1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Warto stawać za sobą! - przekonuje Katarzyna Miller

Warto stawać za sobą! - przekonuje Katarzyna Miller

Być po swojej stronie to znaczy mieć do siebie szacunek, poczucie godności i własnej wartości. (Fot. iStock)
Być po swojej stronie to znaczy mieć do siebie szacunek, poczucie godności i własnej wartości. (Fot. iStock)
Co to znaczy być po swojej stronie? - Mieć do siebie szacunek, poczucie godności i własnej wartości. To świadomość, że jesteś kimś i że przysługują ci pewne prawa. A jeśli ktoś coś ci zarzuca, to jesteś niewinny, póki ci tego nie udowodni – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Niedawno byłam świadkiem pewnej sytuacji, myślę, że dość powszechnej. Chłopiec rzuca w złości o ziemię zabawką, zabawka się łamie. Jego babcia odruchowo reaguje: „Nie wolno niszczyć zabawek. Jesteś złym chłopcem”. Na co chłopiec, zaciskając dłonie w piąstki, wykrzykuje: „Nieprawda, nie jestem złym chłopcem”. Pomyślałam sobie, że to piękny przykład na to, jak stawać w swojej obronie.
Cudowny przykład. A co babcia na to odpowiedziała?

Też podobała mi się jej reakcja. Powiedziała: „Masz rację, nie jesteś złym chłopcem. Ale źle się zachowałeś”. Pomyślałam sobie, ile dzieci by tak zareagowało jak ten chłopiec…
On po prostu musiał mieć całkiem niegłupich rodziców, którzy dali mu dużo praw. Dzięki temu czuje się sobą i mógł mocno babci wykrzyczeć: „Nie jestem zły”. Ale są dzieci, które tak wcześnie doznają presji na temat tego, jakie mają być a raczej, jakie mają nie być, że nie zdążą nawet siebie polubić i zaakceptować. Bo już od początku wiedzą, że mają być takie, jak rodzice chcą. I nie będą stawały za sobą. Tacy ludzie jako dorośli przepraszają, że żyją.

No właśnie, rodzice czasem, w ramach dobrego wychowania, zmuszają dziecko, by przeprosiło za coś, co zrobiło. „Nie wyjdziesz z pokoju, póki nie przeprosisz siostry”. Powinni tak robić? To jest jednak gwałt na dziecku.
Każde łamanie dziecka powoduje, że ono powoli traci wiarę w siebie i w to, że coś jest takie, jakie mu się wydaje. Robi się pogubione i wylęknione. Albo wściekłe - i wtedy zachowuje się według zasady: „Tak? Chcecie mnie takiego? Uważacie, że jestem zły? No to ja wam pokażę, jaki naprawdę jestem zły”. I wtedy tak silnie za sobą staje, że każdy jest jego wrogiem. Na takiej samej zasadzie rodziny tworzą tzw. czarne owce, bo uważają, że ktoś jest nieudacznikiem, a on już się postara, by nic mu się nie udawało.

W tym „jesteś zły” zawiera się też przekonanie, że to inni wiedzą lepiej, jacy jesteśmy, niż my sami.
A przede wszystkim wiedzą, jacy powinniśmy być. „Taki chłopiec jest niedobry, dobry jest chłopiec, który szurnie nóżką, powie wierszyk i pójdzie spać”. Albo dziewczynka, która poda herbatkę, posprząta i przeprosi, jak coś przy okazji stłucze. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że kilkuletnia dziewczynka zmywa naczynia i tłucze talerz – czy to jest coś, za co powinna dostać burę? Za co powinna przepraszać? Że wykonuje robotę, która czasem ją przerasta, bo jest jej za dużo albo jest niedostosowana do jej wieku, albo że po prostu chciała pomóc? Zobacz, jak w ten sposób dziecku się robi wodę z mózgu. Dziecko robi coś, czego sobie życzą rodzice, nagle omsknie jej się łapka i ukochany wazon mamy leci na podłogę. No i się zaczyna: „Tobie to coś dać do ręki, ostatnia oferma z ciebie, jak ja teraz będę żyła bez tego wazonu”. Bez ciebie bym, kurde, żyła, ale bez wazonu nie.

Ale są też rodzice, którzy reagują inaczej. Pytają: „Nie skaleczyłaś się? Wszystko w porządku”. „Szkoda go, ale to tylko wazon”. Albo: „To na szczęście”.
I dzięki takim rodzicom trochę normalnych ludzi po tym świecie chodzi.

Dziecko, które spodziewa się bury za wazon, za talerz czy za inne rzeczy – uczy się, by na wszelki wypadek od razu przepraszać. I potem – tak jak mówisz – idzie przez życie, przepraszając za wszystko, a inni z chęcią scedowują swoją winę na nie.
No skoro samo się prosiło… Kto posprząta? „Ja, ja”. Kto zorganizuje? „Ja, ja”. Ale kiedy trzeba pójść i o coś poprosić, to już nie umie. Bo ono chodzi tylko tam, gdzie się sprząta, tam gdzie dają – już nie.

Czyli to stawanie za sobą jest po prostu…
… szacunkiem do siebie, poczuciem godności i własnej wartości. To świadomość, że jestem kimś i że przysługują mi pewne prawa. I że w kwestii rzekomej winy należy mi się rozprawa – bo póty jestem niewinny, póki mi tego nie udowodnią. Jeżeli szanujący siebie człowiek nie jest winny, mówi: „Nie zgadzam się”. Jeśli jest winny, mówi: „Tak, zrobiłem to”. Bo stać za sobą to także przyznać się: „Tak, zrobiłem i chciałem to zrobić” albo: „Nie wyszło mi tak jak chciałem”, czy: „Owszem, przyznaję się, ale nie będę się kajać do końca życia”.

A czy stawaniem za sobą jest przyznawanie się do swoich poglądów czy zdania…?
O, jak najbardziej

…nawet jeśli podejrzewasz, że mogą się one nie spodobać?
A z tym różnie bywa. Każdy sam musi zdecydować, czy sytuacja, w której będzie w opozycji, mu się opłaca czy nie. I teraz: co to znaczy „opłaca się”. Dla niektórych oznacza to jedno: co inni sobie o mnie pomyślą, czy będę mieć potem kłopoty z tego powodu. A dla innych „opłaca się” oznacza: czy to będzie zgodne z moją  hierarchią wartości. Więc wszystko zależy od tego, czy dbasz o swoją tzw. dupę czy o swoją dumę, postawę, oblicze, honor, sprawiedliwość… Oczywiście niektórzy powiedzą: „Życie oddam za swoje poglądy”, a dla takiego Wojaka Szwejka życie było jednak zawsze ważniejsze, i ja się z nim zgadzam. Choć jeśli największą konsekwencją jest to, że się komuś narażę czy nie spodobam, to nie jest to dla mnie powód, żebym nie miała mówić, co myślę. Na przykład jest zebranie i wszyscy mają jawnie za czymś zagłosować. Szef by oczywiście chciał, bym zagłosowała za jego projektem, ale mnie ten projekt się nie podoba. Jeśli zgłoszę swoje wątpliwości, może inni też się ośmielą. Czasem trzeba dać przykład albo ludziom pomóc, by się zdecydowali, a nie tylko szeptali po kątach.

Stawanie za sobą stawia cię zawsze w kontrze do innych?
Myślę, że tak. Jeżeli nie ma problemu, jeśli się nic nie waży, nie konfrontuje – to nie trzeba za sobą stawać, bo jest spokój.

A czy to, że godzisz się na coś, na co nie miałaś ochoty, zawsze jest konformizmem lub postawą ofiary, czy może być też wzięciem swojej strony?
Czasami robimy to dla świętego spokoju, ale wtedy trochę siebie zdradzamy, a trochę za sobą stajemy, bo szkoda nam czasu i energii na utarczki, więc powiedziałabym, że to takie pół na pół.

To podam jeszcze inny przykład: ktoś nas prosi, żeby w ramach tego, na co się wcześniej zgodziliśmy, zrobić coś jeszcze. Jeśli nie jest to zbyt duże i pracochłonne zadanie, mimo że nie mamy na nie ochoty, w imię dobrych relacji czasem się godzimy. Czy lepiej od razu postawić granicę?
Widzisz, w takich sytuacjach na jednej dodatkowej rzeczy nigdy się nie kończy. Niedawno samej mi się to zdarzyło. Zgodziłam się zrobić coś dla pewnej grupy działającej na rzecz kobiet za o wiele mniejsze pieniądze niż normalnie się godzę i zrobiłam to z dobroci serca. No i się zaczęło: a to jeszcze nagraj nam zaproszenie, a to jeszcze napisz nam coś do programu… W pewnym momencie powiedziałam im: „Jesteście bezczelne, nie zrobię dla was już nic więcej. Początkowo się zgadzałam, bo chciałam was wspierać, ale teraz traktujecie mnie jak swój afisz”.

Czasem nam się wydaje, że jak powiedzieliśmy: A, to trzeba powiedzieć: B i nie możemy się już wycofać…
I na przykład z tego powodu tkwimy w krzywdzących nas związkach.

Jeśli coś nas przerasta, krzywdzi lub po prostu nam nie pasuje, zabiera nam czas czy siły - zawsze możemy się wycofać. Jeśli ktoś mówi nam, że jest inaczej, manipuluje nami.
Bardzo dużo takich manipulacji dzieje się w seksie. Chłopak mówi na przykład: „Umówiłaś się ze mną, postawiłem ci kolację, to teraz masz ze mną iść do hotelu”. Wiele dziewczyn uzna: „No cóż, przepadło. Niech on już robi ze mną co chce, byle szybko, bo wtedy będę mogła wreszcie iść do domu i pluć sobie w brodę, po co ja się z nim spotykałam”. Albo zaczynają się całować i ona na tym chce zakończyć, a on chce więcej i mówi: „Przecież już mnie roznamiętniłaś”. To jest zwykłe podpuszczanie. I ważne jest ogromnie, żeby wszystkie matki i wszyscy tatusiowie uczyli nas, że zawsze możemy powiedzieć: „Ale ja chcę tylko tyle”, „Nie wiedziałam, ile będę chciała, a teraz już wiem”. I to też jest stawaniem za sobą.

