1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Moda na slow life - czym dla Polaków jest życie w rytmie slow?

Moda na slow life - czym dla Polaków jest życie w rytmie slow?

Coraz częściej męczy nas skupienie na karierze, wzrasta natomiast zainteresowanie życiem w duchu slow. (Fot. iStock)
Coraz częściej męczy nas skupienie na karierze, wzrasta natomiast zainteresowanie życiem w duchu slow. (Fot. iStock)
Moda na slow life zaczęła się ponad dekadę temu. Ale czy naprawdę przeniknęła do naszego życia? Mamy pierwszy raport. Wiemy, czym dla Polaków jest życie w rytmie slow. Także w wielkim mieście.

Domowe urządzenia, które uruchamiamy smartfonem, kiedy w korku wracamy z pracy do domu, zegarek dla dynamicznej kobiety i lakier do włosów, który zadba o fryzurę przez całą dobę. Reklamy krzyczą: musisz to zrobić szybciej, idealnie i najlepiej za pomocą jednego przycisku! Na Instagramach szafiarek, fitblogerek czy supermam obserwujemy ich perfekcyjne życie składające się z ciągłych podróży, ćwiczeń, testowania kremów i prezentowania ubrań. Próbujemy im dorównać, zapominając, że za bohaterkami zdjęć stoi sztab ludzi, a świat, który pokazują, nie do końca jest prawdziwy.

Coraz częściej męczy nas skupienie na karierze, wzrasta natomiast zainteresowanie życiem w duchu slow. Dowodem są badania przeprowadzone w kwietniu 2018 roku przez Mobile Institute dla marki Naturativ. Wynika z nich, że pojęcie slow life jest znane 27 procentom Polaków. Definiują je jako życie bez pośpiechu, przeżywanie tu i teraz, osiągnięcie równowagi między pracą a obowiązkami, życiem prywatnym a odpoczynkiem. 34 procent uważa, że z takim podejściem wiąże się zdrowe odżywianie. Na kolejnym miejscu znalazło się obcowanie z naturą (27 procent).

– W naszym społeczeństwie doskonale funkcjonuje mit wiejskiej idylli – wyjaśnia socjolog dr Sylwia Urbańska. – Ale nie wszyscy chcą uciekać na wieś. Wiele osób ceni sobie szerszy dostęp do kultury czy bliskość dobrej szkoły dla dziecka. Za to marzy o komfortowym i niespiesznym życiu w mieście – dodaje. Dlatego pojawia się mnóstwo oddolnych inicjatyw. Wystarczy spojrzeć na fenomen budżetów partycypacyjnych. Ludzie chcą decydować o tym, jaka będzie ich dzielnica i jak mogą spędzać czas – są to często pomysły zaskakujące. Na przykład na placu Hallera w Warszawie otworzono tężnię solankową. Okoliczni mieszkańcy przychodzą tu, by oddychać zdrowym powietrzem, nawiązują kontakty, a miejsce zaczyna żyć. W wielu miastach Polski zaczynają kiełkować kwietne łąki. Za moment zachwycą kolorami i zapachem, zwabią owady, ale też pozwolą na oszczędności. W przeciwieństwie do trawnika nie trzeba ich podlewać i wystarczy skosić dwa razy w roku. Poza tym tłumią hałas i pomagają walczyć ze smogiem. W Krakowie w ubiegłym roku w przestrzeni publicznej miasta powstało 100 tys. metrów kwadratowych łąk. To powierzchnia 14 boisk piłkarskich. Przybywa tras rowerowych i siłowni pod chmurką. Buduje się domki dla owadów czy stawia ule na dachach. Przywracanie natury w miastach jest procesem widocznym i coraz bardziej powszechnym.

Wraz z rozwojem cywilizacji typu fast food, ze standaryzacją produkcji i jej metod, wzrasta zainteresowanie żywnością ekologiczną. 26 procent Polaków zwraca uwagę na to, skąd pochodzą kupowane przez nich produkty, a prawie połowa czyta skład na etykietach.

– Wróciła moda na ogródki działkowe. Często kilka osób czy rodzin korzysta w ramach spółdzielni z jednej działki – komentuje socjolog. Spotykają się, wspólnie uprawiają warzywa, robią grilla, zapraszają przyjaciół. Brak kawałka ziemi może zastąpić balkon zastawiony donicami z sałatą, ziołami, pnącymi pomidorami czy truskawkami. Grupy ludzi skrzykują się na FB, aby wspólnie szukać dzikiego bzu czy innych jadalnych roślin. – Z badań wynika, że Polacy wyjątkowo lubią hodować w mieszkaniach rośliny doniczkowe. Jedna z rozmówczyń, 20-latka, przyznała, że ma większą radość z sadzenia w domu sanseverii – rośliny anty-smogowej – niż z chodzenia po galeriach handlowych – opowiada dr Urbańska.

Wzrosła świadomość ekologiczna i poczucie ryzyka. Przeraża nas smog, z niepokojem czytamy o śmieciowej wyspie na Pacyfiku, pięć razy większej niż Polska. Może to rezultat popularności segregacji śmieci. Robi to już 39 procent z nas.

W duchu slow zaczęliśmy też podróżować. Zamiast wylegiwać się na egzotycznych plażach, szukamy wrażeń związanych z jedzeniem i piciem lokalnie – w lubuskich winnicach, Stawach Milickich czy na Małopolskim Szlaku Owocowym. Delektujemy się smakami tradycyjnych potraw, studiujemy przepisy, uczestniczymy w kursach gotowania. Nawet jeśli nie odwiedzimy producentów żywności, to oni odwiedzą nas. Stąd tak duża popularność targów śniadaniowych w miastach. A mieszczuch, który nie rusza na weekend na wieś, może na przykład śledzić relacje z gniazda bielików w Nadleśnictwie Kutno. Zapewne też skomentuje na forum zachowania zwierząt, podyskutuje, dokąd poleciały i na jak długo, i czy młode dadzą sobie radę same. Może zrezygnuje nawet z obejrzenia kolejnego odcinka kultowego serialu.

Kosmetyki? Coraz częściej myślimy nie tylko o tym, żeby były skuteczne. Dla 25 procent Polaków ważne jest, by były naturalne. I jesteśmy w stanie zapłacić za nie więcej. Sprawdzamy skład, pilnujemy, żeby w kremach czy balsamach nie było chemii. – Czytanie etykiet kosmetyków jest bardziej skomplikowane niż produktów spożywczych. Nie mamy wskazówki w postaci zielonego listka, unijnego certyfikatu, jak w ekojedzeniu – tłumaczy Magdalena Hajduk, właścicielka marki Naturativ. Jeśli połowa emulsji to woda, drugą połowę powinny stanowić substancje naturalne lub naturalnego pochodzenia i dozwolone w kosmetykach naturalnych konserwanty identyczne z tymi używanymi w artykułach spożywczych. – Wydaje mi się, że eko w pielęgnacji ciała wzięło się z dbałości o styl życia i jego jakość. Skoro nie służy nam wysokoprzetworzona, bezwartościowa żywność, to podobnie jest z kosmetykami, które mają przecież kontakt z ciałem – dodaje Hajduk.

Różne oblicza slow life

Działanie w rytmie slow przenosi się na różne, często nieoczekiwane dziedziny. W pędzącym świecie trudno wyobrazić sobie program rozrywkowy, który trwa pięć dni bez przerwy, nie ma fabuły, scenariusza, grama dramatyzmu, a odnosi sukces. A taki właśnie program zrealizował producent filmowy Thomas Hellum dla norweskiej telewizji publicznej. Nakręcił dokument o statku płynącym wzdłuż fiordów i pokonującym 3 tys. kilometrów. Kamery w czasie rzeczywistym pokazywały, co dzieje się na brzegu. Widzowie mogli więc zobaczyć bajkowe krajobrazy, pasące się krowy i mnóstwo ludzi machających do kamer z flagami czy transparentami. W narodową zabawę machania nad wodą włączyła się nawet jej wysokość królowa Norwegii. Film oglądało, oczywiście we fragmentach, 3,2 mln telewidzów – jak na pięciomilionowy naród to niezły wynik. Na fali sukcesu tej pierwszej w historii slow TV Thomas Hellum zrealizował kolejne wielogodzinne programy – o połowie łososia, rąbaniu drewna i paleniu w kominku czy robieniu na drutach. Jak reżyser tłumaczy swój sukces? Kiedy obraz zmienia się powoli, dopowiadamy własne historie. Zastanawiamy się, kim jest chłopiec stojący na brzegu, wyobrażamy sobie złowienie ogromnej ryby albo spotkanie przy ognisku.

Japończycy z kolei mają ciekawy pomysł na slowterapię. Być może jest to odpowiedź na karoshi (śmierć z przepracowania), poważny problem tego kraju. Aby się wyciszyć, obniżyć poziom stresu, ale też podleczyć przeróżne choroby, od astmy po nadciśnienie, zażywają kąpieli leśnych (shinrin-yoku). Są one, jak tabletki, przepisywane na receptę. Jej realizacja odbywa się w dziesięciu przebadanych naukowo lasach. Pozbawieni komórek pacjenci wysyłani są po prostu na spacer. Mają słuchać śpiewu ptaków, szumu liści, podziwiać kolory zieleni, identyfikować zapach, dotykać drzew i głęboko oddychać. Już po dwóch godzinach poczują się lepiej. Dr Qing Li, autor przetłumaczonej niedawno na język polski książki „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych”, uważa, że nawet spacer po parku może zdziałać cuda, a jeśli i na to nie mamy czasu, wdychajmy olejek sosnowy, który oczyszcza umysł.

W slow life wpisuje się duńskie hygge, szwedzki lagom czy francuskie joie de vivre. Słowa te mają wiele znaczeń – od rozmowy z przyjaciółmi, bycie serdecznym i uważnym gospodarzem, budowanie nastroju bliskości, przez jedzenie ciasteczek, po lekcję tańca. Nawet jeśli uczymy się rock and rolla.

