzie tego traktował jako wstydu i degradacji, lecz bycie w domu uzna za wyzwanie uruchamiające jego zasoby kreatywności, zaradności, siły oraz zdolności do zabawy. Wtedy nic złego mu się nie stanie, a wszyscy w rodzinie na tym zyskają.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Czas na zatrzymanie. Luksus, fanaberia czy potrzeba?

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. (Fot. iStock)
Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj, odkryj sens, znajdź swoją misję, stwórz wizję... Jesteśmy zachęcani do zatrzymania się, zadawania sobie niewygodnych pytań i dzięki temu poznawaniu siebie. Po co przeszukiwać wnętrza naszych osobowości? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Zatrzymaj się, pomyśl, poczuj – słyszymy, czytamy w wypowiedziach coachów, trenerów, psychoterapeutów czyli osób zajmujących się rozwojem osobistym. Jesteśmy zachęcani do wyjazdów w miejsca odosobnienia w kontakcie z naturą, podróży vision quest, medytacji, zadawania sobie często niewygodnych pytań: „kim jestem?”, „jaki jest sen moich działań?”. Po co mamy to robić? Po co mamy przeszukiwać wnętrza naszych osobowości, czyli – potocznie mówiąc: „grzebać w sobie”? Czy to moda, czy prawdziwa potrzeba?

Nie każdy tego potrzebuje i też nie na każdym etapie życia jest to niezbędne. Jeżeli zebrałeś już dość wiedzy i każda dodatkowa informacja przepełnia cię jak przysłowiowa herbata filiżankę – działaj. Ale może nie masz nawet czasu napełnić taczek, z którymi biegasz, nie wiedząc, co budujesz, komu i po co – zatrzymaj się. A może od dłuższego czasu leżysz na kanapie i nie sprawia ci to już przyjemności – zadaj sobie pytanie: co dalej?

Ale tak naprawdę, nic nie musisz zmieniać. Może twoją misją życiową jest właśnie bieganie z tą taczką. Może twoje leżenie na tej kanapie ma swój sens. Może nie potrzebujesz niczego więcej wiedzieć - wiesz, co robisz i co jest dla ciebie dobre. Ale jeżeli odczuwasz dyskomfort, to może warto się zatrzymać i sprawdzić, czy nie leżysz w objęciach wroga lub nie biegasz na jego usługi.

Jest czas na zadawanie pytań, czas na odpowiedzi, czas na działanie i czas na odpoczynek. Ale zbyt długie przebywanie tylko w jednym z tych okresów kończy się dyskomfortem, zniechęceniem, wypaleniem zawodowym lub nawet depresją - i wtedy może warto zatrzymać się i zadać sobie kilka ważnych pytań.

Kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem?

Carlos Castaneda, amerykański antropolog, wskazał czterech wrogów człowieka wiedzy: strach, jasność umysłu, moc, starość. Można na nich spojrzeć również jako na wrogów lub przyjaciół naszego rozwoju. Na podobnej zasadzie jak nasze cechy, które w niektórych sytuacjach mogą być naszymi zaletami, a w innych – wadami. Coś co w danej sytuacji jest dla nas sprzymierzeńcem, za chwilę może zmienić się we wroga. I odwrotnie. Przyjrzyjmy się więc bliżej sposobom ich działania.

Strach

Dzisiejszy świat oferuje nam ciągle nowinki. Można powiedzieć, że zmiana goni zmianę. Wychodzenie ze strefy komfortu pomału staje się codziennością. Naszą biologiczną reakcją na to, co nieznane, odziedziczoną po praprzodkach jest strach, bo kiedyś wiązało się to często z zagrożeniem życia. Odziedziczyliśmy więc w prezencie trzy reakcje: ucieczka, zastygnięcie lub walkę. To nas chroni przed nowym, innym, nieznanym, czyli tym, co narusza nasze dotychczasowe przekonania i związane z nimi poczucie bezpieczeństwa. Wolimy więc zaprzeczyć, wycofać się odmówić, ośmieszyć. Ale strach i tak jest z nami, a to są jego strategie, których celem jest – odciąć nas od wiedzy. I dlatego strach jest jednym z największych wrogów człowieka i tym samym pierwszym do pokonania na naszej ścieżce rozwoju. Sposobem na pokonanie go jest zyskanie świadomości: poszukiwanie informacji, zdobycie wiedzy na dany temat, poznanie punktów widzenia innych osób.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Czym jest ta nowa sytuacja? Jak inni ją widzą? Na ile ta sytuacja jest zagrożeniem, a na ile szansą? Jaki mam wybór?

Gdy nieznane zostaje poznane, a nowe oswojone i zaprzyjaźnione z nami – strach znika.

Świadomość

Mamy już więc niezbędną wiedzę i własne zdanie na temat nowej sytuacji. Zyskujemy coraz większą pewność siebie, zaczynamy dzielić się naszą wiedzą z innymi. Ludzie słuchają nas z zainteresowaniem. Zaczynamy mieć poczucie omnipotencji, jesteśmy traktowani jako eksperci, coraz częściej widzą nas w roli lidera. Jeżeli jednak pozostajemy dłużej na etapie „gadającego guru”, nie tylko inni, ale też my sami wkrótce nie będziemy już chcieli siebie słuchać. Utkniemy w świecie naszych racji, poglądów, zaniedbując potrzebę sprawczości. Zaczniemy mieć wątpliwości, do głosu dojdzie krytyk podważający nasze kompetencje. Ratunkiem z tej sytuacji jest moc osobista i działanie.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jak chcę skorzystać z mojej wiedzy? Jakie są moje mocne strony? Jakie działania dają mi poczucie sensu? Co jest moją mocą osobistą?

Gdy mamy gotowość do działania, znika stagnacja, pojawiają się możliwości, propozycje.