Seks to chyba taka strefa, która może nas najbardziej nauczyć tego, co jest dla nas dobre, a co nie, na co się zgadzamy, a  na co nie i jak to jasno komunikować.
Ale nie tylko ta strefa. Weźmy na przykład przyjaźń – nasza przyjaciółka od miesiąca mówi tylko o sobie, a my powoli mamy tego dosyć. Jak ktoś nie ma we krwi tego, by stawać za sobą, to mimo że coraz bardziej będzie go ta przyjaciółka wkurzać, to będzie jej słuchał. Albo zacznie się wymigiwać ze spotkań, bo nie ma czasu, jest zmęczony, zajęty – a nie dlatego, że nie chce. A zamiast tego powinien powiedzieć: „W ogóle mnie nie słuchasz. Ja też mam ochotę być tu ważny”. I zobaczyć, co ta druga osoba powie. Czy: „Rzeczywiście, przepraszam, zapuściłam za daleko na własne wody, słucham cię chętnie”. Czy może powie: „A co ty taki obrażalski jesteś? O co ci chodzi? Nie rozumiem”.

Nie sądzisz, że uczy się nas trochę tego, by przecierpieć, przeczekać, a potem ponarzekać sobie: „Jezu, jak ona gadała. Dwie godziny tylko o sobie”.
Wiadomo, najlepiej pójść do kogoś i nagadać mu na przyjaciółkę. Strasznie nie lubię takich ludzi, nie ufam im po prostu. Tak jest łatwiej, bo nie narażamy się na konfrontację. Nas się w ogóle nie uczy konfrontacji. Czasem trzeba przeżyć takie niemiłe uczucie, że się powiedziało coś, z czego powodu drugiej osobie nie jest teraz przyjemnie, ale też ona musi sobie z tym poradzić. Jak nie będzie między nami trudnych momentów, to nic głębszego się nie nawiąże.

Stawanie za sobą to konfrontacja z innymi, ale i ze sobą.
Przede wszystkim ze sobą. I dlatego chętnie byśmy z tego się wymigali. Łatwiej powiedzieć sobie, że w imię dobrych stosunków, w imię uprzejmości czy tego, że trzeba być dla ludzi wyrozumiałym – nie powiemy, nie zrobimy czegoś, nie wyciągniemy na światło dzienne. Tylko że wtedy tylko przyklepujemy problem, a on narasta. Co więcej, fajny, mądry przyjaciel będzie nam wdzięczny za to, że mu zwróciliśmy uwagę na coś ważnego, nawet jeśli go to zabolało. Bo jak nie zaboli, to nie dotrze. No chyba, że przyjaciel okaże się małym człowieczkiem, który wszystko wyolbrzymia i robi z każdej uwagi napaść na siebie.

A czy on w ten sposób staje za sobą? Ten mały człowieczek?
On ma takie przekonanie i w pewnym, niewielkim stopniu ma rację. Ja miewam to czasem z pacjentami, szczególnie na grupie. Mówię coś, co się komuś nie podoba i on zaczyna się ze mną kłócić. Odpowiadam wtedy: „Płacisz mi za to, by mówić ci to, co czuję, co widzę i naprawdę wiem albo przynajmniej mi się wydaje, że wiem. Czyli robię coś według najlepszej swojej wiary. W dodatku to ty chcesz coś ode mnie dostać, jakiś rodzaj wskazówki, bo bez niej sam nie dojdziesz tam, gdzie chcesz dojść. Ja wiem, że jest ci z tym niefajnie, ale spróbuj to przyjąć i zobacz, co będzie jak to przyjmiesz”. Ludziom trudno znieść krytykę czy brutalną prawdę, zwłaszcza jak pochodzi od terapeuty, który mówił do tej pory ciepłe rzeczy, a tu nagle mówi coś przykrego. „Jezu, zdradziła mnie, już nie nienawidzi” – myślą. I co wtedy zrobisz? Czasami grupa pomaga, bo widzi, że ktoś broni swojego ego i że to szkodzi wszystkim. Ja czasem świadomie ryzykuję: wyjdzie i trzaśnie drzwiami, trudno, ale nie mogę tego nie zrobić.

Ale przychodząc do ciebie, psychoterapeutki z pazurem, trzeba się spodziewać brutalnej szczerości. Można powiedzieć, że ktoś taki, decydując się na terapię z tobą w roli prowadzącej, stanął za sobą, ale w trakcie to go jednak przerosło…
Ale jak on mi powie: „To mnie przerosło” albo: „Nie jestem w stanie tego przyjąć”, „Proszę, oszczędź mnie tym razem, jeszcze nie jestem gotowa”  - chapeau bas! Czasem sama pytam: „czy jesteś na to gotowy?”, a czasem ryzykuję, bo czuję, że jak przez to nie przejdziemy, to nie ruszymy do przodu. Ale zdarza się też, że ludzie mówią: „poszłam spać zła na ciebie, miałam już nie wrócić, aż do mnie dotarło, co się stało”. Czasem dostaję listy po paru latach od terapii. To nie są częste rzeczy, ale się zdarzają.

W „Harrym Potterze”, o którym też rozmawiałyśmy, pada zdanie: „Największą odwagą jest sprzeciwić się nie wrogom, a przyjaciołom”. Stanięcie za sobą zawsze wymaga odwagi, ale znacznie większej, jeśli naprzeciwko stoi ktoś bliski.
Odwaga jest dobrym słowem, bo oznacza, że się boję, ale mimo to robię. Mnie się niestety układa taki obraz, może niesprawiedliwy, że ludzie najmniej stają za sobą przy bliskich. Troszkę łatwiej jest im zobaczyć, że na polu społecznym warto ująć się za sobą, że to ma swoje dobre konotacje, że ludzie się z tym liczą. Tymczasem w domach rodzice, partnerzy czy rodzeństwo często nam pokazują, że nie będą się z nami liczyć. I musimy wtedy zrobić eskalację. Na przykład jeśli rodzice nas obrażają od dziecka i nadal to robią jak jesteśmy dorośli, to kiedy przychodzisz o nich na święta i słyszysz od ojca: „I co, znowu sama? Znowu nikt cię nie chciał. Ja mówiłem ci zawsze, że tak skończysz” - powinnaś powiedzieć: „Nie będę tu przychodzić, jak będziesz się tak zachowywał”. I nie przyjść. Wiem, to jest cholernie trudne, bo chcesz mieć święta i rodziców. To są w ogóle najtrudniejsze rzeczy: ludzie cierpią i właściwie współpracują ze swoimi oprawcami.

Wyobraziłam sobie taką sytuację, że dziewczyna z twojej opowieści mówi ojcu w święta, żeby tak nie mówił, on mówi dalej, ona spokojnie tłumaczy, że wyjdzie, jak on nie przestanie, on nie przestaje, i ona wychodzi, zamyka drzwi i potem płacze, strasznie płacze.
Ale to genialnie, że jednak zamknęła te drzwi. Teraz tylko potrzebuje kogoś, komu może się wypłakać, kto jej powie: „świetnie zrobiłaś, obroniłaś siebie, twój ojciec jest  okrutny i bezlitosny i to on jest wobec ciebie nie w porządku, a  nie ty wobec niego”. A co jeśli kogoś takiego nie ma? Ile się utrzyma w swoim postanowieniu…?

Masz rację, strasznie trudno się postawić rodzinie, i to jeszcze w święta. Podobnie jak stawić się grupie znajomych, w której się zawsze było tym, z którego się śmiano. Stawisz się raz, wyśmieją, musisz więc stawić się znowu. Z tym stawaniem za sobą to jednak beznadziejna robota: staniesz raz, to ciągle będziesz musiała stawać.
A ja bym powiedziała odwrotnie: jak raz staniesz za sobą, to wiesz już, jakie to jest fajne. I ważne.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Technika Pomodoro, czyli jak nie marnować czasu?

Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Pomodoro to jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem. (Ilustracja: iStock)
Jedna z bardziej popularnych metod zarządzania czasem pochodzi z Włoch. Pomaga podzielić zadania zaplanowane na dany dzień na mniejsze odcinki, a przy tym zachować wysoki poziom koncentracji. Technika nazywa się Pomodoro – od czasomierza kuchennego w kształcie pomidora. W tej roli może też wystąpić czasomierz w jakimkolwiek innym kształcie i każde inne urządzenie, które można zaprogramować na wydanie dźwięku o oznaczonej porze (budzik, telefon).

Jak to działa?

1. Sporządź listę zadań na dany dzień (możesz ją przygotować wieczorem dnia poprzedniego). Na tym etapie dobrze jest ustalić priorytety i kolejność działań.

2. Przed przystąpieniem do wykonywania pierwszego zadania z listy nastaw czasomierz na 25 minut – tyle właśnie trwa jedno Pomodoro. W tym czasie zajmujesz się jednym zadaniem lub jego częścią (ewentualnie zaczynasz następne). Ważne jest, by przez 25 minut nic poza pracą nie angażowało twojej uwagi.

3. Kiedy usłyszysz dźwięk czasomierza, przerwij pracę i nastaw go na 5 minut – tyle będzie trwała twoja przerwa. W tym czasie nie zajmujesz się pracą, nawet o niej nie myślisz. Zadbaj o chwilę relaksu. Jeśli siedziałaś przed komputerem, porozciągaj się. Jeśli pracowałaś w ruchu, usiądź.

4. Po przerwie nastaw czasomierz na kolejne 25 minut. Wróć do pracy. Potem znów 5 minut przerwy.

5. Po upływie czterech Pomodoro pozwól sobie na dłuższą przerwę (20–30 minut). Zasłużyłaś na to!

Pamiętaj, że jedno Pomodoro jest niepodzielne (zbyt częste przerwy nie służą twojej pracy). Ale nie próbuj też „szarżować” i łączyć jednego Pomodoro z drugim – tak naprawdę skuteczność tej techniki polega właśnie na przerwach!

Osoby korzystające z techniki Pomodoro twierdzą, że podnosi ona ich motywację, zwiększa wydajność i skupienie. Motywacja wzrasta ze względu na podział zadania na niewielkie odcinki – zupełnie inaczej zasiada się do pracy, kiedy nie wybiegasz myślą poza najbliższe 25 minut. To stosunkowo niedługi odcinek – świadomość tego pomaga zapanować nad rozpraszaczami. Chcesz zmobilizować się, wykorzystać go jak najlepiej. Zdziwisz się, ile można w tym czasie zrobić! Prawdopodobnie odkryjesz też, że dzięki zaplanowanym przerwom (czyli kontrolowanemu rozproszeniu) jesteś w stanie pracować w skupieniu znacznie dłużej niż dotychczas!