Slow life - teoria i praktyka

  • 24% badanych nie wyobraża sobie dnia bez chwili relaksu. Ale... aż 30% miewa czasem podczas wypoczynku wyrzuty sumienia.
  • 50% Polaków stara się celebrować ważne chwile z bliskimi. Jednocześnie przyznają, że zdarza im się pracować w wolnym czasie.
  • 30% oddaje potrzebującym rzeczy, których nie potrzebuje. Niestety jedna czwarta z nas je wyrzuca.
Źródło: Mobile Intitute dla Naturativ

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaki jest stosunek psychologii do tzw. zjawisk magicznych? Pytamy Wojciecha Eichelbergera

Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Badania wykazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Duchy, cuda, zjawy, wampiry – są jedynie wytworem naszej fantazji czy emanacją tego, co niepoznane? Choć nauka im zaprzecza, to ludzkie doświadczenie mówi, że coś jest na rzeczy. A co ze stanami odmiennej świadomości? Halucynacje czy przejaw naszej głębi? O to wszystko Joanna Olekszyk pyta psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera.

Czytałam badania, które pokazują, że aż połowa Polaków wierzy w cuda, duchy, klątwy czy UFO. Z innych źródeł wiem, że coraz więcej osób przyznaje się też do przeżyć zwanych transcendentnymi – przebudzeń, kontaktów z wyższą jaźnią. Przychodzą z tym do psychoterapeuty? Jaki jest w ogóle stosunek psychologii i psychoterapii do rzeczy, które zwykliśmy nazywać magicznymi czy wymykającymi się racjonalnemu osądowi?
Poruszyłaś tu dwie różne sprawy. Obszar szczególnych ludzkich doświadczeń, które nazywamy doświadczeniami transcendentnymi albo mistycznymi, stawiających pod znakiem zapytania naszą egocentryczną i oddzieloną od świata tożsamość – to zupełnie inna sprawa niż wiara w duchy, cuda czy zabobony. I to bardzo mocno trzeba tu podkreślić. Tym bardziej że doświadczenia transcendentne – w przeciwieństwie do zabobonów, były badane w ramach psychologii akademickiej. A przynajmniej paru naukowców starało się dowiedzieć, o co w nich chodzi.

Pierwszym był Abraham Maslow, który wymyślił znaną piramidę potrzeb, a na jej szczycie umieścił potrzebę samorealizacji, czyli subiektywne doznanie spełnienia i zrozumienia prawdziwej, wspólnej wszystkim i wszystkiemu istoty. Maslow tego nie wymyślił, tylko przyjrzał się bacznie ludziom deklarującym, że przydarzyło im się doświadczenie, które radykalnie odmieniło ich sposób przeżywania siebie, a także relacji z innymi ludźmi i ze światem. U części badanych pojawiło się ono spontanicznie przy okazji jakichś religijnych praktyk, u innych w trakcie zwykłych codziennych działań, a u jeszcze innych podczas nadzwyczajnie trudnych albo nadzwyczajnie radosnych okoliczności. Maslow dociekliwie i skrupulatnie przepytał wiele takich osób i stwierdził, że we wszystkich relacjach powtarzają się te same elementy. To skłoniło go do wniosku, że repertuar możliwych ludzkich przeżyć zawiera w sobie także to, co nazwał doświadczeniem szczytowym (ang. peak experience), innymi słowy: doświadczeniem samorealizacji, które korzystnie, głęboko i na trwałe zmienia nasze postrzeganie siebie i świata. Przepytywani przez Maslowa ludzie deklarowali, że stali się bardziej radośni, empatyczni, otwarci, wolni od dotychczasowych lęków i napięć. Wszystko to potwierdzało, również skrupulatnie przepytane, otoczenie badanych.

Niektórzy takie stany osiągali po zażyciu psychodelików. Takie przypadki też badano.
Wkrótce po badaniach Maslowa nastąpiła era LSD i innych psychodelików, więc wielu badaczy zajęło się zagadnieniem zmian świadomości i percepcji pod wpływem tych środków. Ale nie minęła dekada i badania te, a także próby wdrażania ich do procesów terapeutycznych w psychiatrii, z tajemniczych powodów, zostały zakazane. Jeden ze znanych badaczy fenomenu zmian ludzkiej percepcji pod wpływem LSD uznał to za zjawisko typowe dla naszego obszaru kulturowego: niemal powszechnie akceptujemy substancje obniżające świadomość – czyli sprawiające, że naszym postrzeganiem i zachowaniem zaczynają kierować potrzeby i emocje uznawane powszechnie za niższe, jak agresja, niekontrolowana seksualność, ryzykanctwo i różnorakie fobie – natomiast zakazujemy substancji podwyższających wibrację świadomości, czyli sprawiających, że naszym zachowaniem mogą zacząć kierować potrzeby i uczucia uznawane powszechnie za wyższe, takie jak: empatia, wrażliwość, zachwyt, wdzięczność, wszechogarniająca miłość. Do pierwszej grupy środków badacze zaliczyli alkohol, substancje typu „speed”, takie jak: kokaina, amfetamina, heroina, ecstasy i wszelkiego rodzaju dopalacze. Do drugiej byli skłonni zaliczyć marihuanę, psylocybinę, LSD i DMT. Badania nie zostały zakończone, więc nie jest pewne czy wszystkie wymienione substancje z grupy drugiej mają zbawienny wpływ na ludzką świadomość, ale obserwacja badaczy wydaje się trafna.

I co pokazywały tamte badania?
Że stany odmiennej świadomości czy doświadczanie rzeczy lub zdarzeń „nie z tego świata” to całkiem realne zjawisko i że dość często się zdarza. Dziś jest mnóstwo relacji na ten temat, nie tylko w literaturze religijnej, ale też świeckiej. Temat ten jakiś czas temu ponownie podjął amerykański badacz Mihály Csíkszentmihályi, autor koncepcji „przepływu”, czyli flow. W psychiatrii głównym prekursorem tego nurtu badań jest czeski profesor psychiatrii Stanislav Grof. Ale wszystko to nadal odbywa się na marginesie nauki. A to wielka szkoda, bo druga klasa zjawisk, od których zaczęłaś naszą rozmowę, czyli wiara w duchy, klątwy i zabobony – wiąże się z tym, że nauka nie chce się poważnie zainteresować pierwszym tematem. A drugi z góry dyskwalifikuje i redukuje do problemu wykształcenia ludzi, którzy tak myślą i czują – nazywając to wszystko przejawami „ciemnoty”.

Tyle nauka, a co mówi psychoterapia?
No właśnie. Tu prawie wszystko zależy od szkoły terapeutycznej. Obecnie na rynku psychoterapii dominują szkoły, których metody są oparte na naukowych rozstrzygnięciach, a wyniki dają się zmierzyć. Najważniejsze z nich to racjonalna terapia zachowań (RTZ) i szkoła poznawczo-behawioralna. Ale jak wszystkie inne podejścia terapeutyczne, one też mają swoje ograniczenia wynikające z przyjęcia metodologii zapewniającej twarde dowody. A przecież tajemnica człowieka, jego świadomość i potencjał transcendencji nie mieszczą się w tak zawężonej perspektywie. Na szczęście oprócz tych nurtów istnieją szkoły psychoterapii, które swoje źródła mają w psychologii głębi. Jak sama nazwa wskazuje, sięgają one w głąb ludzkiego umysłu, w obszary nieznanego i niezrozumiałego, którymi ani nauka, ani terapie racjonalne czy poznawczo-behawioralne nie chcą i nie potrafią się zajmować, na zasadzie: „badajmy tylko to, co da się obiektywnie zmierzyć, a to, czego obiektywnie zmierzyć się nie da, uznajmy za nieistniejące”. Z tego powodu cały obszar cienia, czyli tego, co w nas nieświadome, jest poza kręgiem zainteresowania nauki. Ale wkrótce trzeba będzie się tym zająć.

Sprawdźmy więc, jak sobie z tym radzi psychoterapia głębi. Powiedzmy, że przychodzi do gabinetu człowiek…
…który jest przekonany, że prześladują go jakieś duchy, czyli niematerialne istoty niewidoczne dla zmysłów przeciętnego człowieka. Psychologia głębi uznaje tego typu opowieść za przejaw działania obronnego mechanizmu projekcji. Czyli wszelkie niewidzialne straszydła, duchy itp. uznaje się za wyprojektowane przez człowieka – i przedstawione w zaczerpniętej z lokalnej kultury czy narracji formie – elementy jego własnej nieświadomości. Wtedy można zaprosić pacjenta do następującego eksperymentu: „Wyobraź sobie, że jesteś tą postacią, której się boisz. Wejdź w jej skórę i położenie, i pozwól jej mówić twoimi ustami. Powiedz, czego chce, jak się czuje, jakie ma motywy, co myśli, co widzi? Chodzi o to, by pacjent zaczął zdawać sobie sprawę z projekcyjnego charakteru postaci, która go prześladuje, i w końcu ją uwewnętrznił – czyli zintegrował ze swoim świadomym „ja”. W ten sposób każdy wyprojektowany przez nas potwór czy duch z czasem może się stać na przykład zrozumiałym zlepkiem naszych własnych potrzeb i emocji związanych z odrzuceniem przez matkę. Tu się kłania święta zasada psychoterapii, że to, co uświadomione i zintegrowane, przestaje rządzić naszym zachowaniem i naszym życiem. A to, co wyprojektowane na zewnątrz i nieuświadomione, blokuje nasze dojrzewanie i rozwój. Nie da się wtedy dotrzeć do szczytu piramidy Maslowa.

