1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy empatia jest lekiem na całe zło świata?

Czy empatia jest lekiem na całe zło świata?

Empatia jest umiejętnością zrozumienia emocji odczuwanych przez innych i patrzenia na świat z ich perspektywy. (Fot. iStock)
Empatia jest umiejętnością zrozumienia emocji odczuwanych przez innych i patrzenia na świat z ich perspektywy. (Fot. iStock)
Co to jest empatia? Czy można ją zmierzyć i zobaczyć na ekranie komputera? I co zrobić, jeżeli wydaje ci się, że jesteś tak bardzo empatyczna, że otoczenie wykorzystuje twoje współczucie? – zastanawia się psychiatra Helen Riess, profesor w Harvard Medical School. 

Widzę cię, Helen.
Ja też cię widzę. To dobrze. To znaczy, że zauważyłyśmy się i mamy ze sobą kontakt. To właściwie pierwszy warunek do tego, żeby powstała między nami nić empatyczna. Nie bez kozery Zulusi używają słowa sawubona („cześć”), które tak naprawdę oznacza „widzę cię”. Każdy z nas chce być zauważonym, zrozumianym, docenionym. I skierowanie wzroku na jakąś osobę jest pierwszym krokiem do nawiązania kontaktu. Nasz wzrok przystosowuje się do takiego kontaktu od wczesnego dzieciństwa. Nie przypadkiem najostrzejszy punkt centralny wzroku niemowlęcia leży na 12. centymetrze – taka jest mniej więcej odległość między oczami dziecka a oczami matki, gdy dziecko jest trzymane na rękach.

W swojej książce „Siła empatii. 7 zasad zmieniających życie, pracę i relacje” objaśniasz dokładnie, właściwie litera po literze, z czego składa się ta zdolność człowieka. Nie jest to ani zwykłe współczucie, ani żałowanie kogoś. To coś więcej…
Podam ci przykład: leciałam kiedyś samolotem na Zachodnie Wybrzeże. Nagle rozległ się rozpaczliwy płacz niemowlęcia. Dorośli, jak to dorośli: jedni założyli słuchawki na uszy, inni udawali, że nie słyszą, kolejni usiłowali zlokalizować rodziców małego płaczka. Był tylko jeden człowiek, który zareagował empatycznie. Trzylatek wstał ze swojego siedzenia, podszedł do rodziców niemowlęcia i wręczył im swój smoczek. Cudowne! Bo empatia wykracza poza tylko współczucie i żałowanie innych osób. Jest raczej umiejętnością zrozumienia emocji odczuwanych przez innych i patrzenia na świat z ich perspektywy. Nie jest obojętna ani abstrakcyjna.

Jest lekiem na całe zło tego świata?
Na pewno jest lekiem, także na ból. Bardziej empatyczni lekarze i pielęgniarki, którzy np. uczestniczyli w kursach empatii, samym zainteresowaniem i czułym pochyleniem się nad chorym są w stanie zmniejszyć jego ból, a na pewno cierpienie psychiczne. Czuła uwaga specjalisty potrafi np. szybciej odchudzić klienta. Jaki jest tego mechanizm? W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat badania z neuroobrazowania potwierdziły, że dzielimy z innymi sieci neuronalne, wtedy gdy rozumiemy (przy pomocy intelektu), przez jakie uczucia dana osoba przechodzi. Jeżeli opiekujemy się starszymi rodzicami, łatwiej nam będzie wykazać empatię wobec osoby w podobnej sytuacji.

To był najciekawszy wniosek z badań nad empatią, które prowadziłaś?
Tak. A także fakt, że można ją mierzyć, że jest de facto fizjologiczna. Naukowcy wykonali kilka lat temu następujący eksperyment: na początku zrobili skany mózgów osób, którym nakłuwano igłą palce. Tym sposobem określono, które neurony biorą udział w odczuwaniu bólu. Następnie zobrazowano mózgi drugiej grupy uczestników – ale oni nie cierpieli, tylko oglądali film z nakłuwania palców. Co się okazało? Że układ nerwowy oglądających (ale nie nakłuwanych) zareagował w taki sam sposób, jak odczuwających ból. Podświetlały się te same sieci neuronalne u obu grup badanych – była to część mózgu zwana wyspą.

Stąd już krótka droga do tzw. neuronów lustrzanych – komórek nerwowych pomagających odgadnąć intencje i uczucia osoby, z którą przebywamy.
Jesteśmy wyposażeni w wyspecjalizowane neurony, które pomagają nam zrozumieć, co się dzieje w mózgach innych osób, i wyzwalają to, co nazywam „inteligencją wspólnego umysłu”. Co ciekawe, ludzie rodzą się z mniejszą lub większą liczbą neuronów lustrzanych. Czyli można powiedzieć: niektórzy są empatami z urodzenia, inni mogą tę cechę doskonalić albo wręcz w sobie rozwinąć. Nasze mózgi są przystosowane do doświadczania bólu innych osób z dwóch istotnych powodów: aby pokazać nam, czego unikać, oraz aby zmotywować nas do pomocy cierpiącej osobie. Jednym z efektów ubocznych pomocy innym jest to, że inspiruje ich ona do odwzajemnienia pozytywnych działań.

Empatia, tak jak karma, wraca?
Oczywiście, pomagając innym, czujemy się dobrze. Uznaje się to za podstawę współpracy i wzajemności w ludzkich relacjach. Odczuwanie cudzego bólu motywuje nas do pomocy, co z kolei budzi pozytywne uczucia u innych i zwiększa prawdopodobieństwo odwzajemnienia pomocy. W ostatecznym rozrachunku przetrwanie naszego gatunku jest możliwe dzięki temu, że krąg empatii zatacza koło.

Nie obraź się, ale brzmi to wszystko bardzo idealistycznie. Wiem natomiast, że jest druga strona medalu: że ludzie wykorzystują szczodrość empatycznych osób.
Oczywiście, empatią można manipulować. Niektórzy doskonale widzą, że ktoś jest delikatny, miły, uważny na innych. Wtedy wymagają zbyt dużo, a często wzbudzają poczucie winy, że tak mało im dajesz. Empata może się nagle obudzić kompletnie pusty i wypalony, bo okazuje się, że nagle rozdał swoją uwagę innym, a nie sobie. Najważniejsza rada – która jest, niestety,  mało konkretna i bardzo subiektywna – to zaufać swojemu ciału, każdemu uczuciu towarzyszącemu spotykanej osobie, ale także komuś, z kim jesteście w relacji. Jeżeli czujecie choć przez moment dyskomfort spowodowany tym, że ktoś chce od was więcej, niż możecie zaoferować – zachowajcie zdroworozsądkowy dystans. Ciało mówi: „Nie ufaj tej osobie, jest ci z nią raczej nie po drodze”. Stawiajcie granice swojej szczodrości i szczerości. Jeżeli tego nie zrobicie, ryzykujecie tym, że nie będziecie mieli siły na budowanie dobrych relacji. Podam przykład: rozmawiasz z kimś. Zwróć uwagę, jak twoje ciało reaguje na rozmowę. Jeżeli zauważysz, że się napinasz, twój żołądek jest ściśnięty, a serce zaczyna bić mocniej, postaraj się oddychać głęboko i po prostu nazwać swoje emocje. Możesz czuć niepokój, wtedy powiedz: „Muszę się chwilę nad tym zastanowić”. Jeżeli ogarnia cię gniew, możesz stwierdzić: „Bardzo poruszyły mnie twoje słowa i potrzebuję czasu, aby przemyśleć odpowiedź”. Natomiast jeżeli podczas rozmowy z kimś czujesz się dobrze i spokojnie, zapewne tak właśnie jesteś postrzegana. I jest to dobry początek.

W twojej książce pada sformułowanie „wyczerpani współczuciem”…
To wszyscy pracownicy służby zdrowia, ale także strażacy czy policjanci, którzy na co dzień muszą wykazywać się ogromną empatią, a są poddani ciągłemu stresowi. Nie jest to możliwe, jeśli pracuje się wiele godzin codziennie przez pięć dni w tygodniu. A jednocześnie każdy z pacjentów czuje się lepiej, kiedy lekarz – zamiast wpatrywać się w ekran komputera – patrzy uważnie na pacjenta i wyraźnie zależy mu, żeby dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Ale, tak jak powiedziałam, empatia się wyczerpuje.

Zaniedbywanie siebie prowadzi do zmniejszenia zdolności dostrzegania potrzeb innych osób. Dlatego zanim pomożemy innym, musimy pomóc sobie. Powiedz mi, ile empatii można wzbudzić, kiedy czujesz się zmęczona, głodna, w kiepskim nastroju? Empatia i współczucie są silnie uzależnione od fizjologii. Z badań wynika, że kiedy organizm znajduje się w fizjologicznym stanie równowagi, jesteśmy najbardziej empatyczni. Co to oznacza? Że poziom hormonów stresu: kortyzolu, adrenaliny, jest niski. Trudno więc wymagać empatii od ludzi zdenerwowanych, poddanych przedłużającemu się stresowi.

Ostatni rozdział mojej książki (niektórzy z moich znajomych uważają, że powinien być pierwszy) nosi tytuł „Empatia wobec samego siebie”. Opisuję w nim, na co można sobie pozwolić, aby być wobec siebie wystarczająco i zdrowo współczującym. Jednym z doskonałych regulatorów uczuć jest pozwolenie sobie na płacz. Holenderskie badania wykazały, że po 90 minutach po obejrzeniu wzruszającego filmu osoby, które się na nim wypłakały, są w lepszym nastroju niż przed seansem. Zapamiętajcie podstawową zasadę empatii wobec samych siebie: kiedy ogarnia was gniew, lęk czy obrzydzenie, nazwanie ich pomaga dostrzec, że to stan przejściowy, który nie definiuje was na stałe. Takie działanie ma swoje fizjologiczne uzasadnienie: umożliwia korze przedczołowej, części mózgu biorącej udział w ocenie emocji, zdystansowanie się od nich. Żeby uspokoić swoje emocje, warto przyjąć postawę: „Obserwuję, co mnie spotyka”. Czyli mówię np.: „Uświadomiłam sobie, że jego uwagi bardzo mnie zraniły”.