  1. Psychologia

Dlaczego grzeczne dziewczynki nie wiedzą, czego pragną w miłości?

Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. (fot. iStock)
O czym marzą grzeczne dziewczynki? O tym, czego nigdy nie dostaną. Co zatem zrobić, by nie być grzeczną, ale szczęśliwą? Wyjaśnia psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Przychodzą do pani kobiety, które mówią: „Pani Kasiu, ja nie wiem, czego chcę”?
Ależ oczywiście! Masami (śmiech). Tylko one nie mówią tego na początku spotkania. Po prostu podczas rozmowy czy terapii dochodzimy do takiego punktu, w którym padają słowa: „No tak, ale ja nie wiem, czego ja chcę”. Kobiety zwykle nie mają świadomości, że ich problemem jest to, że nie wiedzą, czego chcą. Mówią, że jest im źle, że nie mają tego, co by chciały, że są smutne albo zrozpaczone, bo jedną rzucił facet, a druga sama rzuciła, albo się wyniosły od rodziców, albo nie mogą się od nich wynieść… Wszystkie są niezadowolone. I bierze się to z wychowania czy też tresowania, jakiego doświadczyły w rodzinnym domu. Oczywiście, jest znaczna część oświeconych, nowoczesnych rodziców, którzy traktują swoje dzieci z dużą uważnością, jednak większość leci tym starym ściegiem pt. „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Dzieci i ryby, a zwłaszcza dziewczynki.
Oj tak, nadal jest ogromna różnica między wychowaniem chłopców i dziewczynek. I Miłosz Brzeziński, z którym pisaliśmy „Jak pies z kotem”, mi to potwierdził. Chłopiec to książę. On twierdzi, że każdy młody chłopak jest tak pewny siebie, że jest przekonany, że gdyby tylko Angelina Jolie dowiedziała się, gdzie on mieszka, to od razu zaciągnęłaby go do łóżka. Może to więcej mówi o pewności siebie Miłosza niż każdego młodego chłopca, ale brzmi mocno, prawda? Warto to przeczytać, naprawdę! A co do dziewczyn – rodzice przynajmniej już się nauczyli, że dziewczyna ma mieć wykształcenie, fach, pieniądze i mieszkanie, czyli ten cudowny, napisany kiedyś przez Virginię Woolf dezyderat, że kobiecie wystarczy własny pokój i 500 funtów rocznego dochodu. Owszem, niech córka spotka fajnego faceta, niech wyjdzie za mąż, ale jeśli będzie miała swoje mieszkanie i zarobki, to zawsze sobie poradzi. I ona rzeczywiście sobie radzi. Mało tego, ona radzi sobie nawet świetnie, znacznie lepiej niż facet. Uczy się, jest zdolna, szybko pnie się po szczeblach kariery, dobrze zarabia, bardzo dobrze wyrabia się w sytuacjach społeczno obyczajowych. Jest miła, uprzejma, potrafi się kolegować, bawić. Chodzi do fajnych knajp, wyjeżdża za granicę, kupuje sobie ładne rzeczy… a w środku dzidzia maleńka marzy o miłości. I to jest nieprawdopodobna przepaść. Bo dzidzia tak naprawdę nic o tej miłości nie wie. Spytam panią: ile pani zna naprawdę szczęśliwych małżeństw?

Nie no, kilka znam. Dwa-trzy…
Ho, ho, dwa-trzy?! Zawsze pada taka odpowiedź. A ile pani zna w ogóle małżeństw? Setki, prawda?! Jest naprawdę niewielki procent par, które są pogodne, lubią się, nie marudzą i cieszą się z tego, co mają. Jest ich mało, ale są i na szczęście jakiś ułamek dzieci z takich domów wychodzi. A co zwykle znamy z domów? Mama i tata kłócą się, dogryzają sobie nawzajem, nie mówiąc już o tym, że niektórzy też stosują przemoc i nadużywają alkoholu, ale to już osobny rozdział. Ludzie nie wiedzą, jak żyć ze sobą w małżeństwie. Ich się tego nie uczy. W ogóle nie uczy się ich o emocjach, a powinno się to robić już w przedszkolach. Potem ci ludzie dobierają się w pary na szast-prast i rodzą dzieci – no bo trzeba. W typowym polskim domu dzieci nasiąkają przekazem, że tylko rodzina jest bliska i życzliwa człowiekowi, a to jest – za przeproszeniem – gówno prawda. Rodzina jest źródłem całej patologii. Oczywiście, jeśli jest dobra – to tylko dziękować Bogu, bo to skarb na całe życie. Natomiast bezsprzecznie jest miejscem, gdzie jest najwięcej nieszczęść, toksyn, bólu i złych emocji. Dziecko się rodzi skazane na rodziców i nawet nie ma się komu na nich poskarżyć. Ba, ono nie wie, że można się na nich skarżyć. A zwłaszcza jeśli jest grzeczną dziewczynką. I tu wracamy do tematu, który nas najbardziej interesuje.

Czyli dlaczego nie wiemy, czego chcemy.
A dlaczego nie wiemy? Bo rodzice wiedzą to za nas. Chcą mieć święty spokój. Grzeczną córeczkę, która robi to, czego od niej oczekują. Wtedy ją chwalą i kochają lub tolerują. Dziewczynka siedzi w pokoju i płacze – nikogo to nie obchodzi, dziewczynka się głodzi – rodzice reagują dopiero, gdy waży 30 kg. Rzyga po każdym posiłku? Nikt nie słyszy, nie zauważa. To są wstrząsające rzeczy! Dziecko coś przeżywa, ale to nie jest ważne. Ono ma być cicho i nie przeszkadzać. Mama zwraca uwagę jedynie, czy się nie pobrudziło, czy ma co jeść i – ewentualnie – czy nie mówi brzydkich słów. Jak słyszę taki tekst: „Moje dziecko ma cudownie, ja tak nigdy nie miałam, ono ma tylko siedzieć i się uczyć”, to mnie coś strzela. Myślę sobie, że dla tej kobiety dziecko jest tylko robotem do uczenia, ono nie ma cech człowieka. Zgroza! To oczywiście oznacza, że ona sama siebie tak traktuje i że tak była traktowana. Rodzice są tubą kultury, byli przez nią kształtowani i przekazują to dalej. Nie wiedzą, co się dzieje w ich dzieciach, bo nie wiedzą, co się dzieje w nich samych. My w Polsce jesteśmy analfabetami emocjonalnymi. Nie umiemy przekazywać sobie wsparcia, jesteśmy specjalistami w komunikacji nie wprost. Fajne cechy też mamy, jasne, na przykład jesteśmy dowcipni, ale nie z siebie się śmiejemy. Jak ktoś się z nas śmieje, to zaraz robi się nam przykro. Poza tym jesteśmy ironiczni. Skrywamy złość i sprzedajemy ją w postaci ironii.

Można się tej właściwej komunikacji nauczyć?
Ależ oczywiście! To nawet nie jest trudne. W szkołach i na wszystkich studiach powinna być obowiązkowo podstawowa psychologia komunikacji! Czyli: jak się kłócić, jak się godzić, jak negocjować. Weźmy taką dziewczynę, która w pracy fantastycznie negocjuje umowy, a w domu nie potrafi dogadać się ze swoim partnerem w sprawie podziału obowiązków. Nikt jej nie nauczył, że to jest ta sama umiejętność. Na szczęście ta nasza głupia cywilizacja przynajmniej wymyśliła psychoterapeutów. I Bogu za to dzięki! Ale powiem pani, że ja na przykład wolałabym się zajmować ogrodem. Naprawdę. Byłabym bardzo szczęśliwa, gdyby świat umiał się naprawdę komunikować. Bo byśmy gadali ze sobą jak normalni ludzie. Nie tak jak teraz: „Co u ciebie?”. „A, beznadziejnie” albo: „A, słuchaj, świetnie, cudownie”. A gdzie jest prawda?

Wróćmy do tej kobiety, która mówi: „Nie wiem, czego chcę”. Jak rozumiem, w tym momencie zaczyna się praca…
W tym momencie zaczyna się nauka chodzenia. Oczywiście ona dużo umie i wie, ale po pierwsze, nie w kwestii emocji i komunikacji, tylko jakiejś konkretnej profesji, a po drugie – ona tego w ogóle nie docenia. To też jest typowa kobieca przypadłość: nie cenimy siebie. I jeszcze jedno: dlatego nie wiemy, czego chcemy, bo od dziecka mamy być prymuskami we wszystkim. Mnie to doprowadza do szewskiej pasji, bo wszędzie się pisze, że prymusi nie są szczęśliwi, nie mają frajdy z życia i nie robią kariery – a rodzice swoje. Jeżeli kobitka jest we wszystkim dobra, to skąd ma wiedzieć, czego chce? Jeżeli jest dla wszystkich miła, to skąd ma wiedzieć, kogo lubi? Mało tego, wychodzi za mąż za pierwszego, który będzie się o nią wystarczająco długo starał. Ile razy ja to słyszałam: „on sobie mnie wychodził”! Albo: „pierwszy, który mnie wyrwał z domu”. A potem ma pretensje, że on nie jest tym wymarzonym. Ależ żaden nie jest twoim wymarzonym, bo twoje marzenia są nierealne! Co robi grzeczna dziewczynka, gdy siedzi cicho? Marzy, ale abstrakcyjnie, bo kompletnie nie zna życia. Ona zna tylko swój dom rodzinny. Więc chce, żeby było inaczej. Na przykład wymyśla sobie, że on zawsze będzie czuły. „Przecież on ma mnie rozumieć” – mówią dziewczyny, które do mnie przychodzą. Ale jak on ma ciebie rozumieć, skoro ty sama siebie nie rozumiesz i na dodatek on też siebie nie rozumie? Grzeczne dziewczynki wynoszą z domu mnóstwo błędnych przekonań. Na przykład: „Żeby się z nim puknąć, muszę go kochać”. I wie pani, ile one potem robią, żeby go pokochać i wreszcie móc się puknąć?! Taki typowy facet myśli: „Nie no, fajna z ciebie dupa, kręcisz mnie, ładnie wyglądasz, podobasz się moim kolegom i jest z tobą nawet o czym porozmawiać”. A że ona w środku jest zagubioną dziewczynką, to on już tego nie wie.