Mówisz o projekcjach dotyczących czegoś, czego się boimy. A jeśli widzimy i czujemy rzeczy, których trochę się boimy, a które pociągają, jak kontakt ze zmarłą osobą?
Nie sposób uczciwie rozstrzygnąć, czy to, że komuś pojawił się duch, że widział go na własne oczy lub silnie odczuwał jego obecność, jest obiektywną prawdą czy projekcją. Na pewno jest subiektywną prawdą tego człowieka. Może warto wreszcie podjąć dzisiaj w rzetelnych badaniach hipotezę duchów. Podejmowano już w tej sprawie nieudolne próby pod koniec XIX wieku w eksluzywnych klubach spirytystycznych.

Idąc tropem, który opisałeś wcześniej, wytłumaczeniem takich doświadczeń mogłyby być niezakończone relacje ze zmarłą osobą. Nadal nosimy ją w sobie nieświadomie, więc ją uzewnętrzniamy w postaci zjawy?
To trafna intuicja. Psychoterapeuta głębi będzie zachęcał pacjenta do badania takiego zdarzenia albo na podstawie hipotezy projekcji, albo niezałatwionego konfliktu, poczucia winy bądź wyrzutów sumienia.

Niektórzy mówią, że ukazujące się zmarłe osoby dają im cenne wskazówki – psycholog głębi mógłby to zinterpretować tak, że jakaś mądra część ich samych w ten sposób do nich przemawia. Ale ponieważ sobie by nie uwierzyli, uwierzą zmarłemu, do którego mieli zaufanie…
Właśnie tak. Czyli przekaz ducha zmarłej osoby może w tym wypadku okazać się naszym własnym wyprojektowanym przeczuciem, a może nawet przejawianiem się nierozpoznanego jeszcze w sobie wewnętrznego mędrca.

Rzeczy, które nie sposób objąć rozumem, są więc produktem naszej świadomości, a raczej nieświadomości. Część z nas się ich boi, a część jakoś oswaja. Są ludzie, którzy codziennie rozmawiają z duchami bądź widzą aurę innych i jest to dla nich coś bardzo powszedniego i cennego.
Znam wielu takich ludzi, a ponieważ nie jestem ograniczony jakimś dogmatem naukowym i nic, co ludzkie, nie jest mi obce, więc staram się również takie zjawiska i relacje o nich poznawać. Wiele z tych osób potrafi przekazać różne wartościowe informacje z tego, co nazywają światem duchów, a który w ich optyce jawi się jako świat równoległy. Niektóre instytucje – choćby policja – korzystają od czasu do czasu z pomocy tych szczególnie wyposażonych ludzi, zwanych jasnowidzami.

A jednak wszystko to jest nadal spychane w zabobon. Na szczęście ma szerokie ujście w popkulturze: w horrorach, fantastyce, ale też w literaturze pięknej i baśniach.
Szczególnie dzieci są wrażliwymi i entuzjastycznymi odbiorcami takich treści. Zapewne dlatego, że ich umysły nie są jeszcze do końca kulturowo zaprogramowane, więc nie zdają sobie sprawy, że czegoś nie należy widzieć lub o czymś nie należy mówić ani o to pytać. Dzieci często widzą duchy, mają prorocze sny albo twierdzą, że pamiętają swoje poprzednie życie. Jakby przeczuwały, że w umyśle i dla umysłu wszystko jest możliwe.

Ostatnio rozmawiałam z pewnym pięciolatkiem o wampirach i jego mama poprosiła mnie: „Dodawaj, że wampiry są tylko w bajkach”. Ale ja tego wcale nie jestem pewna. Oczywiście nie mam na myśli tego, że chodzą po świecie bladolicy mężczyźni, którzy wysysają z nas krew, tylko że wampir to jedna wielka metafora kogoś toksycznego. Mamy określenie „wampiryzm emocjonalny”.
Tak, używa się go w psychoterapii. Dla mnie wampir jest metaforą przerażonego perspektywą śmierci ludzkiego ego, przekazywanym z pokolenia na pokolenie marzeniem wiecznego istnienia w idealnie zakonserwowanej, doczesnej formie. Nawet kosztem życia bez słońca. To ucieleśnienie pragnienia nieśmiertelności, bycia niezniszczalnym w tym jednym ciele, w tej jednej postaci, która nigdy się nie starzeje. Z tej perspektywy żyjemy dziś w wampirycznej kulturze. Nikt się nie chce zestarzeć, nikt nie chce umrzeć, wszyscy chcemy być agresywni i skuteczni, nie wahamy się bogacić oraz karmić krwawicą i wysiłkiem innych. Pewnie dlatego wampiry są teraz tak mocno obecne w popkulturze, bo nasze systemy ekonomiczne i polityczne często, zapewne nieświadomie, czerpią z etosu wampira.

Na poziomie indywidualnym wampir jest symbolicznym przedstawieniem cech psychopatycznych – uwodzący, inteligentny, skuteczny, piękny, ale jednocześnie bezwzględny i niezdolny do miłości. Psychopaci są w tej chwili największymi bohaterami popkultury. W tym sensie wampiry naprawdę istnieją wśród nas i, niestety, mają tak dobre samopoczucie, że nie przychodzi im do głowy przyjść na terapię. Gdyby jednak ktoś taki przyszedł na terapię, usłyszałby ode mnie: „Jesteś wampirem z urojenia. Porozmawiajmy o tym”.

Bardzo mnie cieszy, że psychoterapia jest otwarta na taki rodzaj pracy.
Psychoterapeuta nie powinien się bać niczego, niezależnie od tego, czy ktoś przychodzi do niego z wampirem, duchem, diabłem, czy z Panem Bogiem, bo przecież i tak się może zdarzyć. W życiu człowieka mamy bowiem do czynienia nie tylko z projekcją wypartego cienia, ale również z projekcją wypartego światła.

Do terapeuty przychodzą też ludzie z Panem Bogiem?
Rzadziej do terapeuty, częściej do szpitala psychiatrycznego z diagnozą tzw. urojeń wielkościowych. Ludzie ci uważają, że są Chrystusem, Napoleonem czy jakąś inną wielką postacią. Zamiast dawać leki, warto by z nimi podyskutować. Spytać: „Dlaczego akurat Chrystus?”. Mogłoby się okazać, że mamy tu do czynienia z czymś, co można by nazwać wewnętrzną projekcją wypartego światła, którą można z czasem uwewnętrznić jako pragnienie bycia szlachetną, pomocną innym, światłą postacią albo odkryć, że ta zapożyczona wspaniała tożsamość przykrywa poczucie bezwartościowości, beznadziei i rozpaczy. Można drążyć dalej: „Skoro jest pan Chrystusem, to proszę mi opowiedzieć: Jak się czujesz, Chrystusie? Skąd się tutaj wziąłeś? Co chciałbyś powiedzieć, doradzić komuś takiemu jak ja, jak pomóc cierpiącemu światu?”. A potem, korzystając z notatek, pytałbym o każde zdanie i pogląd. Czy ten, który nosi imię i nazwisko pacjenta, też tak uważa i czy potrafi żyć w zgodzie z tym, co uważa? W końcu by się wyjaśniło, czy mamy do czynienia z wypartym światłem, czy z przykrywką rozpaczy. Choć mogłoby się okazać, że rozwiązaniem byłoby to, co sugerował w opowieści o chorym psychicznie bodajże bracie, mistyk i duchowy nauczyciel Baba Ram Dass. W czasie odwiedzin w szpitalu chory brat pyta: „Dlaczego gdy ty mówisz, że jesteś Chrystusem, to ludzie tego słuchają i jeszcze płacą za wykłady – a gdy ja mówię, że jestem Chrystusem, zamykają mnie w szpitalu?”. Na co Ram Dass: „Bo ty twierdzisz, że tylko ty jesteś Chrystusem, a ja mówię, że wszyscy jesteśmy Chrystusem, tylko nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę”.

Wojciech Eichelberger
, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek (w tym „Patchworkowe rodziny” Wyd. Zwierciadło), współtwórca i dyrektor Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Co to jest NLP i na czym polega neurolingwistyczne programowanie?

Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Programowanie neurolingwistyczne pomaga zbudować pewność siebie. (fot. iStock)
Neurolingwistyczne programowanie to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów.

Programowanie neurolingwistyczne, znane również jako metoda NLP, to jedna z najmłodszych koncepcji terapeutycznych, stosowana chętnie podczas szkoleń i warsztatów. Żaden z nurtów psychologicznych nie spotyka się z tak ostrą krytyką, będąc zarazem jednym z najbardziej znanych i praktykowanych.

Do dzisiaj żadne badania nie określiły jednoznacznie przewagi jednego nurtu psychoterapeutycznego nad drugim – wiemy, że różnią się sposobem pracy, długością trwania sesji, a nawet słowami używanymi wobec klienta czy pacjenta, ale efekty w zdrowieniu są zbliżone we wszystkich nurtach. Co w takim razie sprawia, że terapia przynosi skutek? Na ile jest on zależny od osobowości terapeuty? Ta kwestia zaintrygowała dwóch młodych badaczy: Richarda Bandlera, studenta Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Cruz, oraz lingwistę Johna Grindera. Bandler uczestniczył w zajęciach z matematyki, filozofii i logiki, a ostatecznie ukończył indywidualny tok studiów ze specjalizacją informatyczną. Zafascynowany psychoterapią, został bliskim współpracownikiem Fredericka Perlsa, twórcy terapii Gestalt. Z kolei Grinder zgłębiał technikę szybkiego uczenia się poprzez modelowanie, czyli naśladowanie, poprzedzone precyzyjną obserwacją. Opanował wiele języków obcych i w trakcie służby wojskowej pracował jako tłumacz na całym świecie, również przy tajnych operacjach amerykańskiej armii. Trafili na siebie w latach 70. i połączyli swoje umiejętności, by zająć się psychoterapią, ale od zupełnie nowej i zaskakującej strony.