Moc osobista

Mając wiedzę i kontakt z osobistą mocą, działamy, tworzymy w świecie nowe projekty. Rozwijamy się, inspirujemy innych, włączając ich do wspólnych działań. Świat nam na to odpowiada różnymi gratyfikacjami – finansami, uznaniem, awansem. Nabieramy poczucia, że nasze możliwości są nieograniczone, chcemy sięgać po kolejne wyzwania. Wiemy już jak to zrobić żeby osiągnąć sukces i osiągamy kolejny. Po pewnym czasie stajemy się cynicznym Midasem – wszystko jesteśmy w stanie przemienić w złoto. Co tracimy? Często poczucie wyższego sensu, bliskie relacje. Pojawia się poczucie pustki, którego nie jest w stanie wypełnić kolejna „zabawka”. Wyzwolenie często przychodzi w postaci zmęczenia, choroby, kryzysu albo jeszcze innej sytuacji, która zmusza nas do zatrzymania się, do konfrontacji ze swoją słabością, ze świadomością, że wszystko ma swój koniec, że nasze zasoby i nasz czas jest ograniczony. Zaczynamy nas coraz częściej myśleć o starości.

Jeżeli jesteś w tym miejscu, zadaj sobie pytania: Jaki świat chce zostawić moim dzieciom? Jakie były kiedyś moje marzenia? W co wierzę? Co chciałbym usłyszeć od bliskich na moje 80. urodziny? na własnym pogrzebie? Jaki jest w ogóle sens życia? Dokąd zmierza moje życie?

Starość

Mam na myśli starość nie tyle metrykalną co stan kontaktu ze swoją starością, a właściwie ze starszyzną w sobie. Czas, kiedy mamy za sobą już wiele osiągnięć, doświadczeń. Kiedy nie ogranicza nas strach, nie dajemy się uwieść władzy. Mamy świadomość swojej mocy i używamy jej rozważnie, w sprawach ważnych. Problemem jest zmęczenie i zniechęcenie. Szukanie odpowiedzi na wielkie pytania przytłacza nas niejednoznacznością i ambiwalencją, czujemy się wobec nich mali. Kanapa i ciepły kocyk ciągną coraz bardziej, szczególnie gdy mamy komfort finansowy. Można zasnąć, odejść, zniknąć…

Na szczęście budzi nas nasz przyjaciel strach! I tak ten cykl toczy się mniej lub bardziej dla nas świadomie.

Zadaj sobie pytania: Czy opisane tutaj sytuacje są ci znane? Ile cyklów jest już za tobą? Kto jest twoim największym wrogiem? Kto jest twoim sprzymierzeńcem? W której sytuacji bywasz najczęściej? W której jesteś teraz?

Powrót do natury

Samotność, post, modlitwa, medytacja i kontakt z naturą - to nieodłączne elementy rytuałów szamańskich ale też religijnych, które przez wieki towarzyszyły człowiekowi. Jeśli coś było dobre i potrzebne człowiekowi kiedyś, to może również teraz? Czy tak bardzo zmieniły się nasze potrzeby? A może wręcz przeciwnie, zostały te same, a my żyjemy w jeszcze trudniejszych warunkach, w odcięciu od natury i naszych biologicznych potrzeb. Spopularyzowana pod angielską nazwą metoda vision quest wywodzi się z tradycji indiańskiej, obecnie często jest elementem rozwoju osobistego (psychoterapia, coaching) w postaci różnych form warsztatów, medytacji, odosobnień w kontakcie z naturą, w celu uzyskania intuicyjnych odpowiedzi na pytania o sens, cel. Frank Grant światowej sławy praktyk w nurcie Wilderness & Adventure Therapy, zapytany o to jak głęboka jest praca metodą Vision Quest odpowiada: „Taka, na jaką jesteś gotowy”.

Pielgrzym również decyduje się na odosobnienie, nie tyle od ludzi, co od świata, jaki zna na co dzień, w którym nie ma zbyt wiele okazji i czasu na duchowe poszukiwania. Pielgrzymowanie z każdy krokiem oddala od tego, czym wypełniona jest nasza codzienność. Na drugi plan schodzi dom, rodzina, praca, obowiązki, najważniejsze staje się miejsce, do którego zmierzamy. Jest to jednocześnie intymna podróż w głąb siebie.

Pozostawiając za sobą na chwilę swoją codzienną rzeczywistość, rutynę, przyzwyczajenia – możemy łatwiej usłyszeć siebie. W naturze, której jesteśmy jednym z elementów, łatwiej jest szukać odpowiedzi na podstawowe pytania: „kim jestem?”, „jaki jest sens mojego istnienia?”.

Czas dla siebie – strata czy zysk?

Mówimy: „czas jest luksusem”, „najcenniejszą walutą jest czas”, tylko nikt nie wie, jaki jest dokładnie stan jego konta.

Może warto więc zastanowić się, na co go wydajemy, a może rozdajemy? Czy żyjesz na kredyt, rozrzutnie – na wszystko masz czas. A może oszczędzasz - odkładasz czas na ważne dla siebie sprawy na później. Może mówisz: „tracę czas na zatrzymywanie się”? A może właśnie wtedy go odzyskujesz?

Jak pisała Wisława Szymborska”: „Żyjemy dłużej ale mniej dokładnie i krótszymi zdaniami. Podróżujemy szybciej, częściej, dalej choć zamiast wspomnień przywozimy slajdy”.

Autorka jest coachem i właścicielką „Domu Pod Aniołami”, w którym z dala od zgiełku miasta towarzyszy osobom, które potrzebują się zatrzymać, spotkać ze sobą i znaleźć odpowiedzi na ważne dla siebie pytania.