A ona, mimo że obiecywała sobie, że będzie inaczej, traktuje go dokładnie tak samo, jak jej matka traktowała ojca.
Albo odwrotnie. Co jest przecież tym samym. Ona nie jest sobą, bo nie wie, kim jest. Poza tym nie wierzy w siebie, no bo jak ma wierzyć w siebie – ona wierzy w grzeczną dziewczynkę! Rodzice obiecywali, że jak będzie miła, to wszystko się jej w życiu ułoży. Owszem, ułożyło jej się w takich dziedzinach jak praca i ładny dom. Bo to są rzeczy, którymi ona może władać. Ale nie włada sobą, swoimi potrzebami, intymnością, czyli tym, co nadaje kolor życiu. Przytoczę pani taką metaforę, którą lubię się posługiwać w pracy. Przypuśćmy, że masz bardzo dużo pieniędzy i stawiasz dom, ile kuchni w nim zrobisz? Jedną! Możesz zrobić kilka łazienek czy pokoi, ale salon, w którym przyjmujesz gości, też będzie tylko jeden. A teraz proszę zobaczyć: gdy kobieta chce miłości, to odda wszystko. A przecież na miłość ma być jeden pokój! Niech on będzie wielki, przestronny, bogato urządzony, z ładnym widokiem, ale dlaczego całość?! I tak on ma przyjaciół, pracę, hobby, podróżuje, interesuje się nowinkami, a ona w kółko tylko: miłość, miłość, miłość. Mała głupia dziewczynka. Oczywiście mam tu na myśli głupotę emocjonalną.

No ale od czego ona ma zacząć, żeby to zmienić?
Tak jak powiedziałam, musi nauczyć się chodzić. Czyli podpierając się o coś, co zna, zacząć stawiać nowe kroki. I sprawdzać podstawowe rzeczy: co mi smakuje, kiedy mi zimno, a kiedy ciepło, czego lubię słuchać, z kim lubię rozmawiać, na co lubię patrzeć, po spotkaniu z kim czuję się fajnie, a po jakim boli mnie brzuch. Bo ona odcięła się od takich oczywistości. Małe dzieci doskonale to wiedzą. Mówią przecież: „Ale ja tego nie chcę”. Tylko że w zamian słyszą: „Ale musisz”, „Ja się ciebie nie pytam o zdanie. Ty masz to zrobić”. I jeszcze tata dorzuca: „Słuchaj matki”, bo chce mieć święty spokój. Tylko że takich rzeczy, które lepiej wie matka, takich zasad, powinno być maksymalnie pięć. Czyli: nie bijesz, nie kradniesz, nie robisz ludziom krzywdy (chyba że się bronisz), pomagasz w domu w tym zakresie, jaki razem ustalimy, plus wszyscy w stosunku do siebie wyrażamy miłość. I tyle! A poza tym rób, co chcesz. Dlatego w nauce chodzenia na nowo dobrze skupić się na tym, co sprawia ci największą przyjemność, nie co musisz, ale co lubisz robić.

A stworzenie listy priorytetów – to dobry pomysł?
Oczywiście. I sprawdzanie, bez czego sobie nie wyobrażasz nawet nie życia, ale siebie. Do tego zapisywanie wszystkiego, co cię trapi i nurtuje. Na przykład: czego nie powiedziałaś wczoraj w tej rozmowie, po której byłaś w złym nastroju. Połknęłaś żabę, prawda? Chciałaś powiedzieć coś innego, ale nie powiedziałaś. Nie chciałaś się umówić, ale się umówiłaś. Przecież my bez przerwy to robimy! Dlaczego? Bo rodzice i szkoły w Polsce kształtują w dzieciach głównie Rodzica Wewnętrznego – surowego, poganiającego, pilnującego („Skończyłaś? To teraz zabierz się za coś innego!”. „No tak, znowu tego nie zrobiłaś”) zamiast Rodzica Kochającego, życzliwego, wspierającego, dumnego z Dziecka. No i to wieczne obwinianie się. „Boże, co ze mną jest nie tak, że przyciągam samych dupków?”. Nie z tobą jest coś nie tak, tylko po prostu jest tylu dupków. Dupków w sensie emocjonalnych analfabetów, syneczków mamusi.

Słyszałam, że kobiety, żeby wiedzieć, co sądzą na dany temat, muszą odbyć liczne konsultacje. Pogadać. Mężczyźni szybciej wyrabiają sobie opinię.
Bo kobiety lubią rozmawiać, potrzebują kontaktu, bliskości. Lubią też zbierać się w kupki. Chłopcy, jak już się zbiorą w kupkę, to zaraz gdzieś pędzą albo zaczynają w coś grać. Dziewczynki – przeciwnie. Siedzą sobie, oglądają się wzajemnie, śmieją się, płaczą, coś sobie opowiadają. Oczywiście, są przykłady na zupełnie inne sytuacje. Motoryczne dziewczyny trzymają się z chłopakami, a wrażliwi chłopcy – z dziewczętami, mawia się nawet o nich „babski król”. Dziewczyny lubią się z nimi przyjaźnić, ja też, bo łatwiej się z nimi dogadać.

A co by pani poradziła mojej znajomej? Zawsze ma problem z tym, komu przyznać rację w konflikcie. Słucha jednej strony i się z nią zgadza, słucha drugiej, i też się z nią zgadza…
Według bardzo fajnej koncepcji Enneagramu pani znajoma jest Dwójeczką, czyli Dawcą. Rodzice ją tak wychowali – bo początek jest zawsze w domu – że chce zadowalać wszystkich. To częsty typ wśród kobiet. Taka dziewczyna będzie miała trzech chłopaków i z jednym będzie chodzić na mecze i będzie jej się to podobać, z drugim – na wystawy, a z trzecim będzie gotować w domu – i też będzie zadowolona. I gdyby oni się wszyscy razem spotkali, to nie wiedziałaby, jak się wobec nich zachować. Bo ona jest jak plaster, który się przylepia do innych, przyjmuje kształt przystosowujący. A jak tylko się rozstanie z tym od piłki, to przestanie lubić mecze. Bo jej tak naprawdę zależało na tym, żeby on ją chciał. I żeby był z niej zadowolony.

A jak to było z panią? Zawsze pani wiedziała, czego chce?
Jestem nietypową jednostką damską. I byłam nietypowym dzieckiem. Dużo wynikało z ogromnego napięcia między moją mamą a moim ojcem. Urodziłam się dobrze wyposażona i za to jestem im wdzięczna. Ale różnice między moimi rodzicami były wielkie. Mama była lękliwa, bardzo prowincjonalna wewnętrznie i bardzo źle traktowana przez swoją matkę. Nie lubiła siebie, nie lubiła mnie i chyba też nie lubiła mojego ojca. Do tego była piękną, wytworną i elegancką kobietą, po której tego w ogóle nie było widać, bo to siedziało w środku. Natomiast tata był ciepłym, pogodnym i bardzo naturalnym facetem. Podczas wojny wybili mu prawie całą rodzinę, był w AK, był w obozie koncentracyjnym. Miał na życie spojrzenie filozoficzne – głębokie i mądre. I ja to jego spojrzenie od razu poczułam. Myśmy mieli z ojcem kontakt tak bliski i wyjątkowy i tak obca nam była mama, że to musiało rodzić napięcia. Na szczęście mama zafundowała mi wielki prezent, czyli kochaną, cudowną nianię. Nianię, która jednak nie była mamą... Więc były nieporozumienia, ale z drugiej strony od początku miałam bardzo wysoką samoświadomość. Od małego, kiedy mnie pytano: „A kogo ty najbardziej kochasz? Czyja ty jesteś?”, odpowiadałam: „Ja jestem swoja”. Bardzo dużo rozumiałam, widziałam, myślałam. Czytałam wszystko. Oczywiście rodzice wpuszczali mnie też w maliny. To, co było fajne, to to, że od dziecka przebywałam dużo z dorosłymi i że oni mnie fajnie traktowali i lubili ze mną rozmawiać. Kolegowałam się i z chłopakami, i z dziewczynami. Zawsze czułam ludzi, rozumiałam ich, lubiłam, kochałam. Ale nad sobą musiałam solidnie popracować i ciągle to robię. Im jestem starsza, tym mi lepiej. A więc dobra matka mówi: „Próbuj, sprawdzaj, co lubisz. Chcesz się puknąć z tym chłopakiem, to się puknij, chcesz z tamtym, to też. Próbuj, szukaj, masz wszystko, co trzeba”. I ja tak mówię kobietom, z którymi się spotykam: „Macie wszystko, co trzeba. Próbujcie, ale róbcie to świadomie. Jak chcesz stąd wyjść, to po cholerę tu siedzisz?!”.

Chyba myślimy, że skoro już coś zaczęłyśmy, to nie wypada przerywać, bo wyjdziemy na niezdecydowane.
A co ma wspólnego zdecydowanie z tkwieniem w czymś, czego nie chcemy?! W czymś, co nam źle robi? Powinnyśmy się chwalić za to, co nam się udaje i nie ganić za to, co nie wyszło. Tylko mówić sobie: „dziś nie wyszło, wyjdzie jutro lub pojutrze”. Bo złe zawsze mija, a dobre zawsze wraca.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Psychologia

Zen Coaching – najwięcej dzieje się w ciszy

Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia. Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. (Fot. iStock)
Dla jednych technika, dla innych proces albo wręcz styl życia. Połączenie coachingu z filozofią zen – świadomością, uważnością. Zen Coaching obiecuje spotkanie ze sobą i dostęp do wewnętrznej siły.

Droga, rozwój, budowanie przyszłości... A przecież źródło naszej siły, radości, kreatywności jest dostępne tu i teraz – uważa twórca Zen Coachingu, Norweg Kåre Landfald. Odkrywamy to za każdym razem, kiedy pozwolimy sobie zaakceptować doświadczenie takim, jakie jest w danym momencie. Nie musimy podejmować żadnych szczególnych działań, by cokolwiek zmienić czy naprawić. Wystarczy skontaktować się z własną wewnętrzną istotą – to pozwala stworzyć przestrzeń do zmian. Reszta wydarzy się sama, bez presji, oczekiwań, bez wysiłku z naszej strony.