Ukryty czynnik, czyli NLP – co to jest?

Skupili się na znanych i uznawanych za genialnych psychoterapeutach, m.in. wspomnianych Perlsie, ale również Virginii Satir, pracującej systemowo z rodzinami, i Miltonie Ericksonie, pionierze hipnozy – by znaleźć wspólny mianownik, zbiór cech czy też czynników łączących wybitnych ludzi pomagających innym. Zaobserwowali, że ukrytym – nieuświadomionym również przez psychoterapeutów – czynnikiem jest zestaw wzorców komunikacji zarówno werbalnej, jak i niewerbalnej.

Psychoterapeuci odnoszący sukces wierzyli w zmianę, mieli pozytywne nastawienie do procesu leczenia i niejako zaszczepiali je swoim pacjentom, poza tym ich ciało zazwyczaj było otwarte i wysyłało w kierunku pacjenta sygnały związane z poczuciem bezpieczeństwa. Na podstawie powyższych obserwacji Bandler i Grinder opracowali zasady i interwencje, które działają w procesie leczenia – nową metodę pracy nazwali metodą NLP (neurolingwistycznym programowaniem). Chociaż na początku skupili się tylko na psychoterapii, to efekty ich pracy szybko trafiły do poradnictwa, edukacji, biznesu (zwłaszcza sprzedaży), ale również sportu i wszelkich miejsc, w których osiągnięcie celu zależy od wywierania wpływu, perswazji, a czasami manipulacji, a więc stosowania techniki NLP.

Jak zacząć NLP? Zacznij od ciała

Weronika została wysłana przez przełożoną na dwudniowe szkolenie NLP, dotyczące technik wywierania wpływu. Zarówno w pracy, jak i życiu osobistym zawsze zajmowała pozycję osoby podległej, zależnej. Po raz czwarty została porzucona przez partnera i nie mogła zrozumieć, dlaczego odtwarza niechciany scenariusz, w którym zostaje z poczuciem odrzucenia i bezradności. Choć kurs NLP miał jej pomóc w pracy (dział rekrutacji dużej warszawskiej firmy), to Weronika szybko zrozumiała, że nowe narzędzie pomoże jej także być bardziej pewną siebie w życiu osobistym. Zafascynowało ją swoją prostotą i szybkimi rezultatami – pierwszym efektem było to, że Weronika zaczęła obserwować swoje ciało podczas rozmowy ze znajomymi, bliskimi i osobami, które rekrutuje do pracy. Najpierw skupiła się na rękach (pokazywanie wnętrza dłoni mówi o czystych intencjach), pozycji, w której stoi podczas rozmowy (na wprost – konfrontacyjnie, bokiem – asekuracyjnie), na tym, czy zasłania, czy odsłania brzuch (symboliczne miejsce, w którym znajduje się poczucie bezpieczeństwa), kiedy zaciska pięści (postawa zamknięta, agresja). Zapisała się na kurs praktyka NLP i roczny kurs zaawansowany (koszt: 9000 zł), a w międzyczasie korzystała z indywidualnych, cotygodniowych sesji (200 zł każda) ze swoim mistrzem – tak praktycy nurtu nazywają swoich nauczycieli. W ciągu kilku miesięcy poczuła się pewniej w ciele podczas spotkań z ludźmi, również wtedy gdy niczego nie mówiła. Mistrz przekazał jej także przekonanie, które uwewnętrzniła – by wszystkie porażki traktowała jako informacje zwrotne, jeśli będzie je rozpatrywać w kategoriach emocjonalnych.

Od tej pory zamiast pogrążać się w smutku z powodu porzucenia, zaczęła traktować odejście partnera (już nie porzucenie) jako wskazówkę na temat tworzonych przez nią relacji. Podczas sesji neurolingwistycznego programowania, gdy mistrz przekazywał Weronice nową wiedzę czy zasadę, którą powinna wprowadzić w swoim życiu w następnych dziesięciu dniach, używał techniki zakotwiczenia, tzn. dotykał jej nadgarstka.

Zakotwiczenie polega na wzmocnieniu przekazu słownego poprzez obraz, dźwięk albo właśnie dotyk, niektórzy z tego powodu noszą na ręku kolorową tasiemkę. Ma im np. przypominać o tym, że zanim na kogoś nakrzyczą, mogą wziąć trzy głębokie oddechy, a potem zdecydować, czy wciąż chcą użyć krzyku.

Mapa rzeczywistości w metodzie NLP

Według podstawowych założeń NLP w psychologii każde nasze zachowanie oparte jest na umysłowej strukturze, która manifestuje się poprzez zachowania możliwe do zaobserwowania, zwane mową ciała. Na tym polega połączenie procesów umysłowych czy neurologicznych (neuro), języka i sfery komunikacji (lingwistyczne) z zachowaniami (programowanie). Każde nasze postępowanie coś mówi, nawet wtedy gdy pozostajemy nieruchomi i milczący, a celem komunikacji jest wynikająca z niej reakcja. Bez świadomości sygnałów, jakie wysyłamy ciałem, nie panujemy nad efektem, który chcemy osiągnąć w relacji z szefem czy podczas spotkania z ukochaną osobą.

Specjaliści technik NLP mówią o subiektywnej i indywidualnej mapie rzeczywistości, którą mamy wszyscy. Terytorium jest cały otaczający nas świat, natomiast każdy z nas ma inną mapę. Jeśli jest szczegółowa – ułatwia swobodne przemieszczanie się po terytorium rzeczywistości. A jeśli nie jest konkretna, zawiera sprzeczne informacje, wskazuje pomylone kierunki i jest nieczytelna – z pomocą może przyjść mistrz neurolingwistycznego programowania, który na początku dokona diagnozy mapy albo mówiąc innymi słowy  – struktury naszej osobowości. Niedoświadczeni praktycy tego nurtu popełniają podstawowy błąd, jakim jest zabawa w czytanie w myślach bądź serwowanie swoim klientom gotowych rozwiązań: stój w ten sposób, mów wolniej, patrz powyżej poziomu ust rozmówcy, nie zaczynaj zdania od „nie”. I chociaż klient może zyskać pozorne poczucie wpływu na swoje życie, nie zachodzi w  nim realna zmiana, ponieważ nie rozpoznał własnej mapy, a wyruszył w teren.

Programowanie neurolingwistyczne ma aktywować własny potencjał

Jednym z najczęstszych zarzutów, jakie stawia się NLP, jest ten, że jego twórcy – specjaliści w dziedzinie języka i komputerów – nie mają formalnego wykształcenia psychologicznego i hołdują zasadzie, że cel uświęca środki. To prawda – ta metoda NLP posługuje się wieloma uproszczeniami i jest niewiele badań z zakresu psychologii potwierdzających skuteczność stosowanych przez nią narzędzi. Kolejny zarzut: wychodzi z afirmacyjnego założenia, że każdy człowiek dysponuje wszystkimi niezbędnymi zasobami, by rozwiązać swoje problemy. Ale nawet jeśli to naiwne podstawy, znane są przecież eksperymenty naukowe potwierdzające skuteczność placebo czy mechanizmu samospełniającego się proroctwa. Trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu nurtów terapeutycznych, które skupiają się na deficytach, traumach i poszukiwaniu odpowiedzialnego, NLP uznaje, że za zachowaniem każdej osoby stoi pozytywna intencja, a tym, co najbardziej pomaga w rozwoju, jest poznanie czy też aktywowanie własnego potencjału.

Obecnie szkolenia NLP  dostępne są prawie dla wszystkich, bez względu na doświadczenie i wykształcenie – to też budzi kontrowersje. Jednak należy rozróżnić osobę, która po kilkumiesięcznym kursie neurolingwistycznego programowania przyznaje sobie prawo do leczenia innych bądź prowadzenia nieetycznych coachingów, od specjalisty, który otrzymał certyfikat PS NLPt, uprawniający do ubiegania się o Europejski Certyfikat Psychoterapii. Wcześniej zaś ukończył czteroletnie szkolenie, obejmującego m.in. 400-godzinny staż kliniczny w placówkach ochrony zdrowia lub ośrodkach psychoterapeutycznych, w których stażysta ma możliwość kontaktu z pacjentami o zróżnicowanej diagnozie, w tym cierpiącymi na głębsze zaburzenia oraz współpracy z lekarzami psychiatrami – jak podają twórcy Polskiego Stowarzyszenia NLP. Szarlatani i domorośli specjaliści pojawiają się w obrębie każdego nurtu psychoterapeutycznego i nawet jeśli w NLP jest ich nadreprezentacja, nie przekreśla to narzędzia jako takiego i skuteczności neurolingwistycznego programowania. Podobnie jak użycie noża do zabójstwa czy posmarowania chleba, w każdym z tych przypadków nie jest opowieścią o nożu, a o człowieku z niego korzystającym.

Wszystkie zasoby

Weronika zakończyła sesje po pół roku, gdy zrozumiała, że wybiera na partnerów mężczyzn manifestujących na zewnątrz siłę, apodyktycznych, ale zwykle ubogich pod względem emocjonalnym, niepotrafiących żyć w relacji. Wierzyła, że musi pełnić rolę osoby uległej, by zasłużyć na miłość lub awans – tak skonstruowana była jej mapa.

Zmiany rozpoczęła od łatwiejszego obszaru – pracy. Poprosiła przełożoną o dodatkowe zajęcie, jakim było prowadzenie szkoleń z technik sprzedaży dla telemarketerów. Weronika chce bowiem zostać trenerką i wie, że to pierwszy dobry krok w tym kierunku.