  1. Psychologia

Oznaki, że czas się rozstać. Kiedy związek nie ma sensu? – rozmowa z psychoterapeutką Katarzyną Miller

Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Kłótnie, oziębłość, brak empatii... Kiedy związek nie ma sensu? Jak odejśc od męża bez poczucia winy? (fot. iStock)
Zdrada? Nuda? Wieczne kłótnie? - Czy to oznaki, że czas się rozstać? Może masz dosyć tej emocjonalnej huśtawki. Albo – wprost przeciwnie – tej ciszy i chłodu. Tylko skąd wiedzieć, czy decyzja o rozstaniu nie będzie przedwczesna? Czy nie okaże się tylko próbą ukarania drugiej osoby? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Dlaczego ludzie się rozstają? Kiedy związek nie ma sensu?
Pamiętam, dlaczego rozstałam się z moim pierwszym i jedynym mężem, bo potem już nie chciałam wychodzić za mąż. Był taki czas, po kilkunastu latach związku, kiedy wracałam do domu, stawałam na dole pod wysokim blokiem i patrzyłam w górę, na światło, które się paliło w pokoju mojego męża, i czułam, że nie chcę tam wejść. Nie chcę wejść do klatki, a potem do windy, by wjechać nią na nasze piętro i wejść do mieszkania, bo on w nim był. Nie chodziło o to, że go nie znoszę czy że on mi coś zrobił ani o to, że będziemy się kłócić, tylko że ja nie mam po co tam wchodzić, bo będzie jak zawsze. Ogarniała mnie niemoc wręcz fizyczna. Czułam, że tego się nie da już dłużej ciągnąć. To oczywiście jeśli chodzi o mnie. Ludzie rozstają się z wielu różnych powodów. Na przykład jedno drugie oszukiwało lub zdradziło – dla niektórych to rzecz nie do przejścia. Albo już się tak nawzajem naobrażali, że nie mają do siebie szacunku…

Często w gniewie mówimy sobie słowa, których nie można już cofnąć.
Tu nawet nie chodzi o ostre, krzywdzące słowa, tylko o przewagę komunikatów odrzucających, typu „Już nie mogę na ciebie patrzeć”, „Kiedy się wreszcie ode mnie odczepisz?”, „Jesteś moją największą pomyłką”. O taką ilość niedobrych słów, które pokazują, że w sercu lub w duszy zachodzi bardzo destrukcyjny proces wobec uczucia, które nas kiedyś łączyło. Weźmy też poprawkę na to, że dość często ludzie wiążą się ze sobą z przymusu, np. z powodu zbyt szybkiej i nieplanowanej ciąży albo dlatego, że ktoś długo był sam i wreszcie trafił się ktoś nim zainteresowany – i mówię tu zarówno o mężczyznach, jak i kobietach. Wtedy ten związek nie jest serdeczny już od początku. Poza tym jest duża różnica pomiędzy odrzucaniem drugiej osoby a kłóceniem się, i to nawet z użyciem ostrych słów. Kłótnie świadczą o tym, że ciągle mi zależy. Chcę drugą osobę zranić lub jej oddać, bo mnie boli. Jest przecież mnóstwo małżeństw, które kłócą się bez przerwy, w myśl zasady „nie mogę żyć z tobą, nie mogę żyć bez ciebie”. Ludzi może łączyć ze sobą także bardzo silna negatywna więź. Natomiast żeby się rozstali, uczucia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, muszą wygasnąć – przynajmniej u jednego z partnerów.

Mówisz o procesie, który może trwać parę miesięcy lub lat, ale ludzie rozstają się też pod wpływem czegoś, co wydarzyło się dzień przed.
Bardzo dużo ludzi działa reaktywnie. Po jakimś dotkliwym zranieniu przez partnera lub partnerkę muszą się zemścić. I tą zemstą jest rozstanie. Czyli chcę, by cię jak najbardziej zabolało, ale to wcale nie oznacza, że później nie będę tęsknić, żałować czy że przestanę o tobie myśleć.

Rozstają się w afekcie.
Dokładnie tak. Nie zabiłam cię w afekcie, ale się z tobą rozstałam, bo wiedziałam, że bardziej zaboli. Ale wtedy to nie jest tak naprawdę rozstanie. Tylko kara, demonstracja tego, że tym razem partner przegiął. Dla kontrastu istnieje też mnóstwo związków na zasadzie „moje 375. ostrzeżenie, że się z tobą rozstanę”. Myślę, że ludzie bardzo często i z dużą wprawą grają groźbą rozstania. Zarówno przed partnerem, jak i przed sobą. Mówią na przykład: „Nie podoba ci się, to idź sobie do innej”.

Ja znam przykład, kiedy ona ciągle mówi: „Ja już tego dłużej nie zniosę i wyprowadzę się”. Ale się nie wyprowadza…
To jest spust, który można nacisnąć, ale ponieważ można, to lepiej tego nie robić, bo będzie po ptokach. Jednak sam fakt, że mogę, sprawia, że czuję się bardziej niezależna i wolna lub czuję, że mogę cię czymś przestraszyć, ukarać. Nawet jeśli ona mówi to po raz 55., to on za każdym razem czuje takie małe kujnięcie.

Czy dla par, które trzymają ze sobą tylko negatywne więzi, nie lepiej by było, by się jednak rozstały? Kiedy związek nie ma sensu?
Nikt nie może powiedzieć, co by było dla nich lepsze. Skąd ja mam to wiedzieć? Nie ma jednego dobrego przepisu na związek. Mam kolejną pacjentkę, która jest uzależniona od męża. On ma pewne zalety, inaczej by się prawdopodobnie z nim nie związała, ale dużo pije i bardzo jej dokucza. Ona zresztą jemu także. Moim zdaniem to jest takie właśnie małżeństwo, które jeszcze długo będzie naparzać się ze sobą – słownie i mentalnie. Ona bardzo dobrze wie, że nie może się z nim rozstać, bo kiedy zostaje sama, to wtedy szaleje. Jak odejść od takiego męża? Mówię jej więc: „Masz wygodę w tym sensie, że kiedy z nim jesteś, to jesteś wściekła na niego. Jeśli się z nim rozstaniesz, będziesz wściekła na siebie”. Ta kobieta, która grozi, ale jednak się nie wyprowadza, też boi się zostać sama i na ten moment wybiera to, co jest dla niej nie tyle nawet lepsze, co łatwiejsze – bo to zna. Gdyby ludzie się nie bali nowego, sądzę, że rozstawaliby się znacznie szybciej i znacznie częściej. Od wielu lat prowadzę swoiste badania terenowe podczas spotkań w grupach kobiet. Wszędzie się pytam, ile z uczestniczek ma szczęśliwą matkę, i wszędzie jest tak samo – podnosi się pięć, sześć rąk. Nawet jak jest 500 osób na sali.