Zen – wartość dodana

Landfald to prawdziwy człowiek Zachodu, zafascynowany rozwojem technologii. Kształcił się w dziedzinie informatyki, zgłębiał nowoczesne metody zarządzania. Ale też od najmłodszych lat pociągała go tradycja Wschodu, powracało odwieczne pytanie „kim jestem”? Pracując jako konsultant, mediator ds. konfliktów, wreszcie coach i nauczyciel rozwoju osobistego, coraz częściej dochodził do wniosku, że zachodnie ukierunkowanie na cel to za mało. I coraz bardziej zbliżał się ku filozofii zen, jako czystej radości z bycia. Aż znalazł swoisty pomost między Wschodem i Zachodem – Zen Coaching.

Choć idea zrodziła się zaledwie kilkanaście lat temu, to Landfald zdążył już wyszkolić 200 trenerów, z czego 40 w Polsce. Pomagają rozpoznać człowiekowi jego prawdziwą naturę, wraz z jej kluczowymi jakościami – wolnością, miłością, mocą, kreatywnością.

– Podobnie jak w „klasycznym” coachingu chodzi tu o wspieranie ludzi w odkrywaniu ich wewnętrznych zasobów, w znajdowaniu odpowiedzi na ich pytania – tłumaczy Zen Coach, Beata Wasiluk. – Wartość dodana, czyli zen, to obecność, świadomość, uważność, zrelaksowana czujność, dzięki której łączymy się z esencją życia. Ta obecność pozwala na przeżywanie życia w przepływie i spokoju. Wszystko inne przychodzi samo.

To ważne – coaching wzbogacony o wymiar zen jest bardziej „zrelaksowany”, mniej zadaniowy. Nie goni za rezultatem – jego cel jest osiągalny właśnie tutaj, w tym momencie, poprzez zauważenie, przyzwolenie i pełne doświadczenie tego, co przeżywamy w danej chwili.

– Nie ma potrzeby czekać i szukać spełnienia w przyszłości – mówi Beata Wasiluk. – Poprzez poznanie siebie stajemy się bardziej wolni, zyskujemy dostęp do wewnętrznej siły. Rozpoznajemy, jakie potrzeby serca kryją się za naszymi pragnieniami. Zwykle wszystko, czego potrzebujemy, znajdujemy w sobie.

Każda droga jest w porządku

Zen Coaching zakłada, że podstawową potrzebą czy pragnieniem ludzi jest być połączonym z samym sobą – problemy wynikają z przerwania tego połączenia. Zen Coach wspiera w jego odzyskaniu.

Jedną z głównych zasad Zen Coachingu jest tzw. słuchanie z wewnętrznej przestrzeni. Jest w nim otwartość, akceptująca, zezwalająca obecność. Jest cisza, są pytania (np. o odczucia w ciele) i tzw. werbalne odzwierciedlenia – Zen Coach powtarza pewne zdania wypowiadane przez klienta, pomagając mu w ten sposób zyskać nową perspektywę, zobaczyć pewne rzeczy z boku i sprawić, żeby proces, przez który przechodzi, mógł się rozwijać zgodnie z jego mądrością i w jego tempie.

– Miałam kiedyś sesję z Amerykanką, która mówiła i mówiła, bez chwili przerwy. Od czasu do czasu udawało mi się tylko wtrącić jakieś odzwierciedlenie lub pytanie o to, co się dzieje w jej ciele – wspomina Beata Wasiluk. – W odpowiedzi słyszałam „wszystko w porządku”, po czym następował kolejny nieprzerwany potok słów. Nie miałam wtedy dużego doświadczenia w Zen Coachingu, to była moja praktyka – uznałam, że jako coach niczego w tej sesji nie osiągnęłam, nie wiedziałam nawet, jak ją zakończyć, podsumować... Pozwoliłam sobie na długą ciszę, po czym powiedziałam tej kobiecie, że zaczęłyśmy w tym miejscu, a teraz jesteśmy w tym i spytałam, jak się czuje. Tym razem ona długo milczała, po czym stwierdziła, że stało się coś niezwykłego – po raz pierwszy ktoś wysłuchał jej od początku do końca, nie przerywając, nie próbując jej zmieniać. Dzięki temu, że potrzeba bycia wysłuchaną została u niej zaspokojona, miała szansę nastąpić transformacja. Kolejna sesja z nią była już zupełnie inna.

Co ci to daje?

Warszawa, warsztaty wprowadzające do Zen Coachingu. Dunka Tine Vindeløv mówi, że dla niej Zen Coaching to prosty sposób medytacji z drugą osobą. Bo esencją tej metody jest przyzwolenie na to, co się dzieje w danym momencie. Tine twierdzi też, że za wszystkim, co robimy – wyborem takiej czy innej pracy, partnera, wreszcie za naszymi konfliktami, sporami – kryją się pozytywne intencje: – Kiedy je znajdziemy, poznamy prawdziwe pragnienie naszego serca. To ważny krok do samoświadomości.

Jedna z uczestniczek przyznaje, że głównym motorem jej działań jest kontrola, chciałaby kontrolować cały świat. To męczące.

– A co by było, gdybyś rzeczywiście mogła sprawować kontrolę nad całym światem? Co by ci to dało? – pyta prowadząca.

– Byłabym szczęśliwa.

– Czyli chciałabyś być bardziej szczęśliwa. Nie osiągniesz tego poprzez kontrolę całego świata, bo to niemożliwe. A gdybyś oddzieliła tę strategię od samego szczęścia i przyjrzała się mu... Jak możesz osiągnąć szczęście w inny sposób niż poprzez kontrolę?

Jedno z ważnych pytań w Zen Coachingu brzmi „co ci to daje?”. Żeby lepiej zrozumieć, jak działa, ćwiczymy w parach. Jedna osoba mówi o jakimś działaniu, a druga prowadzi ją w tym krótkim procesie samopoznania, pytając o motywację. Możesz przyjrzeć się swojej pracy – żeby odkryć, co spowodowało, że ją wybrałeś. Nawet jeśli jej nie lubisz, odpowiedz szczerze na pytanie: „co ci ona daje?”.

– Intencją tego pytania jest dotarcie do pozytywnej jakości, która wywołuje w tobie ożywienie – tłumaczy Tine Vindeløv. – Jeśli pierwsza odpowiedź brzmi: „pieniądze”, pytaj dalej: „co dają mi pieniądze?”. Może poczucie wolności? W takim razie już mamy pierwszą pozytywną jakość... Jeśli odpowiedziałeś: „mogę za nie kupić ubranie”, zapytaj: „a co mi dają ubrania?”. Może radość, poczucie atrakcyjności?

Mogłoby się wydawać, że rola coacha jest marginalna, a jednak... Zdaniem Wasiluk, to nie metoda czy sztywno rozumiany proces są tu najważniejsze – o rezultatach coachingu decydują tak naprawdę umiejętności coacha: – Im lepszy jest kontakt między mną a klientem, tym większa szansa, że uda się sięgnąć do wewnętrznej mądrości i znaleźć w niej odpowiedzi ważne dla bieżącej chwili.

Inna zasada przyjęta przez Kåre Landfalda to pomaganie poprzez niepomaganie. W Zen Coachingu nie udziela się klientowi rad, niczego się mu nie sugeruje, nie „naprawia” go.

– Bierze się to z założenia, że nie ma kierunku, w którym powinna zmierzać sesja, każda droga jest w porządku – wyjaśnia Wasiluk.

Ciało jak kotwica

Sesja trwa godzinę i można ją przeprowadzić na odległość. – Właściwie większość moich sesji odbywa się przez telefon albo przez Skype’a, najczęściej bez kamery – przyznaje Beata Wasiluk. – Oczywiście, dobrze jest widzieć klienta, żeby móc poznać jego ekspresję, mowę ciała, ale nie jest to najważniejsze. Czasem nawet – żeby skoncentrować się na słuchaniu, na swoich odczuciach – lepiej jest wyłączyć bodźce wizualne.

Sesja zaczyna się zwykle od tego, że klient dzieli się czymś, co wywołuje u niego dyskomfort. Mówi: „nie radzę sobie z…”, „wydarzyło się to i to, i chcę się temu przyjrzeć” albo: „nie rozumiem czegoś”…

– Wczoraj na przykład miałam sesję z osobą, która zaczęła od tego, że nie ma żadnego problemu – opowiada Beata Wasiluk. – Spytałam ją więc: „czego pragniesz?” i wtedy pojawiło się pragnienie, za którym podążyłyśmy. To była bardzo silna transformacja.

Podczas sesji dużo rzeczy dzieje się w ciszy. Wtedy klient wchodzi na głębszy poziom świadomości, przygląda się czemuś, pozwala sobie na bliskie bycie ze sobą. Ale są też pytania, które pomagają prowadzić proces. Chociażby bardzo proste, kluczowe: „co się dzieje teraz?”. No i ciało – jego reakcje, odczucia.

– Ciało jest fantastycznym przekaźnikiem różnych podświadomych treści – mówi Beata Wasiluk. – Na przykład skumulowana energia w gardle może świadczyć o tym, że jakiś temat jest dla nas wyjątkowo trudny, albo że jakaś część nas została stłamszona i bardzo chce się wyrazić. Kiedy to rozpoznamy, damy temu naszą uwagę, możemy dalej zgłębiać temat. Ciało jest doskonałą kotwicą, pozwalającą trzymać się obecnej chwili, a pytanie o nie sprawia, że natychmiast lądujemy w „tu i teraz”.

Zwykle wychodzi się na sesji od czegoś „palącego”, co jest już „na zewnątrz”, po to, by dotrzeć do wewnętrznej blokady. – Według zen nasze podstawowe pragnienia to m.in. pragnienie bycia kochanym, pragnienie wolności, poznania, wsparcia – wylicza Beata Wasiluk. – Wszyscy potrzebujemy tych jakości i kiedy nie mamy z nimi kontaktu, szukamy ich na zewnątrz. Zen Coaching pozwala nam odnaleźć je w naszym wnętrzu. To dlatego czas nie gra tu roli, wszystko jest dostępne teraz.