Szkoda tylko, że tak często – zamiast spróbować siebie zrozumieć – uważamy, że użalamy się nad sobą, pobłażamy sobie…
Empatia wobec siebie nie ma nic wspólnego z pobłażaniem sobie (które może prowadzić do destrukcji: przejadania się, zażywania narkotyków, generalnie – bezmyślnego poprawiania sobie samopoczucia). Self empathy oznacza przyznanie, że – tak jak wszyscy – zasługujesz na zrozumienie i współczucie. Musisz wejść we własne buty i spojrzeć na siebie ze współczującej perspektywy, nieoceniania zbyt surowego tego, co cię spotkało. Nie oznacza to też zwolnienia z odpowiedzialności czy tego, że trzeba kogoś przeprosić. Badania wykazują, że osoby z dużym poziomem autoempatii rzadziej wylegują się na kanapie niż osoby bardzo samokrytyczne. Badając osoby empatyczne wobec siebie, stwierdziliśmy, że są one lepiej zmotywowane, wytrzymalsze, bardziej twórcze, zadowolone z życia i – wiadomo – empatyczne wobec innych.

Czy dostępne technologie: smartfony, Internet, zubażają naszą empatię?
Zależy, jak tę technologię wykorzystujemy. Nie jest ona najszczęśliwszym rozwiązaniem, jeżeli chce się „wczuć w czyjeś emocje”. Oczywiście, łatwiej wysłać emotikona z uśmiechniętą bądź płaczącą buźką niż porozmawiać i wysłuchać czyjegoś płaczu albo radości. Widać, że sporo ludzi zamiast używać technologii do kontaktów, izoluje się technologicznie. Wolą grać w gry niż rozmawiać z innymi, piszą mejle, zamiast zadzwonić i porozmawiać. A przecież mamy wybór: możemy zajmować się informacjami albo koncentrować się na relacjach – to od nas zależy, co nas bardziej pochłonie. Dziwię się rodzicom, którzy mówią: „Nie mogę rozmawiać z dziećmi przy stole, bo są pochłonięte pisaniem wiadomości”. Wtedy zawsze im mówię: „Jak to? Przecież możesz postawić w korytarzu pudełko, do którego każdy, kto chce coś zjeść, będzie wrzucał swój telefon”.

Stereotypowo mówi się: „Kobiety są bardziej relacyjne niż mężczyźni”. Czyli, jak rozumiem, także bardziej empatyczne.
Zgadza się. Kulturowo tak się właśnie to układa. Dziewczynki częściej niż chłopcy są uczone: „Pomyśl, co on/ona czuje”; „Jakbyś się zachowała w jej/jego sytuacji”. Skutkuje to rzeczywiście tym, że kiedy one dorosną, zwracają uwagę na relacje. Mężczyźni są mniej empatyczni także dlatego, że mają kłopoty z rozróżnianiem uczuć – nie wiedzą, czy np. czują złość, czy obrzydzenie, strach, czy złość. Trudno jest im więc się wczuć w uczucia innych. Ale – powtarzam – empatii można się nauczyć.

Jak można kogoś nauczyć empatii?
Po prostu przez bycie przykładem. Dzieci bardzo szybko przyswajają sobie empatyczne zachowania dorosłych. Wyobraź sobie szefa, który w momencie, kiedy zbliża się deadline, zamiast poganiać cię, zapyta: „Wszystko w porządku? Wyspałaś się dzisiaj porządnie?”. Przecież dla takiego kogoś można przenosić góry! Są też tysiące sytuacji w życiu codziennym, w którym można ćwiczyć swoją empatię. Znasz to? Przychodzi do ciebie przyjaciółka i mówi: „Ale ta X jest niekompetentna i ciężko się z nią pracuje”. I obie zaczynacie oplotkowywać X. A może by któregoś dnia, zamiast obmawiać ją, powiedzieć: „Właściwie dlaczego taka jest? Musi być jakaś przyczyna, dla której jest taka trudna do zniesienia! Może przechodzi przez coś trudnego?”. Każdy człowiek ma jakąś historię, która go definiuje i sprawia, że zachowuje się tak, a nie inaczej. Warto po prostu spojrzeć na niego szerzej. Odbieram tym samym przyjemność plotkowania, ale pamiętajmy, że w plotkach chodzi o to, żeby poczuć się lepiej cudzym kosztem.

Helen Riess, psychiatra, profesor w Harvard Medical School, dyrektorka programu Empathy and Relational Science w szpitalu w Massachusetts. Jest współautorką książki „Siła empatii. 7 zasad zmieniających życie, pracę i relacje”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Samo Sedno. 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jaka piękna awantura!

Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. (Ilustracja Przemysław Trust Truściński)
Świat bez konfliktów, społeczeństwa w zgodzie, rodziny bez kłótni, my sami w harmonii ze sobą. Komu nie marzy się taka rzeczywistość? Czy jednak jest możliwa? Pewnie tylko w bajkach. Bo konflikty są nieuchronną częścią naszego życia. Co więcej, może na nich skorzystać każda ze stron. Wszystko zależy od tego, jak je traktujemy. I jak rozwiązujemy.

Ewa, 31 lat, właśnie wprowadziła się z mężem do pierwszego własnego mieszkania. Opowiada, że przy jego urządzaniu o mało się nie rozwiedli. I to był dla niej szok. Bo znają się pięć lat, przez ten czas wynajmowali sześć mieszkań i zawsze byli zgodni. W starej kamienicy? Super. Na piątym piętrze bez windy? A co to za problem! W ogóle się nie kłócili, nie tylko w sprawach mieszkań. A teraz? Awantura za awanturą. O wszystko. O kolor ścian, meble, łóżko. Czy kuchnia ma być zamknięta, czy otwarta, z wyspą czy bez. A przede wszystkim o styl mieszkania.

– Wymarzyłam sobie chłodny skandynawski, on uparł się przy rustykalnym, jak u mamy. Nie to, żeby głównie awanturował się Tomek. Bardziej walczyłam ja. Nie wyobrażałam sobie, że nasze pierwsze mieszkanie będzie tak staroświeckie. Czasem szło na noże.

Kto górą?

Przyjrzyjmy się na tym przykładzie naszemu bohaterowi, konfliktowi. Kiedy się rodzi? Wiadomo – gdy dochodzi do różnicy interesów lub opinii pomiędzy dwoma lub więcej stronami. Gdy każdy dąży do osiągnięcia swojego celu, wykluczając cel konkurenta. Ewa, forsując pomysł na skandynawski klimat mieszkania, przekreśla plany męża na ten bardziej przytulny.

William L. Ury, współtwórca programu negocjacji na Uniwersytecie Harvarda, w książce „Dochodząc do zgody” pisze, że konflikt ma tym lepszą pożywkę, im podmioty są od siebie bardziej zależne. A Ewa i Tomasz mieszkają pod jednym dachem, są małżeństwem, mają więc wiele pretekstów do waśni. Ury zwraca uwagę na trzy różne, często mylone interpretacje konfliktu. Pierwszy odnosi się do rzeczywistego konfliktu interesów – pragnień i potrzeb ludzi. Ewa czuje się dobrze w surowych wnętrzach, Tomek – w tych przypominających rodzinny dom. Drugi poziom dotyczy różnicy stanowisk, ujawnionych w formie żądań. Ci młodzi, a właściwie bardziej ona, takie żądania wyrazili. Trzeci poziom konfliktu to już walka sił. Ta para była o krok od tego etapu. Choć nie musiała, bo – jak uważa Ury – to, że ludzie mają różne interesy, nie musi oznaczać, że skończy się walką. Mamy wybór – możemy rozwiązywać konflikty siłowo lub współpracując. Ale to nie znaczy, że całkowicie wyrugujemy je z naszego życia. To niemożliwe.

Tymczasem od lat słyszymy, że konfliktów należy unikać. A co widzimy? Że sami jesteśmy nimi targani na co dzień. Choćby wtedy, gdy mamy ochotę na słodycze, ale wiemy, że są niezdrowe. Gdy złościmy się na szefa, ale tego nie okazujemy, bo boimy się stracić pracę. Psychologowie nazywają takie konflikty intrapersonalnymi. Wyróżniają ponadto te między grupami ludzi (zawodowymi, społecznymi, państwami) oraz wewnątrz grup, na przykład facebookowych (tak zwane konflikty interpersonalne). Źródła konfliktów mogą obejmować idee, myśli, emocje, wartości, predyspozycje lub popędy.

Mimo że konflikty towarzyszą nam na każdym kroku (a może dlatego), mają wyjątkowo złą sławę. Według niektórych są konsekwencją błędów (najczęściej czyichś, nie naszych). Efektem działania złych ludzi, awanturników, pieniaczy. Czymś, co burzy spokój, ład i harmonię.

Karolina Dyduch-Hazar, psycholożka z Uniwersytetu SWPS: – To, że większość z nas ma negatywne skojarzenia z konfliktem, wynika z tendencyjnej prezentacji konfliktu w mediach, gdzie to słowo sklejone jest z epitetami „zbrojny”, „międzypartyjny”, „wielopokoleniowy”. To sprawia, że konflikt jawi nam się jako coś zagrażającego, czego należy unikać.