O czym to świadczy?
Że bardzo dużo, jeśli nie większość, małżeństw tkwi w związkach, w których obie strony są niezadowolone. Pytam o matki, bo pracuję z kobietami, ważne jest więc dla mnie, czy mają od kogo czerpać wzór szczęśliwego związku. Niektóre z dziewczyn mówią: „Moja mama uczy się być szczęśliwa, bo ja weszłam na drogę rozwoju i pokazałam jej, że pewne rzeczy można zmienić, i teraz mamy o wiele lepszy kontakt”. To jest bardzo piękne, ale też rzadkie – mówią tak 3 osoby na 300. Smutne jest to, że wzorce związków dwóch praktycznie obcych sobie osób, ale mieszkających razem, przekazują dzieciom nie najlepszy obraz świata. Uczą je żyć z kimś bez satysfakcji i przyjemności, ale w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że robią to, co trzeba robić: mają dom, samochód, wakacje, kupują sobie co chwila jakieś rzeczy. Wtedy dość dużo potrzeba, by się rozstać, prawda? A jednocześnie dziś jest to o wiele prostsze. Obecnie obserwujemy dużą falę rozwodów. Robią to głównie młodzi ludzie, którzy, mając wzór rodziców tkwiących w nieudanym związku, mówią: „My tacy nie będziemy, my będziemy żyli inaczej”. Tylko nie wiedzą, jak to „inaczej” ma wyglądać. Na pewno chcą się wiązać ze sobą z powodu miłości, którą bardzo często mylą z pożądaniem. Mają wizję miłości romantycznej, czyli takiej z fajerwerkami, kolacjami i różami, a nie prawdziwej, polegającej na akceptacji – siebie i drugiej osoby – bez odświętnego opakowania. Dlatego gdy kończy się romantyczny okres wzajemnego zachwytu – doznają poczucia porażki.

To dla nich oznaki, że czas się rozstać.

Najczęściej o rozwód występują kobiety. Dlaczego?
Bo na przykład dociera do nich, że trzeba chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. Mam na myśli takie sytuacje, w których orientują się, że nie mogą w ogóle liczyć na faceta, nie mówiąc już o typach przemocowych. Co prawda dziewczyny, które wiążą się z takimi mężczyznami, są typem ofiary i bardzo długo w takim związku wytrzymują, ale w zależności od głębokości „uszkodzenia” dziewczyny jest w niektórych z nich granica „tego już nie zniosę”. I bardzo często tym czymś jest zdrada. Co mnie akurat zawsze najbardziej zastanawia: czemu godzą się na bicie, poniżanie, oszukiwanie, a nie mogą znieść rywalki? Jakby dostawały największego kopa w podbrzusze właśnie, jakby tym obraził ich najbardziej jak mógł. Czują się tak dlatego, że nie doznały kobiecej solidarności w relacjach z matką. Gdyby więzi między rodzicami i dziećmi były bardziej kultywowane i budowane, mielibyśmy nie tylko mniej rozwodów, ale też inną atmosferę. Wystarczy spojrzeć na polskie filmy. Mój Edek ostatnio przechodził koło telewizora i rzucił: „O, kłócą się. Polski film”. Oczywiście miał rację. Niestety, ogromną rolę w małżeństwie gra to, że druga osoba nam jest potrzebna do tego, by ktoś był winien, że nam jest źle w życiu. I dopóki jest potrzebna, dopóty można to znieść. Ale wierzę, że tak jak ja w opisanej przeze mnie na początku scenie, każdy wewnątrz siebie wie, kiedy wyładował mu się już akumulator.

Niedawno rozmawiałam z koleżanką, która właśnie takie coś poczuła. Mąż powiedział jej, że nie wie, czy ich małżeństwo ma sens, że musi to przemyśleć. Spytała, kiedy będzie wiedział, czy chce z nią być. Powiedział, że da jej znać za tydzień. Następnego dnia obudziła się i spytała samą siebie: „A właściwie, czemu to on ma decydować?”. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie może na niego liczyć, że to ona wszystko daje w tym związku. Przez cały dzień ciało jej wypacało coś jakby toksynę, ale wieczorem już wiedziała: to ona nie chce z nim być. I wtedy poczuła ulgę, jakby ktoś jej zdjął wielki wór z ramion.
Brawo dla tej pani! Odnalazła siebie. Zrozumiała, że swoją przyszłość uzależniała od męża, a to przecież tylko ona decyduje o swoim życiu. Ruszyła jej energia, siła. Zyskała świadomość, wgląd i poczucie, że ona istnieje nie tylko poprzez niego. Bo trzeba wam wiedzieć, że jest pewien szczególny typ rozstań – z wiecznymi chłopcami. Dopóki jest miło i fajnie, to im się chce. A jak robi się za dużo obowiązków, trzeba za coś odpowiadać – to oni wtedy się duszą. Muszą odpocząć, zastanowić się – tak mówią. A tak naprawdę zostawiają kobietę samą, z domem czy nawet długami na głowie. A ich po prostu małżeństwo przestało bawić. Dorosłym ludziom odpowiedzialność sprawia satysfakcję, daje poczucie sprawczości, bezpieczeństwa. Niedojrzali unikają odpowiedzialności.