  1. Psychologia

"Wyluzuj wszystko, co się da" – radzi psycholożka Katarzyna Miller

– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
– Po pierwsze, nie wszystko muszę. Po drugie, to, co potrafię, mam jak najczęściej robić, czerpać z tego satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
A co się da, ty sama dobrze wiesz. Jeśli coś jest dla ciebie ważne, nie odpuszczaj. Ale reszta? Po co ci toksyczne relacje, opinia tych, na których ci nie zależy, czy dowalanie sobie albo wstyd? Pyta psychoterapeutka Katarzyna Miller. Ale najpierw o tym, czym się różni praca nad sobą od umniejszania sobie.

Pomyślałam, że zacznę od wątku, który może się wydawać daleki od umniejszania sobie, ale moim zdaniem ma z nim wiele wspólnego. Chodzi mi o to, co dzieje się teraz na uczelniach artystycznych, w jaki sposób łamie się tam studentów, jak się nimi poniewiera, jak się im ubliża i ciągle przekracza ich granice. Bardzo to smutne, że nadal w wielu szkołach, ale i wielu domach uważa się, że tak trzeba hartować charaktery.
Nie powiedziałabym, że celem takiej pedagogiki czy wychowania jest nas złamać, tylko że to bezmyślne powtarzanie wzorów. Jeśli już, to powszechnym celem jest posłuszeństwo rodzicom czy wyższym celom, w tym wypadku, jak rozumiem, sztuce. Świadome łamanie bardziej jest związane ze sportem, wojskiem – czyli wszędzie tam, gdzie wymaga się żelaznej dyscypliny. Choć pamiętam jednego nauczyciela z czasów, kiedy uczyłam się psychoterapii, którego do dzisiaj szczerze nienawidzę – on właśnie tak nas traktował. Mieliśmy nie paść, być dzielni i znieść wszystko. Długo się potem z tego wyzwalałam. Kolejni pedagodzy mnie trochę „rozluźnili”, a już najbardziej zrobiło to spotkanie z Carlem Rogersem, który pokazał nam szkołę pracy z ludźmi opartą na empatii. Zrozumiałam, że najlepsze wyniki można osiągnąć, traktując ludzi po ludzku.

Przypomina mi się scena z serialu „The Crown”, w której książę Filip posyła delikatnego Karola do surowej szkoły w Szkocji. Uważa, że skoro zahartowała jego charakter, to samo zrobi z charakterem jego syna. Mimo że Karol błaga, protestuje i bardzo tam cierpi. Tak à propos bezmyślnie powtarzanych wzorców...
Kiedy się trochę poczyta o potomkach rodów królewskich czy wielkiej arystokracji, to naprawdę nie ma im czego zazdrościć. Przez swoje rodziny byli przeważnie traktowani w sposób nieludzki, od maleńkiego przystosowywano ich do pełnienia roli kogoś, kogo nic nie dotyka i kto jest ponad wszystko. A ponieważ żadne dziecko nie może być ponad wszystko, więc głównie musi sobie poradzić ze swoimi uczuciami, zacząć je tłamsić, ukrywać. Królowa Elżbieta II też jest wytworem takiego wychowania.

No ale czy to słuszne jest myśleć, że najbardziej uodporni nas na krytykę ciągłe bycie jej poddawanym?
Niektórzy stają się wtedy na nią odporni, a inni się łamią – tak się zawsze dzieje. Pewne aspekty treningu wytrwałości, dzielności czy odporności się przydają, ale jedynie wtedy, gdy mamy życzliwą wiedzę o możliwościach danej osoby, o jej wytrzymałości – psychicznej i fizycznej. Są ojcowie, którzy wrzucają swoje dzieci na głęboką wodę, nie patrząc na to, jaką mają wrażliwość, odporność na stres, jakie lęki...

Wrzucają nawet dosłownie, mam tu na myśli naukę pływania.
Tak, ja też mam to na myśli. Mnie tak zrobił kiedyś mój tatuś. Nie był głupim facetem i naprawdę dużo dobrego mu zawdzięczam, natomiast wepchnął mnie pod wodę w taki sposób, że mało się nie utopiłam i przeraziłam się strasznie. Ale też się wtedy zaparłam, że się nauczę pływać sama, i się nauczyłam. Nocami wyobrażałam sobie, że pływam i tak sobie to przyswoiłam. Serio, to jedno z moich większych osiągnięć. Choć mogłam się też nauczyć pływać bez tego. Ja dałam radę, ktoś inny może by się nie zaparł, tylko pozostał z lękiem przed wodą.

Wracając do szkół aktorskich, to pomyślałam sobie, że jeśli takie rzeczy dzieją się przed całą grupą, to ci pedagodzy robią coś jeszcze – uczą chamstwa, prostactwa, braku empatii, niehumanitarnych wartości. A przecież żadna szkoła, nie tylko artystyczna, nie tego powinna uczyć. Zobacz, co chwila docierają do nas ze świata informacje o tym, że ludzie pokazują swoją nieludzką twarz. I jeszcze mają dla swojego zachowania bardzo dużo uzasadnień i wyższych racji. Jestem za tym, by uczyć dzieci dawania sobie rady, ale nie w ten sposób, że podpala się im mieszkanie, żeby umiały uciec z pożaru.

Czasem już malutkim dzieciom mówi się, chcąc je zmotywować: „A ja myślę, że ci się nie uda, że nie dasz rady”. Jedno dziecko się zaprze i będzie chciało udowodnić, że jest inaczej, a inne uzna, że skoro mama, tata czy pani w przedszkolu uważają, że nie dam rady, to może mają rację.
Akurat jestem po weekendowej grupie terapeutycznej, gdzie wspólny mianownik wszystkich uczestniczek był następujący: „mama we mnie nie wierzyła i cały czas mnie sekowała”. Owszem, te dziewczyny pokazały, że potrafią – pokończyły studia, świetnie zarabiają i wyglądają, ale w środku są bardzo powichrowane. Nie połamane, bo przecież w końcu sobie radzą i umieją szukać pomocy, skoro na takie warsztaty przyjeżdżają, ale niewątpliwie cierpią. A przecież ta ich energia mogłaby się cudownie przydać przy innych rzeczach, niekoniecznie przy wychodzeniu z ciemnego dołka. Powinniśmy się opierać w życiu na czymś pozytywnym, nie negatywnym.

Mówiłam już kiedyś o pewnych warsztatach, w których brałam udział jako młoda dziewczyna. Prowadzący poprosił, żebyśmy dobrali się w pary i sprawdzili na sobie to, co chcemy, tylko oczywiście musimy to wcześniej między sobą ustalić, żeby dla wszystkich było to bezpieczne. I pamiętam, że wybrałam sobie taką drobniutką dziewczynkę i powiedziałam: „Pokaż mi, że się mnie boisz”. Po czym zaczęłam iść na nią jak jakiś potwór, i ona weszła pod stolik, zakryła sobie głowę. Przerwałam to i powiedziałam: „Wystarczy, dziękuję ci bardzo, wiem, że tego nie chcę”. Zrozumiałam, że ani mnie to bawi, ani cieszy, ani karmi, ani buduje poczucie wartości. Ale ważne było, że mogłam to zrobić i że to było umówione.

Bo ona tylko udawała.
Oczywiście. Obie strony były na to przygotowane. A ja bałam się mojej mamy i chciałam sprawdzić, czy może poczuję się lepiej, kiedy ktoś mnie będzie się bał. Działanie motywowane strachem nie jest dobre dla nikogo, dlatego rodzice mogliby swoim dzieciom, a zwłaszcza dziewczynkom, częściej wpajać pewność siebie, przekonanie, że mają się czym obronić i że mają prawo siebie bronić oraz wspierać innych. Tego też uczę na moich warsztatach – budowania swojej siły na przykład poprzez mówienie „nie”. Znajomym, partnerowi, szefom, rodzicom. Choćby takiemu nauczycielowi, który bez uprzedzenia daje mi w twarz, żeby pokazać, jak trzeba zagrać.

Podajemy te przykłady krytykujących i umniejszających nauczycieli i rodziców, by powiedzieć też o tym, że i my często ich uwewnętrzniamy i sami sobie dowalamy: „Znowu ci się nie udało”, „Nie nadajesz się do tego”.
W dodatku robimy to niezwykle celnie, bo najlepiej wiemy, w co uderzyć, by najbardziej bolało. Oczywiście nauczyli nas tego nasi wychowawcy czy opiekunowie, ale my to ciągniemy, co więcej – my to udoskonalamy, cyzelujemy. Jesteśmy w tym dobrzy, to nam wychodzi i ma to swój diabelski urok. Zobacz, ile ludzie sobie mówią nieprzyjemnych rzeczy, a ile dobrych. A nawet jest taki zwyczaj, że jeśli masz powiedzieć o sobie coś dobrego, to trzeba zastrzec, „Przepraszam, że to powiem, ale dlatego, że się na tym znam”, „Nie chcę wyjść na nieskromną, ale naprawdę mi to wychodzi”. Rzadko kto mówi: „Jestem w tym najlepszy, świetny; jestem genialna” i jeszcze się sobie w tym podoba.

Jako młoda dziewczyna często wyrzucałam sobie coś, co zrobiłam komuś kilka lat wcześniej i czego się bardzo wstydziłam.
O, to szalenie powszechne. Masami do mnie przychodzą ludzie ze wstydem dotyczącym czegoś, co kiedyś zrobili. Ludzie hołubią wstyd, podlewają go, pielęgnują, trudno im się z nim rozstać. Pytam czasem: „Taka jesteś do tego przywiązana, a co będzie, kiedy to stracisz?”. „No dobrze będzie”. „To skoro chcesz, by było dobrze, czemu tego nie puszczasz?”. Naprawdę czasem wystarczy puścić.

Ale jeśli zawstydzano cię w dzieciństwie, nic dziwnego, że nie wierzysz, że wolno. Jakby się przyjrzeć temu, co rodzice robią dzieciom w tej materii, to aż się włos na głowie jeży: obgadują ich, mówią tak, jakby ich nie było, wyśmiewają się z nich, krytykują, klepią po pupie albo chwalą tak, że dziecko nie wie, co z tym zrobić. W ogóle nie ma szacunku do dzieci jako do osób. Dziecko też trzeba spytać o to, czy mu to odpowiada i pasuje. A nie: przynieś, podaj, pozamiataj. Albo: jak ty wyglądasz?; nie podsłuchuj; chodź tu w tej chwili; a czego ty chcesz?; wyjdź stąd natychmiast, nie przeszkadzaj. Dzieci wiedzą, kiedy się mówi do nich jak do osoby, a kiedy się je lekceważy.