Liv Larsson, światowej sławy trenerka Porozumienia bez Przemocy, uważa, że rezultatem takiego podejścia do konfliktu, a zwłaszcza do oponentów, jest eskalacja sporu. Bo skoro druga strona jest złem wcielonym, to ta pierwsza okopuje się na swoim stanowisku, szuka mocniejszych argumentów, żeby być górą. Wystarczy zerknąć na internetowe fora. Ludzie nie przebierają w słowach, obrzucają się nawzajem błotem. Ileż na to potrzeba sił i energii! A to z kolei utwierdza niektórych w przekonaniu, że lepiej nie wdawać się w dyskusje, unikać wyrażania swojego zdania, jeśli wiadomo, że jest kontrowersyjne. Efekt? Kumulowanie problemów i frustracji. A zamiatane pod dywan wcześniej czy później wybuchną.

Karolina Dyduch-Hazar wyjaśnia, że konfliktom pomagają nasze mechanizmy poznawcze, takie jak na przykład upraszczanie sądów o rzeczywistości, kategoryzowanie (na przykład: my i oni). A upraszczamy i kategoryzujemy, ponieważ sprzyja temu życie w skomplikowanym świecie pełnym zależności.

– Większość z nas preferuje bardziej jednoznaczność niż wieloznaczność – mówi psycholożka. – Mamy też skłonność do kurczowego trzymania się jednej opinii. Taka postawa utrudnia przyjęcie perspektywy innej strony czy wzięcie pod rozwagę konkurencyjnej opinii. Ale daje poczucie kontroli nad otaczającą nas rzeczywistością. Nie bez znaczenia jest narcystyczna kultura, w jakiej żyjemy. Ludzie porównują się do innych. Gdy do kogoś w ich odczuciu lepszego– czują się źle, natomiast, gdy do tego stojącego niżej w hierarchii, biedniejszego, nieuprzywilejowanego – lepiej.

Dzięki ci, kłótnio!

Ewa opowiada, że kiedy doszli z mężem do ściany, wzięła urlop i wyjechała. Sama. Żeby wszystko przemyśleć.

– Przeczuwałam, że spór o urządzanie mieszkania kryje pod spodem głębszy problem w naszej relacji. Przeanalizowałam wszystkie nasze wcześniejsze decyzje. I eureka! Nagle zobaczyłam, że to on je podejmował, ja tylko mu przytakiwałam. Nie dlatego, że był despotą, nie. Zgadzałam się na wszystko, bo tak chyba było mi wygodnie. Bo chciałam, żeby było miło. A może po prostu poprzednie tematy nie były dla mnie aż tak ważne. Tak czy siak, unikałam konfrontacji. A tu nagle wyskoczyłam ze swoim zdaniem, którego broniłam jak lwica. Pokłóciliśmy się tak, że Tomek zgłupiał. Ale ja zmądrzałam. Więc powtarzam sobie w duchu: „Dzięki ci, kłótnio! Dopiero ty mi uświadomiłaś, w co brnę!”. Unikanie konfliktu za wszelką cenę o mały włos nie rozwaliło mi małżeństwa. Liv Larsson w książce „Porozumienie bez przemocy w mediacjach” pisze: „Konflikty są naturalną częścią naszego życia. Powstają tam, gdzie płynie życie i gdzie ludzie mają marzenia”. Kiedy to zaakceptujemy, łatwiej zauważyć ich pozytywne strony. A te są niezaprzeczalne.

Po pierwsze, konflikt sygnalizuje potrzebę zmiany. Ewie uzmysłowił, że dla swojego dobra i w interesie związku powinna mówić otwarcie, co myśli, być bardziej aktywna, przejmować inicjatywę. Po drugie, spór pozwala przyjrzeć się głębiej naszym potrzebom i nam samym w ogóle. Dzięki niemu poznajemy także innych. Czyli – dostajemy złożony, ale całościowy i prawdziwy obraz sytuacji.

– Po trzecie – dodaje psycholożka – konflikty są szansą na rozwój nie tylko osobisty, lecz także kulturowy, naukowy, społeczny. Konflikt pomiędzy biało- i czarnoskórymi Amerykanami w latach 60. doprowadził do poprawy sytuacji Afroamerykanów. Ten między Carlem Gustavem Jungiem a Zygmuntem Freudem skutkował rozwojem psychologii głębi. A toczący się obecnie konflikt na Białorusi być może doprowadzi do rozwoju demokratycznych rządów w tym regionie. Ale oczywiście lepiej byłoby, gdyby źródła tych sporów zidentyfikować wcześniej i próbować im zapobiec. Wtedy różnice pomiędzy stronami nie przerodziłyby się w długotrwałe spory, które są dla wszystkich wyniszczające. Przykład? Konflikt Izrael–Palestyna, w którym obie strony postrzegają się jako wrogów. Takie konflikty wiążą się z brakiem nadziei na zmianę, bezsilnością i wrogością – stanami, które nie motywują do podjęcia konstruktywnych działań. Bo „i tak nic się nie zmieni”, „nic to nie da”, „po co się starać”.

Propozycja i opozycja

Przykład konfliktu między Ewą i Tomaszem pokazuje, że najgorsze, co możemy zrobić, to udawać, że sporu nie ma. Bo kiedy wcześniej ona przymykała oko na dzielące ich różnice, to nie znaczy, że one nie istniały. Dopiero kiedy je zidentyfikowała i ujawniła, mogła je rozwiązać.

Jak ich szukać? Karolina Dyduch-Hazar wylicza pomocne umiejętności: patrzenie na problem z wielu stron (ja – on, młodsi – starsi), akceptacja wieloznaczności, różnorodności, skomplikowania.

– Jedną z technik przydatnych w rozwiązywaniu konfliktów jest reinterpretacja poznawcza, czyli zmiana znaczenia bodźca, który wywołał konflikt, bo wtedy możliwa jest zmiana reakcji emocjonalnej na ten bodziec. Krytykę na przykład możemy odebrać jako prowokację i zareagować agresją. Ale możemy też zmienić znaczenie prowokującego bodźca, zobaczyć w nim wartość i zareagować chęcią rozmowy. Istnieją techniki pomagające skoncentrować się na rozwijaniu pozytywnej emocjonalności, takiej jak pokorność (ang. humility), czyli stan, w którym zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy częścią większej całości, kiedy jesteśmy świadomi własnych ograniczeń, niedoskonałości, błędów. Jak uważność (ang. mindfulness) skierowana na pojawiające się doświadczenia w danym momencie w sposób intencjonalny, nieoceniający i akceptujący. Jak wdzięczność (ang. gratitude), czyli docenianie tego, co się już ma, zamiast narzekanie na to, czego się nie ma. Jak empatia. Takie cechy nie są oznaką słabości, a wręcz przeciwnie – samoświadomości, czyli naszej wewnętrznej siły.

Tymczasem w najlepsze się opluwamy, skaczemy sobie do oczu, niszczymy się. Bo nie umiemy dyskutować. Na świecie od lat w spornych sprawach wykorzystuje się tak zwane dyskusje oksfordzkie. To bardzo ciekawy rodzaj sformalizowanej dyskusji: prowadzi ją osoba nazywana marszałkiem, dyskutanci podzieleni są na dwie grupy – propozycja (obrońcy tezy) i opozycja (przeciwnicy). Nie wolno nawzajem się obrażać, sięgać po argumenty ad personam. Liczy się umiejętność formułowania własnej koherentnej opinii, ale też umiejętność merytorycznego odnoszenia się do opinii innych. Dyskusja ma doprowadzić do wyboru najlepszego rozwiązania konfliktu, problemu, sprawy. To są gotowe techniki do nauki rozwiązywania sporów. Dlaczego nie korzystają z tego narzędzia polskie szkoły?

– Dziecko uczy się zachowywania poprzez obserwację zachowań dorosłych. Jeśli dorasta w domu, w którym inny jest wrogiem, a konflikty nie są konstruktywnie rozwiązywane, to trudno oczekiwać, by umiało je w przyszłości rozwiązywać z korzyścią dla siebie i innych – mówi psycholożka.

Różnice między ludźmi nie znikną. Spory też. Dlatego musimy naprawdę poważnie zabrać się do uczenia dzieci w rodzinach i szkołach rozwiązywania konfliktów. Pięknie się różnić to jest to, na czym nam wszystkim powinno zależeć.

  1. Styl Życia

Dlaczego warto mieć zwierzaka?

Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne. (Fot. Getty Images)
Zwierzęta na prawach przyjaciół albo domowników? To jest możliwe. Coraz częściej dzielimy się z nimi przestrzenią, jedzeniem i miłością. Przygarniamy je ze schronisk, ratujemy przed okrucieństwem innych. Czyżbyśmy stali się bardziej empatyczni? A może siebie oszukujemy? Psychologa Pawła Droździaka pyta Renata Mazurowska.

Przez lata zmieniał się nasz stosunek do zwierząt. Choć w środowiskach wiejskich zwierzę wciąż pełni rolę usługową, użyteczną – pomaga w pracy, strzeże obejścia, jest źródłem jedzenia – to już w mieście psy i koty nie tylko mają imiona i stałą opiekę lekarską, ale też fryzjera, ubrania, bogatą w minerały karmę… To coraz bardziej aktywny ruch, gdzie zwierzę staje się towarzyszem rodziny. A nawet rodziną jako taką.