Jak odejść od męża? Czy fakt, że on się zmienił, że nie jest taki jak kiedyś, może być dobrym argumentem do rozstania?
Ja się właśnie z tego powodu rozstałam. Bo on stał się zupełnie inny niż był na początku. Nic mu się nie chciało, ani wychodzić, ani zapraszać ludzi do nas. Do tego miał przy mnie wygodnie jak w domu u mamusi. Tylko ja nie chciałam w wieku 40 lat kłaść się do grobu. Bez złości, ze smutkiem i poczuciem winy, że jednak go krzywdzę, bo porzucam, uznałam, że tak dłużej już nie mogę. Oczywiście bywa i tak, że kobiety wiążą się z kimś, chcąc go zmienić, a po kilku latach okazuje się, że to im się nie uda. Dlatego fakt, że on się nie zmienił, też może być argumentem do rozstania. Damom z tendencją do przerabiania panów przypominam, że oni już są wychowani. Tak jak są.

Czyli nie zawsze powód musi być tak jaskrawo oczywisty, że on ciebie krzywdzi, umniejsza, molestuje?
Albo ty go krzywdzisz czy molestujesz… Myślę, że bardzo częstym powodem rozstań jest niedobranie, zwłaszcza jeśli produkuje taki rodzaj chłodu i obojętności, które są zabójcze. Ludzie zaczynają się omijać z niechęcią, pogardą i jednostronną krytyką. I w gruncie rzeczy plują sobie wtedy w lustro, no bo ciągle tu jestem, prawda? Po co? Po to, by ktoś był winien?

Po czym poznać, że to już koniec? Kiedy związek nie ma sensu? Jakie uczucie o tym świadczy?
Na pewno pogarda. Lekceważenie, politowanie, oceny – bardzo negatywne i bardzo z góry – kiedy przestajesz już w ogóle dostrzegać zalety tej drugiej strony. Kiedy już nie rozmawiacie ze sobą jak partnerzy, tylko plujecie na siebie, albo w ogóle nie rozmawiacie, bo po co, skoro wiecie już dobrze, co drugie powie. No i kiedy wyrządzacie sobie różne przykrości. Na przykład jedna pani non stop cięła panu koszule. Poza tym ważną oznaką jest brak nadziei i brak złudzeń. Bo widzisz, nasze związki bardzo często karmią się iluzją. Ona jest największa w chwili, gdy się poznajemy. W wielu przypadkach jeszcze długo trwa, a potem znika i okazuje się, że nie jest nam już po drodze ze sobą. Często przypomina mi się rozmowa z Adamem Hanuszkiewiczem. Powiedział mi: „Miałem 20 lat, gdy się zakochałem w mojej pierwszej żonie. I każdą następną kochałem miłością wielką i prawdziwą, z każdą z nich chciałem być do końca życia. Tylko że każdą z nich kochałem na innym etapie tego życia. I potem przychodził nowy etap i coś się nam rozłaziło. Nie rzucałem ich dla innej kobiety, tylko coś się między nami kończyło. Ktoś inny był na tym nowym etapie potrzebny”.

A co może tylko pozornie wskazywać, że to już koniec związku, a tak naprawdę jest jeszcze do uratowania?
Zdrada. Wbrew pozorom może być bardzo ożywcza dla związku. Kłótnie też mogą być mylnym znakiem. Gadanie po ludziach dookoła może być mylne – narzekasz bez przerwy koleżance na męża, ona nie wytrzymuje: „To się z nim rozstań”, „Ale przecież ja go kocham” – mówisz oburzona, bo chciałaś się tylko wygadać. Kryzys jest też mylnym znakiem – choroba, utrata pracy czy kogoś bliskiego potrafi zupełnie odmienić naszego partnera, ale zamiast się z nim rozstawać, lepiej go wtedy wesprzeć, być też „na złe”. Jeśli są silne emocje, to zwykle znaczy, że coś nas jeszcze łączy. Najgorsza jest pustynia emocjonalna. Z drugiej strony zbyt mocne emocje mogą doprowadzić do zawału. Ale jeśli ciało ci mówi, że już dłużej nie wytrzyma, to go słuchaj. Ciała zawsze trzeba słuchać. Jeśli jesteście w kuchni i każde sobie coś robi, ale przechodząc obok siebie, nawet się nie dotykacie, jeśli nie bierzesz od niego noża, tylko czekasz, aż on go odłoży, jeśli oba ciała się unikają i obchodzą się szerokim łukiem – to jest bardzo ważny komunikat.

Czterej Jeźdźcy Apokalipsy - oznaki, że czas się rozstać

John M. Gottman, badacz psychologii par, ustalił, że są cztery zachowania, które niczym Czterej Jeźdźcy Apokalipsy – tworzą silną prognozę dla rozpadu związku:

  • krytykowanie, które zawiera uogólnione negatywne opinie;
  • unikanie otwartej komunikacji;
  • defensywność, zamykanie się w sobie;
  • pogarda wobec drugiego.

Kiedy i jak odejść od męża, jeśli związek nie ma sensu? Jak się rozstać, aby obie strony czuły się usatysfakcjonowane i wiedziały, że była to dobra decyzja? Czy kiedy zdecydujemy, że związek nie ma przyszłości, oznacza to definitywny koniec relacji? Na te problemy nie ma niestety jednego, uniwersalnego rozwiązania – wszystko zależy od sytuacji w danym związku, od rozmowy pomiędzy połówkami i od ich nastawienia wobec całej relacji. Tylko dogłębna i spokojna analiza twojej sytuacji pomoże ci znaleźć odpowiedzi na pytania, jak odejść od męża, kiedy się rozstać, kiedy związek nie ma sensu. Bez względu na to, czy wybierzesz koniec, czy nie, najważniejsze jest, abyś czuła, że jesteś w stanie pokierować swoim życiem i że jesteś w stanie odnaleźć szczęście.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Dorota Kotas: "Z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć"

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. (Fot. Marek M. Berezowski)
Chce pokazać, że dziewczyny w spektrum autyzmu istnieją i mają głos. Otworzyć nas na inny sposób widzenia świata i funkcjonowania. Jej książka „Cukry” to świadectwo tym ważniejsze, że z pierwszej ręki. Dorota Kotas opisuje w niej siebie i przekonuje, że z zespołem Aspergera da się żyć. Wystarczy się tego nauczyć.