Krytykują ci, którzy byli krytykowani, a poniżają ci, których poniżano...
Ależ oczywiście, wyłącznie ci.

Powiedziałaś niedawno, że zrobiłaś sobie życiowy bilans i rozprawiłaś się z kilkoma rzeczami, które się tobie w sobie nie podobały, że było to trudne, ale ostatecznie dało ci oczyszczenie i nowy początek. Myślę, że to świetna sprawa, ale i ryzykowna. Jak nie przegiąć z takim bilansem czy rachunkiem sumienia?
Jest wielka różnica między świadomym rachunkiem sumienia a wyrzucaniem sobie czegoś i gnębieniem samego siebie. W ogóle uważam, że warto raz na jakiś czas zatrzymać się i zastanowić, czy jestem zadowolona z kierunku, w którym zmierza moje życie; czy moje relacje mi się podobają; czy to, co ostatnio osiągnęłam, jest tym, co chciałam osiągnąć. Z tym że nad czymś takim zastanawiają się tylko osoby z refleksją, bo dużo ludzi po prostu żyje z dnia na dzień. Niektórzy żyją z wielką prostotą, wręcz filozoficznie, ale większość żyje bezrefleksyjnie. Również jest tak, że wielu ludziom się wydaje, że spojrzenie na siebie warto mieć wyłącznie bardzo krytyczne. I że jeżeli mówisz o sobie, że jesteś fajna, to znaczy, żeś zepsuta albo kretynka.

Ja na przykład jednej dziewczynie z grupy warsztatowej powiedziałam: „Kochana, na razie to ty przestań pracować nad sobą, bo ty siebie nadwyrężasz. Masz spać, jeść, leżeć, siusiu robić, śmiać się i robić najprostsze rzeczy”. Bo trzeba powiedzieć, że są osoby, które tak się przepracowują na swój temat, że nie ma już tam wręcz powietrza. Ledwo żyją i ciągle nie są szczęśliwe ani spokojne. Nie mają w sobie takiej pogody, stanu pod tytułem „jest OK”.

Bo ciągle nie jest OK.
I to przykład, że tego rachunku jest za dużo i że idzie w złym kierunku. Głównie – perfekcjonizmu. Wiesz, co mi odpowiedziała ta dziewczyna? „Marzę, by być wreszcie zadowoloną z siebie”. Ale perfekcjonista nigdy nie jest z siebie zadowolony, dlatego trzeba rozstać się z perfekcjonizmem. Są oczywiście bardzo różne powody, dla których ludzie się katują. Z pozoru bardzo pozytywne, no bo przecież ja się rozwijam – kolejne książki czytam, na kolejną terapię poszłam, kolejny warsztat zaliczam... Ale co z tego? Uspokój się i usiądź na pupie, oddychaj. Tyle wystarczy.

Czasem myślę, że można podzielić ludzi na tych, co obwiniają o wszystko świat i innych, oraz na tych, którzy za wszystko obwiniają siebie.
A są jeszcze ci, którzy obwiniają i świat, i siebie. Nic im się nie podoba. Ale na pewno na próżno ich szukać na grupach terapeutycznych, już prędzej na wysokich stołkach (śmiech).

A dałoby się to ująć w proporcje: ile sobie mówić dobrych rzeczy, a ile tych sprowadzających do pionu?
Najfajniej oczywiście być adekwatnym, ale do tego potrzeba albo mądrego wychowania, albo dobrej pracy nad sobą, żeby się dopracować takiego poczucia, że po pierwsze, nie wszystko muszę, po drugie, to, co potrafię i dobrze robię, mam jak najczęściej robić i mam z tego czerpać satysfakcję i pieniądze. A po trzecie, pewnych rzeczy w ogóle nie muszę, bo inni robią je lepiej – i mam ich za to szanować, podziwiać i dziękować im za to. Natomiast jest jakiś procent rzeczy, nad którymi warto popracować. W ogóle warto pracować nad sobą całe życie, żeby się nie zaśniedzieć, nie zmurszeć, nie zestarzeć w ten niedobry sposób – czyli kiedy myślisz, że wszystko się skończyło, a świat zszedł na psy. I nie chodzi o to, by mieć sobie coś za złe, ale by mieć przed sobą jakieś cele. Na przykład: jeszcze się nauczę tego, żeby wobec mojej rodziny zachowywać się w sposób uprzejmy, z klasą, ale też taki, który mnie nie kosztuje emocjonalnie. Albo: jeszcze się nauczę być asertywnym, najpierw wobec znajomych, potem wobec przyjaciół, a potem wobec męża.

Chodzi o cele, które dają nam więcej luzu w życiu?
I czynią je lepszym, a tym samym też czynią lepszym życie osób wokół nas. Bo na przykład uczę się być bardziej tolerancyjna, a jednocześnie nie mówić sobie w kółko: „Boże, jak on mógł mi to powiedzieć?!”. No skoro powiedział, to znaczy, że mógł. To jest tak proste, ale wpaść na to trudno, a przestać się tym przejmować – jeszcze trudniej. Albo to słynne: „A może ja robię błąd? I za parę lat będę żałowała?”. Kochana, a gdzie ty jesteś? W którym miejscu? I jaki błąd? Robisz coś, co w tej chwili wybierasz. Jeżeli ci się to nie spodoba, zmienisz to i już. Jeżeli weszłaś nie w tę uliczkę, to z niej wyjdź. Jak poszłaś na złe studia, to je zmień. Jak jesteś nie z tym facetem, to przestań z nim być. Czujesz, że terapia ci nie odpowiada, zmień terapeutę. Oczywiście nie w sekundę, trzeba to najpierw sprawdzić, przetestować, porozmawiać...

W jakich kwestiach warto jeszcze wrzucić sobie na luz?
Ja w ogóle mówię: wyluzuj wszystko, co się da. A co to znaczy? To, co się da. Ty już wiesz, co należy do tej kategorii. Jeśli coś jest dla ciebie cholernie ważne, to tego za nic nie puścisz. Natomiast zdecydowanie warto puścić toksyczne relacje. Najpierw zastanawiając się, czy to może ja nie jestem w nich toksyczna. Oraz warto odpuścić „co sobie ludzie pomyślą”. Oczywiście jeśli są to ważni dla mnie ludzie i mówią coś dla mnie cennego – to nie odpuszczać. To wszystko jest do sprawdzenia i wyważenia. Znów to powtórzę: mamy być adekwatni, czyli obecni w tym, co się dzieje, a jednocześnie umieć spojrzeć na to z boku.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi” czy „Daj się pokochać, dziewczyno” (wydane przez Wydawnictwo Zwierciadło).

  1. Psychologia

Prawo przyciągania – jak działa i czym jest w psychologii?

Jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz, nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. (Fot. iStock)
Jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz, nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. (Fot. iStock)
Jesteśmy magnesami. Wciąż przyciągamy to, czego pragniemy. I czego się boimy. Poznając Sztukę Przyzwalania, możemy zyskać większy wpływ na nasze życie. Amerykańscy badacze Prawa Przyciągania – Esther i Jerry Hicks – nie mają wątpliwości: podstawę tego świata stanowi dobre samopoczucie.

Nie czujesz się dobrze? Jesteś spięta, niezadowolona, wciąż czegoś ci brakuje? Oznacza to, że odłączyłaś się od nurtu. Że nie pozwalasz dobremu samopoczuciu, by wniknęło w ciebie. Masz wolną wolę – w każdej chwili dokonujesz wyborów. Oczywiście, nie mówisz: „Chcę być niezadowolona, zmęczona, samotna, chcę mało zarabiać”. Ale wybierasz swoje myśli, uczucia, a świat na nie odpowiada, zgodnie z teorią przyciągania. Co na przykład pomyślałaś przed chwilą?

Prawo przyciągania w trzech krokach

Esther i Jerry Hicks twierdzą z całą stanowczością: jeśli nie uzyskałaś czegoś, czego pragniesz (a twoje intencje są czyste), nie znaczy to, że za słabo się starasz, los ci nie sprzyja, że chcesz za wiele albo że na to nie zasługujesz. Powód jest jeden: stwarzasz opór. Przyjrzyj się swoim myślom – czy są pełne spokoju, ufności, miłości do siebie, czy może raczej frustracji, zniecierpliwienia, zwątpienia w potęgę przyciągania? Czy naprawdę wierzysz, że dostaniesz to, o co prosisz, czy nerwowo rozglądasz się na boki? Nie można zasiać ziarenka i codziennie rozgrzebywać ziemię, żeby sprawdzać, czy kiełkuje. Trzeba zostawić sprawy swojemu biegowi zaufać, że w swoim czasie nasze pragnienie zostanie spełnione. Nie przeszkadzać. Tak działa przyciąganie myślami.

Hicksowie zapewniają: świat zawsze odpowiada na twoje pragnienia. Procedura ich spełnienia jest prosta. Prosisz – to pierwszy krok. Drugi – wszechświat odpowiada. Ale to nie wystarczy. Niezbędny jest trzeci krok – Hicksowie w swojej książce „Proś, a będzie ci dane” nazywają go Sztuką Przyzwalania, wyjaśniając, jak działa prawo przyciągania. Chodzi o to, żeby dostroić się do tej odpowiedzi, zrobić dla niej miejsce.

Często bardziej skupiamy się na tym, czego nie chcemy, niż czego chcemy. Chciałabyś spotkać wspaniałego mężczyznę – nikt tego nie kwestionuje. Ale sprawdź, na ile twoje myśli są spójne z tym pragnieniem. Bo może wyglądają tak: „Nie chcę dłużej być sama, samotność jest straszna”. Chcesz mieć nowy samochód, ale wciąż myślisz o starym – że już ci się nie podoba, że nie jest tak niezawodny jak kiedyś... Sprawdź, jak przekłada się to na twoje emocje. Prawdopodobnie, gdy jesteś całkowicie skoncentrowana na swoim pragnieniu, czujesz się świetnie – masz wrażenie, że to, do czego aspirujesz, jest na wyciągnięcie ręki. Ale wystarczy chwila zniechęcenia – zaczynasz koncentrować się na braku, samopoczucie drastycznie spada... Nowy samochód odjeżdża. A wraz z nim magia przyciągania.