Jest też i drugi biegun reprezentowanej przez człowieka postawy wobec zwierząt, gdzie zwierzęta są porzucane, bestialsko traktowane… Czyli mamy dwa różne i skrajne zjawiska dotyczące traktowania zwierząt, które jednak coś łączy. Co? Ano to, że nie umiemy poradzić sobie z faktem, że zwierzę co prawda posiada jakieś życie psychiczne, ale jednocześnie pozostaje inne od nas. Albo przypisujemy zwierzętom ludzkie uczucia i cechy, albo odbieramy im jakiekolwiek uczucia w ogóle, i traktujemy jako przedmioty. Coraz częściej też w zbiorowej świadomości pojawia się obraz zwierzęcia jako ofiary do uratowania. To postać będąca uosobieniem niewinności i bezbronności, wykorzystywana przez ludzi niemających empatii. Ale oto my, mocą naszej miłości, ratujemy zwierzę z opresji. Odtwarzając tę opowieść, odczuwamy mieszaninę wzruszenia i oburzenia. Zwierzę i jego ludzcy nieliczni stronnicy reprezentują tu dobro, zaś ludzkość jako całość uosabia zło. Walka dobra i zła, jak w bajce. Zresztą z bajką ma to sporo wspólnego: grupą, która naturalnie jest zainteresowana życiem zwierząt, są dzieci – dla nich to są pieseczki, koteczki, kaczuszki, słoniki. A w bajkach często te zwierzątka mają ludzkie cechy i przeżywają ludzkie przygody.

Wystarczy przypomnieć filmy „Gdzie jest Nemo” czy „Król Lew”… W „Gdzie jest Nemo” tatuś szuka synka, a synek za nim tęskni – tyle tylko że to zjawiska ze świata ludzi, nie zwierząt. W świecie ryb ojciec nawet by nie wiedział, kto jest jego synem. Ale w świecie bajek przebieramy człowieka za zwierzę, a zwierzę za człowieka, na dodatek wszystkie nieszczęścia zwierzęcego bohatera są efektem ludzkich działań. Dziecko solidaryzuje się z bajkowymi zwierzętami, bo widzi, że są one równie bezradne wobec świata dorosłych jak ono. Zwierzę, można powiedzieć, jest czystą emocją i to emocje decydują o jego reakcjach. Nie kryje uczuć, od razu je okazuje (no, może poza szympansami, które potrafią udawać) – zatem dziecku łatwiej się ze zwierzęciem identyfikować, bo i u niego emocje decydują o reakcjach.

Dlaczego, Paweł, masz dwa koty, dlaczego ja mam psa? Mam koty, bo moja dziecięca część ma koty.

Współczując zwierzętom, cofamy się do etapu dziecka? Współczując nie, ale już utożsamiając zwierzęta z ludźmi – tak. To, co nas odróżnia od zwierząt, to myślenie, nadawanie sensu przeżyciom. Zwierzęta tego nie robią, one tylko przeżywają. Dlatego jeśli twierdzimy, że między nami a nimi nie ma żadnej różnicy, odcinamy to górne piętro. Dziś stało się to modne. To, że ktoś „tak czuje”, stało się nawet argumentem w dyskusjach. Mało tego, wskazanie, że emocja nie jest wystarczającą racją, może wręcz skutkować posądzeniem o brak empatii. A to mniej więcej tak, jak dawniej być podejrzanym o ateizm.

A może ten świat jest tak skomplikowany, że ratujemy się relacjami ze zwierzętami, ponieważ są oparte na szczerości i bezinteresowności? Pies cię nie porzuci, co najwyżej człowiek porzuci psa… Może to jakiś ratunek przed tymczasowością, zmiennością, nieprzewidywalnością? W życiu wielu z nas przychodzi taki moment, kiedy ponosimy porażkę w świecie międzyludzkich relacji. Czasem bywa to na tyle bolesne, że mamy dość i nie chcemy tego doświadczenia powtarzać. Co nie oznacza, że nie mamy emocjonalnych potrzeb. No i wtedy w sukurs przychodzi relacja ze zwierzakiem, z którym wszystko jest prostsze. Wielu osobom to pomaga. Coraz częściej zwierzęta są używane do tego, by można uchylić się od budowania relacji rodzinnych. Bo to krępuje człowieka, umieszcza w jakiejś strukturze, której on nie chce, każe stać się dorosłym na jakiś bardzo typowy sposób – więc człowiek odrzuca społeczne oczekiwania, przyjmując zwierzę za swoje symboliczne dziecko. To niekiedy ma zastąpić rodzinę, której nie daje się zbudować, ale czasem przeciwnie – i to szczególnie ciekawe – jest to forma buntu przeciwko przymusowi jej tworzenia.

Jednak – chciałbym to podkreślić – relacja ze strony zwierzęcia nie jest bezinteresowna. Psy towarzyszą ludzkości od setek tysięcy lat z powodu kości, najpierw przypadkowo, a później już celowo pozostawianych wokół ludzkich siedzib. Z czasem oba gatunki nauczyły się wspólnie polować i walczyć. W końcu pies nauczył się czegoś, czego żadne zwierzę nie potrafi. Odczytuje pewne elementy ludzkiego zachowania, podąża spojrzeniem za naszym wzrokiem, umie odczytać gest pokazania czegoś ręką, reaguje na nasz wzrost czujności, w nieznanym otoczeniu czeka ze swoją reakcją na naszą reakcję, trafnie odczytuje hierarchię w ludzkiej grupie… Nawet szympansy tego nie umieją. Niestety, początkiem tej wspólnej historii jest mięso, nie miłość. Dziś swoje domostwa chronimy już w inny sposób, ale nauczyliśmy się wykorzystywać psy w całkiem nowym celu. Często stają się one substytutem rodziny. Czymś w rodzaju naszych dzieci.

Ale dziś można nie mieć dzieci bez społecznego potępienia, a poprzez relacje ze zwierzętami realizować na przykład potrzebę opieki. Moim zdaniem coraz szerszy ruch w kierunku ochrony zwierząt wynika w dużej części ze wzrastającej świadomości tego, w jaki sposób traktuje się zwierzęta w masowej, przemysłowej hodowli. To zwierzęcy holokaust – myślę tu na przykład o „fabrykach mięsa”, w których zwierzę nie ma żadnych praw. Więc żeby nie zwariować, próbujemy „wyrównać emocje”, adoptując zwierzaki ze schronisk, przestając jeść mięso. Przemysłową hodowlę trudno przyjąć do wiadomości, jeśli się ją zobaczy. Większość ludzi jest zbyt wrażliwa na to, żeby trzymać zwierzaka w pojemniku nieruchomo przez całe jego życie, a jednak milcząco czerpiemy korzyści z takich działań. Można próbować to rozumieć jako próbę znieczulenia się.

Wiemy na przykład, że dzieci potrafią spontanicznie znęcać się nad zwierzętami i bawić się uśmiercaniem ich, ale potrafią też równie spontanicznie nimi się opiekować. O dziwo, czasem to są te same dzieci, tylko innego dnia. Niektórzy celowo zabijają w sobie całą empatię, żeby wyzbyć się oporów i ograniczeń. Tak chcą zyskać siłę, która ma ich ochronić.

Na przykład po to, by przywiązać psa do drzewa w lesie? I nic w związku z tym nie czuć? Niektórzy wiele robią, by nic nie czuć. Zabijają w sobie wrażliwość, bo w czymś przeszkadza. I teraz rodzi się pytanie, na ile to masowe zabijanie zwierząt – na skórę, na jedzenie, klej do tapet – ma rzeczywiście ekonomiczne uzasadnienie, a na ile można na to patrzeć jako na próbę usunięcia uczuć albo nawet problemu istnienia śmierci. Traktujemy zwierzę jak rzecz, bo rzecz nie może być zabita. Może robimy to, by uciec od strachu wywołanego wiedzą, że sami jesteśmy śmiertelni?

Od czasów nazizmu wiemy, że całkiem normalni ludzie, niezdolni do okrutnych czynów w kontakcie bezpośrednim, mogą przyczynić się do zła, jeśli działają w ramach instytucji, której są częścią. Częściowość własnego udziału, rozproszenie odpowiedzialności na „zbiorowego nikogo”, brak bezpośredniego kontaktu z tym, do czego się przykłada rękę, pewna abstrakcyjność obiektu, który jest jakby nigdzie. To wszystko sprawia, że można w tym uczestniczyć bez poczucia winy. Czyli można mieć pełną szafę skórzanych rzeczy i jednocześnie na Facebooku określać się jako przeciwnik polowań. Tak działa umysł. Reagujemy emocjami na to, co widzimy, a jak czegoś nie widzimy, to tego dla nas nie ma. Żeby opiekować się psem, kupujemy mu pokarm ze świni albo krowy i nie zastanawiamy się nad tym. Realność byłaby trudna do zniesienia. Szczególnie realność niemożliwa do zmiany.

Ale może fakt, że empatyzujemy ze zwierzętami, świadczy o tym, iż stajemy się coraz wrażliwsi? Nie jestem pewien, czy zawsze, kiedy mówimy, że empatyzujemy, to faktycznie empatyzujemy. Odnoszę wrażenie, że dość często, choć oczywiście nie zawsze, na przykład za restrykcjami dotyczącymi diety bezmięsnej kryje się nie tyle współczucie dla zwierząt, ile pragnienie zbudowania pewnej bariery między sobą a resztą ludzi. Podobnie jest z niektórymi przypadkami dość specyficznego traktowania zwierząt domowych – jako czegoś w rodzaju dziecka czy partnera życiowego. Myślę, że to nie zawsze empatia, bo empatia wobec psa czy kota polegałaby raczej na pozwoleniu mu, by psem albo kotem pozostał i żył w swym psim czy kocim świecie. Czasem chodzi o to, by tym zwierzęciem stworzyć jakąś barierę między sobą a innymi ludźmi, coś zastąpić, zanegować. A o cóż wówczas gramy? O wolność. O to, by się nie dać dookreślić jakkolwiek. To bardzo współczesny styl.