Jeśli nie metoda NLP, to:

Szkoła Negocjacji – roczny, wielowątkowy i precyzyjnie przemyślany kurs łączący w sobie najbardziej aktualne narzędzia negocjacyjne z technikami komunikacyjnymi, wywierania wpływu oraz bogatym zapleczem praktycznym i teoretycznym. Szkoła rozpoczyna się treningiem interpersonalnym, a wśród prowadzących pojawiają się najbardziej znani na świecie negocjatorzy.

Terapia poznawczo-behawioralna – skupiona na określonym celu, ograniczona liczba sesji, praca skupia się – podobnie jak w NLP – na nawykach, zachowaniach oraz języku. Atutem jest możliwość pogłębionej pracy nad sobą.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z uzależnieniem? Zamiast odcinać się od zmysłów, zmniejsz ilość bodźców

Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jako ludzie łakniemy i szukamy przyjemności. Zatraciliśmy jednak umiejętność zarządzania nimi – ten swoisty instynkt zachowawczy, chroniący nas przed autodestrukcją. I to właśnie popycha nas w ramiona nałogu – twierdzi psychoterapeuta Robert Rutkowski, kiedyś sam uzależniony. 

Czy dzisiejsze czasy sprzyjają uzależnieniom? Dowodem na to, jak bardzo, są niedawne amerykańskie badania, w których obliczono, że człowiek w czasach średniowiecza przyjmował w ciągu całego swojego życia tyle informacji, ile współczesny człowiek przyjmuje w ciągu jednego dnia. Na przestrzeni wieków nie zmieniliśmy się wcale, jeśli chodzi o rozmiar i pojemność urządzenia, jakim jest mózg, natomiast ilość bodźców, jaką nim odbieramy, przerażająco się zwiększyła. Mówiąc kolokwialnie, przegrzewają nam się styki. Nie wyrabiamy. Futurysta Alvin Toffler w latach 50. ubiegłego wieku napisał książkę „Szok przyszłości”, w której prorokował, że przyjdą takie czasy, kiedy człowiek przestanie ogarniać te wszystkie nowinki technologiczne, z którymi będzie się stykał. I miał rację.

Czasy są więc podłe i przerażające, a na dodatek ta niemożliwa do ogarnięcia ilość bodźców styka się z naszymi słabościami: lenistwem, niefrasobliwością, brakiem chęci chronienia siebie. Człowiekowi wysiada instynkt samozachowawczy, czyli swoiste zabezpieczenie przed szkodliwym wpływem świata, przejawiające się np. poprzez smak czy wstyd.

W jaki sposób działa to zabezpieczenie? W bardzo prosty. Człowiek, jeśli coś mu nie smakuje, czuje obrzydzenie. To ono pojawia się na twarzy, kiedy pierwszy raz w życiu pije się wódkę czy wypala papierosa. Mogę tu wymieniać jeszcze inne substancje, na przykład heroinę, którą znam, a z którą pierwszy kontakt kończy się zawsze torsjami, czyli szokową reakcją organizmu. To są sygnały wysyłane do nas, żeby zrobić STOP. A czym jest wstyd? Uczuciem, które chroni nas przed rozwiązłością, przed wchodzeniem w niejasne relacje seksualne. A obecnie wstyd jest się wstydzić. Przyszedł do mnie niedawno 20-letni mężczyzna, który wyznał, że ma problem z seksem. „Na czym on polega?” – spytałem. „Na tym, że mam 20 lat i jestem prawiczkiem”. „Chłopie, o czym ty mówisz? Dlaczego uważasz, że to jest problem?”. Ano dlatego, że on się porównuje z innymi. I czyta, że 13-, 14-latki rozpoczynają życie seksualne i że to jest norma, czyli on nie jest w normie. A przecież każdy ma swoją drogę, swoją ścieżkę i późniejsza inicjacja seksualna nie musi być od razu chorobą. Świat naprawdę zwariował! A ci, którzy nie mają barier ochronnych, czyli silnego poczucia własnej wartości, będą wchodzić w różnego rodzaju pęknięcia, jak na przykład uzależnienie.

W definicji uzależnienia często podaje się, że to ucieczka od samego siebie, ale czy w tych – jak pan mówi – „podłych i przerażających” czasach nie jest ono też próbą wypisania się z otaczającej nas rzeczywistości? Czy uzależnienie jest ucieczką od siebie, czy od świata? Moim zdaniem to są kolejne etapy. Cel jest ten sam – żeby było lżej, żeby mniej bolało. Uzależnienie jest zadaniem sobie bólu w innym miejscu, żeby w tamtym przestało boleć. To jak, kiedy boli ząb, wbić sobie igłę w piętę. Ból pięty na chwilę pozwoli zapomnieć o zębie. I podobnie człowiek, którego boli dusza, sięga po narkotyki – a mówiąc „narkotyki“, mam też na myśli alkohol. To jeden z najbardziej niebezpiecznych narkotyków, bardzo silnie uzależniający i bardzo silnie negatywnie działający na cały organizm człowieka. I podstępny, bo występujący w anturażu czegoś miłego.

W filmie „Najlepszy” matka mówi do syna, narkomana: „Jureczku, już lepiej, żebyś pił”. Ludzie mówią, że alkohol to dla nich reset. Tymczasem alhohol nie rozluźnia, on paraliżuje. Ludzie mówią, że alkohol poprawia nastrój. Nie, on go zmienia. Człowiek pod działaniem alkoholu jest zatruty, odurzony, odcina się od zmysłów. Dla mnie semantycznym dowodem na to, jak nie radzimy sobie z traktowaniem naszych zachowań, jest słowo „rausz“. Z czym się pani kojarzy „bycie na rauszu“?

Z czymś w rodzaju miłego pobudzenia, upojenia. A wie pani, co znaczy słowo „rausch“ po niemiecku? Upojenie, ale też otępienie. Albo „napić się dla kurażu“. „Courage” to po francusku odwaga, która też jest odcięciem się od zmysłów. Ale dobrze nam się kojarzy, prawda? W ten sposób oswajamy sobie truciznę. Podobnie jest dziś z paleniem marihuany, które zaczyna się wkradać na salony i być dobrze postrzegane. Ja się kiedyś wstydziłem, że palę marihuanę, teraz to jest trendy. Tak jak kokaina. Trzeźwość nie jest już dziś trzeźwością sensu stricto i można być pozornie trzeźwym człowiekiem, który sobie okazjonalnie wciąga kokainę, pali marihuanę... Ale to nie wszystko.

Miałem niedawno sesję z parą, do życia której wkradła się zdrada i która usłyszała od poprzedniego psychologa, a właściwie usłyszała to zdradzona kobieta: „Ale czym się pani przejmuje? Przecież to naturalne, mężczyzna musi sobie od czasu do czasu na boku coś bzyknąć“. Jak widać, niektórzy przedstawiciele mojego zawodu załapali się na wspomnianą dewaluację pewnych wartości.

Nie mówię, że wszyscy powinniśmy być mnichami zen, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Jeżeli nauczyciel pali papierosy i mówi młodzieży o szkodliwości brania narkotyków, to kim on jest? Hipokrytą. Jest niewiarygodny, dzieciaki od razu to wyczują. Warto mówić prawdę. „Nie radzę sobie z moim nikotynizmem“, „To jest moja słabość“, „Nie jestem z tego dumny, nie popieram tego“, a nie przekonywać, że narkotyki są złe, ale palenie jest w porządku. Jeśli ktoś się decyduje być takim pomagaczem i radzić innym w ich problemach, to musi być spójny. Powinien zastanawiać się nad tym, co mówi, bo jego słowa mogą zdemolować komuś życie.

Są uzależnienia bezsprzecznie postrzegane jako szkodliwe: narkotyki, dopalacze. Alkohol i papierosy też – choć tu pewnie z dużym marginesem przyzwolenia. Ale są także uzależnienia, których nie traktuje się jako niebezpieczne. Na przykład poprawianie urody.

Ono się zawiera w takim ogólnym terminie o nazwie „uzależnienie od własnego wizerunku”. Ten nałóg szczególnie dotyka ludzi z piedestału, eksponowanych. Ludzie w ogóle bardzo szybko przyzwyczajają się do tzw. głasków, do miłych rzeczy. Nie ma w tym nic złego, dopóki nie dzieje się tak, że kiedy tego zabraknie, to następuje utrata sensu życia. Tak jest z politykami, uzależnionymi od wydzielania się neurohormonów, które powoduje już samo bycie na piedestale. Oni celowo generują zamieszanie wokół siebie. I tak się tworzy tzw. szum medialny.

Już Stanisław Lem zauważył w „Bombie Megabitowej“, że znalezienie jakiegoś terminu w Internecie jest poprzedzone setkami tysięcy informacji kompletnie zbędnych. Lepiej iść do zwykłej biblioteki. Sam to robię i widzę, że w bibliotekach jest coraz więcej ludzi. Oni już zrozumieli, że obecnie najważniejsza jest umiejętność selekcji. Jako gatunek ludzki jesteśmy ogromnie podatni na bodźce zewnętrzne, dlatego musimy sami się od nich odgradzać.

Skoro nałogi odcinają nas od zmysłów, trzeba do tych zmysłów powrócić? W rzeczy samej. Istotą jest odcięcie bodźców, nie zmysłów. Uzależnienia odcinają właśnie zmysły, a im więcej bodźców do nas wtedy dociera, tym większy szum powoduje. Jeśli bodźców będzie mniej, to nasze zmysły będą bardziej nastawione na ich odbiór.

W książce „Pułapki przyjemności“ mówi pan: jeżeli jemy obiad, jednocześnie oglądając telewizję, to nie czujemy smaku tego, co mamy na talerzu. Zgadza się. Podsumowując ten kawałek naszej rozmowy, człowiek jest coraz bardziej słaby, pozbawiony wartości, fundamentów, a przez ciągłe porównywanie się – także pewnych barier wewnętrznych, które sam na własne życzenie i własną zgubę likwiduje, by się wpisać w kontekst. Dlatego niezmiernie ważne jest środowisko, w jakim funkcjonujemy. Nic dziwnego, że rodzice tak martwią się, gdy ich dziecko wpada w tzw. złe towarzystwo.