Twoje życie jest odbiciem twoich dominujących myśli – mówią Hicksowie. Jeśli chcesz się stać odpowiedzialnym twórcą swoich doświadczeń, musisz nauczyć się świadomie nimi kierować – to zagwarantuje skuteczność teorii przyciągania. Wybierać te, które wywołują pozytywne uczucia. W ten sposób przesuwasz swoje centrum przyciągania.

Skala Emocjonalnej Orientacji

By sprawniej się w tym wszystkim poruszać, Hicksowie stworzyli Skalę Emocjonalnej Orientacji, porządkującą stany (od tych najprzyjemniejszych po najbardziej bolesne). Najwyższe miejsce na skali zajmują: Radość, Wiedza, Moc, Miłość, Docenienie. Najniższe – Lęk, Rozpacz, Depresja, Bezsilność. Oczywiście, nie zawsze uczucia da się precyzyjnie określić, ale dobrze jest wiedzieć, w jakim mniej więcej miejscu w danym momencie jesteśmy. Nie oceniać – ani siebie, ani innych. Załóżmy, że ktoś znalazł się na samym dole skali – pogrążony w rozpaczy, depresji, bezwolny. I oto jakaś sytuacja wywołuje w nim złość. Więc wścieka się, co być może nie podoba się otoczeniu. Tymczasem wykonał ważny skok – wyszedł z depresji, zaczął inaczej oddychać, pozwolił, by przepłynęło przez niego więcej energii. Jest teraz bliżej życia!

Esther i Jerry Hicks uczą, jak przemieszczać się na Skali Emocjonalnej Orientacji. Jak wzmocnić swoje centrum przyciągania. Jak po prostu poczuć się lepiej. W „Proś, a będzie ci dane” opisali 22 procesy, które mogą być przydatne w tej pracy. Celem każdego z nich jest praktykowanie Sztuki Przyzwolenia, uwolnienie oporu. Autorzy zalecają, by poruszać się małymi krokami, zawsze określając miejsce, z którego startujemy. Trudno przeskoczyć od lęku do entuzjazmu, od wściekłości do miłości. Ale nawet niewielka poprawa ma dużą wartość w kontekście teorii przyciągania!

Weźmy proces o nazwie Koła Koncentracji. Możesz się do niego odwołać, kiedy znajdujesz się mniej więcej na środku emocjonalnej skali – gdzieś pomiędzy znudzeniem a złością. Hicksowie sugerują, by wykonywać go, gdy odczuwasz negatywne emocje, wywołane jakimś zdarzeniem czy sytuacją. Narysuj na kartce duże koło, potem, w jego środku, mniejsze (ok. 5 centymetrów średnicy). Skoncentruj przez chwilę wzrok na małym kole, po czym zamknij oczy i skup uwagę na tym, co wzbudziło w tobie nieprzyjemne emocje. Ustal, czego nie chcesz. To dobry punkt wyjścia, żeby zdecydować, czego pragniesz. Powiedzmy, że nie chcesz czuć się gruba. Chcesz być szczupła. Rzecz w tym, że te dwa stany wydają ci się na ten moment zbyt odległe, a więc i opór przed spełnieniem się pragnienia może być silny. Hicksowie porównują to do próby wskoczenia na kręcącą się szybko karuzelę – o ile nie zwolni, nie uda się nam na nią dostać. Ćwiczenie polega więc na zwolnieniu obrotów i sięgnięciu po myśl, która pozwoli nam zasiąść na karuzeli, a potem stopniowo ją rozkręcać. Chodzi o to, żeby nie szukać ostatecznych rozwiązań, znaleźć tę jedną wspierającą myśl... W przykładzie Hicksów (tym z nadwagą) brzmi ona: „Inni ludzie mieli podobne problemy i znaleźli skuteczne rozwiązania”. Kiedy utrzymujesz taką myśl w świadomości przez co najmniej 17 sekund, zaczną pojawiać się inne, coraz bardziej krzepiące: „Kupię sobie nowe ubrania, to sprawi mi radość”, „Moje ciało będzie odświeżone”, „Poczuję się bardziej witalna”... Zapisujesz te zdania na obwodzie dużego koła, zgodnie z ruchem wskazówek zegara (od 12 do 11). Ten proces to nic innego jak stopniowe, ledwo dostrzegalne podnoszenie wibracji – tak, by zestroiły się z twoim pragnieniem. To usuwanie przepaści, jaka często tworzy się między stanem, w jakim w danej chwili jesteś, a tym, do którego dążysz. Przerzucanie między nimi mostu.

Sposoby na lepsze samopoczucie dzięki sile przyciągania

A teraz załóżmy, że twoje samopoczucie plasuje się w górnych rejonach skali – między radością a optymizmem. Ale chcesz poczuć się jeszcze lepiej, wzmocnić relację z jakąś osobą, zabezpieczyć się przed spadkiem nastroju albo po prostu dobrze wykorzystać czas (choćby podczas stania w korku czy kolejce). Jeden z najprostszych procesów, po który można sięgnąć w takiej sytuacji, nazywa się Uznanie. Zacznij obserwować swoje otoczenie, aż dostrzeżesz coś, co ocenisz jako ładne, wartościowe, co wywoła w tobie przyjemne odczucia. Zatrzymaj uwagę na tym obiekcie, doceniając jego wygląd, użyteczność. Powiedzmy, że stoisz w kolejce do okienka pocztowego – rzecz się przedłuża, jesteś poirytowana. A mimo to zauważasz:

  • „Jaki ładny, funkcjonalny budynek”.
  • „To świetnie, że utrzymują go w czystości”.
  • „Podoba mi się spokój urzędniczki”.
  • „Ta kobieta przede mną ma bardzo ładną fryzurę”.
  • „To dziecko tak pięknie się uśmiecha”.
  • „Cieszę się, że moje nogi wytrzymują długie stanie”.

Być może z czasem znajdowanie rzeczy, które budzą twoje uznanie, wejdzie ci w krew. Być może nawet, doświadczając uznania dla kogoś lub czegoś, poczujesz gęsią skórkę... To znakomity sposób, by uwolnić się od oporu przed przyjmowaniem. Jak mówią Hicksowie, za każdym razem, kiedy coś chwalisz, rozpoznajesz to, czego pragniesz. Sygnalizujesz światu poprzez przyciąganie myślami: „Proszę o więcej właśnie tego”.

Inny twórczy proces, wymagający już nieco większego zaangażowania, nosi nazwę Magiczna Szkatułka. Najpierw trzeba wyposażyć się w rzeczoną szkatułkę (niech to będzie pudełko, które ci się podoba), potem umieścić na niej napis: „Cokolwiek znajduje się w tej szkatułce – ISTNIEJE”. Teraz zacznij wypełniać pudełko zdjęciami (z czasopism, katalogów), obrazującymi twoje pragnienia. Meble, ubrania, pojazdy, pomieszczenia, miejsca, ludzie... Za każdym razem, gdy będziesz wkładała do szkatułki nowe zdjęcie, wypowiadaj zapisane na niej zdanie. Te obrazki to twoje podpowiedzi dla wszechświata. To tak jakbyś uchylając wieczko szkatułki, by umieścić w niej różne skarby, otwierała drzwi tym wszystkim rzeczom.

Dwa pozostałe procesy przeznaczone są dla tych, którzy lubią pracować na piśmie. Pierwszy to Twórczy Warsztat. Potrzebne będą cztery kartki papieru. Na każdej z nich umieść jeden z nagłówków: Moje ciało, Mój dom, Moje relacje, Moja praca. A teraz zapisz – bez wymuszania – czego pragniesz dla każdego z tych obszarów życia. Najważniejsze rzeczy, np.:

  • „Chcę wzmocnić mięśnie”.
  • „Chcę zrobić remont”.
  • „Chcę kupić nowe meble”.
  • „Chcę spędzać więcej czasu z dziećmi”.
  • „Chcę wyjechać z mężem na wakacje”.

To nie koniec. Wypisz teraz powody, dla których chcesz to wszystko dostać. Na przykład na kartce poświęconej pracy może się pojawić zdanie: „Chcę zarobić więcej pieniędzy…

  • ponieważ zamierzam przeprowadzić się do centrum miasta”.
  • ponieważ chciałabym więcej podróżować”.
  • ponieważ chcę się zapisać na kurs hiszpańskiego”.

Ten proces pomaga nazwać po imieniu pragnienia, doprecyzować, co zamierzasz przyciągnąć. Ukierunkować energię na przyciąganie myślami tego, do czego dążymy. Uzasadnienie, dlaczego czegoś chcesz, pozwala zwiększyć siłę myśli i zmniejszyć opór. Zamiast wdawać się w rozważania, kiedy coś do ciebie przyjdzie, w jaki sposób i czy to w ogóle możliwe – koncentrujesz się na korzyściach, jakie z tego będziesz miała. Dla skuteczności działania zaleca się wykonywanie tego procesu raz w tygodniu przez miesiąc, a później raz w miesiącu.

I jeszcze Księga Pozytywnych Aspektów. Przyda się notes. Zapisz w nim czyjeś imię – przyjaciela, zwierzęcia, miejsca... Chodzi o osoby, stworzenia czy rzeczy, które wywołują w tobie pozytywne uczucia. A teraz odpowiedz na pytania: Co w tobie lubię? Dlaczego cię kocham? Jakie są twoje największe zalety? Pisz tak długo, jak długo będą się pojawiać odpowiedzi, po czym wszystko przeczytaj. Może przejdziesz do kolejnego imienia? A może zapragniesz zapełniać swoją księgę regularnie? Poszukiwanie pozytywnych aspektów sprawia, że znajdujesz ich w codziennym życiu coraz więcej – zapewniają Hicksowie.

Takich ćwiczeń na skuteczne proszenie i przyciąganie myślami proponują znacznie więcej. Jak sugerują autorzy „Proś, a będzie ci dane” – dobrze jest korzystać z tych procesów z otwartością, dystansem... Bo chodzi o to, żeby dobrze się bawić, tworząc własne życie z wykorzystaniem teorii przyciągania.