Poza tym generalnie mamy inną perspektywę, bo nie jesteśmy zagrożeni w naszym przetrwaniu i jesteśmy bardzo bogaci w porównaniu do naszych przodków. To sprawia, że dostrzegamy problemy, na których zauważenie naszym przodkom w ich ciężkim życiu nie starczyłoby miejsca. Można więc na nas spojrzeć albo jak na istoty wrażliwsze, bo dużo bardziej od swych przodków rozwinięte, albo jak na bardziej rozpieszczone przez nierealnie bezpieczne warunki. Zależy, co wolimy.

A pokusiłbyś się o odpowiedź, w czym świat ludzki i zwierzęcy jest podobny? Wydaje mi się, że jednak więcej nas łączy niż dzieli… Istnieje, oczywiście, wiele podobieństw, ale jedno jest szczególnie zaskakujące. Otóż okazuje się, że na przykład szympansy wykazują skłonność do czegoś, co chyba musimy nazwać mistycyzmem. U ludzi jest tak, że wyznają różne kulty. Nawet tam, gdzie nie ma żadnego, istnieje jakiś kult wodza i jest w tym coś na tyle charakterystycznego, że jeśli nie wiesz nic o kulturze danego kraju czy plemienia, to kiedy znajdziesz obiekt kultu, od razu widzisz, że to „to”. No i okazuje się, że żyjące dziko szympansy mają coś podobnego! Wybierają w lesie potężne drzewa, daleko od miejsc, w których mieszkają, i znoszą tam wielkie kamienie. Przychodzą tam, siedzą jakiś czas bez ruchu i odchodzą. Czasem przynoszą nowy kamień, żeby go dołożyć do kopca. To zupełnie niezwykłe, dosyć nowe odkrycie. Podobieństwo tych miejsc do pierwotnych miejsc kultowych ludzi, w których oni układali stosy kamieni, jest uderzające. W Internecie są już zdjęcia. Warto zobaczyć.

Moc terapeutyczna zwierząt - kilka argumentów na rzecz zaproszenia pod swój dach czworonoga

  • Uważny i serdeczny kontakt ze zwierzętami rozwija naszą empatię, zdolności socjalne (ile znajomości zawieranych jest w parkach z innymi właścicielami psów!), troskę o innych, otwartość, ufność i uważność na to, co dzieje się tu i teraz.
  • Kontakt z domowym futrzakiem, a zwłaszcza dotyk, przytulanie się z nim, głaskanie, stymuluje wydzielanie endorfin, hormonu, który nas nastraja pozytywnie i pobudza odporność organizmu, a także obniża poziom kortyzolu, hormonu stresu.
  • Od zwierząt otrzymujemy też bezwarunkową miłość i akceptację, ale to niejedyna terapeutyczna korzyść, jaka się wiąże z bezpośrednim kontaktem ze zwierzęciem.
  • Okazuje się, i zbadali to Sam oraz Elizabeth Corson, małżeństwo amerykańskich psychiatrów, że pacjenci, którym pozwalano na kontakt z psem, nabrali większej pewności siebie i stali się bardziej niezależni.
  • Jako terapię wspomagającą chętnie wykorzystuje się dziś kontakt z końmi, delfinami czy psami w leczeniu lub rozwijaniu m.in. funkcji poznawczych, słownictwa, pamięci długo- i krótkotrwałej, motoryki, koncentracji uwagi, koordynacji ruchowej, a także niwelowania lęków, podnoszenia samooceny, nauki relaksacji czy rozwijania empatii i umiejętności współdziałania w grupie. Asystę zwierząt wykorzystuje się wspomagająco w rehabilitacji dzieci z mózgowym porażeniem dziecięcym, ADHD, zespołem Downa, nerwicami i autyzmem. W ramach terapii z udziałem zwierząt możemy mówić o dogoterapii (psy), hipoterapii (konie), felinoterapii (koty), delfinoterapii (delfiny) i pet therapy – terapii związanej z obecnością różnych zwierząt, nawet chomików. Warunkiem koniecznym we wszystkich przypadkach jest dobrowolny udział zwierząt i ich dobre zdrowie psychiczne (m.in. pewność siebie, brak lęków).
  • Koty mają zbawienny wpływ na osoby z zaburzeniami psychicznymi i ruchowymi, na dzieci nadpobudliwe, ale także na osoby nieśmiałe. Dobre efekty uzyskuje się w pracy w asyście kotów lub psów z osobami uzależnionymi i więźniami.

  1. Psychologia

Przychodząc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Co daje altruizm?

Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
Większość z nas ma problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. (Fot. Getty Images)
To, oczywiście, dobrze, że odrobiliśmy lekcję dbania o to, co prywatne i intymne. Że nauczyliśmy się asertywności i zdrowego egoizmu. Ale czy skupianie się wyłącznie na sobie prowadzi do szczęścia?

Daniel Goleman, słynny amerykański psycholog, autor książek o różnych rodzajach inteligencji, twierdzi, że kręcenie się „wokół własnego ogona” nie tylko nie daje szczęścia, ale wręcz je zabija. W książce „Inteligencja społeczna” pisze: „Skupianie się na sobie zabija empatię, nie mówiąc o współczuciu. Kiedy koncentrujemy się na sobie, nasz świat się kurczy, bo nasze problemy i zaabsorbowanie nimi przesłaniają wszystko inne. Kiedy natomiast skupiamy się na innych, nasz świat się powiększa. Nasze własne problemy odsuwają nas na peryferie umysłu, przez co wydają się mniejsze, wzrasta natomiast nasza zdolność do łączenia się z innymi”.

Większość z nas ma jednak problem ze skupianiem się na drugim człowieku, a szczególnie z reagowaniem na wyciągniętą po pomoc rękę. Zwłaszcza teraz, w czasach kryzysu, gdy dookoła las takich rąk. Nie wiemy na przykład, jak odróżnić prawdziwie potrzebującego od tego, kto wyłudza. Jak pomagać, a jednocześnie się nie narzucać? Czy wspierając kogoś, nie uczymy go także bezradności?

Ale problem mamy także z reagowaniem w nagłych wypadkach, w sytuacjach zagrożenia, w których trzeba wybierać między pomocą drugiemu człowiekowi a naszym życiem. Gdzie leży granica między odruchem serca a heroizmem? Kiedy interweniować, a kiedy brać nogi za pas?

Kilka lat temu tocyzła się na ten temat dyskusja wywołana orzeczeniem komisji etyki Polskiego Związku Alpinistycznego w sprawie tragicznego wypadku podczas zimowej wyprawy himalaistów na Broad Peak. Dyskusja pełna osądów i moralizowania. Mnie natomiast o wiele ważniejsze wydaje się zrozumienie, dlaczego niektórzy ludzie nie zostawiają drugiego człowieka w potrzebie, bez namysłu rzucają się za nim w ogień, skaczą do wody, angażują w działania charytatywne, a inni nie.    

Niewiedza wielu

Seminarium duchowne w Princeton. Trwa właśnie egzamin z głoszenia kazań.  Połowa z 40 egzaminowanych kleryków ma za zadanie odnieść się do tematów wybranych na chybił trafił z Biblii, druga połowa – do przypowieści o dobrym Samarytaninie, który – jak wiadomo – udzielił pomocy leżącemu przy drodze rannemu, obojętnie mijanemu przez rzekomo pobożnych ludzi. Na wygłoszenie kazania przewidziany jest ściśle określony czas. Egzaminowani zgromadzeni są w pokoju, z którego co 15 minut jeden z nich idzie do sali egzaminacyjnej. Droga prowadzi obok wejścia, przy którym leży jęczący z bólu człowiek. Klerycy nie wiedzą, oczywiście, że biorą udział w eksperymencie. Jak reagują? 24 przechodzi, nie zwracając uwagi na jęczącego. Przy czym ci, którzy przygotowywali kazanie na podstawie przypowieści o dobrym Samarytaninie, nie są ani na jotę bardziej przejęci chorym. Spośród tych, którzy myśleli, że mają mało czasu, zatrzymał się tylko jeden, natomiast spośród przekonanych o tym, że nie muszą się spieszyć, pomoc zaproponowało sześciu.

Jak pokazuje ten eksperyment, opisany potem w wielu pracach z dziedziny psychologii społecznej, o odruchu serca, zwanym uczenie altruizmem, decyduje między innymi czas konieczny do tego, żebyśmy mogli nie tylko zauważyć czyjeś potrzeby, ale i „dostroić się” do nich.

Co jeszcze popycha nas do reagowania? Zaangażowanie innych ludzi. Okazuje się, że bardziej jesteśmy skłonni przyjść z pomocą wtedy, gdy ktoś już tej pomocy udziela. Na przykład chętniej przyłączamy się do akcji charytatywnej, w której bierze udział dużo osób, bardziej zdecydowanie reagujemy na czyjąś krzywdę, gdy wcześniej już ktoś zareagował. Ale uwaga! Obecność innych może czasem utrudnić podjęcie decyzji o udzieleniu pomocy. Jak zauważa profesor psychologii społecznej Wilhelmina Wosińska, w sytuacjach wymagających od nas zaangażowania staramy się zachować zimną krew, bo nie chcemy wyjść na głupka albo być posądzonymi o panikowanie. Dlatego przyglądamy się, co robią inni, a oni kątem oka obserwują nas. Wszyscy nawzajem utwierdzamy się w przekonaniu, że sytuacja nie wymaga interwencji, że wszystko jest pod kontrolą i tak naprawdę ignorujemy zagrożenie. Takie zachowania nazywane są w psychologii „niewiedzą wielu”.