Na ile to, czy popadniemy w uzależnienie, zależy od środowiska, a na ile od naszej wrodzonej podatności? A może człowiek jako gatunek czuły na bodźce jest po prostu z natury podatny na uzależnienia? Jesteśmy urodzonymi poszukiwaczami przyjemności. To atawizm. Gdyby człowiek nie chciał, by było mu przyjemniej, toby nie odkrył ognia. Kiedy pierwszy raz ogrzał się przy ogniu i zjadł mięso z upolowanego zająca, opieczone na tymże ogniu, zrozumiał, że jest to o wiele przyjemniejsze niż siedzenie w ciemności, w zimnie i żucie surowego jedzenia. Cały rozwój naszej cywilizacji był możliwy dzięki wrodzonemu pędowi do szukania przyjemności.

I ułatwiania sobie życia. Kiedyś człowiek, żeby napić się wody, musiał pójść kilometr do wodopoju, zażył trochę ruchu, poobserwował okolicę. Dziś nie ma takiej potrzeby, wszystko jest dostępne na aplikacji. Człowiek się zredukował na własne życzenie. Śmiem twierdzić, podążając za Tofflerem, że osiągnęliśmy czasy zerowe. W tej chwili może nas uratować jedynie świadome odchodzenie od nadmiaru bodźców. Sztuką dobrego życia nie jest robienie trzeciego fakultetu czy szukanie nowych kanałów dostępu do informacji, tylko właśnie nierobienie tego. Nie dodawanie, tylko odejmowanie. Sztuka selekcji. Jako człowiekowi dojrzałemu oczywiście jest mi łatwiej się z tym uporać, bo też osiągnąłem jakieś punkty zerowe. Dlatego świadomie nie chcę być dobrze poinformowany, nie chcę mieć pozornie łatwiej i przyjemniej, nie szukam dwóch rzeczy w cenie jednej, kiedy potrzebuję tylko jednej.

Twierdzi pan, że powinniśmy się nauczyć zarządzać naszymi przyjemnościami? Tak naprawdę musimy się nauczyć zarządzać samym sobą. Wtedy będziemy gotowi na przyjemności. Łatwiej jest radzić sobie z jedzeniem człowiekowi niegłodnemu, który jadł trzy godziny temu posiłek, więc nie czuje histerycznego głodu. Niech pani sobie wyobrazi kogoś, kto jada regularnie w ciągu dnia, i kogoś, kto przez cały dzień nic nie jadł, bo nakręcała go adrenalina, jaką daje praca, i nagle o 19.45 idą obaj do restauracji.

Pierwszy pewnie zamówi to, na co ma ochotę, drugi, cokolwiek, byle szybko i dużo. Albo zrobi tak jak grubas ze słynnej sceny z „Sensu życia według Monty Pythona“, który zamówił wszystko z karty. W czym? W wiadrze. Z kolei pierwszy z uśmiechem na ustach, spokojnie będzie wybierał, selekcjonował, zastanawiając się, na co tym razem ma smak. I tę metaforę można przełożyć na nasze wewnętrzne poukładanie. Jeżeli jesteśmy wewnętrznie wygłodniali, popękani, jeżeli nie mamy bazy w postaci poczucia własnej wartości, będziemy zachłystywać się nowymi bodźcami: co chwila nowa partnerka, nowy samochód, nowe buty. Można tak wymieniać bez końca rzeczy czy zachowania, które mają nas zaspokoić. Jaki jest tego efekt? Głód nie gaśnie. Jest coraz większy.

Człowiek woli albo w ogóle zrezygnować ze wszystkich pokus, czyli nie piję, nie palę, nie uprawiam seksu, nie biegam, nie jem i jestem całkowicie z boku – albo korzystać ze wszystkiego. Wolimy to, niż zadać sobie trud i popracować nad kontekstem, w którym funkcjonujemy. Nie trzeba być od razu abstynentem, można próbować alkoholu, ale być świadomym, co on mi daje, a co zabiera. Ja celowo rezygnuję z alkoholu, ponieważ on nie daje mi nic, a wielu rzeczy pozbawia. I wcale nie jestem wojującym ortodoksem neofitą, który kiedyś pił za dużo, a teraz nie pije wcale...

...tylko nie pije pan dlatego, że panu to już nie służy. Dokładnie tak. Alkohol przestał mi służyć i jest dla mnie stratą czasu. Pod wpływem alkoholu nie jestem sobą, a od kiedy się polubiłem, bycie sobą jest przyjemne. Kiedyś piłem dla swoistego kontekstu, czyli dla towarzystwa. Alkohol służył mi do pokrycia, zatuszowania moich kompleksów. A ponieważ wziąłem się za siebie, poszedłem na jedną terapię i drugą, to zniknęły kompleksy. I nagle alkohol też przestał działać, przestał być potrzebny. Przestałem chcieć kłamać, a alkohol to kwintesencja kłamstwa.

Zauważyłem, że wielu moich pacjentów, ludzi biznesu, pije nie dla samego smaku alkoholu czy jego działania, ale dlatego że piją ich kontrahenci. Czyli mamy coś, co się bardzo często pomija w analizach psychologicznych. Mamy uzależnienie fizyczne, psychiczne i to uzależnienie społeczne, środowiskowe.

Presja społeczna to silne narzędzie wpływu. Często najtrudniejsze do pokonania przez uzależnionych pacjentów.

Pana praca polega na pokazaniu im, jak mogą się uniezależnić od opinii innych zamiast od konkretnej substancji? Praca w leczeniu uzależnienia nigdy nie powinna być skoncentrowana na samym niepiciu czy niebraniu. Czy zaprzestaniu jakiś zachowań, jeśli mówimy o uzależnieniu behawioralnym, jak np. seksoholizm. Nie, tu chodzi o całkowite przeprogramowanie człowieka.

Przychodzimy na ten świat głodni przyjemności. Jak się zachowuje małe dziecko? „Jakiż kontrast między promienną inteligencją dziecka a ograniczoną umysłowością dorosłego“ – napisał gdzieś Zygmunt Freud. To jest kwintesencja naszej rozmowy – wracajmy do naszego wewnętrznego dziecka. Ono dużo lepiej wie, jak żyć. Kiedy jest głodne, to co robi? Płacze, bo chce zaspokoić głód. A co robi dorosły? Gasi go, eliminuje. Bo w tym momencie ma dużo ważniejsze rzeczy do zrobienia. Przestaliśmy o siebie dbać. Nie jemy, nie śpimy, nie odpoczywamy, bo mamy projekt do wykonania. Pogubiliśmy się do tego stopnia, że prawdopodobnie dlatego ludzkość wymiera i tak mało się rodzi dzieci, bo one wzbudzają w nas poczucie winy.

No, takiej teorii jeszcze nie słyszałam... Oczywiście żartuję sobie trochę, ale coś w tym jest. Nie chcemy płodzić dzieci, bo jesteśmy uzależnieni od wygodnego życia. Ja mam teraz w domu 5-miesięcznego bobasa i rozkoszuję się tzw. dojrzałym ojcostwem. Syn jest moim trenerem uważności. Pierwszą rzecz, jaką pod jego wpływem zrobiłem, było skrócenie czasu pracy. Przyjmuję mniej pacjentów. Stwierdziłem, że nie chcę sobie odbierać przyjemności obcowania z nim. Jeśli miałbym zatem na koniec pokusić się o jakąś radę, to brzmiałaby ona tak: uczmy się od swoich dzieci odróżniania rzeczy ważnych od tych nieistotnych.

Robert Rutkowski psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych. Prowadzi prywatny Gabinet Psychoterapii i Rozwoju Osobistego w Warszawie, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji, nerwic oraz w zarządzaniu stresem. Współautor książek „Spowiedź narkomana” i „Pułapki przyjemności” (wyd. Muza)

Wywiad archiwalny. 

  1. Psychologia

Męska depresja. Nieobecność ojca, ból zranionego wewnętrznego chłopca

Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy braku ojca. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Doświadczenie porzucenia przez ojca daje znać w dorosłym życiu. Męska depresja często wynika z tego dojmującego braku. Mężczyzna może odnosić sukcesy, jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Lothar Schon, autor książki „Synowie i ojcowie. Tęsknota za nieobecnym ojcem”, opisuje jednego ze swoich klientów w psychoterapii o imieniu Aleksander, aktora, który odnosi sukcesy. „W rozmowie telefonicznej kontakt z nim wydaje się swobodny  i nieskomplikowany, co potęguje wrażenie, że Aleksander musi być silną i ciekawą osobowością. Świadczy o tym przede wszystkim sposób mówienia; świadomy, wyćwiczony, pewny”. Wszystko zmienia się, gdy Schon poznaje Aleksandra: „Wygląda zupełnie inaczej, niż sobie wyobrażałem, sprawia wrażenie zaniedbanego, jest dla mnie uosobieniem psychicznej nędzy i depresji”. Co dzieje się z mężczyznami porzuconymi przez ojców?
Na zewnątrz mogą odnosić sukcesy, świetnie wyglądać, chodzić na siłownię, sprawdzać się w wielu dziedzinach. Jednak doświadczenie porzucenia daje o sobie znać. Męska depresja często wynika właśnie z tego dojmującego braku, z nieobecności ojca. Głęboki smutek, ucieczka od życia, od uczuć, niemożność utrzymania trwałych relacji to poważne symptomy tego braku. Zewnętrzna kompensacja, którą mężczyzna sobie funduje, pozwala mu przetrwać w życiu i całkiem nieźle funkcjonować. Jednak pod maską czai się ból zranionego wewnętrznego chłopca. Jeśli na przykład ojciec znika, gdy chłopiec ma trzy czy cztery lata, dziecko na nieświadomym poziomie obciąża winą siebie: „Widocznie nie byłem wystarczająco dobry; to przeze mnie ojciec odszedł; skoro mnie nie chciał, jest we mnie jakaś wada”. Podobne konsekwencje mogą być również wtedy, gdy ojciec jest obecny fizycznie, jednak nieobecny emocjonalnie.