Podobno dla dorosłych osób, u których rozpoznano spektrum autyzmu, diagnoza – spóźniona, ale wreszcie trafna – jest pewnego rodzaju wyzwoleniem. Czy tak było i z tobą?
Diagnoza była potwierdzeniem tego, że mój mózg działa trochę inaczej. Inaczej przetwarzam dane, potrzebuję jasnych zasad i komunikowania się wprost. Mam dużą nadwrażliwość. Czasami się przebodźcowuję, jest dla mnie zbyt głośno, zbyt intensywnie, zbyt blisko – potrzebuję się wtedy odsunąć. Diagnoza potwierdziła, że to jest okej. Nie jest to nienormalne, po prostu tak mam. Dobrze było usłyszeć, że jest na to nazwa – ASD – która tłumaczy moje zachowania i to, skąd się biorą. Ale zaraz potem przyszło zmierzenie się z tym, jak tę diagnozę odbierały inne osoby z mojego otoczenia. Bardzo często mówiły: „Nie, niemożliwe, to na pewno nie autyzm! Przecież jesteś dorosła, skończyłaś studia i piszesz”. Uznały, że przecież można się ze mną jakoś dogadać, więc to nie może być spektrum autyzmu.

Zespół Aspergera stwierdzono u ciebie, gdy miałaś 26 lat. To bardzo późno.
Długo szukałam właściwych terapeutów. Nie wszyscy potrafili ze mną pracować. To było trudne – trafić na kogoś, z kim mogłabym pracować, czując, że ma to sens i w czymś mi to pomaga. Zaliczyłam mnóstwo specjalistów, sprawdzając, jaki rodzaj terapii jest dla mnie najlepszy, i testując to, czy jakiś konkretny nurt u mnie zadziała, czy w ogóle nie chwyci i okaże się stratą czasu. Bliska była mi diagnoza depresji czy stanów lękowych, ale nie miałam jasnego pomysłu na to, skąd one mogą się brać i jak mogłabym sobie pomóc. Na jednej z konsultacji jako możliwy kierunek pojawiły się zaburzenia osobowości, to podobno częsty trop przed diagnozą spektrum, kiedy trzeba dopasować jakieś rozpoznanie, a nie bardzo wiadomo, jakie wybrać. Ale kiedy zaczęłam czytać o spektrum autyzmu, od razu obraz złożył się w całość i zauważyłam, że właściwie wszystko się zgadza.

Co takiego ci się zgadzało?
Piszę o tym sporo w „Cukrach”. Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam. Mam empatię i wyobraźnię, ale nie umiem do końca obchodzić się z ludźmi tak, jak należy. Dużo dzieje się u mnie w środku, za to niewiele wypływa z tego przeżywania na zewnątrz.
Dziewczynki trudno trafnie zdiagnozować, bo potrafią świetnie ukrywać swoje objawy, naśladować zachowania neurotypowych rówieśników i dostosowywać się do oczekiwań otoczenia.Tak są wychowywane. Starają się spełniać oczekiwania.

Czy z tobą było podobnie?
Myślę, że tak. Moi rodzice mieli ze mną liczne problemy. Nie do końca umieli obchodzić się z dzieckiem takim jak ja. Nasza komunikacja była pełna frustracji, czułam, że nie spełniam ich oczekiwań i nie jestem do końca taką córką, jakiej oni by chcieli. Mieszkaliśmy w małym mieście, więc nikt nie brał pod uwagę możliwości diagnostyki. Nie był to temat, o którym by się mówiło. W szkole, w mojej klasie, chłopcy przyciągali strasznie dużo uwagi dorosłych – nauczyciele bardzo zwracali uwagę na ich zachowanie; byli prawdziwym wyzwaniem, bo często się bili i byli głośni. Dziewczynki miały być po prostu tłem: być ciche i dobrze się uczyć. Nikt im się nie przyglądał i nie zastanawiał nad tym, co się kryje pod skorupką grzecznej dziewczynki, która nie sprawia zbyt wielu problemów i ma dobre oceny.

Chcesz pokazać, że nie tylko chłopcy cierpią na autyzm?
Dlaczego cierpią? To jest cecha, z którą się rodzisz – jedna z bardzo wielu cech stałych. Ta cecha nie jest dobra ani zła; w ogóle nie oceniam jej w tych kategoriach. Nie uważam, że chłopcy są częściej w spektrum. To, że częściej się ich diagnozuje, wiąże się z masą stereotypów i z błędnym założeniem, że ten temat nie dotyczy dziewczyn. Test ICD-10, który zawiera punktową skalę wskazującą prawdopodobieństwo bycia w spektrum autyzmu, jest ułożony pod chłopców. To na ich próbie były prowadzone pierwsze badania. W męskocentrycznym świecie – w którym tak naprawdę dopiero od niedawna dziewczyny mogą studiować albo podejmować decyzję o tym, z kim się zwiążą – kobiety bardzo długo nikogo nie obchodziły. Ta tendencja dopiero od niedawna zaczyna się zmieniać. Testy są skonstruowane dosyć stereotypowo. Kładą nacisk na zupełnie nietrafione rzeczy i są ułożone z myślą o dzieciach. Kiedy byłam diagnozowana, nowe kwestionariusze dla osób dorosłych były dopiero w budowie, choć istniały wersje po angielsku, które jeszcze nie zostały przetłumaczone i wdrożone do procesu diagnostycznego w Polsce. Byłam badana także takim testem, który był tłumaczony na bieżąco – dla uzupełniania standardowych narzędzi, ale miało to raczej pomocniczy charakter.