Formy i normy

Z kolei według psychologów ewolucyjnych (mi. in. Davida M. Bussa) pomagamy dlatego, żeby ocalić gatunek, w czym zresztą jesteśmy bardzo podobni do zwierząt. Rzucamy się na pomoc najpierw tym, którzy mają najwięcej podobnych genów, a więc dzieciom, rodzicom, rodzeństwu, a dopiero później wujom, ciotkom, kuzynom. Obcych ratujemy na końcu, i tak jest we wszystkich kulturach. Jednak w Ameryce gotowość do przyjścia z pomocą komuś nieznanemu jest zdecydowanie większa niż na przykład w Chinach. Dlaczego? Ponieważ w kulturach zachodnich podział na swoich i obcych jest bardziej rozmyty (tam przyjezdny szybko może stać się jednym z nas) niż w społecznościach zamkniętych na inne kultury czy religie.  

Spieszymy z pomocą także dlatego, że tak nakazują normy społeczne, tego nas się uczy, za to nagradza. Właściwie nie ma na świecie społeczeństwa, które nie ceniłoby takich postaw. Wynikają one – z grubsza rzecz ujmując – z respektowania dwóch rodzajów norm społecznych: normy wzajemności i odpowiedzialności za słabszych.

Pierwsza nakazuje odwdzięczać się za przysługi, jakie wyświadczyli nam inni. To strategia niezwykle opłacalna z punktu widzenia interesu danej grupy. Bardziej prawdopodobne jest bowiem przetrwanie danej społeczności, jeśli jej członkowie nawzajem wymieniają się jakimiś świadczeniami. I po drugie – norma ta ma charakter edukacyjny, bo pokazuje, że warto pomagać choćby dlatego, że gdy sami znajdziemy się w potrzebie, możemy liczyć na wzajemność. Takie praktyki wprost rozkwitały za komuny, kiedy to wszyscy usiłowali wymieniać się towarami, do których mieli dostęp. Na przykład pani z mięsnego załatwiała kierowniczce kina kilo schabu, a kierowniczka odwdzięczała się jej biletem na film.

W plemionach zamieszkujących zachodnią Kanadę mocno trzyma się tradycja wydawania wielodniowych hucznych przyjęć, na które zaprasza się mnóstwo gości, a oni potem rewanżują się tym samym. W rezultacie tego obyczaju dezorganizuje się życie całych miejscowości, często dochodzi do łamania prawa. Dlatego władze Kanady zakazały takich praktyk. Jak się okazało, bezskutecznie, bo organizowanie przyjęć zeszło do podziemia, tak silna jest potrzeba odwzajemniania zaproszeń i uzyskiwania z tego tytułu społecznego uznania. Ten obyczaj przypomina jako żywo polską weselną tradycję, która nakazuje: postaw się, a zastaw się, spłukaj do cna, ale zaproś całą wieś. Po co? No właśnie po to, aby odwdzięczyć się za to, że wcześniej nas zaproszono, albo zapracować na zaproszenie w przyszłości.

Norma odpowiedzialności za słabszych już na takiej wzajemności się nie opiera. I nic dziwnego – ludzie, którym pomagamy – chorzy, biedni, słabsi – nie mają nic do dania poza wdzięcznością. Ale, co ciekawe, choć norma ta jest odwieczna, uniwersalna, to często jej nie respektujemy. Oto w czasie spaceru w parku widzimy mężczyznę, który słania się nogach, a potem upada. Nie udzielamy mu pomocy, ponieważ z góry zakładamy, że jest pijany.

Profesor Wilhelmina Wosińska konkluduje: To, czy weźmiemy na siebie odpowiedzialność niesienia pomocy, zależy od wyjaśnienia przyczyn, dlaczego ktoś znalazł się w trudnej sytuacji. Może to jego wina albo mu się nie chce. Dość łatwo wtedy o zwolnienie się z odpowiedzialności.   

Zaczyna się od empatii

Czasem podchodzimy do pomagania jak do każdej innej transakcji ekonomicznej opartej na strategii: minimum kosztów, maksimum zysków. Zastanawiamy się wtedy, czy przewidywane nagrody przewyższają włożony wysiłek. Takiej kalkulacji – jak pokazały badania amerykańskiej socjolog Jane Allyn Piliavin – dokonują nawet krwiodawcy, stawiając na jednej szali stratę czasu, dyskomfort, a na drugiej – uznanie społeczne, dobre mniemanie o sobie.

Co zatem takie zachowanie ma wspólnego z altruizmem, definiowanym jako działanie podjęte wyłącznie z myślą o drugiej osobie, a nie dla zdobycia zewnętrznych czy wewnętrznych nagród? Część socjologów twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak „czysty altruizm”, ponieważ za wszystkimi reakcjami prospołecznymi kryje się jakaś korzyść, czasem nieuświadomiona. Ich zdaniem działania altruistyczne są tak naprawdę egoistyczne. Profesor Robert B. Cialdini, autor świetnej książki „Wywieranie wpływu na ludzi”, uważa, że nawet współczucie, czyli dostrojenie się do uczuć i emocji drugiej osoby, nie jest czystym altruizmem, tylko strategią obliczoną na jakieś korzyści.

Inni badacze postaw społecznych dowodzą z kolei, że to właśnie empatia warunkuje reakcje altruistyczne. Amerykański psycholog społeczny Daniel Batson poparł tę hipotezę słynnym, ale brutalnym eksperymentem. Otóż badanym studentom nakazano obserwowanie koleżanki, którą poddano elektrowstrząsom. Dziewczyna z trudem to znosiła, więc poproszono kolegów, aby ją zastąpili. Połowie powiedziano, że jeśli tego nie zrobią, to i tak będą musieli pozostać w laboratorium i dalej przyglądać się cierpieniu koleżanki. Pozostali mogli opuścić pomieszczenie, co też skwapliwie uczynili. Ale co ciekawe – gdy studentom z obu grup powiedziano, że ich koleżanka przeżyła w dzieciństwie tragedię, czyli gdy wzbudzono w nich empatię, niemalże wszyscy studenci gotowi byli ją zastąpić.

Wniosek? Empatia prowadzi do altruizmu, powoduje, że zapominamy o własnym komforcie, że skupiamy się na potrzebach drugiej osoby. Według wielu badaczy to klucz do zachowań altruistycznych. Nakazuje zatrzymać się i zareagować nawet w sytuacji zagrożenia swojego życia. Stanowi sedno tak zwanej osobowości altruistycznej. Skąd bierze się taka postawa? Jak wynika z badań nad bliźniakami jednojajowymi wychowywanymi osobno oraz dwujajowymi wzrastającymi w tym samym domu, aż połowa cech altruistycznych jest wrodzona! Ale jest jeszcze druga, którą na szczęście da się kształtować w procesie wychowania.

Nasz mózg nie znosi cierpienia innych

Psycholog Jarosław Przybylski uważa, że zachowań altruistycznych można się nauczyć: – O tym, czy obchodzi nas los innych, decydują wzorce wyniesione z domu. Przy czym nie chodzi tu bynajmniej o wzorce deklaratywne, o wpajanie teorii, ględzenie, że trzeba być wrażliwym na krzywdę innych i temu podobne gadki. Chodzi o praktyczne działanie, o żywy przykład. Dziecko od najmłodszych lat obserwuje bowiem, jak rodzice odnoszą się do ludzi, zwłaszcza tych postawionych niżej od nich w hierarchii: do sprzątaczki, dozorcy, żebraka. Widzi, czy mama tak samo traktuje jego kolegów niezależnie od tego, czy pochodzą z bogatej rodziny, czy z biednej, czy dobrze się uczą, czy nie. Zachęcone przez tatę pomaga w zbieraniu ubrań dla sierot z domu dziecka, w przygotowaniu paczek świątecznych dla wielodzietnej rodziny z sąsiedztwa. I wszystkie te zdarzenia chowa w pamięci niczym w walizce, z której potem ma co wyciągać. Dlatego rodzice powinni już od najmłodszych lat aranżować sytuacje, w których dziecko może się wykazać drobnymi aktami pomocy na rzecz innych. Może to być sprzątanie podwórka, robienie zakupów chorej sąsiadce. Niezależnie od tego, czy dziecko pomaga dla zabawy, czy na poważnie, może to być dla niego świetna okazja do przekonania się, jak dużo można zrobić dla innych i jaki ma to też wpływ na nas, na nasze samopoczucie.  

Wilhelmina Wosińska przestrzega rodziców przed nagradzaniem za każdy dobry uczynek. Systematyczne nagradzanie powoduje, że pomaga się dla nagród, a nie dlatego, żeby komuś ulżyć. Nagrody powinno się oferować tylko od czasu do czasu, niepublicznie i w formie niematerialnej, na przykład pochwały. Tylko taka nagroda wzmacnia poczucie sensu robienia dobrych uczynków i prowadzi do uwewnętrznienia dobroczynności, która staje się głęboką potrzebą, a nie przymusem, robieniem czegoś, „bo tak wypada”. Jarosław Przybylski zauważa, że wrogiem postaw altruistycznych jest rywalizacja, na którą, niestety, stawia współczesna szkoła. Dzisiaj liczą się stopnie, wyniki testów, miejsca w rankingach. Tymczasem zamiast zagrzewać uczniów do rywalizacji, o wiele rozsądniej byłoby zachęcać ich do współpracy. Co z tego, że Jaś zajmie pierwsze miejsce w olimpiadzie z polskiego, skoro będzie przekonany, że nikt inny poza nim się nie liczy?