Ci mężczyźni, którzy nie wiedzą, kim są ich ojcowie, mogą odczuwać podobnie: „Ojciec nie chciał mnie znać, to przeze mnie”.
Może być też tak, że chłopiec dowiaduje się, iż mama nie powiedziała ojcu o jego istnieniu, ponieważ nie chciała się z nikim wiązać; chciała mieć dziecko. Taka sytuacja może generować bardzo silny wewnętrzny konflikt, związany z miłością, rozczarowaniem i złością w stosunku do matki; dlaczego tak postąpiła, dlaczego odizolowała ojca.

Możemy tu uczyć się od pierwotnych kultur. Tam, nawet jeśli chłopiec wychowywał się bez ojca, i tak przechodził swoją inicjację w dorosłość.
Szedł na polowanie ze starszymi mężczyznami. Czuwali nad nim mężczyźni z całego plemienia. Wygląda na to, że najlepsze, co może zrobić kobieta samotnie wychowująca syna, to zadbać o kontakty chłopca z innymi mężczyznami. Czasami kobiety przesadnie starają się być dla syna najlepszą matką, a jednocześnie zastąpić mu ojca, nadrobić wszystkie braki. Chłopiec tym bardziej odczuwa, że jest z nim coś nie tak, skoro mama tak się stara. Przekaz, który płynie od matki, to: „Czegoś ci brakuje, ja muszę to wyrównać”. Tak wychowywani mężczyźni mogą mieć trudności w relacjach z mężczyznami, w budowaniu męskich przyjaźni. Widzimy, że wielu 30-, 40-latków ma dobry kontakt z kobietami, ale w środowisku mężczyzn czują się obco.

Tęsknią jednak za tym światem.
Usilnie, czasem wręcz desperacko poszukują kontaktu z mężczyznami. Niestety, często w niewłaściwych miejscach. Pragną, aby relacja z ojcem mogła się w ich życiu zrealizować, ponieważ jednak nie mają dobrego wzorca, wikłają się w zależności, dają się wykorzystywać. Wchodzą w ryzykowne przedsięwzięcia, w grupy przestępcze, bandy, sekty, kierowane przez psychopatycznych liderów, czyli wszędzie tam, gdzie są silni mężczyźni, którzy mogą być autorytetami. Byle być zauważonym, dostrzeżonym, zaakceptowanym. Wielu mężczyzn z tego względu wybiera także pracę w korporacji. W korporacji zawsze ma się nad sobą szefa. Łatwo wejść w „przeniesieniową” relację, widzieć w szefie zastępczego ojca, tworzyć zastępczą więź. Te więzi bywają trudne. Jeśli jednak szef jest opiekuńczy i wspierający, mężczyzna doświadcza uznania, co w pewnym stopniu wyrównuje brak z dzieciństwa. U wielu mężczyzn wewnętrzne zranienie odrzucenia jest bardzo silne. To ci, którzy permanentnie zmieniają pracę, nie mogą wytrzymać z żadnym szefem, niejako uciekają przed ojcem, paradoksalnie ciągle go znajdując. Samotność, zamknięcie, niezgoda, wewnętrzny konflikt mogą owocować uzależnieniem od alkoholu, pracy, władzy, pieniędzy, płytkich relacji seksualnych.

Kobiety mówią, że związek z takim mężczyzną nie rokuje, ponieważ on nie chce przyszłości, dzieci, „nie chce o tym mówić”.
Unika emocjonalnego zaangażowania. Ma opór przed założeniem rodziny i wejściem w rolę ojca. Musiałby dotknąć rany porzucenia, poczuć ból, a to spore wyzwanie. Dlatego swój sposób bycia racjonalizuje na wiele sposobów: po co zajmować się przyszłością, skoro w świecie dzieją się takie straszne rzeczy, nie damy rady; może kiedyś było inaczej, ale teraz nie ma szans; niech będzie tak, jak jest. Tłumaczy sobie: „Jeszcze za wcześnie, nie teraz, nie w tej fazie życia”. Ten brak na poziomie tożsamości sprawia, że mężczyzna nie identyfikuje się z rolą ojca i partnera kobiety. Smutek, poczucie opuszczenia, niemocy, poczucie niskiej wartości mogą się przejawiać w różnych nadmiarowych zachowaniach; na przykład w przesadnym podkreślaniu swojego zdania, wyborów, decyzji, własnych opinii. Wydaje się, że ten butny mężczyzna ma wysokie mniemanie o sobie, jednak to pozory.

Porzuceni synowie w dorosłym życiu porzucają swoich synów. To znana psychologiczna konsekwencja. Czy musi tak się stać?
Warto wiedzieć, że nie ma determinizmu, chociaż rzeczywiście jest spore prawdopodobieństwo powikłań i komplikacji. Spotykam wielu mężczyzn, którzy wychowywali się bez ojca, a byli i są dobrymi ojcami dla swoich synów. W dzieciństwie byli otoczeni mężczyznami w systemie rodzinnym, wujkami, stryjami, dziadkami, kuzynami, nauczycielami, sąsiadami, przyjaciółmi rodziny, od których dostali wiele miłości i wsparcia. Tacy mężczyźni kochają własne dzieci i troszczą się o nie. Nawet jeśli zakończyli związek z kobietą, są obecni w życiu dzieci, zabierają synów na męskie wędrówki po górach, na spływy kajakowe, chodzą na wywiadówki. Tym samym przerywają tę destrukcyjną, pokoleniową sztafetę porzucania dzieci. Bolesną przeszłość przekuwają na miłość i troskę.

Słyszałam opinię, że lepszy jakikolwiek ojciec niż ojciec nieznany, ponieważ syn ma się do czego odnieść. Chłopiec, który nie zna ojca, mierzy się z wewnętrzną pustką.
Trudno się z tym w pełni zgodzić; ojciec, który stwarza realne zagrożenie, którego działanie jest destrukcyjne, doprowadza rodzinę do katastrofy. Synowie, którzy mieli ojców psychopatycznych, uzależnionych od alkoholu, często idą w ich ślady. Chłopiec, który nie zna ojca, oczywiście doświadcza traumy, jednak jeśli w otoczeniu są inni mężczyźni, pustka się wypełnia. Może odczuwać smutek czy stany obniżonego nastroju, jednak nie będą one dominujące czy obezwładniające.

Jakie działania byłyby pomocne dla mężczyzny, który wie już, że ciężko mu się żyje z powodu porzucenia przez ojca?
Jeśli na przykład pojawia się lęk przed byciem ojcem, ogromną pomocą byłyby kontakty z ojcami, którzy czerpią radość z bycia tatą, także szkoły rodzenia. Dobrze jest szukać kontaktu z dojrzałymi mężczyznami, z mentorami, prosić ich o rozmowę, poradę, pomoc. Ważna jest literatura. Czytanie działa terapeutycznie. Miałem klienta, który opowiadał mi, że jako dorastający chłopiec, wychowywany bez ojca, przez mamę, babcię i ciocie, intuicyjnie sięgnął po mocne, męskie opowieści, książki Jacka Londona, Jamesa Coopera, Karola Maya o traperach, szlachetnych wojownikach. To jest literatura, która z jednej strony wzmacnia męskie cechy, a z drugiej – dużo w niej o relacjach między przyjaciółmi, kochankami, rodzicami i dziećmi, dzięki czemu ten chłopak, a teraz dorosły mężczyzna mógł budzić w sobie męski potencjał, integrować wzorce, poznał honor, opiekuńczość, szlachetność, waleczność, miłość do kobiety. Dobra literatura przemawia do emocji, więc nas kształtuje. Znajdujemy w niej wzorcowe postacie, które mają szanse budzić się w nas, rozwijać i spełniać. Oczywiście, książki nie zastąpią żywych relacji, jednak pokazują rzeczywistość, którą przeżywamy i którą możemy uwewnętrznić. Podobnie dzieje się, gdy oglądamy dobry film: widzimy, że istnieją inne światy, inne doświadczenia niż te, w których się wychowaliśmy. To może być dla nas wielki ratunek.

Dobrym, kojącym sposobem może być napisanie listu do nieobecnego ojca. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że napisał serię takich listów i to mu bardzo pomogło.
Albo „porozmawiać” z ojcem: wyobrazić sobie zarys jego sylwetki na krześle i wyrazić wszystko, co ważne, a co dotyczy jego osoby, jego nieobecności. Wszystko, czego nie byliśmy w stanie wypowiedzieć z tego powodu, że nie było z ojcem kontaktu. Ważne, aby nie cenzurować tego, co się pojawia, pozwolić płynąć wszystkiemu. Gdy to robimy, nasz system nerwowy reaguje w taki sposób, jakby to działo się naprawdę. Jest szansa na uwolnienie się od zalegających, niewypowiedzianych treści, od traumatycznej historii opuszczenia, porzucenia.