Według badań przeprowadzanych w szkołach dzieci w spektrum doświadczają nękania i fizycznej przemocy o wiele częściej niż ich neurotypowi koledzy.
Ja nie doświadczyłam tego osobiście. Ale widziałam, jak moi rówieśnicy traktują inne dzieci, które choć trochę odbiegają od normy: są zbyt ciche, niezdarne w grach zespołowych albo nie mają markowych ubrań. W mojej szkole było bardzo dużo przemocy. Niestety, nauczyciele też często byli przemocowi. To był ich sposób, żeby budować w dzieciach „szacunek”. Ja byłam mocno odcięta. Zajmowałam się pisaniem. Nie było mi potrzebne bycie w grupie najpopularniejszych dziewczyn w klasie. Chciałam tylko pisać i robić to jak najlepiej.

Dorota Kotas: 'Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam'. (Fot. Marek M. Berezowski)Dorota Kotas: "Zespół Aspergera to duża sprawa. Trudno jest skompresować zgrabną odpowiedź na temat tego, jak właściwie wygląda i po czym można go poznać. Na pierwszy rzut oka niewiele widać. Wyglądam normalnie. Tylko trochę inaczej wszystko przeżywam". (Fot. Marek M. Berezowski)

Skąd ta potrzeba, żeby opowiedzieć o autyzmie? Chodzi o budowanie nowej tożsamości? A może to instrukcja obsługi?
Bardziej to sposób reprezentacji często pomijanego tematu. Spektrum u dziewczyn to przypadek, którego prawie nie ma w literaturze. Jeśli pojawiają się jakieś książki, to opowiadają głównie o chłopcach i są napisane z ich perspektywy. Moja książka to próba pokazania, że dziewczyny w spektrum istnieją i że mają głos. Otworzenie perspektywy na inny sposób widzenia albo trochę inny sposób funkcjonowania i sygnał, że to jest w porządku i że da się w ten sposób żyć, wystarczy się tego nauczyć.

Deklarujesz, że nie rozumiesz ironii, że lubisz jednoznaczne komunikaty. Ale w swojej książce z powodzeniem ironię stosujesz.
To kwestia wyuczenia się. Traktuję język jak narzędzie. Nauczyłam się, jak go używać. Wiem, że wszystko można wypracować. Kiedy przeczyta się odpowiednio dużo książek i ma się z tym narzędziem do czynienia na co dzień, cały czas, to w końcu się je opanowuje. Czasami dzieje się to z pewnym trudem, ale w końcu jakoś przejmuje się język i się go przyswaja. Traktuję też język jak grę. To jedno z moich obsesyjnych zainteresowań. Bardzo lubię zapisywać słowa i lubię, kiedy słowa są ładnie ułożone, w taki sposób, że wszystkie znajdują się na właściwych miejscach.

„Cukry” są rozliczeniowe, piszesz dużo o swojej rodzinie i dzieciństwie, i to bez cackania się.
W pierwszym wywiadzie, którego udzieliłam po napisaniu pierwszej książki [„Pustostany” – przyp. aut.], powiedziałam, że chyba nigdy nie napiszę o dzieciństwie, bo już nic nie pamiętam. Te moje słowa ciągle do mnie wracały. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i przypominać sobie, odbudowywać tę pamięć. Wydało mi się to ciekawe – spróbować przypomnieć sobie jak najwięcej z emocji, których kiedyś nie umiałam jeszcze nazwać ani nie wiedziałam, co z tymi emocjami zrobić.

Z jakiego powodu konfrontujesz się z rodziną?
Nigdy nie podobał mi się mit świętości rodziny, nie czułam tego. Tak naprawdę trafiają nam się przecież przypadkowe osoby, które są naszymi rodzicami, i bywają zupełnie innymi osobami niż my. Czasami mają zupełnie inne poglądy, zupełnie inny sposób życia, smakują im zupełnie inne rzeczy i zupełnie inne rzeczy im się podobają. Nie widzę racjonalnego powodu, żeby utrzymywać kontakt i żeby się lubić, jeśli różnic jest zbyt dużo i jeśli z ich powodu jesteśmy dla siebie skrytymi wrogami. Nie czuję tego konceptu, że mam mieć rodzinę i być z nią związana na całe życie. Moja rodzina to osoby zbyt różne ode mnie. Jest między nami przepaść, dlatego wybieram sobie inną rodzinę, która bardziej mi odpowiada i jest rodziną z wyboru. Taki dom, w którym najbliżej są przyjaciele, jest po prostu zdrowszy.

Wydajesz się szalenie niezależna.
Od dzieciństwa nie pozwalałam narzucić sobie tego, w co będę ubrana ani co będę jeść. W wieku dziesięciu lat zaczęłam sama gotować. Robiłam sobie kaszę wymieszaną z ryżem i przyprawą do kurczaka albo makaron z vegetą, bo zdecydowałam, że nie będę jadła kotletów, mięsa, tego, co rodzice mi dają. Wydaje mi się, że moi rodzice w którymś momencie po prostu ze mnie zrezygnowali i zauważyli, że nie mogą tego opanować. Że jestem zbyt uparta na to, żeby mnie zatrzymać. Oczywiście podejmowali jakieś próby, które zresztą opisuję, ale to było skazane na porażkę, bo moja potrzeba robienia tego, co chcę, jest zbyt duża, żeby ktoś mógł ją zatrzymać.