Chiński mędrzec Mencjusz już w trzecim wieku przed naszą erą napisał: „Wszyscy ludzie mają umysł, który nie może znieść widoku cierpienia innych”. Daniel Goleman twierdzi podobnie: nasz mózg został zaprogramowany na dobroć. Czyż nie dzieje się tak, że automatycznie przychodzimy z pomocą przestraszonemu dziecku, że chcemy uściskać kogoś, kto płacze? Wiele eksperymentów socjologicznych pokazuje związek między cierpieniem jednego człowieka a odruchem pomocy drugiego. A wszystko to za sprawą mózgu. Jak wynika z badań, kiedy odpowiadamy empatycznie na czyjeś cierpienie, aktywują się te same części mózgu, które biorą udział w doświadczaniu naszego własnego bólu.

Dlaczego zatem nie wszyscy pomagamy cierpiącym? Daniel Goleman twierdzi, że winny jest współczesny tryb życia: pośpiech, izolacja społeczna, odgradzanie się od „tych obcych”. To wszystko sprawia, że świat czekający na naszą pomoc jawi się nam niczym odległa obca wyspa, z którą nie czujemy żadnego związku. Afrykańczycy płynący na tratwach na Lampedusę w poszukiwaniu lepszego życia? Przez chwilę im nawet współczujemy, ale w najmniejszym stopniu nie odczuwamy ich krzywdy. Nas ich dramat nie dotyczy, bo rozgrywa się gdzieś daleko, nie mamy na to wpływu.

Czy aby na pewno? W dobie Internetu każdy może wyrazić swój głos w każdej sprawie. Możemy zaprotestować albo wysłać słowa poparcia. Wspomóc materialnie albo duchowo. Najgorsze, co możemy zrobić, gdy komuś dzieje się krzywda, to nie robić nic. W myśl duchowych teorii wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni na najgłębszym, kwantowym poziomie. Przychodząc więc z pomocą innym, tak naprawdę pomagamy też sobie. Ale nawet ujmując rzecz na wskroś realistycznie, można dostrzec, że gdy dajemy, wcale nam nie ubywa, a nawet wręcz przeciwnie, dużo przybywa, na przykład pomocy odwzajemnionej. Bo szczęście to dziwne uczucie – nie da się go przeżyć indywidualnie, do tego potrzebni są inni.

  1. Psychologia

Zmysł empatii u dzieci - jak go rozwijać?

Umiejętność empatycznego myślenia jest niezbędna, aby móc budować udane relacje z ludźmi. (Fot. Getty Images)
Umiejętność empatycznego myślenia jest niezbędna, aby móc budować udane relacje z ludźmi. (Fot. Getty Images)
Co decyduje o tym, że człowiek osiąga sukces w życiu? Wbrew pozorom, wcale nie wysokie IQ, ale sztuka dogadywania się z ludźmi. Dlatego jeśli chcesz zrobić jedną dobrą rzecz dla swojego dziecka, zadbaj o to, by rozwinąć w nim zmysł empatii.

Helenka ma osiem lat. Na pierwszy rzut oka jest uroczą, wesołą, bardzo mądrą dziewczynką. Tej opinii nie podzielają jednak jej rówieśnicy. Dla kolegów z klasy i ich rodziców dziewczynka ma tylko jeden przydomek: „Ta, która bije dzieci”.

– Bardzo długo uważałam, że wszyscy się jej czepiają – wyznaje 36-letnia Anna, mama Helenki. – Mała już jako dwulatka mówiła płynnie, używała trudnych słów. Gdy miała pięć lat, sama już czytała książki o kosmosie i umiała powtórzyć wszystko niemal słowo w słowo. Wydawało mi się, że krytyka Heli bierze się z zazdrości.

Postawa rodziców Helenki nie jest wcale odosobniona. W ostatnim czasie można zaobserwować, że dorośli coraz częściej za główny cel wychowawczy stawiają sobie rozwój intelektualny dziecka. Ich działania koncentrują się wtedy na motywowaniu pociechy do gromadzenia wiedzy czy rozwijania „twardych” umiejętności, takich jak czytanie, pisanie czy znajomość języków obcych. Jednak wychowanie społeczne zazwyczaj wtedy zostaje zepchnięte na margines. Zdarza się, że w takich przypadkach dzieci rozpoczynające naukę szkolną są już wyposażone w umiejętność czytania, bogatą wiedzę, ale mają problemy na poziomie emocjonalnym, np. z kontrolą agresji.

Czym skorupka za młodu

Dzieci agresywne bardzo często nie rozumieją, że każdy ma swoje potrzeby i emocje. Ich niski poziom empatii skutkuje nie tylko odbieraniem innym prawa do odczuwania emocji, ale wręcz negacją, że w ogóle coś czują. Takie ekstremalne skupienie na sobie jest naturalne dla bardzo małych dzieci, ale w późniejszych latach powinno ulec znacznemu złagodzeniu. Ponieważ nasze szkoły nie mają żadnej oferty w obszarze podnoszenia poziomu empatii, rodzina może liczyć tylko na własne siły.

Umiejętność empatycznego myślenia, czyli zdolność rozpoznawania tego, co dzieje się w umysłach innych, oraz tego, co dzieje się w nas samych – jest niezbędna, aby móc budować udane relacje z ludźmi. Nie chodzi jednak o przejmowanie uczuć drugiej osoby, ale ich nazwanie i przyjęcie do wiadomości. Zdaniem psychologów istnieje wyraźna zależność między tym, czy dziecko w pierwszych latach życia otrzymało empatyczną opiekę, a jego własnym poziomem empatii. Oczywiście, ważny jest komponent genetyczny, ale nie decydujący. Poziom empatii można zwiększyć poprzez styl wychowania.

– Gdy po raz pierwszy psycholog zapytała mnie, czy jesteśmy empatyczną rodziną, powiedziałam, że oczywiście tak – przyznaje Anna. – Pół roku byłam z córką na urlopie, potem moja mama zgodziła się nią zająć. Nie musieliśmy oddawać jej do żłobka ani zatrudniać nieznanej osoby. Helenka świetnie się rozwijała. Moja mama to była nauczycielka, cały czas do niej mówiła, zabierała w ciekawe miejsca. Oboje z mężem byliśmy tylko czasami zdziwieni, że płacze, gdy babcia ma przyjść. Umknęło to nam, choć uważałam, że jestem bardzo empatyczna.

Kluczem do zrozumienia agresywnego zachowania dziecka bywa sięgnięcie do jego pierwszych doświadczeń społecznych. Rodzic musi jednak w tym celu podjąć wysiłek emocjonalny i wyjść poza rolę opiekuna idealnego, który wszystko robił dobrze i zapewnił możliwie najlepsze warunki. Wymaga to spojrzenia na siebie bardziej krytycznym okiem.

Zacząć od siebie

– To była długa i trudna droga, zanim wydobyliśmy z Helenki jej wspomnienia – relacjonuje Anna. – Dla nas to był szok. Okazało się, że moja mama zmuszała Helenkę do jedzenia. Ja byłam typem niejadka. W wieku pięciu lat miałam poważną niedowagę i mama bardzo się wstydziła tego przed rodziną. Nie przyszło mi do głowy, że mała jest terroryzowana, żeby zjadała na żądanie. Przy nas mama tego nie robiła. Drugim problemem było wymuszanie na niej snu na komendę. Moja mama zamykała Helenkę w zaciemnionym pokoju, żeby szybciej zasnęła. Mnie robiła to samo, ale to też mi umknęło.

Postępowanie babci Helenki to dowód na to, jak istotne jest empatyczne myślenie także u opiekunów. Wielu dorosłych ze zbyt niskim poziomem empatii uważa, że ich potrzeby: spokoju, czasu czy kontroli przestrzeni są ważniejsze niż potrzeby dziecka (poczucie bezpieczeństwa, zaufanie do opiekuna, samostanowienie chociażby w sprawie wielkości jedzonych porcji). Taka postawa skutkuje zaburzeniami w rozwoju empatii u dziecka. Maluch, który nie doświadcza pełnego zrozumienia dla własnych potrzeb, nie będzie rozumiał potrzeb innych. Empatii uczymy się najskuteczniej poprzez jej doświadczanie od opiekunów.

Nie tylko dzieci potrzebują empatii – żeby dobrze funkcjonować w szkole, nie bić innych i być lubianymi. Potrzebują jej także rodzice. Kiedy masz wysoki poziom empatii, znacznie łatwiej ci zrozumieć swoje dziecko. A jeśli je rozumiesz, to nie interpretujesz jego zachowania jako walki z tobą, tylko jako dążenie do zaspokojenia swoich potrzeb. Oczywiście wiele mam czy ojców wychowało się w domach odbierających prawo do odczuwania. Mięsień empatii można jednak wyćwiczyć. – Oboje z mężem poszliśmy na terapię – mówi mama Helenki. – Uczymy się rozumieć, co czuje nasza córka i dlaczego tak się zachowuje. Uczymy się, jak jej pomóc.

Terapia jest bardzo potrzebna rodzicom, żeby nie skupiali się na szukaniu winnego lub obarczaniu się winą za wyrządzone dziecku szkody emocjonalne, ale żeby wprowadzili radykalny plan naprawczy.

Zabawa w odczuwanie

– Ostateczną decyzję o tym, że musimy się skupić na podniesieniu poziomu empatii Helenki, podjęłam po tym, jak zobaczyłam moją córkę wychodzącą ze szkoły – opowiada Anna. Szła sama. Nikt się do niej nie odzywał, a gdy jakiś chłopczyk przechodził blisko niej, wymierzyła mu cios w plecy. Chłopczyk zaczął płakać, a Helenka z uśmiechem rzuciła mi się w ramiona, pokazując szóstkę z wykrzyknikiem na karcie pracy z matematyki. Wskazałam na płaczącego chłopca i zapytałam, co ten chłopczyk czuje. Powiedziała: „Nic, to obcy chłopiec”.