Kobiety, które samotnie wychowują syna, bo ojciec go nie chciał, często nie wiedzą, co powiedzieć dziecku, gdy pyta o tatę. W jaki sposób kobieta ma sobie radzić w takiej sytuacji?
Niepewność jest trudna i sieje spustoszenie; jest wtedy mnóstwo miejsca na różnego rodzaju domysły, fantazje. Gdy syn jest izolowany od wiedzy na ten temat, powstaje luka, wyrwa w osobistej historii i w systemie rodzinnym. Jest tajemnica. Dziecko nie może tego zrozumieć, pozostaje w niepewności: Kim jest ojciec? Co się stało? Dlatego, jeśli to tylko możliwe, trzeba z dzieckiem rozmawiać, nawet jeśli historia jest trudna i bolesna. Matka może powiedzieć: „Niestety, nie miałam możliwości zbudować trwałego związku, a zależało mi tak bardzo, żebyś przyszedł na świat, że podjęłam decyzję, żeby cię urodzić… I nie żałuję… Wręcz przeciwnie”. Jeśli dziecko jest małe, można powiedzieć: „Mama bardzo chciała mieć dzidziusia, ciebie, bardzo się starała, niestety, nie było w tym czasie nikogo, kto mógłby być tatą…”. Potem, w miarę jak dziecko rośnie i rozwija się, można wyjawić więcej.

A gdyby syn dopytywał: „Ale dlaczego tata mnie nie znalazł, nigdy nie odwiedził?”.
Zawsze mówimy prawdę, czyli na przykład: „Bo nigdy się nie dowiedział, gdzie mieszkasz. Bo ma inną rodzinę. Bo tak się umówiliśmy, nie chciałam mu komplikować życia, zniknął, straciliśmy kontakt, nie wiem, co się z nim stało”. Prawda jest ważna. Silne emocjonalne przeżycia, które towarzyszą takim rozmowom, działają oczyszczająco i wyzwalająco.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, coachem i psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.

  1. Psychologia

Zadbaj o swoje życie wewnętrzne - inspiracje na listopad

Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Listopadowe wieczory warto przeznaczyć na praktykowanie duńskiej filozofii hygge, która oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także cieszenia się drobnymi przyjemnościami. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Listopadowe dni spędzamy raczej stacjonarnie (i w pobliżu źródła ciepła). Warto wykorzystać ten czas na zrobienie porządków oraz gruntownych remontów we wnętrzu dosłownym i metaforycznym.

Ćwiczenie 1. Rozmyślania w fotelu

Jesienna aura może wprawiać nas czasami w melancholijny, a nawet depresyjny nastrój. Szarość na zewnątrz konfrontuje z niewyrażonymi emocjami i „uwierającymi” stanami: smutkiem, żalem, rozczarowaniem i poczuciem, że utraciliśmy coś bezpowrotnie. Może również aktywować w nas lęk przez zmianami i starzeniem się. To, co możesz zrobić, kiedy dopadnie cię jesienna melancholia, to uświadomić sobie i nazwać to, co dokładnie teraz czujesz. Następnie zadaj sobie kolejno pytania: Co jest prawdziwą przyczyną mojego smutku (żalu, rozczarowania, lęku etc.)? Czego obecnie potrzebuję? Jak mogę o siebie teraz zadbać? Jeśli w tej chwili w życiu doświadczasz niespodziewanej zmiany, spróbuj spojrzeć na tę sytuację z szerszej perspektywy. Jak powiedział Dalajlama: „Kiedy coś tracisz, pamiętaj, aby nie stracić tej lekcji”. Zadaj sobie pytanie: Jaka ważna lekcja pojawiła się dzięki tej zmianie? Jak mogę to wykorzystać pozytywnie? A teraz pomyśl o tym, że kiedy tracisz jedno, robi się przestrzeń na coś nowego. Weź kilka głębokich oddechów i spróbuj poczuć ciekawość związaną z tym, co nowego może się teraz wydarzyć w twoim życiu.

Ćwiczenie 2. Uwolnij się od nadmiaru

Rozejrzyj się dookoła. Czy naprawdę potrzebujesz wszystkiego, co cię otacza? Takie pytanie proponuje zadać sobie propagatorka minimalizmu, japońska pisarka Hideko Yamashita. Jej autorska metoda Dan-Sha-Ri (opisana w ksiażce pod takim tytułem) to sztuka ustanawiania porządku w otoczeniu poprzez eliminację wszystkiego, co nie jest niezbędne. Może być szczególnie inspirująca, jeśli należysz do plemienia zbieraczy, którzy latami chomikują przedmioty i mają problem z rozstaniem się z nimi. Trzy filary Dan-Sha-Ri oznaczają kolejno: odmowę (mówienie „nie” kolejnym nowym, a bezużytecznym rzeczom, które chcą stać się częścią naszego życia); wyrzucanie (pozbywanie się przedmiotów, które przepełniają naszą przestrzeń) i odcięcie się (rezygnację z przywiązania do rzeczy).

Aby zrobić przestrzeń na coś nowego w życiu, niezbędna jest umiejętność pożegnania się z tym, co nie jest użyteczne. Robiąc gruntowne porządki w domu, wykreujesz stan wewnętrznej równowagi w sercu i umyśle. Warto spróbować i podelektować się stanem określanym jako Ri – uczuciem wolności i lekkości, poczuciem wewnętrznej harmonii. Uzyskasz go tylko dzięki regularnemu powtarzaniu Dan i Sha.

Ćwiczenie 3. Sięgnij po marzenia!

Mary Reynolds, projektantka ogrodów, bohaterka filmu „Dzika jak natura”, marzy o udziale w prestiżowym konkursie. Zapisuje na kartce: „Dziękuję za przyznanie mi głównej nagrody w konkursie”, a potem wykonuje pierwsze kroki na drodze do realizacji tego marzenia. Nie załamuje się, kiedy pojawiają się niespodziewane komplikacje. Jest zmotywowana, ponieważ realizuje swoje pragnienie z dzieciństwa. Zainspiruj się jej historią. Pomyśl, o czym marzyłeś w dzieciństwie? Jakie pomysły odłożyłeś „na później”? Wybierz jedno marzenie i zastosuj metodę małych kroków. Codziennie pielęgnuj w sobie to marzenie, myśl o nim pozytywnie rano i tuż przed zaśnięciem. Wejdź w uczucia i emocje, jakie się wtedy w tobie budzą. Trwaj w tym procesie „karmienia” marzenia, aż poczujesz gotowość do kolejnego kroku – działania. Jesień i zima to znakomity czas na sadzenie ziarenek marzeń, pielęgnowanie ich i troszczenie się o nie.

Ćwiczenie 4. Zadbaj o swój hygge time

Listopadowe wieczory są też idealne na praktykowanie bardzo modnej duńskiej filozofii hygge. Hygge oznacza przytulność, uczucie ciepła, harmonii, a także bezpieczeństwa i cieszenia się drobnymi przyjemnościami. To wszystko, co wprawia nas w dobry nastrój i stan relaksu. Istotą hygge jest uczucie więzi, jaką odczuwasz, przebywając z bliskimi, z naturą, ale również sam ze sobą. Oto przykłady sytuacji, które pomogą ci wejść w stan wewnętrznego ukojenia: Owinięty kocem siedzisz na fotelu z pyszną herbatą w ulubionym kubku lub filiżance. Słuchasz muzyki, czytasz ciekawą książkę, kontemplujesz chwilę obecną, jest ci ciepło, błogo, po prostu dobrze.
  • Spotykasz się w przytulnym miejscu z grupą przyjaciół. Panuje atmosfera luzu, radości, wzajemnego szacunku i troski.
  • Jesz kolację z ukochaną osobą. Za oknem szaro, a ty delektujesz się uczuciem więzi z kimś bliskim oraz pysznym jedzeniem.
  • Spacerujesz po lesie, jesteś w kontakcie z przyrodą, cieszysz się ciszą i tym, że możesz oddychać świeżym powietrzem i naładować wewnętrzne baterie.

Ćwiczenie 5. Moc muzyki

Jesienią zwykle mamy obniżony nastrój związany z niedoborem słońca. Jednym ze sposobów na poprawę samopoczucia jest terapeutyczna moc muzyki. Ścieżka dźwiękowa powinna być radosna i słoneczna. Zaprzyjaźnij się z flamenco, brazylijską sambą, muzyką z Afryki czy Karaibów. Jeśli rano brakuje ci energii, nagraj kilka ulubionych utworów na telefon i słuchaj ich po przebudzeniu oraz w trakcie drogi do pracy. A wieczorem, aby nastroić się do snu, nastaw spokojną bossa novę, muzykę instrumentalną albo relaksacyjną, która wywołuje w mózgu fale alfa, związane z odprężeniem i kreatywnością.

Ćwiczenie 6. Kreatywny zeszyt

Jak jeszcze bardziej uruchomić kreatywność? Na przykład prowadząc twórcze notatki. Wybierz zeszyt z okładką, która najbardziej ci się spodoba. Umów się ze sobą, że codziennie napiszesz cokolwiek, choćby jedno zdanie, które odzwierciedla to, jak się czujesz, czego potrzebujesz, co masz w planach czy co właśnie przyszło ci do głowy. Możesz również malować lub rysować, a nawet wklejać obrazki wycięte z pism. Zapisuj wszystkie, nawet z pozoru bezsensowne myśli i pomysły. Kreatywny zeszyt zachęca do ekspresji, wyrażania tego, co w danej chwili krąży w twoim umyśle i sercu. Już samo przeglądanie takich zapisków bywa inspirujące.

Ćwieczenie 7. Rozgrzewający napój

Deszcz i zimno to nie najlepsza aura dla układu immunologicznego. Aby wzmocnić odporność, polecam oczyszczający i rozgrzewający napój na bazie naturalnych składników. Weź 1/2 łyżeczki kurkumy, 1/2 łyżeczki imbiru, szczyptę czarnego pieprzu lub pieprzu cayenne oraz 1/2 łyżeczki cynamonu. Wsyp wszystkie składniki do kubka i zalej je wrzątkiem. Po minucie dodaj sok z 1/2 cytryny. Wymieszaj wszystko. Możesz dodać odrobinę ksylitolu, syropu z agawy lub miodu. Pij taki napój co rano na czczo oraz między posiłkami. Dobry humor i zdrowie gwarantowane!