Masz poczucie, że przed diagnozą udawałaś kogoś innego, niż jesteś?
Tak, bo bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie polubili. Dlatego bardzo starałam się być taka jak wszyscy, postępowałam wobec siebie dosyć brutalnie. Sprawdzałam, czy mogę być przebojowa i pewna siebie oraz czy stanę się taka, jeśli będę udawać, że taka jestem. Później bardzo chciałam, żeby wszyscy mnie podziwiali. Pragnęłam pochwał i uznania. Ale już ich nie chcę. Teraz moje marzenia są takie: chcę zasypiać wieczorami bez wielu godzin przewracania się w łóżku i myślenia o wszystkich złych rzeczach oraz budzić się wypoczęta i pełna energii. Chcę być dla siebie dobra i znaleźć w tym spokój.

Jesteś minimalistką?
Nie, dlaczego? Myślę, że to bardzo duże marzenie i trudne w realizacji.

Pokutuje silne przekonanie, że osoby w spektrum są pozbawione empatii. Nie do końca tak jest.
Można mówić o różnicach w sposobach reagowania. O trudności w wyrażaniu emocji w sposób, który jest społecznie akceptowalny i zgodny z tymi wszystkimi normami zachowania wyznawanymi przez ogół społeczeństwa. Kiedy ktoś mówi mi, że jest smutny, to nie mam odruchu, żeby powiedzieć mu: „ojeeej, ojej”, i po prostu pobyć z tą osobą. Zamiast tego chcę natychmiast znaleźć jakieś rozwiązanie i myślę, jak mogę pomóc, przerwać ten stan. Reaguję na emocje, raczej działając, niż rozmawiając o tym. Tak jest w moim wypadku, ale to pewnie też nie jest reguła. Nadal jestem dosyć słaba w emocje i duży problem sprawia mi to, że ludzie często coś innego mówią, a inaczej czują albo myślą, że są w tym tak duże rozbieżności. Albo że ktoś mówi jedno, ale ma na myśli coś innego. I nie sposób się w tym odnaleźć, a jednak oczekuje się ode mnie empatii i zrozumienia – to straszny paradoks!

A jak jest z własnymi uczuciami, dobrze je czytasz?
Nie jestem pewna. Bardzo dużo wyczytuję z ciała. Nie wiem, skąd neurotypowe osoby wiedzą, że czują się w określony sposób. U mnie wszystko przepływa przez ciało. Wiem, że jeżeli czuję sztywność rąk, to znaczy, że jestem zdenerwowana, a kiedy mam odruch poruszania się, to jest we mnie napięcie. Ale często te reakcje przychodzą z opóźnieniem i to bywa problematyczne. Ponieważ nie zawsze czuję od razu, że coś się wydarzyło, tylko odkłada się to we mnie i ta świadomość przychodzi po czasie. Bardzo dużo dała mi joga i to, że nauczyłam się kontaktu z ciałem. Umiem teraz je zeskanować i zauważyć różnicę w jego strukturze albo precyzyjnie zlokalizować miejsce, w którym odłożyło się napięcie. Czasami wiem też, co mam zrobić, żeby je z siebie wyrzucić. Wentylem dla napięcia są stimy, zachowania takie jak trzepotanie rąk czy miarowe stukanie nogą. Z drugiej strony to naraża na stygmatyzację.
W reklamach tak zwanych terapii leczących autyzm mówi się często o wyciszaniu niepożądanych zachowań, które są źle widziane. Ja bardzo chciałabym być spontaniczna i robić wszystko, na co mam ochotę – i iść za tym, co pojawia się w moim ciele, czego ono potrzebuje. Ale mam blokady związane z wychowaniem i z tym, że nie wolno. Staram się jednak pilnować tego coraz mniej. Nie wiem, dlaczego miałabym nie robić czegoś, co mi pomaga, czego potrzebuję. A jednak prawie każdy swój ruch wykonuję z przyzwyczajenia z ogromnym namysłem.

Mówi się, że osoby w spektrum są odrzucane społecznie, choć pragną kontaktów. Często wycofują się też z relacji, jeśli spotkał je zawód.
Wydaje mi się, że trzeba znaleźć właściwych ludzi, którzy do nas pasują, z którymi się rozumiemy. To jest dość skomplikowane w wypadku każdej osoby. Ale w czasach Internetu to jest do zrobienia. Można łatwiej znaleźć właściwe osoby i nie trzeba od razu patrzeć sobie w oczy.
Nie czuję się samotna, ale też nie potrzebuję bardzo wielu relacji. Dużo dają mi książki. Nie potrzebuję być w bezpośrednim kontakcie, codziennego spotykania się ani dzwonienia. Wystarcza mi sama świadomość, że mam bliskie osoby. Czasami wystarcza mi, że rozmawiamy raz na pół roku. Nie jestem w tym zakresie bardzo wymagająca.

Kluczem do przyjaźni jest podobieństwo?
Niekoniecznie, raczej dogranie się, przystawalność do siebie, zgodność energii. Relacje są trudne, ale da się je „zrobić”, w przypadku gotowości obu stron do tego, żeby rozmawiać.

Przyznajesz się do tego, że dużo rzeczy wyzwala w tobie strach. Jak udaje ci się z nim walczyć?
Nie jestem pewna, czy walczę ze strachem. To w moim życiu coś niezmiennie obecnego, jakaś stała jakość. Może po prostu uczę się go obsługiwać. Strach jest we mnie prawie cały czas. Robię tyle, ile mogę, żeby było dobrze. 

W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się  druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się druga książka Doroty Kotas „Cukry”.(Fot. materiały prasowe)

Dorota Kotas, rocznik 1994, polska pisarka, za swój literacki debiut „Pustostany” z 2020 roku wyróżniona Nagrodą Literacką „Gdynia” i Nagrodą Conrada. W kwietniu nakładem wydawnictwa Cyranka ukazała się jej druga książka „Cukry”.