Warto pobawić się z dzieckiem w każdym wieku w zmianę punktu widzenia. Z pomocą przychodzą tu książki do kształcenia empatii dziecka, a także zabawy rozwijające umiejętność rozpoznawania uczuć innych. Można np. wykorzystać ostatnio przeczytaną książkę i zabawić się, że każdy członek rodziny jest inną postacią i kolejno mówi, jak widzi problem i co czuje. Takie ćwiczenia mogą być dla dziecka niezwykle rozwijające i na dodatek zabawne, jeśli do grona omawianych postaci dołączymy przedmioty z otoczenia lub zjawiska abstrakcyjne. Co czuje krzesło, żyrandol, zapach bzu, burza, wschód słońca, lewa pięta taty? Możemy się zaśmiewać do rozpuku, a jednocześnie wdrukowywać dziecku ważną umiejętność przyznawania wszystkiemu na świecie prawa do odczuwania. Warto też mówić o swoich emocjach i nie bać się tego, że często są one sprzeczne z emocjami dziecka.

– Helence podsuwam teraz książki beletrystyczne – mówi Anna. – Po każdej książce, każdym filmie, zdarzeniu w autobusie, w parku, w sklepie rozmawiam z nią o tym, co czują inni ludzie. Warto, bo już widzimy efekty. Helenka ostatnio pozwoliła obcej dziewczynce przejechać się na jej rowerku. Tak się cieszę, że moja córeczka powoli odnajduje drogę do ludzi.

Za dużo empatii? Niemożliwe!

Wielu rodziców obawia się, że nadmierne rozbudowanie zmysłu empatii u dziecka może spowodować, że stanie się ono „za miękkie”, nie będzie potrafiło walczyć o siebie w życiu, zrobi się mało asertywne. To błędny pogląd! Osoby empatyczne mają bardziej rozwinięte tzw. umiejętności miękkie, potrafią łatwiej nawiązywać relacje, rozumieją innych, są w stanie klarownie interpretować zdarzenia z uwzględnieniem wszystkich czynników, także tych emocjonalnych. Pamiętajmy, że sama „sucha” wiedza nie utoruje drogi do sukcesu.

  1. Psychologia

Fałszywa troska - na czym polega?

"Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń". (fot. iStock)
Im bardziej martwiła się o swoją mamę, tym mniej ją kochała. A to potęgowało poczucie winy, że za mało się stara. Przykład Anity pokazuje, że zamartwianie się tak naprawdę jest ucieczką od prawdziwego kontaktu.

Anita zbliża się do czterdziestki, ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym i mieszka w małym miasteczku pod Poznaniem. Cztery lata temu Bożena, jej mama, przeszła mastektomię prawej piersi, obecnie jest pod stałą kontrolą lekarską. Bożena mieszka sama, jej mąż, ojciec Anity, umarł ponad 10 lat temu. Wraz z rakiem pojawiła się u niej również depresja, której nie chce leczyć farmakologicznie ani terapeutycznie, gdyż twierdzi, że i tak jej koniec się zbliża. Anita czuje się jak w potrzasku, obowiązek pomocy mamie miesza się u niej z potrzebą bycia blisko, niepokój o stan zdrowia wywołuje lęk, czasami niechęć i złość, której nie wyraża, ponieważ mama choruje. Jednak to, co najbardziej męczy Anitę, to właśnie stałe zamartwianie się, które wypełnia większość jej myśli. I chociaż kobiety spędzają ze sobą dużo czasu, to nie pamięta, by kiedykolwiek dzieliła je tak wielka emocjonalna przepaść.

Martwe zmartwienie

Słowo „martwić” jeszcze w XV wieku znaczyło tyle, co być martwym, uśmiercać czy zabijać. Wiek później „martwić” zaczęło oznaczać kłopoty, zgryzotę.

– Nie lubię słowa „zmartwienie”, kojarzy mi się z czymś śmiercionośnym, z wycofaniem się z relacji, z czegoś żywego – mówi Agata Algierska, psychoterapeutka pracująca w Centrum Psychoterapii Integralnej w Poznaniu. – Zamartwianie się bywa narcystyczną obroną przed spotkaniem z drugą osobą.

Dzieje się tak dlatego, że zamartwianie nigdy nie odbywa się w teraźniejszości, jest wyobrażaniem przyszłości w oparciu o jakiś fakt z przeszłości lub tylko owego faktu interpretację. Martwiąc się o kogoś, pozostajemy w złudzeniu, że dążymy do spotkania, do budowania, do dawania, ale tak naprawdę robimy krok od człowieka, od emocji, od bliskości, od intymności.

Pod zamartwianiem Anity znajduje się bardzo dużo złości i frustracji do mamy. Złość niesie w sobie zagrożenie utraty relacji. Zazwyczaj nie boimy się złości, tylko jej konsekwencji, a tak naprawdę fantazji na temat konsekwencji. Anita boi się konfrontacji, samej myśli o tym, że może się zezłościć na chorą mamę. Im więcej się martwi, tym rzadziej mierzy się ze swoimi wypartymi negatywnymi uczuciami. – Dlatego wolimy się zamartwiać, niż złościć, bo w naszej kulturze jest to łatwiej akceptowane. Dodatkowo zamartwianie kojarzone jest z miłością, bywa odbierane jako deklaracja, że jestem przy kimś. Ale to jest ucieczkowe, służy podtrzymywaniu iluzji kontaktu, a nie kontaktowi – komentuje Agata Algierska.

Czy sobie poradzisz?

Czym innym jest troska, rozumiana jako zainteresowanie drugą osobą i uważność na nią. Gdy ktoś obok nas cierpi, zazwyczaj doświadczamy bezradności, tym bardziej jeśli jest to bliska osoba. Sztuką jest być obok, wytrzymać czyjeś cierpienie, nie oddzielać się zarówno od niego, jak i drugiego człowieka. To jest empatyczny kontakt. Jednak większość ludzi w takich sytuacjach wybiera zamartwianie, a zatem tworzenie wyobrażeń. Wtedy ludzie nie są ze sobą, grają w grę pod tytułem „tak bardzo cię kocham, że będę się o ciebie zamartwiał i będę cierpiał jeszcze mocniej od ciebie”. To złudzenie obecności. Ale wolimy się martwić, niż być blisko.

– „Ja się, dziecko, o ciebie martwię”, tak naprawdę pod tym zdaniem bywa ukryty inny komunikat: „Nie ufam, że sobie poradzisz”, „Nie wierzę, że jesteś wystarczająco dorosły”. Czym innym jest zapytać: „Jak mogę ci pomóc?” albo powiedzieć: „Nie umiem ci pomóc, ale może ty wiesz, czego potrzebujesz”. To właśnie jest troska – komentuje Agata Algierska i dodaje, że zamartwianie się jest prawie zawsze nawykową formą obrony przed rzeczywistością zewnętrzną i wewnętrzną. A każda psychologiczna obrona służy ochronie przed jakąś odmianą bólu i realnością tego wszystkiego, co niesie ze sobą relacja. Dopóki się martwimy, nie musimy kontaktować się z rzeczywistością, nie musimy przeżywać takich emocji, jak złość, smutek, frustracja. Wtedy właśnie włącza się mechanizm wyobrażania sobie przyszłości, tego wszystkiego, co może się przytrafić, snucia historii, czyli martwienia się.

Daleko od bliskości

Niektórzy manipulują sobą nawzajem, dając drugiej osobie powody do zmartwienia, bo tak wyobrażają sobie bliskość. Czasami w ten sposób zachowują się zakochani, którzy pozostają w przekonaniu, że martwienie się o kogoś lub bycie z kimś, kto się martwi, jest równoznaczne z bliskością. Na podobnej zasadzie opartych jest szereg relacji koleżeńskich, niekiedy przyjacielskich, dopóki jedna ze stron pod wpływem psychicznego wyczerpania nie zechce odejść lub nawet uciec. Zmartwienie uniemożliwia pozostawanie w kontakcie z realnymi uczuciami, np. złością na drugą osobę o to, że nie dba o siebie, że zapomniała wziąć leków i jest chora, że oczekuje pomocy i wysłuchania.

– W troszczeniu się jest coś bardzo żywego, nastawionego na drugiego człowieka, w zamartwianiu przeciwnie – oddalamy się, odcinamy. Bo druga osoba nam zupełnie nie jest potrzebna, żebyśmy mogli się zamartwiać. Wystarczy wyobrażenie – mówi Agata Algierska.

Bywa również, że martwimy się nawykowo, że jest to nieświadomy odruch, którego nigdy nie poddaliśmy analizie, krytycznej ocenie, wtedy martwimy się, bo wydaje się to naturalne, dodatkowo nagradzane przez współczesną kulturę. Jednak za każdym razem, gdy zaczynam się martwić, warto siebie zapytać, po co to robię. Dlaczego wolę odpływać w zamartwianie, niż wybrać troskę.

Anita nie odważyła się powiedzieć mamie o złości, paraliżującym ją uczuciu bezradności, ale też lęku przed śmiercią. Taka rozmowa jest dla niej obecnie zbyt trudna, ale na konsultacjach z terapeutką uczy się rozpoznawać mechanizm zamartwiania, tego, jak wybiera pozostawanie ze swoimi myślami zamiast pozostawania w kontakcie z mamą. Uczy się też zadawać pytania: „Jak mogę pomóc? Czego potrzebujesz?” i słuchać odpowiedzi. Uczy się nie wybiegać w przyszłość i nie brać odpowiedzialności za nastrój mamy. Wie, że w spotkaniu dwojga osób potrzebna jest przestrzeń, stara się ją wypełnić nie tylko zabiegami pielęgnacyjnymi, rozmowami o receptach, ale również milczeniem, z którego powoli wyłania się bezradność, troska, i miłość.